Łowy (Baczyński)

1.

Już się świt wyroiłkolorem jagody.Strzelec konie poiłu zielonej wody.•Trąbka srebrna, z trąbki potok.Poszedł strzelec w sosen rzekę,poniósł łuk z cięciwą złotąna łowy dalekie,na łowy.Jeszcze za nim chustką wiała,jeszcze włosów promień dałaniby nić na dziwną drogę,niby przypomnienia ogieńwłos dała.Jeszcze z ciała jej nie okrzepłsnu jej pełny niby dzban,jeszcze oczy świtem mokredo gwiazd składał jak do ran,do gwiazd bladych.Trąbka srebrna, ciała łuk.Tonął strzelec w złoty puch,tonął w olchach i dębiniepozostawił cień dziewczynie,w domu cień zostawił.•Jakże będę z cieniem twoimusta łączyć jak ze zdrojem:ni on płomień, ni on duch,ni on włosów twoich puchjeno śpiew pajęczy.•Już się świt dopalił,buchnął ognia słup.Strzelec na oddali,w domu cień jak duch.

2.

Przędzie drogi nićkołujący liść.Jakże ścieżka płyniegórą, czy w głębinie?Dzikich jabłek łopotpoświst ptaków tnie.Modry ptaku przynieśpogłos o zwierzynie,zarzuć tropu nićna różowe kły.Trąbka srebrna zwiedziesarny i niedźwiedzie,zarzuć tylko nić.

3.

Na polanie białe łaniew tańcu niosły ciała strąk.Jedna wiodła je błękitna,jakby rzeźba wodnych rąk.Tak cieniami niosły trzepot,tak w nie słońce nikło blaskiem,że stawały się jak cieniedrzewem, wodą, liściem, piaskiem.A za nimi strzelec tropiączgubił łuk,niewiązane cieniem stopykładł w kurzawę chmur.Trwał szelestem, w taniec nikł,zmieniał ciało w szklane sny,zmieniał ręce w wiotkość leszczyn,ni mu ptak z pod stopy tryśnie,ni mu gałąź nie zatrzeszczy,kiedy wznosi modry lotpotrącając liści strop.•Znów się świt wyroił,minął dzień i noc,zbladły wodopojenad różową wsią.

4.

Niema strzelca. Panna płacze.Zanim minął mleczny dzieńidzie panna modrym lasempłacząc niesie strzelca cień.

Na gałęziach promień białyporozpalał jak płomykisierść wiewiórek — rudy mech.Wiodły pannę w zagajniki,wiodły pannę złotym dnem,wiodły pannę nad jezioro,gdzie czerwoną kryte korądrzewa stały.Nad jeziorem zła poświata,leży strzelec w blasku biały,a w jeziorze, w kręgach wód,w kolorowym wieńcu nuttańczą łanie, niosą taniecwgłąb.

Wstań kochany. Plotła wieniecz białych rąk.Wstań kochany. ZnógZ nóg mu zdjęłazaplątany jak sznur trop.Wstań kochany. Leży strzelec.Płacze panna i na ziemiękładzie strzelca cień i klnie się:Jeśli cieniem nie uniesie,jeśli zieleń nie odnowi,jeśli bicze łez — niech w kniejesama drzewem skamienieję.Wtedy kniejo z nim mnie zamieńw jeden krwią porosły kamień,zamień w drzewo.Cień u stóp jak motyl drżał.Zmilkła panna. Strzelec wstał,zgarnął z powiek ciężkie niebo —pułap snu.Ze słonecznych witek promieńjeden wyciął — zczynił łuk.Wracał strzelec, przy nim pannaprzepłynęli bór do rana.•

Już się świt dopalał,rósł jak mleczny porost.Trąbka srebrna, złoty łuk.Utonęli w mleczny puch,w oplot dłoni, w zachwyt ciałtylko cień u stóp im drżałjak ptak zamyślenia.

26 luty 1942 rok.

Comments

Loading comments…