Podróż z mego okna

Północ — sen uciekł — otworzyłem okno;Gwiazdy jak oczy kiedy we łzach moknąNiepewnem drzą światłem, a księżyc ponuryZaciemnił się, zmarszczył i złożył do chmury.

O, nocy spokojna! jam cię umiłował,Tyś moją kochanką, moją powiernicą,Dla ciebiem dnia troski w głębi serca chował,I szedłem tu tobie z spragnioną źrenicą,I byłem szczęśliwy, gdym się wyspowiadał,Szczęśliwy — jak gdybym z zmarłem szczęściem gadał.

O, nocy spokojna! szkoda twojej krasy,Twej woni i blasku i tajemnych śpiewówDla ludzi osnutych w łachmany, w atłasy,Leżących snem twardym śród miejskich wyziewów;A który z nich czuwa, to w trudzie lub w brudzie.Hej myśli! leć chyżo — co robią ci ludzie?

Hej myśli! leć chyżo na zwiady, w podsłuchy!Leć skrzydłem tak cichem, jak lecą snów duchy.

Naprzeciw — zczerniałe sklepienia kościoła,Kościoła bez krzyża, bez wchodu, bez dzwonu;Głos jakiś przeleciał, — to śpiewy zakonu —Nie śpiew to! — to żołdak nocne hasło woła.A wewnątrz, choć jakby po przejściu TatarówPustkowie na miejscu ołtarzów zostało,Nie jeden ofiarnik krew swoją, i ciałoPoświęca na wykup swych braci od carów.

W przyległym klasztorze cela koło celi,A w celach dzban mętów, spleśniały kęs chleba,I związka zgnilizny natomiast pościeli —U okien zasłona, co kradnie blask nieba.Tam cisza i ciemnia; niekiedy dłoń skutaZabrzęknie, i oczy zabłysną do świécyPodobne; po nocach tam słychać świst knuta —Na Boga! któż oni? — jacy pokutnicy?I jakiż to patron jak szatan nieczułyMógł zakon utworzyć tak ostrej reguły!

W podziemiu stół długi, dwóch siedzi za stołem,Z tych jeden coś pisze a drugi coś pyta,Przed niemi ktoś blady dumnem toczy czołem,I milczy i zębem za język swój chwyta.A potem bladego na odstęp prowadzą,Dwaj czarni za stołem coś szepcą i radzą,I wyrok wydali...

Héj myśli! leć, daléj na zwiady, w podsłuchy!Leć skrzydłem tak cichem jak lecą snów duchy.

Godowa sala,Taniec jak fala

Płynie, wiruje,Toczy, kołuje;Gwar i połyski,Śmiech i uściski.Dziewczęta z wieńcemPływają w parze,Ognia rumieńcemBłyszczą ich twarze,A młódź z kielichemCoś głosem cichymSzepce do uchaI okiem tonieW fałdy sukienki;Dziewczyna płonie,Stoi i słucha,I odpowiada,Ściśnieniem ręki.

„Hej, szczęścia tyleNa dnie kielicha!Niech czarne chwileGiną do licha!“Muzyka głuszyWyrzuty duszy,Jadem w nich pełzaWino co kiełzaDawne polotyWiary i cnoty.I daléj, daléj,W szumiącej faliPłyną, wirują,Toczą, kołują —A jaka czczość w słowie,To w duszy próżń taka!

Hej myśli! leć dalej na zwiady, w podsłuchy!Leć skrzydłem tak cichem jak lecą snów duchy.

Na czarnej ścianie wilgotnego lochaWisi kaganiec śród pleśni i prochu,A przy nim świecą, małe oczy kocie.Co jak ogniki kołują przy złocie.

Starzec to biały — nie widzi, nie czuje.Jak ćma osklepił się workiem — rachuje!Liczba mu w uściech i w sercu i w głowie,Bóg, dusza, wieczność: jednostką liczebną —Bo jemu złoto jest słońcem w połowie,Dźwięk złota jemu melodją gędziebną.

I starca drugiego spostrzegam za murem.Ten zwiesił brew siwą i okiem ponuremPotacza po sobie, po nagich swych dzieciach.Co jako szczenięta walają się w śmieciach,I z głodu skowyczą...A krew pędem rwistymNabiega mu w serce, — bo jedna mu rękaZostała by błagać to ludzi, to nieba,A druga — gdzieś zgniła na polu ojczystem.Wtem dziecko przypełzło mu do nóg i jęka:«Ach, ojcze mój, ojcze! jam głodny! — och, chleba!!»Od głosu takiego kamień i mur pęka.

A starzec w lochu nie widzi, nie czuje,Jak ćma osklepił się workiem — rachuje!A potem powstał, zadmuchnął kaganiec,I szeptem zmówił pobożny różaniec,I tak swobodnie jak majtek po burzach.Usnął na złocie jak gdyby na różach.

O, nocy spokojna! jako w matki łonoW tobie nasze nadzieje, smutki nasze toną,Ty zawsze tajemna, milcząca, łagodna,Na świat ten poglądasz jako matka rodna,I nieraz łza twoja do nas rosą leci,Gdy patrzysz na bole lub zbrodnie swych dzieci!

Comments

Loading comments…