Pieśń VIII
Translated by Władysław Bartkiewicz
Raj utracony (1902)
Skończył rzecz swoję Anioł, a głos jegoTak czarująco brzmiał w uszach Adama,Że przez czas jakiś sądził, iż go jeszczeSłyszy, i słuchał w skupieniu, aż wreszcie,Jak obudzony ze snu, odpowiada:«Jakie wystarczą dzięki, i nagrodęJakąbym mógł ci złożyć wzamian, boskiOpowiadaczu, coś moje pragnienieWiedzy tak szczodrze raczył zaspokoić,Po przyjacielsku objaśniając rzeczy,Których istoty nigdy w inny sposóbDojśćbym nie zdołał, a teraz słuchałemPełen podziwu, zachwytu, zdumienia,Składając Stwórcy winną cześć i chwałę.Jeszcze mi pewna wątpliwość została,Którą mi tylko twa łaska rozwiąże.Gdy się przyglądam tej pięknej budowieŚwiata, co z nieba i ziemi się składa,I porównywam wielkość ich obojga,
Wydaje mi się ziemia grudką, ziarnkiem,Pyłkiem, atomem w porównaniu z niebemPełnem gwiazd, co się zdają toczyć w przestrzeńNie do pojęcia wielką (bo tak możnaZ ich odległości wnosić i z dziennegoPowrotu), na to, aby do okołaTej Ziemi ciemnej, i małej jak kropka,Rozsiewać światło to dzienne, to nocne.Bezużyteczne zresztą w całym biegu,Takim dalekim. Często rozmyślającDziwię się czemu Przyroda tak mądra,I tak oszczędna w całem swem działaniuNierównomierność taką spełniać może:Rozrzutną ręką tyle szlachetniejszychI w różnym stopniu większych ciał stworzyłaTylko na taki użytek, by codzieńPowtarzający się obieg spełniały,Podczas gdy Ziemia (coby łatwiej mogłaPo znacznie mniejszym toczyć się obwodzie),Lepsze od siebie mając na posługi,Cel swój osiąga, pozostając w miejscu;W dań otrzymuje podróże codzienneZ pośpiechem ducha niosące jej światłoI ciepło; z taką służące szybkością,Na określenie której liczby niema.«Tak nasz praojciec rzekł, a twarz świadczyłaŻe pragnie zgłębiać ciemne i zakrytePrzed wzrokiem ludzkim rzeczy. To spostrzegłszyEwa, siedząca opodal, powstałaZ majestatyczną pokorą i wdziękiem,
Który w patrzących mógł budzić życzenieŻeby została. Poszła, by owoceI kwiaty swoje obejrzeć w ogródku,Pąki i kwiecie, czy rosną szczęśliwie?Za jej zbliżeniem otwierały kwiatyWonne kielichy i weselej rosłyPod jej troskliwej ręki hodowaniem;Odeszła jednak nie dla tego, iżbyTaka rozmowa jej nie zajmowała,Albo jej umysł treści tak wysokiejNie zdołał pojąć: wolała zachowaćSobie na później przyjemność, gdy AdamJej opowiadać będzie, a jedynąSłuchaczką ona. Opowieści mężaWolała słuchać raczej niż AniołaSamego, jego więc postanowiłaPytać; wiedziała, że w naukę wplecieSłowa miłości, a zakończy wykładSłodką pieszczotą małżeńską; z ust jegoNie same słowa jej się podobały.Gdzie teraz szukać par takich, złączonychPoszanowaniem i wspólną miłością? —Odeszła z ruchem bogini, z orszakiem,Bo jak królowe otaczał ją przepychObsługujących gracyi, co w kołoDo oczu wszystkich posyłały grotyPragnienia, by ją módz oglądać jeszcze.Na wątpliwości, jakie Adam stawił,Anioł Rafael uprzejmie, łagodnieOdrzekł w te słowa: «Nie ganię, ze pytasz
I badasz. Niebo jest jak rozłożonaPrzed tobą księga Boga, abyś czytałCudowne Jego dzieła, byś poznawałW niej pory roku, godziny, miesiące,Lub lata. Byłeś dokładnie rachował,Wszystko ci jedno, czy niebo, czy ziemiaJest w ruchu. Wielki Budowniczy świataResztę skrył mądrze przed okiem człowieka,Albo Anioła; i tajemnic swoichNie chciał objawić, aby nie szperaliLudzie, lecz raczej, by je uwielbiali.Gdy więc z wysiłkiem tworzą przypuszczenia,Bóg o swych dziełach rozpraw im nie broni,Może, by śmiać się z dziwacznych poglądów,Gdy układają plan nieba, i biegiGwiazd naznaczają; jak wtedy pochopniDo kierowania potężnym wszechświatem!Przebudowują go wciąż i planująNa nowo, aby pozory ratować.Na nieba planie kreślą dośrodkoweI odśrodkowe linie, okręgi,Koła, a na ich obwodzie okręgiI koła w kołach. Jak z rozumowaniaTwojego widzę, kierowniku rodu,Przypuszczasz, jako ciała te jaśniejszeI większe służyć nie powinny mniejszym,Ani ciemniejszym, ni też gwiazdy niebaTakich wędrówek odprawiać, gdy ziemiaSpoczywa i z ich zabiegów korzysta.Rozważ to naprzód, że wielkość lub jasność
Doskonałości jeszcze nie stanowią;Choć w porównaniu z innemi gwiazdamiZiemia jest mała, nie połyska, jednakMoże zawierać więcej istotnegoDobra, niż słońce, które samo pusteNie użytkuje ze światła swojego,Lecz urodzajna ziemia, bo promienieJego, aż dotąd bezczynne, dopieroTu zatrzymane odzyskują siłę.Lecz nie dla ziemi są te świetelniki,Tylko dla ciebie, coś jest jej mieszkańcem,A co do nieba niezmiernych przestrzeni,Niech rozpowiada wysoka wspaniałośćIch Stworzyciela, który je tak wielkieZbudował, swoje granice zakreśliłAż tak daleko, aby wiedział człowiek,Że nie w swym własnym gmachu ma mieszkanie,Zawielkim, aby zdołał go zapełnić;Szczupłą w nim cząstkę zamieszkuje, resztaSłuży do celów Bogu tylko znanych.Tych ciał niebieskich szybkość bezgranicznąJego wszechmocy przypisz, która nawetBryłom nadała pęd prawie duchowy.Za powolnego mnie nie weźmiesz, jeśliW rannej godzinie z Nieba, gdzie Bóg mieszkaZeszedłszy, jeszcze przed południem byłemW Edenie; liczbą nie da się wyrazićTaka odległość. Przytaczam to tylko,By, przypuściwszy ruchy ciał niebieskich,Wnet ci okazać, jak słabe pobudki
Twych wątpliwości. Nie twierdzę, że tak jest,Choć tobie, co tu mieszkasz, tak się zdaje.Bóg, aby dróg swych pod zmysły człowiekaNie poddać, niebo umieścił od ziemiW tej odległości, iż łudzi wzrok ziemski,Który sięgając rzeczy za wysokich,I zabłąkany w marnych domniemaniach,Napróżno niemi się dręczy. Cóż jeśliSłońce jest środkiem świata, jeśli inneCiała niebieskie, pobudzone jegoPrzyciągającą siłą i swą własną,Tańczą dokoła niego w różne kręgi?W sześciu planetach widzisz obrót zmiennyWysoko, to znów nisko, naprzód idą,To się cofają, to stają, to kryją;A jeśli siódma w ich gronie, ta Ziemia,Która tak stałą wydaje się tobie,Nieznacznie ruchem trojakim się toczy?Jużbyś natenczas nieregularnościNie potrzebował odnosić do różnychSfer w ruch wprawionych w przeciwnych kierunkachI krzyżujących się skośnie; co właśnieMusisz przypuszczać, jeśli według ciebieSłońce jest w ruchu, a poruszającaWszystko sprężyna wielka, niewidzialna,Po za gwiazdami, koło, co sprowadzaDzień i w kolei noc swoim obrotem.Nie potrzebujesz tego przypuszczenia,Jeżeli ziemia skrzętna sama z siebieTocząc się na wschód, bierze dzień, a stroną
Nieoświeconą promieniami słońcaWtedy spotyka noc, gdy pierwsza stronaBłyszczy słonecznem światłem. Cóż jeżeliZiemia, co światło śle w strzeń przezroczystąTowarzyszowi swemu, księżycowi,Wyda się gwiazdą, co mu w dzień tak świeci,Jak on jej w nocy? Jeśli tam są kraje,Pola, mieszkańcy? Plamy na nim widzisz,Jak chmury, z chmur deszcz pada, z miękkiej ziemiDeszcz wywołuje owoce i życie.Może odkryjesz kiedy inne słońcaZ ich księżycami, wciąż rozsiewająceMęski i żeńskie światło (bo te wielkieDwa działy płciowe dają życie światu);Może na każdem z owych ciał niebieskichMieszczą się jakie żyjące istoty?By takich wielkich w przyrodzie przestrzeniNie zamieszkała żadna żywa dusza,By puste były, przeznaczone tylkoNa to, by świecić, aby każda gwiazdaLedwie światełko słabe posyłałaDalekiej ziemi, zamieszkałej, któraInnym je zwraca — o tem wątpić można.Lecz czy te sprawy są takie, czy inne,Czy panujące na niebiosach słońceDokoła ziemi się toczy, czy onaDokoła słońca; czy ono od wschoduW drogę ognistą wstępuje, czy onaZ zachodu cichy bieg posuwa, krokiemŁagodnym, sennym, na wirowej osi
Niesie cię miękko wraz z lekkiem powietrzemNie dręcz umysłu tem, co jest zakryte,Zostaw to Bogu i służ mu z bojaźnią.Inne istoty niech według swej woliUmieszcza tam, gdzie uzna za stosowne:Ty ciesz się tem, co tobie i twej EwieDaje — tym Rajem; Niebo zawysokoByś mógł przeniknąć to, co się tam dzieje.Pokorną mądrość obierz, o tem tylkoMyśl, co się tyczy ciebie, twego bytu;Nie marz o innych światach, ani o tem,Jakie stworzenia tam mieszkają, jakiIch stan, warunki życia, albo stopień;Tem się kontentuj, co ci objawionoNietylko ze spraw ziemi, lecz i nieba.»Na to mu Adam, zbywszy wątpliwości,Odrzeknie: «W pełni mnie zaspokoiłeś,Duchu niebieski, Aniele przejasny.Zwolniłeś od czczych błąkań, nauczyłeśNajprostszej drogi życia, bez szperaniaBałamutnego, które całą słodyczŻycia odbiera. A Bóg je osłoniłOd trosk wszelakich, bylebyśmy samiNie sprowadzali ich próżnem myśleniemI dociekaniem. Wprawdzie umysł ludzkiLub wyobraźnia do urojeń skore,Mogłyby roić bez końca, bez granic,Ale przestroga, albo doświadczenieUczą, że mądrość najwyższa polegaNie na tem, żeby dokładnie znać rzeczy
Zastosowania niemające, skryte,Subtelne, ale znać to, co nam życieDzienne przynosi; reszta próżnym dymem,Lub uroszczeniem niedorzecznem, któreDo spraw potrzebnych niezdolnymi czyni,Niepraktycznymi i niegotowymi,Tylko w szperaniu wciąż zatopionymi.Zstąpmy więc z tego wysokiego szczytuI niższym lotem, o rzeczach najbliższychA pożytecznych mówmy: tu niejednoBędę mógł zadać pytanie stosowne,Gdy mi twa dobroć i łaska dozwoli.Z ust twych słyszałem o tem, co się działoWprzód nim pamięcią zasięgam; wysłuchajNawzajem mojej historyi, możeJej nie znasz, dzień zaś jeszcze nie tak prędkoSkończy się. Widzisz, jakie wynajdujęSposoby, pragnąc cię zatrzymać; dziejeSwoje opowiem, aby tylko słyszećOdpowiedź twoje. Gdy tu siedzę z tobą,Zda mi się, żem jest w Niebie, twoja mowaJest dla mnie słodsza, niżeli owocePalmy wysmukłej, które uśmierzająGłód i pragnienie, gdy się posilamyPo pracy dziennej: przesycają skoro,Chociaż przyjemne; ale twoje słowaTchną łaską boską, nigdy nie nasycą.»Rafael na to z anielską dobrociąTak mu odpowie: «Wdzięczne twoje wargi,I język biegły, o praojcze ludzi;
Bo Bóg na ciebie obfite wewnętrzneJak i zewnętrzne spuścił dary, jakoNa podobieństwo swoje; czy więc mówisz,Czy milczysz, zawsze cię otacza powab,Przy każdem słowie i przy każdym ruchu.W Niebie też mamy cię za towarzyszaZiemskiego w służbie bożej, i z radościąBadamy drogi Boga względem ciebie;Bo, jak widzimy, Bóg czcią cię ozdobiłI równą objął miłością. Mów zatem,Bo nieobecny byłem dnia owego;Obowiązany do podróży ciężkiejA nadzwyczajnej, bo aż do bram Piekła.Uformowani w legion, mieliśmyRozkaz nie puszczać z Piekła szpiega, aniZbrojnego wroga, podczas gdy Bóg stwarzał,By rozgniewany taką zuchwałością,Do dzieł twórczości nie wmieszał zniszczenia.Wprawdzie bez jego dopuszczenia nigdyNa czyn podobny nie ważyliby się,Ale wysyła nas w ważniejszych sprawachJak panujący, by nas przyzwyczaićDo posłuszeństwa. Straszna brama byłaMocno zamknięta, zatarasowana,Ale już zdala, nim się zbliżyliśmy,Z poza niej szum szedł wcale nie taneczny,Nie śpiewy, ale biadania rozgłośneI krzyki wściekłe. Radzi wróciliśmyKu okolicom światła w Sabbat wieczór,Jak polecone było. Ale teraz
Ty opowiadaj, bo mi twoje słowaRównie są miłe, jako moje tobie.»Tak mówił Anioł, na to nasz prarodzic:«Życia swojego skreślić pierwocinyTrudno dla człeka. Kto zna swój początek?Tylko mnie nęci do opowiadaniaŻądza rozmowy z tobą. Gdym się ocknąłZ snu głębokiego, spostrzegłem, że leżęNa trawie kwietnej, w balsamicznych potach,Które niebawem osuszyło słońcePromienne, chłonąc wilgoć parującą.Zwróciłem w niebo zadziwione oczyI przez czas jakiś patrzałem na jegoPrzestrzeń rozległą; nagłym pobudzonyInstynktem, dążąc ku górze, skoczyłem,Stając na nogi. Ujrzałem dokołaWzgórza, doliny i cieniste lasy,Słoneczne pola, przezroczyste wodyRzeki, toczące z miłym szumem fale,Stworzeń żyjących kręcące się tłumy,Biegną, latają, śpiewają w zieleni,Wszystko się do mnie uśmiecha; powietrzePełne zapachu; serce przepełnioneRadością. Siebie samego oglądamCzłonek po członku, to idę, to biegnęRączemi kroki, niesion siłą życia.Lecz kto ja? gdzie ja? i z jakiej przyczyny?Nic nie wiedziałem. Spróbowałem mówić,I przemówiłem natychmiast: posłusznyJęzyk nazywał wszystko, na com spojrzał.
««Ty słońce, rzekłem, piękne światło, i ty,Ziemio, tak świeża, hoża, w blasku światła,Wy wzgórza, pola, rzeki, lasy, niwy,Wy, co żyjecie, krążycie swobodnie,Mówcie, gdy wiecie, jak się stałem taki?Jak tu przybyłem? Nie sam z siebie; zatemJakiś potężny Twórca z swej dobrociI z bezgranicznej potęgi mnie zrobił.Powiedzcie, jakbym mógł go poznać, jakbymMógł cześć mu oddać za ten ruch i życie,Za szczęście większe, niż sam wiedzieć mogę?»»Gdy tak wołałem, błąkając się z miejsca,Gdzie odetchnąłem pierwszy raz i pierwszeUjrzałem światło błogie, a nie dawałNikt odpowiedzi, na darniowej ławie,Kwiatami tkanej, siadłem zamyślony.Tu po raz pierwszy objął mnie sen słodki,Miękkim naciskiem przytłumił me zmysły,Niezamącony, choć, zdało się, wracamDo poprzedniego stanu nieczułościI do niebytu, gdy naraz u głowyMojej stanęło zjawisko; w mej duszyWewnętrzny pojaw jego wzniecił czucieBytu i życia. Ktoś, jak mi się zdało,Postaci boskiej nadszedł i powiedział:««Czeka cię twoja dziedzina, Adamie,Pierwszy człowieku, na pierwszego ojcaNiezmiernej liczby ludzi przeznaczony,Wstań, otom przyszedł, bym cię poprowadziłDo rozkosznego ogrodu, siedziby
Przygotowanej dla ciebie.»» To mówiącWziął mnie za rękę i wiódł nad polamiI nad wodami, lekko, przez powietrzeJakbym się ślizgał, nie stąpając, w końcuNa szczycie góry lesistej mnie stawił,Której wierzchołek stanowił obszernąI ogrodzoną płaszczyznę, drzewamiNajpiękniejszemi zasadzoną, pełnąDróżek i altan; com widział poprzednioNa ziemi, teraz się zdało już prawieNieładne; każde tu drzewo wspaniałymObładowane owocem: wisiały,Wzrok kusząc, nagłą wzbudzając oskomę.Wtem się ocknąłem, i w rzeczywistościWzrok mój napotkał wszystko, co tak żywoSen mi przedstawiał. Tu znów byłbym począłKrążyć bez celu, gdyby pod drzewamiTen się nie zjawił, co mię tu sprowadził.Obecność Boska! Z radością i trwogą,Z czcią i pokorą padłem do stóp jego,A On podniósłszy mnie, rzekł słodko: ««JestemTen, kogo szukasz, Stworzyciel wszystkiego,Co widzisz w koło, w górze i na dole.Raj ten ci daję: miej go na swą własność,Dzierż i uprawiaj, i z wesołem sercemJedz owoc z wszelkich drzew, które tu rosną,Nigdy się nie bój tu nieurodzaju,Lecz z drzewa, które świadomość dobregoI złego daje, które zasadziłem,Jako rękojmię twego posłuszeństwa
I twojej wiary, w pośrodku ogroduPrzy Drzewie Życia, ostrzegam, byś nie jadł.Miej ostrzeżenie moje na pamięci,Lękaj się gorzkich następstw, bo wiedz o temW dniu, w którym jeść zeń będziesz, w którym złamieszZakaz jedyny mój, niechybnie umrzesz;Będziesz od tego dnia śmiertelnym, straciszSwój stan szczęśliwy, będziesz wypędzonyStąd w świat boleści i smutku.»» SurowoWyrzekł tę groźną zapowiedź, brzmi onaDotąd straszliwie w mem uchu, choć nigdyJej nie podpadnę. Ale wkrótce przybrałŁagodny wyraz twarzy i łaskawieCel swój objaśnił: ««Nietylko ten Eden,Lecz całą ziemię tobie i twojemuPlemieniu daję; wy bądźcie panamiJej i wszystkiego, co żyje na ziemi,W wodzie, w powietrzu — zwierząt, ryb i ptaków.W znak czego obejrz wszystkie ich rodzaje,Gdy je sprowadzę, nadaj im nazwiska,A one z hołdem przystępować będą,Jako poddane. To się też rozumieO rybach w wodnej ich siedzibie, któreTu nie przyzwane, bo swego żywiołuNie mogą zmienić, ni rzadszem powietrzemOddychać.»» Mówił tak, a każde zwierzęI ptak parami zbliżały się do mnie,Pierwsze schylone łasiły się mile,Ptaki na skrzydłach zlatały przedemnie,Gdy mnie mijały, nazwy im dawałem
Według natury ich, bo Bóg mnie naglePrzenikliwości zaopatrzył siłą.Ale to wszystko nie stłumiło we mniePoczucia braku pewnego, więc śmiałoDo niebiańskiego Zjawiska tak rzekę:««Jakiem imieniem — bo Ty nad to wszystko,Ponad ród ludzki i nad to, co wyższeNiż rodzaj ludzki, podniesiony jesteś,Przechodząc wszelkie moje mianowanie,— Jak mam Cię nazwać, jak czcić, Stwórco świata,I tego dobra wszelkiego dla człeka?Dla jego szczęścia wszystko tak obficieZaopatrzyłeś szczodrobliwą ręką,Ale nie widzę z kimbym mógł to dzielić,A co za szczęście czeka w samotności?Kto sam używać może? Lub kto w takiemUżyciu znajdzie ukontentowanie?»»«Tak ja zuchwale, a jasne ZjawiskoZ uśmiechem jeszcze bardziej jaśniejącymTak odpowiada: ««Cóż to za samotność?Pełna jest ziemia żywego stworzenia,Pełne powietrze, a wszystko na twojePrzyjdzie rozkazy, by igrać przed tobą.Czyż nie znasz mowy ich i obyczajów?I u nich rozum nie do pogardzenia.Z nimi czas spędzaj, rządź nimi, wszak twojeKrólestwo wielkie.»» Tak mówił Pan świata,Taki wydawał rozkaz, jakem sądził.Prosiłem kornie, by mi wolno byłoRzec jeszcze słowo, i tak powiedziałem:
««Niech moja śmiałość nie obraża Ciebie,Mocy Niebiańska, mój Stwórco, łaskawieSłów mych wysłuchaj. Wszakże uczyniłeśMnie tu zastępcą swoim, resztę stworzeń,Ze pośledniejsze, pod mą władzę dałeś?Jaka społeczność między nierównymi?I harmonia i rozkosz prawdziwa?Ta być wzajemną musi, stosunkowoBraną, dawaną; lecz przy nierównościGdzie silne z wątłem, tam niechęć wzajemnaWyniknie wkrótce. Pragnę towarzystwa,Któreby mogło brać udział we wszystkichUpodobaniach rozumnych, a zwierzęTakiej rozkoszy nie może podzielać;One weselą się z swymi równymi,Lew z lwicą; mądrość Twa ich połączyłaW pary: nie igra ptak ni z czworonogiem,Ni z rybą; ani też byk z małpą, tym mniejStosunek taki może łączyć człeka.»»«Na to Wszechmocny bez niechęci rzecze:««Wytworne szczęście obmyślasz, Adamie,Takim wyborem swego towarzystwa:Nawet rozkoszą otoczony nie chceszRozkoszy zażyć dopókiś samotny.Cóż zatem mniemasz o mnie i mym stanie?Czy dostatecznie szczęśliwym się zdaję?Ja sam przez całą wieczność, bo nikogoNie mam drugiego, ani podobnego,Tem mniej równego sobie. Z kimże zatemMam mieć zażyłość, oprócz tych com stworzył,
Co nieskończenie niżsi są odemnie,Niżeli inne stworzenia od ciebie?»»«Zamilkł, ja na to odrzekłem pokornie:««Dróg Twoich wiecznych wysokości, głębi,Nigdy myśl ludzka ogarnąć nie zdoła,Królu stworzenia! w sobie doskonały,I nigdy braku nie czujący w sobie;Lecz nie tak człowiek, czujący graniceW naturze swojej, i dlatego dążyDo obcowania z podobnymi sobie,Pomocy w trudach lub pociechy żądny.Nie masz potrzeby rozmnażania siebie,Gdyś nieskończony, i choć Jeden tylko,Nieprzeliczony, jako liczba; człowiekPrzeciwnie, musi liczbą zastępowaćNiedoskonałość jednostki, i płodzićPodobne sobie istoty z podobnych,Mnożyć swój obraz, w jednostce wadliwy,Trzeba mu zatem miłości wzajemnej,Przyjaźni czułej. Ty, choć w samotności,Masz doskonałe towarzystwo w sobie,Nie potrzebujesz społecznego życia,Chociaż, gdy zechcesz, możesz swe stworzenieDo zamierzonej wysokości wznosić,Do towarzystwa swego, do boskości;Ja tych schylonych nie mogę prostować,Ani podobać sobie w ich zwyczajach.»»Tak korzystając z danej mi wolności,Śmiało mówiłem, słuchany łaskawie,A w odpowiedzi taki był Głos Boski:
««Dotąd, Adamie, doświadczałem ciebie,I widzę, że znasz nietylko zwierzęta,Któreś właściwie nazwał, lecz i siebie,Wolnego swego wyrażając ducha.Mój wizerunek — żadnemu zwierzęciuNieudzielony: nie mogą być zatemTowarzyszami twymi. Bardzo słusznie,Że nie znalazłeś w nich upodobania,I tak sądź zawsze. Nim rzekłeś, wiedziałem,Że człowiekowi niedobrze samemu.Nie takiem wybrał tobie towarzystwo,Któreś tu widział zwołane na próbę,Byś sąd objawił o tem, co się godzi.Bądź pewien, że to, co wkrótce przywiodę,Spodoba ci się — twoje podobieństwo,Twoja najlepsza pomoc, ty sam drugi,Zupełnie według pragnień serca twego.»»«Umilkł, a może nie słyszałem więcej,Bo już ma ziemska istność przemożonaJego niebiańską, pod jej długim wpływem,Na szczytach takiej nadziemskiej rozmowy,Jak oślepiona, wyczerpana rzecząPrzewyższającą jej zmysły, opadła,We śnie szukając przywrócenia siły.Na głos natury przybiegł sen niebawem,Zamknął mi oczy, zamknął, lecz otworemZostawił celę wewnętrznego wzrokuImaginacyi, za jej pośrednictwem,Jak w zachwyceniu, śpiącemu, gdziem leżał,Tak się wydało, że widzę przejasną
Postać, przed którą stałem wprzód na jawie:Ta, przystąpiwszy, otwarła mój lewyBok, i wyjęła stamtąd żebro, życiemSerca ogrzane, krwią świeżą ociekłe.Szeroka była rana, ale prędkoZapełniła się ciałem i zgoiła.A postać w rękach urabiała żebro,Pod ich działaniem urosła istotaTaka, jak człowiek, tylko płci odrębnej,Tak piękna, że co tylko dotąd w świeciePięknem się zdało, teraz pospolitąPrzybrało cechę, lub się jednoczyłoW niej, w jej spojrzeniach, które odtąd lałyDo mego serca słodycz wprzód nieznaną.I wszystko w koło przy jej pojawieniuTchnęło miłością, rozkoszą kochania.Nagle zniknęła, ciemności zostały,Ze snum się zerwał, aby ją odnaleść,Albo jej stratę wiecznie opłakiwać,Do wszystkich innych rozkoszy wstręt czując,Gdy wbrew nadziei spostrzegłem w pobliżuTaką, jak we śnie widziałem, ozdobnąWszystkiem, co tylko i ziemia i NieboMogły dostarczyć godnego kochania.Szła, wiódł ją Stwórca, chociaż niewidziany,Głosu słuchała, świętości małżeństwaI obowiązków stanu już wiadoma.Wdzięk w każdym kroku był, niebo w spojrzeniu,Godność i miłość w każdym ruchu ciała.Radością zdjęty w cały głos krzyknąłem:
««Ten dar za wszystko stanie; obietnicęSpełniłeś, Stwórco dobry i łaskawy,Dawco wszelkiego piękna! A ze wszystkichTen najpiękniejszy dar twej szczodrej ręki!Kość z kości mojej, ciało z mego ciałaOglądam teraz, siebie mam przed sobą;Zwie się Niewiastą, wzięta jest z Mężczyzny,Który opuści i ojca i matkę,By się przyłączył do żony, i będąOboje jednem ciałem, sercem, duszą.»»«Słyszała mnie, i chociaż moc nadziemskaWiodła ją, jednak niewinność i skromnośćDziewicza, cnota, poczucie wartościWłasnej, o którą zabiegać należy,Która nie czyni sama pierwszych kroków,Ni się narzuca, lecz cofając właśnieTem pożądańszą się czyni, więc, słowem,Choć czysta była i bez grzesznej myśli,Samej natury podszeptu słuchając,Gdy mnie ujrzała, zawróciła z drogi.Pobiegłem za nią; hołd przyjęła mile,Z majestatyczną uległością słusznośćSłów mych uznając. Do weselnej chatyPoprowadziłem ją zarumienionąNakształt Jutrzenki. Niebo i przychylneGwiazdy wylały swe błogosławieństwo;Ziemia i wszystkie pagórki znakamiRóżnemi szczęścia życzyły; ptaszętaOkazywały radość; świeże, miłePowiewy szepcąc drzewom, rozigrane
Sypały róże, i z aromatycznychKrzewów zapachy roznosiły, wreszcieKochanek nocy, słowik, pieśń hymenuZaśpiewał, gwiazdę wieczorną znaglając,By prędzej biegła do swego zenituI zapaliła pochodnię weselną.«Opowiedziałem ci tu moje dziejeAż do tej chwili, w której największegoDoznałem szczęścia ziemskiego, a któremDotąd się cieszę; wyznać przytem muszę,Choć miłe są mi wszystkie inne rzeczy,Czy ich używam jednak, czy też niecham,To na mój umysł nie wpływa, nie budziPragnień gwałtownych — mówię o rozkoszachSmaku, zapachu, wzroku, o owocach,Ziołach i kwiatach, przechadzkach przy słodkiemŚpiewaniu ptaków; — ale tu inaczej:W zachwycie patrzę, dotknięcie zachwyca;Tu po raz pierwszy namiętność poczułem,Dziwne wstrząśnienie; przy innych uciechachJestem spokojny, panuję nad sobą,Tu słabnę wobec uroku piękności.Może Natura chybiła, i we mniePozostawiła pod tym względem stronęNie dość odporną, lub też odejmując,Może zabrała zawiele; przynajmniejJą opatrzyła w nadmierne ozdobyZewnętrzne, pozór wyrzeźbiła, aleWewnętrzne dary nie tak. Bo rozumiemDobrze, iż w planie Natury leżała
Jej umysłowa nizszość, niższe siłyDuchowe, które nad wszystkiem panują.Powierzchownością także mniej podobnaDo wizerunku Tego, Kto nas stworzył,I mniej wybitna u niej cecha władzyNad stworzeniami innemi nam danej,Lecz gdy rozważam jej nadobność, zda sięTak doskonałą i skończoną w sobie,Tak dobrze siebie znającą, iż wszystko,Co czyni, mówi, wyda się najmędrszem,Najroztropniejszem, doskonałej cnoty,Wreszcie najlepszem; wszelka wyższa wiedzaW jej obecności traci swe znaczenie;Mądrość w rozmowie z nią miesza się, plącze,Staje się głupstwem; powaga i rozumNa jej usług-ach; jakby w zamierzeniachTwórczych na pierwszym planie była ona,Nie zaś stworzona okolicznościowo.Streszczając wszystko: podniosłość umysłu,Szlachetność ducha w najwdzięczniejszy sposóbW niej zamieszkały, i ją otoczyłyUszanowaniem, jak strażą anielską.»Na to mu Anioł rzecze, brwi ściągając:«Nie skarż Natury, ona wypełniłaSwoje zadanie, ty wypełnij swoje.Nie podejrzywaj Mądrości, trwać będziePrzy tobie, póki jej sam nie odepchniesz,Gdy jej najbardziej będziesz potrzebował,Za dużą wagę wkładając na rzeczyMniej doskonałe, jak to sam spostrzegłeś.
Bo cóż podziwiasz? co cię tak unosi?Zewnętrzność — piękna, niewątpliwie godnaKochania twego, twej czci — nie poddaństwa.Zważ ją i siebie, i oszacuj. CzasemBardzo się przyda nam poszanowanieDla siebie samych, jeśli się opieraNa słusznej mierze; im lepiej posiądzieszTę umiejętność, tem więcej cię onaUzna swą głową, wyżej cenić będzieTę rzeczywistość, niż swoje zalety.Pięknością błyszczy ku twojej rozkoszy,Godnością, abyś szanował i kochałSwą towarzyszkę, która wnet spostrzeże.Gdy się mniej mądrym okażesz. Lecz jeśliTak ci się drogą wydaje ta rozkosz,Ku rozkrzewieniu ludzkości służąca,Gdy ją nad wszystko przenosisz, pamiętaj,Że i zwierzętom zmysł taki nadany:Pewnoby nie był tak rozpowszechnionyI pospolity, gdyby coś w nim byłoGodnego duszę człowieka podbijać,I żar w nim niecić. Co w jej towarzystwieZnajdziesz wyższego, pociągającego,Bardziej ludzkiego, rozumnego, — kochaj.Miłość przystoi tobie, nie namiętność,W której kochania prawdziwego niema.Miłość oczyszcza myśl, serce rozszerza,Miłość w rozumie ma swoje siedliskoI jest rozsądną drabiną, po którejMasz do miłości niebieskiej się wznosić,
A nie pogrążać się w rozkoszy ciała,Bo towarzyszkę masz nie z grona zwierząt.»Na to mu Adam, nieco zawstydzony:«Ani jej kształty tak piękne, ni wspólnyZe zwierzętami wszystkiemi zmysł ciała(Chociaż w godności mam łoże małżeńskieI tajemnicze dlań poszanowanie)Takiej rozkoszy nie wzbudzają we mnie,Jak wdzięk i skromność w tysiącznych drobiazgachCodzień płynące z jej ust i uczynków.Złączona z niemi uprzejmość i miłośćŚwiadczą, że łączy zgodność niekłamanaNasze umysły, jedna mieszka dusza;Ta harmonia w zaślubionej parzeMilsza niż dźwięki harmonijne uszom.To nie podbija jednak: WynurzyłemWszystkie uczucia me, lecz opanowaćMnie nie zdołają, bo spotykam wieleRóżnych przedmiotów, różny wpływ na umysłWywierających; zawsze jednak wolny,Obieram lepsze, i za tem, com obrał,Kroczę wytrwale. Miłości nie ganisz,Bo miłość, mówisz, do Nieba prowadzi,Jest przewodnikiem i drogą zarazem;Wybacz mi zatem, że pytać się ważę,Czy i niebieskie Duchy się kochają?I w jaki sposób objawiają miłość?Czy wzrokiem tylko? Czy też swe promienieBezpośredniemi tknięciami mieszają?»
Na to mu Anioł odrzecze z uśmiechem.A twarz mu różą Nieba pokraśniała,Barwą miłości: «Niech ci to wystarczy,Żeśmy szczęśliwi, i że niema szczęściaTam gdzie miłości niema. Rozkosz czystąKtórą ty, ciałem obdarzony, czujesz(A czystym stworzon byłeś), my czujemyTakże, lecz w wyższym stopniu, bo bez przeszkódTakich, jak skóra, stawy, mięśnie, członki.Łatwiej niż wichry mieszają się Duchy,Czyste z czystymi jednością pragnienia,Niekrępowane żadnem pośrednictwem,Nie tak jak ciało z ciałem, dusza z duszą.Lecz teraz dłużej nie mogę już bawić;Słońce zachodzi za ziemski PrzylądekZielony i za Wyspy Hesperyjskie;To dla mnie hasło odejścia. Bądź silny,Żyj szczęsny, kochaj! Ale przedewszystkiemTego, któremu miłość posłuszeństwemI zachowaniem przykazania okaż.Patrz, by namiętność nie wstrząsła twym sądem,I nie skłoniła do czynu, któregoNigdybyś wolną wolą nie zatwierdził.Twoje i wszystkich twych potomków szczęścieLub biada w twoich rękach leży. Strzeż się!Twoja wytrwałość we mnie i we wszystkichBłogosławionych wielką radość wzbudzi.Stój zatem mocno, od twego wyboruTylko zależy stać, albo też upaść.
Bądź doskonałym w sobie i nie szukajPomocy z zewnątrz, pokusę odpychaj.»To rzekłszy powstał. Adam, błogosławiąc,I dzięki czyniąc, szedł za nim: «PonieważCzas odejść, idź więc, gościu, posłannikuBoga, któremu ciągłą cześć oddaję.Łaskawem dla mnie i wyrozumiałemByło zniżenie twoje, i w pamięciWdzięcznej na zawsze zostanie, bądź dobryI przyjacielski zawsze dla rodzajuLudzkiego, często wracając na ziemię.»Tak się rozeszli, Anioł ku NiebiosomZ śród drzew cienistych, Adam do schroniska.
Comments
Loading comments…