Wstępne objawy uczuciowości modernistycznej — całość

Modernizm polski

Cokolwiek czujesz, czegokolwiek żądasz,Wszędzie twarz moją oglądasz.Miłość, braterstwo, poświęcenie, wiara,Szlachetne męstwo i czysta ofiara:Wszystko, co duszy zwie się wzniosłością,Ja moim strasznym naznaczam ci piętnem,I co ci miało zdawać się Pięknością,Staje się brzydkimi i wstrętnem.

Co zostało nam, co wszystko wiemy,dla których żadna z dawnych wiar już nie wystarcza?Jakaż jest przeciw włóczni złego twoja tarcza,człowiecze z końca wieku?... Głowę zwiesił niemy.

Rozpacze Faustów i jęki Werterów,I Kordianowe ducha rozpętania,I manfredowskie nasłuchy poszmerów,W których się zaświat tajemny odsłania;Dusze do wątłych podobne ajerów,Pełne rozpaczy i rozczarowania,Nic nie dojrzawszy na ziemi i w niebie,Przestały w końcu wierzyć same w siebie.— — — — — — — —

Wierzę w podłości tryumf i ciemnotyI w nędzy wiecznej i głodu królestwa,I w mękę wiecznej za rajem tęsknoty,Która się zmienia w tęsknotę nicestwa.I w wiekuiste nowe zła pomioty.— — — — — — — —O wieku nowy, na starym zegarzeZgrzytliwym jękiem świeżo wydzwoniony,Witaj! Ty nowe będziesz miał miraże,Nowe pożary i nowe cyklonyI nowe głazy Syzyfów; ołtarzeBóstw, cały nowy Olimp poroniony,Nowe podłości tryumfalne wozy,Nowe zbrodniczych dzieł apoteozy.

W pożarze słońca, w róż oceanie,w płomiennym zmysłów zachwycie,jak grom w dzień jasny, śmierć niespodzianieniech przyjdzie przeciąć me życie.A nim twarz moja zblednie jak chusta,nim zimne wstrząsną mię dreszcze,słodka dziewczyno, daj mi twe usta,jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze.

Nie mam już dziś przy sobie nikogo, nikogo,pusto jest w mojej duszy i pusto dokoła — —idę mą głuchą, smutną i męczącą drogąbez kierunku, bo nikt mię i nic mię nie woła.

I byłem wtedy jako człowiek chory,Co swą chorobę ukochał — i woła,Że nie tak właśnie chorzy — to potwory,I już nie umie wyjść z tych rojeń koła.Modli się owszem — niby do anioła,Do swej choroby

W piersi naszej Chrystusy żyją i Nerony,W piersi naszej bogowie żyją i bydlęta;I duch nasz przebaczeniem cały przepełniony,Nieraz się nienawiścią — jak burza — rozpęta.I bluźnim, choć ku bóstwu dążym w nieśmiertelność,I usta wykrzywiamy w cyniczną weselność.Ale nasze bluźnierstwo to tylko modlitwaRozpaczliwa i groźna jak ostatnia bitwa.Nasz śmiech — to najboleśniej krwawych łez posoka,Jakie płynęły kiedy z człowieczego oka.A życie tak kochamy, jak wiosenne szumyI jak usta dziewicze — i jak wieszczów dumy,A modlim się do grobu — nicestwa — i dżumy.I milczym jak umarłych bezpotomne próchno,Ale patrzym, czy kresu nie będzie wieczorem,Jak ci, co długo milczą, aż w końcu wybuchnąNiby grom!

Znużony suszą walk nieurodzajną,Na próżno ciągle pytasz: Czemu, czemu?I tylko opium ma tę życiodajnąMoc, która ulgę niesie znękanemu.Narghile, wina, rozkosze haremuI pieśń — i modły przed jakim fetyszemTo tylko opium różnego systemu,Lecz śmierć najwyższym jest snem i haszyszem!— — — — — — — —Dobrym jest życie. Lecz lepiej takiemu,Co precz odchodzi. Lepiej śmiertelnemuPsem być umarłym, niż żywym Jowiszem.Opium — jedyny to przedsmak edenu,Lecz śmierć najwyższym jest snem i haszyszem!

W tę cichą, senną, wonną noc majowąCzuję twe ręce ponad moją głową —Słonią mi świat...O! Gdyby więcej pod rękami twemiNie pomnieć życia i siebie, i ziemi,I złud, i strat...

Kiedy otoczysz białymi ramionyGłowę stroskaną i zmęczoną płaczem,I zamkniesz skronie w taki węzeł święty,Zda mi się wtedy, że świat jest zamkniętyW twoim objęciu; że w życiu tułaczemSzczęśliw zostanę — bo wiecznie natchniony.— Lecz kiedy zdejmiesz marmurowe ramię,Bóle i rozpacz wracają na nowo,Budząc wspomnienia w rozszalałej piersi...I myślę wtedy, że ci są najszczersi,Co śmiechem grzebią swą pieśń pogrzebową,Niosąc na czole ludzkiej hańby znamię!

Dusza ma cierniem uwieńczona,Na białym krzyżu twego ciałaPrzybita pragnień mych gwoździami,Schyliwszy głowę, z wolna kona.Ja sam, jak Judasz Iskariota,Za twój namiętny pocałunek,Na dreszcz wydałem ją konania...Ach, mnie przeraża ta Golgota!

Byty pcha w górę doskonaleń rozwój.Słońca — i globu formacje — i dżungle!ludzkie duchy i boskie AgamaWiekami idą na szczyt, gdzie nirwanaŁamie konieczność.

Jak zapomnieć te chwile, co w konwulsjach płyną?Miłością — wiedzą — pieśnią — narghilem — morfiną,Apatią — samobójstwem — czy ubezpłciowieniem?

Nirwano! Pochyl ku mnie twarz matowo-bladą,ściągłą, z bladymi usty i czołem z marmuru,kędy się zamyślenia nieskończone kładąjak mgławice na morzu chłodnego lazuru.Zwróć na mnie oczy twoje, błękitnych wód tonie,głębokie, nieruchome, spod przymgleń świetliste,jak miesiąc, co za mgłami przezroczymi płonie,przetajając w nich światło niebieskosrebrzyste.

Nirwano, zstąp!Cichymi kroki kwiaty depcz,Nieporuszoną, bladą twarzNa naszej drżącej piersi złóżI pochylona cicho szepcz,Że nas pogrążasz w czarną głąb,Że niezaznany sen nam daszI nicość ciał —I nicość dusz.

Tu oczy obróciwszy ku złotemu słońcui ku białym obłokom na błękitnym niebie,można świata zapomnieć i zapomnieć siebie —utopić duszę całą w wód i lasów szumiei w tej upajającej, bezkresnej zadumiechcieć śnić do życia końca i po życia końcu...

Ponad jeziora błękitne faleZ lilij zapachu, z nenufarów woniZrodzona, strojna w łagodne opale,Które tam w górze miesiąc w przestwór roni,

W szacie, z mgieł tkanej powiewnych, wyrasta,Jak owa z baśni królewska niewiasta,Postać i sunie jak oddech po błoniWieczystej ciszy.Symbol, któremu znój nie towarzyszy,Znój walk bezpłodnych; potęga, co duchyZnużone, senne, naodziewa w puchyWieczystej ciszy...Zbliża się do mnie, chwyta w swe objęcia,Słów pieszczotliwych harmonijne dźwiękiLeje do uszu; na kształt pacholęcia,Co od matczynej usypia piosenki,Tak w sen mnie tuli, tak ciągnie, gdzie liścieW jedwabne łoże rozściela na przyjścieMoje nenufar przewonny, przemiękki!Wieczystej ciszy,Co taką wonią naokoło dyszy,Zawitaj, słodka zwiastunko, zawitaj,Śmierci! w swój uścisk całego mnie chwytajI wiedź — ku ciszy!

Alors tous les blessés, les souffrants, les vaincus,Puisque nos frères morts nousr appellent là-bas,Nous appareillerons, ascetes convaincus,Vers bon Nirvana, où l’on ne rêve plus...

To początek i koniec... królestwo NiebytuWieczorne sny jedwabnym kołysze pogwaremZachody purpurowym konają pożarem —Wschód wiecznie nowe Życie wyłania z błękitu...

Gdzież śmierć? i gdzie tu życie? ni mroku, ni świtu,Wszystko drzemie pod drzewa Wieczności konarem —Wniebowziętych postaci pląsający haremDeszczem lotusów ściele łąkę z malachitu...

Do ciebie, my, pielgrzymi, ogniem żądz trawieni,Dążymy, liście gnane podmuchem jesieni —O, przyjm na jasne łąki naszą pierś strzaskaną!

Tęsknoto naszych tęsknot, rajski żywy psalmie,Hołd przynosimy tobie, męczeństw naszych palmie,Ciebie hymnem zachwytu wzywamy, Nirvano!

A kiedy przyjdziesz — to przyjdź w chwili,O śmierci,Kiedy się dzień do skłonu chyli,Kiedy się w otchłań stacza słońce,W purpurze krwawej gorejące,I kiedy krew i łzy tej ziemiBlaskami krwawią je swojemi...

Ty, aniele bez imienia,Białoskrzydła mgło dziewicza,Której szept mię rozsłodycza —Srebrna rzeko zapomnienia!Pani czysta, pani smutna —Nieugięta — absolutna —Cześć ci za twe białe płótna...Cześć ci, pani, za tę ciszę,Która słodko nas kołysze —U twych stóp w bezmiarach wiszę...

Jak czarna lecę błyskawica,nad przepaściami słychać me tętenty.A za mną śpiewa borów chóri łkają dzwony zatopionych miast —

Krwawi się serce morza pośród gór —konają tęcze zdruzgotanych gwiazd —Hurra — tytany! w ręku piorun siny —ten świat roztrącić — w głębiny! w głębiny!

Dziś zrzucam z siebie łachmanną Ducha-Nędzarza powłokę!Świetliste skrzydła aniołów — w zniszczenia zmieniam pochodnie.Za włosy pochwycę ludzkość — w piekło ją z sobą powlokę!Niech zgrzyta! wiek mrze w płomieniach! Za nędzę swą! za swe zbrodnie!I wyjmę z ducha głębiny stężałą kroplę trucizny —Jak Kleopatra ją rzucę — jak perłę! w urnę Wszechświata!Wypełni Wszechświat — przeniknie w rdzeń serca, w żyły i w bliznyI wtedy duch mój zatruty z Kosmosem strutym się zbrata.

I czuje sercem, że tu na tej ziemiNie ma spoczynku dlań — bo gdzie usiędzie,Wyjdą ku Niemu skargi, łzy i modły,I wszystkie krzywdy przypełzną pod nogi,I wszystkie płacze zejdą się wieczyste,I poczną wołać: „Oto nas zawiodłyJasne nadzieje; oto nas i BogiJuż opuściły... Chryste! ratuj, Chryste!...”A On, wołania te słysząc płaczliwe,Skonałby z żalu i osrebrzył lice,Spokojem martwych patrząc w nieszczęśliwe.Jako się patrzą lodowe księżyce.

Żeś nas stworzył, a stworzył słabe i ułomne,żeś nam kazał być w strachu i żyć w poniewierce,żeś ból stworzył, a dał nam współczujące serce,i brzemię ponad siły dla barków ogromne.Żeś nam szczęścia pragnienie w smętne włożył dusze,a rozkosz każdą przeklął, uciechy zakazał,żeś nas w grzechu opuścił, żądzami nas zmazał,a sumienie nam dając, wydał na katusze —

A kto mnie stworzył na to, ażebym w tej chwili,odziany potępienia podartą żałobą,kawałem kiru. zdjętym z mar Twojego świata,wił się i czołgał przed Tobą,i martwym, osłupiałym z przerażenia okiemstrasznego Sądu wyławiał płomienne,świat druzgocące rozkazy?— — — — — — — —

Sądź, Sprawiedliwy!Krusz światów posady,rozżegnij wielki pożar w tlejącej iskierce,na popiół spal Adama oszukane sercei płacz!Z nim razem płacz, kamienny, lodowaty Boże!

Grzmoty...Całej ziemi wstrząśnienie.Minął czas —Spadło kościoła sklepienie —Lud ujrzał się na Dolinie SąduJako rozchwiany las...W serca wstąpiła otucha,Jako rozbitkom zjawa lądu,Tu się rozstrzygnie los —W tym miejscu Bóg wysłucha,Spotężmy głos!

Rzucałem się namiętnie w bój,Za prawdę, ideały,Blaski od moich biły zbrój,I niosłem sztandar biały...Dziś — bezcelowej walki syt —Zapadam w sen i ciszę,Nie nęci mnie już prawdy mit,Marzenie nie kołysze...(Ekstaza, 99—100).

Piję, piję, bo pić muszę,bo jak piję, to mnie kłuje;wtedy w piersi serce czuję,strasznie wiele odgaduję.(S. Wyspiański Dzieła, Warszawa 1927, IV, s. 170).

Wiecznie samotni!... nawet w takiej chwili,gdyśmy spleceni razem ramionamiz kobietą dusze i ciała złączyli,gdy z nią przeniknąć pragniemy się wzajem,jej serce bierzem i jej serce dajem:jesteśmy sami.

Zapomnieć! dalej! wartko! w skok!Niech ziemia się rozludni!...Rozbity piersią, padnie mrokI noc się wypołudni...Zapomnieć trosk i łez i krwi,Ho, dalej! bez pamięci!

Comments

Loading comments…