Rozdział drugi

Przez następne pół godziny Almayer, który chciał zostawić Joannie dość czasu, potykał się wśród rupieci w odległych częściach obejścia, skradał się wzdłuż płotów lub wstrzymywał oddech, rozpłaszczony na plecionych z trawy ścianach różnych przybudówek — a wszystko to żeby ujść przed Alim, który go poszukiwał z gorliwością nie na miejscu. Almayer słyszał jak Ali rozmawiał z głównym stróżem — czasem bardzo blisko w ciemnościach — jak odchodził i znów wracał, dziwiąc się, a wreszcie zaczynając się niepokoić. — Chyba nie wpadł do rzeki? Gadajże, ty ślepy stróżu! — burczał Ali ze złością do drugiego Malaja. — Kazał mi sprowadzić Mahmata, a kiedy wróciłem prędko, nie znalazłem go w domu. Jest tam ta kobieta z plemienia Sirani, więc Mahmat nic ukraść nie może, ale tak mi się coś zdaje, że pół nocy upłynie zanim pójdę spać. Krzyknął: — Panie! O panie! O pa... — Czego tak wrzeszczysz? — rzekł Almayer, ukazując się tuż przy nich. Obaj Malaje odskoczyli od siebie w zdumieniu. — Możesz odejść. Już nie będę ciebie potrzebował — ciągnął Almayer. — Czy jest Mahmat? — Może znudziło się już czekać temu gburowatemu dzikusowi. Ci ludzie nie wiedzą co to grzeczność. Biali nie powinni się do nich odzywać — rzekł Ali z urazą. Almayer skierował się ku domowi, zostawiając swych Malajów pogrążonych w zdumieniu; nie mogli zrozumieć skąd pan wyłonił się tak niespodzianie. Stróż napomknął coś niejasno, że pan umie się stać niewidzialny i że często w nocy... Ali przerwał mu z wielką pogardą. Nie wszyscy biali mają tę siłę. Naprzykład Radża Laut umie się stać niewidzialny. Umie także być jednocześnie w dwóch miejscach, o czem każdemu wiadomo; każdemu prócz niego — niemrawego stróża — który wie o białych ludziach tyle co dziki wieprz. Ya wa! I Ali powlókł się w stronę swej chaty, głośno ziewając. Wchodząc po schodach, Almayer usłyszał trzaśnięcie drzwiami, a gdy znalazł się na werandzie, zobaczył tylko Mahmata blisko wejścia na korytarz. Mahmat wyglądał, jakby go przyłapano w chwili gdy zamierzał się wymknąć; Almayer zauważył to z zadawoleniemzadowoleniem. Ujrzawszy białego, Mahmat zmienił zamiar i oparł się o ścianę. Był to krępy, tęgi, barczysty mężczyzna o bardzo ciemnej skórze i szerokich ustach zabarwionych jaskrawą czerwienią; gdy mówił, widać było zwarty rząd czarnych, błyszczących zębów. Oczy miał wielkie, wypukłe, marzące i niespokojne. Rzekł posępnie, rozglądając się z podełba — — Biały tuanie, jesteś wielki i silny, a ja jestem biedak. Powiedz jaka jest twoja wola, i pozwól mi odejść w imię Boga. Już późno. Almayer przypatrywał mu się w zamyśleniu. Jakby się tu przekonać, czy... Aha, już wie! Niedawno używał tego człowieka i dwóch jego braci jako przygodnych wioślarzy dla przewożenia zapasów, żywności i nowych siekier do obozu robotników wycinających rattany, obozu położonego nieco wyżej nad rzeką. Wyprawa taka trwała trzy dni. Almayer wiedział już jak wypróbować Mahmata. Powiedział niedbale — — Chcę abyście wyruszyli zaraz do obozu i zawieźli surat do Kawitana. Dolara za dzień. Mahmat niby to zaczął się tępo namyślać, ale Almayer, który znał swoich Malajów, osądził z jego wyglądu że nic go nie zmusi do pojechania. Zaczął nalegać — — To ważna sprawa, a jeśli zajedziecie tam szybko, dam dwa dolary za ostatni dzień. — Nie, tuanie. Nie pojedziemy — rzekł Mahmat chrapliwym szeptem. — Dlaczego? — Jedziemy już gdzieindziej. — Dokąd? — Do takiego jednego miejsca — rzekł Mahmat trochę głośniej z uporem, patrząc w ziemię. Almayer uczuł bezgraniczną radość. Rzekł, udając rozdrażnienie — — Mieszkacie w moim domu, jak gdyby do was należał. Może będę potrzebował go wkrótce. Mahmat podniósł oczy na Almayera. — Jesteśmy ludźmi morza i nie dbamy o dach nad głową, byleśmy mieli czółno, gdzie we trzech się pomieścimy i wiosło w ręku. Pokój tobie, tuanie. Odwrócił się i odszedł prędko; Almayer usłyszał zaraz potem, jak wołał z dziedzińca na stróża aby otworzył mu bramę. Mahmat minął bramę w milczeniu, ale nim ją zaryglowano, postanowił że gdyby biały człowiek chciał kiedy wyrugować go z chaty, spali ją a także wszystkie inne budynki, do których zdoła bezpiecznie się dobrać. I zaczął nawoływać braci, zbliżając się do zrujnowanego szałasu. — Świetnie! — mruknął pod nosem Almayer, wyjmując trochę jawajskiego tytoniu z szuflady w stole. — Gdyby teraz coś się wydało, jestem w porządku. Żądałem od tego człowieka żeby pojechał w górę rzeki. Nalegałem. Przyzna to sam. Doskonale. Zaczął napychać porcelanową fajkę o długim wiśniowym cybuchu i wygiętym ustniku, ugniatając tytoń wielkim palcem i myśląc: „Nie. Więcej już jej nie zobaczę. Nie chcę. Puszczę ją dobry kawał naprzód, a potem rozpocznę pościg i wyślę łódź po ojca. Tak będzie najlepiejnajlepiej“. Zbliżył się do drzwi biura i rzekł, wyjmując fajkę z ust — — Szczęść Boże pani. Proszę nie tracić czasu. Może pani przejść przez zarośla; tam płot jest zepsuty. Niech pani się śpieszy. Proszę nie zapominać że tu chodzi o... życie lub śmierć. I niech pani pamięta że ja nie wiem o niczem. Ufam pani. Usłyszał wewnątrz pokoju jakby stuk opadającego wieka od skrzyni. Joanna uczyniła kilka kroków. Rozległo się westchnienie, głębokie, długie, a potem kilka słów, których nie zrozumiał. Oddalił się ode drzwi na palcach, kopnął pantofle w róg werandy i wszedł na korytarz, pykając z fajki; stąpał ostrożnie po lekko skrzypiących deskach i zwrócił się w lewo ku wejściu zasłoniętemu firanką. Był tam obszerny pokój. Na podłodze niewielka lampka od kompasu — dostała się tu przed laty z rupieciarni Błyskawicy — paliła się, zastępując nocną lampę. Światełko jej błyszczało ponuro wśród ciemności. Almayer podszedł do lampki, podniósł ją i rozjaśnił płomień, wyciągnąwszy knot palcami, któremi zaraz potem strzepnął, krzywiąc się z bólu. Śpiące postacie, nakryte z głową białemi prześcieradłami, leżały wkoło na matach. W środku pokoju niewielka kołyska pod białą czworokątną siatką od moskitów — jedyny mebel w tych czterech ścianach — wyglądała jak przejrzysty marmurowy ołtarz w posępnej świątyni. Kobieta wpół leżąca na podłodze, z głową opartą o ramiona skrzyżowane na podstawie kołyski, obudziła się gdy Almayer przestąpił przez wyciągnięte jej nogi. Siadła bez słowa, pochyliła się naprzód i objęła rękami kolana, wpatrując się w podłogę smutnym, sennym wzrokiem. Almayer stał przed zasłoniętą kołyską z dymiącem światłem w jednej ręce a fajką w drugiej, przyglądając się córeczce — malutkiej Ninie — tej części jego samego, tej drobnej i nieświadomej cząstce ludzkości, cząstce w której zawarła się niejako cała jego dusza. I poczuł że ogarnia go jasna, ciepła fala czułości wielkiej jak świat, cenniejszej od życia; uczucie jedynie istotne, żywe, słodkie, uchwytne, piękne i bezpieczne wśród przemijających, wynaturzonych, groźnych cieniów istnienia. Twarz Almayera, oświetlona niewyraźnie przez krótki, żółty płomień lampki, przybrała wyraz skupionego zachwytu: patrzył w przyszłość córeczki. A czego tam nie było! Cudowne, wspaniałe wizje przesuwały się przed nim, roztaczając czarodziejstwo przepysznych obrazów — wydarzeń świetnych, szczęśliwych, pełnych niezrównanej chwały, z których będzie się składało jej życie. On to sprawi! On tego dokona! Dla niej — dla tego dziecka. I gdy tak stał wśród cichej nocy, zatopiony w czarownych marzeniach o przyszłej świetności, cienkie nici tytoniowego dymu rozpostarły się nikłą niebieskawą chmurą nad jego głową; wyglądał jak pobożny wyznawca, mistyk zatopiony w ekstazie, wielbiący, oniemiały, porwany zachwytem — mistyk, który pali kadzidło przed ołtarzem dziecięcego bożka o zamkniętych oczach; przed czystym ołtarzem z mgły, ołtarzem małego bóstwa — co śpi, wątłe, bezsilne, nieświadome niczego. Gdy Ali, obudzony przez głośny krzyk powtarzający raz po raz jego imię, wypadł, potykając się, z chaty, ujrzał wąską pręgę drżącego złota nad lasem i blade niebo o wyblakłych gwiazdach: oznaki zbliżającego się dnia. Jego pan stał przed drzwiami, powiewając kartką papieru i wołał wzburzony: „Prędko, Ali, prędko!“ Ujrzawszy Malaja, Almayer rzucił się ku niemu i wcisnął mu kartkę do ręki, rozkazując gniewnym tonem (Ali pomyślał że stało się coś okropnego), aby Ali w mig przygotował wielką łódź do podróży — natychmiast, natychmiast — i wyruszył po kapitana Lingarda. Podniecony Ali zaczął perswadować, zaraziwszy się obłędnym pośpiechem Almayera: — Jeśli prędko jechać, lepsze czółno. Wielka łódź nie dogoni, taksamo jak małe czółenko. — Nie! Nie! Weźmiesz wielką łódź! Ty bałwanie! Ty nędzniku! — ryknął Almayer, zupełnie jakby zwarjował. — Wołaj ludzi, prędko. Leć! Ali zaczął biegać po podwórzu; otwierał kopnięciem drzwi chat i wsadzał głowę do środka, wrzeszcząc straszliwie; w miarę jak przelatywał od chaty do chaty, wychodzili zaspani, dygocący ludzie i gapili się na niego, skrobiąc się po żebrach w apatycznem oszołomieniu. Bardzo było trudno wprawić ich w ruch. Minęła dobra chwila nim przestali przeciągać się i dygotać. Kilku z nich chciało coś zjeść. Jeden oświadczył że jest chory. Nikt nie wiedział gdzie się ster zawieruszył. Ali latał na wszystkie strony, rozkazując, lżąc, popychając to jednego, to drugiego, i zatrzymując się niekiedy aby załamać prędko ręce i jęknąć, ponieważ wielka łódź była znacznie mniej szybka od najgorszego z czółen, a pan nie chciał wcale słuchać jego perswazyj. Almayer zobaczył nareszcie że łódź rusza; ludzie wiosłowali niedbale, zziębnięci, głodni, nadąsani. Stał na pomoście i śledził jak płynęli w dół rzeki. Był wówczas już jasny dzień i na niebie nie dostrzegało się najmniejszej chmurki. Almayer poszedł na chwilę do siebie. Wśród jego domowników panował rozruch; wszystkich zdumiało dziwne zniknięcie kobiety z plemienia Sirani, która zabrała dziecko i zostawiła rzeczy. Almayer nie odezwał się do nikogo, zabrał rewolwer i wrócił nad rzekę. Wskoczył do małego czółenka i sam zaczął wiosłować, kierując się w stronę szkunera. Posuwał się bardzo wolno, ale gdy dotarł do szkunera i zaczął obwoływać cichy statek, przybrał ton i wygląd człowieka, który śpieszy się bez pamięci. — Hej tam na szkunerze! Hej na szkunerze! — krzyczał. Szereg obojętnych twarzy pojawił się nad nadburciem. Po chwili jeden z Malajów, człowiek o wełnistej czuprynie, rzekł: — Tuanie! — Wołajcie oficera, oficera! Wołaj go, stewardzie! — rzekł Almayer w podnieceniu, chwytając gwałtownie rzuconą przez kogoś linę. Nim upłynęła minuta, wychylił głowę porucznik. Spytał, zaskoczony — — Czem mogę panu służyć, panie Almayer? — Niech pan zaraz spuści gik, panie Swan — natychmiast. Proszę o to w imieniu kapitana Lingarda. Potrzebuję koniecznie gika. To kwestja życia lub śmierci. Wzburzenie Almayera podziałało silnie na porucznika. — Dobrze, proszę pana. Obsada do łodzi! Serangu, pomóżcie tam!... Gik wisi na rufie. Niech pan siada do gika, — rzekł, spoglądając w dół na Almayera. — Ludzie zejdą po linie. Przez ten czas Almayer wgramolił się na tylną ławkę, czterech kalaszów było już w giku, a wiosła podawano przez barjerę na rufie. Porucznik przyglądał się. Nagle rzekł — — Czy to coś niebezpiecznego? Może pan potrzebuje pomocy? Pojechałbym z panem... — Tak, tak! — zawołał Almayer. — Niech pan się zabiera. Proszę się śpieszyć. Niech pan weźmie rewolwer. Prędko! Prędko! Lecz mimo gorączkowego pośpiechu rozparł się w giku ze spokojem i siedział obojętnie, póki oficer nie dostał się do łódki i nie umieścił się obok niego, przeszedłszy po ławkach. Wówczas Almayer jakby obudził się i zawołał — — Puszczajcie — puszczajcie linę! — Linę puść — linę! — wrzasnął dziobowy, szarpiąc nią. Ludzie na pokładzie krzyczeli również: „Linę puść!“ aż wreszcie ktoś się domyślił że trzeba linę odrzucić i łódź odsunęła się szybko od statku wśród zapadłego nagle milczenia. Almayer sterował. Porucznik siedział u jego boku, wsuwając naboje do komór rewolweru. Po nabiciu broni zapytał: — Co się stało? Czy pan kogo ściga? — Tak — odrzekł krótko Almayer z oczami utkwionemi w rzece. — Musimy schwytać niebezpiecznego człowieka. — Lubię takie polowanko — oświadczył porucznik, lecz zniechęcony surowym i zamyślonym wyglądem Almayera, nic więcej nie powiedział. Minęła prawie godzina. Kalasze to pochylali się naprzód, to kładli się na plecach twarzą do nieba, kołysząc się miarowo i pędząc wiosłami łódź, która śmigała po wodzie; dwaj biali siedzieli wyprostowani na tylnej ławce, chwiejąc się zlekka pod rytm silnych uderzeń długich wioseł. — Na szczęście jest odpływ — zauważył oficer. — Prąd zawsze płynie w dół na tej rzece — rzekł Almayer. — Tak, wiem — odparł tamten — ale płynie szybciej z odpływem. Niech pan spojrzy na brzeg, zobaczy pan jak szybko się posuwamy! Ten prąd ma chyba jakie pięć węzłów. — Hm! — mruknął Almayer. Potem rzekł nagle: — Tam jest między dwiema wyspami przesmyk, który oszczędzi nam cztery mile. Przy niskiej wodzie te dwie wyspy wyglądają o suchej porze roku jak jedna, z błotnistym rowem pośrodku. Ale warto spróbować. — To trudna sprawa ze względu na odpływ — rzekł chłodno porucznik. — Pan wie najlepiej, czy zdążymy tamtędy się przedostać. — Spróbujemy — rzekł Almayer, śledząc bacznie wybrzeże. — Uważać tam! Pociągnął mocno prawostronną linkę steru. — Wciągnij wiosła! — krzyknął porucznik. Łódź obróciła się i weszła w wąski otwór przesmyka, który rozszerzył się nim zdążyli stracić szybkość. — Wiosłuj!... Dość tu miejsca — mruknął porucznik. Był to ponury przesmyk o czarnej wodzie usianej złotem rozproszonych promieni przesianych przez konary, co się spotykały górą, tworząc wyniosłe, ruchliwe sklepienie; ciche, drżące szepty błądziły wysoko wśród zwartego listowia. Pnącza pięły się po rosnących gęsto drzewach pochylonych nad wodą, drzewach które stały jakby niepewnie, podmyte przez prąd wyżerający ziemię z pod korzeni. W tym jadowitym, okrutnym mroku zamierały rośliny, tęskniąc napróżno za słońcem; ostry, cierpki zapach zbutwiałych liści i kwiatów rzekłbyś przygniatał wodę, połyskliwą, nieruchomą, wijącą się kręto wśród wiecznego, nieubłaganego cienia. Almayer wydawał się niespokojny. Sterował źle. Kilka razy pióra wioseł zaczepiały o krzaki to z jednej, to z drugiej strony, zatrzymując łódź w biegu. Kiedy tak raz przystanęli, wyplątując się z gąszczu, jeden z kalaszów rzekł coś szybko do drugich pocichu. Spojrzeli na wodę. Porucznik także. — Patrzajcież! — wykrzyknął. — No, panie Almayer! Niech pan spojrzy! Woda ucieka. Widzi pan? Ugrzęźniemy. — Zawracać! Zawracać! musimy zawrócić! — wołał Almayer. — Może lepiej płynąć dalej? — Nie; wracamy! wracamy! Pociągnął za linę steru i wpędził dziób łódki na brzeg. Stracono znowu trochę czasu na zepchnięcie jej. — Prędzej, chłopcy! prędzej! — popędzał niespokojnie porucznik. Ludzie wiosłowali, zacisnąwszy wargi i rozdąwszy nozdrza, ciężko dysząc. — Zapóźno — rzekł nagle porucznik. — Wiosła dotykają dna. Przepadło. Łódź uwięzła. Ludzie wyciągnęli wiosła i siedzieli zdyszani, skrzyżowawszy ramiona. — Tak, ugrzęźliśmy — rzekł Almayer spokojnie. — To fatalne! Woda opadała dokoła łodzi. Porucznik śledził płaty błotnistego dna wyłaniające się na wierzch. W pewnej chwili zaśmiał się i rzekł, wskazując palcem na przesmyk: — Niech pan patrzy, przeklęta rzeka uciekła od nas. Ostatnia kropla wody znika za tamtym zakrętem. Almayer podniósł głowę. Woda znikła; patrzył na kręty szlak błota — miękkiego, czarnego błota kryjącego febrę, zgniliznę i zło pod gładką, szklistą powierzchnią. — Musimy tu tkwić do wieczora, — powiedział z wesołą rezygnacją. — Robiłem co mogłem. To nie moja wina. — Trzeba przespać dzień — rzekł porucznik. — Niema nic do jedzenia — dodał chmurnie. Almayer wyciągnął się w rufie. Malaje leżeli zwinięci w kłębek na dnie między ławkami. — A to dopiero kawał — rzekł porucznik, zrywając się po długiej przerwie. — Śpieszyłem się jak warjat żeby utknąć w błocie na cały dzień. To ci używanie, no, no! Spali lub siedzieli cierpliwie bez ruchu. Gdy słońce podniosło się wyżej, powiew zamarł i zupełna cisza objęła pusty przesmyk. Ukazało się stado długonosych małp; skupiły się na gałęziach nad wodą, zapatrzone w łódkę i nieruchomych ludzi z poważnem, smutnem napięciem, przerywanem bez powodu wybuchami obłędnej gestykulacji. Mały ptaszek o szafirowej piersi kołysał się na cienkiej gałązce, przecinając tam i z powrotem ukośny promień słońca, i za każdym razem rozbłyskiwał jak klejnot spuszczony z nieba. Jego malutkie czarne oczko zapatrzyło się na dziwne, spokojne stworzenia w łodzi. Po chwili zaszczebiotał cienkim głosikiem, który zadźwięczał impertynencko i zabawnie wśród uroczystej ciszy głuchego pustkowia — wśród wielkiej ciszy nabrzmiałej walką i śmiercią.

Comments

Loading comments…