Pieśń I

Piekło

Weszliśmy w owe piekielne okręgi,Gdzie czarne duchy straszny czynią lament,Za grzech pisarstwa odbierając cięgi...

Jak rzeka płynie rozlany atrament,A jakiś szatan opasły i tęgiKaże im spijać ten brzydki traktament.

Jako piskorze wśród stęchłego błotaWijąc się skaczą i pluskają rade,Jeśli niedługo ma nastąpić słota,

Tak i te cienie potępieńców blade,Zmusza do pląsów piekielna hołota,Wszystkich na jedną spędziwszy gromadę.

A czarne morze groźne i hucząceBurzyło wściekle mętne swoje fale...To raz jak szprudel robiło się wrzące...

To znów by zwiększyć potępieńców żale,Scięło się lodem, i w słupy mrożąceWięziło duchów w zbrukanym krysztale...

Jęki ich w dziwne brzmiały jakieś słowa,Że aż się język powtarzać je wzdraga,A dusza w pięty ze strachu się chowa...

A gdy się krzyk ich podnosi i wzmaga,Poznałem język, którym od GrochowaWarszawa mówi i przedmieście Praga.

Jeden z tych duchów co był bliżej brzegu,Z teką pod pachą jak jaki kolporter,Rzekł do nas głośno: „wstrzymajcie się w biegu,

Jam, rzekł, za życia pił angielski porter,Brnąłem na biby po błocie i śniegu,Jako najpierwszy w Warszawie reporter.

Dziś piersi moje wieczna pali zgaga,Od atramentu na wąsach mam plamyI pies Belzebub ogonem mnie smaga...

A gdym zapełniał Kurjerkowe łamy,Mém pożywieniem była dobra blaga,A przyodziewkiem kupieckie reklamy...

O pomnę dobrze — jak było wygodnieNastrajać lirę na handlowe tony,I z interesem sztukę łączyć zgodnie.

Miło pracować, gdy człek nagrodzony,I worek lirów wziąwszy w dwa tygodnie,Na odpoczynek rżnie w dalekie strony.“

Rzekł i z kieszeni wyjąwszy ołówekO naszem przyjściu chciał wpisać w książeczkę,I zbić artykuł z owych kilku słówek,

Lecz szatan, co miał z jakimś duchem sprzeczkę,Wziął reportera za jasny nagłówek,I wrzucił w morze tak, jak śledzia w beczkę.

I szliśmy dalej — gdzie szatan w szlafmycyDla Belzebuba strawę kładł do misyZ najlepszych kąsków piekielnej stolicy;

A potępieniec w modnéj sukni w plisySowie języki siekał na stolnicy, —A znał to dobrze, gdyż wydał przepisy.

Duch ten choć pisał, nie jest wtrącon w morze,Jako zwyczajny bezbarwny pisarek,Lecz ma posadę na piekielnym dworze...

Jest ochmistrzynią djabelskich kucharek; —A rządząc w piekle, jak w swojej komorze,Pobiera pensji dwieście pruskich marek.

Oddawszy ukłon należny niewieście,Poszliśmy dalej po piekielnym szlaku,Błądzić po ludnem potępieńców mieście.

A było ich tam jak liści na krzaku;Stali w gromadach po sto i po dwieście,Wielcy jak słonie, lub mniejsi od maku.

Jeden duch gruby, w złotych okularach,Z figury mocno podobny do dzieżyJak dzik w piekielnych zagrzęznął szuwarach,

Sławnym był niegdyś z uczonych kradzieży,Jak żyd handlował zbożem na galarach,I w piekle jeszcze w swoją cnotę wierzy. —

Minąwszy tego, szliśmy przez manowce,Słuchając płaczów żałobliwéj treści,I widząc wszędy otwarte grobowce.

Tu potępieni za liche powieściZbici w gromadę beczeli jak owce,Z humorystami od siedmiu boleści.

Komedjopisarz znanego talentuWrzeszczał: «kto„kto żyje niechaj mnie ocala,Ja mu zapłacę, nie robiąc wykrętu.“

Lecz z góry dał się słyszeć głos Jubala:„Tyś się starego wstydził testamentuWięc ja od ciebie stać dziś muszę zdala.“

Obok na długiéj, bardzo długiej ławieSzereg dusz owych został osadzonyCo pracowały ku ludzkiej zabawie.

Każdy z tych duchów był jakby uśpiony,Kiwał się, ziewał i upadał prawie,Czytając swoje własne feljetony.

Dalej, jak gdyby na miejskim bazarze,W strojach przekupek siedzieli uczeni,W ogromnych czepcach kryjąc męzkie twarze.

Ładnie im było przy wiązkach zieleni, —A wszyscy owi pióra dygnitarzeZ wściekłemi giesty klęli jak szaleni.

Na te ich wrzaski, mistrz mój się pospiesza,I kawał waty w mądre uszy wtyka,Tak strasznie wrzeszczy potępiona rzesza.

Już mu obrzydła ta wściekła muzyka,W któréj się głupstwo z grubijaństwem miesza,A co się razem zowie... polemika...

Okropny widok... ujrzeliśmy dalej,Co przeszedł wszystkie piekielne widokiI wszystek ogień, którym piekło pali.

Duch jakiś czarny z brodą, wściekłooki,Gryzł innych duchów zębami ze stali,A sam ze śmiechu trzymał się za boki.

„Ha! pozazdrośćcie, wrzasnął, mej kolacji!Bo jest obfita i piekielnie tłusta...To towarzystwa własnej adoracji.

Bez nich — ta jama byłaby mi pusta;Dziś im oddaję hołd mej admiracji,Mózgiem z ich czaszek napełniając usta.

Ten mały, pulchny, — to był redaktorem,Co całe życie wciąż wojował ze mną,Gdy oni wszyscy poszli jego torem,

Każdy z nich złość swą wywierał nikczemną,A gdym ja światu mądrość sypał worem,On nieustannie doły rył podemną.

Ten zaś, którego otoczyły panie,Zgraja zalotnic, rozpustne heterki...Ja sam chwaliłem mu pierwsze wydanie, —

Lecz dziś ja mszczę się mojej poniewierki,Bo odkąd on mi sprawił tęgie lanie,Stałem się smutny, ciemny nakształt ścierki.“

Rzekł, a nakoniec lipskiego doktoraPoczął lżyć słowem nietajonej złości,I piekielnego szpilkami ozora

Kaleczył skórę i dojmał do kości.„Oto masz obiad pożegnalny wczora,Bogdajbyś po nim dostał niestrawności.“

To rzekł i usta rozwarłszy szerokoDo dawnej uczty wziął się z werwą wściekłą,Okropnie krwawe wywracając oko.

Wnętrze jaskini znowuż krwią ociekło,A mistrz mój spojrzał i westchnął głęboko,Wziął mnie za rękę i opuścił piekło.

Comments

Loading comments…