Dwa skrzydła poezji Anatola Sterna

Rzecz wyobraźni

budzą się czerwone i młode babyi wyciągają nogi spod pierzynyczym prędzej sobie myją gęby abybaby mogły bąkać że są dziewczyny

wabią balwierza baby oblane pąsemi mówią my się boim czy nóż nas nie potniea na to balwierz szczerzący plomby złotneja golę baby tylko swym blondynnym wąsem!

baby zestrachały się aż po kolanauciekają! wpadła do rzeki ich tłuszcza!baba babie naga siada na baranababa niesłaba! łba baby nie puszcza

balwierz je gania ten kosmaty satyra baby kryją się za baobabamikażda trzyma w ręce nabrzmiały baloniki śmieje się do balwierza białymi zębami

wódkę ostrą mdłą z wypuszczonych tykw pićwić nić rubinową w cieniu tykw i palm —na ustach jawajki kulę słońca śnićgładząc dłonią pasa jej madapolam(Słońce w brzuchu)

arlekin, karahez, pietruszka i pulcinelloz hanswurstem i stańczykiem mąkę śmiechu mielą

toć to karuzela! w niezmiennym porządkuskaczą tu osoby różnego stanu i obrządku

pierwszy to łotr żorż — ten ma twarz kapralana którego policzkach niedziela blaski rozpala

drugi o szczękach buldoga to mussolini —rzeźnik spacerujący łapą po mandolinie– – – – – – – – – – – – –magik Hildebrand połyka kiełbaskę krajaną w talarki;a na loterii fantowejmożna wygrać cztery teściowekolczyki broszkiscyzooryki noożyczkikolie brylantowezegarki...

Jedna tygrysicąwpadała do dżungli moich włosówmoich dni splątanychwbijała szare ślepiaw moje oślepłe od ekstazy oczymyślęże na swój tygrysi sposóbtrochę mnie kochała

Inna była królowąznosiła do mrowiska niezliczone ankietykarmiła mnie móżdżkiem zwierzątżywymi gąsienicamichrzęszczącą szarańcząniekiedy nawet dawała na wódkęwyrzuciła mnie kiedym ją zapłodnił:jesteś mi niepotrzebny pijaku.

Ewa stała naga,Ewa stała niemamówiła ręka,mówiła noga —było to, czego nie ma.

Ewa stała biała,Ewa owoc zjadła.

I to początek wszystkiego— pamiętam —to był początek,Adamie.(Pierwszy grzech)

Na drzewie zawisł wąż,I rzekł szatan do Ewy:„Patrz, pod ciemnymi drzewyWe śnie leży twój mąż.

Zdołaj duchy spłomienić,Spokojny ciała dom,Chwilę zamienić w grom!Trójcę w jedność zamienić!

Sama ogniami stlej,A gdy się mąż zamroczy,Patrz mu ogniście w oczy,Usta z ustami zlej!

Jeśli masz ognia mało,To ściągnij oto dłoniPo owoc tej jabłoni.Jej duchem podkarm ciało.

Ty będziesz świata panią!...“Lecz już z jabłkiem od drzewaBiegła w płomieniach Ewa,A szatan poszedł za nią.

W potopie rozżarzonej lawydzikie winopnie się na ceglasty mur.Strumienie kędzierzawej trawy,splatając się w zielony chór,strumieniem zielonego wina płyną.

Po czerwonych cegłach pieśń się wspina!Muzyka pnie się po szczerba tym murze!Ale na próżno rozgrzać chcą strumienie winamur, co umrze — co za chwilę umrze...

I nagle — archanioł w purpurze!I nagle — ognista włócznia wibrującaprzeszywa wypalone serce muru.To dziewczyna czarnozłota od słońcaramieniem oparła się o mur,rozgrzana, potem parująca.

Zagrzmiały zielenie kędzierzawych chórów —chłopców Donatella.Zatrzęsła się ziemia pod popękanym murem,spowitym w wino.Upił się stary dureń,jak na chłopskim weselu spocona kapela.(W potopie rozżarzonej lawy)

oto pokoleniektóre lęka się wojny atomowejlęka się znaku równanialęka się znaku nieskończonościlęka sięlęka sięna jawie i we śnie

oto pokoleniewpatrzone w dalekie gwiazdydrżące z przerażeniaże tam jest jeszcze jeszcze gorzejże ziemia ziemia ta ziemiajest najjaśniejszą magistraląw obłędnym mieście Pana Bogaoto pokoleniewpatrzone w latarnię morską cynizmujedyne światłoktóremu ufaw swej nocy

oto pokolenie —nie przeklinajcie gonie gardźcie nimwspółczujcie mukochajcie je(Pokolenie)

grał storczykgrała mimoza

grała noc ciemnofioletowana wzburzonych klawiszach oceanugrał daleki planetarny systemna kryształowych sferachi ostrzącskrwawiony nóżna osełcektoś niedbale słuchał koncertu.

A dnia któregoś, kiedyś, przejazdemkątem gdzieś we wsi cygańskiej stanę.Na spadającą popatrzę gwiazdę.Spojrzę na pola, pola zorane.

To koniec Cyganów...Żalu dziecinny,rozpłyń się, odpłyń z uśmiechem bladym.To ich początek!... To życie inneodmłodzonej starej ballady.

Czy mniej wróżebnie łkać będzie woda?Czy mniej tajemny będzie szept losu?

...Kobieca twarz młodaw starym srebrze włosów.

jest bardzo starysadzi ogromnymi susamiwłosie oszklone szronemspazmatycznieunoszą się bokisterczy twardy wyłysiały grzbietciężko dyszyobwisła popękana wargadrżą oszronionewłosy w chrapachczarnozielone kępy zmierzwionego włosianad rozkraczonymi śmiesznie racicamiślizgają się po twardym śniegu

kiedyś miał co najwyżej pięć latnosiłeś długie włosy i skarpetkinie przeczuwałeś jeszcze siwizny szaleńczeon jeden cię pamiętawszyscy inni wymarlity jeden go pamiętaszwszyscy inni wymarlina wymarłej wyspie wśród jezioranawet już ty nie żyjesz

— tylko on jedenon jedenjednorożecna wyspie

Wędrujemy cygańskim obozem,nocujemy w gwiaździstej grozie,dzisiaj pod Wielkim Wozem,jutro na Wielkim Wozie...

ale jeszcze się tu trochę powłóczęjeszcze tu trochę posterczępodobno przed śmiercią poecipiszą najlepsze swe wierszea te moje? obleciale to jeszcze nie to,to jeszcze nie te moje pierwszea ponoć jestem także poetąjeśli wierzyć encyklopediomi gazetom

no to chyba jeszcze ta chwila nie przyszłajeszcze czarnych ślepych konikównikt nie zaprzęga do dyszlamożecie nie odtykać swych rynienpoleżę sobie jeszcze w cieniu klonikówzanim westchnę ostatnim swym rymem(Dwugłos)

Wiąz z głuchym krzykiem padł tej nocy...Bezwładny drga. jak koń, co zdycha.

Znikąd nie czeka już pomocy —i cicho drży, listowiem wzdycha.I tylko konar oszalałyszamoce się i daje znaki,że... Nie. To gałąź osiodłałypędzące na niej w świat dzieciaki.

Gdy dnia pewnego, nocy pewnejmój świat bezładnie się zakręci —ktoś może na mym wierszu śpiewnympogalopuje bez pamięci.I będzie pędził w świat, zuchwały,i słowem mym zaklinał, krzyczał...

(Wiąz)

„Co chce powiedzieć swym bełkotem?“To o świecie.Zasłuchana z twarzą oblaną potem.Spazmatyczny błękit oczu.Popękany karmin warg.I nagle —nagle krzyk Eurydyki z piwnicy.To nie wołanie o pomoc.Przypomnienie.Głos żebyś spoczął.Niczyj.Ściągamy pospiesznie skórę z twarzy,aby powędrować w inny wymiar:koczo-wnicy.(Płacz Eurydyki)

Comments

Loading comments…