Wiesław czyli Obraz ludu nadwiślańskiego — całość
Stanisław, kmieć.Bronisława, jego żona.Bronika, ich córka.Jan, ich sąsiad.Wiesław, ich wychowaniec.Dorota, uboga wdowa.Halina, jej wychowanica.Piszczał, organista.
Krakowiacy i Krakowianki.
Więc te pieniądze, com odliczył prawie,Weź z soba w drogę kochany Wiesławie,Jedź do Krakowa, a za te talaryKupisz dwa konie — jeno dobierz pary.Już jedynaka w boju mi zabili,A mnie zgryzota i skrętny wiek chyli;Nie mam w niemocy poufać komu,Ty prawą ręką zostałeś mi w domu;Po mej śmierci, tyś rodziny głowa:
Jeśli — daj Boże — córka się uchowa,Ma lat dwanaście, nie skąpo urody,Możesz jej czekać i twój wiek młody.
Tak jest, dla ciebie, niechaj ojciec powie,Strzegę tej córki, gdyby oka w głowie:A cóż droższego mieć możesz od matki?Jedneć to moje przed grobem dostatki.Miałam ja drugą — litościwy Boże,Oko za nią wypłakać nie może;Zaledwie piąty owoc kwitnął sadu,Gdy mi zniknęła bez żadnego śladu...Już to dwunastym liściem wiatr pomiata,Jak myśli matki zatruwa jej strata.
Ten to czerw, matko, serce twoje toczy,Że w łzach tak często toną oczy?I nie raz w gaju, gdy się modlim razemPrzed Matki Boskiej cudownym obrazem,Gdy ją dla ojca o zdrowie prosicie,Jakieś stracone polecacie dziecię.Więc miałam siostrę? powiedz matko miła?Jakim sposobem ona się zgubiła?..
Gdy wojna polskie dobijała plemię,W pustkach wsie stały, a odłogiem ziemię.
W około lasów i wiosek pożaryGniewu Bożego zwiastowały kary!...Z wiatrem, co strzechy i konary walił,Do nas wróg przybył, i wioskę zapalił.Dzień to był sądu! — śród płaczu i gwaru,Śród ciemnej nocy, wichrów i pożaru,Razem rolnicy ku obronie bieżą,Razem się wojsko ciśnie za grabieżą!..W tej walce z dymem poszła ojców strzecha....Wtedy mi córka, jedyna pociecha,Znikła bez śladu...
Może drząca całaPrzed najezdcami w lesie się schowała....Było ją szukać.
Przez długie ja czasyChodziłam za nią na wioski lasy,Lecz jak kamień do morza rzuconyZniknęła wiecznie, głuche wszystkie strony.
Niech Boska wola będzie, Boska chwała!
Ciebie ja, synu, za nią wychowałam:
Bo gdzie sierota przyjęta pod strzechę,Tam z niebem bliżej, Bóg zasyła pociechę.
Może też nasze utracone dziecię,Podobnie kiedyś opuszczone w świecie,Litość znalazło, żyje gdzieś u matkiPomiędzy własne policzone dziatki.
W tej ja to myśli po twych ojców stracieCiebie małego wychowałam w chacie:Litość za litość — niebieska opiekaTajnie nagradza uczynki człowieka;A jeźli ziemia strawiła jej kości, —Swobodna dusza w krainie przyszłościIgra wesoło przy niebieskiej matce,Niech łaskę zwabia naszej chatce.(Bronika i Bronisława płaczą).
Cyt moja luba! nie roś oczy łzami,Nie dręcz swą duszę smutnemi myślami:Za wszystko niech Bóg będzie pochwalony, —W niebie każdemu los jest naznaczony.Próżno się troskać, Bóg siedząc wysoko,Nad całym światem baczne trzyma oko;Wszakci on ojcem wszędzie, i na wieki.Cóżby zdołało ujść jego opieki?...
Lepsze nad smutek ufanie pobożne —Idź, Wiesławowi przygotuj nadrożne.
A ty pospieszaj i chroń się przygody,Bo zawsze wiele ufa sobie młody.
Przywieź twej przyszłej podarunki z drogi.
Najmilsza matko! ach, ojcze mój drogi,Za waszą łaskę, troskliwość i pracę,Czem się sierota, czem ja wam odpłacę?Gdzie znajdę tyle wyrazów, wymowy,Bym moją wdzięczność wyjawił przez słowy?O! gdyby skutek chciał mą chęć uwieńczyć,Pewno by Wiesław umiał się odwdzięczyć, —Wiedziałby jakie dary wnieść w te progi....Lecz cóż po chęci, Wiesław ubogi!Chęć bez uczynku — lichy upominek....Wszelako choć chęć przyjmiecie za uczynek;A gdy sierocie trudno spłacać długi —Resztę dni moich raczcie wziąść w usługi.(kłania się do kolan rodziców).
Powstań mój synu, twoje szczere chęciZachowam w sercu ku wiecznej pamięci;Nie jesteś naszym dłużnikiem — broń Boże;
Wielce ten czyni, kto robi co może:Kto grosz ostatni dał, ten wiele daje —
Boże cię prowadź!....
Bogu was oddaję!... (odchodzi).
Bądź zdrów Wiesławku, prędko wracaj z drogi,Zastaniesz z kapustą pierogi!...(wszyscy wyprowadzając Wiesława odchodzą).
Hej Rozyno, wstecz nie płynąNa Prądniku wody, —Źle ci było być dziewczyną —
Masz weselne gody.Żal się Boże nie pomoże, —Przyjdzie warkocz stracićI za czepiec, co w komorze,Wolnością zapłacić.
Jak ta woda, tak uroda,I młodość przeminie, —Pókiś hoża, pókiś młoda,Pomyśl o chłopczynie;Nie odwlekaj, nie narzekaj,Miłać to niewola....Od czepeczka nie uciekaj, —Wszak to Wasza dola.
Dziś urodna i swobodna,Jutro tak nie będzie,Bo ci troska serce do dnaPrzejmie i przysiędzie.Praca, stałość i wytrwałośćNic ci nie pomogą;Bo cię w końcu zmoże żałość —Ulegniesz niebogo.
W czoła pocie, przy robocie,Gdy będziecie społem —Milej będzie przy ochocieZa świątecznym stołem.
Bo samemu przeciw złemuNiema rady w świecie;A we dwoje silniej temuOprzeć się możecie.
Kłopot matek, grono dziatekSkoro cię otoczy;Często głośno niedostatekŁzą zaleje oczy.
Rezolutnie bieda utnie,Jak żądłem gadzina;A jak miłość przejdzie w kłótnię —Nieszczęsna godzina.
Kiedy w zgodzie, ród przy rodzieNa ojczystej grzędzie:Tam o kłótni, tam o głodzie,Pamięci nie będzie.
Zimą, latem brat się z bratemChlebem swym podzieli;A gdy miłość rządzi światem —Z ludźmi są Anieli.
Lepsko Krakowiacy!Dzielnie poszły tany.....Ale dla odmianyZatańczwa inaczej:Dajcie sobie ręce
W znak jedności, zgody;Aby uczcić gody,I ja się okręcę;Lecz proście skrzypkaNiech zagra od ucha,Niech czeladź posłucha —Zaśpiewam Polaka:
Gdy się pora zdarza taka —Tańcem nie zawrócę głowy;Polak posunę PolakaBo to taniec narodowy....Tak nasi ojcowie miliPo każdej świetnej wyprawie,Kiedy swych wrogów pobili;Tańczyli jak my dziś prawie.
Miło wspomnieć na te czasy,Na te ojców naszych pląsy;Na te czapki, kordy, pasy,Czamarki, kontusze, wąsy!Na tę narodową dzielność,Na męztwo naszej młodzieży.Na ich sławy nieśmiertelność.Na Łokietków, Kazimierzy....
Jak te plemię czapką kryte,Aż do niebios się wzbijało;
I jak losy nieużyteWytrwałością pokonało.Bo gdy zadrzał świat struchlały,Gdy wrzała wojna zajadła;Jak Kolosy upadały;A czapka przecie nie spadła....
Czapka polska — to strój u mnie!Ozdoba kmiotka i pana;Tak musiała siedzieć dumniePod Wiedniem na głowie Jana.Przeto gdy dziś pora takaW każdej przygodzie jak Kwakier,Źle czy dobrze — tną Polaka,Lecz czapka zawsze na bakier....
A co, nie gracko wykonałem sztuczkę?Otóż zarazem macie nauczkę,Że nasi starzy nie zawsze gromili, —Bywał czas, gdzie się uczciwie bawili,I może lepiej niż teraz panowie,Co tańczą w koło, aż się kręci w głowie,Bo Polak biorąc rzeczy na uwagę,Nawet w tańcu zachował powagę!...
Hola, chłopcy! poprzestańwa tany,Idzie tu do nas gość jakiś nieznany;Uwiązał konia i pędem tu spieszy!
Niech-że nam wita, niech się z nami cieszy.
Spieszwa ku niemu na jego przyjęcie.
Mej śmiałości wiem, że przebaczycie,Właśnie powracam do rodzinnej ziemi;Dziś na kiermaszu z końmi kupionemiJadąc, słyszałem jakieś miłe granie,Coś kieby pląsy, kiej miłe śpiewanie;Przypuszczam konie, pędzę po gościńcu,Aż widzę pannę przy rucianym wieńcu;Drużbowie biją w podkówki i dłonie;Przyciągam lejce, zatrzymuję konie;I wraz odgadłem bez namysłu wiele,Że się w tym domu odbywa wesele:Przeto pozwólcie matki i ojcowie,Jako też i wy przezacni drużbowie,Bym pannie młodej szczęścia powinszował,I z wami jeden taniec przetańcował.
Witaj nam, gościu! baw się jak ze swemiI nie racz gardzić dary ubogimi!
Pożyjcie z nami, czem tu gospodarzy,Wdzięczna praca roli i dobry Bóg darzy.
Napatrzyjcie się nadobnym dziewojom.
Tańcom, zwyczajom, i świątecznym strojom.
Obcy wędrowcze! jużcić przyjąć trzebaNaszych owoców i naszego chleba. —Gościnność u nas dyć to nie nowina,Przyjmcie więc, przyjmcie, prosi was Halina.
Któżby nie przyjął darów z takiej ręki,Który osuły tak prześliczne wdzięki.
Jak mi Bóg miły, jak mi drogie życie,Jeszczem nie widział tak miluchne dziecię!
Łaskawy gościu! daj życzeń dowody,I wychyl duszkiem zdrowie panny młodej.
Gościnność wasza zniewala mnie tyle,Iż bardzo chętnie to zdrowie wychylę. —Za wasze zdrowie, państwo młodzi, piję!
Wiwat niech żyją!
Niech żyje!
Niech żyje!....
Ażebym spłacił zaciągnione długi,Pozwólcie spełnić jeszcze kubek drugi.
W podziękę za jej ciasta i owoce,A potem z wami wysoko wyskoczę.
Ślicznie, wędrowcze! nigdy ten nie traci,Co za grzeczność grzecznością odpłaci.
Piękna dziewojo! za twe miłe zdrowie!I wasze zacne matki i ojcowie...
Wiwat!!
A teraz racz nadobna drużko,Okręcić koło twą drobniuchną nóżką.
Niechże ja lepiej nie żyję,Dziewczę! Skarby moje!Jeśli kiedy oczka czyje,Milsze mi nad twoje.Patrzaj że mi prosto w oczy,Bo widzi Bóg w niebie,Że mi ledwie nie wyskoczySerduszko do Ciebie.
Słówka twe gładkie,Młody kawalerze,Lecz ci szczerze powiem, —Pochlebstwom nie wierzę....
Czemuż ja w Proszowskiej ziemiMałe znalazł dziecię,
Byłbym między krakowskiemiNajszczęśliwszy w świecie!
Wszyscy tak mówicie,Że wam serca skaczą,A gdy poślubicie, —To dziewczęta płaczą....
A więc bądź szczęśliwy,Z miłością gdy trzeba;Lecz się polska dziewkaŁatwo schwytać nie da.
Ty będziesz szczęśliwy,Lecz poczekaj trochę, —Gdyż musi dziewczynaPoznać, nim pokocha.
Krew nie woda ludźmi włada,Bo któż sercem rządzi?Człowiek myśli i układa,A wszystko Bóg rządzi!
Nie uciekaj dziewcze lube,Moje sto tysięcy,Dogonię ja moją zgubę,I nie puszczę więcej....
Krąży ptaszek w ciemnym lesie,Gałązek się czepia,Aż dognany piórka niesie,Gniazdeczko ulepia.
Gospodarzu, nie dasz wiaryJak konie opłacę:Wydałem ja twe talary,Moje serce tracę!
Grajcie skrzypki, bo się smucęW opłakanym stanie, —Z konikami do domu wrócęSerce tu zostanie!!....
Uważasz Janku — nie chcę wróżyć wiele,Lecz tu zakrawa na drugie wesele.
I mnie się zdaje, że to nie przelewki;Ha! niech Bóg szczęści, wart nadobnej dziewki.
Pięknieś nam nucił, niech ci Bóg zapłaci.
Przyjmij podziękę imieniem mych braci.
Żem szczerze śpiewał, mogę wam zaręczyć.
Daj Panie Boże za to wam wywdzięczyć.
Lecz już nie mogę dłużej weselić,Nie mogę z wami tej radości dzielić,Choć mnie tu miło, muszę was pożegnać,Mój ojciec, matka, mogliby się smucić,Że jeszcze z końmi nie wracam do domu.Drogom te konie opłacił — nikomu,Jak wiele za nie dałem, nie odkryję.Ach! jak tu przy was żywo serce bije,Jak tu godzina płynie za godziną...
Bywajcie zdrowi!.. żegnam cię Halino!...
Już dziadek przestał dzwonić na pacierze,Czas już byłby zastawić wieczerzę,A Wiesław z końmi nie powraca:Co się z nim dzieje? gdzie on się obraca?Czy mu się jaki przypadek nie zdarzył?Lękam się, by gdzie piwa nie nawarzył, —Bo choć posłuszny, pracowity w domu, —Umie być Wiesław szpakiem pokryjomu;
Zajechać drogą choćby wojewodzie,Rej nad muzyką powodzić w gospodzie,Wyśmiać wędrownym góralom chodaki,Wyrzucić z karczmy zaczepne wojaki,Toć jego dotąd były obyczaje!...Młodemu zarówno wszystko się zdaje,I dotąd rady starszych nie usłucha,Aż palce sparzy — potem na lód dmucha.
Niech cię nie trwoży, matko, zbytnia troska, —Zwykle kto z Bogiem, z tym opieka Boska:Wiesław gdy jedzie, nim ujmie za wodze,Krzyż biczem robi przed końmi na drodze,Więc go Bóg dobry chroni od przygody;Pomnisz, jakeśmy leciały do wody,Kiedy pękł łańcuch, co koła hamował?Byłby grób mokry na wieki nas schował,Gdy pędem wozu konie napłoszoneJuż miały wskoczyć do Wisły, szalone!Wtem Wiesław widząc, że tu kusa rada,Jak wiatr po dyszlu na jednego wpada,Zrzuca sukmanę, wzrok koniom zasłania...Wóz stanął i nas od zguby ochrania.Gdyby nie ów krzyż, co wyprzedzał konie,Już by nas wiecznie pochłonęły tonie!...
Prawda, że to był przypadek nie lada!
Prowadzę i gościa, bądź nam, matko, rada!Jest to nasz sąsiad, i kum nasz łaskawy:Dobry do rady, dobry do zabawy!Bywał też w świecie, wie jak gdzie co było:A jak pomówi, aż słuchać miło!...Dyć on za stołem nie za jednym siedział;Mądrze pomyślał, i prawdę powiedział.A że jest człowiek uczciwy, stateczny,Przytem usłużny, chętny i serdeczny,Otwarty, szczery i w cnoty dostatni,A zatem u nas nie będzie ostatni.
Za wiele, kumie, za wiele pochwały.
Znają was, Janie, w okolicy całej,Jakoż, czy potwarz, złośliwość uchodzić,Czyli zwaśnioną parę ułagodzić,
Czyli z kim troskę ciężarną podzielić,Tego pochować, tamtych rozweselić,Temu poradzić, tamtego poswatać,Z tym się pokumać, z tamtym się pobratać:W niczem się dobry sąsiad nie usunie,Ani, jak drugi, chorągwi nie skręci;Zawsze każdemu prawdą w oczy lunie —A co ma na myśli, to na jaw wyświęci!
Gdy Wam się już, pani kumo, zdaje,Zwykle człek takim, z jakim przestaje.Nie sąć to moje właściwe przymioty —Z waszego domu czerpałem te cnoty;Dlatego was mnie najmilej odwiedzieć,Nie żal pogadać, nie żal i posiedzieć,Bo wy najlepiej, mój sławetny kumie,Mnie rozumiecie i ja was rozumię.
Gdy wam tak miło odwiedzać progi,
Siadajcie, proszę, mój sąsiedzie drogi,Tyle też człowiek na świecie użyje,Gdy z przyjacielem pogada, wypije,W tem się poradzi, o tamtem się dowie,Jak tam urodzaj, dziatwy miłej zdrowie,
Jak tam chudoba, jak mu szczęście służy?A gdy się jeden przed drugim wynurzy,Gdy wspólnie radość i troskę podzieli,Toć człeku raźniej, toć mu i weselej.
A zatem, matko, siadaj z nami wasze,A ty, Broniko, przynieś z miodem flaszę,Pszenną kukiełkę, i krajankę sera!
Choć kompania nie wielka, lecz szczera;A kiedy przyjaźń i serca szczerota —Tam się wraz łączy radość i ochota.
Teraz nam tylko brakuje Wiesława.
Wraz przyjdzie, skoro konie ponapawa.
Alboż powrócił?
A jużci kochanie.
I kupił?
Kupił — młode, rosłe, tanie.
Skore jak ogień, nie pokazuj bicza,Jak klaśniesz, lecą kieby błyskawica;Maść skarogniada, a na czole gwiazda:Ej tożto będzie do Krakowa jazda!A jeden w jeden, oba białonogi,Jak trzaśniesz z bicza — gwałt! uciekaj z drogi!...
Lecz czego on się dziś tak cicho sprawił?Którędy wjechał? gdzie tak długo bawił?
Przyjechał gumnem, gdyż wracał przez błonie,Nie chciał okrążyć, bo zmęczone konie. —Ale coś dzisiaj nie jest rezolutny,Coś mu brakuje, coś nieborak smutny...Pytałem chłopca: co ci jest u licha?„Nic“ odpowiedział — jednak czegoś wzdycha:Ale wesołość natychmiast przybędzie —Jak sobie z nami w kompanii zasiądzie.
A parę kufli miodu wypije...Lecz potem o tem...
Przyjaźń niechaj żyje!A naszych wrogów niech zabolą zęby!!
Dobry miód, dobry, nie żal mu dać gęby;To mi trunek prawdziwie krajowy, —Wytrawny, smaczny, nadewszystko zdrowy!...Dawniej na stołach bywał Kasztelanów.Lecz skoro moda opętała panówSprowadzać wszystko obce z zagranicy,Ojczysty produkt wygnali z piwnicy;Gdzie były miody, dziś antałki wina,A tego wina, często kwaśna mina!...Ej, panie kumie! a gdzież to te czasy,Kiedy panowie stroili się w pasy,W kordy, czamary, pętlice i rysie?Kiedy przysłowie mieli: kochajmy się,Kiedy nie zbywało na łyżce, za łyżką,A lada komu nie kłaniano się nizko?...Lecz obym tego był mówić zaniechał!...
Wie matula, że Wiesław przyjechał?Zdrów, ani się nie śniło o biedzie;
Wraz tu przybędzie — ale otóż idzie.
Jak się masz synu?
Witaj nam, Wiesławie!....
Bóg zapłać, matko!
Od południa prawie,Jak cię z Broniką ciągle wyglądamy.
Jak o tobie jeno rozmawiamy.
No, jak ci synu posłużyła droga?Jak ci się wiodło?
Nie źle z łaski Boga.
Nic ci się złego w drodze nie zdarzyło?
Nic, droga matko.
Cóżby mu ta było?Czy mu pierwszyna jechać do Krakowa?Od czego rozum i na karku głowa?Od tego, by się wypadków wystrzegać, —Złe naprzód widzieć, złemu zapobiegać.
Dobrze mówicie, kumie Stanisławie,Tak do mnie ojciec — słowo w słowo prawie —Mawiał bywało, kiedy w drogę jadę,Dziś jeszcze pomnę mądrą jego radę„Przewiduj, zapobiegaj, byś szkody nie miewał;”Głupi mówi po szkodzie: Jam się nie spodziewał!
A tak, tak, głupi o chłodzie, o głodzie,Staje się mądrym, kiedy już po szkodzie.
Po każdej chłoście staje jak Hawryło,Skrobiąc się w pałkę, mówi: „Trzeba było”!!
Lecz u Wiesława to się nie wydarzy,Że jest roztropnym widać mu z twarzy. —
Chwalił cię ojciec, żeś się dobrze sprawił,Czasu i grosza żeś nie zmarnotrawił,Owszem żeś konie piękne tanio kupił.
Przeciwnie, matko, drogom je okupił,Bo moim szczęściem, spokojnością całą!....
Ach, Chryste Panie! cóż ci się stało?Nie darmo tobie pobladło lice.Mówże dla Boga!....
Lecz pierwiej BronicePozwolisz, matko, dać gościniec z drogi.
Ach, jaki śliczny, mój Wiesławku drogi,Masz straszny rozum, poczciwyś okrutnie!
Pół się do szyji, pół do włosów utnie,Ach! tożto będą zazdrościć mi wiele,Jak do kościoła wysunę w niedzielę;Zosia i Tosia, te mnie zjedzą wzrokiem,Ja od niechcenia zerkać będę bokiem.
Aż tu wiatr wstążkę: fa-fa-fa! powiewa,Ja z tej przyczyny niby niecierpliwa,Kręcić się będę, jak żacy z kolędą,Na wszystkie boki oglądać mnie będą!!
No, nie żal daru za taką podziękę.
A teraz, synu, wykryj twoją mękę —Milczący zwykle sam sobie zaszkodzi —Nigdy młodemu skrytość się nie godzi,A najmniej, co cię kochają przed temi.
Prawda, że szczerze trzeba ze starszemi:
Oni niestałej młodości wybaczą,I mądrą radą zawsze wspierać raczą.
Czemużem w domu nie został na wieki!Wdzięcznych łask waszych i waszej opieki,Przy waszym pługu chodziłbym spokojny,Anibym zaznał ciężkiej z sercem wojny;Lecz darmo człowiek sam o sobie radzi,Inaczej myśli Bóg o swej czeladzi!Prędki bez wieści spada wyrok Boski:Na mojej drodze pośród jednej wioskiPoznałem druchnę, której wdzięk uroczyZabrał mi serce, zniewolił oczy,I zrobił tyle, że odtąd jedynieSerce i dusza zawżdy przy Halinie!Ojcowie moi już królują w niebie,Wyście sierotę przyjęli do siebie,Cięższa nad kamień jest ludziom sierota,Wyście litośnie otwarli mi wrota,Nie żałowali ni trosków, ni chleba,Uczyli pracy i bojaźni nieba;Dziś jedynaczkę córkę w swojej chacieDla mnie na przyszłość w zamężcie chowacie.Jeszcze (mówicie) byłem dzieckiem małem,Gdy ją na przyszłość sobie kołysałem.
Nie mnie niewdzięczność, ani harda duszaOdkryć przed wami mój smutek przymusza —Ale mi rada nie dościgła w niebieWas każe smucić, a zawstydzać siebie.Każcie mnie puścić — z rękami gołemi,Pracować będę pomiędzy obcymi,Bo bez Haliny nic już nie zarobię,Niezdatny ludziom i nie miły sobie,Prędko bym znalazł koniec życiu memu;Pobłogosławić chciejcie więc biednemu,Bo ten przed nędzą nigdzie się nie schroni,Kogo przekleństwo dobroczyńców goni.Sprawcie! Bóg zato niech będzie nad wami,O to was proszę ze wstydem i łzami!!....
Synu! gdy ojciec twój opuścił życie,Ciebie mi oddał jak za własne dziecię;Tak cię też kocham — i widzi Bóg w niebie,Że nic milszego nie miałem nad ciebie —A ty nie pomny, że mnie starość gniecie,Chcesz na przygody puszczać się po świecie?Chcesz mnie opuścić? za to żem cię chował,Żem tobie przyszłość uczciwą gotował? —Nieszczęście wniesiesz do każdego domu,Gdy mnie zostawisz wśród żalu i sromu.Młody — niebaczny przedsięweźmiesz drogę,
Ja cię pożegnać, ja cię puścić nie mogę!
Stary młodemu wyrozumieć nie chce.Młodego nowość i swoboda łechce;Za nic już wszystko, gdy na całe życieWolną mu teraz drogę zagrodzicie;Dla tego wolność dajcie Wiesławowi,O własnem szczęściu niechaj sam stanowi.
Mój drogi Janie! prawda wiele wiecie,Ale nie znacie, co to stracić dziecię;Dla czego ojciec w troskach życie trawi,Czem się wiek długi i smuci i bawi,Z czem żyć nawyknie i pracować w domu,To bierze przybysz nie znany nikomu —Bierze dobytek krwawo dochowany,I puste ojcom zostawuje ściany;Gdzie zapomnieni samotnie łzy sączą,Gdy córkę inne obowiązki łączą.Przeto oddawna były myśli moje,Bym ich przy sobie połączył oboje,Ażeby matka kiedyś po mej stracie,Teścinej w obcej nie służyła chacie;Lecz myśli niczem, gdy Bóg nie dozwoli,Zatem, Wiesławie, zostawiam twej woli:Uproś sąsiada, wezwij jego rady,
Może sam z tobą uda się na zwiady;Jeśli twa przyszła serce tobie święci,Jeśli rodziny poznasz dobre chęci;Uproś-że Jana, niechaj zacznie swaty. —Jak syn, synowę przywiedź mi do chaty!
O! Ojcze drogi!
O, mężu kochany!
To zbytek łaski!
Ty mi goisz rany.
Ach, wieczne, wieczne niech ci będą dzięki!
On nowe życie bierze z twojej ręki!
O luba matko! ja zginę z radości!
Dla twego szczęścia, dla twojej miłości,Chętnie się wszystkim podzielimy z tobą!...
Zatem, Wiesławie, proszę waści z sobą:
Chcę waszym chęciom serdecznym dogodzić,I choć by przyszło na kraj świata chodzić,Miło mi będzie ponieść trud i znoje,Bylem wychodził trwałe szczęście twoje.Pożegnaj ojców — chodź do mojej chaty —Niech twe rodzice wypoczną; a w swaty —Nim jutro zorza rozsypie promienie —Pójdziem przyspieszyć twoje zaręczenie,I wszystko zrobić, co będzie w mej mocy.A teraz chodźmy — życzę dobrej nocy!...
Żegnam cię, matko, i was ojcze miły!Oby sen błogi krzepił wasze siły!!..
I bez życzenia przyjdzie on do chatki,Gdzie litość z biednym dzieli swe dostatki.
Zasłona zapada.
Nieraz mi, matko, na myśl przychodzi,Jak nas nauczał pleban poczciwy.„Pracuj, a Boga chwal polska młodzi,Bo najszczęśliwszy ten, kto cnotliwy.
Na tamtych błyszczą ordery, wstęgi,Na tych tywtyki, drogie kamienie,Lecz jeśli mają brudne sumienie,Niewarci nawet waszej siermięgi.
Nie jeden dzisiaj w okropnej chwili,Nie jedni w zbytkach gorzkie łzy leją,Że klejnot cnoty swej utracili,Że się rozstali z wiarą, nadzieją.
Niech wami rządzi praca i cnota,A miną przykre życia koleje;Praca do szczęścia otwiera wrota.Cnota i w łachach również jaśnieje.
Przeto każdemu pracować radzę,Z Bogiem i w Bogu, by był szczęśliwy:Praca nie szkodzi nigdy powadze. —Tak nas nauczał pleban poczciwy“
Tak moje dziecię, praca — tylko praca,Słodzi niedolę, nudne chwile skraca,Gdyby wiedziały te panny i panie,Których rzemiosłem tylko próżnowanie,Którym dzień Boży Bóg wie na czem schodzi,Jak to jest brzydko, jak to się niegodzi,Czas piękny, cenny u zwierciadła trawić,Starałyby się czem lepszem zabawić,Nie żartowałyby z tym drogim czasem,I nie zbierały mądrości nawiasem —Bo, moje dziecię, zawsze trza tak robić,By było serce i umysł czem zdobić...Zniknie lat wiosna, jak znika wód piana,A gdy na wiosnę niwa nie zasiana,
W jesieni pyrzem tylko się zaplenia —Wierzaj tej prawdzie z starszych doświadczenia.
O, droga matko! idąc w twe ślady,Nigdy nam smutek nie dokuczy blady,Nigdy nas nędza w domu nie zastanie —Pracować będę ile mych sił stanie,Będę się starać wszędzie cię wyręczyć,Bym ci choć w części mogła się wywdzięczyćA Bóg litości, widząc szczere chęci,Sił mi udzieli i pracę poświęci —Wszak on o wszystkich na świecie pamięta:Lilię odziewa, i żywi kurczęta;Ptastwo w powietrzu, w morzu ryby na dnie,Włosek nikomu z głowy nie wypadnie,Bez jego wiedzy, jego zezwolenia;Czemużby nasze prośby i życzenia,Nie miał uwieńczyć pomyślności skutkiem?...
Krakowianka, Podolanka,Choć jej szata nie bogata,Wszystkim lubą jest i chlubąKrakowskiej ziemi.
A sierota, tak jak cnota,Przechodzi smutne koleje,
I nie w drogich, lecz ubogichSzatach jaśnieje.
Tu błyszczą ordery, wstęgiNa drugich biedne siermięgi:Najdroższe nosi kamienieBrudne sumienie.
Jeden skacze, drugi płacze,Ten się śmieje, ten łzy leje;A nam praca życia skraca,Osładza chwile.
Nam też dosyćW piersi nosić,Wiarę złotą, Miłość z Cnotą,Bo poczciwy i cnotliwyNiedba o złoto.
Nam nie trzeba,Nic prócz chleba,I za macierz mówić pacierz,By nam drogaW Imię BogaPolska powstała.
Lecz któż tam stoi przed okienkiem??...
Grzęda kwiatami osnuta,Kwitnie rozmaryn i ruta,
Na okienku wianek leży, —Jest tu córka dla młodzieży.
Otwierajcie, przyszli goście,I ochoczo w dom zaproście;Chociaż obcym, bądźcie radzi —Dobra nas tu chęć prowadzi.
Któż to tam taki? co znaczy te śpiewy?Zwykle tak nócą, gdy proszą o dziewy;Ale któż dziś zakołacze we wrota,Kędy bez ojców, bez wiana i złota..?Jakkolwiek swaty trop musieli zmylić,Grzeczność wymaga by im drzwi uchylić.
Gość w dom, Bóg w dom — witajcie nam goście!Wejdźcie, i w Bogu dobrą myśl przynieście!!
Nie żal mi chodu, oj widzę, że godneI starca drogi lica tak urodne!....
Nad jej zasługi pochwały łaskawe.
Zwiń się Halino, podaj gościom ławę,Koszyk podróżny odbierz od młodzieńca;Czapkę, palicę od starszego pana...
Wszak gospodynię przeto nie obrażę,Czyniąc, co dawny obyczaj nam każe,Ojców zwyczaje, toć krewieństwo nasze.Zatem, Wiesławie, dobądź z kosza flaszę,A gospodyni kubka nam udzieli.
Miernie użyty trunek rozweseli,Smielszemi czyni ukrywane chęci,Serce rozkwili i na jaw wyświęci,A jak na wiosnę gospodarna pszczoła,Gdy się sad bieli i wonieją zioła,Niesie w ul siostrze uzbierane miody,Tak niesie młodzian z rodzinnej zagrodyKubek słodyczy przy życzliwej chęciTej, której serce niewolne poświęci,Bo równa pszczole jest miłość wieśniacza —Słodycz i zgodę i pracę oznacza.
Oby dopiero wyrzeczone słowa,Poszły wam w serce, oby Jana mowa
Zdziałała, by mnie Bóg szczęściem obdarzył;Już on nie jedną rodzinę skojarzył;Starostą bywa na każdem weselu,I chrzestnym ojcem zwą go w domach wielu:Przeto gdy do nas przyszedł w odwiedziny,Niech mu się zdaje, że u swej rodziny.
Nalej że teraz, mój Wiesławie, miodu.
Przyjm tę kroplę z obcego ogrodu,Piękna Halino! jak tobie słodyczy,Na całe życie serce moje życzy!!....
No, gdy tak córka chęć życzliwą dzieli,Już do was matko, mówić mnie ośmieli:Zacnego domu widzicie tu syna,Chociaż pod ziemią śpi jego rodzina,
Ma przecież ojców, co litością zdjęci,Mając kumostwo, powinność w pamięci,Nie żałowali dla sieroty chleba,Uczyli pracy i bojaźni nieba;Sprawiał się godnie, że go synem zowią,I część chudoby dla niego stanowią.Nie jest ci u nich gospodarstwo liche,Praca sierpowa nie idzie pod wichę,Co tydzień w mieście, nie straci niedziela;Bóg też pomocy, rządności udziela:Czystą pszenicę czarna niesie rola,Wełniste owce zabielają pola.W schludnej stajence bydełko się chowa,A cztery konie gonią do Krakowa. —Z ich to ramiona do Was przychodzę.Poznał się Wiesław z Haliną na drodze,Jak pewnie wiecie, i ojcom wyjawił,Że swoje serce w jej sercu zostawił;Na co Stanisław rzekł mu słowem takiem,„Jesteś mi wprawdzie w domu jedynakiem,Lecz jeśli miła serce tobie święci,Jeśli rodziny poznasz dobre chęci,Uproś że Jana niech rozpocznie swaty;Jak syn synowę przywiedź mi do chaty,Te słowa, matko, wiernie wam odnoszę,I w imię ojców o córkę was proszę!
Rozrzewnia matkę niespodziane szczęście,Lecz nie dla Halki bogate zamęźcie,Która sierota bez ojca, bez matki,Ni wiana nie ma, ni rodzinnej chatki,W szczerości zatem, jak każe sumienie,Takie wam, Janie, czynię oświadczenie:Jest Bóg widzący na niebieskim dworze,Doświadcza ludzi w szczęściu i pokorze,Czy kogo nisko, czy w górze posadzi,Ogląda, jak wszędzie człowiek sobie radzi,Halina moja, co w ubogim bycie,Przepracowała dotąd zemną życie,Nie wierzy słońcu, które niespodzianie,Przed nasze teraz błysnęło mieszkanie;Na stan jej niski wysoka jagoda, —Nie dla sieroty jest kmiecia zagroda;Ani ma ojców, ani przyjacieli,Aby o wianie dla niej pomyśleli:Przeto, młodzieńcze, niech cię Bóg poświęci,Za dobre serce i życzliwe chęci.
Więc jest sierotą ta wasza Halina?Rodzice w niebie — ale jej rodzina,Bliżsi pokrewni żyją bezwątpienia?Z jakiej poręki, z czyjego zlecenia,
To miłe dziecię, to wasze kochanie,Oddane było wam na wychowanie?....
Gdy się los zawziął na polską koronę,Szedł mój mąż z braćmi na kraju obronę,I już nie wrócił. Obcy bez litości,Grabili dwory, zapalali włości,Doznał co trwoga, kto pomni te czasy!Starce i matki pokryli się w lasy,Ale i w lesie płoną ogniem sosny...Był ci to widok straszny i żałosny,Gdy ta ostatnia gorzała ochrona, —Milami wielka rozciągła się łuna.Dzieci i matki błądziły tłumami.Przy drodze na to patrzałam ze łzami,A że mi dziecię zastąpiło drogę.Do serca płacząc, tuląc jako mogę,Pytam o imię, rodzinne mieszkanie,Ale daremna prośba i pytanie:Dziecię zaledwo znało swoje imię;Mówiło tylko, że w okropnym dymieNieznani ludzie wiedli ją do lasu,Więcej nic nie wie aż do tego czasu.
Cóż dalej, matko?... o nie skąpcie w mowie;Ważne mi rzeczy snują się po głowie.
Ja niegdyś matka, pamiętna na Boga,Wzięłam sierotę, choć sama uboga,Podjęłam troski, lecz była ich godna;Wyrosła zdrowa, pracowna, urodna;Obydwie teraz pracujem na siebie.W jednych żyjemy troskach i potrzebie,Pracą łagodząc ubóstwo uporne;W cudzej zagrodzie płacimy komorne,Bez skiby ziemi, — jałówka, dwie krówek,Kilka owieczek, cały nasz dochowek.W lecie sąsiadom pracujem przy żniwie,Za to nam zagon odstąpią na niwie;Tak len siejemy, a wieczorna przędza,Resztę domowej potrzeby opędza.Brzmią tu wesela na każde zapusty,Lecz to nie dla niej, nie dla niej odpusty,Na których dziewkom kupują pierścienie;Tam gdzie stodoły i bogate mienie,Tam zalotnicy; nie zwabi młodzianaPrzybysza córka, bez ojców i wiana.Jak była dotąd niebieska opieka,Tak przeznaczenia u Boga niech czeka —Ufam, że póki niemoc mnie nie strawi,Już mnie Halina samej nie zostawi....
O moja matko! tyści moje wiano!Choć by mi góry złociste dawano,Choćbym mieszkała w malowanym dworze,Jedwabne szaty chowała w komorze,Tobym bez ciebie przepłakała życie!!..
Bóg ci nagrodą będzie, lube dziecię!....
Ważne mi, ważne zwiastują się rzeczy.Jest Bóg, co ludzkie sprawy ma na pieczy;Chwała mu wieczna!... Miła gospodyni,Niechaj z ufnością, co powiem, uczyni,Bo z serca idzie szczera moja rada.Uproście koni z wozem u sąsiada,A tę życzliwość hojnie mu wrócimy,Bo wszyscy w drogę wybrać się musimy:Szczęścia wspólnego nadeszła godzina, —Pozna Halinę Wiesława rodzina!Spieszmy się, spieszmy przyjaciele mili,Bo szkoda nawet jednej stracić chwili!!...
Obraz ubrany — czynność ukończona,Jak ty dziś zdobisz, tak zdobiła ona —Zawsze w niedzielę lub przypadłe świętaZrywały kwiaty jej drobne rączęta;Niemi stroiła tę dziedziczkę nieba,Co nam nieszczędzi ni łaski ni chleba,Na tę dolinkę biegała po kwiatki,
Ztąd najładniejsze zbierała bławatki;A gdzie te brzozy, i zielona trawka,Tam jej najmilsza bywała zabawka;Nieraz modlącą widząc mnie Halina,Także swe małe kolanka ugina,A wzniosłszy w górę swe błękitne zorze,Prosi: Kochaj nas, kochaj, matko Boża!..Jam ją podniosłszy, Maryi polecała;A ona z wiarą obraz całowała...Dziś ty jej miejsce we wszystkiem zajmujesz,Lecz ją nie znając straty jej nie czujesz.
Dzielę twój smutek, czuję com straciła,Lecz nie rozpaczaj matko moja miła!...
Ufaj tej pani ona nie zawiedzie,Ona każdego z przygody wywiedzie,Ona i twoje cierpienia ukróci,Ona ci jeszcze Halinę powróci!....Raczej, matulu bądź wesołej myśli,Nie potośmy w te ustronie przyszli.Dziś nasze święto, przeto na bok smutki!Wieczorem błysną nasze sobótki,Więc będą śpiewy, tańce jak w zapusty,I skakać będą przez płonące chrósty;Toć będzie śmiechu i zabawy wiele,
Już naprzód widzę: — zuch stanął na czele —A za nim hurma ochotników skora —Stanęli rzędem kieby do gęsiora,Naczelnik co ich na ogień prowadzi,Już się rozpędził, już przez płomień sadzi!Za jego przykładem jak wiatr każden leci,Szust, kieby jeleń — pierwszy — drugi — trzeci;„To chwat, to dziarski!” wykrzyka gromada,Wtem przed sobótkę bęc jeden upada,Chce się podźwignąć, lecz daremna praca,Wleciał, nam kozła wywraca; —Drugi trzeciego za sobą powalił,Tamten czuprynę, ten wąsy osmalił,Ow czarny wylazł, jak baba z komina,Śmiech, krzyk, wrzask, drwinki; zrzadła zuchom mina;Dziewczętom w to graj, a że są usłużne,Dla pogorzelców zbierają jałmużnę,Wtem nasze grajki jak utną od ucha,Jak po basetli smyczek się rozrucha,Jak się krakowiak młyńca nie potoczy,Człek hula, ledwo z skóry nie wyskoczy....Lecz my się tutaj trochę zagadali.Przeto gdy obraz jużeśmy ubrali,Nim się nachyli słońce do wieczora,Nim się lud zejdzie, właśnie będzie pora,Byśmy naprzeciw ojca pospieszyli;
Chodził do dworu, może już w tej chwiliWraca z pomyślną wieścią dla Wiesława —Chodźmy, matulo, bom bardzo ciekawa.
O tę metrykę kłopocze się srodze.
Chodźmy już, chodźmy — zdybiemy go na drodze.
Ah, jak tu miło! ah, jak tu radośnie,Jak rzewno, słodko, jak tu serce rośnie!....Cóż to za śliczne wzgórza, łąki, gaje,Ten staw, ten strumyk, ptasząt liczne zgraje!...Ta wioska w sadach, jaka okolica!Ah, jak tu wszystko czaruje, zachwyca!Jak to się wszystko w piękną całość składa, —Żyć i umierać, jakżebym tu rada!!
Jak powiedziałem, najmniej dobrą milę,Woźnica z końmi pozostał się w tyle;Bo chociaż wioska zdawała się z bliska,Lecz ją dzieliły zbłotniałe stawiska;Przeto nim wokół jadący okrąży,Pieszy ścieżkami trzykroć pierwiej zdąży.
Czy słyszysz matko? ach, mój miły Janie,Jak mnie zachwyca to przyjemne granie;Jak mnie te tony do serca trafiły. —
Tak na weselu nócił Wiesław miły.
Flet, co tak mile głos po lesie szerzy,Opiewa szczerość naszych trzód pasterzy;Ow strumyk, co się w tamte snuje strony,W biegu pozdrawia już nasze zagony;Ten staw, ta łąka, woniejące siana,Kościół, plebania, to gniazdo bociana,Ten krzyż na wieży, co na wszystkie końce
Lud nasz oświeca jak promienie słońca;Wszystko już nasze — nasze to siedlisko —Chata Wiesława, także bardzo blisko!
Ale cóż ciebie tak bardzo zachwyca,Czy ci tak miła nasza okolica?
Ten zdrój, ten wzgórek, obraz, ta brzezina!
O wielki Boże!... toć moja rodzina!Gdzie matka moja? matka moja droga?O mówcie, mówcie, proszę was na Boga!Jeżeli w grobie, na grób jej pójść muszę,Stęsknioną ku niej niech wypłaczę duszę!..
Tam się bawiłam, tam zbierała kwiatki,Tum się modliła do Najświętszej matki,Na tym kurhanku, splatałam bławatki....Ale nie widzę rodzicielskiej chatki,Bo tutaj wszystko nie tak jak bywało,Jak mi w pamięci nieraz się zjawiało.
Bóg, drogie dziecię, co ciebie ratował,I twych rodziców przy życiu zachował,
Chatkę i córkę stracili w potrzebie,Dziś w nowej chatce uściskają ciebie.Podziękuj Bogu, żeć drugą dał matkę,Co cię w twych ojców odprowadza chatkę.
Najświętsza Panno w gwieździstej koronie,Co tam królujesz na niebieskim tronie:Co za twym ludem wstawiasz się do syna,Królowo niebios, o Matko jedyna!O opiekunko! nadziejo! pociecho!Co mnie z rodzinną rozpoznajesz strzechą,Co mnie w objęcia rzucasz ojca, matki,Za moje niegdyś wianuszki, bławatki,Za moje modły, dziecinne ofiary!O jakżeś hojna, łaskawa bez miary!!...
Matko cudowna! Halina! Halina!Moja najmilsza, najdroższa dziecina!!
O matko! matko!.. tyżeś to, aniele?
O luby ojcze!... drodzy przyjaciele!Tyle radości, szczęścia uaraznaraz tyle!!
Jakąż mi Boże dałeś dożyć chwilę!...
Brońko! Brońko! poznajecie się dziatki.
Tylem o tobie słyszała od matki:
O moja siostro!...
O serdeczna Halko!Ty będziesz moją najśliczniejszą lalką!!
Matko! radość, którą doznajecie,
Macie zawdzięczyć tej zacnej kobiecie;Gdyby nie ona, wasze lube dzieckoPewnoby padło pod ręką zbójecką.Ona śród mordu, łupieztwa, pożogi,Zabłąkane dziecię uprowadza z drogi,
I chociaż wdowa, choć sama uboga,Uczy cnót, pracy i bojaźni nieba —Że dziś zarobi na kawałek chleba.Słowem Dorota tem Halinie była,Czem ty dziś dla mnie jesteś matko miła.
Dzięki ci dzięki, przyjaciółko droga!
Tu wieczna wdzięczność — nagroda u Boga.
Czyniłam tylko sercu memu zadość,Nagrodą dla mnie wspólna wasza radość,Do żadnej innej nie chcę rościć prawa;Wszakże to tylko odwet za Wiesława.Widać, że Bogu milszym był wasz datek, —Jesteście teraz matką trojga dziatek;Mnie Bóg tak hojnie nie pobłogosławił,Gdy mnie na starość w sieroctwie zostawił!...
Uchowaj Boże!.... do żony Wiesława,Z rodzoną matką równe macie prawa,Tak źle nie będzie, opiekunko miła
Tyś życie dała, a ty ocaliła —Przeto do moich połączę was dziatek,
Halina odtąd dwie będzie mieć matek!!
Wszechwładny, wielki niepojęty Boże!Skrytych twych rządów któż z nas dociec może?
Za mną, dziewuchy, będziem na przemiany,Tam kłaść sobótki, tu wyprawiać tany.
W sam czas jesteście — właśnie macie zręcznośćPoznać opatrzność, litość, ludzką wdzięczność;By Wam to wszystko okazać na razie:To jest nasz sąsiad, to jego rodzina,A to jest niegdyś zgubiona Halina.
Halina....
Tak jest, ta Halina mała,Za którą matka tyle łez wylała.
Ale zkąd ona wzięła się w tej chwili?Mówiono, że ją najezdzcy zabili.
Opatrzność Boska jawna w każdym czynieDorotę zsyła zbłąkanej Halinie:Ta jej nie tylko że ocala życie,Lecz ją w dom bierze za swe własne dziecię,Żywi, naucza, co Bóg, cnota, praca,A w lat dwanaście rodzicom powraca;Rodzice wdzięczni za dobrodziejstw krocieSerce i wrota otwarli Dorocie.
Niech żyje litość! niech żyje Dorota!
Niech żyje Halka, mniemana sierota!...
Niech żyje Halka miła!Żyj zacna Doroto!Co się chlebem swym dzieliła,Tuzin lat z sierotą!
Żyjcie lata Matuzalla,Kochani rodzice!Coście w dom przyjęli z dalaMą oblubienicę!
Oto stoi wasza zguba,Tu wasz syn przybrany;Pobłogosław matko luba,Złącz ojcze kochany!....
Łączcie się dziatki, bądźcie szczęśliwi,Macie skarb drogi, bo polską ziemię,Ziemia to wdzięczna, ta was wyżywi,Utrzyma w sile, rozkrzewi plemię!
Pracujcie zawsze wspólnie w tej roli,Rzucajcie zdrowe ziarno w zagony,Ufajcie w Bogu, a Bóg dozwoli,Że w końcu złote zbierzecie plony.
Łączcie się moje dziatki, bądźcie szczęśliwi!Macie skarb drogi, bo polską ziemię itd.
Nuż żwawo grajki! do skrzypców, do smyka!Gdy czas na dobie niech dziatwa pobryka;Dopókąd cnota i dobry Bóg z nami,Krzeszmy ochoczo ognia podkówkami
Nuż dalej z góry! hop ha!Albośwa nie Mazury? hejże, ha!
Albośwa nie chłopacy?..Albośwa nie junacy?..
Hop, hop, hop, w podkóweczki! hop, ha!Nuż chłopcy, nuż dzieweczki, a nuże ha!Smutek udziałem głupców,Nuż żwawo do hołubców!!
Dziś same skargi, kwasy, hop, ha!Nuż chłopcy, nuż dzieweczki! hejże, ha!A zbytek bierze górę,Oj, w skórę by ich, w skórę!!...
Cóż to się z światem stało? hop, ha!Serdecznych ludzi mało — szkoda! ha!Brat brata drze do woli,Obaj bracia goli!...
Kto w chęciach swoich mierny, hop, ha!Ten u mnie jest niezmierny, a dalejże, ha!Kto na małem przestaje,Takiemu pan Bóg daje.
Nam nie wiele trzeba, hop, ha!Dzban wody, kawał chleba dosyć, ha!I o tem w czoła pocieDzień zchodzi przy robocie.
Byłem w Bogu i z Bogiem, hop, ha!Nie łasić się przed wrogiem nigdy, ha!Niech zawsze z naszej stronyBóg będzie pochwalony.
Comments
Loading comments…