Super flumina Babylonis

Rzecz wyobraźni

Ja nie jestem Heraklesemani Ola Dejanirą,wrogi moje nie centaury.

Lecz koszuli ja Nessosajuż się nie pozbędę nigdy.Ona wlewa w żyły ołów,limf rysunek, nerwów deseńona trawi w wolnym ogniu.Ona tkankę miażdży żywą,kość rozkrusza, mózg zaciska.Żeby wyżąć z krwawym potemsłowa słowa słowa.(Trochę mitologii)

Najpierw przyśnił się młynek do kawy.Najpospolitszy. Taki sobie staroświecki. Ciemnokawowy w kolorze.(Dzieckiem lubiłem odmykać klapkę, zajrzeć i natychmiast zatrzasnąć. Z trwogą, z drżeniem! Aż zęby dzwoniły ze strachu! Było mi tak, jakobym ja tam był w środku kruszony! Zawsze wiedziałem, że muszę źle skończyć!)Najpierw zatem był młynek do kawy.A może to się tylko tak zdawało, bo w chwilę potem stał już tam młyn z wiatrakiem.A stał ten młyn na morzu, na linii horyzontu, na samym jej środku.Cztery skrzydła obracały się z trzaskiem. Pewno kogoś kruszyły.(Potępiony)

widzę:w śmietniskach Chwały Fabrycznejprefiguracje poronneprototypy tyranozaurów przyszłości —wszystkie w marszu. Przodemplutony egzekucyjne. Zmotoryzowanych Polipów. Dalejdywizje Elektronowych Mątw.Gdy poprzedzony kapelą janczarów-transystorówjawi się On sam, dyktator lądów, wód i przestworzywspaniały Kat Cybernetyczny z odkażonym sznurem.I rozpocznie swoje zbożne dzieło.(Hymn)

W czerniwyglądałaby z daleka jak ptak jaki złowrogiz przetrąconymi skrzydłamigdyby nie kapelusz przekrzywiony na bakier.Przed nią na wózku przewiązana sznuramisosnowa trumienka.„Wio!” krzyczy kobieta ze złością, gdy szkapa zagapiona staje.I pusta równina wokoło. Nic więcej, nic więcej, nic więcej.Tylko wiatr chwilami skamle i śnieżek pada na bakierz ciemnej chmury.(Pejzaż)

Między serca rozkurczeni a skurczem jesttaka chwila gdy jesteśmy śmierci.Za krótka ona byśmy ją postrzegli.Spazmatyczne jest nasze postrzeganie poznanie.A nam się zdaje, żeśmy rzeką. Rzekążywą rzeką. Rzekąpłynącą szybciej wolniej ale ciąglei w kierunku.Esse est percipi et percipere — powtarzamyporuszamy głową kładziemy rękę na sercugłośno zamykamy książkępodchodzimy do stolika z jeszcze ciepłą herbatą,wpatrujemy się w Orfeusza Eurydykę z neapolitańskiej płaskorzeźbymówimy: dobranoc kochana.Zegar bije wiatr nadyma firankę gasimy światło.I pogrążamy się w nicośćjeszcze wtedy pewni, żeśmy rzeką żywą. Żywą rzekąktóra tylko pociemniała — okresowo — wdowa — okresowo — po dziennym świetle(ono wróci, ono musi jak skurcz po rozkurczu)a lemury na pociemniałym jej nurcieto przywidzenia lunatyczne.(Wiersze somatyczne)

Stara ręka, stare oczy, stare usta, stare cienie.Stare brzmienia, stare treści, stare myśli, stare słowa.Te objawytakie stare! —— przecież nowe objawienie!Patrz jak starycień mój klękana stareńkim cmentarzyku.(Kaligrafie. 7)

Jestem syn księżycowy, a nie słoneczny.Jestem zatem mózgowy, a nie serdeczny.Fala tu jest zachłanna, lecz nie odwieczna.Śmierć jest nieustanna, nie-ostateczna.

Zahuczał wicher — wicher jesiennynad moim sercem — sercem tułaczem —i Anioł senny — Anioł Gehennyjuż mnie powitał — powitał płaczem.

Przy cynku siedziała dziewka. Oczy miała utkwionew kielichu, z którego ciągnęła przez słomkę ciecz rubinową.Była wcale niestara. Tęga. Rysy brutalne,charakter ubierał je w godność jednak, nawet w szlachectwo.Wciąż jeszcze trwała zima. Ranek był cudnie słoneczny.Paryż z mgły się wyłuskał tęczowo-akwamarynowej.Za szybą i placem kościółek. Stamtąd dzwoniono właśnie.Nie wiem z jakiego powodu...

Dziewka uniosła powieki. Jak baletnica unosi sięna czubkach palców. Ale jej burożółte źrenicebyły skamieniałe. A jednak taiły w środkupłomyk, a może i światło —światło więzione w bursztynie.To ją czyniło podobną do Sybilli Kumejskiej,zasiadłej na stołku przed cynkiem, z nogami rozstawionymi.(W barze, gdzieś w okolicach Sèvres-Babylon)

Dwoiste życie nasze: sen ma świat udzielnyŚród otchłani, nazwanych bytem i nicestwem,Nazwanych, lecz nieznanych — sen ma świat udzielny,Z rzetelną władzą rządząc nad marnym królestwem.– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –Błądzącym wśród ciasnego dni naszych przestworzaŻycie jest wąską ścieżką łączącą dwa morza:Wszyscy z przepaści mglistej w przepaść lecim mroczną.

za spłakanym niebemza siermiężnymi chmuramiza ubłoconym listopademza łzawymi świeczkamiu posępnych twoich mogiłojczyzno(Kołysanka dla konających)

Gdy byłem dzieckiem młodzieńcem,sny moje były piękne!Może i śmieszne niekiedy, może i dziwne, może i przerażające,piękne — zawsze!

Kobra nawet, przed którąm uciekał — daremnie — na szafy wysokie,blask rozsiewała klejnotów ze skarbca Saby królowej!...

Głowa nawet, głowa Absalona, wśród lian i gałęzi więziona— oczy jej szły za mną wszędzie, oczy płomiennookie —jak piękna była ta głowa w gniewie i srogiej sile!...

Nawet gdy z brzóz syberyjskich sfruwałem, szaman zdziczały —o, jak świetliście białe skrzydła mnie niosły motyle!...

Są krzaki, na którychna których jagody spełniają się jeszcze w dnia purpurze.Tam gdzie jaszczurki mruczą słońcem dnia upite,szczęście tam pływa leniwie noc objąwszy ramieniem.

Zdejm sandały. Te kamienieświęte są. Martwa jaszczurkaległa jak klejnot z nieba rzucony.Tymi schodami uciekał Orestes.W łodzi z rudymi żaglamiErynie ścigają go.(Wieczór — Noc — Ranek)

Od grzechu do odkupieniadroga prowadzi schodami najpierwpotem serpentynąpo której gonią się dzikie Buickiz zapalonymi pharami.

Błądzącym wśród ciasnego dni naszych przestworzaŻycie jest wąską ścieżką łączącą dwa morza:Wszyscy z przepaści mglistej w przepaść lecim mroczną.Jedni najprościej dążą i najrychlej spoczną,Drugich ciągną na stronę łudzące widoki:Plony, ogrojce wdzięków lub sławy opoki.Szczęśliwi! jeśli goniąc mary wyobraźni,Przed końcem drogi znajdą Świątynię przyjaźni!

Aż kiedyś na jakimś moście księga sfrunęła mi w ręcebez tytułowej karty, nazwać jej przeto nie umiem,obrazki w niej były banalne i motyl śród kart zasuszony,a pierwszy acapit głosił: wrzuć Balaamitę do wisły.Wrzuciłem więc rybę do wisły a wisła była pąsowa,bo noc zaistniała tymczasem, przesiana przez światła neonów,i padał deszcz. Dalej czytałem: posil się, bracie, w barzeposil się mleczno. I zaśnij. I śpij aż przeminie historia.Co było robić? Posiliłem się. Zasnąłem. I śpię.Śpię aż przeminie historia. A ona nie myśli przeminąć.(Sen)

Comments

Loading comments…