Raj utracony. Pieśń I

Translated by Antoni Lange

Grzech pierworodny i owoce drzewaZakazanego, które śmierci grozęPrzyniosło światu, a wraz pozbawiłoLudzkość Edenu, póki mąż najświętszyNas nie odkupił, by odzyskać niebo —Śpiewaj niebianko, co na tajnym szczycieHoreb lub Synaj budziłaś natchnienieW Pasterzu, który uczył lud wybrany,Jako się począł w Bogu i z chaosuWyszedł zrąb świata. — Lub jeśli ci milszySyon lub potok Siloa, co płynieTam, kędy Bóg się objawiał, więc zowądBłagam cię, pomóż pieśni mej zuchwałej,Co dumnem skrzydłem ulecieć zamierzaPonad Aońskich szczyty gór i pragnieOpiewać rzeczy dotąd nieśpiewane!Ty zwłaszcza, Duchu Święty, który woliszOd wszystkich świątyń czyste, prawe serce,Ucz mię, bo wszystko Ty wiesz. — Na początkuTyś był. — Potężne skrzydła rozpostarłszy,Jak gołębica wysiadałeś otchłań

I urodziłeś byt. — Co we mnie ciemne,Oświeć, o Duchu; to co chwiejne — podnieś,Bym na wyżynie mych polotnych dążeńMógł Opatrzności dać żywe świadectwoI człowiekowi stwierdzić drogi boże. —Mów naprzód (bowiem niebo ani piekłoNic ci nie skryje) — mów, z jakiej przyczynyPraojce nasi w ubłogosławionejŻyjąc krainie rozkoszy — odpadliOd swego Stwórcy, łamiąc jego wolę,Jednym zakazem li zawarowaną?Kto doprowadził ich do tego buntu?Wąż to piekielny, którego złośliwość,Karmiona zbrodnią i zemstą — uwiodłaMatkę ludzkości; który dla swej pychyStrącony z niebios z tłumem zbuntowanychSwoich aniołów. — Przez nich on zamierzałSam zasiąść w chwale ponad towarzysze,Ufny, że z Panem zrówna się Wszechmocnym,Gdy mu wytoczy bój; w zuchwałym celuPrzeciw tronowi i monarchii BogaJął się bezbożnych walk — i dumnie walczyłW próżnych zapasach. — Potęga WszechmocnaW przepaść go z jasnych strąciła eterówZ głuchym łomotem — precz — w głąb — ku bezdennejZagładzie — w otchłań, aby w djamentowychŻył tam łańcuchach i w ogniu piekielnym,Cierpiąc, że podniósł ramię przeciw Bogu. —Dziewięć dni — licząc, jak liczą śmiertelniDni swe i noce — z armią swą piekielnąPadał rozbity w płomienistą otchłań —Rozbity, jednak nieśmiertelny. — Niebo

Chowa nań sroższy gniew. — Podwójna męka —Stracone szczęście i cierpienie przyszłe —Dręczy go; wokół toczy wzrok pochmurny,Gdzie czytasz wyraz bolu i niemocyWraz z twardą pychą — twardszą nienawiścią...Więc jak daleko duch sięga spojrzeniem —Ogląda turmę: dzika to pustynia,Ciemnica straszna, ze wszech stron okrągła,Piec gorejący, olbrzymi. — Lecz z ogniTych nie masz światła. — Tylko mrok widzialnyOdkrywa nieco widowiska bólu,Religii smutku, rozpaczliwych cieni,Gdzie odpoczynek nigdy nie zamieszkaAni przebywa ta, co żyje wszędzie —Nadzieja! Tylko męczarnie bez końcaW milczeniu dręczą — i ognisty potopTrwa podsycany niezagasłą siarką:Taką więc turmę zgotował WszechmocnyTym rokoszanom. — Z woli swej ją rzuciłW ćmę ostateczną. — A głębia ta leżyOd niebieskiego światła i od BogaW takiej oddali jak od środka ziemiLiczyłbyś trzykroć po najwyższy biegun. —Śród towarzyszów klęski — pogrążonychW płomiennych wirach i skrach — potępieniecDostrzega naraz jęczącego z bólu,Mocą i zbrodnią najbliższego sobie,Tego, co później nosił w PalestynieImię Belzebub. — Do niego Arcy-wrógSzatanem w niebie zwany — dumnem słowemMówi — i straszne przeszywa milczenie. —— Toż ty? upadły tak i niepodobny

Temu, co w światła krainach szczęśliwychEterycznymi promieniałeś blaski,Świecąc tysiącom! Toż ty, z którym jednośćRad i zamiarów — i jedność nadzieiI śmiały poryw na chwalebne czynyŁączył mnie kiedyś, tak, jak dzisiaj łączyJeden upadek! Patrz — do takiej jamyPadłeś z swych wyżyn. — Tak się pomścił krwawoON swoim gromem. — Nie znaliśmy dotądTej strasznej broni. — Lecz mnie nic nie wzruszy,Cokolwiek w groźnym gniewie swym ZwycięzcaZesłałby na mnie, by zgiąć mego ducha. —Zmieniony w blasku duch mój niezwalczonyPogardę ma dla kar niesprawiedliwych,Któremi Bóg mnie dotknął bezlitośnie. —Nie mnie jedynie! On tu strącił jeszczeOpornych duchów tłum nieprzeliczony,Co nie chcąc Jego władzy, mnie oddałyNajwyższą władzę przeciw Jego władzy:Z niemi jam w boju na równinach niebaWstrząsł jego tronem. — Cóż, żeśmy przegrali?Nie wszystko znikło. — Nieugięta wola,Pragnienie zemsty, wieczysta nienawiść,Męstwo rozpaczy: zginąć lub się nie dać;Tej chwały nigdy ten zły a potężnyMi nie zabierze. — Zgiąć się, na kolanachBłagać o łaskę — ubóstwić moc Tego,Co wieczną grozą swych ramion tak długoŚwiat cały gnębił — byłoby nikczemnie!Zaiste — gorszą byłoby to hańbąNiż ten upadek. — Odtąd z woli Boga —Oraz Istoty jego empirejskiej

Nie słabnie kara, lecz i duch nie słabnie!Więc, doświadczeniem ogromnem bogaci,Nie gorsi w mocy, w działaniu sprawniejsi,Możem z nadzieją pewniejszych wynikówDzielniej odnowić tę nieprzejednanąWieczystą wojnę z naszym wielkim Wrogiem,Co tryumfuje dzisiaj — i w weseluSam jeden włada nad niebieskim światem. —Tak mówił Anioł-potępieniec w smutku —Spokojny zewnątrz, lecz bólem rozdarty. —I wnet mu dumny towarzysz odrzecze:— O książę, władco tylu sił i tronów,Coś Serafinów prowadził do bojuPod swą chorągwią — i strasznemi czynyKróla niebiosów wyzwałeś zuchwaleI wystawiłeś na próbę potęgęTego, co posiadł najwyższe władanie!Zbyt dobrze widzę — ach, widzę ze zgrozą,Smutne wyniki rozbicia i klęski,Co pozbawiła nas nieba — i całePotężne wojsko strąciła tak nisko,Jak tylko boskość i esencya bożaPaść może nisko. — Duch i myśl zostająNiezwyciężone — lecz szczęśliwość naszaW ostatniej nędzy zniknęła na wieki. —Ale cóż będzie, jeśli nasz zwycięzca,(Którego iście muszę zwać Wszechmocnym,Skoro zwyciężył siły nasze równe)Siłę i męstwo całe nam zostawi,Byśmy tem sroższe znosili męczarnie,Któremi w zemście nas dotknąć zapragnie,Albo tem łacniej — jak jeńce wojenne —

Byśmy rozkazy jego wypełniali,W piekle — ogniowe czynili roboty,Lub w mrok otchłani szli z jego poselstwem? —Na cóż nam siła zda się, gdy jesteśmyTak poniżeni, a żeśmy wieczyści,Wieczystej kaźni musimy ulegać?Szybko mu na to Arcywróg odrzecze:— Nędzą jest słabość, upadły Serafie,Działać-li czy też cierpieć masz. — Lecz wierzaj,Nie nasz to urząd będzie czynić dobro —Zło czynić: ta nam rozkosz pozostanie,Bo zło niezgodne z tą wysoką wolą,Z którą walczymy. — Jeśli zaś OpatrznośćPrzez zło nas zechce prowadzić ku dobru,Toć i my możem iść ku złu przez dobro. —I nieraz zdarzyć się to może: nierazOn pożałuje, gdy ja mu popsowamZamysły woli jego najtajniejsze. —Lecz oto groźny zwycięzca przywołałSwych zauszników zemsty i pościguZa wrota niebios. — Grad siarki, co huczałBurzą za nami — zgasł. Ognista rzeka,Co wybuchnęła z szafirów przepaści,Ostygła — z naszym upadkiem. — CzerwonymBłyskawic ogniem pchany grom — z impetemBijący ku nam — spójrz — oto przestajeRyczeć w ogromnym, nieskończonym mroku —Więc korzystajmy, gdy zamikł na chwilęNaszego wroga gniew nienasycony. —Widzisz tę dziką i pustą równinę,Kraj rozpaczliwy — światła pozbawiony —A który błysk tych mogilnych płomieni

Jeszcze mroczniejszym robi? — Idźmy tamOd tej ognistej rzeki. — Jest to resztka —Więc jeśli resztka może być przystanią —Tam zbierzmy wici nasze rozproszoneI radźmy wspólnie — jak urągać Jemu —Albo też niebo stracone odzyskać?Jak mamy znosić tę straszliwą klęskę,Jakie w nadziei znaleść pokrzepienie,Lub jakie postanowienie w rozpaczy?Tak mówił Szatan najbliższemu z braci,Głowę nad fale unosząc i okiemKrwawem błyskając. Reszta jego ciałaW dal rozpostarta na fal ogniu — paręWłók sobą kryła. Iście nie tak wielcyCi, których ogrom stara baśń opiewa —Tytany, dzieci Ziemi, co z JowiszemToczyli wojny, jako BryareuszLub Tyfon, który zamieszkał pieczaręPod dawnym Tarsem, albo morski zwierz —Lewiatan — z istot, które stworzył Bóg —Najogromniejszy w oceanu falach.Ten, gdy śpi — nieraz na morzu NorwegiiSternik po nocy zbłąkanego statku —Sądząc go wyspą — jak mówią żeglarze —Kotwicę rzuca w jego pierś łuszczystąI odpoczywa — póki noc nie minieI nie nastąpi ranek upragniony.Tak w swym ogromie leżał syn ciemnościNa gorejącem jeziorze — w okowach:Onby nie podniósł głowy sam, lecz NieboPosępnych roków dało mu swobodę,By jego wiecznie odnawiane zbrodnie

Na jego własne wyszły potępienieI by, gdy roi tylko cudze klęski —Szalał, że z jego złości jedno płynieBlask miłosierdzia Bożego i łaska,I przebaczenie bez końca — dla ludzi,Których Wróg uwiódł; i tak cały ogieńZemsty samego trawi go i pali.Oto więc Szatan podniósł z krwawej faliSwą wielką postać! Dłońmi rozepchnięteW dwie strony, ognie — zagorzały dwojgiemSkrzydeł pożarnych, purpurowych łun,Czarną po środku zostawiwszy próżnię.Rozpostarł skrzydła — i wzwyż lot unosi,W ciemnem powietrzu zwolna się kołysze,Ciężarem swym je gniotąc. Wreszcie spadłNa stały ląd, jeżeli lądem jestTo, co goreje wiecznie ogniem stałym,Jako jezioro płonie ogniem płynnym;Ląd z barwy taki, jak tam, gdzie potęgaWichrów podziemnych oderwała szczytZ góry Peloru — lub gdzie się rozdarłyRyczącej Etny boki, której wnętrzaWrzących żywiołów pełne — rodzą ogień,Furyą metali wywołany, któryWichry wyzywa, w górę się unosi,A dno goreje wieczyście — pokryteDymem i swędem... Tu kierował krokWróg Wszechmocnego — a z nim szedł współszatan.Obaj się chełpią, że z Stygijskiej rzekiWyszli jak bogi, swoją własną mocą,A nie za wolą Najwyższej potęgi.— Toż jest kraina, toż ma być siedziba

Naszych przeznaczeń? (mówił duch wyklęty) —Maż nam ta ciemność niebieskie promienieZastąpić? Niechaj stanie się, Ten bowiem,Co teraz włada, czynić może wszystko,Co sądzi słusznem. Lepiej być zdalekaOd Tego, który był nam duchem równy,Ale nas złamał przemocą. Żegnajcie,Błogosławione światy. Chwała wam,O grozo piekieł i bezdenna głębioMroku wiecznego: oto przyjmij swegoNowego pana, gdyż on ci przynosiDucha, którego niepodległej mocyCzas ani miejsce przemienić nie może.Bo duch sam sobie jest miejscem — i w sobieSam z nieba piekło, niebo czyni z piekła.Cóż mi, gdzie jestem, gdym zawsze jednakiI wszystkim równy, prócz Tego, co gromemWiększy nademnie. Tutaj ostatecznieJesteśmy wolni. Zazdrosny JehowaNie będzie z nami walczył o posępnąTę ziemię, z której niema już wygnania.Tu zapanujem bezpiecznie. PanowaćChoć w piekle — wielka to waga. A lepiejW piekle panować, niźli służyć w niebie.Lecz czemu naszych opuszczać przyjaciół —I współżołnierzy i współpotępieńców,Leżących w czarnem zapomnienia morzu?Czemu nie wezwać ich, by razem z namiDzielili smutne siedlisko — lub raczejAby raz jeszcze, łącząc siły nasze,Spróbować w walce, czy możem coś jeszczeUzyskać w niebie, albo stracić w piekle?

Tak mówił Szatan, na co mu BelzebubW te słowa rzecze: Wodzu świetnych legij,Które Wszechmocny tylko mógł pokonać,Zagrzmij im tylko, a twój głos — potężnaTarcza ich w klęsce i trwodze, pochodniaW niebezpieczeństwie — sygnał nieomylnyW bojowym ogniu, natychmiast przebudziDawne ich męstwo, chociaż teraz leżąNędzni — bezsilni na płomiennej faliJak my niedawno — niedziw! ogłuszeniZ tak niezwyczajnej wyżyny upadkiem.Ledwie to wyrzekł, a najwyższy WrógNa gorejący ruszył brzeg. Więc puklerzW eterach kuty, ciężki, wielki, krągłyNa bark zarzucił; obszerne to kołoLśniło jak księżyc w pełni, gdy wieczoremPrzez szkło nań gwiaździarz spogląda toskańskiZ wyżyn Fiesole, albo z pól Valdarno —I oto widzi jakieś nowe ziemie,Rzeki i góry w plamach jego kuli.Najwyższa sosna z Skandynawskich gór,Dla największego okrętu — na masztZrąbana — lichą zdałaby się trzcinąPrzy jego włóczni, na której się wspieraDepcąc gorące kamienie. (InaczejChodził on w niebie). Wyschnięte powietrzeOgniem sklepione — ostry ból mu sprawia:On znosi wszystko cierpliwie, aż stanąłNad brzegiem fali ognistej — i wołałHufce swe, kształtem anioły, leżąceWłaśnie jak liście jesienne — zerwaneZ lasów Etruryi — i pokrywające

Toń Vallombrosy; podobnie się tocząTrzciny, gdy Oryon, zbrojny wiatrów rykiem,Wali o brzegi Czerwonego Morza,Co pochłonęło niegdyś BuzyrysaZ jego konnicą, gdy ta w nienawiściWędrowców z Goszen ścigała; zaś owi,Szczęśliwie brzegu drugiego dopadłszy,Widzieli trupy jej, płynące w morzu,I koła wozów jej strzaskane. TakTłum potępionych krwawą toń pokrywa,Zgnębiony treści swej anielskiej zmianą.Wołał więc Szatan, aż jaskinie piekiełEchem zabrzmiały: — Książęta, mocarze,Rycerze, niegdyś kwiat nieba, dziś groza!Może-li takie napaść odrętwienieNa duchy wieczne? Czyście wy wybraliSami to miejsce, by na niem swe męstwoUśpić — i równie miłem uznajecieSpać tu — jak w Niebios spaliście dolinach?Lub może chcecie w tej nędznej postawieUczcić zwycięzcę, który widzi terazSwoje anioły, jak toczą się w głębi,Tarcze i oręż rozrzuciwszy? Chcecież,By wielkorządcy jego uskrzydleniZ błękitów zeszli i na pogrążonychWe śnie napadli? lub by piorunamiJeszcze nas głębiej strącili w tę przepaść?Zbudźcie się — wstańcie — lub gińcie na wieki!Słyszą — i wstydem rumiani, uderząW skrzydła: podobnie straże snem ujęte,Na dźwięki głosu, który czczą, powstają —I nim wytrzeźwią się, spieszą do pracy.

Nie znali jeszcze swego pohańbienia,Jedynie nadmiar cierpień swoich czuli:Mimo to słowom monarchy posłuszna,Wstała ćma czartów. Tak syn AmramowyW dzień dla Egiptu fatalny — swą rózgąPotrząsłszy — chmurę wywołał szarańczy:Szedł z wiatrem wschodnim rój nieprzeliczony,Co się w bezbożnem Faraona państwieRozlał jak noc — i cały kraj zamroczył.Aż ruchem włóczni ich sułtan prześwietnyDrogę pokazał upadłym cherubom.Na ten znak wszyscy z jeziora wypłynąI na siarczany wszedłszy grunt — pokryliRówninę ciżbą, jakiej przeludnionaNie wyrzygnęła Północ, gdy z lodowejPiersi jej wyszły, by przez Ren i DunajNa południowy świat runąć potopem,Dzikie jej syny, co dosięgły słupówHerkulesowych i Libijskiej puszczy.Rychło z każdego hufca i szwadronuWystąpią wodze — i spieszą, gdzie stoiNadwojewoda; do bogów podobni,Nadludzkiej twarzy, książęta dostojni,Siedzieli niegdyś na tronach niebieskich,Lecz dziś imiona ich są zapomnianeW niebie na zawsze; od buntu albowiemZ księgi Żywota zostały wytarte. —Te zaś nazwiska, co na ziemi noszą,Później im Ewy nadali synowie,Kiedy po ziemi z dopustu bożegoNa pokuszenie ludzi — wędrowali,Kłamstwem i fałszem odrywając większość

Rodu ludzkiego, aby się wyrzekłaBoga i chwałę niewidzialną Tego,Który ich stworzył, zmieniła w ohydnąPostać bydlęcia, które pokłonamiCzcili — i w złoto stroili i w perły.Tak były czarty jako bogi czczone,A ludzie różne dali im nazwiska,A świat pogański stawiał im bałwany.Więc śpiewaj, Muzo, w jakim szły ordynkuOwe szatany? Kto pierwszy — ostatniZbudził się ze snu — w płomiennem jeziorze —Na głos monarchy? — stosownie do stopniaJak ładem poszli na ognistą równię,Gdy pomięszany tłum rósł jeszcze w dali?Ci byli pierwsi, co z głębiny PiekiełSzukając łupu na ziemi — przez wiekiStawiali trony swe przy tronie Boga,Ołtarze swoje przy Jego ołtarzach.Czciły je ludy, oni zaś Jehowie,Co na Syonie grzmiał śród Cherubinów,Wręcz urągali, nieraz w jego własnymNawet kościele budując posągiObrzydłe, sprośne; przeklętem zgorszeniemŚwiętości Jego i modły plamili,Naprzeciw światłu wylewając mroki.Pierwszy był Moloch, król ohydny, krwiąOfiar skalany ludzkich, łzami ojców,Chociaż piorunny huk trąb i cymbałówZagłuszał dzieci krzyk, na cześć bałwanaW ogień rzucanych; jemu AmmonitaCześć składał w Rabath — i na wodnej równiArgob i Basan aż po brzeg odległy

Amon; lecz potwór niezadowolonyW sąsiedztwo ruszył: najmędrszego z ludziZwiódł Salomona tak, że ów zbudowałŚwiątynię jego przy kościele BogaNa górze hańby i dał mu siedzibąRozkoszne gaje Hinnon, zwane odtądTophet i czarną Gehenną — kształt piekła.Postrach Moaba szedł za nim czart Khamos —W Aror i Nebo czczony — do AbarimPuszcz południowych; ogarnął HesebonI Heronaim — i królestwo SeonPo żyznej Sibmah pola winorodne —I Eleale do mórz Asfaltowych.Fegor — za drugie miał imię, gdy w SittimIzrael, brzegi Nilu opuściwszy,Modły bezwstydne począł mu zasyłać,Co synom Judy było źródłem nieszczęść.Lecz Khamos jeszcze szerzył swoją sprosnośćDo gór zepsucia: wzdłuż gajów MolochaCzłowiekobójcy, gdzie się poślubiłaNienawiść z zemstą — aż do dnia owego,Gdy święty Jozyasz rozbił ich ołtarze.Za nimi duchy szły, które od dawnejRzeki Eufratu po strumień dzielącyEgipt od Syryi — znane są z nazwiskaBaalim oraz Astarot; ci — samcy,Owe — samice; bo duchy, gdy zechcą,Wybierać mogą jednę z płci lub obie:Taką jest giętką ich czysta esencya,Członków ich żadne nie krępują ścięgna,Ciało na słabym nie tkwi kręgosłupie,Ni nędznych mięśniach, lecz jaki wybiorą

Kształt: wielki, drobny, świetlany czy ciemny,Chyżo spełniają swoje lotne żądzeI sycą miłość swoją lub nienawiść.Dla nich to nieraz Izrael opuszczałŻywą Potęgę; dla nich on unikałŚwiętych ołtarzy — i kornem bił czołemBydlęcym bogom: za co też z koleiPan zapominał Judy — i na łaskęDawał go wrogom. Więc w orszaku licznymSzła Astarot, nazwana od FenicyanAstarte — niebios krasopani — rógPółksiężycowy na czole nosząca.Sydońskie panny śpiewały jej hymny,Czcił ją i Syon, kiedy mu świątynięNa nieprawości górze wybudowałKról wielożenny, którego duch mądry,Oczarowany miłością poganek,Upadł w pogaństwo. Dalej kroczył Tammuz:Co rok się w Liban jego rana wznawia,Dziewice Syryi przez cały dzień letni,Opłakują go w tęsknicy miłosnej,Kiedy z rodzinnej skały swej AdonisCzerwono w morze płynie, malowanyKrwią z ran Tammuza. Owa baśń miłosnaCóry Syonu zaraziła słabe.Nieczysty obłęd ich u świętych wrótGromił Ezechiel, gdy w natchnieniu bożemWzrok jego patrzał w bałwochwalcze mrokiObłąkanego Judy. — Dalej ówSzedł, co zapłakał, gdy więziona arkaNieociosany kształt jego rozbiła,Poczem w bożnicy zrąbała mu własnej

Ręce i nogi, że padł u jej wrótNa wstyd i hańbę swych własnych czcicieli.Dagon — miał imię; morski potwór, człowiekNa pół, pół-ryba; miał kościół wysokiWybudowany w Azoh, groźny wokółDla Palestyny całej, w Gat, w AskalonI na granicach Akkaron i Ghazy.Za nim szedł Rimmon, który umiłowałPiękny Damaszek — i brzeg urodzajnyAbban i Farfar — przeźroczych potoków.I on też walki toczył z domem BogaI gdy nim wzgardził uleczony z trąduKról, wtedy Achaz zwycięzca bezmyślnySam zburzył pański ołtarz — by natomiastOłtarz syryjski uczcić, gdzie ofiarySkładał bezecne — i sam czcił te bóstwa,Co sam zwyciężył. — Za nim się ukazałTłum wielki bogów, później wysławionych:Ozyrys, Izys, Horus i ich orszak;Potworną gębą i czarami — oniOpanowali Egipt z jego księżą.A ta szukała dzikich bóstw w zwierzęcejRaczej niż ludzkiej postaci. IzraelUległ tej dżumie; pożyczone złotoNa cielca w Horeb przelał; król opornyTen grzech podwoił później w Dan i Betel,Kształt byka łącząc z jego Stworzycielem —Jehową, którą w jedną noc wędrującPrzez Egipt — jednem zgładził uderzeniemWszech pierworodnych i ryczące bogi.W końcu szedł Belial, nad którego żadenNie był sprośniejszy duch, żaden oddańszy

Złu dla samego zła. Nie miał świątyni,Nie miał ołtarzy dymnych, a kto częściejŚwiątynię kala niż on, gdy się kapłanStaje bezbożny, jak syny Elego,Co napełnili grzechem izby Pana?On też na dworach i na zamkach włada,W grodach rozpustnych, gdzie grzech i nieprawośćPrzez najdumniejszy mur tajnie przenikaZ krzywdą i fałszem, a gdy na uliceZejdzie noc, wtedy Belialowe synyBłądzą, pijane winem i zuchwalstwem:Świadkiem ulice Sodomy — i owaNoc w Gibeh, kiedy gościnność matronę,By zła większego uniknąć — oddała.Ci byli pierwsi w mocy i znaczeniu.Reszta zbyt liczna, bym mógł wypowiedzieć:Więc bogi jońskie, których syn JawanaCzcił; przedtem jednak czcił Niebo i Ziemię,Rodziców tłumu bóstw. Tytan — najpierwszySyn nieba z rasą olbrzymów; Saturnus,Brat młodszy wydarł mu prawo starszeństwa;Tego zaś strącił z nieba Zeus silniejszy,Syn jego własny, urodzony z Rhei.Tak zapanował Jowisz uzurpator:Naprzód go Kreta wyznawała z Idą,Stąd na śnieżyste wszedł Olimpu szczytyI zakrólował w pośrednim eterze —Najwyższem niebie swem; na uściech Delf,W Dodonie, oraz na Doryckich górachZawładnął; inny ze starym SaturnemPrzez Adryę ruszył — na pola HesperyiI przez Celtykę sięgnął wysp najdalszych.

Ci więc, a z nimi gęsta czerń, bez ładuSzła z okiem martwem; jednak w ich źrenicyŚlizga się ciemny błysk radości, przetoŻe wódz ich męstwem dyszy — nie rozpacza;Że nie są sami sobie zostawieni.Odgadł ich myśli szatan — i choć smutny,Złagodził twarz swą, lecz wrodzoną dumąWnet czoło pokrył — i szczególną mowąStarał się zbudzić męstwo przygnębionych.Przy trąb i bębnów huku rozwiniętoJego potężną chorągiew. ChorążymAzrael w niebie był przed swym upadkiem.Więc dziś tu sztandar rozwinął królewski,Co jak meteor bujał się w powietrzu,Bogato strojny w złoty haft i perły,W broń i trofea cherubów; tymczasemRozgłośna trąba grzmiała pieśń marsową,Na co tłum duchów przeklętych odegrzmiałWyciem, co w głębie Tartaru przenikłoI sięgło królestw Nocy i Chaosu.I wnet w powietrzu zapurpurowionemDziesięć tysięcy zabłysło chorągwi,Jutrzenki barwą gorejących. ZiemiaLasem się włóczni najeżyła; hełmyZaiskrzyły się; zapłonęły tarczeJak błyskawice — i ruszyła naprzódFalanga piekieł — przy dźwięku muzykiDoryckiej modły. Muzyka ta niegdyśNieciła męstwo w dawnych bohaterach,Na bój idących; budząc w nich nie szał,Lecz równość ducha, wigor niewzruszonyNa grozę śmierci, trwodze nieprzystępny.

Pieśń ta potężna uroczystym dźwiękiemBurzy myślowej wir uspakajała.Strach znikał przed nią, smutek, żal, zwątpienie —Z dusz nieśmiertelnych i śmiertelnych.TakStanowczym krokiem — szły związane w kołoNieme szatany przy dźwięku piszczałek,Które swym czarem tłumiły cierpienie —Wyzwane ciągłem kroczeniem po ogniu. —Szli ustawieni w szeregi; ich frontStrasznej był miary; ich włócznie i tarczeLśniły jak ogień; i oto stanęliCzekając, co im powie król ich. ÓwPo przez szeregi — doświadczone okoLotem przesuwa i w tych groźnych pułkachCzyta stanowczą moc z tych boskich twarzyI z tych postaci do bogów podobnych.Liczbą ich ćma! Więc oto duch szatanaPychą nadęty — w buncie zatwardziały —Sile swej dufa; bo w ludzkiej pamięciNie masz-ci armii tak mnogiej, jak ta!Przy nichby każde wojsko było śmiesznem,Jak te pigmeje, co niegdyś walczyłyPrzeciw żórawiom; nie masz, choćbyś złączyłOlbrzymów Flegry i łud bohaterski,Co pod Tebami walczył i Ilionem —I bogów, którzy biegli im z pomocą;I, których powieść sławi romantyczna,Zebranych niegdyś przy synu Uthera,Brytanii i Armoryki rycerzy —I tych też wszystkich chrześcian i niewiernych,Którzy swym mieczem Aspramont wsławili,

Montealbano, Damaszek, MarokkoI Trebizondę — i tych, co z Bizerty —Z Afryki wyszli przeciw Karlomana,Który miał ujrzeć grób swych paladynówPod Fontarabią. — Tak owi rycerzeŚmiertelne moce przerastali; jednakNiżsi od wodza; ten nad pozostałychWyższy postawą i znaczniejszy wzrostemStał jako wieża; jeszcze on nie straciłSwojej jasności pierwotnej; lśnił jeszczeJako archanioł upadły, któregoChwała nadmierna zciemniła. O świcieWschodzące słońce, mgłą osnute szarą.Tak właśnie świeci; lub tarczą księżycaOkryte — mrokiem oblewa połowęLudów — i zaćmień grozą trwogę buntuBudzi w monarchach. Podobnie półmrocznyŚwieci nad innych Archanioł. Twarz jegoW brózdy głębokie od piorunów zryta;Troską mu płoną zapadłe jagody,Lecz czoło męstwem i pychą jaśnieje,Jak wróżba zemsty. Oko choć okrutneWspółczuciem drga i żalem, gdy obaczyTych, co z nim poszli, raczej za nim poszli,Co niegdyś byli śród błogosławionych,A dziś upadli są i poniżeni.Miliony duchów przez błąd jego z niebaWygnane, z wiecznej wyparte światłości —Za jego bunt, lecz zawsze mu są wierne,Choć zgasł ich blask; tak gdy niebieski gromUderzy w sosnę górską albo w dąb —Te półspalonym swoim pniem tkwią jeszcze

W spalonym gruncie. Szatan daje znak,Że chce przemówić; ścieśnione szeregiZwijają skrzydła; kołem go otocząI z niemą króla słuchają uwagą.Trzykroć zaczynał i trzykroć wbrew dumieŁzy, łzy, jakiemi płaczą aniołowie,Mowę mu rwały; aż nakoniec otoPrzemówił — słowa z westchnieniami łącząc.— O hufce duchów nieśmiertelnych! MoceNiezwyciężone, którym Bóg jedynieRówny — nie hańbą był nasz bój — wierzajcie —Choć jej wypadek jest dla nas fatalny,Jak świadczą zgliszcza te i ta przemianaStraszna dla oczu! Lecz jakaż moc duchaDarem proroczym bogata, świadomaPrzeszłych i przyszłych dni — by przewidziała,Że takie bogi — jako my — zrzeszoneW jedną potęgę — ulegną Jehowie?A kto rzec może, że po klęsce jeszczeTe mężne hufy, co wygnane z niebaWyludniły je — nigdy już nie wstaną,By na rodzinne powrócić błękity?O duchy, wy mi przynajmniej poświadczcie,Że zmiana żadna uczuć, myśli, rzeczy,I żadna trwoga klęski — nie zniweczyNaszych nadziei. Ale ten, co władaJako niebiosów Pan — siedział bezpiecznieNa swoim tronie; wiara go odwieczna,Zgoda powszechna, zwyczał utrzymywał:Przecie nam tylko blaski swe objawiał,A krył przed nami istotną potęgę!Klęsk naszych źródło w tej niewiadomości,

Lecz teraz znamy moc jego i naszą.Nie my rozpoczniem bój — lecz nie pobledniem,Gdy on nas wyzwie. Toć nam pozostałoNie mało tajnych sił; sztuką, fortelemSpełnim, gdy przemoc chybiła. I OnZ potęgi naszej pozna, że złamanyWróg do połowy tylko jest złamany.Przestrzeń ma nowy świat wyłonić. WieśćPłynie po niebie, że Bóg chce już zdawnaZbudować Ziemię — i osadzić na niejPlemię, na które spłynie nie mniej łask,Jako spłynęło na syny niebieskie.Świat ów, gdy poznać go zechcem, być możeOśrodkiem nowych naszych postanowień:Boć w tej otchłani piekieł nie na zawszeDuchy niebieskie zamknięto; nie zawszeMa ich pożerać mrok. Ale te myśliPowszechny sejm rozważy... Precz z pokojem!Precz mi z pokorą! Wojna — wojna — wojna:Skryta lub jawna. Tak niechaj się stanie!Rzekł — i na poklask jego słów, zabłysłoMilion ognistych mieczów, podniesionychDłońmi Cherubów — i płomienny blaskRozświecił piekło. Gromkiemi okrzykiBluźnili Bogu — i chrzęstem oręża,Bijąc mieczami w puklerze i wyliDzikiem wyzwaniem ku sklepieniu nieba.Była w pobliżu góra, której szczytDymy i ognie rzygał, a zaś resztaŻółtawo lśniła — niewątpliwy znak,Że w łonie góry ukrywa się złoto —Ów pomiot siarki; chyżo tu na skrzydłach

Popłynął liczny huf: tak pionierzy,Zbrojni w łopaty i dźwignie — na przedzieKrólewskiej armii spieszą, by wyrównaćDrogi — i wały stawiać. Wódz ich MammonProwadzi, duch najbardziej pełzającyŚród potępionych; gdyż nawet w niebiosachWzrok i myśl jego szły w dół — bardziej wielbiącZłotem wybite gościńce niebiosówNiż to, co święte i boże w widzeniuBłogosławionych światów. Za nim ludzieNajpierwej żądzą jego zarażeniRyć jęli łono — i bezbożną rękąRozdzierać wnętrza swojej matki ziemiDla skarbów w niej ukrytych. Lud roboczyMammona — wielki wyrył otwór w górzeI ogrom złota wyjął. Nie dziwota,Że w piekle złoto się mieści. Ten światNajbardziej godzien tej cennej trucizny.Wy, co śmiertelne podziwiacie twory,Babel — i królów egipskich pomniki,Wiedzcie, że nawet dzieła najdumniejszeIch siły, sztuki i chwały — są błaheWobec dzieł duchów, co w godzinie robiąTo, co wiekami budowali tamciRąk niezliczonych pracą niepomierną.Obok na równi — w licznych zagłębieniach,Pod którą żyły drżą ognia płynnegoWrząc od jeziora — drugi tłum roboczySztuką przedziwną masy złota lałI z najdrobniejszych pyłów je oczyszczał.Inni nakoniec układali w ziemiPrzeróżne formy; z kipiących otworów

Sztucznie splecione toczyło się złotoA tak w organie wiatr jednym powiewemDźwięk różny z różnych wydobywa rurek.Tak wyszła z ziemi olbrzymia budowla,Jak z trybularza dym — przy słodkim dźwiękuZdumiewającej, uroczej symfonii;Świątynia kształtem — na słupach opartaI na doryckiej roboty pilastrach —Złoty architraw górny nosił fryzy,Wypukłorzeźbą zdobne, a na szczycieZłoty, rzeźbiony dach. Nigdy BabilonNi Alkairo nie były tak wielkieW swych cudach — w Bela, w Izydy kościołach,Ani w królewskich zamkach marmurowych,Kiedy Assyrya walczyła z EgiptemO chwałę zbytku. Wyniosła budowlaStała potężnie. W tem wrota spiżoweNaraz otwarto; odsłonięte wnętrzeW całym ogromie zalśniło; podłogaGładko się słała; z sklepieniowych arkadCzarem subtelnym zwieszały się liczneLampy i złote pochodnie; asfaltemPłonąc i naftą — rozlewały blaskGwiazdom podobny. W zachwycie — podziwieTłum szedł do środka; ci sławią budowlę,Ci budownika. Znanym był on w niebie,Gdzie wiele takich już postawił wieżyc,Które aniołom były za siedzibę,Jako książętom. Tym dał je najwyższyPodług znaczenia — i udzielił rządówKażdemu podług hierarchii niebieskiej. —Nie było obcem imię budownika

W dawnej Helladzie. U ludów AuzoniiZwał się Mulciber — a jako spadł z nieba,Opowiadają, że raz gniewny JowiszZa empirejskie wały go wyrzucił.Ów przez dzień cały z rana do południaPo wieczór spadał — i spadł o zachodzieZ zenitu niby gwiazda; spadł na Lemnos,Wyspę Egejską; lecz to baśń kłamliwa,Już dawno przedtem z wojskiem zbuntowanemZleciał w otchłanie; na nic mu się zdałyStawiane w niebie wieżyce; z czeladziąI machinami strącono go z wyżyn,Ażeby odtąd już budował w piekle.Tymczasem gońce skrzydlate — na rozkazSzatana — czarnym duchom — uroczyściePrzy dźwięku trąb i bębnów obwieszczająSejm uroczysty, który się odbywaćMa w Pandemonium, stolicy SzatanaI jego książąt. Wnet na to wezwanieZ każdego pułku i hufca wybranoNajbardziej znacznych; ci natychmiast rusząZ orszaki swymi tam, gdzie ma być wiec.Ciasno u wszystkich było wejść. Galerye,Bramy, a zwłaszcza Izba Pandemonium(Rzekłbyś równina ludna, gdzie rycerzeKonno a zbrojno kroczą przed sułtanemI wyzywają najdzielniejszych z poganNa bój śmiertelny lub złamanie włóczni)Zapełniły się. Ziemia i powietrzeZagrały skrzydeł szelestem. Tak pszczołyNa wiosnę, kiedy słońce wchodzi w Byka,Ludną swą młodzież wywodzą rojami,

Po świeżej rosie i barwistych kwiatachLatają wkoło — albo na dziedzińcuSwej cytadeli zszedłszy się słomianej,Nowym balsamem wonnej — ważą sprawySwej republiki; tak też się cisnęłaArmia powietrzna. Wtem na dany znakCud się stał! Owi, którzy dotąd wzrostemOlbrzymów ziemi przewyższali, narazOd karłów mniejsi są — i w małej IzbieMilionanmi się mieszczą jak pigmejeZ poza indyjskich gór; albo jak elfy,Które u leśnych źródeł o północyDostrzega wieśniak zbłąkany, lub roi,Że je dostrzega; i gdy nad nim księżycZwiesza się senny i na ziemię chyliBlade promienie — one tańcem zwinnymI słodką pieśnią czarują mu zmysłyI w sercu razem budzą strach i rozkosz.Tak niecielesne duchy swą olbrzymiośćZmieniły w punkty — i, choć niezliczeni,Luźno się czuli na drobnej przestrzeniIzby piekielnej. Ale zdala od nich —W rozmiarach własnych — sam Arcywróg orazKróle Cherubów i króle SerafówW tajemnej sali mieli wiec tajemny:Tysiąc półbogów na złocistych tronach —Tłum najznaczniejszych. Po krótkiem milczeniuDano wezwanie i radę zaczęto.

Comments

Loading comments…