Pieśń VI
Translated by Władysław Bartkiewicz
Raj utracony (1902)
»NieustraszouyNieustraszony Anioł, nieścigany,Noc całą dążył przez rozległe Nieba,Nareszcie ranek, zbudzony przez lotneGodziny, ręką różaną otworzyłWierzeje światła. Jest u góry BożejPieczara, blisko Jego Tronu, w którejŚwiatło i ciemność w ciągłym są obrocie:Kolejno wchodzą, znikają, krążeniemTem pożądaną czyniąc w Niebie zmianęNakształt dnia z nocą: gdy światło wypływa,To przez drzwi drugie wchodzi ciemność cichaI czeka chwili osłonięcia Nieba;Ciemność ta raczej zmierzchem tu się zowie.Teraz poranek nadszedł taki jasny,Jak na wyżynach Nieba tylko bywa,Cały przybrany w złoto empirejskie;Jego promieńmi przeszyta noc znikła,A na równinie błyszczące szwadronyW szyku bojowym, broń promieniejąca,
Wozy wojenne, ogniste rumakiI blask za blaskiem w odbiciach bez końcaNaraz olśniły oczy Abdiela.Pojął, że wojna — wojna w gotowości;I że wiadoma już nowina, z którąPośpieszał; zatem w hufce bratnieWkroczył wesoło, przyjęty radośnymHucznym okrzykiem, że powrócił jeden,Z tylu miryad upadłych on jedenNieutracony! Głośno wysławiającDo świętej góry wiedli go, stawiliPrzed Najwyższego Tronem, tam z złocistejChmury usłyszał taki głos łagodny:»»Dobrześ postąpił, sługo Boży, chlubnieStoczyłeś lepszą walkę, sam naprzeciwWzburzonych tłumów śmiało broniąc prawdy,Silniejszy w słowach, niż oni w orężu.A za świadectwo prawdzie ponosiłeśWszystkich obelgi, daleko przykrzejszeNiż rany. Całem twem staraniem byłoW obliczu Boga przenieść twardą próbę,Choć takie tłumy przewrotnym cię zwały.Teraz łatwiejszy bój ci pozostaje:Wespół z tem wojskiem, tchnącem jednym duchemWrócisz do wrogów z tym większym zaszczytem,Im z większem od nich szedłeś poniżeniem;Poskromisz siłą tych, którzy nie chcieliRozumu uznać za swoję ustawę: —Ani rozumu prostego przepisówUznać nie chcieli, ani Messyasza
Za Króla, który z prawa swych przymiotówKróluje. Idź więc, Michale, zastępówNiebieskich wodzu, i ty, Gabryelu,Dzielnością jemu najbliższy; prowadźcieDo boju synów mych niezwyciężonych,Świętych pod bronią tysiące, miliony,W szeregach, równych liczbą buntownikomZuchwałym. Śmiało napadnijcie,Ogniem i bronią walczcie i ścigajcieDo krańców Nieba; odpędźcie od BogaI od błogości, aż do miejsca kary,W przepaść Tartaru, w płomienie chaosuZgotowanego do ich pochłonięcia.««»Głos Najwyższego ucichł i wnet chmuryŚciemniały w koło wzgórza, dym zatoczyłCzarniawe kłęby z ogniem przemieszane;Znak to był gniewu bliskiego wybuchu;Niemniejszym strachem przejęły trąb dźwiękiRozgłośne, z wyższych sfer Nieba płynące.Na tę komendę, wojska zgromadzoneW obronie Niebios w potężny czworobokSzyk sformowały; złączone jednościąNiepokonaną, ruszyły wT milczeniuIch legiony przy dźwięku muzykiInstrumentalnej, pełnej harmonii,Budzącej zapał do dzieł bohaterskich.Przez wodzów bogom podobnych wiedzione,Za sprawę Boga i za MessyaszaJego ruszają w niezłomnych szeregach.Ni spotykane wzgórza, ni doliny
Wąskie, ni lasy, ni rzeki nie łamiąDoskonałego szyku, bo ten pochódWysoko ponad gruntem się odbywał,A kroków szybkich uległe powietrzeNie tamowało. Jak kiedy ród ptakówCały, na skrzydłach, szeregami mknący,Wezwany przybył ponad Eden, abyOtrzymał nazwy z ust twoich, tak oniPrzez okolice szli mnogie i krajeDziesięciokrotnie dłuższe od powierzchniZiemi. Nakoniec, daleko na północ,Tam gdzie widnokrąg się skłania, ujrzeliDługim ciągnące się pasem obszaryOgniste, jakby wojskowe kolumny;Bliżej widziane jeżyły się one,Jak promieniami, nieprzeliczonemiLancami; niżej ciżba hełmów,I różne tarcze, chełpliwemi godłyPomalowane: to nagromadzoneWojska Szatana śpieszyły pochodemSzalonym, sądząc, że jeszcze dnia tegoRozprawą, albo podejściem zdobędąWyżynę Boga, i na jego tronie1 Osadzą tego, który mu zazdrości,Pysznego Ducha, lecz się przekonaliJuż na pół drogi, że próżne i głupieByły ich myśli. Dziwnem nam się zdałoZ początku, wojnę toczyć AniołowiZ Aniołem, w srogiej z nim walce potykać,Cośmy zwyczajni byli raczej wspólnie
Obchodzić święta miłości, wesela,Zgodnie, jak dzieci wielkiego Rodzica,Śpiewając hymny na cześć jego; nagleRozległ się okrzyk wojenny i wrzawaBitwy stłumiła czucia łagodniejsze.»W środku swych hufców, wysoko wzniesiony,W rydwanie słońca blask naśladującymSiedział Odstępca, jak Bóg, majestatuBoskiego pozór, w koło płomienisteStały Cheruby, dzierżąc tarcze złote.Wysiadł ze swego wspaniałego tronu,Bo tylko wąski przedział dzielił szykiNieprzyjacielskie, — straszliwy to przedział —W którym naprzeciw stanęły linieOkropnie długie. Nim się rozpoczęłoStarcie, w szeregach najbardziej zbliżonych.Gdzie przednie straże, jak chmury się kłębią,Odstępca pobiegł tam dumnemi kroki,Podobny wieży, strojny w dyamentyI złoto. Tego widoku znieść nie mógłAbdiel, co stał między potężnymiWojownikami, wielkich czynów żądny,I w dzielnem sercu tak sobie rozważał:»»O Nieba, mogłoż takie podobieństwoDo Najwyższego pozostać, gdy znikłyWiara i prawda? Dlaczegóż potęgaI siła trwa tam, gdzie cnota upadła?Może też słabszym okaże się pyszny.Chociaż ma pozór niezwyciężonego.Ufając w pomoc Najwyższego Pana
Zmierzę się z owym, którego zepsucieI fałsz umysłu niedawno poznałem;Słusznie też, by ten, kto w ustnej rozprawieDowiedzie prawdy, poparł ją orężem,I odniósł w obu rozprawach zwycięstwo.Dzika to wprawdzie i haniebna takaWalka rozumu z siłą, lecz tem większyNakaz rozumu, by rozum zwyciężył.«««Tak ważąc w myśli, i od uzbrojonychSwych towarzyszów naprzód krocząc, spotkałW pół drogi swego zawziętego wroga;Tą gotowością bardziej zapalony,Takie mu, pewny siebie, śle wyzwanie:»»Zuchwalcze! Ciebież spotykam? Sądziłeś,Że bez oporu dotrzesz swego celu,I niestrzeżony tron Boski napadniesz;Że go opuszczą wszyscy przerażeniTwoją potęgą ręki, lub języka.Tak więc, szaleńcze, nie przyszło ci na myśl,Że próżno walczyć przeciw Wszechmocnemu,Co z najdrobniejszej rzeczy każdej chwiliMoże bez końca wyprowadzać wojskaKu poskromieniu zamysłów szalonych;Albo też własną ręką, która wszędzieDosięgnie, mógłby jednem uderzeniemTwój byt zakończyć, twoje legionyPowalić. Ale, jak widzisz, nie wszyscyIdą twym torem: dużo wiernych Bogu,Dużo miłuje Go, choć nie widziałeśIch liczby wtedy, kiedy ja sam jeden
W twoim fałszywym świecie stałem wierny.Patrz, jednej myśli ze mną te szeregi;Choć późno, dowiedz się, że czasemNiewielu prawdę zna, błądzą tysiące.««»Wzgardliwie patrząc, ArcynieprzyjacielTak mu odpowie: »»Na twoje nieszczęście,Lecz w pożądanej dla mnie zemsty porze,Wracasz z ucieczki, Duchu buntowniczy,Któregom szukał, aby mu wymierzyćTak zasłużoną nagrodę, cios pierwszyZ tej tu prawicy, za to, że językiemPełnym sprzeczności śmiałeś się opieraćSam jeden trzeciej części bogów, którzyPostanowili stwierdzić boskość swoję.Gdy bowiem czują siłę boską w sobie,Nie mogą przyznać nikomu wszechmocy.Lecz dobrze, że wprzód niż twoi wspólnicyPrzychodzisz z myślą zdobycia piór kilkuNa mnie, i z tego powodzenia wróżyćO zgubie reszty; abyś się nie chlubiłMojem milczeniem, skorzystam z tej chwili,I dam odpowiedź. Myślałem z początkuŻe dla niebiańskich dusz wolność i NieboJest jedną sprawą, ale teraz widzęŻe jest najwięcej leniwych, co woląSłużbę swą pełnić w festynach i pieśniach,Jak niewolnicy; takich uzbroiłeśRybałtów Nieba — aby służalczościąWolność porażać, jak to porównanieCzynów obydwóch stron dzisiaj okaże.««
»Krótko mu na to i ostro odpowieAbdiel: »»Błądzisz ciągle, Apostato,I końca twego błądzenia nie będzie,Gdyś zeszedł z drogi prawdy, gdy niesłuszniePiętnujesz nazwą niewoli służenie,A służyć każe i Bóg i natura;Bóg i natura równie zalecająAby panował ten, kto najgodniejszy,Kto przymiotami przewyższa rządzonych.Niewola to jest służba u głupiego,Lub u takiego, co wzniósł hasło buntuPrzeciwko temu, kto godniejszy władzy;Posłuszni tobie są w takiej niewoli,I ty nie jesteś wolny, boś poddanySamego siebie, i jeszcze wszetecznieŚmiesz lżyć nas za to, że służymy Bogu!Rządź w swem królestwie — w Piekle; niech ja służęW Niebie u Boga błogosławionegoWiecznie, niech spełniam jego święte prawa,Jak najgodniejsze posłuchu. TymczasemKajdan oczekuj w Piekle, nie królestwa.Teraz, gdym wrócił, jak rzekłeś, z ucieczki,To powitanie przyjm na czub bezbożny.««»Tak mówiąc, tęgi cios, nagły jak piorun,Spuszcza na pyszną głowę Apostaty,Taki, iż ani wzrok, ani myśl szybka,Ani go tarcza nie mogła uprzedzić.O dziesięć wielkich kroków się zatoczyłCzart, przy dziesiątym przyklęknął, opartyNa swoim wielkim oszczepie; jak gdyby
Na ziemi wichry, albo wody, drogąTorując sobie, górę pchnęły z miejsca,Tak, iż z sosnami swemi wpół zapadła.Przestrach ogarnął Książąt zbuntowanych,I jeszcze większa wściekłość, gdy ujrzeliCiężki upadek najpotężniejszegoZ ich grona; nasi okrzyki radościWydali, widząc w tem wróżbę zwycięstwa,Pałając żądzą spotkania; więc MichałKazał uderzyć w trąbę archanielską:Huknęły dźwięki przez Nieba przestrzenie,W szeregach wiernych rozbrzmiał śpiew HosannaLecz i przeciwne wojska nie czekałyBezczynnie: nagle zwarcie nastąpiłoOkropne; wściekła podniosła się wrzawa,Jakiej aż dotąd Nieba nie słyszały.Oręż o zbroję szczęk wydaje ostry,Wozów miedzianych z szalonym rozpędemToczą się koła; zgiełk walki, złowrogiŚwist strzał płomiennych, rojami lecącychNad głową, jakby sklepienie ognistePonad wojskami. Pod taką pokrywąŻarzącą, obie niezmierne armieZ zaciętym gniewem runęły na siebie,Niosąc zagubę; odbił się po NiebieOdgłos natarcia tego: gdyby ZiemiaNatenczas była, wstrząsłaby się całaDo środka. Nie dziw, kiedy milionyAniołów, strasznym zapalonych gniewem,Walczyły z sobą, a najmniej znaczący
Z ich liczby łatwo żywiołami temiMógł władać i ich siłą się uzbroić,O ileż większą potęgą władałyTe niezliczone dwie armie wrogie,By walkę strasznym otoczyć pożarem,I swą szczęśliwą siedzibę rodzinnąZaburzyć, kiedy nie mogli zniweczyć,Gdyby Wszechmocny, wiecznie królujący,Ze swego tronu mocnego na NiebieNie ograniczył ich mocy i władzy;Choć liczni byli, tak, że hufiec każdyMógł się wydawać armią potężną,A każda zbrojna ręka legionem;Prosty bojownik, wiedziony do walkiZdawał się każdy doświadczonym wodzem!Kiedy iść, — naprzód wiedział, kiedy stanąć,Kiedy odmienić stanowisko w bitwie,Kiedy rozsunąć szeregi walczących,Kiedy je zemknąć. Nikomu do głowyNie przyszła chętka ucieczki, cofania;Żaden czyn płochy nie świadczył o strachu;Każdy na siebie tylko liczył, jakbyZwycięstwo tylko od siły ramieniaI męstwa jego jednego zawisło.Spełnionych przewag sławy wiekopomnejTrudno wyliczyć, bo szeroką przestrzeńObejmowała bitwa, w rożny sposóbToczona: czasem stojących na gruncie,A czasem w górze, na potężnych skrzydłach,Rozbijających powietrze dokoła,
Które walczącym ogniem się wydało.Bez rozstrzygnięcia długo walka trwała,Nakoniec Szatan, co dnia tego siłęDziwną okazał, i w robieniu broniąRównego sobie nie napotkał jeszcze,Torując sobie drogę przez tłum zbitySerafów, szturmem idących do boju,Ujrzał Michała Archanioła, któryGdzie mieczem zmierzył, tam całe szeregiPadały: głownia, oburącz wznoszonaI opuszczana z rozmachem potężnym,Siała zniszczenie. By temu zapobiedzPośpiesza Szatan z swą tarczą skalistą,Dziesięciokrotnym dyamentem krytą,Ogromny obwód. Widząc jego bliskośćMichał Archanioł, wstrzymał trud wojenny,Rad i nadzieję mając, że zakończyWojnę domową w Niebie, gdy głównegoNieprzyjaciela na miejscu pokonaI pojmanego w łańcuchach powiedzie;Z wzrokiem surowym, z twarzą pałającąGniewem, takiemi przemawia słowami:»»Twórco Zła, dotąd nieznanego w Niebie,Niemającego nazwy przed twym buntem,Teraz, jak widzisz, obficie się jawiWobmierzłych dziełach wojny, wstrętnej wszystkim,Ale najcięższej, według słusznej miary,lobie i twoim tłumom. — Jakżeś zmąciłBłogosławiony pokój Nieba, jakżejakążW łono Natury wprowadziłeś nędzę,
Nieznaną przed twym buntem, niestworzoną!Takżeś zaszczepił złość swoję tysiącomNiegdyś uczciwym i wiernym, a terazPopadłym w kłamstwo! Lecz nie myśl, że zdołaszZburzyć tu święty spokój: oto NieboZe wszystkich swoich granic cię wyrzuca,Siedlisko szczęścia nie znosi dzieł gwałtuI wojny. Precz stąd! I niech idzie z tobąTwój pomiot, Złe, do miejsca Zła, do Piekła.Ty i twa niecna horda, tam knujcie powstania,Dopóki ten miecz mściciel nie nakreśliTwego wyroku, lub póki nie spadnieZemsta od Boga i zwiększy twą karę.««»Tak mówił Książę Aniołów, któremuSzatan odrzecze: »»Nie myśl, iż czczem słowemGróźb, na powietrze rzucanych, zastraszysz,Kiedy czynami nie możesz. Czyś zmusiłUciekać kogo z tych najmniejszych moich,Co choć padają, niebawem powstająNiezwyciężeni? Czy myślisz, że ze mnąŁatwiej traktować, i z góry groźbamiWypędzić? Nie myśl, że w ten sposób możeSkończyć się bitwa, którą ty nazywaszZłem, my zaś bitwą sławy, którą wygraćMamy nadzieję, lub Niebo zamienićW Piekło, o którem prawisz baśni; zresztąTu chcemy mieszkać, jeśli nie panować.Tymczasem, choćbyś zebrał wszystkie siłyTwoje, i wezwał do pomocy tego,Którego zowiesz Wszechmocnym, nie myślę
Uciekać; wszak cię szukałem dalekoI blisko!«« Zmilkli, zaczynając walkęNiewysłowioną, bo któż, choć ustamiAnioła, może opowiedzieć, alboDo jakich rzeczy na ziemi porównać,Albo jak podnieść ludzką wyobraźnięDo wysokości takiej, równej bogomPotęgi? Bo też podobni do bogówZdali się, czy to stojąc, czy też idąc,W postawie, ruchu, w świetnym blasku broni,Mając rozstrzygać, kto w Niebios przestworachPanować będzie. Wznieśli broń ognistą,Kreśląc w powietrzu okropne obwody;Tarcze naprzeciw siebie dwie błyszczałyJak wielkie słońca dwa, a w koło wszyscy,W oczekiwaniu drżąc, stali; z stron obuWnet wycofały się ze zgiełku pułki,Szerokie, puste zostawiając pole,Bo niebezpiecznie było stać za bliskoTakiego, jak to wstrząśnienia. JeżeliMożna objaśniać wielką rzecz przez małą,Gdyby zerwała się zgoda w Naturze,Wojnę wydały sobie gwiazdozbiory,I dwie planety, złością pałające,Pędziły przeciw sobie, by wśród niebaBój stoczyć, zmieszać trzaskające koła:Taki ta walka widok przedstawiała.Groźne ramiona wznieśli jednocześnieObadwa, pragnąc jednem uderzeniemCel swój osiągnąć, i nie potrzebować
Powtarzać ciosu niedostatecznego.Równie wydali się silni i żwawi,Ale Michała miecz z zbrojowni BogaZahartowany był tak, że nie byłoNic tak ostrego i nic tak twardego,Coby cios jego wytrzymać zdołało.Spadając z góry, spotkał miecz Szatana,I przeciął go na poły; wraz odmachemDrugim bok prawy rozpłatał mu ciężko.Pierwszy raz Szatan poznał, co ból znaczy;Wił się i tarzał, tak bolesną ranę,Na wskroś otwartą, zadał mu miecz ostry.Lecz eteryczny pierwiastek nie znosiDługich rozerwań, zamknął ją, a z bliznyCiecz wypłynęła subtelna, krew Duchów,Plamiąc tak jasną dotąd jego zbroję.Natychmiast ze wszech stron z pomocą biegliLiczni i silni anieli, z nich jedniW jego obronie, inni go ponieśliNa tarczach po za linię bojowąI do rydwanu własnego złożyli.Tam strachem, wstydem i żalem przejęty,Zgrzytał zębami, że nie był jak sądził,Niepokonanym, i że jego dumaUpokorzona srodze takim ciosem,Gdy mniemał, że moc jego równa Boskiej.Ale wyzdrowiał prędko, bowiem duchy,Żywotną siłą żyjąc w każdym członku,(Nie tak, jak słaby człowiek, we wnętrznościach,Sercu lub głowie, wątrobie lub nerkach),
Nie umierają, — tylko znicestwienieMoże je życia pozbawić: ich tkankiPłynne nie mogą otrzymać śmiertelnejRany, zarówno jak ranić nie możnaPowietrza: cali są sercem i głową,Okiem i uchem, rozumem, uczuciem,I zmysłem; mogą według woli zmienićBarwę, kształt, wielkość swoich członków, albo,Gdy się podoba, gęstnąć, lub też rzednąć.»Ale i w innych stronach placu bojuDziały się godne pamięci przewagi:Tam wwiódł Gabryel swoje nieprzeparteChorągwie w środek głębokiej kolumnyMolocha, króla złego, co go wyzwałNa rękę, grożąc, że przywiązanegoDo kół swojego wozu go powlecze.Dotknął też swoim bluźnierczym językiemI Najświętszego Pana Niebios Imię;Wkrótce przecięty z góry aż do pasa,Z bronią strzaskaną, znosząc ból okrutny,Rycząc uciekał. Na dwóch skrzydłach wojskaRafael z jednej, a ze strony drugiejUryel pobił chełpliwych olbrzymów,W dyamentowe skały uzbrojonych,Adramelecha i Asmodeusza,Króle potężne, co godności boskiejŻądali, lecz się wkrótce nauczyliSkromnie o sobie myśleć, uciekającPokaleczeni okropnie, pomimoPancerzy, kolczug. Nie stał też bezczynnie
Abdiel, karat bezbożne zagonyCiężkiemi ciosy: zgromił AryelaI Aryocha, i obu obalił.Ogniem poskromił butność Ramiela.Mógłbym tysiączne przewagi przytoczyćI tu na ziemi uwiecznić ich dzieje,Ale wybrani Anieli swą sławąZadawalają się w Niebie, i ludzkichPochwał nie pragną; ci znów z drugiej strony,Choć dziwnie byli i silni i dzielni,Chociaż pragnęli chluby, gdy wyrokiemSą wykreśleni z Niebios i z pamięciŚwiętej, niech znikną w nocy zapomnienia.Siła w rozwodzie z prawdą i słusznościąGodna nie chwały ale potępieniaI hańby; sławę chce czczą chełpliwościąZdobywać, szuka czci przez bezeceństwo,Niech więc milczenie wieczne ją pochłonie.»Gdy poskromiono tak najpotężniejszychI w kilku szturmach rozbito szeregi,Bitwa zwolniała; wkradł się nieporządek,W niesfornych kupach uchodzili zdrajcy,Pozostawiając pole pełne zbroiStrzaskanych, a na stosach stosyPoprzewracanych wozów z woźnicamiI spienionemi końmi ognistemi.Co jeszcze mogło trzymać się na nogachSzło wyczerpane za wojskiem SzatanaOsłabłem, ledwie mogącem się bronić;Lub bladym strachem zdjęci (po raz pierwszy
Wtedy poznali, co strach i ból znaczy)Zbiegli haniebnie — do tak złego stanuIch doprowadził grzech nieposłuszeństwa:Strach, ból, ucieczka aż dotąd nie miałyWładzy nad nimi. O, jakże inaczejŚwięte zastępy szły w gęstych sześciennychFalangach, w zbrojach niedopuszczającychRany! Tak wielką przewagę niewinnośćIm nadawała nad nieprzyjaciółmi;Jako bezgrzeszni i posłuszni BoguNieutrudzenie stali w ciężkim boju,Od ran i bólów zupełnie bezpieczni:Tylko zepchnięci mogli być z miejsc swoich.»Noc rozpoczęła bieg swój, i nad NiebemNawodząc cienie, błogi nałożyłaRozejm i ciszę po ohydnej wrzawieWojennej: pod jej obłoczne pokrycieOdszedł zwycięzca, odszedł zwyciężony;Tylko pozostał na pobojowiskuMichał ze swoich Aniołów orszakiem;Rozstawia warty dokoła Cherubów,Powiewających płomieniami. Z stronyPrzeciwnej Szatan z buntowniczą zgrająUmknął daleko w ciemność, niepokojemDręczony, zebrał w nocy na naradęSwych Potentatów, i wśród nich stanąwszy,Nie rozpaczając taką miał przemowę:»»Wypróbowani w tem niebezpieczeństwie,I doświadczywszy, że niezwyciężeniJesteście w boju, drodzy towarzysze,
Nietylko godni wolności, to mało:Dla nas zaszczytów trzeba, chluby, sławy,Gdyśmy wytrwali jeden dzień w tej bitwieNierozstrzygniętej (a jeśli dzień jeden,Czyżby nie można i przez wieczność całą?).Pan Niebios zesłał całą swą potęgęNa nas, i sądził, że jest dostateczną,By nas do swojej woli upokorzył:Tak się nie stało, więc nadal możemySądzić, że błędom podlega, choć dotądMniemano o nim, że wszystkowiedzący.Niedostatecznie wprawdzie uzbrojeni,Strat ponieśliśmy dużo, ból cierpieli,Nieznany dotąd, poznany dopieroPo zapadnięciu na nas potępienia.Teraz, gdy wiemy, że te nasze kształtyNiebiańskie, ciosom śmierci nieuległe,Nie mogą ginąć, choć od ran dziurawe,Prędko się goją siłą przyrodzoną:Ból złem niewielkiem, a lekarstwo łatwe.W przyszłem spotkaniu może bron silniejszaAlbo gwałtowniej działająca, lepiejNam służyć będzie, a gorszą dla wrogówTak, że wyrówna naszę niższość, którejW naturze nie ma. Jeśli może skrytePrzyczyny dają im przewagę, łatwoTo wskaże ścisłe śledztwo i narada,Byleśmy tylko zachować umieliUmysł niezłomny, sąd o rzeczach trzeźwy.««
»Siadł, po nim zaraz powstał w zgromadzeniuNisroch, największy między książętami,Wyglądał, jakby tylko wrócił z boju,Znękany bólem, z ramionami ciężkoPosiekanemi, chmurno spoglądając,I odpowiedział: »»OswobodzicieluOd nowych panów, ty, co nas prowadziszDo należnego praw boskich użytku,Praw naszych; chociaż bogami jesteśmy,Ciężko nierówną walczyć bronią, cierpieć,Kiedy przeciwnik nie doznaje bólu.Stąd zguba: bowiem co wskóra odwagaLub siła, choćby nie mająca równych,Kiedy ją zgnębi ból, któremu wszystkoUlegać musi? I najmocniejszemuMuszą opadać ręce. MożebyśmyMogli się wyrzec uczucia rozkoszy,Nawet nie czując po niem żalu, żyjącZadowoleni, co pewno jest życiemNajspokojniejszem; ale ból jest nędząZupełną, jest złem najgorszem; nadmiernyWszelką cierpliwość wyczerpywać może.Ktoby wymyślił zatem oręż taki,Którym by można ranić wroga, dotądNietykalnego, albo taki, cobyNas od ran bronił, temu będziem dłużniWdzięczność niemniejszą, jak za wybawienie.««»Na to mu Szatan spokojnie odpowie:»»Wynalezione to, co słusznie sądzisz,Że ma zapewnić nasze powodzenie.
Oto jest. Kto z nas, patrząc na tę jasnąPowierzchnię gruntu, na którym stoimy,Ten eteryczny ląd przestronnych Niebios,Zdobny w rośliny, owoce i kwiatyAmbrozyańskie, złoto i kamienieDrogie — chociażby spoglądał pobieżnie —Nie zwróci myśli, że tych wszystkich rzeczyRosną pod ziemią głęboko suroweMateryały, duchowe, ogniste;Aż tknięte Niebios ożywczym promieniemUkształtowane przezeń, pędzą w górę,Tak piękne w świetle, które je otacza?Głębia dostarczy nam owych pierwiastkówZ ciemności łona, zapłodnionych ogniemPiekielnym, te gdy włożym w ruręDługą, okrągłą, i przybijem mocno,Dotknięte ogniem od drugiego końca,Rozpościerając się gwałtownie, z trzaskiemGromu wyrzucą na nieprzyjacielaZgubne pociski, te porozrywająNa sztuki wszystko, co spotkają w drodze.Zlękną się tamci, żeśmy rozbroiliIm Gromowładcę ze strasznych strzał jego.Praca niedługa, nim zorza porannaZabłyśnie, skutek odpowie życzeniu.Ufajcie zatem i zbądźcie się strachu,Gdy moc i rozum ściśle się zespolą,Niema trudności, a tym mniej powoduDo rozpaczania.«« Skończył, słowa jegoDodały ducha pognębionym tłumom
I ożywiły je nową nadzieją.A wynalazek uwielbiali wszyscy;Każdy się dziwił, że sam nie wynalazłTak łatwej rzeczy, choć gdyby nie byłaWynaleziona, wszystkimby się zdałaNajniemożliwszą. Może kto z plemieniaTwego w dniach przyszłych, jeśli zbyt obficieZłość się rozpleni, w niegodziwym celu,Albo natchniony radą dyabelską,Wynajdzie przyrząd podobny do tegoKu udręczeniu grzesznych synów człeka,Skłonnych do wojny i rzezi wzajemnej.»Z obrad do czynu wnet się obrócili.Były gotowe niezliczone ręce,Które rozwarły do głębi grunt NiebaI tam znalazły zarody naturyW ich pierwiastkowem poczęciu: siarczanąI saletrzaną massę; tę zmieszawszyI podegrzawszy, umiejętnie starłszy,Czarne ziarenka otrzymali, temiSwe napełnili składy. Inni znowuŻyły ukryte kruszcowe kopali(Takie wnętrzności ziemia też posiada);Inni broń palną lali i pociski,Posłańce zguby; inni gromadziliTrzcinę na lonty, łatwo chwytająceI przenoszące ogień. Tak, noc mającZa świadka, wprzód nim zabłysła jutrzenka,Tajemną swoję skończyli robotę,Oględnie, cicho, niepodpatrywani.
Gdy świeży ranek zawitał na wschodzie,Zbudził zastępy zwycięskie Aniołów;Na głos pobudki stanęli pod broniąW złocistych zbrojach; wnet się sformowałyŚwietlane szyki; niektórzy na wzgórkach,Już rannem słońcem rozwidnionych, w kołoBadawczem okiem się rozpatrywali,Lub w lekkiej zbroi biegli w różne strony,Aby wyśledzić w jakiej odległościJest nieprzyjaciel, czy ucieka, czyliZamierza bić się, czy w marszu, czy stoi?Wkrótce ujrzeli go blisko; powoli,Lecz w gęstych massach, posuwał się naprzódZ rozwiniętemi chorągwiami. ZarazNajszybszy w locie z Cherubów, Zofiel,Pędzi i jeszcze w biegu tak ogłasza:»»Do broni, bracia, do broni, już bliskoÓw wróg, o którym było domniemanie,Że uciekł, widać chce nam dziś oszczędzićDługiej pogoni; teraz nie ucieknie.Nadchodzą gęstą chmurą, a w ich twarzachWidzę odwagę i pewność zwycięstwa.Niech każdy dobrze opasze swój pancerzDyamentowy, i hełm mocno przypnie;Tarczę okrągłą, wysoko czy płaskoNoszoną, chwyćcie mocno, bo, jak sądzę,Dzień nadchodzący nie drobnym deszczykiemObdarzy nas, lecz burzą strzał ognistych.««Tak ich ostrzegał, choć się strzegli sami,Wkrótce stanęli w szyku bez przeszkody,
I nieprzyjaciel w liczbie niezmierzonejZbliżał się krokiem ciężkim, wolnym, wlokącW rurach drążonych przyrząd dyabelski,Poosłaniany z dwu stron oddziałamiGęstemi, które kryły podstęp. StałyNaprzeciw siebie dwa wojska czas jakiś,Nagle przed frontem pojawił się Szatan,I tak donośnie zakomenderował:»»Straż przednia zwiń się na lewo i prawo!Niech ujrzą wszyscy, co nas nienawidzą,Jak pojednania szukamy i miru,Jak z odsłoniętą piersią chcemy przyjąćTych, co nasz projekt zgody oceniają,Nie odwracając się od nas zawzięcie.Pewnie odwrócą się, lecz Niebo świadkiemSzczerości naszej, że teraz spełniamyChętnie, co od nas zależy. WystąpcieKtórym zlecono, i wyłóżcie zwięźleNasze ugodę; głośno, by słyszeli.««»Tak szydził w słowach chytrych i dwuznacznychA ledwie skończył, na prawo i lewoRozeszła się straż przednia na dwa flanki,I naszym oczom przedstawił się nowy,Szczególny widok: piętrami trzy rzędyKolumn na kołach (bo nam się wydałyJakby kolumny, albo wydrążoneKłody dębowe, jodłowe, obcięteZ gałęzi, w lasach i górach spuszczone):Spiżowe, albo żelazne, kamienne,Stały na prost nas, szerząc rozdziawione
Wielkie otwory, zwiastuny rozejmuOszukańczego. Za każdą stał SerafZ trzciną, wiewając końcem zapalonym.W oczekiwaniu staliśmy czas jakiśUważni, trochę w myśli rozśmieszeni;Nagle i naraz wszyscy przyłożyliLeciuchno końce trzcin do szparek w onychKolumnach. Niebo stanęło w płomieniach,I zaraz potem oblokło się dymemRzygniętym z gardzioł tych maszyn głębokich.Ryk ich powietrzem wstrząsnął, jednocześnieZionęły straszne dyabelskie gromy,Łańcuchy spięte i grad kul żelaznych,W wojsko zwycięskie padających z takąSzaloną siłą, że kogo trafiłyNie mógł na nogach ustać, chociaż zwykleStał jako skała; tysiącami wtedyPadli Anieli i Archaniołowie:Ci w ciężkich zbrojach najpierwsi; łatwiejbyBez broi, jako duchy, szybkim zwrotem,Albo się kurcząc, uniknęli ciosu.Teraz porażka nastąpiła ciężka,Nieunikniona ucieczka. ChoćbyśmyZluźnili swoje ścieśnione szeregi,Na co się przyda? Ponowi się bitwa,Z nią nowa klęska, zdwojona: tym większąŚciągnęlibyśmy wzgardę, pośmiewiskoNieprzyjaciela, bo już wprost przed namiStał drugi szereg Serafów, gotowyDo powtórnego rzucenia piorunu.
Więc zrzekliśmy się nowego ataku.Szatan, spostrzegłszy nasze położenie,Szyderczo do swych kompanów tak rzecze:»»Cóż, bracia, czemuż ci dumni zwycięzcyNie idą do nas? Niedawno szli butnie;A gdyśmy grzecznie przyjęli ich, czołoI pierś odkryli (czegóż więcej trzeba?),Podając dobre warunki ugody,Raptem zmienili zamiar, uciekająJakby w dziwacznym szale, jakby chcieliTańcować, ale taniec osobliwyI dziki nieco: może tak się cieszą,Że proponuję im pokój, lecz sądzę,Że gdy powtórzym im warunki naszePrędko gotowi będą do odwrotu.««»Równe szyderstwo Belial dorzuci:»»Wodzu, warunki posłaliśmy ważne,I ścisłej treści, silnie przenikliwe,Jak widzieliśmy, mogły oszołomićI z nóg zbić wielu; kto je dobrze pojął,Od stóp do głów je pojąć był powinien:Widać, że naszych wniosków nie pojęto,Gdy nieprzyjaciel nasz nie chodzi prosto.««»Pełni humoru, żarty i konceptaPuszczali, mając za rzecz najpewniejsząPrzyszłe zwycięstwo; ze swym wynalazkiemMieli nadzieję, że narówni stanąZ Przedwieczną Mocą, że mogą pogardzaćJej piorunami, jej wojsko wyśmiewać,Gdy rozproszeniu chwilowo uległo.
Lecz to niedługo trwało: gniew pobudziłDo czynu, znalazł sposób na piekielnyÓw wynalazek. Taką doskonałośćI siłę nadał Bóg swoim Aniołom!Zrzucili zbroje, i do wzgórzy biegną,Bo Ziemia na wzór Nieba otrzymałaSwą rozmaitość miłą wzgórz i dolin, —Jak błyskawica jednym lekkim migiemBiegną i z posad wyrywają góryZ całym ciężarem skał, lasów i wody,Za najeżone szczyty je chwytają,Wznoszą nad siebie. Podziwem, przestrachemStała przejęta zgraja buntowników,Widzi, jak idą, niosąc góry w ręku,Podstawą ku nim zwrócone: ciężaremTych gór maszyny swe kilkopiętrowe,Już zasypane widzą — a wraz z niemiPewność zwycięstwa stracona. W tej chwiliNastąpił atak, niejeden przylądekSpadł na ich głowy, cień naprzód rzucając,I przyciskając całe zbrojne pułki.Zbroja ich klęskę jeszcze powiększyła,Bo pokruszone odłamy wnikałyW ich eteryczną substancyę, czyniącBól niesłychany. Jęcząc rozpaczliwie,Musieli długo szamotać się, zanimZdołali wyrwać się z tego więzienia,Chociaż to duchy z światła najczystszegoByły stworzone, lecz ich grzech obciążył.Stosując przykład, sami się rzucili
Do równej broni, rwali okoliczneGór szczyty, które, potężnym rozmachemRzucane, z obu stron się spotykały;Pod niemi, w głębi, pod ich strasznym cieniem,Walczyło wojsko z wojskiem, huk piekielny!Wobec tej wrzawy każda inna wojnaWydałaby się igraszką, rosł zamętPrzerażający, zamęt na zamęcie.Zapadłoby się Niebo, ruinamiNapełniłoby wkrótce, ale Wszechmogący,Zasiadający bezpiecznie w przybytkuSwoim niebieskim, zważył ściśle sprawę,Przewidział zgiełk ten; zezwolił na wszystko,Aby się spełnił jego wielki zamiar,Namaszczonego Syna uwielbienie,Przez jego ręce ukaranie wrogów,I ogłoszenie, jako wszelka władzaI moc na niego przelana została.»Zatem do Syna, co obok na tronieZasiadał, rzecze: »»Synu ukochany!Wypływie chwały mej, w którego twarzyCo niewidzialne widocznem się staje,Czem, jako Boskość, ja jestem; któregoRęką wypełniam to, co postanowię,Ty, Wszechmocności druga, upłynęłyDwa dni — tak jak się liczą dni w Niebiesiech, —Odkąd wyruszył Michał z wojskiem swojemDla uśmierzenia nieposłusznych; bitwaUparta była, to rzecz naturalna,Gdy się dwa takie wojska potykają,
Bo zostawiłem ich własnym ich siłom.Jak wiesz, równymim ich stworzył, tę równośćZniweczył grzech, lecz dotąd niewyraźnąSprawił różnicę, bom odwlókł ich zgubę,Musi więc ciągła walka trwać bez końca,Bez rozwiązania. Wojna uciążliwaZrobiła to, co wojna może zrobić,Puściła cugle wściekłemu gniewowi,Góry za oręż do rąk dała; NieboPustoszy dziko, zagraża całości;Dwa dni minęło, niech trzeci Twój będzie;Tobiem zostawił go. Czekałem dotąd,Abyś miał chwałę zakończenia wielkiejTej wojny: Ty ją tylko skończyć możesz.Moc taką wielką, nieograniczoną,W Ciebie przelałem, by wiedzieli wszyscyW Niebie i w Piekle, że jest niezrównaną.Okropną walkę tę pokierowałemW ten sposób, iżby jawnie okazałaŻeś najgodniejszy być Panem i KrólemWszystkiego, jako Dziedzic, Król i Władca,I z namaszczenia i z słusznego prawa.Idź, Przepotężny, z Twego Ojca mocą,Wsiądź do rydwanu mego, szparkie kołaKieruj, aż zadrżą Niebios fundamenta,Przypasz wszelaką broń moje, łuk, piorun,Tę broń Wszechmocy, i miecz do biodr krzepkich;Poskrom tych synów ciemności i wypędźPo za granice Nieba do otchłani,
Tam niech się uczą, ile chcą, lżyć BogaI Messyasza, Jego Pomazańca.««»Rzekł i do Syna zwrócił się w promieniachPrzejasnych: Syna twarz odblaskiem lśniłaNajzupełniejszym, niewypowiedzianym;Na słowa Ojca Bóg Syn tak odrzecze:»»Ojcze, Najwyższy na Niebiosach Panie!Pierwszy, Najświętszy, Największy w DobrociI Najwznioślejszy! Zawsze na pamięciMasz Syna swego chwałę; ja mam Twoje,Jako rzecz słuszna, w niej jest moja chwała,Najwyższa rozkosz i zamiłowanie.Oświadczasz, jako spełnia się Twa wolaWe mnie, a spełniać ją to moje szczęścieJedyne. Berło, władzę obejmuję,Aby je kiedyś jeszcze chętniej zwrócić,Gdy ostatecznie Ty wszystko we wszystkiemBędziesz, ja w Tobie na zawsze, a we mnieWszyscy ci, których kochasz. Lecz tych, którychTy nienawidzisz i ja nienawidzę.Mogę przyoblec na się Twoje grozę,Jak Twą łaskawość przyoblekłem wprzódy,Twój obraz w każdej sprawie, uzbrojonyTwoją potęgą, wkrótce oswobodzęOd buntowników Niebo, zapędzającW przygotowane dla nich miejsce kaźni,W więzy ciemności wiecznej, do robakaCo nie umiera; za to, że się mogliZbuntować przeciw słusznej władzy Tego,Którego słuchać jest szczęściem zupełnem.
Wtedy wybrani wszyscy Twoi ŚwięciTwą świętą górę otoczą śpiewamiNiekłamanego hymnu aleluja,A pośród nich ja będę przewodnikiem.««»Tak rzekł, nad berłem swojem pochylony,Wstał od prawicy Chwały, gdzie zasiadał:A trzeci ranek święty począł świtaćPo całem Niebie. Z trzaskiem huraganuPomknął się rydwan Bóstwa ojcowskiego,Błyskając gęstym płomieniem, a kołaPrzejęte siłą ducha, jedno w drugie,Szły same z siebie, tylko w otoczeniuCzterech postaci, jakby Cherubinów.A każdy z nich miał dziwne cztery twarze,Całe ich ciało i skrzydła oczamiZasiane były, jak niebo gwiazdami.I koła berylowe miały oczy,Między któremi ognie przeświecały,Gdy wóz był w biegu. Po nad ich głowamiBył kryształowy firmament, a na nimTron szafirowy, cały wykładanyAmbrą najczystszą i barwami tęczy.W zbroi niebieskiej, w promienistem Urim,Dziełem rąk boskich, On stanął w rydwanie;Tuż po prawicy z orlemi skrzydłamiSiadło Zwycięstwo, zwieszał się u bokuŁuk wraz z kołczanem, opatrzonym w piorunTrójdzielny, w koło wił się dym obfity,Połyskał płomień i żarzące iskry.Szły do okoła tysiące tysięcy
Świętych; na przedzie On, świecąc z daleka,Za nim dwadzieścia tysięcy rydwanówBożych pędziło, — słyszałamsłyszałem tę liczbę, —Na każdą stronę równo podzielonych;On na Cheruba skrzydłach leciał, górnieNa firmamencie kryształowym płynął,W dal i wszerz świecąc, — ale na początkuTylko przez swoich widziany. RadościąNiespodziewaną przejął ich olbrzymi,Błyszczący w górze, sztandar Messyasza,Jego na Niebie znamię — przez AniołówNiesione. Pod nim natychmiast zgromadziłMichał swe wojsko, z dwóch dalekich flankówW jednę kolumnę, pod jednego wodza.Potęga Boska torowała drogi,Na jego rozkaz zrywały się wzgórzaI usuwały, każde w swoję stronę;Głos jego słysząc, wypełniały wolę.Niebo przybrało zwykłą swoję postać,Kwiatami błysły wzgórza i doliny.Widziały zmianę wrogi zatracone,Ale szaleńcy zacięci w uporzeDo walki z Bogiem sprawiali swe siły,Czerpiąc nadzieję w rozpaczy! Jak mogłaTaka przewrotność zamieszkać w Aniołach?Lecz czyż zdołają jakie znaki NiebaPrzekonać pysznych? jakie cuda skruszyćZakamieniałych? Coby ich najprędzejPowinno było nawrócić, to jeszczeUporniejszymi czyniło: ich martwił
Blask Jego chwały, zazdrość ich przejęła,Do wysokości równej wznieść się chcieli.A więc się w nowe sformowali szyki,Sądząc, że siłą lub zdradą przemogąPotęgę Boga-Syna, Messyasza,Lub wreszcie padną w powszechnej ruinie;.Gardząc ucieczką, lub podłym odwrotem,Szli do ostatniej walki, wtedy wielkiSyn Boży, do swych wojsk, nagromadzonychPo obu stronach, przemówił w te słowa:»»Stójcie, wy Święci, w szyku promienistym,Stójcie tu, zbrojni Anieli! po walkachDzień odpoczynku. Wasze wierne bojeBóg przyjął mile. W Jego słusznej sprawieBeztrwoźni, wszystko, co wam polecono,Niezwyciężeni, spełniliście. AleKara przeklętych do innej należyRęki; zemsta jest Jego, albo Tego,Komu ją zleci. Do dzisiejszej sprawyNie trzeba tłumów: pozostańcie w szyku,I oglądajcie, jak gniew WszechmocnegoNa tych bezbożnych spadnie z mojej ręki.Mnie znieważyli, nie was, mnie zazdroszczą,Na mnie ich wściekłość się zwraca, bo Ojciec,Którego w Niebie królestwo najwyższeI moc i chwała, według swojej woliMnie uczcił, mnie też sąd zlecił nad nimi.Niech otrzymają, co chcą, niech doświadczą,Kto z nas silniejszy w bitwie: oni wszyscy,Czy ja sam przeciw; bo gdy wszystko mierzą
Siłą, o inne nie dbając zalety,Ani o tego, który w nich góruje;Niegodni, bym im inną wydał walkę.««»Tak mówił Syn, i twarz mu się zmieniłaStraszliwie; patrzeć w nią nie można było:Tak pełen gniewu zwrócił się do wrogów.Cztery Cheruby naraz rozwinęłyGwiaździste skrzydła, a te się stykając,Przerażający cień rozpościerały;Koła rydwanu wartko się toczyłyZ hukiem potoku górskiego, lub wojskaW pochodzie. Leciał on na nieprzyjaciółBezbożnych, jak noc posępny: pod jegoPłomienistemi kołami posadyCałego Nieba drżały, oprócz tronuSamego Boga. W jedno mgnienie wkroczyłMiędzy nich, dzierżąc w prawicy piorunówDziesięć tysięcy, rzucając na zdrajców,Tak, by ich dusze przeszywały męki.Więc osłupiali, wszelkiego oporuNiechając, chęć już i męstwo stracili;Niepożyteczną swą broń porzucali.Po tarczach, hełmach, i po głowach w hełmachKsiążąt potężnych, Serafów upadłychJechał, a oni żałośnie pragnęli,Aby znów góry na nich porzucono,Jako osłonę przed straszliwym gniewem.Na obie strony padały pociski,Z natarczywością słane przez CherubówCzterotwarzowych z licznemi oczami,
I przez żyjące koła, oczu pełne.Jeden duch niemi rządził; każde okoPrzenikającym wzrokiem ogień słałoMiędzy przeklętych, od którego więdłyIch siły zwykłe: zeschli, wyczerpani,Bezdusznie, marnie padali znękani.Lecz on zaledwie część użył swej siły,Zatrzymał piorun w połowie rozpędu,Bo nie chciał niszczyć ich, tylko wyrzucićZ Nieba. Podnosił leżących i spędzałW gromadę, niby stado kóz trwożliwych;Gnał je strzałami gromu, trwogą bladąI przerażeniem, aż do kryształowychMurów granicznych Nieba: te szerokoRozwarły szranki i wnątrz usunęły,Pozostawiając przepaść czczą, bezdenną.Zgrozą przejęci cofają się, aleTem natarczywsza zgroza gna ich z tyłu.Spadają głową na dół, z zrębu Nieba;Wieczny gniew płonie za nimi głęboko,Aż do otchłani nie mającej brzegu.»Piekło słyszało huk nieznośny w Niebie,Widziało Niebo spadające z Nieba,I przerażone byłoby uciekło,Lecz przeznaczenie niezmienne zbyt mocnoI zbyt głęboko osadziło jegoCzarne posady. Dziewięć dni padali.Ryczał struchlały Chaos, zamieszanieDziesięciokrotne mając w ich upadkuPo przez bezładne jego państwo, teraz
Pełne ruiny. Nakoniec, rozwarłszyPaszczęki, wszystkich pochłonęło Piekło,I zwarło się nad nimi im należneOdtąd mieszkanie, zapełnione ogniemNieugaszonym, dom smutku i męki.Niebo zwolnione zabrzmiało radością,Wnet zagładzając wyłom w murze, któryWrócił na miejsce. Jedyny zwycięzca,Messyasz, swoich wypędziwszy wrogów,Wóz tryumfalny skierował z powrotemKu swoim Świętym, którzy milczącymiByli świadkami jego wszechmocności.Teraz szli naprzód, radością przejęci,Niosąc nad sobą gałązki palmowe,A każdy szereg jaśniejący śpiewałPieśń tryumfalną na cześć zwycięskiegoKróla, Dziedzica, i Syna, i Pana,Któremu dano panowanie, jakoNajgodniejszemu. Jechał uwielbiony,Tryumfujący przez Niebo do dworówI do świątyni, gdzie Wszechmocny OjciecNa wysokości tronował. PrzyjętyPrzezeń do chwały, siedzi na prawicyWiecznego szczęścia.»Tak sprawy niebieskieMiarą spraw ziemskich masz opowiedziane,Jako żądałeś, i aby ci przeszłośćByła nauką, czego masz unikać,Opowiedziałem ci to, co inaczejPewno na zawsze byłoby ukryte
Przed wiadomością plemienia ludzkiego:Niezgodę zaszłą w Niebie, potem wojnęMiędzy wojskami Aniołów, głębokiUpadek pysznych, co się zbuntowaliZ Szatanem — jego teraźniejszą zazdrośćTwojego stanu i knowanie środków,Jakiemi mógłby skusić także ciebieDo grzechu, abyś, szczęścia pozbawiony,Z nim dzielił karę, niedolę wieczystą.To ma być jego jedyną pociechąI zemstą, kiedy sprzeciwi się Bogu,I z ciebie z czasem zyska towarzyszaSwej męki. Ale nie słuchaj pokusy,I słabszej woli swoję towarzyszkęOstrzegaj. Niech ci na pożytek idzieOkropny przykład, zysk nieposłuszeństwa:Mogli stać mocno, a jednak upadli.Pamiętaj o tem! Bój się przekroczenia!«
Comments
Loading comments…