Pieśń IV
Translated by Władysław Bartkiewicz
Raj utracony (1902)
O gdyby pierwsi rodzice słyszeliÓw wyszły z Nieba głos ostrzegający:»Biada wam synom ziemi!« który słyszałW Apokalipsie Jan Apostoł, kiedySmok wyrzucony wrócił po raz drugi,Wściekły, szukając na ludziach odwetu;Gdyby go pierwsi rodzice słyszeli.Wcześnie o przyjściu wroga ostrzeżeni,Uniknęliby jego sideł zgubnych;Bo teraz przyszedł Szatan pełen złości,Kusiciel naprzód, potem oskarżycielRodu ludzkiego, aby na niewinnym,Słabym człowieku mścić się za przegranąBitwę i swoję ucieczkę do Piekła.Jednak nie cieszy się swem powodzeniem,Choć tak zuchwały był dopóki zdala;Teraz nie chełpi się strasznym zamachem,Co się gotuje w piersi skotłowanej,I jak machina piekielna się cofa
Przed wybuchnięciem: strach i wątpliwościDręczą zmącone myśli; wre w nim PiekłoAż do dna duszy, bo je przyniósł z sobą;Ono otacza go: choć zmienia miejsce,Nie wyjdzie z Piekła, tak, jak i od siebieUciec nie może. Sumienie drzemiąceAż dotąd, teraz budzi rozpacz, budziGorzką myśl o tem, czem był, a czem został,I czem ma zostać — gorszym, a po gorszychCzynach nastąpić muszą gorsze męki.Czasami zwraca oczy zasmuconeNa Eden, przed nim rozkosznie błyszczący,TuTo znów ku Niebu, gdzie słońce u szczytuPołudniowego stało w całej mocy,I ważąc myśli, tak mówi z westchnieniem:»Ty, co tak wielkim blaskiem uwieńczone,Na swoje państwo niepodzielne patrzysz,Jak Bóg nowego świata; wszystkie gwiazdyGdy spojrzysz, kryją umniejszone głowy;Do ciebie zwracam głos mój nieprzyjazny,Słońce, powiadam ci, że nienawidzęTwoich promieni, bo przypominająW jaki stan wpadłem, a jak niegdyś świetnyPo nad twą sferą byłem, póki dumaI gorsza od niej pycha nie strąciłyMnie w dno przepaści. Walka w Niebie przeciwNiezrównanemu Królowi Niebiosów!O co? Nie taka wdzięczność należałaOdemnie, bo mnie stworzył tem, czem byłemU szczytu chwały, a łask swoich nigdy
Mi nie wymawiał; służba była lekka,Bo cóż lżejszego, jak wznosić mu dziękiI uwielbienia należne? Lecz wszystkieTe łaski w zło się obracały we mnieI złość budziły; wzniesion tak wysoko,Niepodległości chciałem; krokiem wyżej,Sądziłem, będę najwyższym, i w jednejChwili uwolnię się z wdzięczności długuBezgranicznego, ciężkiego, bo ciągleSpłacając, ciągle w długu pozostaję:Niepomny tego, żem ciągle dostawał,Nie rozumiejąc, że kto wdzięczność czuje,Dłużny bez długu, ale spłaca ciągle,I zadłużony i zwolniony razem.Jakiż więc ciężar? O, gdyby był raczejW potędze swojej uczynił mnie jakimNiższego rzędu Aniołem! SzczęśliwyByłbym: nadzieje, nieznające miary,Nie budziłyby pragnienia zaszczytów...Czy tak byłoby? A inna Potęga,Równa mi w mocy mogłaby bunt wzniecić,I mnie, jakkolwiek małoznaczącego,Na swoję stronę wciągnąć; lecz PotęgiInne, choć wielkie, nie upadły, stojąNieporuszone, przeciw pokuszeniomWszelkim wewnętrznym i zewnętrznym zbrojne.Ty czyś miał wolną wolę; czyś miał siłęDo trwania? Miałeś. Kogóż zatem winiszLub co oskarżasz? Chyba miłość wolną,Którą zarówno wszystkim Niebo daje?
Więc miłość jego niech będzie przeklęta!Miłość, nienawiść, zarówno mi niosąWieczne cierpienia. Nie, ty sam przeklętyBądź, bo naprzekór jego woli twojaWybrała to, co potępiasz tak słusznie.Biada mi! W którą stronę zwrócę kroki,Gniew bezgraniczny i rozpacz bez granic;Wszędzie jest Piekło; ja sam jestem piekłem;W największej głębi jeszcze większa głębiaGrozi pożarciem rozwarta szeroko:Wobec niej piekło, którem cierpiał dotąd,Niebem się zdaje. Och, sfolguj nareszcie!Czyż nic nie nada żal, ni przebaczenie?Nic bez poddania się, a słowo wzgardaBroni mi tego, i obawa wstyduWobec wspólników w otchłani, skuszonychObietnicami memi, samochwalstwem,Że zawojować zdołam Wszechmocnego.Biada mi! Oni nie wiedzą, jak ciężkoZa tę chełpliwość próżną pokutuję,Jakie cierpienia dręczą moje łono.Gdy hołd przyjmuję na tronie piekielnym,Im wyżej wznosi mnie dyadem, berło,Tem niżej spadam, tylko nędzą wielki.Takie rozkosze pychy! Ale choćbymMógł wzbudzić skruchę, choćbym aktem łaskiMógł do dawnego wrócić stanu; rychłoZ potęgą dawną wróciłyby myśliWysokolotne: rychłobym odwołałTo, com w udanej zaprzysiągł pokorze!
Pomyślność za nic miałaby te śluby,Jako czynione w bólu, wymuszone.Nigdy nie wróci szczere pojednanieTam, gdzie śmiertelna nienawiść tak wielkieRany zadała; tylko do gorszegoZłamania wiary toby mnie zawiodłoI do niższego upadku; drogobymZdwojonym bólem kupił ulgę krótką.Wie to Pogromca mój, nie daje miru,I ja też wcale o pokój nie żebrzę.Niema nadziei! Zamiast odrzuconychNas i wygnanych, stworzył ulubieńcówNowych, ród ludzi, i świat dla nich nowy.Zatem nadziejo żegnaj, i obawo,I skrucho żegnaj! Niema was już dla mnie.Złe, ty bądź moim Bogiem, niech przynajmniejPrzez ciebie władzę z królem Niebios dzielę,Przez ciebie może więcej niż połowęKrólestwa zyskam; o czem niezadługoDowie się człowiek i cały świat nowy.«Mówił, a każda namiętność kolejno,Gniew, zawiść, rozpacz, twarz mu wykrzywiałyWydając kłamstwo, jeśli jakie okoNań spoglądało, bo serca niebiańskieNie podlegają takim zaburzeniom;Stłumił je. wkrótce wielki mistrz obłudy,I przybrał pozór spokojny: on pierwszyZaczął ubierać fałsz w barwę świętości,By nią pokrywać złość i żądzę zemsty.Niedość był zręczny jednak, by Uryela
Oszukać, gdy już baczność jego zbudził:On patrzał za nim, widział, jak osiadłszyNa assyryjskiej górze, twarz odmieniłW sposób u duchów błogich niebywały,Jak dziko miotał się, srożył szalenie,W pewności, że nikt nie patrzy na niego.I znów się puścił w drogę, na EdenuGranicy stanął, gdzie wdzięcznego RajuZielone szańce wieńczyły szczyt góryStromej, jej boki obrastał gąszcz dzikiNie do przebycia, a nad niem cień niosłyDrzewa niezmiernej wysokości: cedry,Jodły i sosny, palmy rozłożyste;Szły ich szeregi ponad szeregamiCień ponad cieniem dając, i tworzyłyWidoki leśne niezrównanej krasy.Lecz wyżej nad ich szczyty się wznosiłoZielone wzgórze Raju; z niego mieliRozległy widok nasi prarodziceNa swoje państwo położone niżej.Ponad tem wzgórzem jeszcze biegły kołemRzędy najlepszych drzew, pełnych owocówNajsmakowitszych; owoców i kwiatówTuż obok siebie, w różne barwy zlanych:Słońce w nich piękniej tkało swe promienie,Niźli w wieczornej chmurze, albo w tęczy,Gdy dźdżem ożywczym Pan Bóg ziemię rosi...Tak wdzięczny był ten krajobraz; powietrzePrzedziwnie czyste spotyka przychodniaBudzi w nim rozkosz i wesele wiosny,
Wypędza z duszy wszelkie smutki, żale,Oprócz rozpaczy. Łagodne wietrzykiNa wonnych skrzydłach roznoszą zapachy,Szepcąc, skąd wzięły zdobycz balsamiczną.Jak żeglujący dokoła PrzylądkaDobrej Nadziei, gdy miną Mozambik,Jeśli poniesie wiatr północno-wschodniWonie sabejskie z brzegów ArabiiSzczęśliwej, radzi takiemu spotkaniu,Zwalniają biegu, a przez długie mileŚle im rozkoszną woń Ocean stary.Raczył się nią i Szatan, choć przychodziłJako zatruwacz jej, raczył się lepiejNiż Asmodeusz, gdy palonej rybyDym mu dokuczył: chociaż zakochany.Uciekł od Sary, żony Tobiasza,Z Medyi zbiegłszy ukrył się w EgipcieI tam zakowan. Na stromą i dzikąGórę wstępował Szatan zamyślonyI wolnym krokiem: gąszcz przeciął mu drogę.Krzaki cierniste, paprocią podszyte,W nierozerwaną całość się splątały,Człeka ni zwierza nie puszczając dalej.Jedna tam była brama ku wschodowiZ drugiego boku; gdy ją ujrzał Szatan,Wejść nią nie raczył, ale wznak pogardyPrzeskoczył lekkim susem wszystkie szrankiWału i wzgórza, i stanął w pośrodku.Tak wilk drapieżny, gdy mu głód doskwiera,W nowe obszary idzie, szuka łupu,
Czyha w zasadzce, aż owczarz wieczoremZapędzi trzodę do hurty wśród pola,Wnet przez zakole skacze między owce;Albo jak złodziej, łakomy na skarbyObywatela z bogactw słynącego,Widząc drzwi grube, sztabami okute,Mocnym wrzeciądzem zaparte, próbujeOknem się wdrapać, lub spuścić kominem:Tak wpadł ten wilk i złodziej do owczarniBożej, tak odtąd podłe najemnikiPną się do Jego świętego Kościoła.Podleciał z ziemi, i w postaci krukaOsiadł na drzewie Życia, w samym środkuRaju stojącem, ze wszystkich najwyższem,Lecz nie pozyskał prawdziwego życia,Śmierć układając dla żywych, nie myślałO drzewa tego mocy życiodawczej:Wziął za czatownią, co dobrze użyteNieśmiertelności rękojmię dawało.Prócz Boga, mało kto zna cenę dobra,Jakie spotyka, i najlepszych rzeczyNa złe używa, lub z nich nie korzysta.Teraz pod sobą z podziwem oglądaJakie rozkosze zebrane dla człeka.Wszystkie bogactwa przyrody tu były,A nawet więcej, bo Niebo na ziemi!Raj to był ogród, który Bóg założyłNa wschód Edenu, a ten swe graniceMiał od Auranu aż do SeleucyiWieżyc, przez greckich królów zbudowanych.
Dawno przed nimi tu Edenu dzieciZamieszkiwały w kraju Telassara.Na tej rozkosznej ziemi Bóg utworzyłJeszcze piękniejszy ogród. W żyznej glebieNajszlachetniejsze gatunki drzew rosły,Nęcące oczy, smak i powonienie.W pośród nich stało wielkie Drzewo Życia,Pełne owoców z roślinnego złota,Ambrozyjskiego smaku; obok życiaŚmierć nasza, rosło drzewo Wiadomości:Wiadomość dobra drogo okupiona,Bo wiadomością złego. W południowymEdenie rzeka płynęła szerokaI nie zmieniając kierunku, pod górąLesistą nikła: Bóg rzucił tę góręJako podstawę swojego ogroduPonad prądami wód, by nasycałyGrunt równomiernie wilgocią, a w górzeWytryskiwały, jako świeże źródła,I ponikami licznemi zraszałyOgród, a potem złączone, z urwiskaSpadały z drugiej strony góry w rzekę,Opuszczającą podziemie, tworzącąOdtąd ogromne cztery rzeki, w różneStrony płynące, przez różne królestwaI okolice, których tu wymieniaćNie ma potrzeby; wolę opowiedzieć,Jeżeli sztuka wyrazić to zdoła, —Jak szafirowe to źródło ruczajeLało po perłach i po piasku złotym,
Te w dal w tysiącznych zwrotach i zakrętach,W cieniu schylonych drzew niosły nektary,Żywiąc roślinę każdą, wszystkie kwiatyGodne ozdabiać Raj, a nie sadziłaIch ogrodnicza sztuka w osobliwychGrzędach, lecz hojna Przyroda płodziła.Na wzgórkach, błoniach, niwach i dolinach,Gdzie słońce ranne promieńmi pierwszemiOgrzewa pola otwarte, a gąszczeNieprzeniknione żar południa spieka.Szczęśliwa ustroń sielska, rozmaitychWidoków pełna: w gajach jedne drzewaSączą żywice balsamicznej woni,Na innych świecą złocistą łupinąOwoce smaku wytwornego. BaśniTu Hesperyjskie w prawdę się zmieniają.Owdzie trawniki, równiny, odłogiPełne trzód, miękką szczypiących murawę,Indziej palmowe wzgórza; tam dolinęPrzerzyna strumień, kryje go moc kwiatówRozlicznej barwy; tam róże bez ciernia.Gdzieindziej grotty, dające chłód miły,Na nich winorośl rozciąga swe wiciBujne a zdobne w grona purpurowe.Z pagórków szemrząc spływają potoki,I rozpraszają wody, albo tonąW jeziorze, które za zwierciadło służyWieńczonym w mirty brzegom kędzierzawym.Brzmią ptasząt chóry; wiosenne podmuchyWoń pól i gajów niosą, szmerem liści
Wtórują, a Pan pląsając z HoramiI Gracyami, wieczną wiedzie Wiosnę.Ani powabne Enny okolice,Gdzie Prozerpinę, zbierającą kwiaty,Nad kwiat piękniejszą zerwał Pluton smutny,Matce Cererze zadając trud ciężkiSzukania w całym świecie córki drogiej;Ani gaj miły Dafny przy Oroncie,Ani kastalskie Źródło poetyckieZ Rajem Edenu nie da się porównać;Ani Nizejska wyspa, którą rzekaTryton oblewa, kędy Cham, AmmonemZwany, a także Jowiszem Libijskim,Przed laty ukrył Amalteę wespółZ młodym Bachusem, jej kwitnącym synem,Przed złością Rei, macochą okrutną.Ani się równać mogą z tym ogrodemWzgórza Amary, skąd ród wiodą króleAbisynii, miane przez niektórychZa Raj prawdziwy, pod Etyopskiem słońcem,U źródeł Nilu, objęte skałamiNa liczne doby drogi wysokiemi.W tym assyryjskim raju Szatan chmurnyPatrzał na wielką wesołość dlań nowychI dziwnych stworzeń żywych; z których dwojeSzlachetniejszemi kształty wyróżnione,Prostej postawy, jak bogi podniosłe,W majestatycznej nagości, panowaćTu się zdawały nad wszystkiem stworzeniem;I godne tego snadź były, albowiem
W ich boskim wzroku odbijał się obrazIch Stworzyciela, prawda, mądrość, świętośćCzysta, surowa, lecz w dziecka swobodzieObjawiająca się; w ludziach znamieniemJest dostojności, prawdziwej powagi.Nierówni byli jednak, i w zewnętrznymKształcie odmienni i w usposobieniu:Jedno obrazem rozwagi i męstwa,Drugie słodyczy, łagodności, wdzięku,On sam przed Bogiem, ona przezeń tylko.Jego wysokie czoło i wzrok górnyZnaczyły siłę panowania; płoweZ rozdzielonego ciemienia kędziory,Bujno na barki szerokie spadały,Męski mu wygląd nadając. Jej włosyZłocistą falą po za smukłą kibić,Jakby zasłona spływały swobodnieW swawolnych zgięciach, podobnych wypustkomWinnej macicy wijącym się, znaczącPoddanie, ale łagodnemu władcy;Uległość, gdy jest wdzięcznie przyjmowana;Chętność z nieśmiałem a dumnem poddaniem,Z słodkiem, miłości pełnem, ociąganiem.Nieosłonięci niczem byli wtedy,Wstyd nie czuł winy; bezwstydem byłobyWstydzi się tego, co natura dała.O, nieszlachetny wstydzie, płodzie grzechu,Jakżeś zamącił wszystko człowieczeństwoPłonnym pozorem czystości, gdyś wygnałZ życia człowieka najszczęśliwsze dary,
Prostotę, wespół z niewinnością świętą!Szli nago dalej, nie bojąc się wzrokuBoga, Aniołów, bo nic złego w myślachIch nie postało, szli tak ręka w rękę,Najpowabniejsza para, jaką kiedyUścisk miłosny połączył na świecie.Adam nad wszystkie późniejsze swe synyWiększej urody; piękniejsza od wszystkichCór swoich Ewa.Na miękkiej darninieW cieniu drzew mile szemrzących, nad źródłemPo ogrodniczej pracy w takiej mierzeUtrudzającej, że im pożądanyBył chłód wieczorny, napój i posiłek,Siedli do smacznych jak nektar owoców,Które im same gałęzie chyliły.Wsparci o ławę darniny puszystejRóżnobarwnemi kwiaty przetykanej,Jedli soczystą miazgę, a łupinąCzerpali wodę z pieniącego źródła.Dużo tam było żartów i uśmiechów,Młodzieńczych pieszczot, jak przystało parzeNadobnej, węzłem małżeńskim związanej,Szczęsnej, samotnej. Dokoła igrałyWesoło wszystkie zwierzęta, co terazKryją się w lasach, pustyniach i norachPodziemnych. Skakał lew z koźlęciem w parze,Niedźwiedzie, rysie, tygrysy, lamparty,W susach pociesznych; aby rozweselićSwych władców; ciężki słoń zwijał swą trąbę
Giętką, wąż wsuwał się gładko, pochlebnie,I wiążąc ogon swój w gordyjskie sploty,Niebacznie składał im dowody rzadkiejA niebezpiecznej chytrości. ZwierzętaPrzeżuwające leżały na trawieSyte, spokojnie patrząc przed się; słońceŚpiesznie dążyło do wysp Oceanu;Po drugiej stronie nieba wstępowałyGwiazdy, odźwierny Wieczór je wprowadzał;A Szatan, co wciąż na tem samem miejscuStał zapatrzony, odzyskawszy wreszcieMowę, wykrzyknął: »O Piekło, co widzęKu utrapieniu? W siedzibie błogościNaszej stworzenia innego pierwiastkuW takiej godności! Może dzieci ZiemiNie duchy, ale mało pośledniejszeOd jasnych duchów w Niebie; myśli mojeZ podziwem ku nim dążą, by ich kochaćTak żywo boskość błyszczy w ich postaci,Takim je wdziękiem przyodziała ręka,Co je stworzyła. Ach, nadobna paro,Ani przeczuwasz, jak nagła odmianaZagraża tobie, jak cała ta błogośćNiebawem zniknie, w żałość się obróci, —W żałość tem większą, im większa dziś radość.Szczęśliwi! Ale nie na długo szczęścieWam przeznaczone; to błogie siedlisko,To wasze niebo, słabo, jak na niebo,Obwarowane przed nieprzyjacielem,Jaki tu wkroczył teraz; lecz nie jestem
Zdeklarowanym wrogiem waszym, mógłbymLitość czuć dla was, biednych, chociaż dla mnieNiema litości; przymierza waszegoSzukam, przyjaźni wzajemnej, tak ścisłej,Że odtąd z wami ja, albo wy ze mnąMieszkać będziecie; może ma siedzibaNie tak spodoba się wam, jak Raj piękny,Ale przyjmijcie to dzieło rąk StwórcyWaszego, jak ja chętnie je wam daję.By podejmować was, Piekło otworzyNajszersze swoje wrota, chętnie wyśleNa powitanie wasze wszystkich swoichKsiążąt, a miejsca będzie u nas dosyć,Nie tak, jak w ciasnym tym kącie, by przyjąćPrzeliczne wasze potomstwo. Kraj lichy?Dziękujcie temu, co mnie zmusił do tejOdpłaty na was, niewinnych, za tegoKtóry mnie skrzywdził. I chociaż mnie wzruszaWasza bezbronna prostota, lecz ważneRacye stanu, honor, dobro państwa,I przez zdobycie tu nowego świataSpełnienie zemsty, zmuszają mnie czynićTo, czem się brzydzę, chociaż potępieniec.«Tak mówił Szatan, wymówką tyrana,Swe dyabelskie czyny, koniecznością,Tłómacząc. Potem z wysokiego drzewaSpuścił się między hasające stadaZwierząt rozlicznych, raz taki, raz innyKształt przybierając, coraz się podsuwał,By zamierzony łup obejrzeć zbliska,
I bez zwrócenia uwagi rozpoznaćZ mowy i czynów, jakiej jest natury.Raz jak lew kroczy z płomiennem wejrzeniemTo znów jak tygrys, co przypadkiem zoczyłDwie młode sarny, igrające w knieiTo się na brzuchu czółga, to powstaje,I zmienia miejsce, poszukując skądbyNajpewniej można niespodzianym skokiemChwycić obiedwie w swe łapy; w tem Adam,Najpierwszy człowiek, do Ewy, najpierwszejNiewiasty, zaczął mówić: Szatan chciwieSłuchał tych nowych dlań wyrażeń myśli.»O towarzyszko jedyna, co dzieliszZe mną te wszystkie rozkosze, a droższaNiż one wszystkie mi jesteś, PotęgaCo nas stworzyła i dla nas świat całyMusi być dobrą bez granic, i szczodrąTak niezmierzenie, jak jest niezmierzoną.Z prochu nas wzniósłszy, umieściła tutaj,W tej pełni szczęścia, choć niezasłużonych,Chociaż nic dla niej uczynić nie zdolnych;Jeden nam tylko dała nakaz, łatwyDo wypełnienia; »Ze wszystkich drzew RajuTak rozmaite, wytworne owoceWolno wam jeść, prócz z drzewa Wiadomości,Które wyrasta tuż przy drzewie Życia.«Tak blisko śmierć przy życiu, niewątpliwieŚmierć musi być czemś strasznem, bo, wiesz dobrze,Bóg wyrzekł: śmiercią umrze, kto spożyjeOwocu z tego drzewa. Taki tylko
Znak posłuszeństwa naszego nałożył,Wśród tylu znaków nadanych potęgiI panowania nad wszelkiem stworzeniemNa ziemi, w morzu i w powietrznych sferach.Niech więc ten mały zakaz nam nie będzieTrudnym, gdy mamy wolność używaniaWszystkich tych innych rzeczy, i rozkoszyRozlicznych wybór nieograniczony,Czcijmy Go, zawsze chwalmy dobroć Jego,Spełniajmy nasze łatwe zatrudnienieCzyszczenia roślin, hodowania kwiatów,Co choćby było mozolne, przy tobieSłodkiem się wyda.« A Ewa mu na to:»Ty dla którego i z którego jestemStworzona, ciało z twego ciała, nie mamCelu bez ciebie, przewodniku, panie,Coś rzekł jest słuszne, mądre, sprawiedliwe.Zaprawdę, Jemu należy się chwała,I dzięk codzienny, odemnie szczególniej,Co większy nadział mam szczęścia, mam ciebie,Górującego tylu przymiotami,Gdy ty istoty równej sobie nigdzieNie znajdziesz. Często pamięć mi przywodziMe przebudzenie pierwsze. W cieniu kwiatówLeżałam, dziwiąc się mocno, gdzie jestem,Czem jestem, skąd i jak tu zaniesiona?Z pobliskiej groty słyszałem szmer wody,Która spływała dalej na płaszczyznę,I nieruchoma tam stała, jak nieboJasna i czysta; nieświadoma siebie,
Tam się zwróciłam i ległam na brzeguZielonym, patrzeć chcąc w wody przejrzysteCo mi się drugiem niebem wydawały;Gdy się schyliłam, tuż naprzeciw siebieUjrzałam postać, kłoniącą wzrok ku mnieZ przezrocza wody; cofnęłam się nagleTak samo postać owa uczyniła;Zadowolona, schyliłam się znowu,I znowu postać spojrzenia uprzejmeI kochające podobnie płaciła.Byłabym dotąd tam wzrok natężałaI udręczała się próżnem życzeniem,Lecz w tem głos jakiś ostrzegł mnie w ten sposób:»To, co tam widzisz, rozkoszna istoto,Jest tobą, z tobą zbliża się i z tobąOdchodzi, lecz pójdź, a ja cię powiodęTam, gdzie twojego przyjścia i uściskówNie cień znikomy czeka, lecz ten, czyimśObrazem; twoim będzie nierozdzielnie,Mnóstwem podobnych sobie go obdarzysz,Matką ludzkiego rodu zwana będziesz.«Cóż miałam czynić, jak nie iść natychmiast,Tak niewidzialnie wiedziona? Aż ciebieSpostrzegłam w cieniu jaworów, pięknegoI wysokiego, lecz, zdawało mi się,Mniej powabnego i mniej łagodnego,Niźli ów obraz w wodzie. Uciekałam,Tyś gonił krzycząc: »Powróć, piękna Ewo,Przed kim uciekasz? Czy przed tym, coś z jegoCiała stworzona? Na twoje istnienie
Oddałem z mego boku, tuż od sercaPierwiastek życia, bym odtąd, przy sobieMiał zawsze drogą pociechę, jedynąI nierozdzielną cząstkę mojej duszy;Szukam cię, żądam, druga ma połowo!«Tu rękę moje ująłeś łagodnie;Przystałam, i od tego czasu widzę,Że ponad piękność wyższy jest wdzięk męskiI mądrość; ta jest prawdziwą pięknością.«Tak rzekła matka rodzaju ludzkiego,A wzrok jej czystej miłości małżeńskiejI uległego poddania tchnął żarem;Więc się przytula, nawpół obejmującPierwszego ojca naszego; jej nagaWpół rozwinięta pierś, okryta złotąKaskadą włosów, spotkała pierś jego.Pięknością jej i wdziękiem zachwycony,Uśmiechnął się z miłością i przewagą,Jak się uśmiecha Jowisz do Junony,Kiedy zapładnia chmury, by sypałyNa ziemię kwiaty wiosny, — i wyciskałNa ustach żony czyste pocałunki.Opodal Szatan, zazdrością przejęty,Odwrócił głowę, lecz zyzem złośliwymSpoglądał, takie w sobie budząc żale:»Przeklęty widok, dręczący! Ci dwojeObjęci rajem, w objęciach wzajemnych(Raj jeszcze większy!), ze wszystkich błogościNajwiększą mają, podczas gdy ja w PiekłoPchnięty, gdzie niema rozkoszy miłości,
Tylko pragnienie wściekłe, niezgaszone,Męka tęsknoty płonnej, pośród innychLicznych udręczeń naszych nie najmniejsza.Ale zachować w pamięci należy,Com z ich ust własnych zdobył; toż nie wszystkoDo nich należy: jest drzewo złowrogie,Co Wiadomości drzewem się nazywa,Z niego owocu niewolno spożywać.Wiedza wzbroniona? To jest podejrzaneI bezzasadne. Czemu nie dozwoliłIch Pan im tego? Czy wiedza jest grzechem?Możeż być śmiercią? Mająż oni istniećNieświadomością? Toż to jest ich szczęście?Ich posłuszeństwa, wiary dowód taki?Piękne warunki! Na nich wybudujęIch zgubę! Zatem podniecę ich myśliPragnieniem wiedzy, pogardą zakazu,Co jest zazdrości płodem, wymyślonymNa to, by w niskim stanie ich utrzymać,Gdy wiedza wznieśćby ich do stanu bogówMogła: zapragną być nimi i umrą;Bo cóż inszego stąd wyniknąć może?Lecz wprzódy ogród obejdę dokoła,Przetrząsnę ściśle każdy jego kątek;Może się zdarzyć, że napotkam, kogoZ podróżujących mieszkańców niebieskich,U źródła, albo w cieniu gęstych drzewin,Może od niego zdołam się wywiedziećO tem, co jeszcze wiedzieć mi potrzeba.Tymczasem, szczęsna paro, bywaj zdrowa!
Zanim powrócę, używaj rozkoszyKrótkich, bo długie po nich przyjdą smutki.«Rzekł i z pogardą zwrócił kroki dumneAle powolne, patrząc bacznie w koło,Szedł tak przez gaje, pustki, wzgórza, pola.Wtedy na krańcach najdalszych, gdzie nieboSpotyka ziemię i morze, powoliSchodziło słońce, promienie poziomeŚląc naprzeciwko wrot zachodnich Raju.Alabastrowe tworzyły je skały,Piętrzące się aż w chmury, widne zdala;Od ziemi jeden przystęp wił się ścieżką,I jedno od niej wejście było w górze,Reszta opoką stromą się zwieszała,Wdrapać się przez nią było niepodobna.Wśród tych filarów skalistych, przed nocą,Siedział Gabryel, wódz anielskiej straży.Dokoła niego rycerskie igrzyskaSprawiała młodzież anielska, bez broni;Ale opodal wisiały oręże,Hełmy, oszczepy, tarcze, połyskującDyamentami i złotem. Tu przybyłUryel, sunąc na promieniu słońcaSzybko, jak gwiazda spadająca w nocyJesiennej, kiedy wyziewy powietrzneObejmie ogień, wnet kompas majtkowiWskaże, z którego punktu przyjdą wichry.Z pośpiechem wielkim Uryel tak rzecze:»Tobie w udziale padło, Gabryelu,Ściśle pilnować tej szczęsnej siedziby,
Aby nic złego nie weszło w jej kresy.Dzisiaj w południe do mojej wszedł sferyDuch wielce żądny jakoby poznaniaDzieł Wszechmocnego, a z nich nadewszystkoCzłowieka, nowy Boga wizerunek.Wskazałem drogę śpieszącemu, wkrótceWidziałem jego lot przez niebios szlaki,Ale na górze, na północ Edenu,Gdzie naprzód osiadł, dostrzegłem niebawemZe spojrzeń jego namiętnych a podłych,Że obcy Niebu. Dotąd go śledziłem,Aż mi nareszcie zniknął w cieniu drzewa.Zapewne który z wypędzonej tłuszczyZdołał się wyrwać z otchłani i krąży,By nowe jakie czynić zamieszania:Twą sprawą będzie wyszukać go rychlej.«Na to odpowie rycerz uskrzydlony:»Nie dziw, że bystry twój wzrok, Uryelu,Z samego środka słońca, w jego blasku,Widzi daleko. Przez bramę straż czujnaPrzepuszcza tylko dobrze znanych Niebu,A od południa nikt się tu nie zjawił.Może jednakże Duch innej naturyUmyślnie ziemne granice przeskoczył,Bo jak wiesz dobrze, fizyczne przeszkodyNie powstrzymają istoty duchowej;Ale jeżeli w obrębie tych wałówTen, o kim mówisz, w jakimkolwiek kształcieCzai się, jutro gdy świt będę wiedział.«
Tak przyobiecał, a Uryel wróciłDo obowiązku na jasnym promyku,Którego koniec teraz podniesionyPoniósł go skośnie na dół aż do słońca,Już za Azorskie wyspy zapadłego.Albo niebieska tarcza z niesłychanąSzybkością dzienną tam się zatoczyła,Albo, mniej szybka w krótszym na wschód zwrocie,Swą odwróciła ziemia, a w odbiciuLśnią się purpurą i złotem obłoki,Które zachodni jej tron otaczają.Nadszedł spokojny wieczór, już zmierzch szaryWszystko dokoła skromną odział szatą;Cisza nastała: zwierz do legowiskaA ptak do gniazda pomknął; tylko słowikCałą noc trele miłosne rozwodził.Słodka ta cisza była; strop niebieskiPałał żywemi szafirami: Hesper,Wiodący orszak gwiazd, najjaśniej świecił,Aż księżyc, skryty w majestat obłoków,Jak król się zjawił, swe nieporównaneŚwiatło odsłonił i na cienie nocySrebrny płaszcz rzucił.Rzekł Adam do Ewy:»Droga małżonko, ta nocy godzinaGdy wszystko do snu słodkiego się kłom,I nam zaleca wytchnienie, ponieważBóg ustanowił pracę i spoczynekLudziom na zmianę, jak dzień noc zamienia.Już sen swą rosę zsyła, miękko tłoczy
Nasze powieki. Gdy inne stworzeniaPędzą bez troski próżniaczo dzień cały,Odpoczywają bez potrzeby, człowiekSwą dzienną pracę ciała i umysłuMa wyznaczoną; dowodzi to jegoGodności, że Bóg jego kroki waży;Inne stworzenia bujają bezczynnie,A Bóg ich czynów nie bierze w rachubę.Jutro, nim pierwszy brzask światła na wschodzieZrumieni chłodne opony poranku,Trzeba nam podjąć miłą nasze pracę,I poprzycinać te kwitnące drzewa;Gąszczem zieleni przerosły chodniki,Miejsce przechadzki naszej południowej;Bujne gałęzie szydzą z usiłowańNaszych: rąk więcej tamby się przydało,By ograniczyć ich rozrost nadmierny.A i to kwiecie opadłe, żywiceOciekłe, brzydko zaległy nam ścieżkiI niewygodnie; uprzątnąć potrzeba.Tymczasem, zgodnie z prawami Natury,Noc spocząć każe.« Na to mu odpowieW pełni piękności Ewa: »Ojcze, władco!Spełnię bez zwłoki każdą twoje wolę;Tak Bóg stanowi; On jest twojem prawem,Ty mojem: nad to nic więcej nie wiedziećNajwiększe szczęście i chwała niewiasty.W rozmowie z tobą nie pomnę o niczem;Czas niknie, pory dnia wszystkie mi słodkie,Miły mi powiew ranka, i jutrzenka
Budząca czujne ptactwo; miłe słońce,Gdy rzuca pierwsze promienie na ziemię;Zioła i kwiaty, drzewa i owoce,Błyszczące rosą; pachnie żyzna ziemiaPo deszczu; miłe zbliżanie wieczoruI noc z jej wdzięcznym śpiewakiem, i księżycPiękny, i niebo gwiazdami sadzone;Ale i tchnienie poranku i zorzaZ czujnego ptactwa gromadą; i słońcaPromienie nad tą rozkoszną ziemicą;I zioła, kwiaty, owoce błyszczącePoranną rosą; i zapach po deszczu;I wypoczynek wieczoru i nocyZe swoim wdzięcznym piewcą; i przechadzkaW blasku księżyca; i gwiazdy błyszcząceNie są mi słodkie, gdy ciebie brakuje.Lecz po co gwiazdy co noc niebo zdobią?Dla kogo widok ten świetny, gdy wszystkieOczy sen sklei?« Na to odpowiedziałPierwszy nasz ojciec: »O, nadobna Ewo,Boga i człeka córo, gwiazdy biegnąDokoła ziemi i rano i wieczór,Z kraju do kraju, aby niezrodzoneJeszcze narody obdzielać gotowemŚwiatłem; wciąż one zachodzą i wschodzą,By podczas nocy ciemność całkowitaNie przywróciła swego panowania,I nie zniszczyła wszystkiego, co żyje;Aby nietylko świeciły, lecz takżeŁagodnem ciepłem różnorakie wpływy
Rozpościerając, podniecały życie,Lub miarkowały, albo część swej mocyGwiaździstej słały na każdy twór ziemi,Zdolniejszym czyniąc go do korzystaniaZ potężniejszego słonecznego wpływu.Tak, chociaż nikt nie patrzy na nie w nocy,Nie próżno świecą. Ani mniemaj sobie,Iż gdyby ludzi brakło, nie miałybyNiebiosa widzów, Bóg nie miałby chwały:Duchowych stworzeń miliony krążąNa ziemi, czy to czuwamy, czy śpimy,Nam niewidzialne; wszystkie nieustannieI w dzień i w nocy, widząc dzieła Boga,Wielbią moc Jego. Jak często z skał stromych,Ze wzgórz niosących echo, z gęstwin leśnychGłosy niebiańskie słyszeliśmy w nocy,Same lub sobie odpowiadająceI śpiewające chwałę Stworzyciela.Często gromadą, gdy na straży stoją,Lub nocny obchód czynią, ze śpiewamiDźwięki nadziemskich łączą instrumentów:Noc czynią krótszą, myśl nam w Niebo wznoszą.«Tak rozmawiając, dłoń w dłoni, dążyliWprost do szczęsnego swojego schroniska.To miejsce wybrał Wszechmocny Ogrodnik,Kiedy zakładał siedzibę człowieka.Z mirtu, z wawrzynu dach gęsto uwity,Nad nim wznosiły się cieniste drzewaO liściu twardym, rozkosznie pachnącym;Po każdej stronie akant, różne wonne
Krzewy zielone stanowiły ściany.Z pośród nich jasne wytykały główki,Tworząc mozajkę, najpiękniejsze kwiaty.Róże, jaśminy, kosaćce barw wszelkich;Niżej fiołki, hyacynt i krokosz,Świetniejszym haftem okrywały ziemię,Niżby najdroższe kamienie. Tu inneStworzenia, ptaki, zwierzęta, owady,Nie śmiały wchodzić, taką uczuwałyCześć dla człowieka. W cienistszem schronisku,Ni świętszym niż to, ni bardziej zacisznym,Nie sypiał nigdy, opiewany w Bajce,Pan, ani Sylwan, Nimfy albo Fauny.W takiem ustroniu Ewa, młoda żona,Pierwszy raz łoże małżeńskie przybrałaW kwiaty, girlandy i zioła pachnące,A chór niebiański śpiewał pieśń weselną,Gdy Anioł, małżeństw opiekun, ją przywiódłOjcu naszemu, nagą, lecz zdobniejsząI powabniejszą od Pandory, którąBogowie w wszelkie opatrzyli dary,Niestety, z równie jak tej złem następstwem,Kiedy ją Hermes do nierozważnegoJafetowego syna przyprowadził.Otumaniła oczami pięknemiRód ludzki, by go skarcić za skradzionyOgień pierwotny, własność Jowiszową.Do cienistego przybyli mieszkania,Stanęli przed niem, i zwrot uczyniwszy,Podnieśli w górę oczy, i wielbili
Boga, co stworzył ziemię i obłoki,I niebo, w które patrzyli, powietrze,I krąg księżyca i biegun gwiaździsty:»Ty uczyniłeś noc, Stwórco Wszechmocny,I dzień ten, w pracy zadanej spędzony,Szczęśliwi naszą pomocą wzajemną,Naszą miłością wzajemną, koronąBłogosławieństwa Twojego; Tyś stworzyłMiejsce rozkoszne to, za wielkie dla nas,Szczodrobliwości Twej tu leżą dary,Bez żniw opadłe zaścielają ziemie.Lecz Tyś obiecał, że z nas dwojga wyjdziePlemię, zapełni ziemię, i wraz z namiTwą nieskończoną dobroć wielbić będzie,Czy to czuwając, czy, Twojego daru,Snu oczekując, jako my tej chwili.«To jednogłośnie rzekłszy, bez obrzędówInnych, prócz czystej czci złożonej Bogu,Jemu najmilszej, weszli w głąb schroniska.Szat uciążliwych, jakie my nosimy,Zrzucać nie mieli potrzeby; tak legliPrzy sobie; mniemam, że się nie odwróciłAdam od pięknej swojej żony, aniNie odmówiła Ewa obyczajuTajnego pieszczot małżeńskiej miłości.Niech obłudnicy surowo gadająO niewinności, czystości i miejscaPoszanowaniu, lżąc jako nieczystośćTo, co Bóg uznał czystem, co niektórymNakazał, wszystkim zostawił do woli
W wyborze stanu. Bóg kazał się mnożyć;Kto powściągliwość zaleca? Zagubca,Ów nieprzyjaciel Boga i człowieka.Błogosławiona miłości małżeńska!Ustawo pełna tajemnicy, źródłoPokoleń ludzkich, jedyna własnościW Raju, gdzie wspólność powszechna panuje!Tyś od człowieka żądzę cudzołożnąZepchnęła między zwierząt stada; związkuDrogi, oparty na rozumie, prawie,Czystości zmysłów; przez ciebie dopieroZnamy uczucia ojca, syna, brata;Nigdy nie nazwę ciebie grzechem, nigdyUwłaczającym miejscu, choć świętemu!Nieustające domowych słodyczyŹródło, twe łoże, niezmazanem, czystemUznane teraz i niegdyś przez świętychI patryarchów. Tu Miłość śle strzałyZłote, tu lampę swą stale zapala,1 rozpostarłszy skrzydła purpuroweTryumf swój głosi; nie w płatnym uśmiechuNierządnic, które w doraźnym stosunkuAni kochane, ani miłość czują;I nie w miłostkach dworackich z tańcamiW swawolnych maskach, balach, serenadach,Które kochanek czuły wyśpiewujeSwej dumnej pani, pogardą płacony.Ukołysani słowików śpiewaniemSpali w objęciach; na ich członki nagieSpadały róże z kwiecistego dachu,
Które nowemi zastępował ranek.Szczęśliwa paro, śpij; oh! najszczęśliwsza,Gdybyś większego szczęścia nie szukałaI wiedzy większej od tej, co ci dana.Już noc cienistym stożkiem odmierzyłaPołowę drogi pod sklepieniem niebios,Już w bramie z kości słoniowej CherubyStały pod bronią, by o zwykłej porzeW bojowym szyku nocne odbyć straże,Kiedy Gabryel najbliższemu sobieStopniem i władzą Aniołowi rzecze:»Uzzyelu, weź z tych połowę i obejdźBardzo uważnie stronę południowca,Druga połowa niech okrąży północ,W zachodniej stronie się spotkamy.spotkamy.« Naraz,Jakby płomienie na prawo i lewoRuszyły straże. Dwóch z nich najsilniejszychI najbystrzejszych, którzy przy nim stali,Przyzwał i takie dał im polecenie:»Ithuryelu i Zephonie, szybkoNa skrzydłach ogród przetrząśnijcie cały.Nie opuszczając żadnego zakątka,A głównie tam, gdzie piękne dwie istotyMieszkają, może śpią teraz bez troski.Dziś przed zachodem słońca przybył CherubZ wieścią, że w stronę tę bieg pokierowałJakiś piekielny Duch, zdoławszy umknąćNiespodziewanie z miejsca wiecznej kaźni,I tuła się tu pewno w złych zamiarach:Gdzie go znajdziecie, schwyćcie i sprowadźcie.«
To rzekłszy, swoje promienne szeregiĆmiące księżyca blask, powiódł w przestworza;Ci dwaj zwrócili kroki ku schronisku,W poszukiwaniu zbiega, i niebawemZnaleźli, że kształt przybrawszy ropuchy,Przy uchu Ewy przykucnął, próbującCzartowską sztuką na jej wyobraźnięPodziałać, tworzyć według swojej woliSny i mamidła; lub tchnąwszy truciznę,Skalać jej zmysły, by z czystej krwi wstałyOpary, niby łagodne rzek tchnienie,W końcu drażniące, niespokojne myśli.Próżne nadzieje, cele i pragnieniaZdrożne, natchnione górnemi myślami,Z których się rodzi pycha. IthuryelDotknął go lekko włócznią; przed dotknięciemNiebiańskiem żaden fałsz się nie ostoi,I musi wrócić do prawdziwej formy:Więc Czart się zerwał, odkryty, poznany.Jak kiedy iskra padnie na stos prochuSaletrzanego, co wsypany w beczkiDo magazynu miał być przeniesionyNa zapas, gdy o wojnie krążą wieści,W nagłym wybuchu niknie czarne ziarnoI rozpłomienia powietrze dokoła;Tak stanął Szatan we własnej postaci.Oba Anioły cofnęły się nieco,Ujrzawszy nagle ohydnego króla;Nieustraszone jednak wnet pytają:»Ktoś jest z pomiędzy duchów buntowniczych,
W Piekło strąconych, coś uszedł z ciemnicy,I tu, zmieniwszy postać, jak wróg czyhaszU głów tych dwojga śpiących?« Szatan na toPełen szyderstwa: »Czyliż mnie nie znacie?Znaliście niegdyś, nie śmiąc równać ze mną,Ani się wznosić tam, gdzie ja siedziałem;Jeśli nie znacie, to tylko dowodzi,Że do najmniejszych w ciżbie należycie;A jeśli znacie, zbyteczne pytanie,Zbyteczne także pełnienie missyi,Gdy próżny będzie jej wynik.« KtóremuZephon, szyderstwem płacąc za szyderstwo,Odrzecze: »Nie myśl, duchu buntowniczy,Że kształt twój ten sam i jasność nie mniejsza,Niż gdyś stał w Niebie podniosły i czysty;Znikła twa dobroć, opadły i blaski;Teraz podobnyś do grzechu twojegoI do ciemnego miejsca twojej kaźni.Pójdź i zdaj sprawę przed tym, kto nas posłał,Kto ma zlecenie bronić od napaściTo uświęcone miejsce i tych dwoje.»Tak mówił Cherub, słów jego powagaNiezwyciężonym wdziękiem otoczyłaJego młodzieńczą piękność. PomieszanyStał Szatan i czuł, jak dobroć szanowna,Widział, jak miła postać cnoty; widział,I bolał nad swą stratą, a najbardziejNad swego blasku widocznym upadkiem;Lecz stał niezłomny w dumie. »Mam się spierać,To z najgodniejszym,« rzekł, »z wysyłającym,
A nie z wysłanym, lub z wszystkimi naraz;Tak więcej zyskam chwały, lub mniej stracę.«Na to mu Zephon śmiało: »Twa obawaZbyteczny czyni dowód z naszej strony,Ile najmniejszy z nas uczynić zdołaPrzeciwko tobie, coś zły, a więc słaby.«Nie odpowiedział Czart pełen wściekłości,Lecz szedł jak pyszny rumak okiełznany,Żując żelazne wędzidło; uciekać,Lub opór stawiać sądził za rzecz próżną;W zetknięciu z Niebem utracił odwagę,Niegdyś tak pewną. Teraz się zbliżaliDo stron zachodnich, w których spotkać mieliDrugą połowę straży, właśnie stałaW szyku, czekając komendy. Gabryel,Ich wódz, przed frontem, tak przemówił głośno:»Bracia, stąpanie śpiesznych kroków słyszę,I rozpoznaję w zmierzchu dwie postaci,Ithuryela i Zephona, z nimiTrzeci, królewskich ruchów, lecz przyćmionychBlasków, z pysznego chodu wyda mi sięKról Piekieł; pewno, że stąd nie ustąpiBez walki; baczność, bo wzrok jego groźny.«Zaledwie skończył, wraz i dwaj anieliZe sprawozdaniem przyszli, kogo wiodą,Gdzie go znaleźli i czem zajętego,Jaki kształt przybrał, postawę. Któremu,Gabryel, patrząc surowo, tak rzecze:»Szatanie, czemu przekroczyłeś szrankiTwoim przestępstwom wyznaczone; czemu
Stawiłeś opór tym, co obowiązekSpełniali, co się do grzechu nie kłoniąZa twym przykładem, lecz z prawa i władzyPytają po coś tu wkroczył zuchwale?Może zakłócić sen usiłowałeś,Tym, którym Bóg dał to błogie mieszkanie?’:A Szatan na to z pogardliwym gestem:Ty Gabryelu, w Niebie miałeś mianoMędrca, i ja cię za takiego miałem,Lecz wątpić muszę, słysząc twe pytanie.Czy jest na świecie taki, coby lubiłSwoję męczarnię? Któż znalazłszy drogę,Nie wyrwałby się z Piekieł, choćby wyrokTam go osadzał? Ty sambyś tak zrobiłI szedłbyś śmiało, gdzie oczy poniosą,Byle od miejsca kaźni jak najdalej,Byle nadzieja była, że cierpieniaZmienią się w spokój, że czemprędzej rozkoszZa ból nagrodzi: tego tu szukałem.Ty mi słuszności nie przyznasz, bo tylkoDobro znasz, złegoś nigdy nie próbował;I powołujesz się na wolę TegoCo nas uwięził! Niech mocniej zapieraSwoje żelazne bramy, jeśli pragnieTrzymać nas wiecznie w tem czarnem więzieniu,To na pytanie odpowiedź; a zresztąPrawda, żem był tam, gdzie ci powiadają,Lecz to nie znaczy, iżbym miał na celuGwałt, albo krzywdę.« Tak mówił szyderczo.Na to mu Anioł wódz wojska z wzgardliwym
Uśmiechem rzecze: »Jakąż stratę NieboMa w ocenieniu mądrości prawdziwej,Odkąd padł Szatan, własną obalonyGłupotą; teraz znów przez nią skuszonyDo opuszczenia kaźni wyznaczonej,Na seryo wątpi, czy mądrym być możeTen, kto go pyta, czemu przekroczywszyGranice Piekła, tu przyjść się ośmieliłBez pozwolenia. Więc mądrością mniemaszUciec od bólu i od swojej kary!Zarozumialcze, trwaj w takiem mniemaniu,Aż siedmiokrotna dogoni cię karaZa twą ucieczkę, i do Piekieł wpędziTę mądrość, która cię nie nauczyłaPrawdy, że żadna męka niedorównaGniewowi wiecznie wywoływanemu.Czemu sam idziesz? Czemu cale PiekłoNie wyłamało się z tobą? Czy mniejszaJest ich męczarnia, czy twa wytrzymałość?Odważny wodzu! Pierwszy do ucieczkiOd męki. Gdybyś opuszczonej tłuszczyObjaśnił powód twej ucieczki, pewnoTubyś nie przyszedł, jako zbieg, sam jeden.A Czart mu na to, marszcząc brwi ponuro:»Ni wytrwałości w męce, ni odwagi,Nie brak mi, lżący Aniele, wiesz o tem,Bom natarczywie walczył w bitwie z tobą,Kiedy za ciebie wszystkiemu zaradzałGrom trzaskający, biegnący na pomocTwej włóczni, nigdy nie strasznej nikomu.
Lecz i te twoje, jak poprzednie, słowaPłoche dowodzą, żeś niedoświadczony:Po ciężkich próbach, po niepowodzeniach,Nigdy wódz wierny wszystkich sił nie stawiaNa łaskę losu, wprzód sam drogę bada.I ja dla tego zamierzyłem naprzódSam się przeprawić przez puste otchłanie,Przepatrzyć, zbadać świat nowostworzony,O którym już się wieść rozeszła w Piekle,Wynaleść lepsze mieszkanie, osiedlićMoje rozbite wojsko tu na ziemi,Albo w powietrznej sferze; choćby przyszłoRaz jeszcze siłą spróbować odwagiTwojej i twoich jasnych legionów,Którym łatwiejszy urząd służyć Panu,Śpiewać pochwalne hymny w koło tronuI w odległości bić czołem, niż walczyć.«Anioł wojownik wraz na to odpowie:»Rzec, odwoływać, i znowu dowodzić,Że mądrość każe uciekać, wraz potemJawnie się przyznać do szpiegostwa, znamięNie wodza, ale łgarza pojmanego.Szatanie, mógłżeś zwać się wodzem »wiernym?«O, święte słowo, jakżeś splugawione!Wiernym! A komu? Buntowniczej tłuszczy,Gromadzie czartów? Wojsko godne wodza!Czyż wasza wierność i karność wojskowaKazały zerwać węzły posłuszeństwa,Poddaństwa względem Najwyższej Potęgi?Teraz, podstępny obłudniku, chciałbyś
Odegrać rolę obrońcy wolności;Któż niżej niż ty niegdyś padał w Niebie,Płaszczył się i bił służalcze pokłonyPrzed Panem Nieba? Czemu? Już w nadzieiWyzucia z władzy i objęcia rządówSamemu. Teraz zważ moje słowa: Precz!Tam, skąd uciekłeś, natychmiast uciekaj.Jeżeli kiedy w tych granicach świętychZjawisz się jeszcze, skutego powlokęW łańcuchach do twej nory, i przyłożęTakie pieczęci, iż nie będziesz nadalSzydził z piekielnych bram, że źle zamknięte.«Tak groził Anioł, ale na te groźbyNie zważał Szatan coraz bardziej wściekły,I rzekł: »Gdy będę jeńcem twoim, wtedyMów o łańcuchach, zuchwały Cherubie,Stróżu graniczny, lecz nim to nastąpi,Wprzód możesz poczuć ciężar mojej ręki,Chociaż Król Niebios na twych skrzydłach jeździ;A ty i twoja brać nawykłszy jarzma,Po drodze Nieba, gwiazdami sypanej,Ciągniecie jego rydwan tryumfalny.«Zarumieniły się lica AniołówNa takie słowa: oddział na dwie stronyRozwinął boki, jak rogi księżyca,I oszczepami gęstemi otoczyłSzatana, jakby na polu CereryWiatrem smagany chylił się las kłosów.Gotów do żniwa rolnik frasobliwyLęka się, aby snopki okazałe
Nie samę plewę dały na klepisku;Czart z drugiej strony stał gotów do bojuJak Teneryffa, lub Atlas sterczący;Głową obłoków sięgał; jak pioropuszNa hełmie siadło blade Przerażenie;W rękach coś niby oszczep, niby tarcza:Straszliwe rzeczy stać się mogły teraz.I Raj i całe gwiaździste sklepienieNiebios, lub wszystkie przynajmniej żywiołyMogły się rozbić, pomieszać, poszarpaćWśród takiej walki, jeśliby Przedwieczny,By jej zapobiedz, nie zawiesił WagiZłotej na Niebie, widzialnej i terazMiędzy Astrei i Niedźwiadka znakiem,Na której wszystko stworzone wprzód ważył:Wiszący okrąg ziemi i powietrze,Utrzymujące ziemię w równowadze;Teraz zdarzenia wszelkie waży, bitwy,I panowania. Na ich szale rzuciłCiężary dwa; z tych jeden rozłączenie,A drugi znaczył walkę, i ten właśniePoleciał w górę i uderzył drążek;Kiedy to spostrzegł Gabryel, rzekł Czartu:»Szatanie, znam twe siły i ty moje,Nie własne nasze, lecz nam dane, zatemCo za szaleństwo chlubić się przewagąOręża? I twój tyle tylko może,Ile pozwolą Nieba, i mój; terazBędąc zdwojony, mógłby cię w proch skruszyć,Bo spojrzyj w górę i w niebieskim znaku
Swój los przeczytaj, zważony tam jesteś,I znaleziony jak lekkim, jak słabym,Jeśli chcesz opór stawić!« Szatan spojrzał,I uciekł szemrząc, gdy ujrzał swą szalęW górze; uciekły z nim i nocy cienie.
Comments
Loading comments…