Miłości

Wszystkie przyjdą dnia pewnego i zasiądąwokół mnie, w smutku pogrążone.Jak zlęknione wróbelki, ich oczykrążyć będą we wnątrzu pokoju.Drżeć śmiertelnie będą ich wargi,ręce blade zagasną w półmroku.

I powiedzą mi: - „Drzewa, bracie,przepadają wśród burz. Nie możemyi my kontynuować swej podróży.Jedną śmierć weź zatem i daj nam.Popatrz, oto do nóg twych przypadamylejąc łzę, co przez lata się zebrała.

Gdzież się teraz jesień złota podziewa,gdzież jest lato boskie pośród lasów?Gdzież jest noc bezkresna i gwiaździsteniebo, i pieśń zmieszana z morską falą?Ach, gdzież to, hen za nami, dalekowszystkie wioski i miasta pozostały?

Bogowie nas wyśmiali i ludzie,dziś wszystkie tu, do ciebie przyszłyśmy.W naszej trudnej, bez sensu podróżynadzieja nie żyje już żadna.Jak pocałunek, który nie raz dzieliliśmy,jedną śmierć weź zatem i daj nam.”

Skończą. Ponade mną się pochylą,pachnąc mirrą. Nieme pozostaną.I wciąż ściemniać się będzie w pokoju,tak, że oczu ich wcale nie zobaczę,oczu wielkich, w przerażeniu zdumionych,które życie me napełniały światłem...

«Miłości» · Text: Kostas Kariotakis · Translation: Azahar (Wikiźródła) · Source: Miłości (Wikisource) · Licence: CC BY-SA 3.0

Adapted by Strofia: layout and formatting.

Comments

Loading comments…