Sonety kijowskie
Niby wstęgą, splątaną w turkusowe sznury,Błękitnym Dnieprem Kijów opasał się stary —Śniegiem domów popłynął w rozdoły i jary,Kopułami swych świątyń opanował góry.
Z zadnieprzańskich gdzieś równin wznosił się w lazuryCzerwony księżyc, wzdęty przez nizin opary...Wyzłacał się — wysrebrzał — rozpędzał mrok szary,Aż cichem, białem światłem oblał miasta mury.
Płynie milczenie — głucha cisza się rozszerza...Tylko się rozkołysał Dniepr, gra u wybrzeżaI dzwoni pieśń prastara, dziwną nutą dzwoni...
Słyszysz grom, jakby huczał młot w olbrzyma dłoni,Żelazne wbijającej słupy w łono rzeki...— To nie ty śpiewasz, Dnieprze!... to śpiewają — wieki!
Minęła noc... Wiew świeży poranku polata,Szatą, tkaną w klejnoty, wschód okrył się cały —Przez niebo przebiegają promieniste strzały,Topi się złoto słońca gdzieś w głębiach wszechświata.
Zadzwonił Dniepr srebrzyściej — turkusowa szataFal jego, otrząsając oparów płaszcz biały,Zadrgała dreszczem złotym — i fale zagrzmiały...A w bramach wschodu słońce stanęło — król świata!...
Soboru Świętej Zofii dzwon zagrał — i dzwonyŚwiątyń innych w chóralne ozwały się tony,W pieśń powitań!... a słońca promieniste oko,
Ziejące żarem ognia, rozwarte szeroko,Dojrzawszy Złotą Bramę — stanęło na niebie...— Nie, słońce!... to myśl moja zatrzymała ciebie!
Comments
Loading comments…