Pieśń V
Translated by Władysław Bartkiewicz
Raj utracony (1902)
Już różowemi stopy kroczył ranekOd wschodniej strony, zasiewając ziemięUryańskiemi perłami, gdy Adam,Zwykły tej pory, obudził się ze snuLekkiego, jakim darzy pokarm czysty,A z niego lekkie humory do głowy;Prędko je spędził szmer liści, chłód rannyStrumyka, wiany wachlarzem Aurory,I szczebiotliwy poranny śpiew ptaków,Odzywających się z każdej gałęzi.Dziwił się Adam, że Ewa śpi jeszcze;Włosy w nieładzie, pałające licaŚwiadczyły o śnie niespokojnym. Adam,W pół się podniósłszy, wzrok pełen miłościUtkwił w nią, piękność wielką rozważając,I wdzięk szczególny, nietylko na jawie,Ale i we śnie. Więc głosem łagodnym,Jak kiedy Zefir Florę tchnieniem pieści,Lekko jej ręki dotykając, mówi:»Obudź się, piękna moja, moja żono,
Ostatni darze Nieba, i najlepszy,Moja rozkoszy wiecznie nowa! Zbudź się!Poranek świeci, woła świeża niwa;Upływa pora, a my nie patrzymy,Jak rosną nasze krzewy, jak zakwitaGaj cytrynowy, jak mirra łzy roniI balsamiczna trzcina, jak PrzyrodaNakłada swoje barwy, jak na kwiatachSiadają pszczoły, by zbierać płyn słodki.«Tak szepcąc budzi ją Adam, lecz onaPatrzy nań błędnym wzrokiem, i tak rzecze:»Jedyny, w tobie myśl moja ma spokój,Tyś moją chwiała i doskonałością.Cieszę się, że cię widzę, że już ranek.Taka noc jeszcze mi się nie zdarzyła,Bez końca śniło mi się, jeśli śniło,Lecz nie o tobie, jak zwykle, ni pracachDnia ubiegłego, ani o jutrzejszychZamiarach, lecz coś o krzywdzie, o troskach,Jakich nie znałam aż do tej złej nocy.Wydało mi się, że ktoś przy mem uchuŁagodnie wzywał, bym szła z nim, z początkuMyślałam, że to twój głos, a tak mówił:»»Czemu śpisz Ewo? Teraz czas przyjemny,Chłód, cisza, którą przerywają tylkoCzuwającego śpiewaka nocnegoTryle, najsłodszą przejęte miłością;Panuje teraz księżyc pełną tarcząI na wydatne kształty wszystkich rzeczyBlask tajemniczy leje, lecz napróżno,
Gdy nikt nie widzi; wszystkiemi oczamiSpogląda niebo — kogóż widzieć pragnie?Ciebie, tęsknoto Przyrody, twój widokWszystkim uciechą; wszystko zachwyconeTwoją pięknością: tylko patrzeć pragnie.««Jakby na twoje wezwanie powstałam,Ale nie było ciebie; więc szukałam,I, zdało mi się, że sama szłam drogą,Aż się ujrzałam przed drzewem wzbronionejWiedzy: pieknempięknem się wydało, piękniejszemW sennem marzeniu, niźli w dziennym jawie.Gdym tak patrzała z podziwem, stał obokKtoś uskrzydlony, postacią podobnyDo tych aniołów, jakich widzim często,Włosy wilgotne ambrozyą tchnęły,Spoglądał także na drzewo, i rzecze:»»Piękna roślino, jakżeś obciążonaOwocem! Niktże, czy to bóg, czy człowiek,Nie raczy ulżyć ci, i zakosztowaćTwojej słodyczy? W takiejże pogardzieWiedza? Czy zazdrość; czy też inne względyCię zakazały? Niech kto chce zabrania,Nikt nie pozbawi mnie nadal twych darów,Bo na cóż jesteś tutaj posadzona?««To powiedziawszy, ściągnął bez wahaniaZuchwałą ręką, zerwał i pożywał.Dreszcz zimny przejął mnie na tak bezczelneSłowa, złączone z uczynkiem bezczelnym,Lecz ten, radości pełen, woła: »»BoskiOwocu, słodki sam z siebie, a słodszy
Tem, żem cię zerwał tu, zakazanego;Możeś dla bogów tylko, aleś zdolnyLudzi bogami robić. Dla czegóżbyLudzie nie mieli być bogami? Dobro,Gdy się udziela, wyrasta obficiej,Dawcy nie ujmę, ale zaszczyt czyni.Zbliż się, szczęśliwa istoto, anielskaEwo, bierz udział; choć jesteś szczęśliwą,Możesz szczęśliwszą być, choć nie cenniejszą.Spożyj i odtąd wejdź pomiędzy bogi,Sama bogini, z ziemią nie związana,Wzlataj w powietrze czasem, naszym wzorem,Czasem do Nieba, już własną zaletą;Patrz, jakie życie wiodą tam bogowieI tak żyj sama.«« To mówiąc, przybliżyłI przy mych ustach trzymał zerwanegoOwocu cząstkę: zapach tak ponętnyBudził oskomę, i zdawało mi się,Ze zakosztować musiałam, NatychmiastZ nim odleciałam w chmury, a pod sobąWidziałam ziemię rozległą, szeroką,I rozmaitą; dziwiąc się wzlotowiDo tej wyżyny, i własnej przemianie.Nagle przewodnik zniknął, sama byłam.Jak mi się zdało, spadłam i zasnęłam.Ach, jakżem rada, gdy po obudzeniuWidzę, że sen był tylko!« Tak noc swojęOpowiedziała Ewa. — Adam na to:»W tobie ja siebie samego oglądamDroga małżonko, i mnie martwi mocno
Twych myśli we śnie nocnym zamieszanie,Dziwny ten sen twój: nie podoba mi się,Może od złego pochodzi, lecz skąd złe?W tobie nie może przebywać, boś czystąStworzona; jednak wiedz, że w duszy ludzkiejSą różne niższe siły, które służą,Jako naczelnej władzy, Rozumowi.Z nich Wyobraźnia pierwsza służbę niesie,Ona ze wszystkich przedmiotów zewnętrznych,Które jej zmysły czujne przedstawiają,Wyobrażenia tworzy, kształty nikłe,Które gdy Rozum łączy lub rozdziela,Buduje wszystko, co twierdzimy, alboCzemu przeczymy, i to się nazywaBądź wiadomością naszą, bądź mniemaniem;To do komórki swej byt ogranicza,Gdy wypoczywa Natura; lecz częstoPod nieobecność Rozumu się budziNaśladująca go ImaginacyaI błędnie łącząc różne kształty, snujeDzikie wytwory, podczas snu najczęściej,Ze słów bez związku i z dawno minionychLub świeżych czynów’. Pewne podobieństwoZnajduję między snem twoim a nasząW poprzedzającym wieczorze rozmową,Tylko z dodatkiem dziwnym, lecz się nie smuć;Czy do ludzkiego, czy do nadludzkiegoUmysłu może złe wstąpić: gdy mijaNiezatwierdzone, nie zostawia plamyNi winy; to mię utwierdza w nadziei,
Że na czyn, który przerażał cię we śnie,Na jawie nigdy nie mogłabyś przystać.Nie trać więc serca, nie zasępiaj wzroku,Co zwykłe bywa milszy, pogodniejszy,Niźli pięknego poranku do świataPierwsze uśmiechy; wstawajmy do naszychNowych zatrudnień, wśród gajów, przy źródłach,Przy kwiatach, które teraz wyziewająNajwytworniejsze wonie, gromadzonePrzez noc dla ciebie.«Tak małżonkę swojęPocieszał, ale, choć weselsza, roniKilka łez cichych, obciera włosami;Dwie inne, zanim spadły z kryształowychŹrenic, całusem otarł Adam, jakoZnak życzliwego współczucia i łaski,I świętej trwogi na samę myśl grzechu.Uspokojeni śpieszą do swej niwy,Lecz wprzód, gdy jeszcze pod sklepieniem liści, —Ujrzeli niebo i rydwan słonecznySwemi kołami tykający krańcówWielkiego morza, wilgotne promienieŚląc równolegle z ziemią, na szerokiKrajobraz w wschodniej stronie RajuI na Edenu szczęśliwe równiny, —Kornie schyleni zaczęli modlitwę,Każdego ranka odmawianą, zawszeW różnym układzie; bo nigdy nie brakłoIm formy, ani zachwytu świętegoKu czci swojego Stwórcy; z ust im płynął
Potok natchnienia, prędki, bez namysłu,Mówiony albo śpiewany, bez rytmu,Lub też rytmami tak melodyjnemi,Że im słodyczy nicby nie dodałaLutnia, ni arfa. W ten sposób zaczęli:»To są rąk twoich dzieła, o Wszechmocny!Ojcze dobroci! Twój cały gmach świataCudownie piękny, jakże więc cudownyTy sam być musisz! Niewypowiedziany,Który nad temi niebiosami siedziszNam niewidzialny, lub jak przez mgłę tylkoW tych Twych najmniejszych dziełach ujawniony;I one świadczą o Twej niepojętejDobroci, boskiej potędze wszechmocy.Mówcie, Synowie Światła, wy Anieli,Którzy najlepiej możecie Go chwalić,Bo oglądacie Go, i otaczacieTron Jego śpiewem przez dni nieskończoneI symfonii chórami dźwięcznemi,Pełni radości, — tak w Niebie; na ziemiWszystkie stworzenia w chór jeden złączone,Wciąż uwielbiają Tego, kto początkiem,Środkiem i końcem zawsze nieskończonym.Gwiazdo wspaniała, ostatnia z orszakuNocy, lub może świtu towarzyszko,Pewna rękojmio dnia, co rzeźki ranekWieńczysz koroną jasną, złóż Mu hołd}W swoim zakresie, w tej słodkiej godzinieGdy dzień się rodzi. O słońce, coś okiemTego wielkiego świata, jego duszą,
Uznaj, że Bóg jest większy, jego chwałąRozbrzmiewaj w twoim nieskończonym biegu,Czy w górę idziesz, czy na południowymSzczycie, czy kłonisz się ku zachodowi;Księżycu, co raz spotykasz wschodząceSłońce, a drugi raz przed niem uciekasz,Wespół z gwiazdami w ich kręgu ruchomymUtwierdzonemi, i wy pięć wędrownychInnych Płomieni, w tańcu tajemniczymI dźwięcznym, chwałę ogłaszajcie TegoKto z wiecznych cieni światło wyprowadził.Powietrze i wy, Żywioły, co pierwszeWyszłyście z łona Przyrody i wiecznieKrążycie w czworo, kształt różny bierzecie,A wszystkie rzeczy mieszacie, żywicie,Niech nieustanne wasze zmiany tworząWciąż nową chwałę Stwórcy Najwyższego.Mgły i wyziewy, co teraz wstajecieZe wzgórz lub jezior, zasłoniętych parą,Zanim ozłoci słońce wasze rąbkiRuniaste, wstańcie ku czci Twórcy świata,Aby lub chmurą osnuć szare niebo,Albo spragnioną ziemię deszczem zrosić;Wstając, spadając, zawsze chwalcie Jego.Chwalcie Go wiatry, z czterech stron wiejąceCichym oddechem lub hukiem; wy, sosny,Chylcie wierzchołki wasze, kołyszcie się,Wy i roślina każda na cześć Jego;Źródła szemrzące mile w wartkim biegu,Szemraniem waszem głoście Jego chwałę;
Wszystkie żyjące Dusze łączcie głosy:Ptaki wzlatajcie pod bramy niebieskieŚpiewając, niosąc na skrzydłach i w śpiewieChwałę Wszechojca. Wy, płynące w wodzieI co po ziemi kroczycie wspaniale,Albo pełzacie nisko, świadczcie wszyscy,Choćbym ja milczał; rano lub wieczorem,Przed dolinami, wzgórzami, źródłami,I przed gajami, które rozbrzmiewająCzcią Boga, moim głosem pobudzone.Chwała Ci Panie świata! Bądź nam dobryI zsyłaj tylko dobro, a jeżeliZłe noc przynosi, lub kryje, rozpraszaj,Jak teraz światło rozprasza ciemności.«Tak się modlili w świętej niewinności,I prędko wrócił pokój do ich duszy.Śpieszyli teraz do zatrudnień sielskichWśród rosy rannej i kwiatów, gdzie rzędyDrzew owocowych bujnych zadalekoRozpościerały gałęzie soczyste;Więc należało rychło ograniczyćPędy splątane, nieowocujące;Do wiązu winną łozę prowadzili,Jako małżonkę, w ślubne go ramionaObejmującą, niosącą w posaguGbrona, by jego marny liść zdobiły.Na pracujących tak spojrzał litośnieWielki Król Niebios, przyzwał Rafaela,Towarzyskiego Ducha, co to później,Raczył wędrować z młodym Tobiaszem,
I opiekować się jego małżeństwemZ niewiastą siedem razy zaślubianą.Rzekł: »Rafaelu, słyszysz zawichrzenia,Jakie wyprawia w Raju Szatan zbiegłyZ Piekła przez czarną Otchłań; jak udręczałTej nocy ludzkie stadło, a zamierzaZgubić je, a w niem cały rodzaj ludzki.Idź zatem dzisiaj, rozmów się z AdamemJak z przyjacielem przyjaciel; on terazW cieniu schroniska, gdzie zwykle się skrywaPrzed żarem słońca w południowej porze,Aby po trudach dziennych wypoczynkiemI pożywieniem odnowił swe siły.Wskaż mu w rozmowie jego stan szczęśliwy,Pozostawiony jego wolnej woli;Która, że wolna, zmianie uledz może;Przed zabłąkaniem ostrzeż go, zarazemOpowiedz, jakie mu niebezpieczeństwoGrozi od kogo; jaki nieprzyjaciel,Który niedawno sam odpadł od Nieba,Knuje upadek innych, w szczęśliwościPozostających. Czy gwałtem? Nie. To muWzbronione, ale oszustwem i kłamstwem,O tem niech Adam wie, by dobrowolnieGrzesząc, nie składał się niespodziewaniemFortelu, albo brakiem ostrzeżenia.«Tak mówił Wieczny Ojciec w całkowitejSprawiedliwości wymiarze: tej chwiliSkrzydlaty Święty, otrzymawszy rozkaz,Z pośród tysiąca Niebian Pałających,
W których stał gronie, w wielobarwne skrzydłaOdziany, mignął pędem błyskawicy,Leciał przez środek Nieba: na dwie stronyRozstąpiły się wraz anielskie chóry,By nie tamować empirejskiej drogi.Do bram niebieskich przybył, te na złotychZawiasach, dzieło Architekta świata,Otworzyły się same. Tu już żadnaChmura, ni gwiazda, chociażby najmniejsza,Nie stała oku na przeszkodzie; widziDosyć podobną innym światłym globomZiemię, i ogród boski, uwieńczonyCedrami, których wierzchołki się wznosząNad wszystkie wzgórza; jak w nocy lunetaGalileusza niezbyt pewny obrazMniemanych krajów księżyca podaje;Lub sternik, gdy wśród Cykladów wyróżniaW plamie mgły szarej Delos albo Samos.Tam w chyżym locie spuszcza się ArchaniołPrzez eteryczne niezmierne przestrzenie,Mijając światy i światy, z wiatramiBiegunowemi na skrzydłach się waży,To znów przychylne prądy żwawym ruchemPrzebywa, aż tam, gdzie orły szybująWpadłszy, zdziwionym skrzydlakom się wydałFenixem, który jeden z wszystkich ptaków,Do Teb egipskich zlata, by pochowaćW świątyni słońca swoje szczątki. NarazOsiada Anioł w wschodniej stronie RajuNa skale, i do własnych kształtów wraca.
Skrzydlaty Seraf: sześć skrzydeł osłaniaPostać niebiańską: jedna para kryłaPotężne barki, zachodząc na piersiZdobne w królewskie godła; średnia paraJak pas gwiaździsty w około kibiciBiodra mu złotym puchem lamowała,I kolorami czerpanemi w niebieCieniła, trzecia jego stopy obieZbroją pierzastą barwy lazurowejOd pięt wyrosłą. Tak stał jak syn MaiW baśni głoszony, gdy wstrząsnął pióramiZapach niebiański rozszedł się dokoła.Zaraz poznały go straże anielskie,Cześć wielką czynią zarówno godnościJak i missyi, bo się domyślali,Że pewno przybył z jakiemś poruczeniem.Przeszedłszy mimo ich świetnych namiotów,Skierował kroki do błogosławionychPól rajskich po przez gaiki mirtowe,Kassyi, nardu, balsamiczne ziołaWonne pustynie; bo tutaj PrzyrodaRozrzutna w pierwszej młodości rozpędziePuszczała wodze dzikiej fantazyi,Płodząc bezmierny czar, niepowstrzymanaŻadnem prawidłem, sztuką. IdącegoPrzez gaj żywiczny dostrzegł zdala Adam,Przed swem cienistem schroniskiem siedzący:Bo właśnie słońce stanęło u szczytuI prostopadle palące promienieRzucało, grzejąc głębsze łono ziemi,
Lecz dla Adama zbytni to był upał.Wewnątrz schroniska punktualna EwaPrzysposabiała na obiad owoceWyborne w smaku i pobudzającePrawy apetyt; pragnienie miał gasićNektar z przeróżnych jagód albo z mleka.Adam się ozwie: »Ewo, co ja widzę!Od wschodu między drzewami się zbliżaWspaniała postać; jak drugi wschód słońcaZjawia się teraz o samem południu;Może nam niesie jaki wielki rozkazZ Nieba, a może zechce zostać naszymGościem na dzisiaj; spiesznie przynoś wszystko,Co masz w zapasie, aby przyjąć godnieZwiastuna Niebios: jakże łatwo dawaćMożemy naszym dawcom otrzymaneDary z ich ręki; obficie obdarzaćZ otrzymanego obficie. PrzyrodaWciąż mnoży płody swoje, a gdy zrzucaIch brzemię, jeszcze płodniejszą się staje,Nie powinniśmy zatem nic oszczędzać.«Na to mu Ewa: »Adamie, tyś modłąŚwiętą z tej ziemi, od Boga natchnioną;Małe zapasy starczą, tam gdzie zapasDojrzały w każdej porze do użytkuWisi na drzewie; wyjąwszy nieliczne,Które gdy uschną smaku nabierają.Spiesznie więc zerwę owoce z gałęzi,Obłamię zioła, melony soczyste,A przytem wybór zrobię tak staranny,
Iż gość nasz Anioł, widząc tę obfitość,Przyzna, że równie szczodrze Bóg obdarzyłZiemię, jak Niebo.« To rzekłszy pośpiesznieWybiega, cała przejęta zadaniemSwem gościnności: co wybrać wśród tyluWytwornych rzeczy, i w jakiej koleiPodawać, by nie zepsuć smaku, aleZ podniecającą apetyt przemianą,I jak ułożyć ponętnie dla oka?Krząta się zatem, i z wątłych szypułekZbiera sowitą dań od wszystkich płodówWszechrodzicielki Ziemi; z tych, co rosnąW Indyach Wschodnich, czy Zachodnich, czy teżNa mórz Śródziemnych brzegach, Pontu,W Alcynousa królestwie: przeróżneOwoce, w szorstkiej lub miękkiej łupinie,W łusce włochatej, w skórce i skorupie,Nie oszczędzając ręki, stawia stosy.Moszcz z winogrona, a z jagód rozlicznychMiody wyciska, nieodurzające,Z ziarn rozgniecionych ma tłustą śmietankę;Nie brak też czystych naczyń pod przysmaki.W końcu różami wonnemi i różnemKwieciem, obranem z łodygi i kolcówZaściela ziemię. Tymczasem praojciecNasz na spotkanie gościa niebiańskiegoIdzie, za cały orszak mając tylkoDoskonałości swoje, w sobie samymWszystką dostojność mając, uroczystsząNiż nudna pompa na przyjęcie książąt,
Gdy długi szereg koni prowadzonychW ręku, i jeźdźców błyszczących od złotaOślepia tłumy i w zapał je wprawia.Zbliżył się Adam, choć nie przestraszony,Ale z pokorą ukłon złożył niski,Jako istocie wyższej z przyrodzenia,I rzekł: »Mieszkańcze Niebios! bo prócz NiebaŻaden świat takiej wspaniałej postaciNie może mieścić; ponieważ, zstępującOd Tronów górnych, raczyłeś na chwilęOpuścić owe szczęśliwe dziedziny,A te zaszczycić, zechciej z nami dwojgiemKtórzy z nadania Najwyższego dzierżymObszerne owe ziemie, spocząć w cieniuTego schroniska, a też pokosztowaćCo najlepszego owocu z ogrodu,Póki nie przejdzie upał południowy,A słońce skłoni się w zachodnią stronę.«Któremu Anioł uprzejmie odpowie»Adamie, taki cel mnie tu prowadzi:I ty stworzony jesteś w tej przyrodzie,I miejsce, które zamieszkujesz, takie,Iż łatwo Anioł może czuć chęć szczerąDo odwiedzenia ciebie; prowadź zatemDo cienistego twojego schroniska;Aż do wieczora dzisiaj mam czas wolny.«Tak do leśnego przybyli mieszkania,Uśmiechniętego, jak drzewo Pomony,I okrytego wonnemi kwiatami,Jedynie Ewa nieokryta niczem,
Chyba wdziękami własnemi, piękniejszaOd nimfy leśnej, lub od najpiękniejszejZ trzech owych bogiń, wymyślonych w baśni,Które na górze Ida się spierały,Stała, by przyjąć gościa niebieskiego.Nie używała osłony, bo byłaCnotą bez skazy: żadna myśl wątpliwaRumieńcem wstydu nie mieniła twarzy.»Zdrowaś,« powiedział do niej Duch niebiański,Witając słowy, któremi powitałPo wielu wiekach inny poseł BożyBłogosławioną Maryę, Dziewicę,Powtórną Ewę. »Zdrowaś, matko roduLudzkiego, której urodzajne łonoŚwiat liczniejszymi napełni synami,Niźli te drzewa Boże obciążyłyStół owocami.“ Stół ten był z darniny,Wokoła krzesła z mchu miękkiego stały,A na obszernym stole aż po brzegiNagromadzone leżały bogateDary Jesieni, bo Wiosna i JesieńTutaj pląsały pospołu. Czas jakiśWiedli rozmowę, nie bojąc się, abyObiadł im ostygł; wreszcie nasz praojciecTak zaczął: »Gościu niebiański, pokosztujTych darów, które Opatrzny Karmiciel,Źródło dobroci doskonałej, kazałZiemi wydawać nam na pożywienieI na uciechę; może to niesmaczny
Pokarm dla istot duchowych, wiem tylko,Że jeden Ojciec w Niebie wszystkim daje.«Na to mu Anioł: »To też czem obdarza —Chwała niech będzie Dawcy nieustanna, —Człowieka, w części istotę duchową,Może za pokarm służyć czystym duchom.Bo i te, czysto duchowe istoty,Muszą mieć pokarm, jak wy, rozumowi,I one władzą zmysłów obdarzone,Słyszą i widzą, czują, dotykają,Jedzą i trawią, przyswajają sobieI przemieniają cielesne w duchoweBo wiedz, że wszystko, co stworzeniem zwie sięŻywić się musi: żywioły surowszeSą pożywieniem dla wyższych; tak ziemiaOdżywia morze, a jedna i drugieŻywią powietrze, które żywi ognie,Te eteryczne, naprzód z nich najniższyKsiężyc; dla tego w pełnej jego twarzyPlamy wyziewów, co nieoczyszczone,Jeszcze się w jego ciało nie zmieniły.I księżyc także z swych mokrych obszarówWyższego rzędu gwiazdom śle karm lotną;Słońce użycza wszystkim swego światła,Wzajem od wszystkich dostaje w nagrodęŻywność z wyziewów wilgotnych, a kończy,Dzień z oceanu napojem. I w NiebieAmbrozyańskie drzewa życia niosąOwoc, winorośl daje nektar, tak, żeZ każdego drzewa gałęzi co rano
Zbieramy rosę miodową, a w kołoWidzimy pola ziarnem pereł kryte.I tu jednakże Bóg urozmaiciłSwe dary, nowe stwarzając rozkosze,Mogące równać się z Niebem, i nie myśl,Bym był w jedzeniu wybredny.« ZasiedliZatem. Jadł Anioł, lub tak się zdawało,Że jadł, jak oni. Tymczasem przy stoleGospodaruje Ewa i napełniaIch kubki słodkim płynem. NiewinnościPrawdziwie rajska! Gdyby synów NiebaMożna tłómaczyć kiedy, że się w ludzkichCórach kochali, to chyba w tej chwili!Ale w tych sercach panowała miłośćCzysta, nieziemska; nie znały zazdrości,Która jest piekłem miłości wzgardzonej.W końcu biesiady naraz AdamowiPrzyszła myśl, aby, gdy się tak nadarza,Powziąć wiadomość o rzeczach nadziemskich,O tych istotach, co mieszkają w NiebieI przewyższają go doskonałością;Których postaci jasne, — odblask Boży,Tak przewyższają ludzi swą potęgą.Więc do wysłańca Niebios w taki sposóbOstrożną zwraca mowę: »Czuję dobrze,O współmieszkańcze Boga, wielkość łaskiI zaszczyt, jaki czynisz człowiekowi,Schodząc pod jego strzechę i kosztującOwoców Ziemi, pokarm nie Aniołów.Lecz je przyjąłeś z taką uprzejmością,
Jakbyś świąteczną w Niebie miał biesiadę:Chociaż żadnego nie ma porównania.«Na to mu Anioł skrzydlaty odpowie:»Adamie, jeden jest Wszechmocny, wszystkoPochodzi z niego i do niego wraca,Jeśli nie zboczy od dobra ku złemu.Wszystko stworzone do doskonałości,Wszystkiego jedno tworzywo, co zdolneRóżne przybierać kształty, różne stopnieBytu i życia w dziedzinie żyjących;Lecz subtelniejsze i bardziej duchoweI czystsze stoją bliżej Jego tronuLub dążą bliżej, i każde w swej sferzeWypracowywa ducha z ciała w szrankachWedług rodzaju proporcyonalnych.Tak wzrasta lżejsza łodyga z korzenia,Z niej powietrzniejsze liście, z nich nakoniecKwiat doskonały tchnie wonią duchową.Kwiaty, owoce ich, pokarm człowieka,Dążą po stopniach wciąż wyższego życiaDo zwierzęcego i umysłowego,Życie i czucie dają, wyobraźniąI rozumienie; przez nie do rozumuDusza dochodzi, ten jest jej istotą,Przez wnioskowanie lub wnętrzne widzenie;Wy używacie częściej wnioskowaniaA my widzenia; różne są to stopnieLecz ten sam rodzaj. Niech cię więc nie dziwi,Że tego, co Bóg dla was dobrem uznał,Nie odmówiłem, lecz jak wy, zużyłem
Na własną istność, może kiedyś ludzieZ aniołmi będą ucztowali, możeAnielski pokarm będzie im stosowny,Nie nazbyt lekki; może przez użycieJego po pewnym czasie wasze ciałaUduchownione i jak my na skrzydłachWzniosą się w Niebo; albo do wyboruW ziemskim, w niebieskim mieszkać będą Raju;Jeśli posłuszni będziecie, i całąNiezmienną miłość zachowacie TemuCzyimi dziećmi jesteście. Tymczasem.Gdy do większego niezdolni, czerpajcieW pełni to szczęście, jakie macie tutaj.«»Duchu przyjazny i gościu łaskawy, «Odrzecze na to patryarcha roduLudzkiego, »jasno nakreśliłeś drogi,Któremi stąpać mamy w nabywaniuWiedzy; wskazałeś i stopnie PrzyrodyOd jej obwodu do ogniska; po nichPrzez rozważanie całego stworzeniaMamy wstępować do Boga. Lecz powiedz,Co znaczy taki dodany warunek:»»Jeśli będziecie posłuszni««? CzyżbyśmyNieposłusznymi być mogli? OdmówićMiłości Temu, który nas powołałZ prochu do życia i umieścił tutaj,Nad wszelką miarę obdarzywszy szczęściem!Jakiegoż człowiek jeszcze pragnąć możeI jakie sobie wyobrazić?« Na toOdrzecze Anioł? »Zważ to sobie, Synu
Nieba i Ziemi! Że jesteś szczęśliwy,Toś winien Bogu; że zawsze nim będziesz,To będziesz winien sobie, posłuszeństwuSwojemu. Tego się trzymaj; przestrogęMasz daną. Bóg cię stworzył doskonałym,Lecz nie niezmiennym; dobrym cię uczynił,Lecz twoja wola wytrwać w tej dobroci;Nadał ci wolę swobodną z natury,Niekierowaną żadnem przeznaczeniemNieuniknionem, albo koniecznością;Chce dobrowolnej służby, nie chce z musu:Tejby nie przyjął i nie może przyjąć;Bo jak niewolne serce złoży dowód,Że chętnie służy, że chce, gdy zmuszoneJest przeznaczeniem i wyboru nie ma?I ja i wszystkie zastępy Aniołów,Przed tronem Boga stojące, szczęśliwośćNaszę, zarówno, jak wy, trwałą mamy,Bo posłuszeństwo nasze trwałe; innejPewności niema: ochotnie służymy,Bo miłość nasza ochotna; do woliNaszej miłować, albo nie miłować;Na tem oparty nasz byt błogi, na temNiektórzy padli — przez nieposłuszeństwo:Z Nieba do Piekieł! Straszliwy upadek:Z szczytu błogości do głębi niedoli!«Na to praojciec nasz rzecze: »Słów twoich,Nauczycielu boski, wysłuchałemZ większą uwagą i z większą rozkoszą,Niż gdy z pobliskich wzgórzy nocną porą
Niosło powietrze śpiewy Cherubinów.Wiedziałem wprawdzie, że wolna jest wolaI czyny wolne, lecz, że nie przestaniemKochać naszego Stwórcy, słuchać Tego,Co nam dał zakaz jedyny, tak słuszny,Tego myśl moja wraz mi pewność dałaI ciągle daje. Ale to, co mówiszO Niebie, budzi pewne wątpliwościW mej duszy; chciałbym słyszeć więcej,Jeżeli można, zupełną opowieść.Dziwna być musi, a słuchać jej trzebaW świętem milczeniu. Noc jeszcze daleka,Słońce ubiegło zaledwie pół drogiSwojej codziennej, a drugą połowęLedwie zaczęło.« Taką prośbę AdamWniósł, a Rafael, po chwili, przystając,Zaczął w ten sposób: »Prarodzicu ludzi,Żądasz odemnie bardzo ważnych rzeczy,Smutnych i trudnych; bo jak opowiedziećI uzmysłowić niewidzialne czynyWalczących Duchów? Jak wspomnieć bez żaluUpadek tylu i tak świetnych niegdyś,Tak doskonałych, póki trwali? WreszcieMoże nie godzi się tutaj odsłaniaćInnego świata tajemnic? — dla dobraTwojego przecież mam to dozwolone;A co nad miarę ludzkiego pojęcia,Nakreślę w sposób, byś je mógł zrozumiećPrzez porównanie duchowych postaciZ ziemskiemi, bowiem czem jest Ziemia, jeśli
Nie cieniem Nieba? Więcej, niż się zdajeNa Ziemi, sprawy ich sobie podobne.»Gdy jeszcze świat ten nie został stworzonyA Chaos dziki panował, gdzie terazToczą się Niebios przestwory, gdzie ZiemiaŚrodkiem się swoim w równowadze trzyma,Pewnego razu (bowiem i w wiecznościCzas względem ruchu wszelkie trwałe rzeczyTeraźniejszością, przeszłością, przyszłościąMierzy), jednego z dni wielkiego roku,Wojsko Aniołów promiennych, skinieniemPańskiem wezwane, ze wszystkich stron NiebaNiezliczonemi stanęło oddziały.Pod wodzą książąt w błyszczących szeregachPrzed Wszechmocnego Tronem; a nad niemiDziesięć tysięcy chorągwi, sztandarów,Proporców w górze płynęło w powietrzuNa odznaczenie straży przedniej, tylnej,Godności różnych, stopni i urzędów;Lub też w błyszczących tkaninach dawałyGodła, pamiątki święte znakomitychCzynów miłości, szczytów gorliwości.Tak kiedy stali niezmiernym obwodem,Koło za kołem, w środku Pan Wszechświata,Z Synem, siedzącym na łonie błogości,Płomieniejącej górze był podobny,Której szczyt jasność niewidzialnym czyni.»Tak rzecze: »»Wszyscy Synowie ŚwiatłościAnieli, Trony, Panowania, Księstwa,Cnoty, Potęgi! Słuchajcie dekretu,
Na wszystkie czasy nieodwołalnego.Dzisiaj zrodziłem Tego, i ogłaszamTeraz, że moim jest jedynym Synem;Na tej Go świętej górze namaściłem,Siadł po prawicy mojej: Głową wasząNaznaczam Jego: a też poprzysiągłemPrzez się Samego, że przed nim się skłoniWszelkie kolano w Niebie, zwąc go Panem.Pod jego rządem bądźcie zjednoczeni,Jak jedna dusza, i wiecznie szczęśliwi.Kto nieposłuszny Jemu, mnie nie słucha,Ten zrywa związek, i od tejże chwiliZ przed obliczności Bożej odrzucony,Spada w ciemności całkowitej głębię,Gdzie niema końca kary, ni zbawienia.««»Rzekł Wszechmogący, zdało się, że wszystkichUradowały jego słowa, aleZdało się tylko, lecz inaczej było.Jako zazwyczaj w uroczyste święta,I ten dzień przeszedł na śpiewie i tańcuDo koła góry świętej, pląs mistycznyNajpodobniejszy temu, jaki tocząW całym rozpędzie planet}^ z gwiazdamiStałemi: wiry wewnętrzne, zewnętrzne,Splątane z sobą, najnieprawidłowszeNa pozór, chociaż w pełni prawidłowe;A przy tych pląsach symfonia boskaTak czarująca, że samemu BoguRozkosz przynosi. Już się wieczór zbliżał(Bo i my mamy wieczory i ranki
Dla przyjemności naszej, nie potrzeby),Żwawo od tańca do miłej biesiadyPrzechodzą: między wirujące kręgiStanęły stoły, a na nich obficiePokarm anielski; nektar rubinowyZ winogron w Niebie wzrosłych wyciśniętyPienistą falą błyszczał w szczerozłotych,Dyamentowych i perłowych czaszach.Na kwiatach i kwiatami uwieńczeni,Jedzą i piją; w Szczytnem zjednoczeniuPoją się szczęściem i nieśmiertelnością;Od nadużycia bezpieczni zupełnie,Gdzie pełna miara od nadmiaru broni,Wobec dobrego Króla, który szczodrzeSypie im dary, ciesząc się ich szczęściem.Noc ambrozyjska wysnuła obłokiZ wysokiej góry Bożej, gdzie zarównoI cień i światło źródło swoje mają,Twarz Nieba miłym okryła się zmrokiem(Tam Noc w zasłonie czarnej nie przychodzi),Różana rosa do snu wszystkich oczyUsposobiła, oprócz Boskich, któreNie zasypiają nigdy. Na równinieRozległej, większej daleko niż całaTa ziemska kula, gdyby ją w płaszczyznęRozwinąć, w wielkim tym dziedzińcu Bożym,Tłumy aniołów w gromadach, szeregach,Stawią swój obóz, jak żyjące rzekiPośród drzew życia; nagle więc się wznosząLiczne namioty, anielskie przybytki.
Tam przy powiewie chłodzących zefirówSpali, prócz gromad, co w swojej koleiDokoła tronu boskiego śpiewaliNoc całą hymny cudnie melodyjne.»Lecz nie spał Szatan, tak obecnie zwany,Gdy pierwsze jego imię starte w Niebie.On, jeden z pierwszych, chociaż nie najpierwszy,Archanioł wielki potęgą i łaskąI stopniem, ale dręczony zawiściąPrzeciw Bożemu Synowi — któregoW dniu tym uwielbił wielki jego OjciecI Messyaszem, Królem namaszczonymOgłosił — nie mógł znieść tego widoku,I w dumie swojej czuł się znieważonym.Knując złośliwe plany, gniewem zdjęty.Chce b północy mglistej, a przyjaznejSpaniu i ciszy, wraz z legionamiSwemi wyruszyć bez oddania hołduTronowi, z wzgardą i nieposłuszeństwemW piersi; i budząc najpierwszego swegoPodkomendnego, tak doń mówi zcicha:»»Czy śpisz, kolego drogi? Czyliż możeSen zamknąć twoje powieki, gdy wspomniszNa tak niesłuszne Wszechmocnego w NiebiePostanowienie wczorajsze? Tyś zwykleDzielił się ze mną myślami swojemi,Jak ja mojemi z tobą; gdy w czuwaniuTak zjednoczeni, czyżby teraz sen twójMiał nas rozdzielić? Nowe prawa, widzisz,
Nam nałożono; od panującegoWydane nowe prawa mogą budzićW nas, którzy służym, nowe myśli, — noweRady i nowe rozważania tego,Co się wątpliwem wydaje; lecz więcejW tem miejscu mówić nie można: zbierz wodzówMiryad, które są w naszej komendzie,Powiedz, że rozkaz jest, abym pośpiesznie,Wprzód nim Noc ciemna pościąga obłoki,Wraz z tymi, których chorągwie są moje,Wyruszył śpiesznym pochodem do kwaterZwyczajnych naszych na Północy, abyTam przygotować wszystko na przyjęcieGodne naszego Króla, MessyaszaWielkiego, jak i wysłuchania jegoNowych rozkazów, albowiem zamierzaTryumfująco wszystkie hierarchieNiebieskie przejrzeć i stanowić prawa!««»Tak rzekł obłudnik i zły wpływ zaszczepiłW nieprzezornego towarzysza sercu,Który bezzwłocznie z osobna zwołujeKażdego z władców, swoich podkomendnych,I tak im mówi, jak mu powiedziano,Że z Najwyższego rozkazu, nim nocneOsłony z Nieba opadną, chorągiewHierarchiczna, wielka, podniesionaZostanie; powód słyszany powtarza,Rzucając słówka dwuznaczne, zazdrosne,Nieskazitelność badając, lub plamiąc;
Lecz usłuchali danego sygnałuI przeważnego głosu swego wodzaWszyscy, bo wielkie było jego imię,Wysoka ranga w Niebie. Jak porannaGwiazda, wiodąca stada gwiazd, tak jegoWyniosła postać ich skupiła: kłamstwemPowiódł za sobą trzecią część wojsk Nieba.Tymczasem Władca Przedwieczny, widzącyNajskrytsze myśli, ze swej świętej góryI z po za złotych lamp, co nocną porąPrzed nim się palą, ujrzał tam, gdzie światłoLamp nie dosięga, bunt wznoszący głowę,Kto go roznieca wśród synów poranku,I jakie tłumy łączą się, by stawićOpór wyrokom jego, i z uśmiechemRzecze do Syna swego jedynego:»»Synu, w którym się cała moja chwiałaOdbija w pełni, Dziedzicu mej mocy,Pilnie potrzebne jest zabezpieczenieNaszej wszechmocy, pomyśl jaką broniąMamy ocalić nasze stare prawoBoskości, czyli panowania; takiWróg się podnosi, co tron swój zamierzaStawić na równi naszemu w rozległychStronach Północy; nie dosyć mu na tem;Chce wypróbować w bitwie naszej mocy,Albo naszego prawa. Trzeba temuZaradzić, zebrać siły pozostałe,Użyć ich w naszej obronie, ażeby
Nie stracić nagle tego stanowiskaNaszego, naszej świątnicy i góry.««»Syn na to, z wzrokiem spokojnym i jasnymLśniącym niezmienną pogodą boskości,Rzecze: »»Potężny Ojcze! słusznie w pośmiewiskoObracasz marne twoich nieprzyjaciółZamysły, śmieszne i czcze ich rozruchy;One posłużą tylko do mej chwały,A ich nienawiść mojem uwielbieniemBędzie, gdy ujrzą potęgę królewską,Daną mi na to, abym skarcił pychę,Abym okazał czynem, że potrafięZnieść buntowników.««»Tak mówił Syn Boży.Tymczasem Szatan ze swemi KsiążętyPędził, pośpiesznie rozwijając skrzydła,Za nim gromady wojsk nieprzeliczonych,Jak gwiazdy nocy, lub te drugie gwiazdyPoranku, krople rosy, które słońceNa każdym liściu i na każdym kwiecieW perłę zamienia. Mijali okręgiPotężnych władców na potrójnych tronach,Państwa, do których twe władztwo, Adamie,Ma się jak ogród ten do całej ziemiWraz z morzem, gdyby rozciągnąć na długośćCałą tę kulę. Przybyli nareszcieDo granic kraju Północy, a SzatanDo swej królewskiej stolicy, na wzgórzuWysokiem, zdala świecącej jak góraNa górze, zdobnej w piramidy, wieże,
Z dyamentowych bloków i skał złota.Pałac wielkiego Lucyfera (takąArchitektura ta nazwę mieć może,Na język ludzki wyłożona); wkrótce,Gdy Czart we wszystkiem udawał równegoBogu, wzór biorąc z owej góry świętej,Na której w obec Nieba ogłoszonyZostał Messyasz, on tę swoję nazwałKongregacyjną górą, gdyż tu zbierałWszystkich stronników, niby na narady,Jak godnie przyjąć zapowiedzianegoWielkiego Króla; tak oszczerczą sztukąZdobywał posłuch pozorami prawdy.»»Trony, Mocarstwa, Księstwa, Cnoty, Siły!O ile takie wspaniałe tytułyNie są czczym dźwiękiem teraz, gdy dekretemBoskim kto inny wziął wszelką potęgęzaćmiłI zaćmił chwałę nasze nazwą KrólaNamaszczonego; z jego to powoduPochód tak prędki o północnej porzeI to zebranie, mające obmyślićNowe honory dla nadchodzącego,Hołdy na klęczkach, nigdy niebywałe,Upokorzenie haniebne! zbyt wielkieWzględem jednego, jakże je ponosićPodwójnie, przed nim i przed owym drugim,Którego nazwał swoim wizerunkiem?A gdyby lepszy nam do głowy pomysłPrzyszedł zrzucenia jarzma? Chcecież schylaćPokorne karki, giąć gibkie kolana?
Wiem, że nie chcecie, znam was, i wy sami,Jeśli pomnicie, że zrodzeni w NiebieDziećmiście Nieba, którego przed wamiNikt nie posiadał; że chociaż nierówni,Wszyscyście wolni, wolni jednakowo;Bo rangi, stopnie, w niczem nie ujmująWolności, tkwią w niej. Któż więc może z prawaI ze słuszności władzę monarchicznąPrzywłaszczać sobie nad tymi, co żyjąJak równi jemu z prawa, choć potęgąI blaskiem mniejsi, wolnością jednacy?Lub czyliż może wprowadzać ustawyAlbo edykta nam, co i bez ustawNie błądziliśmy? A tem mniej ustawę,Która nam króla daje i nakładaAdoracyę z uszczerbkiem tytułówNaszych królewskich: z nich przecie wynika,Że nam w udziale rządy a nie służba!««»Zuchwałej mowy słuchano w milczeniuAż Abdiel z pośród Serafinów grona,Do najżarliwszych czcicieli BoskościI najwierniejszych sług jej należący,Wstał, i gorejąc płomieniami gniewu,Tak wstrzymał potok wściekłości Szatana:»»Bluźniercza mowa, fałszywa i pyszna!Słów takich w Niebie nikt się nie spodziewałSłyszeć, a najmniej z ust twych, niewdzięczniku,Coś tak wysoko wzniesion ponad Książąt.Czyż możesz mową bezbożną naganiaćBoga wielkiego dekret sprawiedliwy,
Kiedy ogłosił i przysięgą stwierdził,Że przed Jedynym Synem Jego, prawnieKrólewskiem berłem obdarzonym, zginaćKolano będzie wszelka dusza w Niebie,Jako przed swoim Królem prawowitym?Niesprawiedliwie, powiadasz, krępowaćUstawą wolnych, oddawać równemuRząd nad równymi, stałe panowanieJednemu z równych nad wszystkimi? ChceszżeBogu dyktować prawa? Spór z nim toczyć?Wolność określać? Z nim, co cie utworzyłTakim, jak jesteś, a Potęgi NiebaTak ukształtował i takie graniceIm nadał, jakie mu się podobało?I z doświadczenia znamy, jak jest dobry,Jaki troskliwy o nas i o naszeDobro i godność, daleki od myśliIch uszczuplenia, przychyla się raczejDo podwyższenia stanu szczęśliwościNaszej, gdy jeszcze ściślej nas jednoczyPod jedną Głową. Choćby nawet przyznaćSłuszność twierdzeniu, że krzywda, gdy równyRządzi równymi królami. Czyż i ty,Chociaż tak wielki i tak pełen chwały,Czy nawet cała natura anielskaW jedno złączona, może się z Nim równać,Z Jednorodzonym Synem? Wszak przez Niego,Jako przez swoje Słowo, wszystkie rzeczyStworzył potężny Ojciec, ciebie takżeI wszystkie duchy Nieba różnych stopni
I blasku — stworzył i uwieńczył chwałą.Zowiąc je: Trony, Panowania, Księstwa,Cnoty, Potęgi, jako główne siły.Ni ich zaćmiewa jego królowanie,Owszem, dodaje blasku, gdy On, Głowa,Tak się zniżając w waszem gronie staje;Jego ustawy są naszemi; wszelkiJemu czyniony zaszczyt na nas spada.Zatem zaniechaj tego bezbożnegoSzaleństwa, i tych nie kuś, lecz najśpieszniejOjca i Syna zagniewanych błagaj,Bo przebaczenie możesz jeszcze znaleść,Jeśli dość wcześnie będziesz o nie prosił.««»Tak mówił Anioł żarliwy, nikt jednakNie poparł jego słów, które się zdałyNieobmyślane, dziwne, nierozważne.Ucieszył się więc odstępca, i rzeczeJeszcze wynioślej: »»Jesteśmy stworzeni,Powiadasz, dziełem drugiej ręki, któreOjciec powierzył Synowi! TwierdzenieTo osobliwe a nowe. Skąd źródłoTakiej teorji chcielibyśmy wiedzieć?Kto widział owo tworzenie? Czy pomniszSwoje stworzenie, gdy cię Twórca życiemNadał? Czasu nie znamy, w którymbyśmyInsi niż teraz byli, i nikogo.Coby przed nami istniał: spłodziliśmySiebie i własną wznieśliśmy się siłąOżywiającą, gdy bieg losu zamknąłSwój okres i nas, eterycznych synów
Jak płód dojrzały Niebo wyłoniło.Potęgę sami z siebie posiadamy;Największych przewag nas własna prawicaNauczy, kiedy próby przekonają,Kto naszym równym; a wtedy zobaczysz,Czy z suplikami stanąć zamierzamy?Czy Tron Wszechmocny otoczym błaganiem,Czy oblężeniem? Takie wiadomościNamaszczonemu poniesiesz Królowi;A śpiesz, nim zguba nie przetnie ci drogi.««»Rzekł, i jak szumy morza wzburzonego,Pomruk chrapliwy przywtórzył uznaniemZ nieprzeliczonych szeregów; lecz Seraf,Chociaż sam jeden, chociaż otoczonyNieprzyjaciółmi, śmiało odpowiada:»»Odstępco Boga i wszelkiego dobra,Duchu przeklęty! A więc twój upadekSpełnia się, i twe roty nieszczęśliweDo zdradzieckiego czynu zaciągnięte,Już zarażone twą zbrodnią i karą!Nie troszcz się odtąd, jak otrząsnąć jarzmoBoskiego Syna, Messyasza; odtądNie będzie spływać na cię dobrotliweTo prawo; inne wydano na ciebieWyroki, nigdy nie cofnione; berłoZłote, któregoś nie chciał znosić, terazStaje się drągiem żelaznym, łamiącymI w pył kruszącym twe nieposłuszeństwo.Wprawdzie ostrzegłeś mnie, abym uciekał,Ale nie dla tej rady, czy też groźby,
Uciekam od tych namiotów bezbożnych,Na zatracenie skazanych, bo możePomsta straszliwa, wisząca nad niemi,Nagłym buchając płomieniem nie zrobiŻadnych wyjątków. Niebawem uczujeszGrom jego na swej głowie, ognia żary;Wtedy biadając poznasz, że kto stworzył,Ten i zniweczyć może.«« Tak rzekł SerafAbdiel, wierny pośród wiarołomnych,Jeden wśród tłumów zdradzieckich niezmienny,Nieporuszony i nieprzestraszony.Nie dał się uwieść, miłość swą zachował,I swą gorliwość; ni liczba ni przykładNie potrafiły go odwieść od prawdy,Ani umysłu stałego poruszyć,Choć był sam jeden. Z pośród ciżby wrogówOdchodził znosząc śmiało i z godnościąSzyderstwa, ani gwałtu się nie bojąc.Z wzajemną wzgardą zawrócił od wieżycDumnych, skazanych na rychłą zagubę.«
Comments
Loading comments…