Gospodarski ranek

GOSPODARSKI RANEK.

Ciemno jeszcze było.Mróz, niebo wyiskrzone, gwiaździste.Kryształki śniegu błyszczały migotliwie; na wzgórku rysował się niewyraźnie kontur wiatraka, którego śmigami wiatr kręcił.Koguty piać zaczęły; od czasu do czasu szczeknął pies, z okna tej lub owej chaty błysnęło jaskrawe światło ogniska, w którego błyskach migotliwych można było dostrzedz zaspaną dziewuchę lub babę, przędzącą na pierwotnej, jak świat starej, kądzieli.W czworakach już świecili — ekonom z czerwoną latarnią i z nosem także czerwonym, kręcił się koło budynków, mówiąc pacierz i klnąc wszystkimi dyabłami na przemiany, a pan dziedzic folwarku spał snem sprawiedliwego i chrapał...Ależ jak on chrapał!!!Gdybym był poetą, powiedziałbym, że w tem chrapaniu słychać było jęk upadającej posiadłości wiejskiej, kwilenekwilenie nad brakiem kredytu — to znowu jakiś świst szyderczy, sarkastyczny, jakby skierowany przeciw obietnicom naszych znanych, zapowiadających bank rolniczy.Tak chrapać potrafi tylko szlachcic.Dziwna rzecz, że od tych jęków, zgrzytów i westchnień bezwiednych nie spadła z kołka wisząca nad łóżkiem dubeltówka, że zegarek z pantofelkiem zielonym nie uleciał w powietrze...Lecz i chrapanie ma swój koniec.Była to godzina, o której karbowy przychodził po klucze.— Co u licha, dziś go jakoś nie widać!? czyżby spał jeszcze? Nie, to niepodobna.Pan Jakób świecę zapalił.— Magda! Magda! — krzyknął głosem donośnym.Na to wezwanie stawiła się Magda — zdrowa piękność, o krzepkim szkielecie, świetnie rozwiniętej muskulaturze, czerwonej twarzy i włosach konopnych.Pan Jakób nie patrzył obojętnie na Magdę, była w jego guście.— Słuchaj-no, Magdusiu — szepnął możliwie pieszczotliwym basem, — co to znaczy, że Sadłowski nie przychodzi po klucze?Na twarzy Magdy malował się smutek jakiś i zakłopotanie... Mięła fartuch w ręku — poprawiała chustkę na głowie, milcząc.— No, gadajże, był Sadłowski po klucze, czy nie?— Gdzie zaś, nie był.— A dlaczego, czy jeszcze śpi?— Gdzie zaś, panie, zaraz po północku wstał.— Więc dlaczegóż po klucze nie przyszedł?— Bo mu nie było potrza...— A czemże otworzył? Palcem czy co?— Kiej spichrz otworzony.— Któż go otworzył, kiedy ja mam klucze pod poduszką, o, widzisz?— Musi złodzieje byli i otworzyli.— Co ty gadasz?— A dyć, prawdziwie panie tak jest.— O nieszczęście moje! Wołajże tu Sadłowskiego; dlaczego ten stary osioł zaraz mnie nie obudził... co to jest!?Delikatnie, powoli i nieśmiało wchodzi Sadłowski.Frasobliwą minę ma... milczy.— No cóż, gadaj stary, okradli nas?!— Akuratnie, wielmożny panie, okradli — widać jeszcze przed północkiem — na pierwszy sen trafili — wyważyli drzwi i tyle... saniami byli, do gościńca ślad jest — a dalej ni znaku.— Co wzięli?— Pszenicy było odmłynkowanej korcy siedem i garncy dwadzieścia, to wzięli — żyta było żydowskiego, co wielmożny pan miał niby odstawić, kupa, to ubrali też z dziesięć korcy.— Wzięli?!— A juści, i znowu chomontów starych, co jeszcze byli za nieboszczyka starego pana za paradne, dwie pary wzięni, ale im się rozlecieli zaraz przy śpichrzu.— A niech ich milion kroć! Czemużeś nie przyszedł zaraz i nie obudził mnie? byłbym posłał konno, możeby jeszcze dogonili.— Proszę wielmożnego dziedzica, akuratnie zara duchem kazałem Wojtkowi siadać na ślepego, a Michałek poleciał na Szmulowej — jeszcze ich nie widać, a ja zaś akuratnie byłem zaprzątnięty i nie mogłem odejść.— A cóż Sadłowski robił po nocy!?— Czerwonego woła ratowaliśmy, proszę wielmożnego pana.— Masz tobie, gdzież on jest?— Prawdziwie i akuratnie — to go już niema.— Jakto niema?— Akuratnie nibyć jest, bo leży, a zaś znów go niema, choć leży, bo zdechł, wielmożny panie.— Wół zdechł? skąd? Wczoraj był jaknajzdrowszy.— Akuratnie, nawet że skikał przy pojeniu, tymczasowie po północku, parobek do mnie, niby, do okienka puk, puk!... a ja mówię kto tam? a on powiada — Sadłowski! niech Sadłowski idzie woła czerwonego lekować, bo kiepski — ja mówię: ola Boga! i zara wlazłem w kożuch i duchem do obory!... Świecę latarnią, wolisko leży... stęka... patrzę, spęczyło go het... bydlę jak góra!— Cóżeście mu zrobili?— Wszystko, wielmożny panie, okowity mu dałem z mydłem i z octem bez mała czego kwartę... tem bardziej soli, po tamtej siwej krowie, co zdechła, było ze dwa funty — dałem. Nic nie pomaga. Gospodyni miała znów hemetyku pięć proszków, też dałem — i znów czekam — nic. Jużem głowę stracił do szczętu, ale myślę, ryzyk fizyk! trza ratować. Akuratnie proszę wielmożnego dziedzica żona moja miała takie apteczne lekarstwo, przez urazy wielmożnego pana, od kobiecej słabości, takoż i to dałem.— Coś ty, zwaryował?!— Gdzie zaś? jeno człowiek niewiedzący wszystkiego próbuje — ja myślałem, że może się we wole co wzruszyło... potem rozcieraliśmy go kołkiem, a potem Ignacowa zamawiała i zaraz też zdechł.— Czegożeście go nie dorznęli?— A jakże panie, ino tylko co zdechł, zaraześmy mu grzdykę przerznęli, ale krew nie szła — żydy już byli, mięso kupią do miasta; takie miał biśtyki, jak słonina...— Oj Boże, Boże, ja tu zginę przy was!... Do lasu posłałeś?— Zaraz fornale jadą — tylko nie wiem, kto Szczepanowemi końmi pojedzie?— Ano któż? Szczepan!— Właśnie, wielmożny panie, że nie, bo się wczoraj spił jak cztery dziewki, zadatek rznął o ziemię i powiedział, że nie chce służby znać.— Cóżeś mu na to?— Straszyłem go wielmożnym panem i prześwietnym sądem... ale gdzie on i wielmożnego pana i sąd odesłał, to nawet wstyd powtórzyć...— Możesz nie powtarzać — więcej nic?— Bogu dzięki — tymczasowie nic.— No, idź na folwark, każ kowalowi nowe zamki do śpichrza dać, z wołem zrób porządek, ja tam zaraz przyjdę.— Magda! Magda! chodź-no i powiedz Kokosińskiej, niech mi tu kawy przyniesie, bo już dzień; a co tam za żydziak czai się przy bramie?— On do wielmożnego pana z listem, jeno się psów boi.— Weź od niego list i powiedz mu, niech idzie się rozgrzać do pachciarza — skąd on jest?— Z miasteczka.— No, biegaj po list... możem na loteryi wygrał! może choć jedna dobra nowina!Magda wróciła z listem.Pan Jakób włożył okulary i czytać zaczął — po chwili zaklął piorunami, zmiął list w ręku i cisnącisnął w piec.Ciekawy ten dokument zawierał następujące wyrazy:„Wielmożnego dzżedżycu... Na jeszonowa pora kupiałem od wielmożnego pana sześćdziesząt pary zborzie, czyszczowanego, mlinkowanego, przez żadne kunkul i kostrziewa, co buło kontraktowanego, z dostawem na Lystopadzie. Zborzia pan nie dostawiłesz, a tymciasem cene spadniało i w Gazete Handlowe, tak stoi co nic warty — prosię mi wracać mego zborzia i zapłaczycz dwieszcze czterdzieści rubli straconego korzyśców, bo inaczej podam wielmożnemu dziedzycowi na sąd z wielgiem ziczliwościem bardzo upsiejmy sługa.

Chaskiel Cytryner.“

— A niech cię milion! Podawaj sobie gdzie chcesz, zboże leżało w śpichrzu, czekałem aż je ukradną! — Kokosińska, dawaj raz tę kawę!— Czy i dla wójta każe pan dać??— A gdzież jest wójt?— Czeka w pierwszej stancyi.— Wołaj go!— Niech będzie pochwalony — rzecze, kłaniając się, niemłody wieśniak.— Na wieki — siadajcie sobie wójcie, co tam nowego?— Ha, nieszczęście na wielmożnego pana, wolisko zdechło.— Zdechło, cóż robić!— Właśnie według tego jezdem, niech pan nie kaze zdejmać skóry — zara witryniorz przyjedzie, może, chowaj Boże, zaraza...— Dobrze, dobrze.— Okradli też wielmożnego pana — szkoda — posłałem laport do śledowatego — Bóg ta Najwyższy wie, cy znajdą.— Eh, przepadło... takie to nasze życie...— Oj prawda, prawda — rzekł wójt, sięgając za sukmanę — i powiastków do sądu mam dla wielmożnego pana coś osiem.— Tylko osiem?— I znowu przykaz je, żeby wielmożny pan dał cztery furmanki na jutro, bo wojsko będzie jechało.— Czekajcie, wójcie... odpocznij, choć kielich gorzałki kropnę, bo mi już w gardle zaschło od tego wszystkiego.— Oj, święta prawda, panie, zawdy kużdy człek ma swojego móla... a czy wielmożny pan ma kiele siebie trochę groszowiny?— Albo co?— Sekwestrator dziś ma być.

Comments

Loading comments…