Melancholiczne dumania
Na niebie były chmury, ołowiane, — czarne,W powietrzu mgły tumany leniwie się wlokły,Pod latarnią gazową, jak widmo cmentarneStał jakiś człek, pijany, zziębnięty i zmokły;A naprzeciwko w oknach światła gorejąceZ po za szyb kryształowych migotały drżące.
Dźwięki orkiestry brzmiały w oświetlonej sali,Przez szyby widać było tańczących konturyPłynące niby duchy po powietrznej fali...Pijak spoglądał na nie smutny i ponuryI myśląc że tam radość i wesele gości,Poszedł utopić w wódce robaka zazdrości.
Niech idzie — my nie wstąpim za nim do tawerny,Lecz wejdziem do salonu, w którym lśni posadzka...Na rozscież nam podwoje otwiera odźwierny,Widzimy jak w mazurze pląsa młodzież chwacka.Bukiet piękności sieje przecudowne blaski....I ozdabia wdziękami karnawał warszawski.
O szczęśliwa młodzieży! szalej, pókiś młoda,Póki ci szron siwizny włosów nie przypruszy,Póki cię wabi dziewczę świeże jak jagodaI póki mową oczów przemawia do duszy...Bo gdy ci piąty krzyżyk zegnie kark do ziemiBędziesz nucić godzinki z żalami gorzkiemi.
Ta piękna blondyneczka z okiem promienistemCo wachlarzem z piór pawich białe czoło chłodzi...Rzuca w koło salonu wejrzeniem ognistemI mnóstwo innych spojrzeń po za sobą wodzi,Ta bez walki wojuje, bez miecza zwyciężaI jednego z swych jeńców zamieni na męża...
Szczęśliwy niewolniku! wszakże ta dziewicaCo ci jakby niebiańskim wydaje się duchem,Nietylko swym powabem szczerze cię zachwyca,Ale i złotym także okuwa łańcuchem,Bo papa tej serc męzkich potężnej władczyniPosiada gotowiznę w ogniotrwałej skrzyni.
Schyl że kark pod to jarzmo ciężkie ale wdzięczneI raduj się jak baran co mu rogi złocą...A przez układność zgrabną i ukłony zręczneWkradaj się w serce papy — zdobądź je przemocą...A obok żony ślicznej młodej i powabnej,Przepędzisz sobie żywot prawdziwie jedwabny.
A ty znów czarnooka, rozkwitła jak róża,Twa pierś jak z alabastru, wznosi się jak fala,Strzeż się aby w twem sercu nie zawrzała burzaI od spojrzeń ognistych chciej się trzymać zdala...Boś biedna... a z uczuciem połączona bieda,Nigdy ci w życiu szczęścia prawdziwego nie da.
Bo i cóż ci ztąd przyjdzie, gdy w lichej sukience,Jak jaskółka gniazdeczko, zamieszkasz poddasze?Gdy mąż twój pocałunkiem ogrzeje ci ręceI wskazując na serce — powie — „to jest nasze.“I cóż ci z tego szczęścia... co ci z ideałuGdy garnek żąda mięsa... a komin opału?
Widziałem cię w ogrodzie, samotną nad księgą,Jak ze łzami czytałaś poematu zwrotki,Twój włos kruczy pąsową był ujęty wstęgą,Obok ciebie leżały róże i stokrotkiKsiężyc wspaniały... jasny... wszedł już na obłokiA tyś jeszcze w zadumie siedziała głębokiej.
Wtenczas tyś się zbliżyła z cudnych marzeń światem,I w roskosznych dumaniach zatonęłaś słodko,A życie było dla cię jakby poematem,W którym twoje uczucie najpiękniejszą zwrotką,Dumka jakaś jak obłok przeszła po twem czoleAż doszedł cię głos mamy „herbata na stole.“
Herbata! pomyślałaś — czemuż ta herbata?Mam porzucić mój ogród dla bułeczki z masłem?Pfe! jaka czarna proza... a jednak dla świataTa proza jest najpierwszem, najgłówniejszem hasłem...I dziewczę co w marzenia i dumki zapada,Dla prozy, sercem młodem uszczęśliwi dziada.
Jeśli kto nie ma zębów, kupi u dentysty;Marzyć wygodniej zawsze na miękkim fotelu,A nad wszelką poezję milszy dochód czystyCo prowadzi do szczęścia i do marzeń celu,I to jest karnawału wielką filozofjąAbyś za bogatego wyszła panno Zofjo.
Karnawał salonowy — a tam gdzie najludniej,Na pochyłych uliczkach naszego powiśla,Piszcząca katarynka skoczne polki dudniI kawaler w kapocie piosneczki wymyśla;A tańczą zamaszyście, aż pot zlewa czołoBo i tam jest karnawał i tam jest wesoło.
Ale dość o zabawach... do poważnych rzeczy,Przystąpmy jako ludzie starzy i stateczni.Prassa czyni gwałt taki, jak chór żab gdy skrzeczy,I subjekcje sobie powiada najgrzeczniej,Podnosząc całym chórem rozmaitych głosówKwestję kręconych włosów i garbatych nosów.
Kto tu wygra, kto straci w tej domowej wojnie,Trudno dzisiaj powiedzieć i oznaczyć z góry?My jako humoryści siedzimy spokojnie,Kiedy poważni bracia idą na pazury...I w historji polemik notujem z pociechąŻe najpiękniej spór cały prowadziło „Echo.“
Zacny ten nowy dziennik, długi i szeroki,A drukowany pięknie aż czytać ochota,Treścią zacną i formą ma wypchane bokiMieści echa z zaścianka i echa z zapłota,A w ostatnich numerach w swych myślach z ustroniaWyćwiczył donżuana, jak osła lub konia.
Niwa, poważna Niwa, organ co ma: wąsy,Filozofów — statystów — bankierów i szlachtę,Z Kolcami wystąpiła w polemiczne pląsyZapisawszy olbrzymią papierową płachtę,Że nasz organ niegodzien wejść w dom gdzie są panieBo Jackowi Soplicy sprawił kiedyś lanie.
Jest to już zapisano dawno w dziejach świataA nawet stary Homer o tych rzeczach śpiewa,Że w każdym czynie ludzkim mieści się prywata,I że od tej słabostki nie jest wolną Niwa.Cóż dziwnego? Tamberlik czasem z fałszem śpiewałI wielki Napoleon batalje przegrywał.
O Niwo! szanujemy bardzo twe zasady,Przyznajemy, że piszesz dla ludzi z pożytkiem,Lecz „Kolców“ nie zaczepiaj — słuchaj naszej rady,Albowiem zawsze ostro odprawimy z kwitkiem...Nie wychodźcie poważni z nami na turniejeBo nasz organ nie walczy — lecz zawsze wyśmieje...
Warszawiacy! Wam złota uśmiecha się dola,Bo oto niezadługo przy święcie w ratuszuBędzie i maskarada huczna i tombolaI szampan dla rozgrzewki i dla animuszu...I dziwa nad dziwami w sali i w bufecieI jednem słowem wszystko czego tylko chcecie.
Na tej tomboli będą niesłychane cuda,Bo za marną złotówkę wygrać będzie możnaJeżeli los dopisze i jeśli się udaSerwis porcelanowy — pieczeń prosto z rożna,Paczkę szpilek, zapałkę lub mebli garnitur,Więc poprobujcie szczęścia... ad astra sic itur.
Najmilsi, niech to szczęście sprzyja wszystkim wiernie,Co figurują u nas w liście abonentów,Niech ich hojna fortuna obsypie niezmiernie;Nie szczędząc kapitałów, ani też procentów,I niechaj ci z wygranych na owej tomboliKolosalne majątki dorobią powoli.
Lecz i tombola przecież to tylko zabawa,A przyrzekliśmy mówić o rzeczach na serjo...Czy wiecie że już wkrótce nastąpi wystawaFrywolitek, koronek, sukien z pasmanterją,Będziemy podziwiali ustawione w rzędzieRzeczy, które niewiasta szyje, tka i przędzie...
O zoilowie straszni, zajadli krytycy,Którzy pracy niewieściej nie macie dziś za nic,Zawstydzą waszą śmiałość w wystawie kobiecejDamy — których próżniactwo szarpiecie bez granic,I pokażą wam owe hafty i gipiuryKtóre tak pięknie robią cnych Warszawian córy...
Oh! bo córy Warszawy, to są śliczne dzieciMają swój wdzięk właściwy a nieporównany,W oczach im niewygasły nigdy ogień świeciA te oczy zabójcze niosą sercom rany.Każda z nich strzela spojrzeń ognistemi blaskiI każda ma prawdziwy szyk, istnie Warszawski...
Choć nie są dziećmi barwnych łąk kwiecistychA mają oczy barwy niezabudek,Nie znają owych źródeł przezroczystych,W których wesoły przegląda się dudek.Lecz każda rośnie i kwitnie jak różaW wilgotnej stancji ciemnej od podwórza.
Chociaż w ich mowie są warszawskie błędyLecz i w tych błędach jest urok nie lada,Gramatykalne porzuciwszy względy,Przyjemnie słyszeć gdy dziewczę powiada,Że saska kiępa i gięś z trawką w dziobieKu przyjemności służą i ozdobie...
O warszawianki! gdy pyzaty chłopiecPrzyjedzie tutaj z cichego zaścianka,Tak go natychmiast potraficie opiecŻe mu z pamięci zniknie wnet bogdanka,I że się prędzej aż pod ziemię schowa,Niżeli weźmie żonę z Pacanowa.
Kończę dumania ogromnym zakrętem,Że aż mi szóste z rzędu, pióro pryska,Kończę go dla was wielkim komplementem,Żeście przepiękne zdaleka i zbliskaI że ktoś wszedłszy w gazeciarskie szrankiNapisał powieść: „Zęby warszawianki.“
Comments
Loading comments…