Ostatni człowiek — całość
Swiata utwory pokryią ciemności,Samo słońce skona,Nim ma istota zniszczonaWeydzie do nieśmiertelności.Miałem sen wielki, ponury,Dał on mi moc — móy duch dzielnySzedł po Czasu oceanie,Drżący widziałem blizki skon naturyJ jak ostatni śmiertelnyPatrzał na to iéy konanie.
Słońca promienie ściemniały,Ziemia posiwiała z wieku,Kości narodów leżałyPrzy tym ostatnim człowieku:Jedne poległy w boiach — w martwéy dłoniMiały szczątki krwawéy broni;Drugie głód i mór wycięły.Cichość wzniosła tron nad miasty niemémi,Okręta same płynęłyDo bezludnéy ziemi.
Jak ów prorok stał wspaniały,A na słowa pełne mocyLiście w puszczy opadały,Jakby ie tknął wiatr północy.Tak ów człek dumny rzekł: Słońce!Obu nas kres niedaleki,J tobie umrzéć kazano....Widziałoś tysiączne wieki,Potoków ludzi tysiące,Które iuż płynąć przestaną.
Cóż! choć pod twémi przewodyWzrosły potęgi Człowieka pomniki,Kunszta, którémi ziemię, ogień, wody,Miał w mocy iakby nędzne niewolniki:Jednakże twego nie żałuię skonuTy! Dumny Królu dziś złożony z tronu;Bo te wszystkie dzieła chwały,Którym byt twoia nadała opieka,Jednéy burzy niezdołałyPrzytłumić w sercu człowieka.
Jdź — zasłona zapomnieniaNiech padnie na teatr bycia,Niewskrzeszay blaskiem promieniaTragedyi życia.Niewznawiay błyskotek próżnych,Ni męczarni różnychŚmiertelników rodu:Nie budź brzemion chorób, głodu,Niech ludzi oręż niewycina krwawy,Jako kosa trawy.
Jakeś nędzne! — przy upadkuSłabe promienie rozwlekasz:Tylu skonań świadkuMego widzieć niedoczekasz.Obrazem mego cierpienia,J ostatniego serca uderzenia,Twe oko się nie nasyci;W grobie natury złożę moie kości,Wspaniałość ciemnościMą duszę schwyci —
Ta dusza w swobodnym lociePowróci do oyca łona,Kiedy ty w wiecznéy polegniesz ciemnocie,Ona będzie niezmieniona;Tak! żyć będzie — zaiaśnieieSwiatłością większą od twoich promieni,Ten w nią siłę wleie,Który wyrwał więźniów z cieni,Ten który groby zwyciężył,J śmierci kaydany stężył.
Jdź słońce — Ja z wyższéy woliNa łonie zniszczonéy matki,Wychylę do dna ostatkiRodu moiego niedoli.Jdź — powiédz nocy co ma władnąć sama,Jak ostatni szczep AdamaWołał w śmiertelnym progu;Straszne ciemności! wyzwę waszę dzielność,Zgaście moię nieśmiertelność,Lub zachwiycie wiarę w Bogu.
August długie walcząc lata,Krwią zrumieniwszy srébrne wody Nilu,Gdy po klęskach tyluOtrzymał w końcu panowanie świata;Przy ścianach Kapitolu sztandary osadził,J starych w Amfiteatr rycerzy wprowadził.Tam czucia człeka władca niezmierzony,W ozdobie urodyWirgiliusz młodyBoskie wywodził z swoiéy lutni tony.To w obłok z orłem wzlatywał,To iak skowronek oraczowi śpiéwał,Skrytości grobów przenikał,J nieba dotykał.Głosem iego wzruszone wojowniki drżały,Przebiegły wieszcza słodkiém weyrzeniem dziewice,Matki go palcem dzieciom ukazały,Starcy łzą zrosili lice;Sam August z mieysca powstajeJ cześć poecie oddaie,
A cały Rzym wołał:Czarodziejnik, co w sercach takie tworzyć dziwySłów potęgą zdołał,Jak szczęśliwy! iak szczęśliwy!
Poeta okryty chwałą,W własne podwoie powrócił,J umordowane ciałoNa marmury rzucił.Lecz oto prawy Bóg lutni przybywa,Oka nie daie mu zmrużyć,Ogarnia go, przenika — z marmurów go zrywa.Ach nieszczęśliwy wieszczu idź mu służyć! służyć!Zaprowadza go między nieme grobyJ poi czuciem żałoby;Wieszcz usiada pod urn cieniem,Strata cnotliwych gnieździ w sercu rany,Spiéwa — łzy tocząc strumieniem.Potém wzrok iego wznosi w Xiężyca oblicze:Wieszcz promieniami oblanySledzi w milczeniu światło tajemnicze,A natchnieniem uniesionyWzniósłszy przyszłości zasłony
Widzi iak nikną gwiazdy i iak z swéy posadySpada Xiężyc blady;Przeczuwa puste Niebiosów przestrzenie,J mocne z piersi dobywa westchnienie.Gdy Bòg uyrzał iż smutek duszę wieszcza przeszył,Słodszym go obrazem cieszył,Wskazał mu ów przybytek na wyniosłéy skale,Gdzie sam geniusz wchodzi — odpędzona pycha,Słońce nieśmiertelności świéci tam wspaniale:Wieszcz zadumany patrząc wdzięcznie się uśmiecha,Nakoniec przed Julii pałacem go stawia,J pełną uczuć duszę miłością zaprawia.Tak mocą Boga z serca iednego w godzinieUśmiéch, litość i łza płynie.
Zmienność uczucie szczęścia mu zatruwa,Zbolałe ciało w cieniu topol składa.O Synu lutni! biada tobie, biada!Żądasz spoczynku: Bóg twóy ieszcze czuwa,Każe mu słuchać iak w cichéy ustroni,Po utracie przyiaciela
Słowik melodyine tonyNa powietrze roni.Jak westchnął pieniem iego gaj wzbudzony,Wieszcz słucha i żal podziela,Lecz w cierpieniach klnie Boga lutni — klnie mordercęCo mu dał ów instrument zgubny — czułe serce,J głosem powtarza tkliwymNieszczęśliwym! nieszczęśliwym!
Comments
Loading comments…