Pieśń III

Piekło

Pape Satan! pape Satan! aleppe!Zawołał jakiś potępieniec tłusty,Zżółkłemi zęby ogryzając rzepę...

A tak się krzywił kosmatemi usty,I tak przewracał jedno oko ślepe,Że wszystkich djabłów porywał śmiech pusty...

Nawet Lucyper, który z widowiska,Powracał z Czesią w dryndzie pierwszej klassy,Onemu dziwu przypatrzył się z blizka.

Tak go zajęły te gwarne hałasy,Że aż z radości najeżył wąsiska,I dał na smołę djabłom kwit do kassy.

W tym dziale piekieł byli potępieńce,Co za żywota na scenicznych deskach,Oklaski mnogie zbierali i wieńce.

Tutaj aktorki toną w gorzkich łezkach,Goreją ogniem namiętni młodzieńce,I dyrektorzy liczą ruble w kieskach...

— „Mistrzu mój rzekłem, cóż to są za duchy,Że mi nie obce zdają się ich twarze...Nie obce głosy mimika i ruchy?“

A mistrz mi na to... — Zaraz ci pokażę,„I poznasz wkrótce, że to owe zuchy,«KtórymKtórym w ogródkach wypłacono gażę...“

Rzekł i lornetkę podał mi do ręki,A jam przez szkiełka spoglądał zdumiony,Widząc biedaków skazanych na męki.

I kiedym rzucał wzrok na wszystkie strony,Wnet mi się poznać dał Grabiński cienki,Teksel i Trapszo i Ratas spasiony.

„Ojcowie! rzekłem, toż jest wasze żniwo,Za to, że ludziom sprawiliście radość,W przybytkach sztuki, gdzie sprzedają piwo?

Czemuż wam czoła sroga kryje bladość,Czemuście smutni? Odpowiedźcie żywo,Bym ciekawości świata czynił zadość.

— O dziennikarzu! ozwie się Grabiński,O moralisto od siedmiu boleści,Coś w stylu ciężki, jako kamień młyński!

Jeszcze nam w uszach brzmią wasze powieści,Odziane w płaszczyk moralności chińskiej,O operetkach trochę pieprznej treści...

Czy nasza wina, że w ryzach bibułyNa Offenbacha krzyczeliście wściekle,Jak Bernardyni albo Kameduły...

Choć gardłujecie bez przerwy zaciekle,Chociaż was nasze operetki truły,Będziecie wszyscy z nami razem w piekle.

Czy myśmy winni...“ lecz w tem przerwał mowę,Zbladł tak jak ściana, zadrżały mu nogi,I przestraszony chwycił się za głowę.

Przeleciał szatan, krzycząc na bok! z drogi;Potem milczenie zaległo grobowe,Aż sam zadrżałem z bojaźni i trwogi...

Bom ujrzał widok, jakich tu na ziemi,Nie spotkasz choćbyś sypał bankocetle:Przecudnie zdobną barwy tęczowemi:

Siedmiu szatanów przyniosło basetlę,Która dudniła głosy przecudnemi...I smyk żelazny, i szurby i petle...

Naraz się wzniosły potępieńców żale,Z których się piekło złośliwie urąga,Albo co gorzej, nie słucha ich wcale...

Patrzę, aż Szatan za pomocą drąga,I wielkiej windy na żelaznym wale,Mych dyrektorów na basetlę... wciąga...

Jako wirtuoz wchodząc na estradę,Nastraja skrzypce do tonu tymczasem,Zanim mistrzowską zagra serenadę.

Jako ów szatan z trzaskiem i hałasem,Wyciągał ciała dyrektorów blade,Brzęcząc jak kwintą altówką i basem,

Tak wyciągnięci na basie, jak druty,Leżeli zacni nasi dyrektorzy,A szatan z ciał ich wydobywał nuty.

W tem drugi szatan jakieś drzwi otworzy,A z nich wystąpił duchów szereg suty,Co są do pląsów ochoczy i skorzy.

Sam mistrz Offenbach wskoczył na estradę,Jaskrawe lampy zapalonyzapalono w koło —I potępieńców spędzono gromadę;

Offenbach spojrzał raźnie i wesoło,I jął wycinać dzielną galopadę,A wieniec z ognia ozdabiał mu czoło.

Grał zaś z Heleny i z przedziwnym szykiem,Nowe melodje komponował czasem,Po dyrektorskich szatach ciągnąc smykiem.

Gdy dotknąTekł sladotknął Teksla, ten brząknął z hałasem,Trapszo zaś piszczał kontraltowym krzykiem,A Ratajewicz odzywał się basem.

Muzyka trwała do samego rana,I wszyscy djabli patrzyli na scenę,Jak aktorowie tańczyli kankana.

Mieli piekielny animusz i wenę;Bowiem na dworze Lucypera pana,Szanują wszyscy naszą Melpomenę.

Jeszcze w najlepsze Offenbach wygrywał,I kankan ciągle panował zażarty,Czemu Astanoth nawet poklaskiwał.

Ale już było blizko pół do czwartej,Mistrz mój był głodny i trochę poziewał,Więc wszedł do knajpy... i zażądał karty.

Comments

Loading comments…