Pieśń I
Translated by Władysław Bartkiewicz
Raj utracony (1902)
Pierwszą człowieka winę i ów zgubny,Z zakazanego drzewa owoc zdjęty,Który sprowadził na świat śmierć, a za niąZ utratą Raju wszystkie nasze klęski,Aż nas Bóg-człowiek przyszedłszy odnowiłI wieczną szczęścia odzyskał dziedzinę,Śpiewaj niebiańska Muzo, co na skrytychSzczytach Horebu, Synaju, natchnęłaśPasterza, aby pierwszy uwiadomiłWybrane plemię, jak w początku świataNiebo i Ziemia powstały z chaosu;Lub jeśli większe masz upodobanieW wzgórzach Syonu, strumieniu Siloe,Płynącym tam, gdzie Bóg wyrocznie wieścił,O, przybądź, wspomóż me zuchwałe pienia,Co pogardzając lotem pospolitym,Nie chcą się wznosić nad Aońską górą,Lecz dążą drogą, na którą się dotądNie odważyły ni proza, ni rymy.
A nadewszystko, Duchu Święty, któryPonad świątynie cenisz serce szczereI czyste, natchnij mnie, wszystkowiedzący,I od początku czasów wszechobecny!Ty, rozpostarłszy skrzydła przepotężne,Jak gołębica tuląc otchłań wielką,Płodnąś uczynił; oświeć ciemność mojęPodnieś poziomość, bym na wysokościPrzedmiotu stając, mógł objaśnić ludziomDrogi, jakiemi Bóg szedł do człowieka,I sprawiedliwość wiecznej Opatrzności.Powiedz, gdy Niebo, ni głębiny PiekłaSkrytości żadnej nie mają dla Ciebie,Czem się to stało, że pierwsi rodziceNasi, tak szczęsnym stanem obdarzeni,Wkrótce odpadli od Stwórcy swojego,Jego jedyny zakaz przekroczyli,Chociaż panami byli reszty świata?Kto pierwszy skusił ich do takiej winy?Wąż, wyszły z piekła, złudził matkę roduLudzkiego, wiedzion zemstą i zazdrością,Kiedy go pycha z Nieba wytrąciłaI zbuntowane z nim tłumy aniołów.Za ich pomocą pragnąc wzrosnąć w blaskuNad równych sobie, stać się równym Bogu,Opór mu stawiać i dążąc do władzy,Wojnę rozpoczął przeciw Najwyższemu.Próżne zamachy: wszechmocnością BożąRażony, wypadł z eterycznych Niebios,W płomieniach, głową na dół, do bezdennej
Otchłani, straszna, zgorzała ruina;W dyamentowej twardości kajdanach,Na karę ognia wiecznego skazany,Za to, że wyzwał zuchwale do bojuWszechmogącego. Dziewięć dni i nocy,Według śmiertelnych miary, ze swą hordąTarzał się w toni ognistej, zdrętwiały,Choć nieśmiertelny! Lecz wyrok zapadłyDo jeszcze większej zachował go kary:Dręczy go pamięć szczęścia straconegoI widok przyszłej bez końca katuszy;Toczy wzrok błędny, smutkiem przepełniony,Rozpaczą, pychą niepohamowanąI nienawiścią, bo oczami duchaWidzi, że niema dla niego nadziei;Straszne więzienie ze wszystkich stron pałaJak piec ognisty, a chociaż płomienieNie dają światła, noc czynią widoczną,A w niej obrazy niedoli, cierpienia,I potępieńców żałobliwych tłumy;Kędy nie mieszka pokój ni spoczynek,I nie pojawia się nigdy nadzieja,Ta, która wszystkim błyska; ale mękaDręczy bez końca, i potop ognisty,Sycony siarką, ciągle gorejącą,A nie mogącą nigdy się wytrawić.Takie odwieczny Sędzia przygotowałDla buntowników miejsce, tę ciemnicę,Tak oddaloną od Boga, od NiebaI jego światła, jak trzykrotnie wzięta
Odległość środka od krańca bieguna.O, jak to miejsce, gdzie są, niepodobneTemu, skąd spadli! Leżą towarzyszeJego pogromu, przemożeni, zbiciSzalejącego ognia potokamiI rwącym wirem; tuż obok się tarzaNajbliższy mocą, najbliższy mu w zbrodni,Znany daleko później w PalestynieJako Belzebub. Do niego zły Anioł(Odtąd Szatanem nazywany w Niebie)Zwraca zuchwałe słowa, przerywającStraszne milczenie: »Tyżeś? O, jak nisko!Jakże odmienny od tego, co w szczęsnemKrólestwie światła, w jasność przyodziany,Doskonałością błyszczał nad miryady!Tyżeś, co ze mną sojuszem tak ścisłym,Jednością myśli i celu związany,Równy nadzieją, odwagą, hazardemW świetnym zamachu, a teraz już równyW świetnym zamachu, a teraz już równyPrzepaść, i z szczytu jakiego! On zatemZnacznie silniejszy ze swoim piorunem!Ale, kto wiedział o sile tej broni?!Ni piorun przecie, ni jakiebądź mękiZada Zwycięzca potężny a srogi,Mnie nie przymuszą do żalu, nie zmienią(Choć zmienionego w powierzchownym blasku)Mej starej woli, zawziętego gniewuW poczuciu siły znieważonej, takiej,Co z Wszechpotężnym do walki stanąwszy,
Do uporczywej bitwy wprowadziłaNieprzeliczone hufce zbrojnych duchów,Gardzących śmiało Jego panowaniem,Wolących moje; Jego wszechpotędzePrzeciwstawiając inną, i w tak długoWątpliwych losów bitwie w polach NiebaWstrząsły tron Jego. Cóż znaczy przegrana?Nie wszystko znikło: trwa niezwyciężonaWola, pragnienie zemsty i nienawiśćNigdy niezgasła; trwa męstwo, co nigdyAni się podda, ani nie ustąpi,I wszystko, czego pokonać niemożna.Tej chwały nigdy Jego złość, ni siłaZe mnie nie wydrze: schylać się, o łaskę,Prosić na klęczkach, wielbić władzę tego,Którego państwo, tą ręką wstrząśnięte,Drżało w posadach, to byłoby hańbąNikczemną, wstydem, gorszym od upadku!Kiedy wyrokiem losu nie możemyStracić natury naszej, siły boskiej,A doświadczeniem świeżem nauczeni,W walce nie gorsi, przezornością więksi,Możemy z lepszą nadzieją zwycięstwa,Jawnie, podstępem, a nieprzejednanieWojnę prowadzić z naszym wielkim wrogiem,Co tryumfuje teraz, i w nadmiarzeRadości, rządząc sam, ciemięży Niebo.«Tak się odezwał Anioł przeniewierczy,Głośno chełpiący się, choć bólem zdjętyI bezgraniczną rozpaczą miotany.
Jego zuchwały towarzysz mu na to:»Książę! Zwierzchniku tylu panującychPotęg, co pod twem dowództwem do bojuPoprowadzili tłumy SerafinówNieustraszonych, w najcięższych przewagachWiecznego Króla Niebios tron zachwiali,Szukając podstaw, na których opartaJego najwyższa władza, skąd pochodzi?Z siły, z przygody, czy też z przeznaczenia?Widzę zbyt jasno, i boleję srodzeNad tym wypadkiem, co pogrom sprowadził,Nieba pozbawił nas i te potężneTłumy, poległe w haniebnem rozbiciu,O ile mogą niebiańskie i boskieNatury poledz: myśl i duch albowiemNiepokonane, siła wkrótce wraca,Choć chwała nasza i stan błogi zgasły,Tu pochłonięte nędzą bezgraniczną!Lecz gdy Zwycięzca (bo teraz już z musuWierzę w wszechmocność Jego, kiedy przemógłTaką, jak nasza, siłę) na to tylkoNam pozostawił całość ducha, życie,Byśmy cierpienia nasze mocniej czuli,Kary znosili, i pozostawaliNa pastwę jego mściwości i gniewu,Lub mu służyli z prawa wojennego,Jak niewolnicy, w samem wnętrzu piekła,W czarnej czeluści w ogniu pracowaliI wszelkie jego spełniali zlecenia;To cóż za korzyść nam z sił niezmniejszonych,
Z nieśmiertelności, jeśli nieśmiertelnejBędziemy tylko podlegali karze?«Na to porywczo Arcywróg odpowie:«Spadły Cherubie, być słabym, to nędzaZarówno w czynie, jak w znoszeniu doli,Ale bądź pewny, czynić coś dobregoNigdy już naszem nie będzie zadaniem;Jedyną naszą uciechą źle czynić,By się sprzeciwić woli przeciwnika.Opatrzność Jego z naszych złych uczynkówStara się dobro wywodzić, nam zatemNależy cel ten niweczyć, a dobroNa złe obracać — co się może udać,Może go martwić, jeśli się nie łudzę,Może krzyżować jego przedsięwzięcia.Oto Zwycięzca okrutny odwołałJuż swe odwetu i pogoni sługiWstecz do bram Nieba; ustał grad siarczysty,Niesiony wichrem; pozostały falePłomieni, w które wpadliśmy z Niebiosów.Może grom szparki z czerwonemi błyski,Z wściekłością pędu niepohamowaną,Wyczerpał już swe ostrza, bo przestajeHuczyć przez otchłań pustą, bezgraniczną;Nie traćmy pory, czy ją daje wzgarda,Czy zasycony gniew Nieprzyjaciela.Widzisz posępną tę równinę pustą,Ciemną siedzibę spustoszenia, tylkoPłomyki blade migocą złowrogo;Tam się uchrońmy z wrzącej ogniem fali
I odpocznijmy, jeśli odpoczynekMożna tu znaleść. Potem, zgromadziwszyNasze rozbite wojsko, uradzimy,Jakby na przyszłość najmocniej obrażaćNieprzyjaciela, jak wyrównać naszeStraty, jak ciężką pokonać niedolę,Jakie nam wsparcie może nieść nadzieja,Lub rozpacz jakie dać postanowienie.«Te słowa Szatan rzekł do najbliższegoWspółbrata, wznosząc ponad fale głowęZ iskrzącym wzrokiem, inne jego członkiNa morzu ognia wzdłuż i wszerz leżały,Zajmując kilka stajan; wzrostem równyOwym z legendy olbrzymom, Tytanom,Zrodzonym z Ziemi, walczącym z Jowiszem,Bryareowi, albo Tyfonowi,Pod starożytnym Tarsem w grocie skalnejMieszkającemu, lub Lewiatanowi,Co go ze wszystkich swych tworów Bóg nadałNajwiększym wzrostem pośród pływającychNa oceanie. O nim to żeglarzeOpowiadają, iż gdy zaśnie czasemW spienionych wodach u Norwegów brzeguBywa, że sternik łodzi zapóźnionejMa go za wyspę w wieczornym pomroku,Wbija kotwicę w grubą łuskę skóry,Przy jego boku od wiatru się chroniąc,Czeka bezpieczny, aż zasłony nocyZ nad wód podejmie bladawy poranek.
Tak rozciągnięty na ognistej faliLeżał okuty Szatan; jużby nigdyOdtąd nie podniósł się, ni ruszył głową,Lecz wola Tego, co wszystkiem rozrządza,Dała mu spełniać nowe czarne plany,Aby zbrodniami wciąż powtarzanemiGromadził na się potępienia góry,I obmyślając złe dla innych istot,Widział z wściekłością, jak wszystka złość jegoPosłuży tylko za pobudkę łaskiI nieskończonej dobroci dla człeka,Którego skusił, lecz jego samegoZgniecie potrójna hańba, gniew i zemsta.Teraz z topieli wznosi groźne członki:Z obu stron fale ognia odepchnięteZygzakowatym płomieniem się toczą,Pozostawiając w środku straszne pole.Z rozpostartemi skrzydły lot kierujeSzatan, w pomrocznem wznosząc się powietrzu,Które uczuwa ciężar nadzwyczajny;Zdąża do lądu, jeśli nazwać lądemTo, co gorzało niezgasłem zarzewiem,Gdy morze ogniem roztopionym wrzało.A barwa lądu taka, jakby siłyPodziemnych wiatrów przeniosły zrąb skałyOd gór Peloru, lub poszarpanegoBoku wciąż grzmiącej piorunami Etny;Jej trzewia pełne żywiołów zapalnychGdy ogień zajmie, w górę strzela lawąI pozostawia zgorzelisko, pełne
Kopcia i dymu: taki odpoczynekZnalazła stopa przeklęta. Szedł za nimNajbliższy spółbrat, oba chlubni wielce,Że się z styksowej wydobyli fali,Sądząc, że własną, jako bogów, siłą,Nie z dopuszczenia Najwyższej Potęgi.»Więc to siedlisko, to ląd, to powietrze?«Rzekł potępiony Archanioł: »to miejsce,Które musimy zająć zamiast Nieba?Smętna ciemnica za blask eteryczny?Więc niech tak będzie! Gdy On, teraz władca,Narzucić może to, co zowie prawem,Im dalej odeń jesteśmy, tem lepiej;Równy rozumem, siłą stał się większymI zapanował nad równymi sobie.Żegnam was pola szczęśliwe, gdzie mieszkaNieustająca radość i wesele!Witaj, piekielny świecie, witaj zgrozo!Głębio bezdenna, przyjm nowego pana!Ducha nie zmienia zmiana miejsca, czasu,Duch sam jest sobie miejscem, może sobieZ Nieba utworzyć Piekło — Piekło z Nieba.Gdzie? O to mniejsza, dość, że ten sam zawsze.A czem? Czemkolwiek — byłem nie był mniejszymOd tego, co go wielkim piorun zrobił.Tu zresztą wolni będziemy: WszechmocnyTe czarne lochy nie na to zbudował,By ich zazdrościł; stąd nas nie wypędzi..Można panować tu, a panowaniaWarto pożądać, choćby nawet w Piekle.
Raczej pan w Piekle, niźli sługa w Niebie!Lecz czemuż naszych towarzyszów losuWiernych spółbraci, druhów, zostawiamyPółmartwych w owem bagnie zapomnienia?Czemu nie wezwiem ich, aby wraz z namiTę nieszczęśliwą siedzibę dzielili,Albo raz jeszcze stanąwszy pod bronią,Wypróbowali swą siłą, co możnaOdebrać w Niebie, albo stracić w Piekle?«Tak mówił Szatan, a Belzebub na to:»Wodzu zastępów świetnych, które przemódzJeden Wszechmocny zdołał, gdy usłysząTwój głos, najżywszą rękojmię nadzieiW niebezpieczeństwie, w najcięższej potrzebie,To najpewniejsze hasło w wrzawie bitwy,I w tylu szturmach — nowem niewątpliwiePrzejmą się męstwem, nowem zbudzą życiem,Mimo, że teraz na morzu ognistemObezwładnieni, rozciągnięci leżą; —Nie dziw, po spadku z takiej wysokości!«Zaledwie skończył, a już Czart zwierzchniczyRuszył ku brzegom; na barki zarzuciłEmpirejskiego hartu tarczę ciężką.Zwieszał się z ramion jej obwód szerokiNakształt księżyca, którego orbitęPrzez szkło optyczne artysta toskańskiOgląda wieczór ze szczytu FiesoleAlbo Valdarno, odkrywając nowyKraj, rzeki, góry w plamach księżycowych.W ręku ma dzidę, obok której sosna
Ścięta w norweskich górach na maszt statkuAdmiralskiego, byłaby pręcikiem;Wspiera się na niej, stawiać z trudem krokiPo rozpalonej ziemi: nie tak kroczyłPo lazurowem Niebie, — a powietrze,Ziejące żarem, rani go dotkliwie.Wytrzymał jednak i stanął u morzaPłomienistego; woła na swe hufce:Anielskie kształty powikłane leżąGęsto, jak liście jesienne w strumieniachValombrozyjskich, gdzie lasy etruskieWysokie łuki wznoszą; lub jak trzcinaPorozrzucana, i w wodzie płynąca,Kiedy Oryon w srogie wichry zbrojny,Napadł na brzegi morza Czerwonego,Którego tale niegdyś pochłonęłyWraz z Buzyrysem memfickie rycerstwo,Gdy nienawiścią przejęte goniłoWychodźców z Gosen: ci, stojąc na brzeguBezpieczni, trupy płynące widzieliI połamane wozów zbrojnych koła.Tak rozproszeni podli zatraceńcyLeżeli, gęsto pokrywając fale,Zdrętwiali po tak ohydnej przemianie.Czart na nich krzyknął, a piekielne głębieEchem rozbrzmiały: »Książęta, Potęgi,I wojownicy, kwiecie górnych Niebios,Waszych przed chwilą, a teraz straconych,Gdy taki strach zdjąć może Duchy wieczne.Możeście miejsce to wybrali sobie
Na wypoczynek po trudach wojennych?Może tu drzymać równie wam wygodnieJak na równinach Nieba; albo plackiemW podłej postawie leżąc, przysięgliścieWielbić Zwycięzcę, co teraz spoglądaNa Cherubinów swych i Serafinów,Jak się tarzają w morzu ognia, obokPorozrzucanej broni i chorągwi,Aż szybcy szczwacze z bram niebieskich ujrząSposobność, znijdą i zdepczą omdlałych,Lub łańcuchami piorunów przybijąDo dna samego tej czarnej przepaści:Zbudźcie się, wstańcie, lub zgińcie na wieki!«Słyszą, i wstydni wnet rwą się do lotu.Tak ludzie śpiący, których obowiązkiemCzuwać, gdy naraz słyszą głos zwierzchnika.Powstają, chociaż na wpół przebudzeni.Wprawdzie świadomi byli strasznej doli,W jaką popadli, doznawali cierpieńStraszliwych, jednak głosu swego wodzaWnet posłuchały tłumy niezliczone.Jak dzielna laska potomka Amrama,W dniu nieszczęśliwym egipskiej krainyW górę wzniesiona, wywołała chmuręCzarną szarańczy, wiatrami wschodniemiGnaną na państwo króla Faraona,Co jak noc czarna przysłoniła całyKraj nadnilowy: tak też niezliczoneByły gromady złych duchów na skrzydłach,Ulatujące pod kopułą Piekła
Wśród ogni, co ich zewsząd otaczały.Aż kiedy skinął podniesioną dzidąIch sułtan wielki, wskazując kierunek,Wnet się spuścili w równoważnym locie,Całe, siarczyste zapełniając pole.Takiego tłumu Północ przeludnionaNigdy z swych mroźnych nie pchnęła obszarów,Gdy barbarzyńskie jej dzieci, jak potop,Szukały przepraw przez Ren albo Dunaj,Ku Południowi się rozpościerającOd Gibraltaru do Libijskich piasków.Zaraz z gromady każdej przełożeniI dowodzący dążą ku tej stronie,Gdzie stał wódz główny: nadludzkie postaci,Bogom podobne, godności książęce,Potęgi, które niegdyś zasiadałyTrony niebieskie; teraz ich nazwiskaTam zapisywać przestano; z ksiąg życiaSą wykreślone, jako buntownicze.Ani też nowych nazwisk używają,Jakie im Ewy synowie nadali,Odkąd po ziemi chodzą z dopuszczeniaBożego, aby doświadczać człowieka.Większą część ludzi obłudą i kłamstwemTak obłąkali, iż o Bogu StwórcySwym zapomnieli, Jego niewidzialnąChwałę na obraz zwierza zamienili,Cześć mu oddając w wesołym obrządku,Pełnym przepychu, złota; nawet czartomPokłony bili, biorąc ich za bóstwa.
Pod różną wtedy nazwą ludziom znanychW różnych bałwanach wielbił świat pogański.Muzo, kto pierwszy powiedz, kto ostatniPowstał z ognistej fali przebudzonyGłosem wielkiego Mocarza! jak każdyWedług swej rangi stawał na wybrzeżu,A za nim zbierał się tłum pospolity!Główni ci byli, co z głębi otchłaniSzli, poszukując zdobyczy na ziemi,I ośmielili się w późniejszym czasieStawiać swe trony obok tronu Boga,Swoje ołtarze przy Jego ołtarzu.Bożki, wielbione przez rozliczne ludy,Śmiały się zbliżyć nawet do Jehowy,Który wśród gromów, w orszaku Cherubów,Miał na Syonie świętym swą stolicę.W Jego świątyni stawiali posągi,I przeklętemi rzeczami brzydziliŚwięte obrzędy i uroczystości,Ciemnością swoją urągając światłu.Pierwszy straszliwy Moloch, król, zmazanyKrwią ofiar ludzkich i łzami rodziców,Choć niesłyszących okrzyku rozpaczy,ZagłuszonegoZagłuszanego hukiem trąb i kotłów,Kiedy ich dzieci szły w ogień bałwana.Ammonitowie cześć mu oddawali,Rabba z bogatą w wodę okolicą,Argob i Basan, aż do dalekiegoPotoku Amon. Nie przestając na temWyzywającem sąsiedztwie, podstępem
Nawet tak mądre serce SalomonaObłąkał, że mu wystawił świątynięWprost przed świątynią Boga prawdziwego,Na wzgórzu hańby, gajem jego zrobiłDolinę Ennon, odtąd Tofat zwaną,Albo Gehenną, czarną jak wzór Piekła.Szedł dalej Chomos, obrzydłe straszydłoSynów Moaba, od Aroer, Nebo,I na południe pustyni Abarim,W Horonaimie, w Hesebonie, dalejW państwie Seona, za kwitnącąDoliną Sibma, winogradem strojną,I w Eleale, do bagien smolistych.Zwan też Peorem, gdy IzraelitówW drodze od Nilu, w Sittim, do obrzędówWszetecznych wabił — za co ukarani.Stąd swe rozpustne orgie posuwałAż do owego wzgórza pohańbieniaPrzy gaju kata Molocha; rozpustaPrzy okrucieństwie; aż wreszcie go strąciłDobry Jozyasz na samo dno piekła.Dalej szli owi od wód EufratuStarego, aż do strumienia, co dzieliOd ziem syryjskich Egipt, a nosiliNazwy Baala, albo Astaroty,Męskie lub żeńskie, duchy bowiem mogąDowolnie przybrać płeć jedne lub drugą,Tak giętka i tak prosta ich istota,Nieskrępowana członkami, stawami,Jak ciało ludzkie, — i w jakim chcą kształcie,
Większym lub mniejszym, jasnym albo ciemnyMogą wypełniać swoje eteryczneCele i czyny miłości lub zemsty.Dla nich to plemię Izraela częstoZapominało swojej żywej siły,Opustoszałe mijając ołtarzeŚwięte, schylając głowy przed bożkami,Wziętemi z bydląt; więc też te ich głowyRównie się nisko w bitwach pochylałyI upadały, rażone włóczniamiMarnych zwycięzców. Była w tej gromadzieAstarte, której rogi jak półksiężyc;Fenicyanie zwali ją królowąNiebios, a do jej jasnego obrazuW noc księżycową sydońskie dziewiceWznosiły modły i śpiewy; w SyonieRównież ją czczono, i tam jej świątyniaStała na wzgórzu hańby; ją zbudowałÓw król rozpustny, chociaż wielkiej duszy,Co się pogankom pięknym dał tumanić,I prędko popadł w sprośne bałwochwalstwo.Dalej szedł Tammuz, z każdoroczną raną,Która na Liban w dni letnie ściągałaPanny syryjskie, by w pieśniach miłosnychOpłakiwały jego smutną dolę,Podczas, gdy potok, Adonis, ze skałyToczył do morza wody purpurowe,Niby płynące z każdorocznej ranyTammuza. Ta baśń miłosna wzniecałaW córach Syonu podobne płomienie;
Widział wybuchy ich w przedsionku ŚwiętymEzechiel, wzniesion nadziemskiem widzeniem,Gdy obłąkanych Żydów bałwochwalstwoCzarne potępiał. Dalej postępowałTen, co się żalić śmiał, kiedy po bitwieArka Przymierza, jako łup zabrana,Jego zwierzęcy posąg pokruszyła:W jego świątyni własnej głowa, ręceOdpadły, cały wraz runął na ziemięKu zawstydzeniu swoich wielbicieli;To Dagon, potwór morski, pół człowieka,Pół ryby; jednak wysoką świątynięMiał zbudowaną w Azocie, postrachemBędąc wybrzeży Palestyny, GaduI Askalonu, również w Akkaronie,Aż do granicy Gazy. Za nim Remmon,Który najchętniej przebywał w Damaszku,Na urodzajnych wybrzeżach Abbamy,U przezroczystych wód Farfaru rzeki.I ten zuchwale lżył świątynię bożą,Trędowatego strąciłstracił, zyskał króla,Achaza, swego zdobywcę głupiego,Którego skłonił, by ołtarzem PańskimWzgardził, a inny na modłę syryjskaZbudował, na nim zapalał ofiaryObrzydłe, wielbiąc bożków zwyciężonych.Szła też gromada nazwisk niegdyś słynnychOziris, Izis, Orus i ich orszak.Potwornym kształtem i czarodziejstwamiTak zwiedli Egipt i jego kapłanów,
Że fanatyczny lud swych błędnych bogówSzukał w zwierzęcej raczej, niźli ludzkiejPostaci. — I tej nie uszedł zarazyIzrael, kiedy ulał na HorebieZ pożyczanego złota cielca: zdwoiłGrzech zbuntowany król w Bethel i w Danie,Na podobieństwo wołu czyniąc Stwórcę,Jehowę, który w ciągu jednej nocyPrzechodząc Egipt, zabił pierworodnychWszystkich, i z nimi ich ryczące bogi.Belial w końcu: odeń wszeteczniejszyDuch nie spadł z Nieba, ni bardziej lubiącyWystępność dla niej samej. Ni ołtarzyOfiarnych nie miał nigdzie, ani świątyń,Lecz któż w nich częściej od niego przebywał,Wtedy gdy kapłan sam stał się bezbożnym,Jak złej pamięci synowie Heli’ego,Co napełnili dom Boży gwałtamiI wyuzdaniem? Belial panujeW pałacach, dworach i w miastach rozpustnych,Gdzie wrzask hulaszczy, a wraz z nim zniewagi,Krzywdy się wznoszą nad najwyższe wieże,A gdy cień nocy przysłoni ulice,Snują się po nich Beliala syny,Zuchwali, pełni wina i bezwstydu.Świadkiem Sodomy rynki i noc owaW Gabaa, kiedy gościnnie matronyCześć poświęcono, by gorszych ujść gwałtów.Ci byli pierwsi stopniem i potęgą;Innych wymieniać byłoby zadługo;
Bogowie jońscy, których szczep JawanaWielbił jak bogów, lecz późniejszej dobyNiż Niebo z Ziemią ich sławni rodzice.Szedł pierworodny Nieba, Tytan, za nimSyny olbrzymy. Przez młodszego brata,Saturna, tronu pozbawiony, jemuJowisz, syn jego i Rei, odpłaciłPodobną miarą; tak panował Jowisz!Tych naprzód znała Kreta, góra Ida,Potem z wierzchołka zimnego OlimpuRządzili średnią powietrza dziedziną,Swojem najwyższem Niebem; lub na skaleDelfickiej, albo w Dodonie, wzdłuż granicCałego kraju doryckiego; inniZ starym Saturnem aż do HesperyiUciekli; nawet na najodleglejszychCeltyckich wyspach szukali czcicieli.Szli tłumnie wszyscy ci i innych wieluZ wzrokiem spuszczonym, chmurami osnutym,Jednakże nie bez iskierki radości,Widząc, że wodza nie ogarnia rozpacz,Że nawet w zgubie jeszcze nie zgubieni.Spostrzegł to, zmienił się Szatan na twarzy,Lecz wkrótce pycha zwyczajna wróciła.Więc w mowie szumnej, mającej pozoryGodności, chociaż bez jej treści, wzbudziłIch słabiejącą odwagę. Dał rozkaz,By na bojowy odgłos trąb i surmyWzniesiono jego potężną chorągiew.Tego zaszczytu, jako prawa swego,
Żądał Azazel, Cherubin sążnisty,I zaraz z drążka gładkiego rozwinąłChorągiew państwa; wzniesiona wysoko,Wiatrem szarpana, jak meteor błysła,W drogie kamienie i w złoto przybrana,Na niej trofea i godła Serafów.A jednocześnie wrzaskliwe mosiądzeBrzmiały bojowym dźwiękiem; tuż się rozległOkrzyk całego wojska, aż zadrżałyNietylko Piekła sklepienia: strach wstrząsnąłPaństwem Chaosu i Nocy Prastarej.I tejże chwili w pomroku piekielnymWzniesiono dziesięć tysięcy sztandarówPowiewających barwami świetnemi,A z niemi razem zabłysnął las całyDzid przeogromnych; w ściśniętych kolumnachNieprzemierzenie długich i głębokichHełmy i tarcze gęsto połyskały.Szli doskonałą falangą doryjską,Przy dźwięku słodkich fletów i piszczałek,Które przed bitwą wysoko wznosiłyUczucia dawnych świata bohaterów,Nie zapalczywość wściekłą, lecz odwagę,Rozważną, stałą, niedopuszczającąObawy śmierci, lub myśli odwrotu.Urocze dźwięki fletów łagodziłyMyśli wzburzone, wyganiały troskę,Bojaźń, zwątpienie, smutek i niepokójZ duszy śmiertelnych, jak i nieśmiertelnych.Tak zjednoczeni, z myślą ustaloną,
W milczeniu szli przy miłym fletni głosie,Co im łagodził stąpanie po ziemiOgniem dyszącej; zbliżywszy się, stająStraszliwie długim, wyciągniętym frontem,Z błyszczącą bronią, jak starzy żołnierze,Do dzid lub tarczy noszenia przywykli,Komendy wodza możnego czekając.Ten doświadczonem okiem mierzy długieSzeregi zbrojne, ich szyk i postawęBogom właściwą; liczbę ich rozważa;Serce mu rośnie pychą, chełpliwością,Z tak wielkiej siły: nigdy bowiemJeszcze, od czasu jak człowiek stworzony,Nie było wojska, coby z tem mierzoneZasługiwało na inne nazwanie,Jak małoludków, których zwyciężyłyŻórawie. Choćby z pól flegrejskichPlemię olbrzymów złączyło się w jednoZ bohaterami, co wiedli bój w TebachI pod Pergamem z bogami zmieszani,Obudwu stronom pomagającymi;Chociażby dodać rycerstwo BretonówI Armoryki pod wodzą Artusa,Których waleczność sławią pieśni stare,I wszystkich chrzczonych i niewiernych z bitewPod Aspramontem, czy pod MontalbanemPod Trebizondą, Damaszkiem, w Marokko,I tych z Bizerty, z afrykańskich brzegów,Gdy Karol Wielki wraz z palatynamiSwymi padł w boju pod Fontarabią.
Chociaż tak bardzo wojska tego dzielnośćPonad śmiertelnych była, jednak posłuchGroźnego wodza był zupełny; wyższyNad wszystkich wzrostem, dumny, okazały,Sterczał jak wieża; kształt jego nie straciłJeszcze całego pierwotnego blasku,Wyglądał jako Archanioł strącony,Tylko się przyćmił w nim nadmiar jasności,Jak słońca, kiedy o wschodzie spoglądaPrzez mgłą przetkane ziemi horyzonty.Tracąc promienie, albo gdy się skryjeZa księżyc podczas zaćmienia: złowrogimZmrokiem okrywa ziemię, i obawąZmiany przeraża królów; tak ciemniejąc,Archanioł świecił jeszcze nad innymi.Głęboką blizną grom zorał mu czołoA na policzkach zwiędłych siadła troska;Ale brwi kryły niezłomną odwagęI pychę, chłodno szukającą zemsty,Srogość miał w oczach, a czasami śladyŻalu i bólu na widok wspólników,A raczej swojej zbrodni zwolenników.O, jak inaczej wyglądali w Niebie!Teraz skazani każdy na swój udziałW wiecznie mającej trwać piekielnej kaźni!Za jego winę miliony duchówWygnane z Nieba, i z wiecznej jasnościZa jego rokosz wyrzucone; jednakWierne zostały mu nawet po stracieWieczystej chwały. Tak, gdy ogień z nieba
Uderzy dębyw dęby puszcz, lub górskąw górską sosnę,Z spalonym szczytem, pozbawione liści,Wznoszą się dumnie na pogorzelisku.Teraz chce mówić: więc zdwojone szykiZ dwu stron zachodzą, otaczają wodzaWraz z jego sztabem; słuchają ciekawie.Trzy razy zaczął, i mimo hardościTrzy razy łzami wybuchnął takiemi,Jakiemi płaczą Anioły; nareszcieRzekł te zmieszane z westchnieniami słowa:»O, miryady Duchów nieśmiertelnych!Potęgi, równe tylko Wszechmocnemu,Z nim tylko walka była nie bez chwały,Chociaż jej wynik straszliwy, jak świadczyTo miejsce i ta okropna przemiana:Język się wzdryga, gdy ją wspomnieć musi.Lecz jakaż dzielność ducha proroczego,Jaka z zasobów wiedzy przeszłych czasów,Lub z teraźniejszych, mogła wywnioskować,Że takie siły bogów zjednoczone,Jak te tu stoją, doznają porażki?Bo kto uwierzy teraz, choć po klęsce,Że te potężne wszystkie legiony,Których wygnanie opróżniło Niebo,Raz się nie porwą jeszcze samodzielnieI nie zdobędą gniazda swego rodu?Świadkiem mi całe to wojsko niebieskie,Czy przez wahanie moje lub zlęknięcieUpadły nasze nadzieje. MonarchaW Niebie rządzący bezpiecznie zasiadał
Dotąd na tronie swym, podtrzymywanySławą odwieczną, układem, zwyczajem.Rozwijał przepych królewski nad miarę,A siły taił; to nas pokusiłoBy zrobić zamach, stąd nasza zaguba.Dziś znamy jego moc, znamy i nasze,Ani wyzywać zatem nie będziemyDo nowej walki, ani się jej lękać.Wyzwanym lepiej nam działać podstępem,Kiedy zawiodła siła; niechaj kiedyśOd nas wie o tem, że kto siłą gromi,Osiąga tylko połowę zwycięstwa.Przestrzeń wyłoni może nowe światy;Już dawniej w Niebie chodziła pogłoska,Że On niebawem stworzy świat, a na nimOsadzi nowe plemię, i w swej łasceI Na równi stawi je z synami Nieba.Trzeba to zbadać, może pierwsza naszaWycieczka będzie tam, może gdzieindziej;Bo w tej piekielnej jaskini nie mogąW ciągłej niewoli żyć niebiańskie Duchy,Ni się okrywać pomrokiem otchłani.Lecz te zamiary rozważyć wszechstronniePowinna Rada. Pokój znikł, bo ktobyRadził poddanie? Wojnę zatem, wojnęJawną lub skrytą trzeba postanowić.«Rzekł, a na słów tych jego zatwierdzenieWnet miliony mieczów płomienistychDobyły straszne Cheruby; blask nagłyRozświecił Piekło; wściekle się miotali
Przeciwko Bogu, groźno uderzającDobytą bronią w tarcze na znak wojny,Rycząc wyzwanie ku Niebios sklepieniom.Stało w pobliżu wzgórze, a szczyt jegoOgniem i dymem buchał, boki kryłaGładka skorupa, znak to nieomylny,Że wzgórze w łonie swem, działaniem siarkiSkrywało rudę metaliczną. DuchemI am oddział liczny, jakoby saperów,Poleciał, rydle i oskardy w ręku.Ci to przed wojskiem królewskiem biegają,By wytknąć obóz lub okop usypać.Dowodził nimi Mammon, najpochylszyZ duchów strąconych z Nieba, bo tam nawet,Wzrok i myśl na dół zwracając, podziwiałWięcej posadzkę niebieską ze złota,Niż wszystko święte i boskie w wizyachBłogosławionych. Z jego to podszeptu1 Ludzie bezbożną ręką jęli szarpaćWnętrzności matki ziemi, by ukryteSkarby znajdować. Teraz jego rzeszaSzeroką raną otwarła brzeg wzgórzaI kłęby złota wydzierała. Nie dziw,Że skarby rosną w Piekle: to najlepszyGrunt tej truciznie cennej. Ci, co wielbiąRzeczy znikome i z podziwem mówiąO babilońskich i memfickich gmachach,Niechaj to wiedzą, że największy pomnikSiły i sztuki, owoc wielu wieków,Rąk niezliczonych, pracy nieustannej,
Nie zrówna temu, co w jednej godzinieWybudowały duchy potępione.Tuż przy równinie, w przelicznych komorach,Którym z pod spodu dopływały strugiPłynnego ognia z ognistego morza,Druga gromada sztucznie wytapiała.Kruszec, natychmiast oddzielając złotoOd szlaku: trzecia, z niemniejszą szybkościąRozliczne formy wytwarzała w gruncie;A z owych komor dziwnemi przewodyPłynął szmelc, puste wypełniając jamy,Jako w organach, za jednym podmuchemWydaje dźwięki cały rząd piszczałek.Teraz od ziemi budynek olbrzymiJak mgła się wznosi, z jednoczesnem brzmieniemŚpiewów łagodnych, słodkich symfonii.Gmach jak świątynia, doryckie kolumny,Wkoło pilastry z złotym architrawem;Nic brakowało gzymsu, ani fryzu,Ni rzeźb wypukłych; dach z kutego złota.Ani Babilon, ani wielki KairNie wyrównały takiej wspaniałości,Gdy blaskiem lśniące wznosiły świątynieDla Serapisa lub Belusa, bożków,Albo stolice swym królom, gdy EgiptWspółzawodniczył w bogactwach i zbytkachZ państwem Assura. Wysokie kolumnyTworzyły rzędy, a za podwojamiBronzowej bramy otwartej był widok
Na wielką halę z posadzką kamienną,Równą i gładką; z sklepionego dachuSztuką magiczną zwieszały się liczneRzędy gwiaździstych lamp, świeczników jasnych,Te, odżywiane naftą i asfaltem,Dawały światło słonecznemu równe.Skwapliwe rzesze biegły, podziwiały:Ten chwalił utwór, tamten architekta,Znanego w Niebie z niejednej budowyWysokiej, zdobnej w wieże! AniołowieDzierżący berła tam mieli swe trony,Jako książęta. Nadał ich potęgąNajwyższy Władca i zakreślił władzę.Nazwisko tego architekta znaneI czczone było w Grecyi; u ludówZaś Auzonii zwan był Mulcyberem.Opowiadano tam, że Jowisz, gniewny,Zrzucił go z blanków kryształowych Nieba:Spadał Mulcyber od wczesnego ranaDo południowej pory dnia letniego,I od południa do wieczornej rosy;Wtedy z zenitu spadł jak gwiazda błędnaNa Lemnos, wyspę Egejskiego morza.Lecz to opowieść mylna: dawno przedtemSpadł on ze swoją zbuntowaną zgrają;I nie pomogło mu, że w Niebie wznosiłWysokie wieże: nic mu nie nadałyJego machiny sztuczne: spadł na głowęWraz z swą czeladzią, i buduje w piekle.Teraz skrzydlate heroldy, z rozkazu
Panującego, bardzo pompatycznie,Przy hucznym dźwięku trąb głoszą tłumowi,Że się odbędzie rada uroczystaW Pandemonium, wysokiej stolicySzatana z jego sztabem; że mandatyZ każdego pułku i z każdej gromadyWzywają, według rangi i wyboru,Co najgodniejszych. Przyszli wnet z setkami,Inni arbitrów tysiące przywiedli,Zapchały tłumy przysionki i bramy,Najbardziej wielką halę (podobniejsząDo krytej dachem równiny, na którejZbrojni rycerze przed tronem sułtanaDo walki na śmierć, albo do skruszeniaLancy wzywali najdzielniejszych pogan);Na ziemi, w górze, gęste roje pędząI brzęczą ruchem skrzydeł, jak na wiosnęPszczoły, gdy słońce wstępuje w znak Byka.Rojno i gwarno opuszczają ule,Dążą w zarośla, krzątają się żwawoWśród rosy świeżej, wśród kwiatów w rozkwicie;Lub na deszczułce gładkiej, tem przedmieściuSwej cytadeli, zbudowanej z słomy,Nowym balsamem obciążywszy członki,Radzą nad państwa swojego sprawami.Podobna ciżba zaległa powietrze,Aż na znak dany: cud oto! — ci sami,Co wzrostem zdali się olbrzymów ziemskichPrzenosić, naraz małemi karłamiW ciasnej przestrzeni tłoczą się bez liczby,
Jak Pigmejczycy z po za gór Indyi,Albo jak elfy, zgrabne, pląsająceW północ na brzegu lasu, lub u źródła.Widzi je wieśniak zapóźniony, możeŚni mu się tylko, że widzi, gdy księżycZ nieba rozstrzyga wątpliwość, i corazNiżej ku ziemi krąg blady zatacza;One wesołe tańczą bez wytchnienia,Rzeźwą muzyką czarują słuch chłopa,Ale z weselem strach w serce mu wnika.Tak niecielesne duchy kształty swojeOlbrzymie do tej szczupłości przywiodły,Że się mieściły przestrono, choć weszłyW niezmiernej liczbie do sklepionej haliPałacu w Piekle; lecz głębiej daleko,Przy drzwiach zamkniętych, i w zwykłym swym wzrościeSerafinowie i CherubinowieZnaczniejsi siedli na krzesłach złocistych:Tysiąc półbogów. Po krótkiem milczeniuI odczytaniu odezwy, otwartoWielkie piekielnej Rady posiedzenie.
Comments
Loading comments…