Ritusanhara

Translated from Sanskrit by Antoni Lange

Nad wodą spieszą spragnione gazele,Z żaru im płoną wyschnięte gardziele,Gdy pijanemu podobny słoniowi,Nad puszczą obłok swą biel zastanowi.

Wąż promieniami słonecznemi żarty,W gorącym piasku leży rozpostarty —Z sykiem bolesnym pełznie by w omdleniuSkryć się pod ogon pawi w jego ceniucieniu.

Lew rozognioną paszczą ledwie zieje —Łowy na słonia nie znęcą go w knieje:Duch jego śmiały w senność się rozpływa,Drga suchy jęzor — sztywnieje mu grzywa.

Żądzą napoju gnany słoń ogromnyOd skwaru słońca w duchu nieprzytomny,Trąbą wyschniętą rosę z ziół wysysa:Nie dba o wściekłość lwa ani tygrysa.

Paw — cały senny — od promieni skwarnych,Co drgają niby skry ogni ofiarnych —Na pełzającą nie wybiega żmiję,Co się w ogona jego cieniu kryje.

Dzik ryja ostrzem ku ziemi się nagnie —W trzciny i w żółtem chce się ukryć bagnie.Chciałby się w bagno zagrzebać do końca,Aby się schronić od promieni słońca.

Od żarzy słońca oniemiała, słaba —Staw rzuca mętny zatrwożona żaba —I pod wężowym kryje się grzebieniemBy tam się chłodnym rozkoszować cieniem.

Lecz się rozpadła wężowa korona —Ogień już przeżarł mu na wskroś rdzeń łona —Skóra aż na nim pęka, gdy się żarzy:I wąż tak blizkie jadło lekceważy.

Z spienioną mordą naraz ci wypada —Z jaskini górskiej bawołów gromada:Każdy zeschłego wywiesi ozora —A wzrokiem szuka chłodnego jeziora.

Ogień spalił na popiół zieleń leśnych traw —A wicher goni szybko suche liście w świat:Od żaru ognia wysechł każdy wokół staw —Zgrozą tchnie gaj niedawno tak obfity w kwiat.

Na zwęglonych gałęziach zamarł ptaków śpiewMuły w dalekie góry dziki pędzi strach —Bawoły gdzieś ucieczki szukają śród drzew —Kopytem biją ziemię, co błyska im w skrach.

Pędzona wichrem łuna z ziemi rwie się wzwyż.Od wściekłych jej płomieni padł niejeden dąb.Czerwonemi iskrami gęsto bucha ryż:Cynobru rzekłbyś sypie się dokoła kłąb.

Teraz wali ryk ognia ku szczelinom gór —I huczy śród bananu wysuszonych trzcin:Aż znów spada w parowy pęk ogniowych chmur,1 uchodzi w przestrachu leśnych zwierząt gmin.

A gdy mocniejszym ogniem krzak bawełny skrzy —Złoty płomień wyleci z szczelin jego kor —

Skacze z liści, z gałęzi, liże pień, drga, drży —Wiatrem pędzony, sycząc, wciąż dalej mnie w bór.

Lew, słoń, byk w oślepieniu walą! Luny dymPołączył ich! Niepomną swoich dawnych zwad:Trwożne uchodzą z lasu przed tym ogniem złym —Na wyspy gdzieś — na bagna — mkną w daleki świat.

Comments

Loading comments…