Modernizm polski. Struktura i rozwój — całość

Śród przemian i zjawisk, i dziwów tysiąca,Nie znając początku istnienia ni końca,Wszechbytu przewija się nić.Śmierć złudą jest; życie się nie rwie z mogiłą,Bo wszystko trwać musi, jak jest i jak było,Proch każdy wieczyście ma żyć.

Do pracy! naprzód — z głową podniesioną!Do hebla, młota, kielni lub topora!Z boleścią rzucam książkę i ołówek,Lecz trudno. — Widać, marzyć już nie pora;Nie mogąc orłem, będę jedną z mrówek,Które swą pracą cały gmach społecznyWciąż utrzymują w harmonii odwiecznej.Zwiędły marzenia! Bierzmy się do czynu,Do twardej pracy — jutro do terminu!

Których do trudu świt półmroczny budzi,A trudu kres dzwon wieści im cmentarny.

Skargę głosem, a klątwę wzrokiem cisnął w słońce,A ten głos i wzrok w przestrzeń niezmierną lecąceMniej ważą niźli kropla parującej rosy,Mniej ważą niż przegięta tęcza przez niebiosy,Niż chmur szept, kiedy jedna wskroś drugą przeorze,Niż promień gwiazd odbity ku niebu w jeziorze...I tę skargę i klątwę, co z ust ludzkich buchaPełnych rozpaczy, przestrzeń pochłonęła głucha...

Wielbić naturę?... Za co?... Prawda, nie pobłądzi,Bo nią mus praw tajemnych dla człowieka rządzi.Bo jest maszyną martwą, a jej ruchy wieczneSą bezcelowe całkiem, są, bo są konieczne.Kochać naturę?... Za co?... Za to, że mię gwałtemBezwzględnym utworzyła i odziała kształtemLudzkim, może nieszczęściu najbardziej przystępnym?Że mi wciąż grozi skonu widziadłem posępnym?

Nikła ty protoplazmo, niewidzialny pyle,Głuchej nieskończoności nikczemny atomie,Ku bezcelowej trumnie gnany nieświadomie,Tyż to ufasz zuchwale swej bezwładnej sile?Chcesz przeważyć Ananke w jej wieczystym gromie?Zmienić orbity globów w wszechświatowej żyle?Nadać kształt lazurowy społeczeńskiej bryleI przeniknąć wewnętrzną duchów anatomię?Pchnięte w nieskończonością krwawe widnokręgi,Dziecię ślepych przypadków! Bezwiednej potęgiŚlepotą na glob nagi rzucone narzędzie:Człowieku, czyż potrafią twe spotniałe pięścieZdobyć sobie nie prawdę już, lecz tylko szczęście,Przez które żaden z braci twych płakać nie będzie?

Cokolwiek czujesz, czegokolwiek żądasz,Wszędzie twarz moją oglądasz.Miłość, braterstwo, poświęcenie, wiara,Szlachetne męstwo i czysta ofiara:Wszystko, co duszy zwie się wzniosłością,Ja moim strasznym naznaczam ci piętnem,I co ci miało zdawać się Pięknością,Staje się brzydkimi i wstrętnem.

Co zostało nam, co wszystko wiemy,dla których żadna z dawnych wiar już nie wystarcza?Jakaż jest przeciw włóczni złego twoja tarcza,człowiecze z końca wieku?... Głowę zwiesił niemy.

Rozpacze Faustów i jęki Werterów,I Kordianowe ducha rozpętania,I manfredowskie nasłuchy poszmerów,W których się zaświat tajemny odsłania;Dusze do wątłych podobne ajerów,Pełne rozpaczy i rozczarowania,Nic nie dojrzawszy na ziemi i w niebie,Przestały w końcu wierzyć same w siebie.— — — — — — — —

Wierzę w podłości tryumf i ciemnotyI w nędzy wiecznej i głodu królestwa,I w mękę wiecznej za rajem tęsknoty,Która się zmienia w tęsknotę nicestwa.I w wiekuiste nowe zła pomioty.— — — — — — — —O wieku nowy, na starym zegarzeZgrzytliwym jękiem świeżo wydzwoniony,Witaj! Ty nowe będziesz miał miraże,Nowe pożary i nowe cyklonyI nowe głazy Syzyfów; ołtarzeBóstw, cały nowy Olimp poroniony,Nowe podłości tryumfalne wozy,Nowe zbrodniczych dzieł apoteozy.

W pożarze słońca, w róż oceanie,w płomiennym zmysłów zachwycie,jak grom w dzień jasny, śmierć niespodzianieniech przyjdzie przeciąć me życie.A nim twarz moja zblednie jak chusta,nim zimne wstrząsną mię dreszcze,słodka dziewczyno, daj mi twe usta,jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze.

Nie mam już dziś przy sobie nikogo, nikogo,pusto jest w mojej duszy i pusto dokoła — —idę mą głuchą, smutną i męczącą drogąbez kierunku, bo nikt mię i nic mię nie woła.

I byłem wtedy jako człowiek chory,Co swą chorobę ukochał — i woła,Że nie tak właśnie chorzy — to potwory,I już nie umie wyjść z tych rojeń koła.Modli się owszem — niby do anioła,Do swej choroby

W piersi naszej Chrystusy żyją i Nerony,W piersi naszej bogowie żyją i bydlęta;I duch nasz przebaczeniem cały przepełniony,Nieraz się nienawiścią — jak burza — rozpęta.I bluźnim, choć ku bóstwu dążym w nieśmiertelność,I usta wykrzywiamy w cyniczną weselność.Ale nasze bluźnierstwo to tylko modlitwaRozpaczliwa i groźna jak ostatnia bitwa.Nasz śmiech — to najboleśniej krwawych łez posoka,Jakie płynęły kiedy z człowieczego oka.A życie tak kochamy, jak wiosenne szumyI jak usta dziewicze — i jak wieszczów dumy,A modlim się do grobu — nicestwa — i dżumy.I milczym jak umarłych bezpotomne próchno,Ale patrzym, czy kresu nie będzie wieczorem,Jak ci, co długo milczą, aż w końcu wybuchnąNiby grom!

Znużony suszą walk nieurodzajną,Na próżno ciągle pytasz: Czemu, czemu?I tylko opium ma tę życiodajnąMoc, która ulgę niesie znękanemu.Narghile, wina, rozkosze haremuI pieśń — i modły przed jakim fetyszemTo tylko opium różnego systemu,Lecz śmierć najwyższym jest snem i haszyszem!— — — — — — — —Dobrym jest życie. Lecz lepiej takiemu,Co precz odchodzi. Lepiej śmiertelnemuPsem być umarłym, niż żywym Jowiszem.Opium — jedyny to przedsmak edenu,Lecz śmierć najwyższym jest snem i haszyszem!

W tę cichą, senną, wonną noc majowąCzuję twe ręce ponad moją głową —Słonią mi świat...O! Gdyby więcej pod rękami twemiNie pomnieć życia i siebie, i ziemi,I złud, i strat...

Kiedy otoczysz białymi ramionyGłowę stroskaną i zmęczoną płaczem,I zamkniesz skronie w taki węzeł święty,Zda mi się wtedy, że świat jest zamkniętyW twoim objęciu; że w życiu tułaczemSzczęśliw zostanę — bo wiecznie natchniony.— Lecz kiedy zdejmiesz marmurowe ramię,Bóle i rozpacz wracają na nowo,Budząc wspomnienia w rozszalałej piersi...I myślę wtedy, że ci są najszczersi,Co śmiechem grzebią swą pieśń pogrzebową,Niosąc na czole ludzkiej hańby znamię!

Dusza ma cierniem uwieńczona,Na białym krzyżu twego ciałaPrzybita pragnień mych gwoździami,Schyliwszy głowę, z wolna kona.Ja sam, jak Judasz Iskariota,Za twój namiętny pocałunek,Na dreszcz wydałem ją konania...Ach, mnie przeraża ta Golgota!

Byty pcha w górę doskonaleń rozwój.Słońca — i globu formacje — i dżungle!ludzkie duchy i boskie AgamaWiekami idą na szczyt, gdzie nirwanaŁamie konieczność.

Jak zapomnieć te chwile, co w konwulsjach płyną?Miłością — wiedzą — pieśnią — narghilem — morfiną,Apatią — samobójstwem — czy ubezpłciowieniem?

Nirwano! Pochyl ku mnie twarz matowo-bladą,ściągłą, z bladymi usty i czołem z marmuru,kędy się zamyślenia nieskończone kładąjak mgławice na morzu chłodnego lazuru.Zwróć na mnie oczy twoje, błękitnych wód tonie,głębokie, nieruchome, spod przymgleń świetliste,jak miesiąc, co za mgłami przezroczymi płonie,przetajając w nich światło niebieskosrebrzyste.

Nirwano, zstąp!Cichymi kroki kwiaty depcz,Nieporuszoną, bladą twarzNa naszej drżącej piersi złóżI pochylona cicho szepcz,Że nas pogrążasz w czarną głąb,Że niezaznany sen nam daszI nicość ciał —I nicość dusz.

Tu oczy obróciwszy ku złotemu słońcui ku białym obłokom na błękitnym niebie,można świata zapomnieć i zapomnieć siebie —utopić duszę całą w wód i lasów szumiei w tej upajającej, bezkresnej zadumiechcieć śnić do życia końca i po życia końcu...

Ponad jeziora błękitne faleZ lilij zapachu, z nenufarów woniZrodzona, strojna w łagodne opale,Które tam w górze miesiąc w przestwór roni,

W szacie, z mgieł tkanej powiewnych, wyrasta,Jak owa z baśni królewska niewiasta,Postać i sunie jak oddech po błoniWieczystej ciszy.Symbol, któremu znój nie towarzyszy,Znój walk bezpłodnych; potęga, co duchyZnużone, senne, naodziewa w puchyWieczystej ciszy...Zbliża się do mnie, chwyta w swe objęcia,Słów pieszczotliwych harmonijne dźwiękiLeje do uszu; na kształt pacholęcia,Co od matczynej usypia piosenki,Tak w sen mnie tuli, tak ciągnie, gdzie liścieW jedwabne łoże rozściela na przyjścieMoje nenufar przewonny, przemiękki!Wieczystej ciszy,Co taką wonią naokoło dyszy,Zawitaj, słodka zwiastunko, zawitaj,Śmierci! w swój uścisk całego mnie chwytajI wiedź — ku ciszy!

Alors tous les blessés, les souffrants, les vaincus,Puisque nos frères morts nousr appellent là-bas,Nous appareillerons, ascetes convaincus,Vers bon Nirvana, où l’on ne rêve plus...

To początek i koniec... królestwo NiebytuWieczorne sny jedwabnym kołysze pogwaremZachody purpurowym konają pożarem —Wschód wiecznie nowe Życie wyłania z błękitu...

Gdzież śmierć? i gdzie tu życie? ni mroku, ni świtu,Wszystko drzemie pod drzewa Wieczności konarem —Wniebowziętych postaci pląsający haremDeszczem lotusów ściele łąkę z malachitu...

Do ciebie, my, pielgrzymi, ogniem żądz trawieni,Dążymy, liście gnane podmuchem jesieni —O, przyjm na jasne łąki naszą pierś strzaskaną!

Tęsknoto naszych tęsknot, rajski żywy psalmie,Hołd przynosimy tobie, męczeństw naszych palmie,Ciebie hymnem zachwytu wzywamy, Nirvano!

A kiedy przyjdziesz — to przyjdź w chwili,O śmierci,Kiedy się dzień do skłonu chyli,Kiedy się w otchłań stacza słońce,W purpurze krwawej gorejące,I kiedy krew i łzy tej ziemiBlaskami krwawią je swojemi...

Ty, aniele bez imienia,Białoskrzydła mgło dziewicza,Której szept mię rozsłodycza —Srebrna rzeko zapomnienia!Pani czysta, pani smutna —Nieugięta — absolutna —Cześć ci za twe białe płótna...Cześć ci, pani, za tę ciszę,Która słodko nas kołysze —U twych stóp w bezmiarach wiszę...

Jak czarna lecę błyskawica,nad przepaściami słychać me tętenty.A za mną śpiewa borów chóri łkają dzwony zatopionych miast —

Krwawi się serce morza pośród gór —konają tęcze zdruzgotanych gwiazd —Hurra — tytany! w ręku piorun siny —ten świat roztrącić — w głębiny! w głębiny!

Dziś zrzucam z siebie łachmanną Ducha-Nędzarza powłokę!Świetliste skrzydła aniołów — w zniszczenia zmieniam pochodnie.Za włosy pochwycę ludzkość — w piekło ją z sobą powlokę!Niech zgrzyta! wiek mrze w płomieniach! Za nędzę swą! za swe zbrodnie!I wyjmę z ducha głębiny stężałą kroplę trucizny —Jak Kleopatra ją rzucę — jak perłę! w urnę Wszechświata!Wypełni Wszechświat — przeniknie w rdzeń serca, w żyły i w bliznyI wtedy duch mój zatruty z Kosmosem strutym się zbrata.

I czuje sercem, że tu na tej ziemiNie ma spoczynku dlań — bo gdzie usiędzie,Wyjdą ku Niemu skargi, łzy i modły,I wszystkie krzywdy przypełzną pod nogi,I wszystkie płacze zejdą się wieczyste,I poczną wołać: „Oto nas zawiodłyJasne nadzieje; oto nas i BogiJuż opuściły... Chryste! ratuj, Chryste!...”A On, wołania te słysząc płaczliwe,Skonałby z żalu i osrebrzył lice,Spokojem martwych patrząc w nieszczęśliwe.Jako się patrzą lodowe księżyce.

Żeś nas stworzył, a stworzył słabe i ułomne,żeś nam kazał być w strachu i żyć w poniewierce,żeś ból stworzył, a dał nam współczujące serce,i brzemię ponad siły dla barków ogromne.Żeś nam szczęścia pragnienie w smętne włożył dusze,a rozkosz każdą przeklął, uciechy zakazał,żeś nas w grzechu opuścił, żądzami nas zmazał,a sumienie nam dając, wydał na katusze —

A kto mnie stworzył na to, ażebym w tej chwili,odziany potępienia podartą żałobą,kawałem kiru. zdjętym z mar Twojego świata,wił się i czołgał przed Tobą,i martwym, osłupiałym z przerażenia okiemstrasznego Sądu wyławiał płomienne,świat druzgocące rozkazy?— — — — — — — —

Sądź, Sprawiedliwy!Krusz światów posady,rozżegnij wielki pożar w tlejącej iskierce,na popiół spal Adama oszukane sercei płacz!Z nim razem płacz, kamienny, lodowaty Boże!

Grzmoty...Całej ziemi wstrząśnienie.Minął czas —Spadło kościoła sklepienie —Lud ujrzał się na Dolinie SąduJako rozchwiany las...W serca wstąpiła otucha,Jako rozbitkom zjawa lądu,Tu się rozstrzygnie los —W tym miejscu Bóg wysłucha,Spotężmy głos!

Z kurhanów tamy spiętrzacie wy,By słońca prawdy zatrzymać bieg;Lecz pamiętajcie, że młodzi my,A wam przeżytą skroń bieli śnieg.

Oto nadeszły dni wielkiej Spowiedzi:Błądzą po ziemi wiecznych cierpień syny —Z sercem na dwoje rozdartym — Manfredzi —Duchy z edeńskiej wygnane krainy.A każdy w własne zapatrzon głębiny,Samego siebie boleśnie rozważaI sądzi myśli swe, żądze i czyny,I sądem cierpień — cierpienia pomnaża,I klęczy u swych cierpień strasznego ołtarza.

Dręczą mnie wasze niebiosa,Co tuż przypadły do ziemi,I wasza próżnia, o Niemi,Wrzawa stugłosa — bezgłosa!Gdy spadnie odrodzeń rosa,Was nie tchnie łzami wonnemi...A nasz się powiew rozpleni,Niwa zaszumi stukłosa,Pieśń — ludzkość z nową wyciosaDuszą!

...gdy sam z własną niemocą się miota,Chce innym źródła zatruwać żywota —Mimo ran ciężkich idąc wciąż w spokojuI patrząc w przyszłość z pogodnym obliczem,Nieustraszeni, nie ugięci niczem,Na przekór losom nie tracą odwagi,Wbija w ich piersi nóż szyderstwa nagiI ciemną przepaść wskazuje pod nogą —I puste niebo — gdzie nie ma nikogo!I bezowocność walki im tłumaczy,Aby padali i marli z rozpaczy...

W noc chmurami złowieszczymi ciemnąLeżałam jak zwalony krzyż,A duchy mocowały się nade mnąO mnie —

Jeden o buławę wsparty stał niezłomnie,Rozkazując przepotężnym swym milczeniem:Pójdzie wzwyż.

Drugi szeptał przez obłęd i trwogę,Wbity we mnie rannych ócz płomieniem:Bez ciebie żyć nie mogę —Czoło zbliż —Chodź do mnie...

Najboleśniejsze są pewnie te bole,O których milczy dusza uznojona;Choć wieczną chmurą osiadły na czoleI cisną — niby polipów ramiona.

Szczęśliwe dziecię, że mu płakać wolno —Ze łzami bowiem spływają boleści —I dalej może kwitnąć różą polną,Która się rosą niby łzami pieści.

Lecz kiedy lata przetrawią nam ducha —Im przenikliwszy ból w piersi kołata,Tym bardziej nieme usta, bardziej suchaŹrenica, bardziej twarz jest lodowata!

W Wszechświecie gędźba ogromna:Pierwsze skrzypce — pociągły wiew wiatru.Kontrabasy — bieg rwących potoków.Wiolonczele — myśl i serce moje.Flet i klarynety — głos dzieci daleki.Tamburina — dzwonki krów szwajcarskich.Trąbka chromatyczna — jodler pasterzowy.Organy — kaskad dalekich dudnienie.Viole d’amour — metaliczne drzew szemranie.Vox humana — słyszę głos mojej kochanki...Vox humana — Natura Cała, Natura!— Hosanna!

Kto zasie w słowie znalazł był pierwiastek boski,Rytmiczną będzie miał kochankę w jasnej mowie;Chociażby zakneblował w uściech samogłoski,Ostatnie tchnienie wyda w sylabowym słowie.

A gdyby zacną lutnię odpływowym morzomPowierzył, by precz niosły ją do Antypodów:Fale, zwracając lutnię, u stóp mu położą,By na niej grał do życia wieszczego zachodów.

A gdyby nawet ono gęślarskie narzędzieRoztrzaskał w wyuzdanej z krnąbrnym bólem kłótni:Każdy szczątek narzędzia grać echowo będzie,Iż naraz zamiast jednej sto zaszlocha lutni.

A gdyby w samotności wysnuł pieśni, któreZawiódłby z sobą skromnie pod mogiłę zielną:Wiersze jego potoczą się przez usta wtóre:Pieśń w życiu raz zrodzona moc ma nieśmiertelną.

Odrzućmyż raz tę głupią dla życia pogardę,Którą się otaczamy, jak żebrak purpurą.Niosąc naszej codziennej doli jarzmo twarde,Czoła skrywamy w dumy wyniosłość ponurą.Pięknie nam w własnych oczach w roli bohatera,Co gardzi wrogiem, chociaż zwyciężon umieraPod jego mieczem! Rzućmy tę dumę! To maska,Pod którą niewolników tkwi uległość płaska.

Próżno w swej duszy przepastne otchłanierzucasz źrenicę, jak ołów: nie spadniegłębiej, niż może, i zawsze coś na dnieniedojrzanego dla niej pozostanie.

Do wody mętnej, wody szarejupadły z brzegu moje oczy —

patrzę, jak płynie po pustkowiu,jak się powoli, głucho toczy,jakby płynnego męt ołowiu...W szuwary płynie i moczary,w bór ciemny, w oddal, w otchłań świata...

O morze! Jakże często zda mi się, że łowięuchem szum twych ogromnych wód i w tej muzycesłyszę mistycznych epok głuche tajemnice...O morze! Jakże często zda mi się, że płynęprzez twoją senną, ciemnobłękitną głębinę,kędyś w nieskończoności nęcące pustkowie

Idę-ć ja, biedna Maryja,idę-ć przez piaski pustynihen! ku tej rzece nieznanej,gdzie Chrystus cuda swe czyni.— — — — — —Tam! na krawędzi tej pustki,na sinym nieboskłonie,wznoszą się kurzu tumany —Byt w tej kurzawie tonie.

Potem jest jasność niezmierna, zamyśleńi ciszy pełna, nie wiem, skąd idąca,bo nigdzie światła nie widać krynicy;przestrzeń bez żadnych dla oczu zakreśleń,blask większy, niźli promienienie słońca,lecz nie rażący jaskrawo źrenicy.I głusza kotlin i jakby harmoniileśnej podźwięki i wielka, niezmiennaspokojność jezior widnych w oddaleniach — —i w owej pustej, niezgłębionej tonimyśl ma zawisa nieruchoma, senna,podobna orłom, co zasną w przestworzach.

Las płaczących brzózśniegiem osypany,pościnał mi mrózmoje tulipany.Leży u mych stópkonająca mewa —patrzą na jej trupzamyślone drzewa.Śniegiem zmywam krew,lecz jej nic nie zgłuszy —słyszę dziwny śpieww czarnym zamku duszy.

Jak okiem w dal sięgnąć — stroskane bezdroże.Czas wokół nas depcze po serca ofierze,I smutni jesteśmy, jak smutne wybrzeże,Przy którym od dawna nie śpiewa już morze.— — — — — — — — — —Z dali milczącej, modrosinej,Gdzie się z pól śniegiem skłon jednoczy,Przez czystą, mleczną biel równinyPostać tułacza ciemna kroczy.W żebraczy łachman kryjąc ciało,Idzie wśród pustki sennej, bladejI w nieskalaność śniegu białąWtłacza stóp swoich brudne ślady.I zda mi się, że widmo bolu,Idąc, zostawia ślad bolesnyNa mojej duszy śnieżnym polu...I trwożnie patrzę w step bezkresny.

Mojej Matki zapłakane oczyPatrzą na mnie z beznadziejną trwogą.Słyszę głos jej — głos, co we krwi broczy,„Ja już nie mam na świecie nikogo...”Przez otchłanie, przez góry i morzaIdzie za mną, jak echo tułacze.Hen, na życia mojego bezdroża —Idzie za mną jak echo i płacze.

Nie dojrzy oko twojeW zachodnich chmur pożodzeNa słońcem litej drodze,Płynącą w zórz podwoje,Charona cichą łódź.

Cóż jest smutnego boleśniejOd ziemi, która ze zimy wstaje?Chyba serce, gdy z bólu odtaje,Bez złud, iż czas je uwieśni.Liszaje śniegu w parowach —Czerniejące, rude, zgniłe tłoki —Istnie jako odtajane zwłokiZ białą podścielą przy głowach.

Kiedy wiosna w liść ustroi drzewaI otuli je młodości tchnieniem,

Wtenczas bole, które wiatr im śpiewa,One czują liści swoich drżeniem.Lecz gdy jesień liście im pozwiewaI otuli smutnym śmierci cieniem,Choć wichr jęczy i płacze ulewa,One zimnym darzą je milczeniem.

Drzewa odarte z liści, nagie już,Zdają się w słońcu z zawstydzenia mniejsze,Nieśmiało patrzą w liście spadłe w kurz,Zakłopotane, jakby nietutejsze.A szczyt kościelny, wznosząc złoty krzyż,Lśniący wspaniale złocistymi smugi,Pnąc się, w uznaniu za piękny dzień wzwyż,Zawiesza niebu złoty krzyż zasługi.

Nad szmerem strumieniSkonały niezabudki;W łanach zbóż — bławaty;W mrocznych lasów zieleni —Białe smutkiKonwalii.

A zachód wieczorny się paliW ogrodzie, kędy lilia czystaW rezygnacji —A na jej modlitwach żmijaSwoje pierścienie obwija,Żałobna i promienista...

Zachód wieczorny się paliI nie będzie księżyca i gwiazd na firmamencie:Ogień Zachodu i zmierzchy,

W jakimś szalonym zamęcie,Pokryją kirem drzew wierzchy —I będą cyprysy;Ubiorą w szkarłatyKwiaty —I będą róże;Spadną tumanem krwi, legną w popiele —I będą maki;I, dziwnym czarem ich —Asfodele [...]

Patrz! Ten blady, złamany, a z krwi wielkiej rodu,To skarlenia rodzaju ilustracja żywa...Stare błazny bulwarów psuli go za młodu,Najwyższego zepsucia uczyła go diva,A gdy przeszedł kontrapunkt szału zmysłów, zgrzytu,Ma dziś tylko wspomnienie — wspomnienie przesytu.

A ten drugi, wyniosły, z twarzą Merodaka...Niegdyś jemu nad głową geniusz jakiś wionąłI szła z mózgu młodego myśli furia taka,Aż nareszcie w tej myśli nadużyciu spłonął,A w tym wrzeniu i mdleniu ducha, z burz poczętem,Indianinem był wczoraj, dziś jest dekadentem.— — — — — — — —W Interlaken w hotelu i w słonecznym brzasku,Pośród tego mrowiska ludzi jak na scenie,Wśród Nababów, co Nanę czczą w Bulońskim Lasku,Wśród upiorów, co giną z braku sił w Ibsenie,Stałem, okiem pytając: „Czy tu wszystko zero?Czylim także dekadent? Powiedz mi, pantero!”

„Tak jest! — rzekł mi Merodak — wszystko tu jest marne,Ty blaskami się nie łudź, w głębi drzemią cienie;Te posągi są karle, a te kwiaty czarne;

Twoim losem jest chore nerwów wypaczenie —Potępiona jest ludów przyszłość po wsze czasy;Ginie rasa łacińska — giną wszystkie rasy!”

Dwoje nas w ciszy polnego zakątka.Strumień na oślep ku słońcu się pali,W liściu, co trafił na krzywy prąd fali,Wirując, płynie szafirowa łątka.

Nadbrzeżna trawa, zwisając, potrącaO swe odbicie zsiniałą kończyną,Do której ślimak, pęczniejąc z gorąca,Przysklepił muszlę swym ciałem i śliną.

W przerzutnym pląsie znikliwsza od strzałyPłotka się czasem zasrebrzy na mgnieniePod wodą — spojrzyj! — prześwieca piach białyI mchem ruchliwym brodate kamienie.

[...] Tych kilku dębów ponad brzegiem liście,Podziurawione i przeżarte chciwiePrzez gąsienice, trwają tak przejrzyścieNad własnym cieniem, co utkwił w pokrzywie.(B. Leśmian Poezje, Warszawa 1965, s. 129. W polu).

Zapłoniona czereśnia, przez wróble opita,Skrzy bieliście ku słońcu odziobaną pestę.Korę, sokiem nabrzmiałą, żuk drasnął i przez tęDrobną skazę żywicy płowa kropla świta.

Jeszcze pod zlewą rosy obfitej niezwykleKwiat się wątły ugina i ziemi dosięga,I młodych jeszcze mrówek cwałująca wstęga,Zachowując kształt w biegu, różowieje nikle.(Tamże, s. 143. Obydwa utwory z tomu Łąka).

Jedni się w ogrodzie do trawnika tulą,drudzy rosną na wspólnej grzędzie,inni cisną doniczkę, rozpychają cebulą,nie myślą, co dalej będzie.Zaś gwiaździsta szarotka,biała z zewnątrz, a siwa od środka,poszła na skalne ściany,na okrągłe zielone góry,gdzie toczą się chmurypo trawiejak olbrzymie rozwiązłe barany.— Otuliła się w kocie swe futroi nie wiedziała, czy dziś jest dziś, czy wczoraj czy jutroDeszcz zalał żółte jej oko,patrzące nieciekawie,

i nie wiedziała, czy jest nisko w dole, czy wysoko.Bóg przechodząc spojrzał na nią i smutnie i słodko,gdyż nie wiedział na pewno, na co się jest szarotką.(M. Pawlikowska-Jasnorzewska Poezje, Warszawa 1958, I, s. 3. Szarotka, z tomu Niebieskie migdały).

Z nasępionych krużganków,Z galerii obronnych,Skąd zieleń, ogniem prażąc,Wrogów upomina,Wychylają się kwietne, półcalowe donny,W mantylach fioletowych,W różowych dominach —I namiętnością gorszącSurową fortecęOtwierają ramiona,Tęskne i kobiece...(Tamże, s. 433. Pokrzywa widziana z bliska, z tomu Balet powojów).

Ogień nasturcji — w ślepiach kota.Mgły czujnej wokół ciał zabiegi.Łódź co odpływa w nic — ze złota!Żal — i liliowe brzegi.(B. Leśmian Poezje, Warszawa 1965, s.447, 7. tomu Dziejba leśna).

Wiem, że jestem zaledwie dostrzegalnym pyłem,Wirującym na fali świetlanych promieni,Który w słońcu przez chwilę tęczowo się mieni,Żeby zgarnąć na zawsze... Wiem, że prochem byłem,Jestem, w proch się obrócę, choć ludzie uczeniNawet łudzą mię nieraz twierdzeniem zawiłem,Że snadź zmartwychpowstanę...(W otchłani, tamże, s. 36).

Przepiękne fale! — nie masz dla was łaski!Nienawiść morza dźwiga was z odmętu —

Cóż stąd, że w rajskie opływacie blaski,Gdy to ma trwanie jednego momentu,Po którym trzeba iść w muł bezpamiętnyWam — które znacie czar życia namiętny!(Fale, tamże, s. 70).

Wiem, żem jest pyłek w wszechświatów przestworzu;wiem, żem jest fala na wieczności morzu,która rozbudzona wichrem na głębiniewzdyma się, leci, rozpływa i ginie — —Giną te fale, jak ten nikłe, marne,lecz morze zawsze nowymi ciężarneszumi — i żadnej nie traci kropelki;wiem to — i sławię Cię, o Boże wielki!(Cień, Poezje, wyd. nowe, Kraków 1909, s. 236).

Rzucałem się namiętnie w bój,Za prawdę, ideały,Blaski od moich biły zbrój,I niosłem sztandar biały...Dziś — bezcelowej walki syt —Zapadam w sen i ciszę,Nie nęci mnie już prawdy mit,Marzenie nie kołysze...(Ekstaza, 99—100).

Piję, piję, bo pić muszę,bo jak piję, to mnie kłuje;wtedy w piersi serce czuję,strasznie wiele odgaduję.(S. Wyspiański Dzieła, Warszawa 1927, IV, s. 170).

Wiecznie samotni!... nawet w takiej chwili,gdyśmy spleceni razem ramionamiz kobietą dusze i ciała złączyli,gdy z nią przeniknąć pragniemy się wzajem,jej serce bierzem i jej serce dajem:jesteśmy sami.

Zapomnieć! dalej! wartko! w skok!Niech ziemia się rozludni!...Rozbity piersią, padnie mrokI noc się wypołudni...Zapomnieć trosk i łez i krwi,Ho, dalej! bez pamięci!

...Gdzie zwrócę twe kroki,Czy w dal nieznaną i w nieznane mroki,Czy na pustynne oceanów brzegi,Czy na skostniałe wieczną zimą śniegi,Czy w kraje, kędy nie zachodzi słońce —Wszędzie! Na wieczność i na świata końceTy pójdziesz ze mną... Droga! pójdziesz wszędzie!(Z tej smutnej ziemi, s. 77).

Po niezbadanej wód głębiniesamotny okręt w bezkres płynie;posępna trudzi się załoga,nikt nie wie, gdzie się skończy droga;tajne się w duszach lęgną smutki,bo na pokładzie brakło wódki.(Kabaret salonowy. Piosenki Zielonego Balonika, Kraków 1908, s. 41).

W ogrodzie strojnym w rzeźb klasycznych szereg,Pełnym róż, mirtów, jaśminów, tuberoz,gronie wykwintnych paziów i pasterekRenesansowy cicho stąpa Eros.(Pisma, II, s. 251).

Comments

Loading comments…