O północy (Junosza, 1879)
Dzwon z wieżycy kościelnej wygłosił dwunastą.................Czarne chmury ciągnęły nad uśpione miasto,W powietrzu było duszno, parno, jak przed burzą.I pierś w tej atmosferze oddychała trudno;Anioł snu sypał maki na stolicę ludną,W której tak wiele ludzi, i biednych tak dużo!................O miasto! tyś jest jako odmęt niezgłębiony.Któż wybadać potrafi twoje tajemnice,Twe smutki, i radości, i ból przytłumiony,I gwar który napełnia domy i ulice,Twe bogactwa ukryte, i łachman błyszczącyNędzy strasznej, co maskę przywdziewa na siebie,Szmer modlitw, i szyderstwa głos zimny i drwiący,I te troski na czołach myślących o chlebie,Te salony bogate, i te nory wstrętne,Rozpustę rozpasaną i łzy ciche, smętne?
Kamiennych twoich murów nie przeniknie oko,I tysiącznych dramatów powikłanej niciNie rozplącze, nie zbada, choćby tak szerokoRozwarło się, jak słońce co nad nami świeci.Bo życie każde bywa, jak strumień lub rzeka,Co się pomiędzy skały i kamienie wślizga,Rozdziera na przeszkodach, rozbija, ucieka,Czasem płynie spokojnie, częściej pianą bryzga,Póki nie wpadnie w odmęt ponury i czarny,Który pochłania wszystko... u bramy cmentarnej..................Była cisza. Blademi płomykami gazuMigotały latarnie; a na pierwszem piętrzeByło jasno jak we dnie. Przez szyby lustrzaneMogłeś widzieć salonu przepysznego wnętrze,I niby w perspektywie pięknego obrazu,Na tle blasków i cienia, widziałeś dobraneGrono pań.Boć się panią taki anioł zowie,Co promieniem swych oczu brylanty zaćmiewa,I nosi złote loki na klasycznej głowie.Salon jaśniał od luster i świateł i kwiatów,Dźwięk muzyki dobranej rozlegał się raźnie,Piękność kobiet pieściła twoją wyobraźnię;Mogłeś sądzić że jesteś wpośród innych światów,Żeś w gaju fantastycznym, gdzie rusałek rzeszaPrzechadza się po ścieżkach ze świateł promiennychGdzie się woń kwiatów z szmerem melodyjnym miesza,Odurza i upaja aż do... blasków dziennych.................Są prawa grawitacyi, a praw tych koniecznośćKaże ciężkiemu ciału opadać najniżej,A lekkie wznosi wyżej, wyżej, coraz wyżej...I trwać to będzie wszędzie i zawsze — aż w wieczność.I w mieście, niby w wodzie, co ciężkie, zamożne,To się gnieździ w przepysznych kamienicach, nizko,A ubóstwo, jak plewa, znajduje siedlisko
Aż tam, kędy jaskółki sadowią się trwożne,Gdzie się czerwienią dachów malowane szczyty,Gdzie komin czarną paszczą, dymem buchającą,Chce zasłonić swem tchnieniem wieżycę błyszczącą,Co krzyżem jasnym strzela do niebios, w błękity.Nędza mieszka wysoko: ona to, jak ptaszeLekka jest, ciężki metal nie ściąga jej na dół,Więc się kryje pod strychy, facyatki, poddasze.................Ma swoje właściwości ten nasz płaczu padół.................W salonie ożywiona dźwięczała rozmowa,Dowcip skrzył się i perlił jak szampańskie wino,I wiązał się w te zręczne, eleganckie słowa,Z których powabne damy sprawiedliwie słyną;W słowa, w których jak w książkach pisanych dla świata(Tego świata, co zwykle salonu ma imię),Nie znajdziesz wiele treści, lecz forma bogataSkrzy się jak śnieg w uściskach mrozu w srogiej zimie,I błyszczy choć nie parzy, świeci chociaż ziębi,I jaśnieje brylantem najprawdziwszej wody.................W jednym kącie salonu, blizko okien, w głębi,Schylony ponad krzesłem, stanął człowiek młodyI damie coś półgłosem mówił. SpłomienionaSłuchała go z zachwytem, wzrok jej jaśniejącyBył i szczęśliwy widać. Śnieżyste ramiona,Ręce jak marmurowe, gors biały i drżący,Niby woda strumyka, gdy ją wietrzyk pieści.
Rozmowy młodych ludzi nie badajmy treści.Zawsze tam jedno: zachwyt, szczęście, upojenie,Lub tęsknota przelotna, co jak chmurka bladaChwilowo tylko słońca zasłoni promienie,I wnet się gdzieś w przestrzeni gubi i rozpada.....................Szczęście! motyl skrzydlaty! On na kwiat młodościSiada i na tym kwiecie krótką pędzi chwilę;Strząsa z skrzydeł pył złoty rozkoszy, miłościI ucieka... Jak krótkie są te dni motyle!Ci młodzi byli właśnie pod skrzydłem motylaI widzieli przed sobą świat złudzeń i rojeń,I tych zachwytów słodkich, czarów i upojeńKtórym w sercu początek, którym imię: chwila.Życie przed niemi wrota rozwarło złociste;Oboje byli młodzi, bogaci, rozumni,Oboje swą miłością zachwyceni, dumni,Przepędzali te chwile drogie, święte, czyste,Które są kwiatem życia i jego przedświtem.................Wysoko na facyatce, aż pod dachu szczytem,Było małe mieszkanko, jak jaskółcze gniazdo;Księżyc patrzył tam w okno, z nieodstępną gwiazdą,I promieniem swym bladym wkradał się przez oknoDo izdebki ubogiej, lecz czystej i jasnej,W której bukiety świeże w zimnej wodzie mokną.I która jest podobna do klateczki ciasnej,Co ją dziewczę troskliwą przyozdabia dłonią.Jak często widzieć można przez białe firanki
Dwa cienie, co z miłością tulą się do siebie,Przędząc z marzeń rozkosznych złotobarwne tkanki!....................Niegdyś tam, na facyatce, było jakby w niebie,Młodej parze szło życie szybko i wesoło,A troska co się czasem zakradła na czoło,Znikała jako chmurka spędzona w przelociePrzez wiatr ciepły, co z gajów płynie w dzień pogodny,I niknęła w uścisku, w śmiechu i pieszczocie.................Po lecie, czas przychodzi dla jesieni chłodnej.................Kiedy młodzi w salonie, w szczęścia upojeniuZapomnieli o świecie — na górze, w półcieniuBladej lampy, co światło miała przytłumione,Leżał człowiek śmiertelnie wybladły jak chusta...Pasował się ze śmiercią, czoło rozpaloneMiał, oddech ciężki, straszny, wpół otwarte usta...Piękna, młoda kobieta stała przy wezgłowiuJako posąg kamienny. Nieszczęście upadłoNa nią jak ciężar straszny, jak bryła ołowiu.Zasłaniała rękami swoją twarz wybladłą,A łzy ciekły z jej oczu czarnych, wyrazistych.Straszne widmo przyszłości o zarysach mglistychStawało przed nią groźne, mówiąc prawdę smutną,I rozdzierało serce boleścią okrutną.....................Z salonu słychać było melodyę wesołą,Gwar tańczących dobiegał przez okno otwarte.
Choremu większa bladość pokrywała czołoPrzymykały się zwolna oczy wpół otwarte...Wreszcie łza duża, ciężka, po twarzy mu spadła...I umarł.Zapłakała kobieta wybladłaI jęk jej, jęk straszliwy, rozległ się nad miastemI zmieszał się... ironio!... z weselnym toastem.....................O miasto! tyś jest jako odmęt niezgłębiony.Któż wybadać potrafi twoje tajemnice,Twe smutki, i radości, i jęk przytłumiony,I gwar, który napełnia domy i ulice,Twe bogactwa ukryte i łachman błyszczącyNędzy strasznej, co maskę przywdziewa na siebie,Szmer modlitw, i szyderstwa głos zimny i drwiący,I te troski na czołach myślących o chlebie,Twe bogate salony i te nory wstrętne,Rozpasaną rozpustę — i łzy ciche, smętne?....................Na cześć szczęśliwej pary wznoszono wiwatyOrkiestra wygłaszała hucznych dźwięków burze,A o kilka piętr wyżej, pod dachem, na górze,Wdowa czoło zmarłego przystrajała w kwiaty.
Czarne chmury ciągnęły nad uśpione miasto,A z wieżycy kościelnej dzwon głosił dwunastą.
Comments
Loading comments…