Pieśń III
Translated by Władysław Bartkiewicz
Raj utracony (1902)
Witaj, o światło święte, pierworodneDziecię Niebiosów, lub jeśli bezkarnieTak rzec się godzi, promieniu współwiecznyWiecznemu Bogu. On, światło odwieczne,Zamieszkał w świetle niedostępnem, czyliW tobie, przejasny wypływie przejasnej,A niestworzonej istoty; lub możeNazwać cię czystym prądem eterycznym,Którego źródła nikt odkryć nie zdoła?Nim słońce byłoś, nim Niebo; na rozkazBoga, jak płaszczem świat ten owinęłośWyrastający z wód ciemnych, odjętyNieskończoności bezkształtnej i pustej.Szczęsny do ciebie powracam polotemŚmiałym, umknąwszy z stygijskiej kałuży,Gdym w swej wędrówce przez ciemności głębie,Ostatnią, średnią, innym niż OrfeuszTonem opiewał Chaos i Noc wieczną,Mając niebiańskiej Muzy polecenie
Trudne i rzadkie, zstąpienia w ciemnościI powrotnego wzniesienia się w górę.Tyś nieskażone; czuję wpływ żywiącyTwego ogniska, lecz już nie nawiedzaszOczu, co próżno szukają promieniaTwego jasnego: dla nich nie ma świtu,Tak grube bielmo, czy też wypływ mętnyŚćmił me źrenice. Jednak nie zaniechamNawiedzać źródła jasnego, gdzie MuzyBywają, albo cienistych bugajówI wzgórz słonecznych, zakochany w śpiewieŚwiętym, lecz głównie nawiedzam ja w nocyCiebie, Syonie, i te źródła kwietne,Co obmywają twoje święte stopyI szemrzą słodko; wspominam też częstoDwóch owych, równy ze mną los dzielących,Maeonidesa i Tamyra, ślepych,Tyrezyasza i Phinea, wieszczkówStarych. Żywię się tak myślami, któreChętnie się w wiersze harmonijne łożą,Jak owo ptaszę w gęstwinie ukryte,Co w noc bezsenną melodyjne tonyLeje dokoła. Wciąż jedne po drugichWracają pory roku, dzień nie wracaDla mnie; nie zbliża się wieczór, ni ranek,Nie widzę kwiatów wiosny, ni róż lata.Ni trzód gromadnych, ani ludzkiej twarzyZ piętnem boskiego swego pochodzenia;Natomiast chmura wiecznotrwałej nocyOdcina mnie od wesołości ludzi,
Dzieła przyrody kryje pusta karta,Więc księga wiedzy starta, zamazana,A mądrość jedno wejście ma zamknięte.Tem mocniej świeć mi w duszy, ty, niebieskieŚwiatło, rozjaśnij umysłu potęgę;W nim osadź oczy; oczyść je z powłoki,Rozprosz mgły, abym widział i opiewał,Co niewidzialne dla śmiertelnych wzroku.Wszechmocny Ojciec z wysokości NiebaCzystego, z tronu po nad wszystkie szczytyWyniesionego, spojrzał na swe dziełaI na ich dzieła zarazem. DokołaWszystkie Świętości Niebiańskie, jak gwiazdyStały gromadnie i z Jego widokuCzerpały błogość niewypowiedzianą;Jedyny Jego Syn siadł po prawicy,Promieniejący obraz Jego chwały.Na ziemi naprzód ujrzał pierwszych naszychRodziców parę, samych dwoje, ludzkośćPrzedstawiających; w szczęśliwym ogrodzieW błogiej samotni zbierali owoceWiecznej radości i wiecznej miłości,Nieprzerywanej radości, miłościNieporównanej. I spojrzał Bóg w PiekłoI w przepaść: ujrzał okrążającegoGranice Nieba od tej strony NocySzatana, który w powietrzu się ważąc,Dla mdłej już nogi i strudzonych skrzydełSzukał spocznienia na pustej obsłonieŚwiata, co zdała się być lądem stałym
Bez firmamentu, ni to w oceanie,Ni to w powietrzu. Tego Bóg ujrzawszy,Z swej wysokości widzący co było,Co jest, co będzie, tak do swego SynaMówi proroczo: »O Jednorodzony,Czy widzisz, jaka wściekłość PrzeciwnikaNaszego niesie? Ani przepisaneGranice, ani wrzeciądze piekielne,Ani łańcuchów ciężkich skrępowanie,Ani olbrzymiej przepaści przestworyNie powstrzymały go: takiem pragnieniemZemsty rozpacznej dyszy, która spadnieNa buntowniczą jego głowę. TerazWyłamał wszelkie zapory, i dążyOpodal Nieba w zakresy świetlaneProsto ku światu nowostworzonemu,Ku Człowiekowi, którego chce siłąZniweczyć, albo, co gorsza, podstępem,Obłudą zepsuć. I zepsuje; CzłowiekUsłucha jego kłamstw pochlebczych liku,Łatwo przekroczy ów zakaz jedyny,Jedyny zakład swego posłuszeństwa;I on i cały ród jego upadniePrzeniewierzony. Czyja wina? Jego.Niewdzięczny! Dostał wszystko, co mógł dostaćOdemnie: dałem mu prawdę i prawość,Aby mógł wytrwać, lecz i wolną wolęUpadku. Wszystkie Potęgi NiebieskieI wszystkie Duchy tak samo stworzyłem,Te, co wytrwały, i te, co stracone.
Kto wytrwał w dobrem, z własnej woli wytrwał;Upadł też z woli własnej ten, kto upadł.Gdyby nie byli wolni, jakiż dowódMogliby złożyć poddaństwa, wierności,Albo miłości, gdyby to, co musząTylko czynili, a nie co wybiorą?Jakąż pochwałę mogliby otrzymać?Jakążbym radość miał z ich posłuszeństwa,Jeśliby wola i rozum (i wybórZ rozumu) były bez pożytku, próżne,Jako z wolności obrane; obojeBierne, w usłudze konieczności, nie mnie?Tak więc stworzeni są w słuszności prawa,Ani się mogą uskarżać na Stwórcę,Ni na to, żem ich stworzył, ni na losy,Jak gdyby z góry przeznaczenie woląIch kierowało, niezmiennym wyrokiem,Albo widzenie przyszłych rzeczy: sami,Postanowili rokosz, nie ja; przewidziałem,Lecz przewidzenie nie pchnęło do winy;Byłaby pewną i bez przewidzenia.Tak więc nie wpłynął ni los, ni cień losu,Ani niezmienne moje przewidzenie,Grzeszą z własnego sądu i wyboru,Bom ich wolnymi stworzył, i wolnymiMają pozostać, póki sami sobieJarzma nie włożą; inaczej musiałbymZmienić naturę ich, cofnąć wyrokiNiezmienne, wieczne, ustanawiająceIch wolność; oni sami swój upadek
Ustanowili. Z własnego popęduTamci upadli, skusili się sami,Sami zepsuli: przez nich pierwszy CzłowiekPadnie zwiedziony; człowiek zatem znajdzieŁaskę, nie znajdą jej tamci. Na NiebieI Ziemi chwała moja świecić będzieSprawiedliwością i Łaską, lecz ŁaskaNad wszystko światło jaśniej świecić będzie.«Gdy tak Bóg mówił, Niebo napełniłaWoń ambrozyi, nową rozkosz niosącBłogosławionym a wybranym Duchom.Syn Boży błyszczał po nad wszystkich w chwale;Współistnością z Ojcem jaśniejący;Niebiańska litość lśniła w jego twarzy,Miłość bez granic i łaska bez miary;Te wynurzając, tak mówił do Ojca:»Są miłościwe, Ojcze, twoje słowa,Wyrok najwyższy łaskę CzłowiekowiDający; Niebo i Ziemia Twą chwałąRozbrzmieją w hymnach niezliczonych, w śpiewachŚwiętych, a tron Twój będą otaczałyBłogosławieństwa ze wszech stron płynące,Bo czyżby Człowiek miał zginąć na zawsze?Ostatnie z stworzeń Twoich, ukochane,Najmłodsze dziecię, obłąkane zdradąI własnem głupstwem? Tego nie chcesz wcale,Nie chcesz, o Ojcze, Sędzio wszystkich rzeczyStworzonych, Sędzio zawsze sprawiedliwy.Lub czyż Przeciwnik miałby w taki sposóbCel swój osiągnąć, cel twój udaremnić?
Swą złość wykonać, Twą dobroć zniweczyć?I pyszny wrócić, wprawdzie do cięższegoWięzienia, ale z dokonaną zemstą,Ciągnąc za sobą w czeluści piekielneCałe ludzkości plemię, które zepsuł?Albo chciałżebyś znosić własne dzieło,I przez nie zniszczyć to, co dla swej chwałyStworzyłeś? W dobroć zwątpionoby Twoje,I w wielkość, próżno szukając odporuBluźnierstwom.« Na to Stwórca tak odrzecze:»O Synu, duszy mej upodobanie,Synu mojego łona, Synu SłowoJedyne moje, mądrość ma i siła,Wszystko, coś mówił, jest jak myśli moje,Jak wiecznych moich zamiarów dekrety;Nie będzie Człowiek stracony zupełnie;Kto zechce zbawion będzie, już nie swojąWolą, lecz łaską moją, z której możeCzerpać do woli. Raz jeszcze odnowięJego upadłe siły, chociaż postradaneW niewoli grzechu, skalane chuciamiRozpasanemi; we mnie mając wsparcie,Raz jeszcze może odeprzeć napaściNieprzyjaciela swego śmiertelnego;Przy mojem wsparciu, iżby czuł jak wątłeJest położenie jego po upadku,Że wybawienie tylko mnie zawdzięcza.Niektórych łaską mą szczególną nadam,Wybranych moich; taka moja wola;Inni usłyszą często me wołanie
I ostrzeżenie, że są w stanie grzechu,By przebłagali Boskość obrażoną,Póki czas mają, łaskę odzyskali;Chcę dostatecznie rozjaśnić ich umysł,Kamienne serca wzruszyć, do modlitwy,Pokuty skłonić i do posłuszeństwa;Bo dla modlitwy, pokuty, posłuchu,Byleby z szczerym zamiarem spełnianych,Zawsze otwarte będzie moje ucho,I nie zamkniętozamknięte oko, a za stróżaUmieszczę w duszy ich mego Sędziego,Sumienie; tego jeśli słuchać będą,Osiągną coraz wyższy stopień światła,I gdy wytrwają, znajdą ocalenie.Ale kto wzgardzi moją cierpliwościąI dniami łaski, ten nigdy nie doznaJej wpływu: twardy coraz twardszym będzie,Ślepy oślepnie jeszcze bardziej, abyPotykający się grzęźli wciąż głębiej.Ci tylko z mojej łaski wymazani.Ale nie wszystko rozstrzygnięte: człowiekNieposłuszeństwem swojem łamie wierność,Grzeszy przeciwko panowaniu Nieba,Robi się Bóstwem, i tak tracąc wszystko,Nie ma czem spłacić winy wiarołomstwa.Jako skazany, oddany na zgubę,Z całem potomstwem swojem umrzeć musi;Musi umierać on, lub Sprawiedliwość;Chyba kto inny i zdolny i chętnySpłaci surowe zadośćuczynienie:
Śmierć za śmierć. Rzeczcie, Niebieskie PotęgiGdzie znaleźć taką miłość? Kto z was gotówZostać śmiertelnym, by odkupić zbrodnięŚmiertelną Człeka? Kto ze sprawiedliwychZechce ocalić niesprawiedliwego?Czyż taka miłość nie znajdzie się w Niebie?«Pytał Bóg, ale cały chór niebieskiStał niemy: żaden opiekun Człowieka,Ani pośrednik nie stanął; na głowęSwoję nikt nie chciał wziąć śmiertelnej winyI odkupienia, bez którego całePlemię Człowieka, z ciężkiego wyroku,Musiało zginąć, Śmierci przysądzoneI Piekłu: Zbawił je Syn Boży,Który, miłością boską przepełniony,Tak pośrednictwo swe łaskawe wznowił:»Ojcze, wyrzekłeś, Człowiek znajdzie łaskę.A łaska czyżby nie znalazła drogi?Ona, najszybsza z Twych gońców skrzydlatych,Ona Twe wszystkie stworzenia odwiedzaNiespodziewana, nieoczekiwana,I nieproszona, nie myślana zgoła!Szczęście Człowieka to, że przyjdzie sama,On jej pomocy nie szukałby nigdy,Będąc umarły przez grzech i stracony:Tak zadłużony, upadły, nigdy byDostatecznego zadośćuczynieniaZłożyć nie zdołał: ale spojrzyj na mnie;Siebie za niego dam, życie za życie;Na mnie zwróć gniew Twój, mnie policz za Człeka;
By jego zbawić opuszczę Twe łono,Zrzeknę się chwały Twojej dobrowolnie,I chętnie umrę za niego, niech na mnieZwróci się cała wściekła zemsta śmierci.Nie będę długo leżał zwyciężonyJej czarną władzą; dałeś mi na wiekiMoc życia w sobie samym; żyję Tobą,A choć ulegnę śmierci, oddam wszystko,Co we mnie umrzeć może, com jej winien;Gdy dług ten spłacę, Ty mnie nie zostawiszW ohydnym grobie jej łupem; nie ścierpisz,By nieskalana, czysta moja duszaTam zamieszkała w skażeniu na zawsze.Ale zwycięski wstanę i pokonamMego zwycięzcę, odbierając zdobyczKtórą się chełpi. Wtedy śmierć otrzymaRanę śmiertelną, padnie pozbawionaŻądła swojego. Ja tryumfującyPo przez powietrzne sfery poprowadzęPojmane Piekło, wbrew Piekłu, pokażęW ciężkich okowach Potęgi Ciemności.Ty z wyżyn Nieba spojrzysz uśmiechnięty,A ja widokiem Twoim pokrzepiony,Zniweczę wszystkich nieprzyjaciół moich,Z nich Śmierć ostatnią; jej trupem zasycęWielki grób; wtedy, z wybawionym tłumemWejdę do Nieba, po długiej rozłące,By patrzeć, Ojcze, w twoje lica, w którychNie pozostanie żadna chmura gniewu,
Lecz pojednanie i pokój; nie będzieJuż odtąd gniewu: radość cię otoczy.«Ucichły słowa, łagodne spojrzenieMówiło jeszcze nieśmiertelną mowąUmiłowanie człeka śmiertelnego,A nad tę miłość jeszcze wyższym blaskiemGorzało tylko posłuszeństwo Syna:Jako ofiara chętna i gotowa,Czekał rozkazu Ojca potężnego.W podziwie stało Niebo, w niepewnościCo się stać może i na czem się skończy.Lecz Wszechmogący tak odrzekł niebawem:»Ty, co na Niebie i Ziemi jedynyZnalazłeś pokój dla ludzkiego roduPod moim gniewem pozostającego!Ty coś jedynem mem upodobaniem,Wiesz jak mi drogie wszystkie moje twory,Szczególniej Człowiek, chociaż na ostatkuStworzon. Dla niego rzucisz moje łonoI mą prawicę: na chwilę Cię stracę,By uratować cały ród stracony.Ty jeden tylko możesz go odkupić,Zatem naturę jego złącz ze swojąI bądź człowiekiem wśród ludzi na ziemi;Gdy czas nadejdzie, z poczęcia dziewicyCudownie zrodzon, przyobleczesz ciało.Choć syn Adama, ty zamiast AdamaGłową ludzkiego rodu się zostaniesz;Jak w nim zginęli wszyscy, tak niech w tobie
Jak z pnia nowego, ocali się tylu,Ilu z nich może: lecz nikt mimo ciebie;Przestępstwo jego wszystkie jego dzieciWinnemi czyni, lecz twoja zasługa,Im przyliczona, rozgrzeszy tych wszystkich,Co zaufają w miłosierdziu twojem,I przeszczepieni w tobie, nowe życiePrzyjmą od ciebie. Tak, jako rzecz słuszna,Człowiek zapłaci za winę Człowieka.Osądzon będzie i umrze, lecz z śmierciPowstanie, a z nim zmartwychwstaną bracia,Za cenę jego najdroższego życiaKupieni. Miłość niebiańska naprawiW ten sposób dzieło piekielnej zawiści,Na śmierć wydając, przez śmierć i przez miłośćZbawiając to, co nienawiść piekielnaŁatwo zburzyła i wciąż burzyć będzieW tych, co choć mogą, nie przyjmują łaski.I choć się zniżysz do przyjęcia ludzkiejNatury, własnej nie umniejszysz przeto:Bo gdy w najwyższej błogości, na tronieRówny mnie, ze mną równo używającBoskości, wszystko to porzucasz, abyOd ostatecznej zguby świat ocalić,Bardziej z zasługi jeszcze, niźli z rodu,Jesteś za Syna Bożego uznany;Bo więcej dobroć Twoja, niźli wielkość,Albo wysokość wskazuje, czem jesteś;Obfitowała miłość w Tobie więcej,Niż chwała; wzniesie Cię upokorzenie
Do tego tronu, i z Tobą ród ludzki.Tutaj zasiądziesz wcielony, tu będzieszKrólować w chwale, jako Bóg i Człowiek,Jako Syn Boży i Człowieczy, jakoKról namaszczony wszystkich światów: władzęWszelką ci daję; panuj po przez wieki,Oblecz się w swoje zasługi; pod Tobą,Jako pod Wodzem najwyższym, niech będąTrony, Potęgi, Panowania, Księstwa,Przed tobą niechaj pada na kolanaWszystko, co żyje w Niebie i na Ziemi,I co pod Ziemią w Piekle. A gdy w całymBlasku swej chwały zjawisz się w obłokach,Archaniołowie przez Ciebie posłaniSąd ostateczny ogłoszą: natychmiastGłos przeraźliwej trąby ze snu zbudziŻywych i martwych od najdalszych wieków,By wysłuchali wyroku wiecznego,Przy Tobie wtedy staną wszyscy święci,A złych aniołów i ludzi osądzisz.Wszyscy się schylą pod Twoim wyrokiem.Odtąd się zamknie Piekło zapełnione,Ogniem świat spłonie, a z jego popiołówPowstanie nowe Niebo, nowa Ziemia;W nich mieszkać będą wszyscy sprawiedliwi;Po utrapieniach przyjdą im dni złote,Owoce złotych czynów: radość, miłośćI prawda będą ich tryumfem. WtedyOdłożysz berło królewskie na stronę,Bo już nie będzie potrzebne: Bóg wszystkiem
Będzie we wszystkiem. A wy, Aniołowie,Wielbijcie Tego, który dla spełnieniaTych rzeczy, umrze. U wielbijcie Syna,I cześć mu złóżcie, tak jak mnie składacie!«Zaledwie umilkł Wszechmocny, wnet tłumyNieprzeliczone Duchów jednozgodnymOkrzykiem radość swoję objawiły.Niebo weselem brzmiało, słodkie hymny,Głośne hosanna naraz napełniłyKraje wieczności; ze czcią i z miłościąPrzed każdym tronem się chyląc, w oznakęAdoracyi swojej uroczystej,Rzucali złotem przetkane koronyI amarantem, nieśmiertelnym kwiatem,Co zakwitł w Raju, tuż przy drzewie życia,Raz, ale wkrótce dla grzechu CzłowiekaZnowu do Nieba został przeniesiony,Gdzie rosnął przedtem, i teraz tam rośnie,Kwiatami swemi wieńcząc źródło życia;Gdzie rzeka szczęścia samym środkiem NiebaToczy po kwiatach fale bursztynowe.Temi kwiatami, niewiędniejącemi,Duchy wybrane wiążą swe kędzioryJasne, splatając je z promieni wieńcem.Teraz pawiment niebieski zajaśniałLuźnemi kwiatów zwojami, jak morzeJaspisu w róże purpurowe zdobne.Potem, na nowo uwieńczywszy głowy,Duchy za harfy wzięły, wiecznie strojne,Błyszczące przy ich boku, jak kołczany,
I po przygrywce słodkiej świętym śpiewemWzbudziły zachwyt, bo śpiewali wszyscy,A żaden głos nie zmącił melodyi:Taka we wszystkiem zgodność jest w Niebiosach.Pierwszy śpiew Tobie, Ojcze Wszechmogący,Niezmienny, królu wieczny, nieśmiertelny,I nieskończony, Stwórco wszechstworzenia,Źródło światłości, a sam niewidzialnyW jasności chwały, wśród której zasiadaszNa niedostępnym tronie; a choć blaskiTwoich promieni przysłonisz obłokiem,Jakby kaplicą, rażą one NieboTak, iż przejasne nawet SerafinyPrzed tron twój idąc, zasłaniają oczyObu skrzydłami. Potem opiewaliCiebie, coś wszelkie poprzedził stworzenie,Jednorodzony Boskości Obrazie,W którego licu Ojca WszechmocnegoBlask się przejawia bez żadnej osłony,Taki, iż żadne z stworzeń go nie zniesie;Na Tobie jego odbija się chwała,W Tobie się jawi pełność jego Ducha,Twą ręką stworzył on Nieba NiebiosówI wszystkie, jakie w nich żyją, Potęgi;A buntownicze obalił przez Ciebie!Nie oszczędzałeś w dniu tym strasznych gromówTwojego Ojca, ani się zatrzymałTwój wóz płomienny, co wstrząsnął posadyWieczyste Nieba, kiedyś go prowadziłPo karkach wrogich Aniołów w rozbiciu.
Wracającego z pogoni NiebieskieZastępy Ciebie tylko uwielbiały,Synu ojcowskiej mocy, coś straszliwymPogromem skruszył Jego nieprzyjaciół.Nie tak surowo ukarany CzłowiekPrzez nich skuszony. Ojcze miłosierdzia,Tyś ku litości więcej się przychylił;Jak tylko Syn Twój kochany, jedyny,Spostrzegł, że nie chcesz zbyt surowo karaćSłabego człeka, że Twą litość budzi,Zaraz, by gniew Twój uśmierzyć, zakończyćW obliczu Twojem dostrzeżoną walkęSprawiedliwości z litością, nie baczącNa stan szczęśliwy, jakiego zażywaPo Twej prawicy, ofiarował życieZa grzech Człowieka. Miłość bezprzykładna!Miłość zaiste boska! Sława Tobie,O Synu Boży, Zbawicielu ludzi!Twe imię odtąd przepełni me pienia,I harfa moja nigdy nie przestanieWielbić Cię, wielbić wespół z Ojcem Twoim!Tak w Niebie, ponad gwiazd sferami szczęsneGodziny mknęły wśród hymnów radości;Tymczasem stanął Szatan na sklepieniuNieprzezroczystem okrągłego świata,Które oddziela Chaos i Noc starą,A pod niem słabsze światła bieg swój toczą.Zdala kuliste, teraz się wydałoJakoby stałym i obszernym lądem,Ciemnym, bezpłodnym, dzikim, a okrytym
Martwą, bezgwiezdną nocą, wystawionymNa wciąż grożące Chaosu zawieje;Tylko od strony Empirejskich Niebios,Choć oddalonych, słabe światło wnikaW powietrze, w którem mniej już huczą burze.Tu Szatan wyszedł na obszerne pole,Jak sęp z Imaus, przy którego szczycieŚnieżnym koczują Tatarzy, opuszczaKraj, gdzie spotyka rzadki łup, na wzgórzaPełne trzód tłustych dąży, by się objeśćMięsem jagniątek, albo koźląt młodych,Potem do źródeł rzek indyjskich leci,Gangesu albo Hydaspu, a w drodzeNa Serikany goły step zapada,Gdzie Chińczyk w lekkich swych wózkach ze trzcinyPędzi, na wiatry wystawiwszy żagle:Tak na tem wzdętem morzu piasku SzatanKroczył samotny, upatrując łupu.Samotny, bo tam innego stworzeniaŻywego ani martwego nie było. —Jeszcze nie było, lecz gdy dzieła ludziGrzech wskroś próżnością przejął, naleciałoTu z ziemi, jakby wyziewy powietrzne,Wszystko, co marne, i ci, co w marnościachNadzieje chwały swojej zasadzali,Lub szczęścia w życiu ziemskiem lub niebieskiem;Co otrzymali nagrodę na ziemi,Za zabobonność i ślepą żarliwość;Lub co szukali tylko ludzkiej chwały,Tutaj swych czynów znajdują zapłatę,
Tak marną jak ich czyny; tu PrzyrodyNiedokończone, poronione płody,Albo potworne, cudackie, gdy skończąByt ziemski, lecą tu, tu się błąkająDo ostatniego swego znicestwienia;Nie na księżycu, jak było mniemanie:Jego srebrzyste pola zapełniająLepsi mieszkańcy, duchy szlachetniejsze,Pośrednie między naturą anielskąA ludzką. Niegdyś stąd na ziemię przyszłyZ nieprawych związków zrodzone Olbrzymy,Syny i córki, i świat napełniłyWielu czynami próżnemi, natenczasJednak sławnemi. Naprzód budownicyOwi Babelu na dolinie Sennar,I ci, co teraz gotowiby wznosićNowe Babele, brak im tylko środków.Szli inni luzem: ten, co chętnie skoczyłW płomienie Etny, byle mógł uchodzićZa boga, znany Empedokles, drugi,Kleombrot, co się rzucił w morze, abyMógł się napawać bytem elizejskimPlatona; innych wielu pomijamy.Tu się gromadzą, odludki, szalbierze,Gimnosofiści, augurzy, bonzowie,Wieszczkowie z całem oszukaństwem swojem;Tu pełno owych pielgrzymów szalonych,Co karawaną długą przez pustynieChcą zdobyć niebo rozkoszy zmysłowych;I tych, co licząc na apoteozę
W godzinie śmierci, pochlebiali sobie,Że wkrótce w rzędzie bogów siedzieć będą:Mijają siedem planet, gwiazdy stałe,I ową sferę kryształową (któraWahaniem swojem tworzy drganie planet,Co było rozpraw rozlicznych przedmiotem),W próżnem mniemaniu, że poza tem NiebemOstatniem, ruch swój nadającem innym,Czeka ich jakieś bóstwo, aby OlimpOtworzyć dla nich; stawią śmiałą nogęNa próg niebieski, tymczasem gwałtownyWirowy wicher zmiata ich w przestworyDziesięć tysięcy mil opodal; z nimiLecą niesione wiatrem, roztrąconeZaczarowane pierścienie, bożyszcza,Tłum talizmanów różnych, amuletów,Bałwanów i ich wielbicieli roje:Wiatr ich unosi po za świat, daleko,W otchłań, nazwaną Rajem głupców, niegdyśZnanym powszechnie, teraz wyludnionym.Gdy ten posępny świat napotkał Szatan,Szedł przezeń długo, aż widząc brzask lekki,Ku niemu zwrócił utrudzone kroki,Spostrzega w dali wysoką budowę,Co szła piętrami aż do murów Nieba;Na jej wierzchołku coś jak królewskiegoPałacu brama, tylko że bogatsza:Fasada złotem i dyamentamiZdobna; drogiemi kamieniami WschoduIskrzył się portyk: podobny na ziemi
Wznieśćby się nie dał, ani namalować.Schody, jak owe w Jakóba widzeniu,Z wstępującemi i zstępującemiAnioły, kiedy do Padan-AramuUciekał trwoźny przed bratem Ezawem,I pod odkrytem niebem spał na poluW Luzie; tam, ze snu powstawszy, zawołał:»To jest do Niebios brama!« Każdy stopieńMiał tajemnicze znaczenie, czasamiNiknęły schody, wciągnięte do Nieba.U dołu jasne morze jaspisowe,Albo jak z pereł płynnych falowało;Tych, co pod żaglem na niem przybywaliZ ziemi, wznosili w górę Aniołowie,Albo na drugi brzeg morza przeprawiałWóz zaprzężony w ogniste rumaki.Schody w tej chwili były opuszczone,Może, by wejścia łatwego spróbowałSzatan, i mocniej odczuł wykluczenieSwoje od bramy szczęśliwości wiecznej.Prosto naprzeciw schodów z dołu drogaSzła ponad błogą Raju okolicąKu Ziemi, droga szeroka, o wieleSzersza, niż w czasach późniejszych przez góręSyonu, albo Ziemię Obiecaną,Tak miłą Bogu, droga, którą z woliI rozkazania Bożego AniołySzły, nawiedzając szczęsne pokolenia;Które też Boskie oko nawiedzałoChętnie, od źródła Jordanu, Panei,
Aż do Bersabe, granic Ziemi Świętej,Aż do Egiptu i Arabii brzegów:laki był otwór światłu, takie krańceCiemności, jakby brzegi oceanu.Stąd Szatan, stojąc na najniższym stopniuSchodów złocistych, wiodących do Nieba,Naraz spojrzeniem jednem świat ten całyObjął zdziwiony. Tak po całonocnejWśród niebezpieczeństw drodze, przez pustynie,Szpieg, gdy nareszcie o świcie dnia stanieNa jakiem wzgórzu wyniosłem i zoczyNiespodziewanie kraj obcy a piękny,Nieznany dotąd, lub sławnej stolicyBłyszczące wieże i blanki, złoconePromieńmi słońca o wschodzie, równegoDozna zdziwienia; chociaż Czart złośliwy,Co znał już Niebo, raczej zawiść uczułNa widok świata w całym blasku piękna.Patrzy dokoła (a łatwo to czynićMógł, stojąc ponad kulistą zasłonąNocy), od wschodu, gdzie gwiazdozbiór Wagi,Aż do Barana, co poza widnokrągI przez ocean Atlantycki poniósłCórkę Cefea; tak świat rozpatrzywszyWszerz od bieguna do bieguna, leciProsto przed siebie w pierwsze sfery świata;Powietrzem czystem, pomiędzy gwiazdamiNiezliczonemi, żegluje swobodnie.Gwiazdami były zdala, ale bliżejŚwiatami, albo wyspami błogiemi,
Jak Hesperydy, sławione przed wieki.Szczęśliwe pola i gaje i błoniaKwieciste, wyspy po trzykroć szczęśliwe,Lecz kto szczęśliwym mieszkańcem? DochodzićNie chciał Dyabeł. Nad temi światamiNęciło jego oczy słońce złote,Najpodobniejsze blaskiem swoim Niebu.Tam bieg swój zwraca (lecz w górę czy na dół,Do środka, albo odśrodkowym pędem,Trudno powiedzieć, lub wskazać na stopieńGeograficzny długości), gdzie wielkaBłyszcząca kula ponad gromadamiGwiazd mniejszych, które w należytej daliOd jej władczego oka blask przyjmują,Dni określają, miesiące i lata,Tańcem miarowym pędząc naokołoTego ogniska życia, lub pędzoneMagnetycznemi jego promieniami,Niewidzialnemi, chociaż grzeją światy,I tajne siły ślą nawet w ich głębią:Takie cudowne słońca stanowisko.Tam wylądował Czart, była to plamaNa świetnej tarczy słońca, jakiej możeŻaden astronom przez optyczną tubęNie widział nigdy. Miejsce mu się zdałoNad wszelki wyraz widne, niedająceRównać się z niczem na ziemi, ni z kruszcem,Ni też z kamieniem; nie we wszystkich działachJednakie, ale wszędzie napełnionePromieniejącem światłem, do żelaza
Rozpalonego podobnem; jeżeliKruszec, to w części zdał się złotem, w częściSrebrem, jeżeli kamień, to karbunkuł,Albo chryzolit, rubin, albo topaz,Nakształt dwunastu owych, co świeciłyW racyonale Arona, a możeTen w wyobraźni jedynie widzianyLub mu podobny, którego na ziemiFilozofowie szukali daremnie;Daremnie, chociaż siłą swojej sztukiMogli lotnego Merkurego związać,Nawet morskiego Proteusza, kształtyNajrozmaitsze przybierającego,Gdy przepędzili przez alembik, mogliZmusić, by stanął w kształcie przyrodzonym.Cóż więc dziwnego, że tu pola, niwyCzysty eliksir zioną, w rzekach płynieZłoto do picia zdatne, kiedy wielkiÓw chemik, słońce, choć od nas daleki,Z wilgocią ziemi, łącząc swoję siłę,W jej ciemnej głębi wytwarza przedmiotyBlaskiem i barwą tak niepospolite?Nowe widoki nie olśniły Czarta,Daleko sięga wzrokiem, który przeszkód,Ni cienia tutaj nie spotyka wcale,Lecz czyste światło, takie, jakie rzucaSłońce w południe na samym równiku,Tu prostopadle idzie zawsze w górę,Żaden więc przedmiot, choć nieprzezroczysty,Nie może rzucać cienia; a strzeń czysta
Wzrok zaostrzała na wielką odległość.Dostrzegł też Szatan w tym blasku Anioła,Tego, którego już w późniejszej dobie,Apostoł święty widział także w słońcu.Chociaż plecami zwrócon, jaśniał cały;Na jego głowie świeciła tyaraZ promieni słońca, jasnych włosów faleNa uskrzydlone barki mu spływały;Zdawał się ważną czynnością zajęty,Albo w głębokich myślach pogrążony.Spotkaniu rad był Szatan w tej nadziei,Że znalazł kogoś, co mu wskaże drogęDo Raju, błogiej siedziby Człowieka,Celu podróży jego, a początkuNaszej niedoli. Lecz wprzód swoje kształtyPrzemienia, by mu nie przyniosły szkodyLub zwłoki: naraz jako młody Cherub,Niepierwszorzędny, idzie do Anioła.Uśmiech młodości niebiańskiej na twarzy,Wdziękiem właściwym cechują się członki;Tak umiał Szatan udawać; na głowieZ pod wieńca fale kędziorów spływałyZ obu stron twarzy, skrzydła różnobarwneMiał nakrapiane złotem, odzież lekkąPodkasał, jako podróżny, pręt srebrnyTrzymając w ręku, szedł śpieszno i skromnie.Usłyszał jego kroki Anioł jasnyI twarz promienną zwrócił, poznał Szatan,Że to Archanioł Uryel, z tych siedmiuStojących wobec Boga, tuż przed Jego
Tronem, gotowych na każde skinienie;Oczami Jego będąc, przez NiebiosaBiegną i na dół do Ziemi, zleceniaRoznoszą szparko przez lądy i wody.Szatan do niego zbliżył się i rzecze:»Tyś jest Uryel,« jeden z siedmiu Duchów,Co przed wysokim tronem NajwyższegoW światłości stoją, i pierwszym w NiebiosachJego rozkazów jesteś głosicielem.Tam wszystkie jego syny oczekująTwego poselstwa; i tutaj zapewneZ jego rozkazu, będąc NajwyższegoOkiem, oglądasz nowe Jego dzieło;I ja też, pragnąc niewypowiedzianieWidzieć cudowne Jego twory, głównieCzłowieka, Jego rozkosz i cel łaski,Któremu w darze cały świat ten nowyDany od Boga, opuściłem chóryCherubów, w drogę wyszedłem samotny.Jasny Serafie, powiedz mi, na którejZ tych kul świecących siedlisko Człowieka?Lub może zmienia pobyt, do wyboruMając je wszystkie? Chciałbym go odnaleść,Obejrzeć skrycie, lub jawnie podziwiaćTego, któremu Stwórca podarowałŚwiaty, na kogo wylał wszelkie łaski;Chciałbym w nim samym i w tem, co tam spotkam.Uwielbiać Sprawcę i Rządcę wszechświata,Co sprawiedliwie wygnał zbuntowanychSwych nieprzyjaciół do głębiny Piekła,
I, by nagrodzić ten ubytek, stworzyłLepiej mający mu służyć ród nowy,Człowieka. Mądre wszystkie Jego drogi.«Tak rzekł obłudnik chytry, niepoznany,Bo nie odróżni Człowiek, czy też AniołObłudy, która ze wszystkich złych rzeczyJedyna krąży w świecie niewidzialna;Widzi ją tylko Bóg, i ją dopuszcza.A bywa tak, iż chociaż Mądrość czuwa,Śpi Podejrzenie u bramy Mądrości,Zdawszy swój urząd w opiekę Prostocie;Bo Dobroć nic tam złego nie dopatrzy,Gdzie się nic złego samo nie wydaje.Tak i w tym razie oszukany zostałUryel, choć był rządcą słońca, chociażPośród niebieskich Duchów z przezornościNajwiększej znany: prośbie obłudnikaW szczerości serca w ten sposób wygodził.»Miły Aniele, chęć twoja poznaniaDzieł Bożych w celu uwielbienia StwórcyNie jest nagany godnem przekroczeniem,A im się większem zdaje przekroczeniem,Tembardziej chwalić ją należy; onaPoprowadziła cię samego w drogę,Abyś to widział, o czem w Niebie wieluSłyszało tylko i na tem przestało;Cudowne bowiem wszystkie Jego dzieła,Zadziwiające, — wielką jest rozkosząIch poznawanie i ich wspominanie.Lecz czyż stworzony umysł objąć może
Ich liczbę, albo mądrość nieskończoną,Co je wydała, i głęboko skryłaPierwsze przyczyny? Widziałem, jak massaBezkształtna, pierwsza materya świata,Na Jego słowo stanęła do ładu;Zamęt usłuchał Jego głosu, rozruchDziki poddał się rządom; nieskończonośćPrzyjęła szranki; drugie Jego słowoSpędziło ciemność, i stało się światło;Powstał porządek z nieporządku, skoroW swoich granicach osiadły żywioły:Ziemia, powietrze, ogień, woda; aleNajsubtelniejsze siły, w różne formyUkształtowane, wzniosły się do góry.Zaokrągliły się w nieprzeliczoneGwiazdy, co w ciągłym, jak widzisz, są ruchu,Każda w swem miejscu, każda w swoim biegu:Spokój dokoła świat ten opasuje.Spójrz na dół, kula, co z tej strony świeciBlaskiem odbitym, to Ziemia, siedliskoCzłowieka, światło nasze dzień tam stwarza,Bez niego nocby tam była, tak samoJak jest na drugiej półkuli; sąsiedniKsiężyc (tak zwie się gwiazda przeciwległa)Zaradza temu: co miesiąc swój obiegKończy i znów go w środku nieba wznawia,Trójkształtną twarz swą pożyczanem światłemNapełnia, aby opróżnić niebawem.Tak świecąc Ziemi, bladym swym połyskiemNa wodzy trzyma Noc. Tam, gdzie wskazuję,
Jest Raj, mieszkanie Adama, wysokieTe drzewa jego schronisku cień dają;Drogi nie chybisz, a mnie wzywa moja.«To rzekłszy, zwrócił kroki w inną stronę,A Szatan nisko skłonił się, żegnając,Jak jest zwyczajem w Niebie, że należnejCzci wyższym Duchom nikt nie zaniedbuje;Potem nadziei pełen, z ekliptykiPuścił się w dół ku ziemi stromym pędem,Liczne w powietrzu zataczając koła,Aż wreszcie stanął na szczycie Nifaty.
Comments
Loading comments…