Kara — nie zemsta — całość
Translated from Spanish by Julian Święcicki
To świetny żart!
Niezrównany.Zaręczam, nikt nie da wiary,Że widzi księcia Ferrary.
Nie mogę więc być poznany?
Pod tego przebrania zbrojąZupełna swoboda będzie!...Niebiosa téż w pewnym względzieSwą postać odmiennie stroją.Bo proszę, czém jest zasłona,Kryjąca w czarną noc światy?To przecież kostium bogaty,Pod którym blask nieba kona.Lecz światło tam nie zamiera:Gwiazd fale porozpraszane —To lamy srebrem utkane,A księżyc wskroś je przeziera!...
Zaczyna już pleść androny,Wieszcz nowomodny: natchnionyW téj szkole poetów ziemi,Co zwykli zwać się boskiemi.
Choć ich przejąłem swobodę,Mnie jeszcze winić nie trzeba.Wszak plemię to wieszczów młodeZwie księżyc aż... tortem nieba.
Zaiste, czyż cię nie zraża,Iż w takim poezya stanie,Wzbudzając politowanie,Podobna jest do kuglarza,Co pokój wnet ci zaścieleWstęg różnobarwnych falami.By cud ten zrobić ustamiPotrzeba... zręczności wiele!...Lecz kres połóżmy tej mowie,Gdyż budzi ziewania dreszcze...Mężatka... patrz, ujdzie jeszcze?
Że anioł — każdy to powie;Lecz jedna bróździ tu bieda,Co wszelką szalę przeważy.
Ciekawym.
Mąż jéj na straży!Nikomu zbliżyć się nie da.
Wciąż siedzi jak brytan w budzie.
O!... dziwnie wstrętnéj naturyTakiego gatunku ludzie!...
Jeżeli z małżonków któryMieć podejrzanych klejnotów,Swéj towarzyszce nie broni;To chyba dla szczodréj dłoniWspółczucie posiadać gotów.Gdy żonę anioł zabierze,On pół majątku bezkarnie,Jak część swych trudów, zagarnie.
Obłudne łotry, szalbierze,Krew chyba z dyabłem ich wiąże!
Tu mógłby uderzyć książę,Lecz powieść moję wpzód spotka.
Cóż tedy?
Stara bigotkaŚród winnych gron i darninyDwie córki łaje... dziewczyny!...Perełki... śliczniuchne kotki.
Pozorom zbyt nie ufamy.
Ztąd blizko mieszkanie damy,Lic śnieżnych i takiéj słodkiéj,Jak cukier sam janowcowy.
Ma pociąg?
Właściwy cerze.Lecz wspólnik na jéj kwaterzeWciąż żuje, nie wznosząc głowy,Gdy do nich przyjdzie kto z miasta.
To woły żują tak zawsze.
Tu chęci jak najłaskawszeŚwiadczyłaby nam niewiasta,O prawie gdyby wiedziała.
Więc pójdźmy...
Nie zechce możeO takiéj wpuścić nas porze.
A gdyby mię téż poznała?
Fortecę wnet zdobędziecie!...
Więc stukaj!...
Stukanie słyszy,Bo czeka śród nocnéj ciszy.
Kto tam?
Ja!
Kto?
Ja!
Któż przecie?
Hej, Cintio, my, przyjaciele!...I książę sam.
Drwisz, zuchwały!
To skutek mojéj pochwały!
Co, książę?... Tego zawiele!...Że z tobą przybył, uwierzę,Lecz, żeby pan znakomityMógł takiéj pragnąć wizytyDać wiarę trudno w téj mierze.
Patrz, książę wziął to przebranie,By los ci stworzyć godowy.
O! dawniéj nikt takiéj mowyNie brałby za żart, mój panie,Gdy latek młodzieńczych siły,Tak książę trwonił niegodnie,Że jego rozpusty zbrodnie,U ludu w baśń się zmieniły.Lecz innéj dziś doli wartaDłoń zacna szlachetnéj żony,Gdy drogie przodków korony,Przejść mogą na łup bękarta.(Choć dzielnie żyć on zaczyna!)Wszak gody już naznaczone,
A do Mantui po żonęPchnął książę własnego syna!...Miałżeby w północnéj dobie,Gdy już Kasandra przybywa,Miast dawne zerwać ogniwa,Ubliżać własnéj osobie?!...By zhańbić go, duszo mściwa.Twój dowcip niech się nie sili;Bo wiem, że książę w téj chwiliJuż w łożu swojém spoczywa!Więc śpieszę pożegnać pana;Gdy, pragnąc ze mną rozmowy,Żart czynisz nie honorowy,To bywaj zdrów aż... do rana!...
A! w progi przyjemnéj damyProwadzisz mię tu.
SeniorzeJa-m winien?...
A więc nie może?I komuż wstyd zawdzięczamy?
O! jutro tę dziewkę hardąPoskromię na twe rozkazy.
Znieść takich obelg wyrazy!
Któż winien?
A ty, Ricardo!
Lecz władca, gdy ma ochotęO sobie znać ludu zdanie:Czy budzi wstręt, czy kochanie,Niech mu się pochlebstwo złoteSłużalców złych nie uśmiecha,
Lecz niech przebrany, śród nocy,Piechotą, albo w karocy,Postępków swych śledzi echa.Bo wszak niektórzy królowieJuż takie robili próby!...
Zapewne — lecz dla swéj zguby,Gdy klepek brakło im w głowie!Bo nigdy tłum nie zostanieCenzorem prawd; i ten zgrzeszy,Kto mógłby czcić przekonanieBezmyślne podobnéj rzeszy,Co ślepa wciąż i niestała,Wbrew prawu i rozumowi,Swe sądy marne stanowi!...Gdy zemsty ogniem kto pałaI kłamstwa ohydne szerzyPomiędzy ciemnemi stany;Lud żądzą nowin porwanyWszystkiemu na oślep wierzy.I jeśli dzięki ślepocieTych nowin lud sam nie możeOcenić na panów dworze, —Więc panów pogrąża w błocie!...Ja wprawdzie wciąż żyję szałem,Lękając się wolnéj głowyDać w ciężkie ślubów okowy.Lecz dotąd zawsze myślałem,Że hrabia po moim zgonieNa tron ojcowski zasłuży;Gdy jednak żona w podróży,Niech przeszłość w mgłach już utonie.
Ślub — zaklnie te życia burze!...
Dla słodkiéj rozkoszy ducha,Tu proszę nadstawić ucha.
Śpiewają?
Właśnie.
W téj dziurzeKto mieszka?
Autor!
A czego?
Dramatów!
I na téj ziemiNajlepszy między pierwszemi.
Są dzielne gardła oznaki.Lecz dzieła?
Spory wzniecają.Wrogowie zwą je tandetą,A drudzy, wrzeszcząc wciąż vetoPoecie głośno klaskają...
Przetnijmy spór na połowę!
By odbyć ślub okazale,Niech Febo najlepsze saleI sztuki téż koncertoweNa czas wesela wybierze.
Rozumiem — więc takie dzieła,By chętnie treść ich przyjęłaI szlachta i ksiąg rycerze.
Czy słyszysz?
Mówić zaczyna;Jak wulkan płyną jéj słowa!
Czy słynna to Andrelina?
„Niech myśl przepadnie grobowa,Z pamięcią precz! niechaj zginie!Gdy dzisiaj minioną sławę
W tortury zamienia krwawe!...Chcę pamięć stracić jedynie,By grom zażegnać téj burzy!I na cóż tych wspomnień męka,Całunem czoło me chmurzyGdy serce z rozpaczy pęka“.
Potęgę ma.
Niezrównaną!
O! chętnie słuchałbym dłużéj,Lecz dzisiaj wszystko mię nuży!Spać pójdę.
Już?
Tak!
Za rano!
O nudy!
Alboż to małoAktorek?
Ba! i kazanieZnów cierpkie mi się dostanie!
To księciu-by zagrażało?
Ricardo niech sąd odmieni!Komedye — wszak to zwierciadłaW nich starca postać wybladła...Półgłówki... młodzież... uczeni...I ludzie z natchnioną głową...Rycerze i fanfarony,Dziewczęta młode, matrony,Odzwierciedlają typowoTreść ludzką z obyczajamiI z jéj znamieniem niestartém,Mieszając prawdę z pół-żartemA słów powagę z nudami!...
Toż mało, że tak nieskromnieGniew dziki zuchwałéj damyKonterfekt dał mojéj famy?Bo jasno wszak piła do mnie!Mam czekać, aż znów ktoś srogoZa żarty moje zapłaci?Na dzisiaj dość... potentaciPrawd takich słuchać nie mogą.
Ja pana dziś nie poznaję,Pod czterech wierzb siadasz cieniem,Gdy książę z ważném zleceniemWyprawił syna.
Przyznaję,Téj misyi spełnić gorliwie —Jak chciałbym — dzisiaj nie mogęZnękany wyruszam w drogę,Myśl chmurną w mózgu swym żywię.W spokojne to drzew zacisze,Gdzie w kryształ przezroczéj strugiWierzbina warkocz swój długiZwieszając — smętnie kołysze,Sam chciałbym uciec przed sobą!Ten ojca ślub niespodziany,Rujnując dziedzictwa planyJest dla mnie ciosem... chorobą!Z méj twarzy i dwór i książęWnioskują, że nie dbam o to,A ja z piekielną zgryzotąNa mantuański dwór dążę!Wbrew woli iść po macochę,Pod grozą... i któż nie przyzna,Że dla mnie to śmierć... trucizna!
Już życie księcia, tak płoche,Że dawno wszystkim obrzydło,Przekształca się u stóp cnoty,Bo łańcuch hymenu złoty,To najpewniejsze wędzidło!Baz francuzkiemu królowi,Koń dostał się nie jeżdżony,Piękności niewysłowionéj.Włos krewny miał łabędziowi,Gdy łeb podnosił zuchwały,Ze smukłéj szyi, wspaniale,Śnieżyste jedwabiu fale,Do kopyt mu aż spływały.Tak dała mu wraz natura,Jak często kobiecie hardéj,Poczucie wdzięków... i wzgardy;Z nim żaden jeździec nie wskóra.Więc w gniewie król dumne zwierzęDo lwiéj rozkazał wieść groty,Gdzie zwierząt monarcha złoty —Niewolnik — smutne miał leże.Gdy wchodząc, rumak ów śmiałyLwa zoczył — postać swą zmieniaI grozę i stracił tak wielkiCzuł wtedy, drżąc o swe życie,Że w każdym włosienia szczycie,Błyszczały potu kropelki.Po téj wizycie miał zawszeZwyczaje jak najłaskawsze!...
Nie przeczę wcale, Batinie,Na ojca mojego czyny,Małżeństwo — lekarz jedyny.Kark najdumniejszy się zwiniePrzed czarów niewieścich siłą;Przed lwicą piękności bożéj,Człek dumny chętnie się korzy,Gdy duszę mu rozrzewniłoSzczebiotem swym pierwsze dziecko,Gotowe, za głos pieszczoty,Oddając śmiech szczerozłoty,I brodę szarpać zdradziecko!
Żyć będzie ojciec inaczéj,Więc tron — potomstwo zagarnie.Mnie wtedy nędznemu marnieWieść przyjdzie żywot w rozpaczy!
Najlepiéj czas to uprości!...Rozumny człowiek, seniorze,Gdy zgryzot swych nie przemoże,Ratunek ma — w cierpliwościI humor udając złoty,Ukrywa zręcznie kłopoty...
Macocha już mię nie zjedna.
Nie miałżeś ich przedtem więcéj,Gdy dwór ucztował książęcy?Wszak ta najlepsza... i jedna!...
Zkąd krzyki te...
Od strumienia...
Więc śpieszmy prędzéj z pomocą...To damy... biegnę...
A poco?
Zapytaj, tchórzu, sumienia!...
Kto umie szanować zdrowie,Ten mężnym jest, co się zowie!
Lucindo, Albano, Floro!...
Gdzie hrabia?
Fryderyk woła?
Już może koni chce.
Zgoła!Niech wszyscy tutaj się zbiorą,Na straszny krzyk jakiejś damyPan pobiegł tam... ku dolinie;Ja śpieszę za nim.
Batinie!
Czy żarcik?
Zaraz poznamy.Gdzieś tentent słychać w oddali!
Oj nowa hrabiemu władzaNiemiła — choć ją sprowadza!
To wszyscy dawno poznali.
Tu może pani odpocząć.
Za grzeczność, dzięki, rycerzu.
O jakże los błogosławię,Żem drogi swéj zaniechawszyDo boru tego podążył.
Znajomi pana ci ludzie?
To jest mój orszak podróżny,Na twoje gotów usługi!
Kobieto, czemu tak ciężysz,Gdy lekkich nosicie miano?
Gdzie niesiesz mię, mój rycerzu?
Gwałtownie ratuję paniąZ tych piasków, które za sobąTen strumień biegnąc zostawia.By zdobyć nimfy tak pięknePodstępem, figlarz ten niecnyKaretę waszę wywrócił.
Racz pani wyznać swe imię,Ażebym uczcił cię godnie.Kto jesteś, powiedz?
Seniorze,Ukrywać swego nazwiskaNie pragnę — jestem Kasandra,Książęcia Mantuy córka,Obecnie księżna Ferrary.
I Wasza Wysokość samaTak długą podróż odbywa?
Nie jestem sama — w blizkościGonzaga margrabia został.Prosiłam, by mi pozwoliłTen strumień przebyć samotnieI skryć się przed żarem słońca.Lecz w drodze do tego brzegu,
Co cieniem drzew mię przynęcał,Spotkałam prądy fal, które,Nie będąc morzem, umiałySprowadzić groźbę fortuny.Lecz chyba to nie fortuna,Gdy koła jéj zatrzymane.Kto jesteś, powiedz, seniorze;Jakkolwiek już twoje licaZwiastują szlachetność rodu,A świadczy o niéj twa dzielność.Nie tylko sama chcę panuZa czyn dziękować rycerski,Mój ojciec i markiz takżePrzysługę pamiętać będą.
Podawszy mi swoję rękę,Kto jestem — poznasz, senioro.
Przyklękasz — zbytek grzeczności.
Należy ci się, senioro,Wszak jestem, pani, twym synem.
Przeczucia głos martwy we mnieJeżeli-m tego nie zgadła.Któż pomógłby mi jak nie panW tak wielkiém niebezpieczeństwie.Niech cię uścisnę.
Dłoń swojęRacz podać.
Pozwól mi proszęWypłacić dług, panie hrabio.
Niech dusza moja odpowie.
Gdy szczęście nasze tak chciało,Że właśnie ta wielka damaJest celem naszéj podróży;Więc teraz pragnąłbym wiedziéć,
Czy jesteś tylko wielmożna,Czy jasna lub oświecona;Gdyż chciałbym ściśle me słowaStosować do twéj godności.
Od lat najmłodszych, mój panie,Służącą jestem księżniczki:Rozbierać księżnę i stroićJedyny mój obowiązek.
Więc jesteś garderobianą?
Nie!...
Nakształt garderobianej!...Bogate damy miewają,Tak właśnie jak opowiadasz,Służące tego gatunku,Nie panny i nie mężatki.Są niczém — a do wszystkiego!Twe imię, panno?
Lukrecya.
Czy rzymska?
Tak... nie zupełnie.
Bóg łaskaw, żem ciebie poznał,Bo przeczytawszy jéj dzieje,Wciąż głowę miałem nabitą,Cnotami pogwałconemiI trwogą bezużyteczną.Widziałaś Tarkwinijusza?
Ja?
Widząc, cóż-byś zrobiła?
Żonatyś?
Zkąd to pytanie?
Twéj żony chcę się poradzić.
Cios tęgi, wiész kto ja jestem?
Bynajmniéj.
Więc o BatinieW Mantuy nie wiedzą jeszcze.
I czém ty słyniesz? Ja sądzę,Że jesteś jednym z gamoniów,Myślących, że w całym świecie,Ich imię sławą rozbrzmiewa,Gdy o nich nikt nie wie zgoła!
A broń mię Boże od tego!Ja sławy innych nie pragnę,Mówiłem to tylko żartem,Bo próżność i arogancya,Do moich wad nie należą.Przyznaję, że chciałbym bardzoMieć sławę między mędrcami,Lecz famy głos dla nieukaJest żniwem w głupstwa bogatem:Coś zasiał — to zbierać musisz.
Wyrazić nie jestem w stanie,Jak miłe mi to spotkanie.To wszystko, co mi mówionoO panu, jest wobec tego,Co widzę — niczém. Twe czynyI słowa twoje są w zgodzieZ osobą całą, mój synu,I można z niéj wywnioskowaćO duszy, która ożywiaMłodzieńca tak dostojnego!O! wdzięczna jestem losowi,Że zmylić drogę mi kazał,Gdyż ten wypadek niewinny,Znajomość naszę przyśpieszył.Tak miło widzieć po burzyTen ogień świetny, którego
Zjawienie spokój zwiastuje.Błąd był mi nocą, a morzemTen strumień, kareta statkiem,Żeglarzem ja — a ty gwiazdą!Już odtąd będę twą matką,Seniorze, tak mię nazywaj.Tak jestem zadowolniona,Ten węzeł tak mi jest drogi,Że z matki twojéj tytułuNierównie jestem szczęśliwsza,Niżeli z księstwa Ferrary.
Choć widok twój, piękna pani,Tak duszę mą onieśmiela,Posłuchać chciéj odpowiedzi.Dziś książę pan istność mojęPodzielił na dwie połowy.Byt pierwszéj ciałem uczynił,Bym duszę drugiéj był winien.Z tych dwu urodzin, o pani,Pierwszeństwo tobie oddaję,Gdyż, aby z duszą się zrodzić,Narodzić pragnę się z ciebie.Aż dotąd nic nie wiedziałem,Gdzie ona była, i tobieZawdzięczam, że ją poznałem.Tyś dała mi drugie życie,Bo dotąd żyłem bez duszy!...
Tam, panie, ja-m ich zostawił.
Nieszczęście byłoby wielkie,Gdyby był nie dał pomocyTen rycerz, o którym mówisz.
Oddalić mi się kazała,By, kąpiąc nóżki w strumieniu,
Podziwiać śnieg ich białości;Z kryształem — perły porównać.I gdym, wbrew swemu życzeniu,Pośpieszyć nie mógł z pomocą,Ten senior księżnę ocalił!...Spostrzegłszy jak nad strumieniemBezpiecznie stoją przy sobie,Pobiegłem do was z tą wieścią.
Jak widzę kareta księżnéjW wodzie i piasku ugrzęzła.
Dworzanie tego rycerza,Wydobyć ją usiłują.
Przybywa dwór mój.
O pani!Tak długo w śmiertelnéj trwodzeTrzymała nas Jéj Wysokość!...Niebiosom to ocalenieWinniśmy.
I temu panu,Bo on mię z niebezpieczeństwaOcalił swą rycerskością!...
A któżby jak nie pan hrabiaMógł księżnéj dać szybszą pomoc,Gdy wkrótce nazwie ją matką!...
Ja byłbym pragnął, markizie,Jowisza orłem być wtedy,By w szponach unosząc księżnę,Poddanym pana mojego,Ukazać ją na wyżynach!...
Wypadek dnia dzisiejszegoJest dziełem wszechmocnéj ręki,Sam Stwórca chciał, by KasandraPrzysługę wam zawdzięczałaI aby odtąd harmonia,
Żywioły wrogie jednocząc,Italii była przykładem.
Gdy oni sobą zajęci,Lukrecyo, powiedz mi, proszę,Co myślisz o Fryderyku?
Pozwolić racz mi, senioro,Bym szczerze myśl swą wyznała.
Jakkolwiek mam podejrzenie,Zezwalam wszakże.
Więc mówię.
Mów.
Gdyby los zrządził zmianę,Szczęśliwszą byłabyś wtedy.
Masz słuszność. To téż przeklinamSwą dolę. Lecz już się stało,Bo gdybym zmyśliwszy powódWróciła — to niezawodniePogrzebałby mnie mój ojciec.A baśń o mojém szaleństwieItalią-by przepełniła...I wtedy wszak FryderykaZaślubić-bym już nie mogła...Gdy powrót bezużyteczny,Ferrarę zamieszkać trzeba,Gdzie na mnie czeka ów książę,Którego czyny rozpustneJuż teraz mię przerażają.
Pomyśleć czas już o drodze,I z puszczy zasadzek pełnéjNa pewny wybrnąć gościniec.Rutillo niechaj przed namiDo księcia śpieszy z nowiną,Że wszystko idzie pomyślnie,
By wieść go nie uprzedziła.Pomyślna kroczy leniwie,Fatalna — zawsze piorunem.
Jedziemy.
Konia hrabiemuSprowadzić!
Konia hrabiego!...
W karecie wygodniéj będzie.
Posłuszny jestem, senioro!
Księżniczka zachwycająca.
Podoba ci się, Batinie?
Ma lilii uroczą postać,Co językami pięciomaJutrzenkę prosi gorąco,By ziarna złote jéj wnętrzaNa perły swoje zmieniła.Piękniejszéj nigdym nie widział!Na Boga, gdybym miał porę —Bo one już odjeżdżają,A trzymać ich nie wypada —Powiedziałbym ci...
Nic nie mów!Już swoją przenikliwościąW mych oczach duszę-ś odgadnąłI pragniesz schlebiać gustowi.
Ten pączek świeżo rozwity,To drzewko pomarańczowe,Wonnemi kwiatami strojne,To ciastko z ambry i złota,Ta Wenus i ta Helena
Szczęśliwsza byłaby z tobą.Przekleństwo tym prawom świata!...
Nie budźmy podejrzeń... chodź ztąd;Ja będę pierwszym pasierbem,Któremu wyda się pięknąMacocha.
Zwolna, seniorze,Co do mnie wolałbym raczéj,By ci się brzydką wydała.
Jeżeli hrabia nie zwleka,Kasandrę spotka w podróży.
Choć podróż nie tak daleka,Ociągał się jak najdłużej;Dopiero, gdy wieść przybyła,Wyjechał na to spotkanie.
Mam silne dziś przekonanie,Że mu ta podróż nie miła.Fryderyk liczył tajemnie,Że państw mych dziedzicem będzie.O planach moich w tym względzieMógł nieraz słyszeć ode mnie.Ma dusza przyznaje rada,Że dla niéj drogi i miły,Że wobec węzłów tych siłyMałżeństwo moje — to zdrada.Cóż czynić, skoro poddaniOddawna błagają o to:Nikt syna mego nie gani,I owszem wszyscy z ochotą,Chcieliby widzieć w nim pana,
Bo zacność hrabiego znana,Lecz słuszna jest ich obawa,Ze krewni po moim zgonieZdobywać będą swe prawaI naród w nędzy utonie.Boć zawsze brzemię klęsk wojnyLud dźwigać musi spokojny.Ten wzgląd zaważył na szali;Poddani sprawę wygrali.
Los żądał takiéj ofiary.Hrabiego żal się ukoi:W tym względzie mądrości twojéjChcę własne odkryć zamiary.Ja-m córką twojego brata,Któremu w wiosny rozkwicieŚmierć straszna wydarła życie.Gdy wkrótce i matki strataZdwoiła sieroctwo moje,Gdy nic mi już nie zostało;Tyś w zamku swego podwojeWprowadził sierotkę małąI odtąd biednéj dziewczynie,Pierś dyszy rajem szczęśliwa,Bo brata widzi w twym synie,A ciebie — ojcem nazywa.Gdy żyjąc razem lat tyle,W jednych pragnieniach i wierze,Praw jednych posłuszni sile,Pokochaliśmy się szczerze;Więc niechaj uczucia naszeHymenu węzeł utrwali,A wspólną łez ziemskich czaszęPić będziem na życia fali!...Ja-m pewna, że przy mym bokuŻal jego prędko uleciI z czasem Kasandry dzieciNie będą dlań solą w oku!
Auroro, pójdź w me ramiona!...Śród cierni mego żywota,Myśl twoja — gwiazdka to złota,Przed któréj blaskiem noc kona.
W krysztale rady twéj, na dnie,Zbawienia widzę świt błogi,Chmar fala pierzchnie z méj d ogidrogiTrosk brzemię z ramion mych spadnie!Fryderyk da dłoń Aurorze!O! radość to niepojęta!By razem złączyć dwa święta,Dzień ślubu mego odłożę!...
Niech Wasza Wysokość raczyPomiędzy mną a ZefiremRozdzielić swe podarunki,Bo godni siebie jesteśmy;I nie wiem, który z nas obuPrzewyższył lotem drugiego:Czy-m ja jest wichrem — czy on mną,Ozy w nogach moich on — czy téżJa-m w skrzydłach jego się skrywał.Księżniczka a pani mojaPrzybywa zdrowo — a chociażWieść mówi, że strumień dzikiZ brutalstwem nieokrzesanémKaretę napadł — nic z tego,Bo hrabia, w téj saméj chwiliPrzybywszy, księżnę ocalił.Wypadek ów zmienić musiMniemanie to pospolite,Że nigdy się z pasierbamiMacochy zbratać nie mogą:Toć oni z taką radościąWracają społem, że zda się,Syn z matką swoją rodzoną.
Harmonia ta, mój Batinie,Jest dla mnie drogą nowiną,Więc Pan Bóg chciał, by Fryderyk,
Za głosem idąc rozumuKasandrę czule powitałI przy spotkaniu najpierwszém,Wyświadczył zaraz przysługę!
Wypada przyznać, że dla nichSpotkanie to szczęściem było.
I ja-bym nowin téż chciała.
O! imię twoje, Auroro,Wyborną daje sposobność,By cię z jutrzenką porównać.O czémże wiedzieć chcesz, pani?
Kasandra czy bardzo piękna?
Pytanie to — nie seniorzePrzystoi, ale książęciu.Ja-m pewien, że już z rozgłosuTo wiecie, czego powtarzaćNie trzeba, gdyż oto idą...
Ten łańcuch zawieś na szyi.
W ogrodzie tym, o senioro,Pawilon przygotowanyNa Wasze z księciem spotkanie.Lecz chociaż wjazd do FerraryOdbędzie się z wspaniałościąW Italii dotąd nieznaną,Zasługom twym nie wyrówna.
Milczenie to, Fryderyku,Już smutkiem pierś mą przejęło.
Znasz teraz jego przyczynę.
Wychodzą już na spotkanieAurora z księciem.
Me serceTe państwa tobie oddaje.Bądź odtąd ziem tych władczyniąI niechaj Pan Bóg twe życie,Dla szczęścia twoich poddanych,Zachowa przez długie lata.
Przybywam, potężny panie,By twoją być niewolnicą,Ztąd splendor na dom mój spływa,I zaszczyt ojcu mojemu,I ziemi rodzinnéj chwała!Bodajby tylko me cnotyZ twojemi zrównać się mogły!
Markizie, pójdź w me objęcia,Wszak tobie skarb ten zawdzięczam.
Należą mi się w jéj imięZa udział, jaki przyjąłemW hymenie twojego szczęścia.
Aurorę poznaj, Kasandro.
Śród innych łask méj fortunyI tę umieszczam nadzieję,Że przyjaźń swoję AuroraZachowa dla mnie — na zawsze!
Usługą swą i miłościąOdpowiem na te wyrazy.Zaiste szczęsna Ferrara,Że cię zaskarbić umiałaDla chwały swego imienia.
Z przyjęcia tak serdecznegoPomyślność wróżę dla siebie.
Racz spocząć — dom mój i krewniNależny hołd ci tu złożą.
A hrabia czemu nie siada?
On będzie najpierwszym, któryTwą rękę dziś ucałuje.
Wybaczcie, lecz téj pokoryNie mogę przyjąć.
ZgrzeszyłbymPrzeciwko swojéj miłości,A nawet i posłuszeństwu.
Bynajmniéj.
Idę, drżąc cały.
Powstańcie.
Pozwól, senioro,Potrzykroć dłoń ucałować:Dla ciebie naprzód, bo twoimPoddanym będę na zawszeI twych wasalów przykładem.Ten drugi dla księcia pana,Którego czczę i szanuję.A trzeci dla mnie, bo hołd tenOddaję nie z obowiązku,Nie prawom ojca posłuszny,Lecz własną spełniając wolę.Prawdziwy hołd mój, senioro,Bo z głębi duszy wypływa.
Na szyję, tak mi oddanąZa łańcuch, ramiona kładnę.
Fryderyk godzien pochwały.
Oddawna, piękna Auroro,Twych wdzięków sława jest dla mniePragnieniem twego widoku.Więc dzięki składam fortunie,Że mię do ciebie zbliżyła.Spełniły się już me chęci,Lecz dzisiaj wyznam, choć z trwogą,Że wobec piękności paniPragnienie, by istnieć dla niéjW mem sercu już się zdwoiło.
Téj łaski ważność, markizie,Ocenić umiem, twe imię,W Italii tak już wsławione,Mówiło mi o twych czynach.
Twą łaską więc ośmielonyDo ciebie odtąd należę.Wbrew wszystkim Ferrary panomObjawię w czasie tych godów,Że jesteś ty najpiękniejsza.
Odpocząć czas wam, panowie.
.Szalona to wyobraźnia!
Szalona? cóż tam nowego?
O! dobrze mówią, że życieJest snem i to snem jest całe,Gdyż człek nie tylko w uśpieniu,Lecz nawet czuwając, we dnie,Tak straszne śni dziwolągi,Że równe i nędzarzowi,Zgryzotą przygnębionemu,Do myśli przyjść-by nie mogły!
Przyznaję, bo nieraz przecie,Śród licznych siedząc przyjaciół,Z fantazyi chciałbym jednemuPoliczek nagle wymierzyć,Lub gardło zdusić innemu.Gdy stoję znów na balkonie,To mniemam, trwogą przejęty,Że spadnę zeń i kark skręcę.Gdy idę na pogrzeb jaki,Do śmiechu czuję ochotę.Jam graczów widząc, gotowyŚwiecznikiem rozbić im głowy.Śpiewają — ja śpiewać pragnę.Gdy damę jaką spostrzegę,W szalonéj imaginacyiZa włosy wziąć ją zamierzam,I wstydem twarz mi się krwawi,Jak gdybym to już uczynił!
O Boże, ratuj! Ha, zgińcie,Widziadła straszne na jawie!Jaż myślę tak i tak marzę?Tak sobie przyrzekam... roję...I takie wysnuwam plany?!Ha! dosyć! straszne szaleństwo!
Ukrywasz ty coś przede mną!
To przecież nie rzeczywistośćCóż więc przed tobą ukrywam?Wszak myśl fantazyi zuchwała,To duch pozbawiony ciała,A co jest snem człowiekowi,Tajemnic już nie stanowi.
A jeślibym cię odgadnął,Zaprzeczysz?
O! raczéj wprzódyNim zgadniesz to, kwiat na niebieA gwiazdy w sadzie wyrosną.
Więc słuchaj, czy ja się mylę:Że kochasz swoję macochę,Toś mówił dziś sam do siebie.
Przekleństwo! milcz, straszna prawda!Czyż mogę obwiniać siebie,Gdy wolna myśl.
I tak bardzo,Że w locie jéj błyskawicznymI ludzkich dusz nieśmiertelnośćPrzegląda się jak w zwierciedle.
Szczęśliwy książę!
To prawda!
Kto wierzyć zechce — a jednakO niego ja-m już zazdrosny!
I nie dziw, gdy człowiek wspomni,Że lepiéj było KasandrzeDla ciebie żyć.
Z téj miłościGrób tylko mnie już uleczy.
Wysokość Wasza, przyznaję,Przejęła pierś mą zdziwieniem.
Wysokość jest marnym cieniem,Gdy smutek serce nam kraje!O ja-bym raczéj wolałaByć chłopką, a w każdéj dobiePosiadać męża przy sobie,Niż w pańskich wygodach ciała,Przy blasku złota, purpury,Pod tarczą królów korony,Prowadzić żywot ponuryMałżonki lekceważonéj!...Czemuś mię, o wielki BożeProstaczką nie stworzył biedną,Dla któréj miłości zorzeWśród nędzy nawet nie bledną.Szczęśliwa ta, która może,Nie będąc jak ja zdradzaną,Z uśmiechem słodkim co ranoMałżeńskie opuszczać łoże!
A wstawszy razem z ptaszkami,W przejrzystém źródła krysztaleOglądać ust swych koraleI myć się wodą... nie łzami!...Dla księcia czémże jest żona?Ozdobnym sprzętem — nic więcéj.I musi osamotnionaZamierać w celi książęcéj!
Twa boleść — i podziwieniaI smutku nicią myśl wiąże.Któż mógłby mniemać, że książęI teraz wad swych nie zmieniaI że w swéj wzgardzie a dumieByć grzecznym nawet nie umie!A ojca, czy księżna pani,Już o tém zawiadomiła?
Broń Boże, wieść ta niemiłaRodzica mego nie zrani.
Naturze wbrew, rozumowiZostałaś książęcia żoną;O czemuż FryderykowiKasandry nie poślubiono!Przynajmniéj spadek bogatyNa wnuka przeszedłby z laty.Okropna zgryzoty mękaWidnieje z hrabiego twarzy!
Daremnie hrabia się lęka,Że braćmi los go obdarzy.Kasandra nigdy nie będziePrzyczyną trosk Fryderyka.Obawa próżna — w tym względzieJednaki grom nas dotyka.
O hrabio, gdybym był wiedział,Że ślub mój tak cię zatruje,Przed ślubem umrzeć-bym wolał!
Ja-bym się martwił tém ojcze,Lub wątpił o twéj miłości?Zbyt przykre to przypuszczenia!Nie wątpisz chyba, mój ojcze,Że gdybym cierpiał z téj racyiSwą niechęć ukryłbym snadnie!Chorobę widać z méj twarzy,Przyczyny — nie!
MantuańscyLekarze a i FerrarscyZgadują, godząc się na to,Że na twój smutek jedynémLekarstwem hymen być może.
Dla dziewczyn trafny to środek,Lecz mego stanu młodzieńcomLekarstwo takie — zbyteczne.
I spojrzeć książę nie raczy!Brutalstwo dziwne i wzgarda!
Nie winien, jeśli nie dostrzegł.
Ha, pójdźmy! Bodaj mu tylkoTa wzgarda nie zaciążyła.
Bez względu na to, chciałbym ciMałżeństwo zaproponować,Nie nazbyt od serca twegoI naszych państw oddalone.
Aurora może?
Myśl mojęWyprzedzasz w chwili wyznania,Jak gdybyś jedno czuł ze mną.Radziłem się najmądrzejszychDoradców moich i wszyscyPrzyznają, że to małżeństwoTwą krzywdę hojnie nagrodzi.
Nie znają mojego sercaI mówić śmią, żem skrzywdzony,Gdy nie ma przyczyn obrazy.Wszak wiedzą, że nigdym nie byłMałżeństwu twemu przeciwnyI owszem, ja go pragnąłemDla ciebie.
Wierzę ci, wierzę.Uległość twoję, mój synu,Opłacam troską sumienia.
Na dowód, że twe małżeństwoNie budzi we mnie zgryzotyI że twéj miłości pragnę,Wybadam zamiar kuzynki,I jeśli ona się zgodzi,Jak pragniesz — zrobię.
Jéj słowoSam z ust Aurory posiadam.
Ja jednak wiem coś nowego,Że markiz z miłości dla niéjSwój pobyt u nas przedłuża.
Cóż cię to może obchodzie?...
Miéć damę, która skwapliwieUmizgi innych przyjmuje,To... pisać na zmiętéj karcie!...
Więc chyba już od kolebkiDziewczęta zamykać trzebaPrzed wzrokiem chłopców skalanym.Wszak kryształ najszlachetniejszy,Gdy przyćmi go oddech ludzki,Potarty — wnet świetność swojęI dawny blask odzyskuje.
Uwagi twe sprawiedliwe,Lecz kiedy kuźnia, seniorze,Iskrami zionie gęstemi,By ognia żar stłumić groźny,Na węgle kowal płyn leje.Lecz ogień wodę pochłonieI węgiel znów żarem zionie!Tak i mąż pierwsze płomienieWybranéj złagodzić może,Lecz ogień wróci groźniejszyI wówczas lękać się muszęJeżeli kocha innego,Bo nie mam chęci być wodą,Jéj miłość potęgującąKu krzywdzie mego honoru.
Jak śmiesz być impertynentem,Tak mówić mi o AurorzeBrutalsko, jakby o nocy...
Lecz pozwól...
Dosyć.
Na chwilę.
O! zręcznie zdobywasz łaskęKsiążęcia.
Chcę téj niełaski,By zwiększyć swoję niedolę.Wszak rozpacz moja tak wielka,Że teraz nic mi już więcéjPrócz śmierci nie pozostało,A jeśli umrę, to chciałbymZmartwychwstać potysiąckrotnie,By umrzeć znów tyle razy.
Gdy hrabia ani żyć teraz,Nie pragniesz ani umierać,Więc dzisiaj życia i śmierciZostałeś hermafrodytą!Z niewiasty on się i z męża,Ty z życia składasz i śmierci;Bo tak cię smutek owładnął,Żeś ani martwy, ni żywy.Lecz przebóg, widząc tę rozpacz,Zmuszony jestem poprosićLub o przyczynę nieszczęścia,Lub wreszcie o pozwolenieOdejścia na takie miejsce,Gdzie wierność wynagradzają.Daj rękę twoję.
Batinie,O gdybym chciał wyznać troskę,Możliwą byłaby ona
I kres jéj byłby możliwy!Nieszczęściem ta troska mojaNie tylko w głowie, lecz równieżI w sercu się rozpostarła.Gdy dla swéj pociechy pragnęPomówić, wnet się wstrzymuję,Bo od słów daléj do duszyNiżeli z ziemi do nieba.Więc odejdź, jeżeli pragniesz,I zostaw mnie tu samego;Niech wreszcie szczęścia mojegoOstatnia zgaśnie iskierka.
I tego płaczesz?
Senioro,Czyż mały powód? wszak hrabiaPogardza mną — nienawidzi.Mniemając, że margrabiemuGonzaga jestem wzajemna.Karola kochać?... ja?... nigdy!...O! wiem ja już, co to znaczy!Małżeństwem ojca zgnębiony,Odjechać chce do Hiszpanii.Wszak dawniéj dla źrenic jegoJa byłam światłem jedyném,Dziś wzrok mój męczy go, nudzi...Jest-że tu drzewo, fontanna,Przy której-by mi FryderykMiłości swéj nie przysięgał?O jakże usta me z różą,A czoło bratał z jaśminem!Był zawsze przy mnie, bo przecieżBeze mnie wyżyć-by nie mógł,Bo jakże istnieć bez duszy!Tak było... więc miłość naszaDo takiéj wzrosła potęgi,
Że jedną duszą byliśmy.A dzisiaj miłość ta świętaZa zdradą jego umiera.
Boleję, droga Auroro,Żem w części tego przyczyną,Lecz ukój boleść twéj duszy,Ja sama z nim się rozmówię,Choć nie jest rzeczą zbyt łatwą,Do ładu przyjść z zazdrosnemi.
Zazdrosny on?
O markiza...Tak książę twierdzi...
O pani!Racz wierzyć, że smutek jegoDziecięciem nie jest miłości.
Fryderyk...
O księżna pani!Racz podać niewolnikowiDłoń swoję.
Ty na kolanach?!Poniżasz siebie, mój hrabio!
Chcesz skrzywdzić uczucie moje?Jeżeli odmówisz ręki,Nie wstanę.
Oto me dłonie!Przez Boga, co ci się stało?Zda mi się, że ty drżysz, hrabio.
Wiesz o tém, czego ja pragnę...Duch odgadł i wyznał sercu,A serce twarzy, twarz wreszciePrzed tobą drżenie zdradziła.
Na chwilę zostaw nas samych,Batinie, gdyż pragnę z hrabiąPomówić.
Hrabia zmieszany,A ona chce z nim tu zostać.To dziwne...
Boże, nim umręJak feniks, złagodź ten płomień,Bo inne życie mię czeka.
Aurora, mój Fryderyku,Mówiła, że jad zazdrościPożera pierś twą od chwili,Jak markiz przybył tu ze mną,I że z nią zerwać zamyślasz.Choć temu wierzę, lecz przyznam,Że nazbyt nizko się cenisz;Boć markiz jest tylko dzielnymŻołnierzem, lecz nie dworakiem!Ot może raczéj dlategoTyś smutny, że ojciec ze mnąŚlub zawarł i, że gdy na światPotomek przyjdzie niebawem,Już wtedy ojców koronaDla ciebie będzie stracona.Jeżeli-ć ja, Fryderyku,Trosk twoich jestem przyczyną,To pragnę wywieść cię z błędu.
Bądź, hrabio, odtąd spokojny,Braciszków już mieć nie będziesz,Gdyż książę pragnął jedynieTym ślubem kraj uspokoić.Występne jego uciechy,(Że ich nie nazwę inaczéj),Przez chwilę tylko — w objęciachMałżonki zostać mu dały.Ta chwila była dlań wiekiem,Więc z większą jeszcze wściekłościąDo dawnych wrócił nawyknień,Druzgocząc ramion mych więzy.Jak koń pierzchliwy, gdy biegnieZa głosem bębna spienionyI drobne wędzidła szczątkiZostawia wszędzie za sobą;Tak książę, zerwawszy święteMałżeństwa naszego węzły,Za nędznic goni śladami,Honoru trwoniąc ostatki.Wszak prawda więc, że jedynymPotomkiem ojca — ty będziesz.Tyranem on jest — nie mężem!Do ojca mojego piszę,By wyrwał mię z tego piekła,Gdyż chyba śmierć niedalekaZgryzotę moję zakończy.
Wysokość Wasza, zacząwszyOd uwag — łzami skończyłaTę mowę, która-by skałyPoruszyć była w możności.Co słyszę?... O! bez wątpieniaSądziłaś, że widzisz we mnieKrzywd swoich sprawcy potomka!Lecz wobec takiéj zniewagiSynowskich uczuć się zrzekam!...A teraz zdziwienie swojeWyrazić muszę, żeś paniMą boleść tak poziomemiWzględami wytłómaczyła.Czyż, aby, czém jest, pozostać,Fryderyk państw potrzebuje?
Czyż nie miałby ich, z AurorąMałżeńskim węzłem złączony?Lub szpadę z pochew dobywszyPrzeciwko któremu z książąt,Straconych nie mógł wnet krainW zapasach krwawych wywalczyćMój smutek nie z interesuWypływa — i choćbym nawetSzaleńca otrzymał miano,Wiedz pani, że nędzniejszegoNikt z ludzi nie pędził życiaOd czasu, jak miłość na światPociski swe wyrzuciła.Umieram już bez ratunkuA życie moje, co chwila,Jak płomień gromnicy gaśnie.I błagam śmierci napróżno,By nie czekała aż woskuOstatnia spali się kropla;Gdyż lekki powiew wystarczy,By w noc mię wtrącić głęboką.
Powstrzymaj łzy, Fryderyku,Bóg mężów nie płaczem darzy,Lecz duchem odwagi pełnym.Łzy — kobiet są przywilejem,Bo chociaż mają odwagę,Na sile zbywa im zawsze!...A mężom wtedy jedyniePrzystoją, gdy straconegoHonoru pomścić nie mogąI Przeklęta bądź, Auroro,Że zazdrość wzniecasz, przez którąTak dzielny rycerz, tak piękny,Kochania tak najgodniejszy,Piekielne znosi męczarnie!...
Tyś w błędzie — to nie Aurora!
Więc któż to?
Słońce, z któregoJutrzenki blade powstają.
To nie Aurora?!
Myśl mojaSzybuje daleko wyżéj.
Dziewica ujrzała ciebie,Wyznałeś jéj swoję miłość,A ona-by wzajemnościąOdpłacić tobie nie miała?Sprzeczności pełne twe słowa;Co mówisz, jest niemożebne!
Poznawszy to „niemożebne“,Przyznałabyś, żem z marmuru,Że gdy mię takie zgryzotyNie zgnębią — to żyję cudem!...
Czy może ogień miłości,W posągu jakim chcesz wzniecić?Czy w nimfie alabastrowéj?Serc kobiet, opancerzonychTak silnie, trudno napotkać!Zasłona lekka pokrywaKażdego człowieka myśli!O nigdy miłość, złączonaZ takiemi zalet skarbami,Do piersi nie kołatałaNapróżno, żeby jéj serce„Wejdź do mnie, proszę“, nie rzekło.Więc wyznaj miłość bez trwogi!Grekowie nie bez przyczynyWenerę czasem kreśliliU stóp satyra lub faunaA Febus z łoża srebrnegoPo tysiąc razy na Hatmos,Przybywał do Endymijona.Mą radę chciéj spełnić, hrabio,Gdyż i najczystszy budynek,Ma jednę bramę woskową.Mów i nie umieraj milcząc.
Przemyślny łowiec pod gniazdo
Podkłada ogień; pelikanIndyjski, by dziatki swojeOcalić, bije skrzydłamiI zamiast ogień przygasić,Dopóty wznieca płomienie,Aż skrzydła sobie spaliwszy,W niewolę wpada nieszczęsny.Tak! myśli moje — to dzieciMiłości, których pilnujęW milczenia gnieździe, bo onePłomieniem są zagrożone.Uderza miłość skrzydłami,A zamiast je oswobodzić,Roznieca płomień i ginie!...Ty zwodzisz mię — a ja ginę...Podniecasz — ja zmysły tracę...Odwagą tchniesz — a ja-m w trwodze...Uwalniasz — a ja się plączę...Porywasz ty mię — ja padam!Tak wielkie niebezpieczeństwoMi grozi, że wolę raczéjUmierać, milcząc, bo przecieŚmierć kończy wszystko na świecie.
Dla biednych ludzi spokoju,Na ziemi Bóg nic nie stworzyłGorszego nad wyobraźnią;Wszak ona ogień w lód zmienia.W barwę pragnienia odziana,Wyradza pokój lub wojnęI dręczy i uspokaja.Jest dziwnym rodzajem duszy,Co świeci mniéj niż zaciemnia!Uragan nie stwarza tyluZamętów najprzeróżniejszych,Jak owe prawdy zamglone,Co w naszéj tkwią wyobraźni.
Bo nie ma nic straszniejszego,Nad wichry w piersiach wyjące.Gdy myśleć sobie pozwolę,Że ja-to kocham hrabiego,Złudzenie szepce mi samo,Że taka myśl niemożliwa.Lecz nagle mój los fatalnyMałżeństwo mi przypominaI wówczas to, co dziś czuję,Potrafię usprawiedliwić;Bo nie masz niemożebnościTak wielkiéj, żeby się ciałemNie zdała źrenicom myśli!...Tak ważne względy mię łudzą,Przywodząc ciężkie zniewagiOd męża barbarzyńskiego,Że chyba zmysły postradam!Niemożność łatwą się zdajeTak, że nakoniec w gorączce,Już widzę siebie pomszczoną.Lecz taka myśl jest występkiemI z po-za méj namiętnościJuż ostrze szpady wygląda.Przymioty hrabiego wielkie,Lecz większą byłoby zbrodniąDać upust téj namiętności.Dość już téj trwogi i błędu.Niebiosa pomoc ześlijcie!Kto myśli — wszak nie upada!Bo niktby nie znalazł w świecieCzłowieka honorowego,Jeśliby myśl o zniewadzeJuż była jéj dokonaniem!...Dotychczas ani me serce,Ni honor mój nie pobłądził,Gdyż grzeszne moje pragnienia —To widma czcze wyobraźni:Występkiem są wobec Boga,Honoru jednak nie krzywdzą!
Wysokość Wasza tak długoMówiła tu z Fryderykiem.Cóż hrabia?
Twierdzi stanowczo,Że miłość twoję podziela.Oszczędzaj zazdrość hrabiego;On tego tylko pożąda.
O jakże marną pociechąGwałtowność uczuć chcesz stłumić!Czyż może człowiek, któregoMiłości tak byłam pewną,Do tego stopnia się zmienićZ téj racyi, że go zawiodłoDziedzictwo tronu Ferrary?...Miłości tak wszechpotężna!Dla ciebie wszystkiém się gardzi:Honorem, życiem i duszą!A hrabia teraz umiera,On, który mię tak ukochał,Jedynie dzięki obawie,Że księżna zostanie matką.Lecz — skoro, by ukryć prawdę,Wymyślił zazdrość mniemaną;Więc żeby uśpioną miłośćRozbudzić, na prawdę zazdrośćWywołam dziś o markiza.
Chłód taki już-by powinienZ nadziei wyzuć cię śmiałéj.
Milczenie... Widzisz Rutillo?Aurora!
Tracisz odwagę,Bądź mężnym w téj przeciwności!
Jutrzenką tyś dnia jasnego,Dnia, w którym oczy me wolnośćOddały moję wraz z dusząAurorze, dla któréj słońceZazdrości — a wszystkie kwiatyŚwietlaną barwę przyjmują.Od chwili, jak tu przybyłem,Twa piękność, co wszystko zwalcza,I moją stała się gwiazdą.Niestety, ja kocham panią,A ciebie miłość ta nuży.Więc wrócić postanowiłem,Lekarstwo to jest najlepsze!Wypędza mię twa surowość,Bym w czarnem gdzieś oddaleniuMógł znaleźć jeszcze pociechę.Daj rękę na pożegnanie!...
Ten rycerz, który nie umieSił zebrać po pierwszéj klęsce,Ze smutku pewno nie umrze!Na pierwszy objaw uczucia,Nie śpieszy nikt z wzajemnością.Miłości trzeba być pewną.Z tą samą swobodą, z jakąPan odjazd swój zapowiadasz,Ja proszę, żebyś pozostał.
Za dowód ten łaski twojéjNie tylko dziesięć lat, którychDla wzięcia Troi użyto,Nie tylko siedm lat pasterza,Któremu Laban biblijnySwój klejnot boski obiecał;Lecz pragnę przez długie wieki,Jak Tantal zostać przy tobie.
Najwyższy kapłan mi pisze,Bym śpiesznie przybył do Rzymu.
Przyczyny list nie wyjaśnia?
Za całą odpowiedź muszęNatychmiast w drogę wyruszyć.
Ukrywasz powód; więc milczę.
Czym kiedy krył co przed tobą?Przypuszczam tylko, że papież,Gromadząc wojsko na wojnę,W Italii mnie chyba myśliKościoła zrobić obrońcą;A nawet przypuszczać można,Że kasy mojéj zażąda.
Ukrywasz myśl twą, jeżeliSam jechać myślisz, o pozwól,Bym tobie mógł towarzyszyć;Najlepszym będę żołnierzem!
To być nie może, bo jakżeDom bez nas obu zostanie;Ty rządu wodze wziąć musisz,To powód — i wola moja.
Wypełnić muszę ją — aleCo powie świat — na tę gnuśność...
Że być nie mogło inaczéj.
I czego szukasz, myśli niemożliwa,Okrutna, czego dręczysz mię tak srodze?Dlaczego po téj chcesz mię unieść drodze,Gdzie uraganom na odwadze zbywa!...Szalony bieg swój wstrzymaj, nieszczęśliwa,Obojgu śmierć nam zgotujesz okrutną;Wypocząć pozwól, bo w duszy méj smutno,I nie rwij marzeń świetlanych przędziwa!Zażegnaj straszne cierpień uraganyDławiące piersi — męką bezcelową.Nadzieję budząc, krew dobywasz z rany!...Przepadnij, myśli szatańska, wraz z głową,Z mych oczu wzięłaś swój żywot skalany,By zostać wiecznie straszną, torturową!
Uczucie moje, szarpaneTo hańbą to zemsty tchnieniem,Po wielu rozpaczy walkachWybucha, siejąc wbrew czci méjNadzieje trucizny pełne!Na gruncie imaginacyiZałożyć chce fundamenty,Jak gdyby on był widzialny.Pragnienie czcze i szalone!Ma dusza, którą zniewagiKsiążęcia pchają do złego,
W szalonem postanowieniuChce zemstę znaleźć — i szczęście!Uroczy syn jego, hrabia,Narzędziem zemsty méj będzie,Bo zbrodnia tak niesłychanaWymaga i tajemnicy!Widziałam jak tu wzburzony,Był gotów wyznać mi wszystko,I nagle urwał, a przecieżMężczyzna śmieléj dalekoMilczeniem przemawiać umie.Ta scena radość w méj duszyZbudziła tak nieskończoną,Jak gdyby ktoś szeptał we mnie...Gdzie miłość — nie ma tam zdrady!Są dziewki, które kochająSwych ojców, inne swych braci;Lecz ja nie krzywdzę natury,O własnéj krwi pamiętając.
To hrabia!... O nieszczęśliwa!...Gotowa-m wszak do obronyI czegóż drżę?...
Ach! przybywaMiecz słodki, choć obnażony,Co serce wskroś mi przeszywa!...O ty nadziemska piękności!...
Czyż rozpacz wciąż tobą miotaI smutek w twém sercu gości?
Niezmienna to już zgryzota,Proszę Waszéj Wysokości!
Ten smutek pochłania zdrowieI postać nawet masz chorą!
Trosk zamęt wściekły w méj głowie,Nic język o nich, senioro,Prócz, że są własne, nie powie.
Czy ja-bym mogła z twéj twarzy
Rozproszyć noc, o mów śmiałoI Twą miłość — moja przeważy.
Roztworzyłbym duszę całą,Lecz trwoga stoi na straży!
Trosk twoich miłość przyczyną,Powiadasz...
Ból mój i chwałaZ jéj tylko srogości płyną.
Że miłość śmie być zuchwała,Mam z dziejów powieść jedyną.Antyjoch, rozmiłowanyW macosze, aż w oczach ginie;Z sercowych udręczeń rany...
Zmarł?... To mógł zrobić jedynie.Mój bardziéj los niezbłagany!...
Myśl ojca w smutku spowita,Lekarzów tłum się gromadzi,Lecz któż chorobę odczyta,Cierpieniom kto tam zaradzi,Gdzie miłość nurtuje skryta!Erostrat aż, co z księgamiNiż Galen więcéj zbratany,Poznawszy się z cierpieniami,Odgadnął, że źródło ranyMiędzy sercem — i ustami.Chorego puls wziąwszy woła,Niech damy dworskie się zbiorąCzémprędzéj...
Myśl-to wesoła...Czyż mam przypuszczać, senioro,Że jaki duch mówić zdoła?
Gdy weszła jego macocha,Z pulsowych uderzeń mowyRozpoznał, że pacyent kochaNa zgubę...
Podstęp-to nowy!
Historya to jest Antyocha.
I zbawił go od cmentarza?
Zaprzeczysz, mój hrabio, aleI tobie los ten zagraża!...
Gniew może wzbudzę twój...
Wcale.
A litość?
O tak!
Nie zrażaTwój wyrok; więc słuchaj pani,Ja-m bojaźń utracił bożąI księcia, bo miłość raniWystępna, a serce trwożąJéj szały — ja zginę dla niéj!
Bóg... książę... o dwa te słowaŚmiertelném przejmują drżeniemI szepce mi myśl grobowa,Że kto wziął rozbrat z sumieniem,Od kary się nie uchowa!...Jedyna jest na to rada,Twych oczu zrzec się i mowy.O wtedy... coś mi powiada,Lub troska zniknie nam z głowy,Lub śmierć tu zjawi się blada.Ode mnie stroń... Bóg przebaczy...Uciekać... ja?... nie!... nie mogę,Pierś sobie otworzyć raczéj!...
Ja-m w śmierci gotów iść drogę,Żyć dłużéj wartoż w rozpaczy?...Choć raz mi podaj dłoń jeszcze,
O! błagam, nie broń mi tego,Co śmierci sprowadza dreszcze!...
Wszak prochu przed ogniem strzegą.
O! precz te myśli złowieszcze!...
Nim podam — uprzedzić muszę,Że łatwo jad przejdzie z dłoni,By zatruć na wieki duszę!
Syreną śród morskiéj toniTyś dla mnie i na katuszeTwéj pieśni dźwięk mię porywa!
Więc zginąć trzeba?... Honorze,Twa pomoc mi nie przybywa!...
Któż takie męki znieść może!...
Ha! zmysły strać nieszczęśliwa!
Mówiłam prawdę, markizie.
Uwierzyć temu nie mogę.Miéj baczność, czy kto nie słuchaI rozważ dobrze, co mówisz.
By rady twojéj zasięgnąćOdkryłam tobie tę zbrodnię.
Jak mogłaś więc Fryderyka,Z Kasandrą widzieć?
Posłuchaj.Wyznaję, żem ja hrabiegoKochała, choć stał się dla mniePodlejszy niż Grek Ulises.Uczucie z laty wzrastało.Gdy jechał po swą macochę,Przysięgał, że mnie zaślubi;Lecz wrócił z drogi tak smutny,Że gdy mu książę przypomniałNasz projekt — stale odmówił,Tłómacząc zdradę zazdrością,
Przez ciebie w nim rozbudzoną.Że zazdrość, mówią, jest bodźcemMiłości, więc przyjmowałamZabiegi twoje, Karlosie;Lecz serce miłości próżneMa twardość dyamentu, któréjZazdrości jad nie przegryza.Pragnęłam znaleźć przyczynęObojętności hrabiegoI takiéj dla mnie pogardy.Ma zazdrość wzrok ostrowidza,Co mury przenikać umie;Zbyt długo więc nie czekałam!...Kasandry gabinet własnyZ dwu składa się buduarów,Naprzeciw siebie leżącychI — zamiast obić — lustramiPokrytych kryształowemi.Gdym dziś do drugiéj komnatyWstąpiła, w lustrach przed sobąSpostrzegłam widok okropny,Jak z ust Kasandry FryderykRóż zbierał żniwo obfite.Zgnębiona widokiem zdradyWybiegłam — własną niedolęI zbrodnią tych opłakując,Co podczas wyjazdu księcia,Oddani ślepéj miłości,Publicznie toną w rozpuście,Śród nagich Kafrów nieznanéj!...Zdawało się, że zwierciadło,Uściski ich odbijającZmroczyło blask swych kryształów!...Lecz miłość moja ciekawieŚledziła postęp ich hańby,Więc każdy czyn wiarołomcówGotowa-m stwierdzić dowodem.Podobno książę przybywa,Zwycięztwa laurem uwieńczon,Odparłszy bronią walecznąRzymskiego pasterza wrogów.Co czynić, poradź, markizie?By większych nieszczęść uniknąć.
Jeżeli miłość, o któréjMówiłeś, jest godną wiary;Tak jestem dziś nieszczęśliwa,Że zechcesz może w hrabiegoPójść ślady i mnie zawiódłszy,Ferrarę śpiesznie opuścić!...
Na jednę śmierć niezwalczonąLekarstwa nie ma, Auroro.Proś księcia, by dał mi ciebie,Pojedziem wnet do Mantui,Dalecy od niebezpieczeństw.Jeżeli tygrys, przez łowcaZe szczeniąt osierocony,Nie mogąc dziatek odzyskać,Pod strasznéj boleści wpływemNa oślep rzuca się w morze;Cóż zrobi Achil ferrarskiW obronie czci i honoru?...Zniewaga taka, Auroro,Krwią tylko obmyć się może,Jeżeli wprzód niebe samoRozpusty ich nie ukarze,Na takich olbrzymów hańbyZsyłając żywe pioruny!...Czy zechcesz przyjąć mą radę?
Myśl moja, w trwodze spowita,Przyjmuje radę z ust twoich.
Ten kryształ, w któryś spojrzała,Zostanie dla nowéj CyrcyMeduzy straszném zwierciadłem.
Co mówisz?... więc nie pozwolił,Na swoje wyjść nam spotkanie?...
Zaledwie książę pan spostrzegłGranice swe upragnione,Gdy świtę swą opuściwszy,Na koniu przodem pośpieszył;Nie mogąc dłużéj hamowaćPragnienia twego widoku.A chociaż do księżnéj takżeZatęsknił, lecz miłość jegoDla ciebie — wszystko przewyższa!...Tyś słońcem oczu książęcia,Więc ciemność czteromiesięcznaWywiodła go z cierpliwości!...Ty, hrabio, wjazd tryumfalnyPrzygotuj, gdyż wojska jegoPrzybędą z mnóstwem trofeów.
Aurora zawsze w mych oczachZ markizem?
Zręczna uwaga!...
Dlaczegóż głosem tak zimnymNa skargę mą odpowiadasz?
I zkądże cud ten, że markizNa przykrość dziś cię naraża?...Tyś chyba nagle się ocknąłPo drzemce czteromiesięcznej!...
Ja nie wiem, hrabio, i nigdymNie wiedział o tych uczuciach,Z jakiemi dziś występujesz.Aurorę-m kochał, nie wiedząc,Że miałem współzawodnikaI że rywalem mym hrabia,Któremu wszędziebym pragnąłUstąpić... okrom miłości...Ja-m nigdy nie widział panaU stóp jéj, a dziś wymagasz,Bym ja ustąpił... o słusznie!
Jéj cnoty przy twoim bokuZyskają więcéj niż przy mnie!
Co myślisz, zrozumieć trudno!Szaleństwo chyba nie miłośćDo tego zmusza cię kroku!Wszak tyle razy widziałeś,Jak markiz rozmawiał ze mnąOd chwili smutku twojego,A nawet długo i potem,A nigdyś na mnie nie spojrzał,Nie przyszedł pomówić ze mną;A dziś, gdy hymen mię czekaPrzybywasz zbrojny zazdrością?To dziwne, hrabio! Wiédz o tém,Że raczéj umrę, niż kiedyUwierzę w to, co udajesz.O! powróć do smutków swoich,Spokojem uwodź pozornym,Twa wzgarda bardzo głębokoW méj duszy się zagnieździła!...Przestałeś już istnieć dla mnie,O kłamco... niech cię Bóg strzeże.Zapóźno.. moja osobaByć twoją już dziś nie może!
Coś zrobił?...
Nie wiem, na honor!
Podobnyś do TyberyuszaCesarza, który skazawszySwą żonę na śmierć, po kaźniPolecił, siedząc przy uczcie,Zawołać żonę do stołu.
Mesala, pewien Rzymianin,Zapomniał swego nazwiska!
A ja — że jestem człowiekiem!...
Przywodzisz mi téż na pamięćWieśniaka, który w dwa lataPo ślubie, rzekł do małżonki:„Masz czarne oczy, senioro“?
Batinie, straszna ma rozpaczZda mi się, że zmysły stracę!
Podobnyś do Biskajczyka,Co muła w uździe zostawił,A widząc, że mimo pieszczotZgłodniałe zwierzę jeść nie chce,Końskiego prosił Galena,By zechciał zbadać pacyenta.Ten widząc muła z wędzidłemWyprosił wnet BiskajczykaI ściągnął uzdę mułowi.Gdy wrócił pan, w całym żłobieNie było ani ździebełka;A nawet muł, zjadłszy słomę,Zgłodniały wziął się do żłobu!— Na Boga — wołał Biskajczyk,Doktorów nie chcę!... Już odtądJa z mułem będziemy zawszeZasięgać rady u pana!...Jak nazwać tę uzdę, któraJeść tobie teraz nie daje?I jeśli lekarz być może,Dlaczego wzdragasz się jeszcze?
Ja-m stracił świadomość siebie:
Więc zostaw owies w spokojuI więcéj o tém nic nie mów.
Przybywa już?
Tak, senioro.
Tak śpiesznie?
Żeby cię ujrzeć,Swą świtę całą zostawił.
O! nie wierz temu — co do mnieTo chętniéj śmierć-bym ujrzała!
Więc, hrabio, przybywa wreszcieMój władca, pan...
Tak, senioro!Podobno jest niedaleko.Objawia dobrze swą miłość!...
Umieram!... kiedy pomyślę,Że odtąd już się nie będziemWidywać.
Ha! śmierć-by nawetNie była dla méj miłościTak straszna, jak powrót księcia.
O hrabio, ja zmysły tracę!...
Ja dawno swoje straciłem!
Nie czuję duszy...
Ja życia...
I cóż nam zostaje?
Umrzeć!
Więc innych lekarstw...
Już nie ma;Bo gdy mi los ciebie wydrze,I pocóż istnieć-bym pragnął?
Utracisz mię więc dlatego?
Od dziś już udawać będęUczucie dla Aurory,Jéj ręki nawet zażądamOd księcia, aby odwrócićDomysły, gdyż wiem z pewnością,Że nas w pałacu szpiegują.
Ha! piekło... zazdrość nie starczy?!...Poślubić ją?... tyś szalony!...
Nasz wspólny los mię do tegoPrzymusza...
Na rany Boga,Ty się dziś naigrawasz ze mnie!...Gdy byłeś przyczyną pierwsząMych zgryzot. O! wszystko raczéjWyjawię (nie znasz mię jeszcze!) —Twą zbrodnię i moję zdradę.
Senioro, zakończmy o tém.Słuchają nas.
Nie dbam wcale!Niech tysiąc razy wprzód zginę,Niż w związki ty wejdziesz ślubne.
Wyjść miano na twe spotkanie.
O lepiéj miłość się śpieszy!...
Ojcowska miłość, mój synu,Ten powrót mi ułatwiła.Znużenie, trud nic nie znaczy,Gdy śpieszym do drogich sercu!...
W uczuciu mojém, senioro,Jednaki z nim udział bierzesz,Bo w głębi mojego sercaMasz miejsce przy Fryderyku.
Krew twoja i jego cnotyDo łaski téj mają prawo,Ja-m tylko rada, że wzajemOcenić się tak umiecie.
Miłością równo was darzę.Fryderyk umiał tak mądrzeKierować okrętem państwa,Że znikąd skargi nie słyszę.Przyznaję, śród szczęku broni,Wątpiłem, czy będzie z niegoSenator tak doskonały!...Już wróg rzymskiego pasterza,Z pomocą Boga rozbity,Czcić musi go w mojéj szpadzie!Gdym dłoń papieża całował,Rzym, patrząc na me tryumfy,Hiszpańskim zwał mię Trajanem!Więc odtąd życia występkiNa cnoty pragnę zamienić,By kiedyś moje nazwisko,Jak dziś, szło w parze ze sławą!
Aurora z markizem śpieszą.
Radośnie witam cię panie,Bo sercem miłości pełném.
Racz podać dłoń KarlosowiI miłość jego ocenić.
Ramiona moje niech spłacąTe słodkie długi méj duszy.Rozłąki bolesnéj chwile,Ten powrót hojnie nagradza.Pozwólcie teraz, kochani,Że spocznę po tylu trudach.Już późno, jutro się wszyscyRadości wspólnéj oddamy.
Ricardo, druhu...
Batinie!
Jak się tam wojna skończyła?
Jak słuszność chciała, dla któréjObronę niebo zapewnia.Lombardya uspokojona,A tłumy wrogów rozbite,Bo lew kościoła swym rykiemWytrącił im oręż z dłoni!Książęcia imię wsławione,
Więc taka zaszła w nim zmiana,Że dzisiaj poznać go trudno!Przepadły damy... wieczerze...Przygody i pojedynki!Kasandrę wciąż przypominaJą tylko i FryderykaJedynie odtąd uwielbia!Ot książę świętym już został.
Co mówisz?... co opowiadasz!...
Gdy inni w szczęściu występkomI pysze lubią hołdować,A gardząc wszystkiemi — siebieWynoszą jak nieśmiertelnych;Nasz książę wrócił pokorny,Jak gdyby nawet pogardzałTryumfu swego laurami.Zwycięzkie jego sztandaryPróżnością go nie przejęły.
Daj Boże, by mimo takiePrzemiany nie stał się w końcuPodobny Ateńczykowi,O którym mówią, że prosiłWenery, aby zmieniłaKocicę dominikańską,To znaczy, że czarno-białą,W kobietę. Pewnego razuGdy kotka wyfryzowanaNa ganku siedząc, spostrzegłaZwierzątko, co jak poeciPapieru jest niszczycielem;Piorunem wpada na szczuryDowodząc, że kto z naturyJest kotem, kotem zostanie.Kto psem jest — psem zostać musi,In saeoula saeculorum!
Obawa płonna, że książę
Do szaleństw dawnych powróci,Tém więcéj, gdy ma się z dziećmiPołączyć, które małemiUmieją czesać rączkamiKędziory lwów najdumniejszych!
Rad będę wielce, jeżeliTo prawda.
Bądź zdrów, Batinie!
Gdzie idziesz?
Fabia mię czeka.
Czy jest tu kto z mojéj służby?
I owszem... najpokorniejszy...
A! Batin!
Bóg z tobą. Zdrowyś?Daj rękę.
Co ty tu robisz?
Słuchałem, jak Ricard cudaO czynach twych rozpowiadał.Kronikarz dzielny w HektoraZamienił cię italskiego.
A cóż tam rządy hrabiego,Gdy w kraju księcia nie było?
Zapewniam, że syn twój, książę,Czynami pokojowemiTryumfom ojca wyrównał.
Z Kasandrą żyli przyjaźnie?
Śmiem twierdzić, że nigdy w świecieNie było pewnie macochyŁaskawéj tak dla pasierba;Rozumna, cnotliwa, święta!...
Że z hrabią żyje w harmonii,To droga dla mnie wiadomość.Fryderyk ma i szacunekI miłość moję. Widziałem,Jak smutny był, gdym wyjeżdżał.Szczęśliwym, skoro KasandraUmiała tak być roztropną,Że spokój w domu panował.Ja-m o to z głębi méj duszyDo Boga modlił się zawsze.Dziś dom mój dwu zwycięztw świadkiem.Ja-m jedno odniósł na wojnie,Kasandra drugie — nad hrabią!Już ona odtąd mi będzieNajdroższą w świecie istotą.Tak wiele dziś jéj zawdzięczam,Że pragnę raz już na zawszeWystępków pozbyć się dawnych.
To cud papieża, seniorze!Ferrarski książę wyjechałRycerzem — a mnichem wracaI mógłby już kamedułówDziś nowy zakon fundować!
Chcę, żeby wszyscy poddaniO mojéj zmianie wiedzieli.
Dlaczego Wasza WysokośćNie śpieszy do wypoczynku?
Gdyż wchodząc właśnie na schody,Papiery te otrzymałem.W obawie, czy to nie skargi,Chcę zaraz, nie tracąc czasu,
Z ich treścią poznać się bliżéj.Samego zostaw mię, proszę,Monarcha powinien zawszeWypełniać swój obowiązek.
Niebiosa niechaj nagrodząTych władców, którzy o dobroPubliczne dbają! BodajbyTwéj broni blask nie opuszczał,A sławę przejęły wieki!
Zobaczmy.
„Jan Eustachy,Ogrodnik pałaców księcia,Sadzący kwiaty i zioła,Aż sześciu synów posiada,Dla starszych dwu błagam“...Dosyć!Hojniejszym trzeba być w łaskach.
„Lucinda, żona Arnalda,Została wdową“... téż prosi.
„Albano, rezydent dawny“...Téż prosi.
„Juliusz KamiloBył więźniem, gdyż“... Styl jednaki.
„Saint Garmain, panna szanowna“.Szanowna... a więc ma wszystko,I męża tylko jéj braknie.Ten list z pieczęcią — mi oddałUbogi... bardzo zmieszanyI prosił, bym go strzegł pilnie.
„Nad domem swym czuwaj, panie,
Bo hrabia i księżna paniPo twoim wyjeździe z domu“...Przeczucia mię nie zawiodły —Źle rządzić będą... zobaczmy...
„Splamili twą cześć i łoże“...Gdzież człowiek z duszą tak silną,Co grom-by taki znieść zdołał!
„Jeżeli udawać umiesz,Wzrok własny powié ci o tém“.Co to jest?.. co-m ja przeczytał?Odpowiedz, karto bezduszna!...Czy wiesz ty, że ja-m jest ojcemCzłowieka, którego mieniszHonoru mojego zdrajcą!...Ty kłamiesz... to być nie może!...Kasandra-by mię zhańbiła!...Wszak hrabia moim jest synem!...Lecz papier nie odpowiada!...On mężem... ona kobietą!...O liście podły, okrutny,Zapytasz, dlaczego nie wiem,Że nie ma zbrodni, któréjbyUłomny człowiek nie spełnił;Wszak Natan raził przekleństwemDawida... zrobię to samo!...Fryderyk jest Absalonem,Ta kara cięższa jest dla mnie.O nieba! tamte kobietyWszak były faworytkami;Kasandra żoną jest moją!..To kara za mą rozpustę,Za grzechy mojéj młodości!...O synu, zdrajco! czy prawda,Co mówią, bo nie pojmuję,By człowiek z człeka zrodzonyMógł taką popełnić zbrodnię!...Lecz jeśli mię znieważyłeś,To chciałbym, zabiwszy ciebieWnet wskrzesić, żeby cię możnaPo tyle razy mordować,Dopóki z martwych-byś wstawał.
Potworność!... Zbrodnia ohydna!...Więc nawet ojciec synowiZaufać teraz nie może!Jak poznać prawdę, bo świadkówKu hańbie swéj brać nie mogę!Tak-bym jéj nawet nie doszedł.Któż śmiałby prawdę tak podłąSwojemu wyznawać księciu!Lecz karać — to nie jest mścić się.Kto karze, ten się już nie mści.Wyjawiać tego nie trzeba,Co zawsze hańbę przynosi!...
Gdym spostrzegł, że nie spoczywasz,Przybyłem...
Niech cię Bóg strzeże.
O jednę prosić cię łaskę.
Nim wyznasz prośbę, wiedz o tém,Że pragnę zrobić, co zechcesz.
Gdyś, ojcze, wyrzekł niedawno,Że moje z Aurorą ślubySą twego serca pragnieniem,Przystałem chętnie, lecz późniéj,Zazdrością powodowany,Nie mogłem spełnić twéj woli.Dziś jednak już przeświadczonyO prawdzie — dałem AurorzeMe słowo, że ją zaślubię,Jeżeli zgodzisz się na to.Więc proszę o nią i błagam.
Nie mogłeś sprawić mi większéjRadości, lecz pozwól jeszcze
Twą matkę uprzedzić o tém,I jéj téż równie wypadaPoprosić o pozwolenie!...
Gdy krew nas wcale nie łączy,To pocóż mam Jéj WysokośćO ślubie moim uprzedzać?...
Choć związek krwi was nie łączy,Kasandra matką jest twoją.
O, matka moja Laurencya,Już dawno w grobie spoczywa!...
Choć nie chcesz jéj tak nazywać,Jednakże po mym wyjeździe,Żyliście, ku memu szczęściu,W wielkiéj ze sobą harmonii.
To tylko Bóg wiedzieć może!...Ze skargą źle się wybieram,Bo czcisz ją i sprawiedliwie;Lecz jeśli była dla wszystkichAniołem — wcale nie dla mnie!...
Żałuję, że jestem w błędzie.Mówiono, żeś od KasandryNajwiększych doświadczał względów?
To darzy mię swoją łaską,To znów się stara okazać,Że dziecka innéj niewiastyNie można synem nazywać.
Masz słuszność i wierzę temu,A jednak pragnąłbym bardzo,By więcéj niż mnie samegoKochała ciebie... dla zgody...Idź z Bogiem...
Niech cię Bóg strzeże.
I jak ja mogłem spoglądaćW twą podłą twarz, nikczemniku!Co za ton, swobody pełen,Zdradziecka chytrość w téj prośbieO rękę krewnéj Aurory,By nawet cień podejrzeniaOd ojca swego odwrócić!...I jakże wymowna dla mnieTa skarga przeciw Kasandrze,Na przykre z nim wychodzenie.Gdy zdradnie mniema, że milczy,Okrzykiem jest to milczenie!...Nie lubi nazywać matkąKasandry... słusznie... bo przecieżTa czuła ojca małżonkaKochanką syna — nie matką!...Lecz jakim sposobem wierzęZ łatwością zbrodni tak strasznéj?!Czy zdrady téj wróg hrabiegoNie uknuł przez żądzę zemsty?...Bo znając charakter księciaMógł liczyć na podstęp zdradny...Szalona ma łatwowierność!...
Od ciebie teraz, senioro,Zależy nić mego życia.
Twój wybór piękny, Auroro,Jest godny twego rozumu.
Lecz oto książę...
Seniorze,Ty czuwasz?...
Państwu mojemuWinienem trochę méj pracy,Choć zresztą papier ten świadczy,Że hrabia i ty, Kasandro,Ster rządu dzielnie trzymacie.Ze wszystkich stron zasłużonePochwały was spotykają.
Hrabiemu, lecz nie Kasandrze,Ten honor słusznie należyI można rzec bez przesady,Że dzielność jego jest wielka,Swą wyższość wszędzie zaznacza,Jest równie dzielnym jak mądrym,Podobien ojcu swojemu!...
O wiem, iż tak umiał wszędzieSwojego ojca zastąpić,Żeś za mnie brała go zawsze...Wdzięcznością płacę ci za to!...
Seniorze, nową téż prośbęPrzynoszę ci od Aurory.O rękę jéj Karlos prosi,A ona chce tego związku.
Niestety, markiz się spóźnia,W téj chwili hrabia ztąd wyszedłI prosił mię o jéj rękę.
Aurory hrabia mógł żądać?!
Tak pani.
Hrabia?...
W istocie!
Gdy książę mówi — chcę wierzyć.
Przyjąłem prośbę hrabiegoI jutro ślub się odbędzie.
Aurory wola się spełni.
O racz mi wybaczyć, książę,Lecz hrabia moim nie będzie...
Co słyszę?... wybór nie trudny,Czyż hrabia swoją dzielnością,Rozumem i zaletamiNie stoi po nad markizem?...
Być może... Gdy go kochałam,On mną pogardzał, seniorze;Więc dzisiaj, gdy on mię kocha,Ja znów nim gardzę z kolei.
Zrób to dla mnie nie dla niego.
Iść za mąż trzeba z miłości,A ja nie kocham hrabiego.
To dziwne!...
Lecz sprawiedliweJakkolwiek mówi zbyt śmiało!
I owszem, ślub ten nastąpi,Chociażby i pod przymusem.
Swéj władzy nie nadużywaj.Wszak miłość jest kwiatem gustu,Przymusu znosić nie może.
O już się teraz, Kasandro,Przesycił tobą ten zdrajca.
Nie było tu mego ojca?...
Z bezczelnym spokojem, zdrajco,Śmiesz księciu spoglądać w oczyI żądasz odeń Aurory?
Milczenie!... Zgubisz nas, pani!...
Ja nie znam trwogi, nędzniku!...
Co czynisz?... głos twój rozbrzmiewa!...
Dowody znaleźć tu muszę;Ztąd łatwo słyszeć ich mowę.
Lecz, pani, hamuj się, proszę,O swojéj pomyśl godności.
O! jestże człowiek tak podły,By mógł porzucić kobietę,Honoru ją pozbawiwszy!
Nie jestem jeszcze żonaty.Pragnąłem upewnić księciaI żywot nasz zabezpieczyć.Czyż możem tak żyć, Kasandro?...Wszak książę nie jest człowiekiemZ pospólstwa — mógłżeby ścierpiećImienia swojego hańbę?...Już dosyć... zanadto długoUczucie nas zaślepiało!...
O tchórzu podły, nędzniku,Więc te łzy i te błagania,Któremi niegdyś porwaniSwój honor poświęciliśmy,
Obecnie zdradą nazywasz?...Umieram!... zostaw mię, nędzny!...
Marmurem byłbym słuchając,Co słyszę... O nieszczęśliwy!Bez tortur wszystko wyznali.Bez tortur?... o nie, toć przecieTortury ja znieść musiałem.Już więcéj świadectw nie trzeba,Ty bądź ich sędzią, honorze.Podyktuj wyrok i karę,Lecz karę, zdolną ocalićMe imię, które w téj sprawieByłoby hańbą okryte.Nikt w świecie wiedzieć nie może,Że honor mój pokalany.Pogrzebem wstydu najlepiéjJawności jego zapobiedz.A chociaż zemsta ocaliMój honor, lecz nie wypadaObnażać prawdy zgnilizną.
O kobiet nieszczęsny rodzieMężczyźni podli, bez wiary!...
Zapewniam panią, że zrobięTo wszystko, czego zażądaszI za to honorem ręczę.
Czy prawda?
Tak, niezawodna.
Niech miłość nasza nie gaśnie.Twą byłam i jestem twoją.Ja muszę znaleźć sposobność,By codzień widzieć się z tobą.
Musimy rozejść się teraz.Pamiętaj, boć to konieczne,Udawać miłość dla księcia.
Tak zrobię bez twojéj krzywdy,Bo czém jest miłość udana?
Słyszałem, piękna Auroro,Że markiz ma być, czy jest jużMałżonkiem twoim i panemI że was Mantua czeka.Przychodzę błagać cię, pani,Byś mię tam z sobą zabrała.
Cóż znowu, dziwisz mię wielce,Więc z hrabią rozstać się pragniesz?
Pracować wiele, brać małoTo rozkosz, która i mędrcaZabija lub głupim czyni.„Dziś daję, jutro odmawiam,Być może dam ci pojutrze“.Ja nie znam pana „być może“Lecz to wiem, że nie mógł nigdy.Prócz tego on opętanyPrzez dyabła... nie wiem co myśleć!To smutny, to znów wesoły,To mądry, to obłąkany,I księżna w téj saméj mierzeNierówna jest i nieznośna.Gdy wszyscy tak opętani,Ja jeden mam być szczęśliwy!I książę, niby spokojny,Sam z sobą przecież rozmawia,Podobny będąc człekowi,Co rzeczy straconéj szuka.
Gdy cały dom tak choruje,Odjeżdżam z panią najchętniéj.
Jeżeli zgodnie z mem szczęściemZostanę żoną Karlosa,Zabiorę cię, mój Batinie!
Całuję sercem twe stopyI biegnę wnet do markiza.
Honorze, wrogu ty dumny,Kto pierwszy twe prawa światuNarzucił? Czemu treść twojaZ kobietą jest zespolona?By człowiek najszanowniejszyBez winy mógł cię utracić?Głosiciel praw twych być musiałNie mędrcem, lecz barbarzyńcą.Aurora...
Panie...
Wszak księżnaZ markizem chce cię połączyć?...Przekładam wolę swéj żonyNad prośbę syna mojego.
Twą sługą jestem i pragnęWdzięcznością tę łaskę spłacić.
Markiza poproś, by wuja,Mantui księcia uprzedził.
Wiadomość tak pożądaną,Zaniosę wnet markizowi.
O nieba! to, co się stanieW mym domu, karą twą będzie.Podnieście dłoń swoję boską,To nie jest zemsta méj hańby.Ja nie chcę brać jéj na siebie,Bo toby z krzywdą twą było,A względem syna — dzikością!...To tylko kara twa będzie,Surowość, któréj niebiosaWybaczą, bom przy niéj względuNa siebie nie miał żadnego.Chcę ojcem być, nie małżonkiem.I groźna dłoń PrzedwiecznegoNa zbrodnią taką bez wstyduBez zemsty karę wymierzy!...Honoru prawa żelazneŻądają tego niezłomnie,By jawność kary publicznaMéj hańby nie podwoiła!Kasandrze podłéj związałemPrzed chwilą ręce i nogiI krzyk jéj by stłumić srogiSzmat pełne usta napchałem!Gdym rzekł jej: plugawą żonęZabije sztylet wspólnika —Zdrętwiała!... Ha! dreszcz przenika,Krwi, zemsty, serce spragnioneZnieść może takie męczarnie;Lecz dziecko zabić... drży ciało...Pierś dyszy... serce zastyga,Któż zemstę taką ogarnie...W źrenicach mi pociemniało...Obłędu szatan mię ściga...Drży wola i w ustach słowo,Jak strumień w północ grudniowąZamarza!... Myśl śmierci synaJuż lodem krew moję ścina!...Precz miłość ojca ode mnie!
Szanować — Bóg ojców każe,A on czci świętéj ołtarzeObluzgał hańbą nikczemnie!...Precz miłość, muszę ukaraćNajświętszych praw gwałciciela,Bo któż mię zapewnić zdoła,Że dzisiaj skradłszy mi honor,Po życie jutro nie sięgnie.Pół setki wszak ArtakserksesDla mniejszéj zabił przyczyny,A szpady Daryusza, Bruta,Torkwata śmiały bez zemstyWykonać słuszności prawo!....Wszak prawo Boga, sumienia,Tę zbrodnię mu wyrzucają!...Mam kłamstwo zadać swym oczom?Czy słuch mię własny zawodzi?Więc zkądże ta chwiejność... trwoga...Już idzie... Boże daj siły!...
W pałacu wieść się rozniosła,Żeś, ojcze, moję AuroręW małżeństwo dał markizowiI że do Mantui wkrótceOboje ztąd wyjeżdżają.
Czy to jest prawda, ja nie wiem,Gdyż woli mojéj dotychczasGonzaga nie słyszał jeszcze,Bo rzeczy stokroć ważniejsze,Mój umysł trapią w téj chwili.
Kto rządzi — ten trosk ma wiele.W téj chwili cóż cię zajmuje?...
Mój synu! Szlachcic ferrarski,Z innemi zdrajcami społem,
Przeciwko mnie knują spiski.Kobieta, któréj się zwierzył,Odkryła mi tajemnicę.Kto wierzy kobiecie — głupiec!...Roztropny, kto jéj pochlebia!...Kazałem przybyć tu zdrajcy,Pod ważnéj sprawy pozorem.Gdym w sali téj zamkniętemuPrzypomniał czyny zbrodnicze,Osłupiał — a ja z łatwościąDo krzesła go przywiązałemI ciało suknem okryłem,By ten, kto pierś mu przebije,Nie widział twarzy nędznika,Gdyż nie chcę kłócić Italii.Przybyłeś ty, a więc chętniePowierzam ci sprawę całą,Milczenia się domagając!...Więc dobądź szpady, mój hrabio,I odbierz mu nędzne życie.Ja u drzwi będę pilnował...Niech staną się me źreniceDzielności twojéj świadkami.
Czy chcesz doświadczyć mię, panie?Czy prawda, że ci zbrodniarzePrzeciwko tobie coś knuli?
Gdy ojciec czy złe czy dobrePoleca dziecku wykonać,Czyż ono sprzeczać się będzie?...Precz podły... ja sam pobiegnę!...
Powstrzymaj szpadę... zaczekaj...I czegóż miałbym się lękać,Gdy zbrodniarz jest skrępowany?...Lecz nie wiem co to ma znaczyć,Że czuję dziwny ból serca?!
Pozostań, nędzny...
Już idę...
Wystarcza twe polecenie.Lecz przebóg...
Ha, precz nędzniku!
Zaczekaj... gdybym tam znalazłCezara... w twojéj obronieZadałbym tysiąc mu ciosów!...
Więc patrzę.
Idzie... miecz chwyta...Mój wyrok ten sam wykonał,Kto wstydu mojego sprawcą!...
Héj służba do mnie czemprędzéjNiech wszyscy w lot się zgromadzą.
Czy widział kto taką zbrodnię?Fryderyk zabił Kasandrę,By razem z nią płód jéj zginął,Po którym dziedzictwa pragnie.Niech głowa jego się stoczy,Monarcha wasz rozkazuje!...
Kasandrę?
Tak, mój markizie!...
Nie wrócę już do ojczyznyAż zbrodzień padnie z méj ręki!...
O, patrzcie, z mieczem skrwawionymZbój idzie...
A to co znaczy?Odkrywszy głowę człowieka,Którego zabić kazałeś,Znalazłem...
Milcz! dosyć tego!Na śmierć z nim.
Tak, niech umiera!
I za co mam zginąć, ojcze?
Tam, zdrajco, na sądzie BogaPrzyczynę ci opowiedzą!...
Auroro, po tym przykładzie,Z Karlosem jedź do Mantui.Zezwalam, gdyż godzien ciebie.
Tak jestem trwogą przejęta,Że nie wiem co odpowiedzieć...
Odpowiedz tak... bo to wszystkoNie bez przyczyny, Auroro!
Odpowiedź swoję, seniorze,Udzielę jutro.
Już koniec,Fryderyk hrabia nie żyje.
W zgryzocie téj oczy pragnąZ Kasandrą razem go ujrzeć.
O patrzcie, wszak to jest karaBez zemsty.
Gdy sprawiedliwośćWymierza karę... nie mści się.Krzyk duszy cnota przytłumia,Zapłacił zbrodnię, spełnionąDla spadku po mnie...
Tu koniecTragedyi: Kara — nie zemsta;W Italii trwogę rozniósłszy,Hiszpanii jest dziś przykładem!...
Comments
Loading comments…