Akt trzeci

Translated from Spanish by Julian Święcicki

Kara — nie zemsta

Mówiłam prawdę, markizie.

Uwierzyć temu nie mogę.Miéj baczność, czy kto nie słuchaI rozważ dobrze, co mówisz.

By rady twojéj zasięgnąćOdkryłam tobie tę zbrodnię.

Jak mogłaś więc Fryderyka,Z Kasandrą widzieć?

Posłuchaj.Wyznaję, żem ja hrabiegoKochała, choć stał się dla mniePodlejszy niż Grek Ulises.Uczucie z laty wzrastało.Gdy jechał po swą macochę,Przysięgał, że mnie zaślubi;Lecz wrócił z drogi tak smutny,Że gdy mu książę przypomniałNasz projekt — stale odmówił,Tłómacząc zdradę zazdrością,

Przez ciebie w nim rozbudzoną.Że zazdrość, mówią, jest bodźcemMiłości, więc przyjmowałamZabiegi twoje, Karlosie;Lecz serce miłości próżneMa twardość dyamentu, któréjZazdrości jad nie przegryza.Pragnęłam znaleźć przyczynęObojętności hrabiegoI takiéj dla mnie pogardy.Ma zazdrość wzrok ostrowidza,Co mury przenikać umie;Zbyt długo więc nie czekałam!...Kasandry gabinet własnyZ dwu składa się buduarów,Naprzeciw siebie leżącychI — zamiast obić — lustramiPokrytych kryształowemi.Gdym dziś do drugiéj komnatyWstąpiła, w lustrach przed sobąSpostrzegłam widok okropny,Jak z ust Kasandry FryderykRóż zbierał żniwo obfite.Zgnębiona widokiem zdradyWybiegłam — własną niedolęI zbrodnią tych opłakując,Co podczas wyjazdu księcia,Oddani ślepéj miłości,Publicznie toną w rozpuście,Śród nagich Kafrów nieznanéj!...Zdawało się, że zwierciadło,Uściski ich odbijającZmroczyło blask swych kryształów!...Lecz miłość moja ciekawieŚledziła postęp ich hańby,Więc każdy czyn wiarołomcówGotowa-m stwierdzić dowodem.Podobno książę przybywa,Zwycięztwa laurem uwieńczon,Odparłszy bronią walecznąRzymskiego pasterza wrogów.Co czynić, poradź, markizie?By większych nieszczęść uniknąć.

Jeżeli miłość, o któréjMówiłeś, jest godną wiary;Tak jestem dziś nieszczęśliwa,Że zechcesz może w hrabiegoPójść ślady i mnie zawiódłszy,Ferrarę śpiesznie opuścić!...

Na jednę śmierć niezwalczonąLekarstwa nie ma, Auroro.Proś księcia, by dał mi ciebie,Pojedziem wnet do Mantui,Dalecy od niebezpieczeństw.Jeżeli tygrys, przez łowcaZe szczeniąt osierocony,Nie mogąc dziatek odzyskać,Pod strasznéj boleści wpływemNa oślep rzuca się w morze;Cóż zrobi Achil ferrarskiW obronie czci i honoru?...Zniewaga taka, Auroro,Krwią tylko obmyć się może,Jeżeli wprzód niebe samoRozpusty ich nie ukarze,Na takich olbrzymów hańbyZsyłając żywe pioruny!...Czy zechcesz przyjąć mą radę?

Myśl moja, w trwodze spowita,Przyjmuje radę z ust twoich.

Ten kryształ, w któryś spojrzała,Zostanie dla nowéj CyrcyMeduzy straszném zwierciadłem.

Co mówisz?... więc nie pozwolił,Na swoje wyjść nam spotkanie?...

Zaledwie książę pan spostrzegłGranice swe upragnione,Gdy świtę swą opuściwszy,Na koniu przodem pośpieszył;Nie mogąc dłużéj hamowaćPragnienia twego widoku.A chociaż do księżnéj takżeZatęsknił, lecz miłość jegoDla ciebie — wszystko przewyższa!...Tyś słońcem oczu książęcia,Więc ciemność czteromiesięcznaWywiodła go z cierpliwości!...Ty, hrabio, wjazd tryumfalnyPrzygotuj, gdyż wojska jegoPrzybędą z mnóstwem trofeów.

Aurora zawsze w mych oczachZ markizem?

Zręczna uwaga!...

Dlaczegóż głosem tak zimnymNa skargę mą odpowiadasz?

I zkądże cud ten, że markizNa przykrość dziś cię naraża?...Tyś chyba nagle się ocknąłPo drzemce czteromiesięcznej!...

Ja nie wiem, hrabio, i nigdymNie wiedział o tych uczuciach,Z jakiemi dziś występujesz.Aurorę-m kochał, nie wiedząc,Że miałem współzawodnikaI że rywalem mym hrabia,Któremu wszędziebym pragnąłUstąpić... okrom miłości...Ja-m nigdy nie widział panaU stóp jéj, a dziś wymagasz,Bym ja ustąpił... o słusznie!

Jéj cnoty przy twoim bokuZyskają więcéj niż przy mnie!

Co myślisz, zrozumieć trudno!Szaleństwo chyba nie miłośćDo tego zmusza cię kroku!Wszak tyle razy widziałeś,Jak markiz rozmawiał ze mnąOd chwili smutku twojego,A nawet długo i potem,A nigdyś na mnie nie spojrzał,Nie przyszedł pomówić ze mną;A dziś, gdy hymen mię czekaPrzybywasz zbrojny zazdrością?To dziwne, hrabio! Wiédz o tém,Że raczéj umrę, niż kiedyUwierzę w to, co udajesz.O! powróć do smutków swoich,Spokojem uwodź pozornym,Twa wzgarda bardzo głębokoW méj duszy się zagnieździła!...Przestałeś już istnieć dla mnie,O kłamco... niech cię Bóg strzeże.Zapóźno.. moja osobaByć twoją już dziś nie może!

Coś zrobił?...

Nie wiem, na honor!

Podobnyś do TyberyuszaCesarza, który skazawszySwą żonę na śmierć, po kaźniPolecił, siedząc przy uczcie,Zawołać żonę do stołu.

Mesala, pewien Rzymianin,Zapomniał swego nazwiska!

A ja — że jestem człowiekiem!...

Przywodzisz mi téż na pamięćWieśniaka, który w dwa lataPo ślubie, rzekł do małżonki:„Masz czarne oczy, senioro“?

Batinie, straszna ma rozpaczZda mi się, że zmysły stracę!

Podobnyś do Biskajczyka,Co muła w uździe zostawił,A widząc, że mimo pieszczotZgłodniałe zwierzę jeść nie chce,Końskiego prosił Galena,By zechciał zbadać pacyenta.Ten widząc muła z wędzidłemWyprosił wnet BiskajczykaI ściągnął uzdę mułowi.Gdy wrócił pan, w całym żłobieNie było ani ździebełka;A nawet muł, zjadłszy słomę,Zgłodniały wziął się do żłobu!— Na Boga — wołał Biskajczyk,Doktorów nie chcę!... Już odtądJa z mułem będziemy zawszeZasięgać rady u pana!...Jak nazwać tę uzdę, któraJeść tobie teraz nie daje?I jeśli lekarz być może,Dlaczego wzdragasz się jeszcze?

Ja-m stracił świadomość siebie:

Więc zostaw owies w spokojuI więcéj o tém nic nie mów.

Przybywa już?

Tak, senioro.

Tak śpiesznie?

Żeby cię ujrzeć,Swą świtę całą zostawił.

O! nie wierz temu — co do mnieTo chętniéj śmierć-bym ujrzała!

Więc, hrabio, przybywa wreszcieMój władca, pan...

Tak, senioro!Podobno jest niedaleko.Objawia dobrze swą miłość!...

Umieram!... kiedy pomyślę,Że odtąd już się nie będziemWidywać.

Ha! śmierć-by nawetNie była dla méj miłościTak straszna, jak powrót księcia.

O hrabio, ja zmysły tracę!...

Ja dawno swoje straciłem!

Nie czuję duszy...

Ja życia...

I cóż nam zostaje?

Umrzeć!

Więc innych lekarstw...

Już nie ma;Bo gdy mi los ciebie wydrze,I pocóż istnieć-bym pragnął?

Utracisz mię więc dlatego?

Od dziś już udawać będęUczucie dla Aurory,Jéj ręki nawet zażądamOd księcia, aby odwrócićDomysły, gdyż wiem z pewnością,Że nas w pałacu szpiegują.

Ha! piekło... zazdrość nie starczy?!...Poślubić ją?... tyś szalony!...

Nasz wspólny los mię do tegoPrzymusza...

Na rany Boga,Ty się dziś naigrawasz ze mnie!...Gdy byłeś przyczyną pierwsząMych zgryzot. O! wszystko raczéjWyjawię (nie znasz mię jeszcze!) —Twą zbrodnię i moję zdradę.

Senioro, zakończmy o tém.Słuchają nas.

Nie dbam wcale!Niech tysiąc razy wprzód zginę,Niż w związki ty wejdziesz ślubne.

Wyjść miano na twe spotkanie.

O lepiéj miłość się śpieszy!...

Ojcowska miłość, mój synu,Ten powrót mi ułatwiła.Znużenie, trud nic nie znaczy,Gdy śpieszym do drogich sercu!...

W uczuciu mojém, senioro,Jednaki z nim udział bierzesz,Bo w głębi mojego sercaMasz miejsce przy Fryderyku.

Krew twoja i jego cnotyDo łaski téj mają prawo,Ja-m tylko rada, że wzajemOcenić się tak umiecie.

Miłością równo was darzę.Fryderyk umiał tak mądrzeKierować okrętem państwa,Że znikąd skargi nie słyszę.Przyznaję, śród szczęku broni,Wątpiłem, czy będzie z niegoSenator tak doskonały!...Już wróg rzymskiego pasterza,Z pomocą Boga rozbity,Czcić musi go w mojéj szpadzie!Gdym dłoń papieża całował,Rzym, patrząc na me tryumfy,Hiszpańskim zwał mię Trajanem!Więc odtąd życia występkiNa cnoty pragnę zamienić,By kiedyś moje nazwisko,Jak dziś, szło w parze ze sławą!

Aurora z markizem śpieszą.

Radośnie witam cię panie,Bo sercem miłości pełném.

Racz podać dłoń KarlosowiI miłość jego ocenić.

Ramiona moje niech spłacąTe słodkie długi méj duszy.Rozłąki bolesnéj chwile,Ten powrót hojnie nagradza.Pozwólcie teraz, kochani,Że spocznę po tylu trudach.Już późno, jutro się wszyscyRadości wspólnéj oddamy.

Ricardo, druhu...

Batinie!

Jak się tam wojna skończyła?

Jak słuszność chciała, dla któréjObronę niebo zapewnia.Lombardya uspokojona,A tłumy wrogów rozbite,Bo lew kościoła swym rykiemWytrącił im oręż z dłoni!Książęcia imię wsławione,

Więc taka zaszła w nim zmiana,Że dzisiaj poznać go trudno!Przepadły damy... wieczerze...Przygody i pojedynki!Kasandrę wciąż przypominaJą tylko i FryderykaJedynie odtąd uwielbia!Ot książę świętym już został.

Co mówisz?... co opowiadasz!...

Gdy inni w szczęściu występkomI pysze lubią hołdować,A gardząc wszystkiemi — siebieWynoszą jak nieśmiertelnych;Nasz książę wrócił pokorny,Jak gdyby nawet pogardzałTryumfu swego laurami.Zwycięzkie jego sztandaryPróżnością go nie przejęły.

Daj Boże, by mimo takiePrzemiany nie stał się w końcuPodobny Ateńczykowi,O którym mówią, że prosiłWenery, aby zmieniłaKocicę dominikańską,To znaczy, że czarno-białą,W kobietę. Pewnego razuGdy kotka wyfryzowanaNa ganku siedząc, spostrzegłaZwierzątko, co jak poeciPapieru jest niszczycielem;Piorunem wpada na szczuryDowodząc, że kto z naturyJest kotem, kotem zostanie.Kto psem jest — psem zostać musi,In saeoula saeculorum!

Obawa płonna, że książę

Do szaleństw dawnych powróci,Tém więcéj, gdy ma się z dziećmiPołączyć, które małemiUmieją czesać rączkamiKędziory lwów najdumniejszych!

Rad będę wielce, jeżeliTo prawda.

Bądź zdrów, Batinie!

Gdzie idziesz?

Fabia mię czeka.

Czy jest tu kto z mojéj służby?

I owszem... najpokorniejszy...

A! Batin!

Bóg z tobą. Zdrowyś?Daj rękę.

Co ty tu robisz?

Słuchałem, jak Ricard cudaO czynach twych rozpowiadał.Kronikarz dzielny w HektoraZamienił cię italskiego.

A cóż tam rządy hrabiego,Gdy w kraju księcia nie było?

Zapewniam, że syn twój, książę,Czynami pokojowemiTryumfom ojca wyrównał.

Z Kasandrą żyli przyjaźnie?

Śmiem twierdzić, że nigdy w świecieNie było pewnie macochyŁaskawéj tak dla pasierba;Rozumna, cnotliwa, święta!...

Że z hrabią żyje w harmonii,To droga dla mnie wiadomość.Fryderyk ma i szacunekI miłość moję. Widziałem,Jak smutny był, gdym wyjeżdżał.Szczęśliwym, skoro KasandraUmiała tak być roztropną,Że spokój w domu panował.Ja-m o to z głębi méj duszyDo Boga modlił się zawsze.Dziś dom mój dwu zwycięztw świadkiem.Ja-m jedno odniósł na wojnie,Kasandra drugie — nad hrabią!Już ona odtąd mi będzieNajdroższą w świecie istotą.Tak wiele dziś jéj zawdzięczam,Że pragnę raz już na zawszeWystępków pozbyć się dawnych.

To cud papieża, seniorze!Ferrarski książę wyjechałRycerzem — a mnichem wracaI mógłby już kamedułówDziś nowy zakon fundować!

Chcę, żeby wszyscy poddaniO mojéj zmianie wiedzieli.

Dlaczego Wasza WysokośćNie śpieszy do wypoczynku?

Gdyż wchodząc właśnie na schody,Papiery te otrzymałem.W obawie, czy to nie skargi,Chcę zaraz, nie tracąc czasu,

Z ich treścią poznać się bliżéj.Samego zostaw mię, proszę,Monarcha powinien zawszeWypełniać swój obowiązek.

Niebiosa niechaj nagrodząTych władców, którzy o dobroPubliczne dbają! BodajbyTwéj broni blask nie opuszczał,A sławę przejęły wieki!

Zobaczmy.

„Jan Eustachy,Ogrodnik pałaców księcia,Sadzący kwiaty i zioła,Aż sześciu synów posiada,Dla starszych dwu błagam“...Dosyć!Hojniejszym trzeba być w łaskach.

„Lucinda, żona Arnalda,Została wdową“... téż prosi.

„Albano, rezydent dawny“...Téż prosi.

„Juliusz KamiloBył więźniem, gdyż“... Styl jednaki.

„Saint Garmain, panna szanowna“.Szanowna... a więc ma wszystko,I męża tylko jéj braknie.Ten list z pieczęcią — mi oddałUbogi... bardzo zmieszanyI prosił, bym go strzegł pilnie.

„Nad domem swym czuwaj, panie,

Bo hrabia i księżna paniPo twoim wyjeździe z domu“...Przeczucia mię nie zawiodły —Źle rządzić będą... zobaczmy...

„Splamili twą cześć i łoże“...Gdzież człowiek z duszą tak silną,Co grom-by taki znieść zdołał!

„Jeżeli udawać umiesz,Wzrok własny powié ci o tém“.Co to jest?.. co-m ja przeczytał?Odpowiedz, karto bezduszna!...Czy wiesz ty, że ja-m jest ojcemCzłowieka, którego mieniszHonoru mojego zdrajcą!...Ty kłamiesz... to być nie może!...Kasandra-by mię zhańbiła!...Wszak hrabia moim jest synem!...Lecz papier nie odpowiada!...On mężem... ona kobietą!...O liście podły, okrutny,Zapytasz, dlaczego nie wiem,Że nie ma zbrodni, któréjbyUłomny człowiek nie spełnił;Wszak Natan raził przekleństwemDawida... zrobię to samo!...Fryderyk jest Absalonem,Ta kara cięższa jest dla mnie.O nieba! tamte kobietyWszak były faworytkami;Kasandra żoną jest moją!..To kara za mą rozpustę,Za grzechy mojéj młodości!...O synu, zdrajco! czy prawda,Co mówią, bo nie pojmuję,By człowiek z człeka zrodzonyMógł taką popełnić zbrodnię!...Lecz jeśli mię znieważyłeś,To chciałbym, zabiwszy ciebieWnet wskrzesić, żeby cię możnaPo tyle razy mordować,Dopóki z martwych-byś wstawał.

Potworność!... Zbrodnia ohydna!...Więc nawet ojciec synowiZaufać teraz nie może!Jak poznać prawdę, bo świadkówKu hańbie swéj brać nie mogę!Tak-bym jéj nawet nie doszedł.Któż śmiałby prawdę tak podłąSwojemu wyznawać księciu!Lecz karać — to nie jest mścić się.Kto karze, ten się już nie mści.Wyjawiać tego nie trzeba,Co zawsze hańbę przynosi!...

Gdym spostrzegł, że nie spoczywasz,Przybyłem...

Niech cię Bóg strzeże.

O jednę prosić cię łaskę.

Nim wyznasz prośbę, wiedz o tém,Że pragnę zrobić, co zechcesz.

Gdyś, ojcze, wyrzekł niedawno,Że moje z Aurorą ślubySą twego serca pragnieniem,Przystałem chętnie, lecz późniéj,Zazdrością powodowany,Nie mogłem spełnić twéj woli.Dziś jednak już przeświadczonyO prawdzie — dałem AurorzeMe słowo, że ją zaślubię,Jeżeli zgodzisz się na to.Więc proszę o nią i błagam.

Nie mogłeś sprawić mi większéjRadości, lecz pozwól jeszcze

Twą matkę uprzedzić o tém,I jéj téż równie wypadaPoprosić o pozwolenie!...

Gdy krew nas wcale nie łączy,To pocóż mam Jéj WysokośćO ślubie moim uprzedzać?...

Choć związek krwi was nie łączy,Kasandra matką jest twoją.

O, matka moja Laurencya,Już dawno w grobie spoczywa!...

Choć nie chcesz jéj tak nazywać,Jednakże po mym wyjeździe,Żyliście, ku memu szczęściu,W wielkiéj ze sobą harmonii.

To tylko Bóg wiedzieć może!...Ze skargą źle się wybieram,Bo czcisz ją i sprawiedliwie;Lecz jeśli była dla wszystkichAniołem — wcale nie dla mnie!...

Żałuję, że jestem w błędzie.Mówiono, żeś od KasandryNajwiększych doświadczał względów?

To darzy mię swoją łaską,To znów się stara okazać,Że dziecka innéj niewiastyNie można synem nazywać.

Masz słuszność i wierzę temu,A jednak pragnąłbym bardzo,By więcéj niż mnie samegoKochała ciebie... dla zgody...Idź z Bogiem...

Niech cię Bóg strzeże.

I jak ja mogłem spoglądaćW twą podłą twarz, nikczemniku!Co za ton, swobody pełen,Zdradziecka chytrość w téj prośbieO rękę krewnéj Aurory,By nawet cień podejrzeniaOd ojca swego odwrócić!...I jakże wymowna dla mnieTa skarga przeciw Kasandrze,Na przykre z nim wychodzenie.Gdy zdradnie mniema, że milczy,Okrzykiem jest to milczenie!...Nie lubi nazywać matkąKasandry... słusznie... bo przecieżTa czuła ojca małżonkaKochanką syna — nie matką!...Lecz jakim sposobem wierzęZ łatwością zbrodni tak strasznéj?!Czy zdrady téj wróg hrabiegoNie uknuł przez żądzę zemsty?...Bo znając charakter księciaMógł liczyć na podstęp zdradny...Szalona ma łatwowierność!...

Od ciebie teraz, senioro,Zależy nić mego życia.

Twój wybór piękny, Auroro,Jest godny twego rozumu.

Lecz oto książę...

Seniorze,Ty czuwasz?...

Państwu mojemuWinienem trochę méj pracy,Choć zresztą papier ten świadczy,Że hrabia i ty, Kasandro,Ster rządu dzielnie trzymacie.Ze wszystkich stron zasłużonePochwały was spotykają.

Hrabiemu, lecz nie Kasandrze,Ten honor słusznie należyI można rzec bez przesady,Że dzielność jego jest wielka,Swą wyższość wszędzie zaznacza,Jest równie dzielnym jak mądrym,Podobien ojcu swojemu!...

O wiem, iż tak umiał wszędzieSwojego ojca zastąpić,Żeś za mnie brała go zawsze...Wdzięcznością płacę ci za to!...

Seniorze, nową téż prośbęPrzynoszę ci od Aurory.O rękę jéj Karlos prosi,A ona chce tego związku.

Niestety, markiz się spóźnia,W téj chwili hrabia ztąd wyszedłI prosił mię o jéj rękę.

Aurory hrabia mógł żądać?!

Tak pani.

Hrabia?...

W istocie!

Gdy książę mówi — chcę wierzyć.

Przyjąłem prośbę hrabiegoI jutro ślub się odbędzie.

Aurory wola się spełni.

O racz mi wybaczyć, książę,Lecz hrabia moim nie będzie...

Co słyszę?... wybór nie trudny,Czyż hrabia swoją dzielnością,Rozumem i zaletamiNie stoi po nad markizem?...

Być może... Gdy go kochałam,On mną pogardzał, seniorze;Więc dzisiaj, gdy on mię kocha,Ja znów nim gardzę z kolei.

Zrób to dla mnie nie dla niego.

Iść za mąż trzeba z miłości,A ja nie kocham hrabiego.

To dziwne!...

Lecz sprawiedliweJakkolwiek mówi zbyt śmiało!

I owszem, ślub ten nastąpi,Chociażby i pod przymusem.

Swéj władzy nie nadużywaj.Wszak miłość jest kwiatem gustu,Przymusu znosić nie może.

O już się teraz, Kasandro,Przesycił tobą ten zdrajca.

Nie było tu mego ojca?...

Z bezczelnym spokojem, zdrajco,Śmiesz księciu spoglądać w oczyI żądasz odeń Aurory?

Milczenie!... Zgubisz nas, pani!...

Ja nie znam trwogi, nędzniku!...

Co czynisz?... głos twój rozbrzmiewa!...

Dowody znaleźć tu muszę;Ztąd łatwo słyszeć ich mowę.

Lecz, pani, hamuj się, proszę,O swojéj pomyśl godności.

O! jestże człowiek tak podły,By mógł porzucić kobietę,Honoru ją pozbawiwszy!

Nie jestem jeszcze żonaty.Pragnąłem upewnić księciaI żywot nasz zabezpieczyć.Czyż możem tak żyć, Kasandro?...Wszak książę nie jest człowiekiemZ pospólstwa — mógłżeby ścierpiećImienia swojego hańbę?...Już dosyć... zanadto długoUczucie nas zaślepiało!...

O tchórzu podły, nędzniku,Więc te łzy i te błagania,Któremi niegdyś porwaniSwój honor poświęciliśmy,

Obecnie zdradą nazywasz?...Umieram!... zostaw mię, nędzny!...

Marmurem byłbym słuchając,Co słyszę... O nieszczęśliwy!Bez tortur wszystko wyznali.Bez tortur?... o nie, toć przecieTortury ja znieść musiałem.Już więcéj świadectw nie trzeba,Ty bądź ich sędzią, honorze.Podyktuj wyrok i karę,Lecz karę, zdolną ocalićMe imię, które w téj sprawieByłoby hańbą okryte.Nikt w świecie wiedzieć nie może,Że honor mój pokalany.Pogrzebem wstydu najlepiéjJawności jego zapobiedz.A chociaż zemsta ocaliMój honor, lecz nie wypadaObnażać prawdy zgnilizną.

O kobiet nieszczęsny rodzieMężczyźni podli, bez wiary!...

Zapewniam panią, że zrobięTo wszystko, czego zażądaszI za to honorem ręczę.

Czy prawda?

Tak, niezawodna.

Niech miłość nasza nie gaśnie.Twą byłam i jestem twoją.Ja muszę znaleźć sposobność,By codzień widzieć się z tobą.

Musimy rozejść się teraz.Pamiętaj, boć to konieczne,Udawać miłość dla księcia.

Tak zrobię bez twojéj krzywdy,Bo czém jest miłość udana?

Słyszałem, piękna Auroro,Że markiz ma być, czy jest jużMałżonkiem twoim i panemI że was Mantua czeka.Przychodzę błagać cię, pani,Byś mię tam z sobą zabrała.

Cóż znowu, dziwisz mię wielce,Więc z hrabią rozstać się pragniesz?

Pracować wiele, brać małoTo rozkosz, która i mędrcaZabija lub głupim czyni.„Dziś daję, jutro odmawiam,Być może dam ci pojutrze“.Ja nie znam pana „być może“Lecz to wiem, że nie mógł nigdy.Prócz tego on opętanyPrzez dyabła... nie wiem co myśleć!To smutny, to znów wesoły,To mądry, to obłąkany,I księżna w téj saméj mierzeNierówna jest i nieznośna.Gdy wszyscy tak opętani,Ja jeden mam być szczęśliwy!I książę, niby spokojny,Sam z sobą przecież rozmawia,Podobny będąc człekowi,Co rzeczy straconéj szuka.

Gdy cały dom tak choruje,Odjeżdżam z panią najchętniéj.

Jeżeli zgodnie z mem szczęściemZostanę żoną Karlosa,Zabiorę cię, mój Batinie!

Całuję sercem twe stopyI biegnę wnet do markiza.

Honorze, wrogu ty dumny,Kto pierwszy twe prawa światuNarzucił? Czemu treść twojaZ kobietą jest zespolona?By człowiek najszanowniejszyBez winy mógł cię utracić?Głosiciel praw twych być musiałNie mędrcem, lecz barbarzyńcą.Aurora...

Panie...

Wszak księżnaZ markizem chce cię połączyć?...Przekładam wolę swéj żonyNad prośbę syna mojego.

Twą sługą jestem i pragnęWdzięcznością tę łaskę spłacić.

Markiza poproś, by wuja,Mantui księcia uprzedził.

Wiadomość tak pożądaną,Zaniosę wnet markizowi.

O nieba! to, co się stanieW mym domu, karą twą będzie.Podnieście dłoń swoję boską,To nie jest zemsta méj hańby.Ja nie chcę brać jéj na siebie,Bo toby z krzywdą twą było,A względem syna — dzikością!...To tylko kara twa będzie,Surowość, któréj niebiosaWybaczą, bom przy niéj względuNa siebie nie miał żadnego.Chcę ojcem być, nie małżonkiem.I groźna dłoń PrzedwiecznegoNa zbrodnią taką bez wstyduBez zemsty karę wymierzy!...Honoru prawa żelazneŻądają tego niezłomnie,By jawność kary publicznaMéj hańby nie podwoiła!Kasandrze podłéj związałemPrzed chwilą ręce i nogiI krzyk jéj by stłumić srogiSzmat pełne usta napchałem!Gdym rzekł jej: plugawą żonęZabije sztylet wspólnika —Zdrętwiała!... Ha! dreszcz przenika,Krwi, zemsty, serce spragnioneZnieść może takie męczarnie;Lecz dziecko zabić... drży ciało...Pierś dyszy... serce zastyga,Któż zemstę taką ogarnie...W źrenicach mi pociemniało...Obłędu szatan mię ściga...Drży wola i w ustach słowo,Jak strumień w północ grudniowąZamarza!... Myśl śmierci synaJuż lodem krew moję ścina!...Precz miłość ojca ode mnie!

Szanować — Bóg ojców każe,A on czci świętéj ołtarzeObluzgał hańbą nikczemnie!...Precz miłość, muszę ukaraćNajświętszych praw gwałciciela,Bo któż mię zapewnić zdoła,Że dzisiaj skradłszy mi honor,Po życie jutro nie sięgnie.Pół setki wszak ArtakserksesDla mniejszéj zabił przyczyny,A szpady Daryusza, Bruta,Torkwata śmiały bez zemstyWykonać słuszności prawo!....Wszak prawo Boga, sumienia,Tę zbrodnię mu wyrzucają!...Mam kłamstwo zadać swym oczom?Czy słuch mię własny zawodzi?Więc zkądże ta chwiejność... trwoga...Już idzie... Boże daj siły!...

W pałacu wieść się rozniosła,Żeś, ojcze, moję AuroręW małżeństwo dał markizowiI że do Mantui wkrótceOboje ztąd wyjeżdżają.

Czy to jest prawda, ja nie wiem,Gdyż woli mojéj dotychczasGonzaga nie słyszał jeszcze,Bo rzeczy stokroć ważniejsze,Mój umysł trapią w téj chwili.

Kto rządzi — ten trosk ma wiele.W téj chwili cóż cię zajmuje?...

Mój synu! Szlachcic ferrarski,Z innemi zdrajcami społem,

Przeciwko mnie knują spiski.Kobieta, któréj się zwierzył,Odkryła mi tajemnicę.Kto wierzy kobiecie — głupiec!...Roztropny, kto jéj pochlebia!...Kazałem przybyć tu zdrajcy,Pod ważnéj sprawy pozorem.Gdym w sali téj zamkniętemuPrzypomniał czyny zbrodnicze,Osłupiał — a ja z łatwościąDo krzesła go przywiązałemI ciało suknem okryłem,By ten, kto pierś mu przebije,Nie widział twarzy nędznika,Gdyż nie chcę kłócić Italii.Przybyłeś ty, a więc chętniePowierzam ci sprawę całą,Milczenia się domagając!...Więc dobądź szpady, mój hrabio,I odbierz mu nędzne życie.Ja u drzwi będę pilnował...Niech staną się me źreniceDzielności twojéj świadkami.

Czy chcesz doświadczyć mię, panie?Czy prawda, że ci zbrodniarzePrzeciwko tobie coś knuli?

Gdy ojciec czy złe czy dobrePoleca dziecku wykonać,Czyż ono sprzeczać się będzie?...Precz podły... ja sam pobiegnę!...

Powstrzymaj szpadę... zaczekaj...I czegóż miałbym się lękać,Gdy zbrodniarz jest skrępowany?...Lecz nie wiem co to ma znaczyć,Że czuję dziwny ból serca?!

Pozostań, nędzny...

Już idę...

Wystarcza twe polecenie.Lecz przebóg...

Ha, precz nędzniku!

Zaczekaj... gdybym tam znalazłCezara... w twojéj obronieZadałbym tysiąc mu ciosów!...

Więc patrzę.

Idzie... miecz chwyta...Mój wyrok ten sam wykonał,Kto wstydu mojego sprawcą!...

Héj służba do mnie czemprędzéjNiech wszyscy w lot się zgromadzą.

Czy widział kto taką zbrodnię?Fryderyk zabił Kasandrę,By razem z nią płód jéj zginął,Po którym dziedzictwa pragnie.Niech głowa jego się stoczy,Monarcha wasz rozkazuje!...

Kasandrę?

Tak, mój markizie!...

Nie wrócę już do ojczyznyAż zbrodzień padnie z méj ręki!...

O, patrzcie, z mieczem skrwawionymZbój idzie...

A to co znaczy?Odkrywszy głowę człowieka,Którego zabić kazałeś,Znalazłem...

Milcz! dosyć tego!Na śmierć z nim.

Tak, niech umiera!

I za co mam zginąć, ojcze?

Tam, zdrajco, na sądzie BogaPrzyczynę ci opowiedzą!...

Auroro, po tym przykładzie,Z Karlosem jedź do Mantui.Zezwalam, gdyż godzien ciebie.

Tak jestem trwogą przejęta,Że nie wiem co odpowiedzieć...

Odpowiedz tak... bo to wszystkoNie bez przyczyny, Auroro!

Odpowiedź swoję, seniorze,Udzielę jutro.

Już koniec,Fryderyk hrabia nie żyje.

W zgryzocie téj oczy pragnąZ Kasandrą razem go ujrzeć.

O patrzcie, wszak to jest karaBez zemsty.

Gdy sprawiedliwośćWymierza karę... nie mści się.Krzyk duszy cnota przytłumia,Zapłacił zbrodnię, spełnionąDla spadku po mnie...

Tu koniecTragedyi: Kara — nie zemsta;W Italii trwogę rozniósłszy,Hiszpanii jest dziś przykładem!...

Comments

Loading comments…