Akt drugi
Translated from Spanish by Julian Święcicki
Kara — nie zemsta
Wysokość Wasza, przyznaję,Przejęła pierś mą zdziwieniem.
Wysokość jest marnym cieniem,Gdy smutek serce nam kraje!O ja-bym raczéj wolałaByć chłopką, a w każdéj dobiePosiadać męża przy sobie,Niż w pańskich wygodach ciała,Przy blasku złota, purpury,Pod tarczą królów korony,Prowadzić żywot ponuryMałżonki lekceważonéj!...Czemuś mię, o wielki BożeProstaczką nie stworzył biedną,Dla któréj miłości zorzeWśród nędzy nawet nie bledną.Szczęśliwa ta, która może,Nie będąc jak ja zdradzaną,Z uśmiechem słodkim co ranoMałżeńskie opuszczać łoże!
A wstawszy razem z ptaszkami,W przejrzystém źródła krysztaleOglądać ust swych koraleI myć się wodą... nie łzami!...Dla księcia czémże jest żona?Ozdobnym sprzętem — nic więcéj.I musi osamotnionaZamierać w celi książęcéj!
Twa boleść — i podziwieniaI smutku nicią myśl wiąże.Któż mógłby mniemać, że książęI teraz wad swych nie zmieniaI że w swéj wzgardzie a dumieByć grzecznym nawet nie umie!A ojca, czy księżna pani,Już o tém zawiadomiła?
Broń Boże, wieść ta niemiłaRodzica mego nie zrani.
Naturze wbrew, rozumowiZostałaś książęcia żoną;O czemuż FryderykowiKasandry nie poślubiono!Przynajmniéj spadek bogatyNa wnuka przeszedłby z laty.Okropna zgryzoty mękaWidnieje z hrabiego twarzy!
Daremnie hrabia się lęka,Że braćmi los go obdarzy.Kasandra nigdy nie będziePrzyczyną trosk Fryderyka.Obawa próżna — w tym względzieJednaki grom nas dotyka.
O hrabio, gdybym był wiedział,Że ślub mój tak cię zatruje,Przed ślubem umrzeć-bym wolał!
Ja-bym się martwił tém ojcze,Lub wątpił o twéj miłości?Zbyt przykre to przypuszczenia!Nie wątpisz chyba, mój ojcze,Że gdybym cierpiał z téj racyiSwą niechęć ukryłbym snadnie!Chorobę widać z méj twarzy,Przyczyny — nie!
MantuańscyLekarze a i FerrarscyZgadują, godząc się na to,Że na twój smutek jedynémLekarstwem hymen być może.
Dla dziewczyn trafny to środek,Lecz mego stanu młodzieńcomLekarstwo takie — zbyteczne.
I spojrzeć książę nie raczy!Brutalstwo dziwne i wzgarda!
Nie winien, jeśli nie dostrzegł.
Ha, pójdźmy! Bodaj mu tylkoTa wzgarda nie zaciążyła.
Bez względu na to, chciałbym ciMałżeństwo zaproponować,Nie nazbyt od serca twegoI naszych państw oddalone.
Aurora może?
Myśl mojęWyprzedzasz w chwili wyznania,Jak gdybyś jedno czuł ze mną.Radziłem się najmądrzejszychDoradców moich i wszyscyPrzyznają, że to małżeństwoTwą krzywdę hojnie nagrodzi.
Nie znają mojego sercaI mówić śmią, żem skrzywdzony,Gdy nie ma przyczyn obrazy.Wszak wiedzą, że nigdym nie byłMałżeństwu twemu przeciwnyI owszem, ja go pragnąłemDla ciebie.
Wierzę ci, wierzę.Uległość twoję, mój synu,Opłacam troską sumienia.
Na dowód, że twe małżeństwoNie budzi we mnie zgryzotyI że twéj miłości pragnę,Wybadam zamiar kuzynki,I jeśli ona się zgodzi,Jak pragniesz — zrobię.
Jéj słowoSam z ust Aurory posiadam.
Ja jednak wiem coś nowego,Że markiz z miłości dla niéjSwój pobyt u nas przedłuża.
Cóż cię to może obchodzie?...
Miéć damę, która skwapliwieUmizgi innych przyjmuje,To... pisać na zmiętéj karcie!...
Więc chyba już od kolebkiDziewczęta zamykać trzebaPrzed wzrokiem chłopców skalanym.Wszak kryształ najszlachetniejszy,Gdy przyćmi go oddech ludzki,Potarty — wnet świetność swojęI dawny blask odzyskuje.
Uwagi twe sprawiedliwe,Lecz kiedy kuźnia, seniorze,Iskrami zionie gęstemi,By ognia żar stłumić groźny,Na węgle kowal płyn leje.Lecz ogień wodę pochłonieI węgiel znów żarem zionie!Tak i mąż pierwsze płomienieWybranéj złagodzić może,Lecz ogień wróci groźniejszyI wówczas lękać się muszęJeżeli kocha innego,Bo nie mam chęci być wodą,Jéj miłość potęgującąKu krzywdzie mego honoru.
Jak śmiesz być impertynentem,Tak mówić mi o AurorzeBrutalsko, jakby o nocy...
Lecz pozwól...
Dosyć.
Na chwilę.
O! zręcznie zdobywasz łaskęKsiążęcia.
Chcę téj niełaski,By zwiększyć swoję niedolę.Wszak rozpacz moja tak wielka,Że teraz nic mi już więcéjPrócz śmierci nie pozostało,A jeśli umrę, to chciałbymZmartwychwstać potysiąckrotnie,By umrzeć znów tyle razy.
Gdy hrabia ani żyć teraz,Nie pragniesz ani umierać,Więc dzisiaj życia i śmierciZostałeś hermafrodytą!Z niewiasty on się i z męża,Ty z życia składasz i śmierci;Bo tak cię smutek owładnął,Żeś ani martwy, ni żywy.Lecz przebóg, widząc tę rozpacz,Zmuszony jestem poprosićLub o przyczynę nieszczęścia,Lub wreszcie o pozwolenieOdejścia na takie miejsce,Gdzie wierność wynagradzają.Daj rękę twoję.
Batinie,O gdybym chciał wyznać troskę,Możliwą byłaby ona
I kres jéj byłby możliwy!Nieszczęściem ta troska mojaNie tylko w głowie, lecz równieżI w sercu się rozpostarła.Gdy dla swéj pociechy pragnęPomówić, wnet się wstrzymuję,Bo od słów daléj do duszyNiżeli z ziemi do nieba.Więc odejdź, jeżeli pragniesz,I zostaw mnie tu samego;Niech wreszcie szczęścia mojegoOstatnia zgaśnie iskierka.
I tego płaczesz?
Senioro,Czyż mały powód? wszak hrabiaPogardza mną — nienawidzi.Mniemając, że margrabiemuGonzaga jestem wzajemna.Karola kochać?... ja?... nigdy!...O! wiem ja już, co to znaczy!Małżeństwem ojca zgnębiony,Odjechać chce do Hiszpanii.Wszak dawniéj dla źrenic jegoJa byłam światłem jedyném,Dziś wzrok mój męczy go, nudzi...Jest-że tu drzewo, fontanna,Przy której-by mi FryderykMiłości swéj nie przysięgał?O jakże usta me z różą,A czoło bratał z jaśminem!Był zawsze przy mnie, bo przecieżBeze mnie wyżyć-by nie mógł,Bo jakże istnieć bez duszy!Tak było... więc miłość naszaDo takiéj wzrosła potęgi,
Że jedną duszą byliśmy.A dzisiaj miłość ta świętaZa zdradą jego umiera.
Boleję, droga Auroro,Żem w części tego przyczyną,Lecz ukój boleść twéj duszy,Ja sama z nim się rozmówię,Choć nie jest rzeczą zbyt łatwą,Do ładu przyjść z zazdrosnemi.
Zazdrosny on?
O markiza...Tak książę twierdzi...
O pani!Racz wierzyć, że smutek jegoDziecięciem nie jest miłości.
Fryderyk...
O księżna pani!Racz podać niewolnikowiDłoń swoję.
Ty na kolanach?!Poniżasz siebie, mój hrabio!
Chcesz skrzywdzić uczucie moje?Jeżeli odmówisz ręki,Nie wstanę.
Oto me dłonie!Przez Boga, co ci się stało?Zda mi się, że ty drżysz, hrabio.
Wiesz o tém, czego ja pragnę...Duch odgadł i wyznał sercu,A serce twarzy, twarz wreszciePrzed tobą drżenie zdradziła.
Na chwilę zostaw nas samych,Batinie, gdyż pragnę z hrabiąPomówić.
Hrabia zmieszany,A ona chce z nim tu zostać.To dziwne...
Boże, nim umręJak feniks, złagodź ten płomień,Bo inne życie mię czeka.
Aurora, mój Fryderyku,Mówiła, że jad zazdrościPożera pierś twą od chwili,Jak markiz przybył tu ze mną,I że z nią zerwać zamyślasz.Choć temu wierzę, lecz przyznam,Że nazbyt nizko się cenisz;Boć markiz jest tylko dzielnymŻołnierzem, lecz nie dworakiem!Ot może raczéj dlategoTyś smutny, że ojciec ze mnąŚlub zawarł i, że gdy na światPotomek przyjdzie niebawem,Już wtedy ojców koronaDla ciebie będzie stracona.Jeżeli-ć ja, Fryderyku,Trosk twoich jestem przyczyną,To pragnę wywieść cię z błędu.
Bądź, hrabio, odtąd spokojny,Braciszków już mieć nie będziesz,Gdyż książę pragnął jedynieTym ślubem kraj uspokoić.Występne jego uciechy,(Że ich nie nazwę inaczéj),Przez chwilę tylko — w objęciachMałżonki zostać mu dały.Ta chwila była dlań wiekiem,Więc z większą jeszcze wściekłościąDo dawnych wrócił nawyknień,Druzgocząc ramion mych więzy.Jak koń pierzchliwy, gdy biegnieZa głosem bębna spienionyI drobne wędzidła szczątkiZostawia wszędzie za sobą;Tak książę, zerwawszy święteMałżeństwa naszego węzły,Za nędznic goni śladami,Honoru trwoniąc ostatki.Wszak prawda więc, że jedynymPotomkiem ojca — ty będziesz.Tyranem on jest — nie mężem!Do ojca mojego piszę,By wyrwał mię z tego piekła,Gdyż chyba śmierć niedalekaZgryzotę moję zakończy.
Wysokość Wasza, zacząwszyOd uwag — łzami skończyłaTę mowę, która-by skałyPoruszyć była w możności.Co słyszę?... O! bez wątpieniaSądziłaś, że widzisz we mnieKrzywd swoich sprawcy potomka!Lecz wobec takiéj zniewagiSynowskich uczuć się zrzekam!...A teraz zdziwienie swojeWyrazić muszę, żeś paniMą boleść tak poziomemiWzględami wytłómaczyła.Czyż, aby, czém jest, pozostać,Fryderyk państw potrzebuje?
Czyż nie miałby ich, z AurorąMałżeńskim węzłem złączony?Lub szpadę z pochew dobywszyPrzeciwko któremu z książąt,Straconych nie mógł wnet krainW zapasach krwawych wywalczyćMój smutek nie z interesuWypływa — i choćbym nawetSzaleńca otrzymał miano,Wiedz pani, że nędzniejszegoNikt z ludzi nie pędził życiaOd czasu, jak miłość na światPociski swe wyrzuciła.Umieram już bez ratunkuA życie moje, co chwila,Jak płomień gromnicy gaśnie.I błagam śmierci napróżno,By nie czekała aż woskuOstatnia spali się kropla;Gdyż lekki powiew wystarczy,By w noc mię wtrącić głęboką.
Powstrzymaj łzy, Fryderyku,Bóg mężów nie płaczem darzy,Lecz duchem odwagi pełnym.Łzy — kobiet są przywilejem,Bo chociaż mają odwagę,Na sile zbywa im zawsze!...A mężom wtedy jedyniePrzystoją, gdy straconegoHonoru pomścić nie mogąI Przeklęta bądź, Auroro,Że zazdrość wzniecasz, przez którąTak dzielny rycerz, tak piękny,Kochania tak najgodniejszy,Piekielne znosi męczarnie!...
Tyś w błędzie — to nie Aurora!
Więc któż to?
Słońce, z któregoJutrzenki blade powstają.
To nie Aurora?!
Myśl mojaSzybuje daleko wyżéj.
Dziewica ujrzała ciebie,Wyznałeś jéj swoję miłość,A ona-by wzajemnościąOdpłacić tobie nie miała?Sprzeczności pełne twe słowa;Co mówisz, jest niemożebne!
Poznawszy to „niemożebne“,Przyznałabyś, żem z marmuru,Że gdy mię takie zgryzotyNie zgnębią — to żyję cudem!...
Czy może ogień miłości,W posągu jakim chcesz wzniecić?Czy w nimfie alabastrowéj?Serc kobiet, opancerzonychTak silnie, trudno napotkać!Zasłona lekka pokrywaKażdego człowieka myśli!O nigdy miłość, złączonaZ takiemi zalet skarbami,Do piersi nie kołatałaNapróżno, żeby jéj serce„Wejdź do mnie, proszę“, nie rzekło.Więc wyznaj miłość bez trwogi!Grekowie nie bez przyczynyWenerę czasem kreśliliU stóp satyra lub faunaA Febus z łoża srebrnegoPo tysiąc razy na Hatmos,Przybywał do Endymijona.Mą radę chciéj spełnić, hrabio,Gdyż i najczystszy budynek,Ma jednę bramę woskową.Mów i nie umieraj milcząc.
Przemyślny łowiec pod gniazdo
Podkłada ogień; pelikanIndyjski, by dziatki swojeOcalić, bije skrzydłamiI zamiast ogień przygasić,Dopóty wznieca płomienie,Aż skrzydła sobie spaliwszy,W niewolę wpada nieszczęsny.Tak! myśli moje — to dzieciMiłości, których pilnujęW milczenia gnieździe, bo onePłomieniem są zagrożone.Uderza miłość skrzydłami,A zamiast je oswobodzić,Roznieca płomień i ginie!...Ty zwodzisz mię — a ja ginę...Podniecasz — ja zmysły tracę...Odwagą tchniesz — a ja-m w trwodze...Uwalniasz — a ja się plączę...Porywasz ty mię — ja padam!Tak wielkie niebezpieczeństwoMi grozi, że wolę raczéjUmierać, milcząc, bo przecieŚmierć kończy wszystko na świecie.
Dla biednych ludzi spokoju,Na ziemi Bóg nic nie stworzyłGorszego nad wyobraźnią;Wszak ona ogień w lód zmienia.W barwę pragnienia odziana,Wyradza pokój lub wojnęI dręczy i uspokaja.Jest dziwnym rodzajem duszy,Co świeci mniéj niż zaciemnia!Uragan nie stwarza tyluZamętów najprzeróżniejszych,Jak owe prawdy zamglone,Co w naszéj tkwią wyobraźni.
Bo nie ma nic straszniejszego,Nad wichry w piersiach wyjące.Gdy myśleć sobie pozwolę,Że ja-to kocham hrabiego,Złudzenie szepce mi samo,Że taka myśl niemożliwa.Lecz nagle mój los fatalnyMałżeństwo mi przypominaI wówczas to, co dziś czuję,Potrafię usprawiedliwić;Bo nie masz niemożebnościTak wielkiéj, żeby się ciałemNie zdała źrenicom myśli!...Tak ważne względy mię łudzą,Przywodząc ciężkie zniewagiOd męża barbarzyńskiego,Że chyba zmysły postradam!Niemożność łatwą się zdajeTak, że nakoniec w gorączce,Już widzę siebie pomszczoną.Lecz taka myśl jest występkiemI z po-za méj namiętnościJuż ostrze szpady wygląda.Przymioty hrabiego wielkie,Lecz większą byłoby zbrodniąDać upust téj namiętności.Dość już téj trwogi i błędu.Niebiosa pomoc ześlijcie!Kto myśli — wszak nie upada!Bo niktby nie znalazł w świecieCzłowieka honorowego,Jeśliby myśl o zniewadzeJuż była jéj dokonaniem!...Dotychczas ani me serce,Ni honor mój nie pobłądził,Gdyż grzeszne moje pragnienia —To widma czcze wyobraźni:Występkiem są wobec Boga,Honoru jednak nie krzywdzą!
Wysokość Wasza tak długoMówiła tu z Fryderykiem.Cóż hrabia?
Twierdzi stanowczo,Że miłość twoję podziela.Oszczędzaj zazdrość hrabiego;On tego tylko pożąda.
O jakże marną pociechąGwałtowność uczuć chcesz stłumić!Czyż może człowiek, któregoMiłości tak byłam pewną,Do tego stopnia się zmienićZ téj racyi, że go zawiodłoDziedzictwo tronu Ferrary?...Miłości tak wszechpotężna!Dla ciebie wszystkiém się gardzi:Honorem, życiem i duszą!A hrabia teraz umiera,On, który mię tak ukochał,Jedynie dzięki obawie,Że księżna zostanie matką.Lecz — skoro, by ukryć prawdę,Wymyślił zazdrość mniemaną;Więc żeby uśpioną miłośćRozbudzić, na prawdę zazdrośćWywołam dziś o markiza.
Chłód taki już-by powinienZ nadziei wyzuć cię śmiałéj.
Milczenie... Widzisz Rutillo?Aurora!
Tracisz odwagę,Bądź mężnym w téj przeciwności!
Jutrzenką tyś dnia jasnego,Dnia, w którym oczy me wolnośćOddały moję wraz z dusząAurorze, dla któréj słońceZazdrości — a wszystkie kwiatyŚwietlaną barwę przyjmują.Od chwili, jak tu przybyłem,Twa piękność, co wszystko zwalcza,I moją stała się gwiazdą.Niestety, ja kocham panią,A ciebie miłość ta nuży.Więc wrócić postanowiłem,Lekarstwo to jest najlepsze!Wypędza mię twa surowość,Bym w czarnem gdzieś oddaleniuMógł znaleźć jeszcze pociechę.Daj rękę na pożegnanie!...
Ten rycerz, który nie umieSił zebrać po pierwszéj klęsce,Ze smutku pewno nie umrze!Na pierwszy objaw uczucia,Nie śpieszy nikt z wzajemnością.Miłości trzeba być pewną.Z tą samą swobodą, z jakąPan odjazd swój zapowiadasz,Ja proszę, żebyś pozostał.
Za dowód ten łaski twojéjNie tylko dziesięć lat, którychDla wzięcia Troi użyto,Nie tylko siedm lat pasterza,Któremu Laban biblijnySwój klejnot boski obiecał;Lecz pragnę przez długie wieki,Jak Tantal zostać przy tobie.
Najwyższy kapłan mi pisze,Bym śpiesznie przybył do Rzymu.
Przyczyny list nie wyjaśnia?
Za całą odpowiedź muszęNatychmiast w drogę wyruszyć.
Ukrywasz powód; więc milczę.
Czym kiedy krył co przed tobą?Przypuszczam tylko, że papież,Gromadząc wojsko na wojnę,W Italii mnie chyba myśliKościoła zrobić obrońcą;A nawet przypuszczać można,Że kasy mojéj zażąda.
Ukrywasz myśl twą, jeżeliSam jechać myślisz, o pozwól,Bym tobie mógł towarzyszyć;Najlepszym będę żołnierzem!
To być nie może, bo jakżeDom bez nas obu zostanie;Ty rządu wodze wziąć musisz,To powód — i wola moja.
Wypełnić muszę ją — aleCo powie świat — na tę gnuśność...
Że być nie mogło inaczéj.
I czego szukasz, myśli niemożliwa,Okrutna, czego dręczysz mię tak srodze?Dlaczego po téj chcesz mię unieść drodze,Gdzie uraganom na odwadze zbywa!...Szalony bieg swój wstrzymaj, nieszczęśliwa,Obojgu śmierć nam zgotujesz okrutną;Wypocząć pozwól, bo w duszy méj smutno,I nie rwij marzeń świetlanych przędziwa!Zażegnaj straszne cierpień uraganyDławiące piersi — męką bezcelową.Nadzieję budząc, krew dobywasz z rany!...Przepadnij, myśli szatańska, wraz z głową,Z mych oczu wzięłaś swój żywot skalany,By zostać wiecznie straszną, torturową!
Uczucie moje, szarpaneTo hańbą to zemsty tchnieniem,Po wielu rozpaczy walkachWybucha, siejąc wbrew czci méjNadzieje trucizny pełne!Na gruncie imaginacyiZałożyć chce fundamenty,Jak gdyby on był widzialny.Pragnienie czcze i szalone!Ma dusza, którą zniewagiKsiążęcia pchają do złego,
W szalonem postanowieniuChce zemstę znaleźć — i szczęście!Uroczy syn jego, hrabia,Narzędziem zemsty méj będzie,Bo zbrodnia tak niesłychanaWymaga i tajemnicy!Widziałam jak tu wzburzony,Był gotów wyznać mi wszystko,I nagle urwał, a przecieżMężczyzna śmieléj dalekoMilczeniem przemawiać umie.Ta scena radość w méj duszyZbudziła tak nieskończoną,Jak gdyby ktoś szeptał we mnie...Gdzie miłość — nie ma tam zdrady!Są dziewki, które kochająSwych ojców, inne swych braci;Lecz ja nie krzywdzę natury,O własnéj krwi pamiętając.
To hrabia!... O nieszczęśliwa!...Gotowa-m wszak do obronyI czegóż drżę?...
Ach! przybywaMiecz słodki, choć obnażony,Co serce wskroś mi przeszywa!...O ty nadziemska piękności!...
Czyż rozpacz wciąż tobą miotaI smutek w twém sercu gości?
Niezmienna to już zgryzota,Proszę Waszéj Wysokości!
Ten smutek pochłania zdrowieI postać nawet masz chorą!
Trosk zamęt wściekły w méj głowie,Nic język o nich, senioro,Prócz, że są własne, nie powie.
Czy ja-bym mogła z twéj twarzy
Rozproszyć noc, o mów śmiałoI Twą miłość — moja przeważy.
Roztworzyłbym duszę całą,Lecz trwoga stoi na straży!
Trosk twoich miłość przyczyną,Powiadasz...
Ból mój i chwałaZ jéj tylko srogości płyną.
Że miłość śmie być zuchwała,Mam z dziejów powieść jedyną.Antyjoch, rozmiłowanyW macosze, aż w oczach ginie;Z sercowych udręczeń rany...
Zmarł?... To mógł zrobić jedynie.Mój bardziéj los niezbłagany!...
Myśl ojca w smutku spowita,Lekarzów tłum się gromadzi,Lecz któż chorobę odczyta,Cierpieniom kto tam zaradzi,Gdzie miłość nurtuje skryta!Erostrat aż, co z księgamiNiż Galen więcéj zbratany,Poznawszy się z cierpieniami,Odgadnął, że źródło ranyMiędzy sercem — i ustami.Chorego puls wziąwszy woła,Niech damy dworskie się zbiorąCzémprędzéj...
Myśl-to wesoła...Czyż mam przypuszczać, senioro,Że jaki duch mówić zdoła?
Gdy weszła jego macocha,Z pulsowych uderzeń mowyRozpoznał, że pacyent kochaNa zgubę...
Podstęp-to nowy!
Historya to jest Antyocha.
I zbawił go od cmentarza?
Zaprzeczysz, mój hrabio, aleI tobie los ten zagraża!...
Gniew może wzbudzę twój...
Wcale.
A litość?
O tak!
Nie zrażaTwój wyrok; więc słuchaj pani,Ja-m bojaźń utracił bożąI księcia, bo miłość raniWystępna, a serce trwożąJéj szały — ja zginę dla niéj!
Bóg... książę... o dwa te słowaŚmiertelném przejmują drżeniemI szepce mi myśl grobowa,Że kto wziął rozbrat z sumieniem,Od kary się nie uchowa!...Jedyna jest na to rada,Twych oczu zrzec się i mowy.O wtedy... coś mi powiada,Lub troska zniknie nam z głowy,Lub śmierć tu zjawi się blada.Ode mnie stroń... Bóg przebaczy...Uciekać... ja?... nie!... nie mogę,Pierś sobie otworzyć raczéj!...
Ja-m w śmierci gotów iść drogę,Żyć dłużéj wartoż w rozpaczy?...Choć raz mi podaj dłoń jeszcze,
O! błagam, nie broń mi tego,Co śmierci sprowadza dreszcze!...
Wszak prochu przed ogniem strzegą.
O! precz te myśli złowieszcze!...
Nim podam — uprzedzić muszę,Że łatwo jad przejdzie z dłoni,By zatruć na wieki duszę!
Syreną śród morskiéj toniTyś dla mnie i na katuszeTwéj pieśni dźwięk mię porywa!
Więc zginąć trzeba?... Honorze,Twa pomoc mi nie przybywa!...
Któż takie męki znieść może!...
Ha! zmysły strać nieszczęśliwa!
Comments
Loading comments…