Jesień (Junosza, 1876)
Wiosno! dosyć już pochwał i dosyć uniesieńZłożyliśmy ci w dani słowami i pieśnią...Lecz czemżeś ty jest lepsza niż poczciwy Wrzesień?Czy tem, że ludzie w Wrześniu o miłości nie śnią...Czy że i tobie słowik śpiewa w noc miesięcznąI że ci kochankowie nucą dumkę wdzięczną?..
O kapryśny dzieciaku! zepsuty pieszczotą,Świat w pochwałach dla ciebie przerwał wszelkie miarki,Nawet liche pastuszki, łamią wierzbę złotąI na cześć twego przyjścia żwawo dmą w fujarki...Nawet krowy, zerwawszy zimowe postronkiUrządzają ci balet wśród zielonej łąki...
Lecz czemżeś ty dla świata, czem ty jesteś wiosnoI za co taki honor powszechny odbierasz?Wszak pod twem panowaniem trawy tylko rosną,Tylko kwiateczkom leśnym kielichy otwierasz!Czas już koniec takiemu położyć bezprawiuI przestać cię uwielbiać dla kwaśnego szczawiu.........................
Jesień! jesień! ta zacna poczciwa babula!Przychodzi smakowitą obciążona noszą,A jednak na jej przyjście nikt się nie rozczulaPoeci nigdy hymnów na jej cześć nie głosząI nikt do niej nie woła „Wiwat gospodynio:Co przychodzisz z melonem, jabłkami i dynią...“
Sprawiedliwości! wołam, kiedyż to się zmieniŚwiecie czas, byś uderzył przed zasługą czołem...Patrz! oto ona idzie... jabłkiem się rumieniWieniec świeżych winogron otoczył ją kołem...Już się zbliża... już słychać... jak klapie pantoflem, —I świat pragnie obdarzyć marchwią i kartoflem...
No, dalejże poeci... dalej młodzi wieszczeJamby czyńcie — trocheje i aleksandryny...Zawdzięczcie taką pieśnię, że aż przejmą dreszcze...Aż drgną szlarki na czepcu pulchnej kobieciny...I niech się raz obejrzy ludzkie plemię ślepe,Że mu jesień przynosi kapustę i rzepę...
Kulbaczcie swe pegazy... wy z bladem obliczemWieszczkowie wycackani dzisiejszego czasu,Siadajcie im na grzbiety i ćwiczcie je biczemI jedźcie w całym pędzie za bramy Parnasu,A w Olimpie stanąwszy, ze szkiełkiem na oku,Zobaczcie co tam robią cztery pory roku.
Wiosna — kapryśne dziecko w sukieneczce kusejFrancuzką gramatykę kuje na wpół z płaczem,A kiedy nikt nie patrzy przesyła całusy...Studentowi co w ogród zakradł się cichaczem,To śmieje się, to płacze, nieznośny podlotekOtoczony czeredą wujenek i ciotek...
Lato! to ta brunetka z wejrzeniem płomiennem...Z półotwartemi usty... piersią podniesionąW oczach to piekłem błyśnie, to morzem bezdennem...Wzburzonem jak jej śnieżne falujące łono.
Uciekaj! o uciekaj! choćbyś był ze staliTa piękność w swym uścisku zwęgli cię i spali...
Nareszcie! któż ta jejmość... tęga jak szafarkaCo ma fartuch na sobie, u pasa pęk kluczy,Przy niej kosze owoców, wina pełna miarka,U jej nóg kot ogromny leży i coś mruczy,To jesień co nam daje owoców i chleba,Poczciwa ukochana, gospodyni nieba.
Idź do niej śmiało... pozdrów ją z szacunkiem...Boć to jest wdowa i nie lada po kim,Ona cię przyjmie, uczci podarunkiem...Ktoś jest, odrazu wprawnem pozna okiem,A jeśliś dobry... jak matka przygarnieDo swego serca i do swej spiżarnie.
Comments
Loading comments…