Drobiazgi — całość
Codziennie biegała z WawraNieść mleko na gospody,Codziennie dolewałaDo mleka sporo wody.Zebrawszy grosza niecoOparła dłoń o biodroI rzekła dumnie: — KupięCzepiec ze wstęgą modrą!Z energii baba znana,Za myślą czyn wnet bieży,I jest już przy straganie,Ma czepiec jak należy.Włożyła go na głowę,Wspaniały strój ją cieszy;Będziesz to zazdrość, będzie!Do Wawra baba spieszy.Nad mostem wiatr się zerwałI dmuchnął na potęgęI porwał babie czepiecI śliczną modrą wstęgę.Widząc płynący stroikZ westchnieniem baba rzekła:— Radość ma z wody przyszłaI z wodą też uciekła!
Nie myśl, że marzycieli ródZaginął już niby to,Żyje on jeszcze jak i wprzód,Lecz na inne... kopyto.Nie płyną gdzieś, w podniebny szlakZ rozanieloną twarzą.Fantazyi brak i skrzydeł brak,Więc „na piechotę” marzą.Nie niesie ich potężny duchW gwiaździste, górne sfery,Lecz dążą tam, gdzie inny ruch,Gdzie kursa i afery.
— O luba moja! — nuci wieszcz,Marzyciel nasz współczesny,„Miłości wielkiej czuję dreszcz,„Gdy posag masz poczesny.„Ach! w serce me uderzył grom,„I wzniecił w niem zapały„Ty bowiem masz intratny dom„I w bankach kapitały.”
Bankier wyborny obiad zjadłI pijąc czarną kawę,
Marzy: — Ach gdyby objąć świat„I puścić go... w dzierżawę.”I duch bankiera rozbrykany,Coraz to dalej jedzie:— Ach gdyby objąć oceany,„I złapać wszystkie śledzie!„I monopolu rzucić sieć,„Nim jutro wejdzie słonko,„I bardzo śliczny dochód mieć,„Po rublu brać za dzwonko!”
Blada dziewica marzy teżI nitkę pragnień wiąże— Ah, płacze, gdzież jest on, ach gdzież„Spróchniały jaki książe?„Gdzie snów dziewiczych moich szczyt,„Wyśnionych idealnie,„Gdzież jest ten stary, gruby żyd,„Co wielkie ma kopalnie?”
Nie myśl, że marzycieli ród,Zaginął już niby to,Żyje on jeszcze tak jak wprzód,Lecz na inne... kopyto.
Sokrates wypił czarę cykuty,I opadł struty.Niemiec wychyli dwanaście czar piwaI jeszcze śpiéwa.
Ach, wy kwiaty, moje kwiaty,Ilem ja was w życiu stracił!Ilem żydom to napłaciłNa „odrazu” i „na raty”Za te wasze aromaty...Ach, wy kwiaty, kwiaty, kwiaty!Pomnę dotąd, jak za Różę,Później znowuż za Hortensyę,Zniosłem ojca gniew i burzę,Jak mi Berek wlazł na pensyę...A bukieciarz miał pretensyę,A cukiernik... jakie duże!Ach, wy kwiaty, kwiaty, kwiaty,Śliczne Lilie i Narcyzy,Nie starczyło mi intratyNa miłosne antrepryzy,Na wyprawy w uczuć światy,Ach, wy kwiaty, kwiaty, kwiaty!Wyście zeschły, jam dziś zwiędły...Urok życia mija, znika,Złote nitki się wyprzędły...Reumatyzm, sciatyka,W uchu biały kwiatek z... waty...Ach, wy kwiaty, kwiaty, kwiaty!
Rzekł szlachcic do szlachcica przy księżyca blasku:— Tyś szczęśliwy, masz margiel — ja siedzę na piasku.Rzecze tamten: — Cóż znaczy ta różnica roli,Ty masz piasek, ja margiel — a obaśmy goli.
A to jest także kawałek historyi,Jak panna Mania, co z urody słynie,Wstawszy z łóżeczka o późnej godzinieI pijąc kawę z domieszką cykoryi,Myślała sobie o szampańskiem winie.................O tejże porze młody pan Fajnbube,Co ma włos rudy i postać przysiadłą,Gładził swe baczki i patrzył w zwierciadłoI w niem podziwiał swoje rysy grube,Mówiąc: ta Mania to jest dziecko lube.................Takie dwie myśli pamiętnego rana,Jak dwa motyle frunęły ku sobie,I już na wieczór w tejże samej dobieMania widziała trufle i szampanaA Fajnbub Manię w jej własnej osobie.
Napisał już nie pomnę, Terencyusz czy Plaut,Że kobieta mężczyznie mówi „aut, aut.aut.”Że owe dwa auty znaczą notabeneAut mnie kochaj nihil, panie, aut bene.
Lis stary, doświadczony, sztuk wszelakich świadomZwęszywszy tłustą gąskę, pojechał za Radom;A chcąc się sprezentować zgrabnie i ponętnie,Puszyste faworyty nastroszył odświętnie,I na pola szerokie, na ogromne lasy,Puścił się nadwiślańską w „kupie” drugiej klasy.Drugi lis, konkurencyi bojąc się kolegi,Wziął sanki i wprost końmi podążał przez śniegi.Lis pierwszy śmiał się mocno, mówiąc: — Jedź fujaro!Nim ty szkapą się ruszysz, ja wpierw zdążę parą.Pojechali...Lis pierwszy do wioski przybywa,Gdzie wiedział, że się chowa gąska urodziwa,I pyta, po podróży krzepiąc się przekąską:— Nie był tu mój kolega?— Już odjechał z gąską.Lis zgłupiał i powietrze napełniając wrzaskiemPrzeklinał Stephensona z jego wynalazkiem.
Nie grymaszę, jako żywo,Nerwy we mnie się nie burzą,Od młodości lubię piwo,Chcę mieć tedy piwa dużo,A czy ciemne jest czy bladeTo mi wszystko ganz pomade!
Niech filozof głowę suszy!Niech wysila mózgownicę,Dusza jest, czy nie ma duszy,Czy są inne tajemnice?Gdy na talerz pieczeń kładę,To mi dusza ganz pomade!
Niech kto bada stare dzieje,Niech z mólami księgi toczyJakie przeszedł świat koleje,Co w przyszłości go zaskoczy?Tak daleko ja nie jadę,Bo mi wszystko ganz pomade!
Bo i cóż mi ztąd za szansa,Choć zagadkę się rozmota,
Czy pochodzę od szympansa,Od sokoła, czy od kota?Gdy dziś swym koczykiem jadęTo mi wszystko ganz pomade!
Powiadają; społeczeństwo!Kwestya bytu i oświaty,Jakieś tam proletaryaty,Czy też inne bezeceństwo!Niechże wrzeszczy kto ma swadę,A mnie wszystko ganz pomade!
Jak się tam na świecie dzieje?Ja nie myślę wglądać głębiej,Bo mnie rzecz ta ani grzeje,Ani też, co prawda, ziębi,Ja swój dochód w kieszeń kładę,A zresztą mi ganz pomade!
Bylem jako tako trawił,Byle listów kurs nie spadał,Bylem czasem się zabawił,O nowinkach z kimś pogadał,To szczęśliwy spać się kładę,Bo mi wszystko ganz pomade!
Nie grymaszę, jako żywo,Nerwy we mnie się nie burzą,
A ponieważ lubię piwo,Więc też pragnę mieć go dużo,A czy ciemne, czy też blade,To mi całkiem ganz pomade!
Choć deszcze padać będą i śniegowe burze,Nie przestanę cię nigdy Kochać, przez K duże.
Choćby mi tygrysSerce wziął i wygryzł,Choćby jaguarPożarł ten memuar,Ja ubiorę twe imięW pamięci peniuar.
Czy będę w Grendlandyi,Czy w Nowej Zelandyi,Czy w samej Holandyi,Czy na wyspie Kandyi,Nie zapomnę ciebieDrogiej Leokadyi!
Ciężkie są w życiu chwile okropności,Więc ci wpisuję dowód mej miłości.
Marmur się robi z gipsu oraz z mąki,Wspomnij mnie czasem w godzinę rozłąki;
A ja cię wyrznę, czy w dole, czy w górze,W mojej pamięci jak w białym marmurze.
Kiedy będziesz salopkę zdejmowała z kołka,Pamiętaj, że ja byłam twoja przyjaciołka
Rzym leży nad Tybrem, Paryż nad Sekwaną,Nie zapomnę ciebie, póki będę panną,Lubię kaszkę z mlekiem i kaszkę na rzadko,Nie zapomnę ciebie gdy będę mężatką,Mięso jest rzeczownik, deklamować — słowo,Nie zapomnę ciebie, gdy zostanę wdową!
Przełożonej piesek ma Żoko na imię,Ja cię będę kochać i w lecie i w zimie.
Cztery razy dziewięć jest trzydzieści sześć,Gdy gruszka dojrzała to ją trzeba zjeśćOsiem razy osiem jest... już zapomniałamPamiętaj najdroższa, jak ja cię kochałam!
Ile razy ujrzysz szczotkę lub konewkęTyle razy wspomnij
Czy są miDługie dniDane czy też krótkie?Kochać chcę,Zawsze mąCzarującą Ludkę
Choćby mnie kto zdusił tak jak Desdemonę,Mile wspomnę te chwilki, co razem spędzone
Była sobie wieś GwizdałyNa Podlasiu gdzieś;Różne się tam rzeczy działy,Bo to była wieś GwizdałyOt, zwyczajnie wieś...
Gwizdaliński był dziedzicemBardzo zacny kmotr,Człowiek z ogorzałem licem,Gwizdaliński był dziedzicemGwizdaliński Piotr.
Gwizdalińską miał za żonęJak piwonii kwiat;Damę — cudo wystrojone,Gwizdalińską miał za żonęOd trzydziestu lat...
A Swistensztajn był pachciarzem,Reb Świstensztajn Srul...Pierwszym z Gwizdał dygnitarzem,Reb Swistensztajn był pachciarzemPracowity mól...
Swistały tam ptaszki w lesie,Swistał w boru kos;Dziedzic też nie milczał przecie,Gdy świstały ptaszki w lecieW rozmaity głos.
I w dziedziczce krew nie woda:Lubiła ów świst;Zresztą taka była moda,A w dziedziczce krew nie woda —Was natürlich ist...
Dzieci też swe tony miały,Bo dziś taki czas;A że swoje tony miały,Więc za młodu przegwizdałyCalusieńki las.
A za lasem poszły łąki,Poszedł też i grunt,Bydło wozy i postronki,Gdy za lasem poszły łąki —Jam delendae sunt...
Swistensztajn stał się dziedzicemReb Swistensztajn Srul,Piękny człek ze wschodniem licem;Swistensztajn stał się dziedzicem,I żyje jak król...
I już niema wsi GwizdałyNa Podlasiu gdzieś...Dziateczki ją prześwistały,Tę uroczą wieś Gwizdały,Ot, jak zwykle wieś...
„Per me ci va nell eterno dolore”Więc oświadczyłem się o Aurorę.„Per me ci va tra le perdute gente”Już ślub jest wzięty i wszystko już wzięte.„Lasciate ogni speranza, voi qu’entrate”Teść mi wykazał swą całą intratę.
Ożenił się Icek z SurąPojechali jedną furą,Wzięli z sobą dwa cielęta,Ośm serów, ćwierć jęczmienia,Sura była uśmiechniętaIcka miłość rozpromienia.Pojechali po szabasie,Odpoczęli na popasie,A nazajutrz bardzo rano,Już na Pradze ich widziano,I na targu pośród ściskuMieli cztery ruble zysku.
W tymże czasie uśmiechnięty,Ożenił się pan Jacenty,I z żoneczką piękną cudnieJechał w podróż na południe,Na drugi dzień bardzo ranoW Wiedniu parę tę widziano,Pędzić chwilęchwile chcąc przyjemne,Pojechali na SródziemneŚródziemneI jak niosły wieści chyżeCałowali się w Kairze.
Miłych wrażeń zbiór bogatyDał im pięć tysięcy straty.
Dziś Jackowie w domu siedzą,Z kłopotami wciąż się biedzą,A pan Icek z swoją Surą,Ciągle jeździ własną furąI po targach zysku szukaNa... karetę dla prawnuka.
Tam daleko — na Kanonii,Grywał szewczyk na harmonii,A Brygidka — ta nie brzydkaUśmiechała się.— Hej Brygidko, szepnął zcicha,Kiedy panna się uśmiecha,Więc w tym względzie jakże będzieKtóry tyczy mnie?Ona mu w stylu najnowszymRzekła: — kiedy, to i owszem,Niech przed święty, pan Walenty,Na zapowiedź da.Tak się stało — na Kanonii,Dziś nie słychać już harmonii,Lecz Brygidka — ta nie brzydka,Na szewczyku gra.
Strzelała oczamiMając miłość w duszy,Matka oburzonaWzięła ja za uszy.Ta do niej z językiemOjciec nosem skrzywił,Stryj ramieniem ruszył,Bo się widać dziwił.Dziadek Bonifacy,Zamiast przyjść z podzięką,Na tę całę chryjęTylko machnął ręką!I rzekł: — Nie ma racyiMatka Domicela,Póki wnuczka młodaNiech tam sobie strzela.
Daleko, daleko,Za borem, za rzeką,Miałem niegdyś wieś!Nie zbiegło trzy lata,Wioszczynę do kataWzięli djabli gdzieś.Oj, druhowie wierni,Bór się już nie czerniZjedliśmy go wraz!Rzeczka smutna płynie,Bo żydom we młynie,Kręci ciężki głaz!
Druhy wierne, druhy!Znikliście jak duchy.Gdy zniknęła wieś.Z tylu przyjacieliWszyscy się podzieliNiewiadomo gdzieś?Dziś wśród trosk i trwogiDepczę cudze progiJa, ah, pański ród!I nie jednej laliProszę, by mi daliSmarownika trud.
W dzisiejszym odkryć i dociekań wieku,Gdy analizie świat poddany wszystek,Wie prawie każdy, nawet mały chłystek,Że grunt jest także w człowieku.Nie jeden niemiec poważnie uczony,Nad tą się kwestyą zadziwiał,I grunt badając ludzki z każdej strony,Przedwcześnie biedak posiwiał;My nie możemy sięgać tak głęboko,Bo nam bibuły, — no i czasu braknie,
Ani też kwestyi rozwodzić szeroko,Jak tego właśnie szwab uczony łaknie;W dwóch słowach skreślim nasze spostrzeżeniaI podział gruntu fatalny...Klasyfikując go, tak od niechcenia,Na przepuszczalny i nieprzepuszczalny.Pierwszy, na obraz piecowej czeluści,Największe dobra natychmiast przepuści;Drugi, jak krzemień i twardy i zbityNie puści gronia — nawet dla kobiety.
Kucharka, słynna piękność w parzygnatów rzędzie,By gęś zarżnąć mordercze ostrzyła narzędzieI rzecze: — Gęsi głupia! i na toś się spasła,Abyś oto na rożnie tak przedwcześnie zgasła?Rzeknie gęś: — Nie urągaj, kochana Agato,Ja gęsiostwo swe kończę ty zaczynasz za to,Ty mnie dzisiaj oskubiesz, pierze kupi Berek,A ciebie skubać będzie narzeczonych szereg.
Przecz chcesz ludzi okpiwać doletnia Malwino?Czas nie wraca i wody nigdy wstecz nie płynąI chociaż z malowania zdawać masz egzamin,Wie każdy, iżeś wiekiem stara jak pargamin.
Było zamczysko bardzo stareOj stare tak jak świat,Pan jego wielką miał landarę,Na niej moc dziur i łat.
W tej to landarze jeździł częstoDo okolicznych siół,Znacząc na drodze bardzo gęstoSladyŚlady ogromnych kół.
A niedaleko zamku, nowyPałacyk piękny stał,Pan miał interes wyścigowyI śliczny powóz miał.
I śmiał się często z tej landary,Z jej licznych łat i dziur,Goście, spełniając też puhary,SmieliŚmieli się w zgodny chór.
I pokazało się, że racyęSiwy jegomość miał,
Żydek urządził licytacyęI śmiał się, bardzo śmiał.
Ów zaś w landarze jeździ częstoDo okolicznych siół,Rzeźbiąc po drodze bardzo gęstoSladyŚlady ogromnych kół.
— Mateuszu! jesteś pijak,Niechcesz się wytrzeźwić nijak!— Macie racyę, mój Walenty,Juści jestem dziś urżnięty:Kobieta ma chora cości,Trzeba użyć swobodności.
Ah, jestem niby skamieniały druidBowiem kasowy wyczerpał się fluidI dziś „nec locus ubi rubel fuit.”
Daremnie piszę trójkę, przy niej dwa zer,Bo mój dawniejszy bankier Eleazer,Dziś już na weksle spluwa jak na „hazer.”
I to już sobie przyrzekł pod chairem,Że nie tknie skryptu nawet z dobrem żyrem,Choćby miał duszę okryć smutku kirem.
Więc wobec tego jestem niby w próżni,Niby na piaskach Sahary podróżni,I nie chcą pomódz mi żydowie różni.
Jak radzi chiński uczony Ti-o-ping,Ostatni modny zniszczył mi się smokingI inne szaty już są nieco shoking.
I przez dzień cały smutny i pochmurny,Chodząc po stancyi drę stare koturny,I śpiewam, śpiewam ponure nocturny.
Brodziłam nad strumykiem, po kolana w śniegu,Księżyc lśnił się w kryształów cudownem przezroczuA modre niezabudki rosły u wód brzegu,Podobne do Alfonsa rozmarzonych oczu.Słońce piekło jak ogniem, a błyskawic wężeW pośród chmur się migając, wciąż ciskały grzmoty,Ach! gdy złączone serca przeciwność rozprzęże,Dusza błądzi jak bocian zszargany od słoty.
Siedząc w szlafroku w zacisznym zakątku,Dzieje żywota rozbieram w pamięci...I przędzę myśli snuję z wspomnień wątkuI wszystko mi się przed oczami kręci...Nie tak przy końcu jest jak na początku,Siła nie sprosta zapóźnionej chęci,Słusznie poeta rzekł „nessun dolore”Gdy się do rzeczy bierze kto nie w porę.Ach pomnę, pomnę, onego to anno,Nim zaświeciła w pełni ma łysina,Piękna Idalia była jeszcze pannąI miała folwark koło Kałuszyna.Jeździłem do niej kołami i sannąGdy śnieg krył ziemię jak żyda pierzyna,Byłem ja wielki miłości amator,Lecz nie stanowczy jak Fabiusz Cunctator.Jakem jął zwłóczyć i wieść flirt niewinnyNim przedsięwziąłem konkurów batalię,Aż z pod Węgrowa przyszedł młodzian innyWięcej stanowczy i zabrał Idalię...Zarzezał wieprza jej ojciec gościnny,Kwaśnego wina kupił całą baljęA ja dziś jęczę. — Ach! nessun dolore,Gdy kto do rzeczy nie weźmie się w porę.
Poeta mówi, że raj ziemski leżyTam, gdzie przez błonia srebrny strumyk bieży,Gdzie wśród zieleni blask księżyca gościA słowik śpiewa pieśni o miłości.A szlachcic twierdzi, że strony rajskiemiSą piękne dobra o pszenicznej ziemi,Zaś Icek mówi, że to nic nie warto,Bo raj jest funtem, łokciem albo kwartą.
Do komisyi niektórej tak przemówił piekarz:— Ty mnie, kochana pani nie szkaluj i nie karz,
Że daje bułki,Małe jak pigułki.— A czemuż — rzecze owa — to się panu zdarza?— Gdyż siedzę razem z piecem w kieszeni młynarza.
— Że do mych beczek nos ciekawie wtryniasz,Źle robisz mój Chemiku, rzecze gruby Winiarz.Na to Chemik:— Mój bracie, niech cię nie obrażaNie wsadzałbym ja nosa do beczki Winiarza,Lecz ty sam sobie z chemią kłopotu przyczyniasz,Boś jest wodnik i occiarz, wódczasz i fuksyniarz,Toksykolog niezgorszy, lecz wcale nie Winiarz.
Noc... W wyobraźni mojej rozegrane duchy,Rozlazły się po kątach, niby karaluchy...Jeden w drugiego wielkie, niezgrabne a czarne,Odbywają pod piecem wędrówki bezkarne.
Noc... W pośród głuchej, uroczystej ciszy,Wychodzą na podłogę szukać żeru myszy...Głupie, nędzne gryzonie! Czy wam się wydaje,Że z kolacyi poety okruszek zostaje?Fałsz, fałsz, marne stworzenia! Poeta prawdziwy,Jeśli sam ma okruchy, czuje się szczęśliwy,Zresztą, niech was tam licho, łazić wam pozwolę,Bo wy drobne istoty jesteście symbole:Karaluch symbol sławy, a mysz powodzenia..................Lampa gaśnie, wschód słońca ziemię opromienia,I już symbol lichwiarza wyłonił się z cienia.
Wielkiej zacności był to chłop,A przytem gęsta mina,Brzuch niby okseft, wąs jak snop,Zęby jak u rekina!Jadał jak tygrys, pił jak słońI nie znał chwil przesytu,Przetoż mu każdy ściskał dłoń,Winszując apetytu.
Nasz doktór X. uczony mąż,Praktyk, ma rubli żniwo,Pacyentom wodę radzi wciąż,A sam zaś trąbi piwo.Gdy pacyent przejdzie jego próg,— Jedź do wód, doktór rzecze,— Pan doktór także będzie mógł...— Nie głupim, dobry człecze.
Aniela Swędzisz, znana z cnót,Awansowała szparko,Pamięta jeszcze z Kruczej ludJak była tam kucharką,
Lecz ludzi szybko zmienia czasI przeobraża wszystko:Dziś Ania budzi zachwyt nasz,W ogródku jest artystką.
Sempronjusz X., poważny człek,Bawi się w filantropię.Ma on już dość poważny wiekI miłość za utopię.A jednak fama głosi wciążI stwierdza to faktami,Że ów surowej cnoty mążMa swoją jakąś „amie.”
Salomon Alef mówi tak:— Posiadam, Gott sei Dank,Za kratą, gdzie słoneczny znak,Porządny bardzo bank.Uczciwość zawsze pachnie mi,Jak najwonniejsze kwiaty,Nie puszczam ja z kieszeni krwiOdrazu, lecz na raty.
Jeszcze jednego do tych strofZe wspomnień mych dobędę.Krzyczał on ciągle o „hands of”A miano go za zrzędę.
Tymczasem pono... przykry głosMięsza się w te pochwały,Jak zabezpieczył sierot los,Dziś sam ma kapitały.
Sprzykrzywszy sobie Rózię i Andzię i Lodkę.Pan Symforyan polubił zwinną, czarną kotkę.Śliczne to było stworzenie,A figlarne nieskończenie.Zaledwie dzień się robi, od samego rana,Już kotka swemu panu skacze na kolana,Już się przymila, mruczy, figlujeI pan Symforyan szczęśliwym się czuje;Puszystą kotkę ręką czule gładzi,Myśląc, ta zawsze wierna i nie zdradzi.Przyszedł marzec, śnieg jeszcze padać nie przestawał,Na dachach już się koci rozpoczął karnawał,Pan Symforyan jest smutny, nie ma czarnej kotki,Bo stałość u płci pięknej to wierutne plotki.
W naszym pieniężnym świecie zięć arystokrataJest to niemały honor, lecz żadna intrata.
Gdy szesnaście miała latekWyglądała niby kwiatek,Sliczny kwiatek w wonnym wianku,Z róż, lilii i tymianku.
Przeminęło wiele latek,Ona zawsze jest jak kwiatekChoć nie taki, jak ów w wianku,Lecz jak złoty kwiat rumianku.
Zżymał się, gniewał, przeklinał złe czasy,Pewien młody pasażer w coupé pierwszej klasy,Zaś stryjek pasażera, siedząc w klasie trzeciejMówił, że powodzenia gwiazda wciąż mu świeci.Rzekł na to współpasażer sprytny Jojna Sztylet:— Traci ten, co zadużo wydaje na bilet,A kto zaś tanio jeździ, to taka osobaBędzie mogła wciąż jeździć jak jej się spodoba.
Pani Rachela zapadła w splen,Jak najprawdziwszy angielski lord;Nie był jej miły obiad ni sen,Ani od pana Kanarka tort,Ni konfitury, ni lemoniada...Cóż miłe temu kto w splen zapada?
Pani Rachela przez całe dnieMówiła: — Bardzo nudzi się mnie!Mnie już się przykrzy jeździć do wód,Bo próbowałam je wszystkie wprzód,Mnie już nie bawi nawet Ostenda,Gdzie tyle państwa latem się szwęda.
Mnie już się sprzykrzył rodzony mąż,Co mi brylanty kupuje wciąż,Mnie złoto stoi jak w gardle kośćJuż kosztowności posiadam dość,Cała kasetka zapchana przecie;Dla mnie to tyle znaczy co śmiecie!
Mnie już znudziła kosztowność szat,Których mi cały zazdrości światLekkich koronek ogromna moc,Które szwarcownik niósł w ciemną noc;Wszystko w komodzie leży na kupie,Takie to nudne i takie głupie.
Mnie już obrzydły pieniądze me,Ja do nich dotknąć nie lubię się,I nie chcę patrzeć na złota stosI wciąż przeklinam mój nędzny los,Ja nie dbam o to, co zazdrość budzi,Co pożądaniem jest wszystkich ludzi.
Ach wiem co zrobię! — pieniądze te,Ja rzucać będę dziś byle gdzie,W nich ma choroba z pewnością tkwiI świat dla tego tak obrzydł mi,Niech biedni ludzie, co chodzą boso,Z moich pieniędzy korzyść odniosą.
Tak pulchna dama zapadła w splen,Jak najprawdziwszy angielski lord,Ani jej miły obiad, ni sen,Ani od pana Kanarka tort,Więc chciała zaraz, gwałtem czemprędzejPozbyć się wszystkich swoich pieniędzy!.................
Wtem sługa szklankę rozbiła raz,W znudzonej damie zakipiał gniew— Dy hast cerbrochen a siajne glas!Moją dziesiątkę oddaj! mą krew!I z wielkiej złości dama osłabła,Ale splen cały... poszedł do dyabła.
Mam przyjaciela, zacności jegomość,Człek wykształcony i to co się zowie,Ma obowiązków i pojęć świadomość,Szlachetność w sercu i naukę w głowie.Można go lubić we wszelkim sposobie,Dopóki mówić nie zacznie o sobie.
Na tym koniku bowiem gdy pojedzie,To już uważać nie chce wcale na nic,Prawdy i sensu chętnie się pozbędzie,Byle się tylko chwalić mógł bez granic...A gdy słuchacza powolnego znajdzie,To do absurdu w samochwalstwie zajdzie.
O polowaniu będzie opowiadał:Że nosorożce strzela! jak wiewiórki,
Że do tygrysów po krzakach się skradał,Że cztery słonie zastrzelił z dwururki,Że orły w locie strzelał i jaskółki,A lwy z Gerardem mordował do współki.
Gdy o piwnicy swojej zacznie prawić,Co ją po wielkim odziedziczył przodku,Ile to beczek zdążył do niej wstawić,Jakiej małmazyi i jakiego miodku!A w gruncie rzeczy, prawda niewątpliwaMa w tej piwnicy sześć butelek piwa.
Toż o cygarach prosto z wyspy Kuby,Potrafi wysnuć całą epopeję,Że mu zazdroszczą tych zapasów kluby,Że bankier pewien z złości zielenieje.A w gruncie rzeczy całe te zapasy:Pół setki cygar bardzo średniej klasy.
Już o podróżach nie zaczynać wolę,Bo opowiadać potrafi bez końca:Jak w Grecyi sypał dryndziarzom obole,A pod Biegunem oglądał wschód słońca.A w gruncie rzeczy był w Wiedniu dwa razyI ztąd wysnuwa fantazyi obrazy.
Co zaś do kobiet... nie jestem już w stanieWymienić wszystkie co szalały za nim,
Dziewczęta z ludu i wykwintne panie:Był Donżuanem, Faustem, Ernanim.A w gruncie rzeczy... oto prawda wszystka:Bukiet od niego przyjęła chórzystka.
Ach, luby druh mój, zacności jegomość,Człek wykształcony i to co się zowie,Ma obowiązków poczciwych świadomość,Szlachetność w sercu i naukę w głowie;Kochać go można we wszelkim sposobie,Dopóki mówić nie zacznie o sobie.
Poszedł Dudek na ogródek,Tam spotkał DzierlatkęI dziobał z nią w gabinecieZieloną sałatkę.
Za bufetem Szpak zasiadałI przekrzywiał szyję:Dzióbcie Dudki, dzióbcie, gadał,Bo ja z dudków żyję.
1-a wdowa (soprano)2-a „ (alto)3-a „ (discanto)4-a „ (contralto)5-a „ (tenore di forza)6-a „ (baritone)7-a „ (basso cantabile)
A więc już postanowiono,
Ach tak, ach tak!
Że utworzym wspólne grono.
Ach tak, ach tak!
Ach! to będzie żywot słodkiW tem dobranem ślicznie kole,Legominki wciąż na stole,Jaki dyskurs, jakie plotki!!
Ach! to będzie żywot słodki!
Dla zachwytu nie mam słów:„Zgromadzenie samych wdów,”Przez fortele, przez wybiegiNikt nie wejdzie w te szeregi,Ani tamten, ani ów;Rodzie męzki bywaj zdrów!
Rodzie męzki — do widzenia,
Co to za dysonans znów?
To tak sobie, od niechceniaZwyczajna igraszka słów.
O! przesłodki dysonansie!W zgodnym chórze tobie cześć,Bo zanadto jest surowaNaszych wielkich ustaw treść.Drobny wyłom w chińskim murzeNie zaszkodził by nam nic,Niechby przyszedł kiedyś przecieżJózio, Adaś, Stasio, Fryc.
Nie zaszkodził by nam nic!Nie zaszkodził by nam nic!
O prześwietne zgromadzenieMamy jasny wniosek już:„Skołatany okręt wdowi,Wśród życiowych płynie burz.Powtórnego port małżeństwaUśmiecha się z po za fal,Czyż nie lepiej doń zawinąćNiż w niepewną pędzić dal?”
Śliczne słowa, mądre słowa,Jaka forma, co za treść!
Niechaj żyje czwarta wdowa!Hej, fanfara, na jej cześć!
Ja nie mówię, by w naszym asylu,Przeniesionym w te ciche zakątki,Był ród męzki w programie i w stylu,Lecz uwzględnić należy wyjątki,I w tym celu powinna być listaPasse-partout...
Ach! dla Ewarysta!
Dla Anzelma!
Romana!
i Rocha!
Jasia!
Piotra!
I tego, który mnie pokocha!
O tak, o tak, myśl świetnaUstawa już kompletna,I już postanowiono,Utworzyć wspólne grono.Ach tak, ach tak,Myśl nasza bardzo świetnaUstawa już kompletna!
O herbaciany kwiatku! — ambro wonna!Rajskiego ptaka najpiękniejsze piórko!La-fi! mądrego Psi-o-tai córko,Dla ciebie miłość zakwitła dozgonna
I spadła na mnie jako burza w gromach,Jako na piętę bambus mandaryna;A chcąc opisać Ciebie, ma jedyna,Nie zawrę myśli w tysiąc dwustu tomach,Chociażbym pisał piórami kolibra,A każda karta była skórą słonia!...................Gdym ciebie ujrzał, małom nie spadł z konia,Chociażem jeździec najpierwszy w Tybecie.Zadrgała we mnie wówczas każda fibra,I mróz poczułem, jak mi szedł po grzbiecie,Jak się zaczynał zaraz tuż pod szyją,I aż tam niknął, gdzie chińczyka biją...
Przed tobą sługa niósł wachlarz na tyce,A drugi sługa parasol od słońca...Trzech konnych przy twej jechało lektyce,I niewolników szereg szedł bez końca,Niosąc olejki, wonności i maścieI naliczyłem tego flasz czternaście!.................La fi!La-fi! o wonny herbaciany kwiatku,Na cały Peking gwiazdo najjaśniejsza!Ma miłość dla cię stała się silniejsza,Niżeli pancerz angielskiego statku,I stała mi się cięższą niźli góry,Gorętszą niźli oddech złotych smoków,
Twardszą niż twardość żelazistych oków,Ostrzejszą niźli dzikich lwów pazury!
La-fi! czy pomnisz, jak przy twojem oknieStałem, a zimne wstrząsały mną dreszcze,A były wówczas tak okropne deszcze,Iż naród myślał, że Peking rozmoknie...Woda zmywała nawet malowidła,Co z takim gustem pisze je lakiernik,Malując różne bóstwa i straszydła...
La-fi! czy pomnisz? jadłaś wówczas piernikI upieczoną na patyku gruszkę...Ja podziwiałem twe oczy z turkusówSkośne cokolwiek — i twą drobną nóżkę...Aż wtem ktoś krzyknął: — „dać mu sto bambusów!”Takież ma miłość miała dostać wiano?
Ale rozmyślać już nie było czasu,Bo w pośród gwaru, śmiechu i hałasu,Owe sto kijów rzetelnie mi dano....................A później, później — o moja jedyna,Gdym się zagłębił w smutnych myśli toni,Rzekłem do siebie: „Czemuż handlarz koniSmiał spojrzeć w oczy córce mandaryna?!”
Comments
Loading comments…