Wpośród szarej, siermiężnej ludności wioskowej, która spracowanemi dłońmi pługi dźwiga i ziemię-matkę własnym potem skrapia, istnieje spora gromadka „panów braci“.Ich wioski, z pozoru takie jak i wszystkie wioski nasze, a po bliższem poznaniu wcale nie takie, spotkać można wśród lasów i łąk, położonych w części na Podlasiu, nad Bugiem, nad Liwcem i dalej na północ, ku Ostrołęce, ku prastarym kurpiowskim siedzibom.Zdaleka „pana brata“, zwłaszcza w polu przy robocie, trudno od chłopa odróżnić.Bosy, ogorzały od słońca, biega za broną, albo kosą macha na łące, lub też zgiąwszy grzbiet w kabłąk, z sierpem się po zagonach uwija.Pracuje jak chłop — i taki silny jest i taki wytrzymały i taki niekiedy abnegat jak chłop, ale dość mu raz w oczy spojrzeć — aby dostrzedz różnicę.W chłopie powolność pewną znać, w „panu bracie“ fantazyę jakąś i zacięcie; pierwszy wąsy goli lub je przy samej wardze przystrzyga, drugi rad je do góry zakręca.Na jednej ziemi wzrośli, jednym się chlebem żywią, jedną prawie sferę pojęć mają — a przecież tak mało podobni do siebie.Wieków to dzieło.Pan brat fantazyę swoją ma, bo wie, że pradziad jego wojewodom był równy, choć im się kłaniał do ziemi; że na sejmiki jeździł, szerpentynę na sznurkach mając u pasa.I to „pan brat“ wie także, że gdyby wszystkich swych pradziadów ze świętej ziemi wykopał, gdyby ich spróchniałe trumny pootwierał, toby znalazł tam i mitry pleśnią wieków pokryte i buzdygany zardzewiałe i pieczęcie...Niewiele to dziś warto, co prawda; chleba stare honory nie dadzą — ale przecież niekiedy i wspomnieć miło.W starym pancerzu żelaznym dziś kwoka wysiaduje kurczęta — i pancerz można nazwać teraz kurzem gniazdem, lecz zawsze to pancerz.Na strychu wala się zardzewiałe strzemię i ostroga wielka, o trzech kolcach, po szwedach — zwyczajnie stare żelaztwo bez użytku.Ktoby tam dziś zabiédzoną kobylinę strzemionami obwieszał, ktoby z jej boków obitych, rajtarską ostrogą krew puszczał?... ale czasem zdarzy się, że dzieciak na strych zajrzy, że taką osobliwą rzecz znajdzie — to się zaraz i pyta: „a co to, tatulu, a na co?“Zwyczajnie dzieciak ciekawy.Tatulo jeżeli zły, to krzyknie, pięścią w kark ciekawego uderzy, do gęsi odpędzi — ale jak się trafi, że tatulo dobry jest, a jeszcze w zimie wieczorem, albo przy święcie — to gada.Gada, a dzieciak przycupnie pod piecem, oczy jak młoda sowa wytrzeszczy i słucha. Kartofle mu ostygną, ale on nic nie pyta, wciąż słucha i sen nawet go nie zmorzy.Tak to, bywało, dziadek powiadał ojcu, ojciec znów synowi dziadkowe gadanie powtarzał, a tamten je z kolei swoim dzieciom oddawał; że zaś każdy coś od siebie dorzucił, więc to opowiadanie szło jak ów pielgrzym, który sobie co roku do opończy nową łatę przyszywał — tak, że po latach opończy już poznać nie było sposobu...Pod strychami rdzewieje stare żelaztwo, a w domach poszukawszy, znalazłby papiery ciekawe.I jakie jeszcze papiery!Jedne pożółkłe, bardzo dawne, z pieczęciami wielkiemi, które czas już zniszczył i pokruszył, po łacinie pisane — inne zaś opatrzone stęplami z nowszej epoki. Są to archiwa rodzinne; nadania, dokumenty, pozwy i wyroki — a tych ostatnich najwięcej, bo „panu bratu“ do procesu aż się oczy śmieją.Ongi, ongi, tak dawno, że już tego nikt spamiętać nie może, na miejscu dzisiejszej szlacheckiej wiosczyny był dwór jeden i szlachcic w nim jeden — a ziemi dokoła, a boru, a łąk, jak człowiek okiem zasięgnął!Błogosławił Pan Bóg szlachcicowi, dał mu dorodnych synów i córek kilka, a szlachcic majątku z sobą do grobu nie brał, lecz dzieciom nakazał, aby się wszystkiem sprawiedliwie, według równości, podzieliły.I oto obok starego dworu powstało nowych sześć, w nich sześć młodych rodzin osiadło — i dobry Pan Bóg nie dał zacnemu rodowi zaginać, ale rozmnożył go w potomstwie w dziesięcioro.I znowuż działy zrobiono, synowie pożenili się, córki zamąż poszły; zamiast kilku dworków, stanęło kilkanaście, a dalej, z czasem... wioska cała.Poćwiertowano bór, podzielono łąki na skrawki, pola na zagony — i najeżyła się cała przestrzeń kopcami, a wśród zagonów pokładły się długie miedze, kaleczone i obszarpywane ciągle kości niezgody...Ród rozmnożony licznie jeść żądał, a ziemia jedzenia nastarczyć nie mogła, więc „pan brat“ pychę z serca zruciwszy, parobka odprawiał i sam się do sochy zabierał, jejmość z panienkami do żniwa poszła — panicz bydełko w pole wypędzał...Dziczało to rozmnożone plemię, ciemniało — i w szarpaninie nieustannej, w walce o kawałek zagona, o chleb, zatracało powoli szlachetniejsze instynkta — ale często z tej sfery odrywały się także jednostki śmielsze, szły przebojem, z losem przeciwnym walcząc, i zdobywały sobie naukę, stanowiska, stawały się dobremi sługami kraju.Takich pracowników dzielnych, za młodu w twardej szkole życia chowanych, możnaby setkami wyliczać.Kto wie? może to właśnie te same ciekawe dzieciaki, które dopytywały ojców o stare strzemiona i ostrogi na strychu; dzieciaki, co źrenicami roztwartemi szeroko usiłowały przeniknąć, co jest w papierach zbutwiałych, które ojciec ze czcią religijną przechowuje na samem dnie skrzyni, pod kłębkami nici i wełny, pod najparadniejszem świątecznem odzieniem.Może to właśnie były te dzieci, które nie zważając, że kartofle stygną, albo że się wiśnie na drzewie czerwienią, słuchały opowieści ojcowskich o wielkich biskupach, rycerzach, o mądrych ludziach, co pieczęci królewskich strzegli i kodeksy praw własnemi rękami pisali.Dużo tych dzieciaków wybiło się nad poziom szarego tłumu — niejeden pełną garścią dorzucił szczerego złota do skarbca obywatelskich zasług, lub nauki.Ogół biedny, przykuty do roli, do brony i sochy, pcha wytrwale ciężką taczkę życia, skąpi i pożądliwie na ziemię spogląda, widząc w niej szczyt marzeń swoich i dążności.Ogół dumny jest z tych zagonków swoich, rozrzuconych w dziesięciu polach, wąziutkich a długich tak szkaradnie, że jak oracz od jednego końca sochą je krajać zacznie, to ledwie na południe do granicy przeciwległej dojdzie. Ideałem każdego z takich siermiężnych pracowników roli, również jak i chłopskim ideałem, jest zdobyć jak najwięcej tych zagonów, jak najwięcej ziemi!Na tym to gruncie wyrosła i pracowitość mrówcza i chciwość bez granic i skąpstwo — i namiętności dzikie, nieokiełznane niczem.Pójdziemy czytelniku właśnie między tę sferę ludności wiejskiej, jakiej żaden kraj nie posiada; między tych pracowników roli, co mają ręce i grzbiety żelazne, fantazyę bujną, a tradycyę dawną i pełną poetycznego uroku.Między zagonowców pójdziemy...
Comments
Loading comments…