Komedye wybrane — całość

Translated from Spanish by Julian Święcicki

To świetny żart!

Niezrównany.Zaręczam, nikt nie da wiary,Że widzi księcia Ferrary.

Nie mogę więc być poznany?

Pod tego przebrania zbrojąZupełna swoboda będzie!...Niebiosa téż w pewnym względzieSwą postać odmiennie stroją.Bo proszę, czém jest zasłona,Kryjąca w czarną noc światy?To przecież kostium bogaty,Pod którym blask nieba kona.Lecz światło tam nie zamiera:Gwiazd fale porozpraszane —To lamy srebrem utkane,A księżyc wskroś je przeziera!...

Zaczyna już pleść androny,Wieszcz nowomodny: natchnionyW téj szkole poetów ziemi,Co zwykli zwać się boskiemi.

Choć ich przejąłem swobodę,Mnie jeszcze winić nie trzeba.Wszak plemię to wieszczów młodeZwie księżyc aż... tortem nieba.

Zaiste, czyż cię nie zraża,Iż w takim poezya stanie,Wzbudzając politowanie,Podobna jest do kuglarza,Co pokój wnet ci zaścieleWstęg różnobarwnych falami.By cud ten zrobić ustamiPotrzeba... zręczności wiele!...Lecz kres połóżmy tej mowie,Gdyż budzi ziewania dreszcze...Mężatka... patrz, ujdzie jeszcze?

Że anioł — każdy to powie;Lecz jedna bróździ tu bieda,Co wszelką szalę przeważy.

Ciekawym.

Mąż jéj na straży!Nikomu zbliżyć się nie da.

Wciąż siedzi jak brytan w budzie.

O!... dziwnie wstrętnéj naturyTakiego gatunku ludzie!...

Jeżeli z małżonków któryMieć podejrzanych klejnotów,Swéj towarzyszce nie broni;To chyba dla szczodréj dłoniWspółczucie posiadać gotów.Gdy żonę anioł zabierze,On pół majątku bezkarnie,Jak część swych trudów, zagarnie.

Obłudne łotry, szalbierze,Krew chyba z dyabłem ich wiąże!

Tu mógłby uderzyć książę,Lecz powieść moję wpzód spotka.

Cóż tedy?

Stara bigotkaŚród winnych gron i darninyDwie córki łaje... dziewczyny!...Perełki... śliczniuchne kotki.

Pozorom zbyt nie ufamy.

Ztąd blizko mieszkanie damy,Lic śnieżnych i takiéj słodkiéj,Jak cukier sam janowcowy.

Ma pociąg?

Właściwy cerze.Lecz wspólnik na jéj kwaterzeWciąż żuje, nie wznosząc głowy,Gdy do nich przyjdzie kto z miasta.

To woły żują tak zawsze.

Tu chęci jak najłaskawszeŚwiadczyłaby nam niewiasta,O prawie gdyby wiedziała.

Więc pójdźmy...

Nie zechce możeO takiéj wpuścić nas porze.

A gdyby mię téż poznała?

Fortecę wnet zdobędziecie!...

Więc stukaj!...

Stukanie słyszy,Bo czeka śród nocnéj ciszy.

Kto tam?

Ja!

Kto?

Ja!

Któż przecie?

Hej, Cintio, my, przyjaciele!...I książę sam.

Drwisz, zuchwały!

To skutek mojéj pochwały!

Co, książę?... Tego zawiele!...Że z tobą przybył, uwierzę,Lecz, żeby pan znakomityMógł takiéj pragnąć wizytyDać wiarę trudno w téj mierze.

Patrz, książę wziął to przebranie,By los ci stworzyć godowy.

O! dawniéj nikt takiéj mowyNie brałby za żart, mój panie,Gdy latek młodzieńczych siły,Tak książę trwonił niegodnie,Że jego rozpusty zbrodnie,U ludu w baśń się zmieniły.Lecz innéj dziś doli wartaDłoń zacna szlachetnéj żony,Gdy drogie przodków korony,Przejść mogą na łup bękarta.(Choć dzielnie żyć on zaczyna!)Wszak gody już naznaczone,

A do Mantui po żonęPchnął książę własnego syna!...Miałżeby w północnéj dobie,Gdy już Kasandra przybywa,Miast dawne zerwać ogniwa,Ubliżać własnéj osobie?!...By zhańbić go, duszo mściwa.Twój dowcip niech się nie sili;Bo wiem, że książę w téj chwiliJuż w łożu swojém spoczywa!Więc śpieszę pożegnać pana;Gdy, pragnąc ze mną rozmowy,Żart czynisz nie honorowy,To bywaj zdrów aż... do rana!...

A! w progi przyjemnéj damyProwadzisz mię tu.

SeniorzeJa-m winien?...

A więc nie może?I komuż wstyd zawdzięczamy?

O! jutro tę dziewkę hardąPoskromię na twe rozkazy.

Znieść takich obelg wyrazy!

Któż winien?

A ty, Ricardo!

Lecz władca, gdy ma ochotęO sobie znać ludu zdanie:Czy budzi wstręt, czy kochanie,Niech mu się pochlebstwo złoteSłużalców złych nie uśmiecha,

Lecz niech przebrany, śród nocy,Piechotą, albo w karocy,Postępków swych śledzi echa.Bo wszak niektórzy królowieJuż takie robili próby!...

Zapewne — lecz dla swéj zguby,Gdy klepek brakło im w głowie!Bo nigdy tłum nie zostanieCenzorem prawd; i ten zgrzeszy,Kto mógłby czcić przekonanieBezmyślne podobnéj rzeszy,Co ślepa wciąż i niestała,Wbrew prawu i rozumowi,Swe sądy marne stanowi!...Gdy zemsty ogniem kto pałaI kłamstwa ohydne szerzyPomiędzy ciemnemi stany;Lud żądzą nowin porwanyWszystkiemu na oślep wierzy.I jeśli dzięki ślepocieTych nowin lud sam nie możeOcenić na panów dworze, —Więc panów pogrąża w błocie!...Ja wprawdzie wciąż żyję szałem,Lękając się wolnéj głowyDać w ciężkie ślubów okowy.Lecz dotąd zawsze myślałem,Że hrabia po moim zgonieNa tron ojcowski zasłuży;Gdy jednak żona w podróży,Niech przeszłość w mgłach już utonie.

Ślub — zaklnie te życia burze!...

Dla słodkiéj rozkoszy ducha,Tu proszę nadstawić ucha.

Śpiewają?

Właśnie.

W téj dziurzeKto mieszka?

Autor!

A czego?

Dramatów!

I na téj ziemiNajlepszy między pierwszemi.

Są dzielne gardła oznaki.Lecz dzieła?

Spory wzniecają.Wrogowie zwą je tandetą,A drudzy, wrzeszcząc wciąż vetoPoecie głośno klaskają...

Przetnijmy spór na połowę!

By odbyć ślub okazale,Niech Febo najlepsze saleI sztuki téż koncertoweNa czas wesela wybierze.

Rozumiem — więc takie dzieła,By chętnie treść ich przyjęłaI szlachta i ksiąg rycerze.

Czy słyszysz?

Mówić zaczyna;Jak wulkan płyną jéj słowa!

Czy słynna to Andrelina?

„Niech myśl przepadnie grobowa,Z pamięcią precz! niechaj zginie!Gdy dzisiaj minioną sławę

W tortury zamienia krwawe!...Chcę pamięć stracić jedynie,By grom zażegnać téj burzy!I na cóż tych wspomnień męka,Całunem czoło me chmurzyGdy serce z rozpaczy pęka“.

Potęgę ma.

Niezrównaną!

O! chętnie słuchałbym dłużéj,Lecz dzisiaj wszystko mię nuży!Spać pójdę.

Już?

Tak!

Za rano!

O nudy!

Alboż to małoAktorek?

Ba! i kazanieZnów cierpkie mi się dostanie!

To księciu-by zagrażało?

Ricardo niech sąd odmieni!Komedye — wszak to zwierciadłaW nich starca postać wybladła...Półgłówki... młodzież... uczeni...I ludzie z natchnioną głową...Rycerze i fanfarony,Dziewczęta młode, matrony,Odzwierciedlają typowoTreść ludzką z obyczajamiI z jéj znamieniem niestartém,Mieszając prawdę z pół-żartemA słów powagę z nudami!...

Toż mało, że tak nieskromnieGniew dziki zuchwałéj damyKonterfekt dał mojéj famy?Bo jasno wszak piła do mnie!Mam czekać, aż znów ktoś srogoZa żarty moje zapłaci?Na dzisiaj dość... potentaciPrawd takich słuchać nie mogą.

Ja pana dziś nie poznaję,Pod czterech wierzb siadasz cieniem,Gdy książę z ważném zleceniemWyprawił syna.

Przyznaję,Téj misyi spełnić gorliwie —Jak chciałbym — dzisiaj nie mogęZnękany wyruszam w drogę,Myśl chmurną w mózgu swym żywię.W spokojne to drzew zacisze,Gdzie w kryształ przezroczéj strugiWierzbina warkocz swój długiZwieszając — smętnie kołysze,Sam chciałbym uciec przed sobą!Ten ojca ślub niespodziany,Rujnując dziedzictwa planyJest dla mnie ciosem... chorobą!Z méj twarzy i dwór i książęWnioskują, że nie dbam o to,A ja z piekielną zgryzotąNa mantuański dwór dążę!Wbrew woli iść po macochę,Pod grozą... i któż nie przyzna,Że dla mnie to śmierć... trucizna!

Już życie księcia, tak płoche,Że dawno wszystkim obrzydło,Przekształca się u stóp cnoty,Bo łańcuch hymenu złoty,To najpewniejsze wędzidło!Baz francuzkiemu królowi,Koń dostał się nie jeżdżony,Piękności niewysłowionéj.Włos krewny miał łabędziowi,Gdy łeb podnosił zuchwały,Ze smukłéj szyi, wspaniale,Śnieżyste jedwabiu fale,Do kopyt mu aż spływały.Tak dała mu wraz natura,Jak często kobiecie hardéj,Poczucie wdzięków... i wzgardy;Z nim żaden jeździec nie wskóra.Więc w gniewie król dumne zwierzęDo lwiéj rozkazał wieść groty,Gdzie zwierząt monarcha złoty —Niewolnik — smutne miał leże.Gdy wchodząc, rumak ów śmiałyLwa zoczył — postać swą zmieniaI grozę i stracił tak wielkiCzuł wtedy, drżąc o swe życie,Że w każdym włosienia szczycie,Błyszczały potu kropelki.Po téj wizycie miał zawszeZwyczaje jak najłaskawsze!...

Nie przeczę wcale, Batinie,Na ojca mojego czyny,Małżeństwo — lekarz jedyny.Kark najdumniejszy się zwiniePrzed czarów niewieścich siłą;Przed lwicą piękności bożéj,Człek dumny chętnie się korzy,Gdy duszę mu rozrzewniłoSzczebiotem swym pierwsze dziecko,Gotowe, za głos pieszczoty,Oddając śmiech szczerozłoty,I brodę szarpać zdradziecko!

Żyć będzie ojciec inaczéj,Więc tron — potomstwo zagarnie.Mnie wtedy nędznemu marnieWieść przyjdzie żywot w rozpaczy!

Najlepiéj czas to uprości!...Rozumny człowiek, seniorze,Gdy zgryzot swych nie przemoże,Ratunek ma — w cierpliwościI humor udając złoty,Ukrywa zręcznie kłopoty...

Macocha już mię nie zjedna.

Nie miałżeś ich przedtem więcéj,Gdy dwór ucztował książęcy?Wszak ta najlepsza... i jedna!...

Zkąd krzyki te...

Od strumienia...

Więc śpieszmy prędzéj z pomocą...To damy... biegnę...

A poco?

Zapytaj, tchórzu, sumienia!...

Kto umie szanować zdrowie,Ten mężnym jest, co się zowie!

Lucindo, Albano, Floro!...

Gdzie hrabia?

Fryderyk woła?

Już może koni chce.

Zgoła!Niech wszyscy tutaj się zbiorą,Na straszny krzyk jakiejś damyPan pobiegł tam... ku dolinie;Ja śpieszę za nim.

Batinie!

Czy żarcik?

Zaraz poznamy.Gdzieś tentent słychać w oddali!

Oj nowa hrabiemu władzaNiemiła — choć ją sprowadza!

To wszyscy dawno poznali.

Tu może pani odpocząć.

Za grzeczność, dzięki, rycerzu.

O jakże los błogosławię,Żem drogi swéj zaniechawszyDo boru tego podążył.

Znajomi pana ci ludzie?

To jest mój orszak podróżny,Na twoje gotów usługi!

Kobieto, czemu tak ciężysz,Gdy lekkich nosicie miano?

Gdzie niesiesz mię, mój rycerzu?

Gwałtownie ratuję paniąZ tych piasków, które za sobąTen strumień biegnąc zostawia.By zdobyć nimfy tak pięknePodstępem, figlarz ten niecnyKaretę waszę wywrócił.

Racz pani wyznać swe imię,Ażebym uczcił cię godnie.Kto jesteś, powiedz?

Seniorze,Ukrywać swego nazwiskaNie pragnę — jestem Kasandra,Książęcia Mantuy córka,Obecnie księżna Ferrary.

I Wasza Wysokość samaTak długą podróż odbywa?

Nie jestem sama — w blizkościGonzaga margrabia został.Prosiłam, by mi pozwoliłTen strumień przebyć samotnieI skryć się przed żarem słońca.Lecz w drodze do tego brzegu,

Co cieniem drzew mię przynęcał,Spotkałam prądy fal, które,Nie będąc morzem, umiałySprowadzić groźbę fortuny.Lecz chyba to nie fortuna,Gdy koła jéj zatrzymane.Kto jesteś, powiedz, seniorze;Jakkolwiek już twoje licaZwiastują szlachetność rodu,A świadczy o niéj twa dzielność.Nie tylko sama chcę panuZa czyn dziękować rycerski,Mój ojciec i markiz takżePrzysługę pamiętać będą.

Podawszy mi swoję rękę,Kto jestem — poznasz, senioro.

Przyklękasz — zbytek grzeczności.

Należy ci się, senioro,Wszak jestem, pani, twym synem.

Przeczucia głos martwy we mnieJeżeli-m tego nie zgadła.Któż pomógłby mi jak nie panW tak wielkiém niebezpieczeństwie.Niech cię uścisnę.

Dłoń swojęRacz podać.

Pozwól mi proszęWypłacić dług, panie hrabio.

Niech dusza moja odpowie.

Gdy szczęście nasze tak chciało,Że właśnie ta wielka damaJest celem naszéj podróży;Więc teraz pragnąłbym wiedziéć,

Czy jesteś tylko wielmożna,Czy jasna lub oświecona;Gdyż chciałbym ściśle me słowaStosować do twéj godności.

Od lat najmłodszych, mój panie,Służącą jestem księżniczki:Rozbierać księżnę i stroićJedyny mój obowiązek.

Więc jesteś garderobianą?

Nie!...

Nakształt garderobianej!...Bogate damy miewają,Tak właśnie jak opowiadasz,Służące tego gatunku,Nie panny i nie mężatki.Są niczém — a do wszystkiego!Twe imię, panno?

Lukrecya.

Czy rzymska?

Tak... nie zupełnie.

Bóg łaskaw, żem ciebie poznał,Bo przeczytawszy jéj dzieje,Wciąż głowę miałem nabitą,Cnotami pogwałconemiI trwogą bezużyteczną.Widziałaś Tarkwinijusza?

Ja?

Widząc, cóż-byś zrobiła?

Żonatyś?

Zkąd to pytanie?

Twéj żony chcę się poradzić.

Cios tęgi, wiész kto ja jestem?

Bynajmniéj.

Więc o BatinieW Mantuy nie wiedzą jeszcze.

I czém ty słyniesz? Ja sądzę,Że jesteś jednym z gamoniów,Myślących, że w całym świecie,Ich imię sławą rozbrzmiewa,Gdy o nich nikt nie wie zgoła!

A broń mię Boże od tego!Ja sławy innych nie pragnę,Mówiłem to tylko żartem,Bo próżność i arogancya,Do moich wad nie należą.Przyznaję, że chciałbym bardzoMieć sławę między mędrcami,Lecz famy głos dla nieukaJest żniwem w głupstwa bogatem:Coś zasiał — to zbierać musisz.

Wyrazić nie jestem w stanie,Jak miłe mi to spotkanie.To wszystko, co mi mówionoO panu, jest wobec tego,Co widzę — niczém. Twe czynyI słowa twoje są w zgodzieZ osobą całą, mój synu,I można z niéj wywnioskowaćO duszy, która ożywiaMłodzieńca tak dostojnego!O! wdzięczna jestem losowi,Że zmylić drogę mi kazał,Gdyż ten wypadek niewinny,Znajomość naszę przyśpieszył.Tak miło widzieć po burzyTen ogień świetny, którego

Zjawienie spokój zwiastuje.Błąd był mi nocą, a morzemTen strumień, kareta statkiem,Żeglarzem ja — a ty gwiazdą!Już odtąd będę twą matką,Seniorze, tak mię nazywaj.Tak jestem zadowolniona,Ten węzeł tak mi jest drogi,Że z matki twojéj tytułuNierównie jestem szczęśliwsza,Niżeli z księstwa Ferrary.

Choć widok twój, piękna pani,Tak duszę mą onieśmiela,Posłuchać chciéj odpowiedzi.Dziś książę pan istność mojęPodzielił na dwie połowy.Byt pierwszéj ciałem uczynił,Bym duszę drugiéj był winien.Z tych dwu urodzin, o pani,Pierwszeństwo tobie oddaję,Gdyż, aby z duszą się zrodzić,Narodzić pragnę się z ciebie.Aż dotąd nic nie wiedziałem,Gdzie ona była, i tobieZawdzięczam, że ją poznałem.Tyś dała mi drugie życie,Bo dotąd żyłem bez duszy!...

Tam, panie, ja-m ich zostawił.

Nieszczęście byłoby wielkie,Gdyby był nie dał pomocyTen rycerz, o którym mówisz.

Oddalić mi się kazała,By, kąpiąc nóżki w strumieniu,

Podziwiać śnieg ich białości;Z kryształem — perły porównać.I gdym, wbrew swemu życzeniu,Pośpieszyć nie mógł z pomocą,Ten senior księżnę ocalił!...Spostrzegłszy jak nad strumieniemBezpiecznie stoją przy sobie,Pobiegłem do was z tą wieścią.

Jak widzę kareta księżnéjW wodzie i piasku ugrzęzła.

Dworzanie tego rycerza,Wydobyć ją usiłują.

Przybywa dwór mój.

O pani!Tak długo w śmiertelnéj trwodzeTrzymała nas Jéj Wysokość!...Niebiosom to ocalenieWinniśmy.

I temu panu,Bo on mię z niebezpieczeństwaOcalił swą rycerskością!...

A któżby jak nie pan hrabiaMógł księżnéj dać szybszą pomoc,Gdy wkrótce nazwie ją matką!...

Ja byłbym pragnął, markizie,Jowisza orłem być wtedy,By w szponach unosząc księżnę,Poddanym pana mojego,Ukazać ją na wyżynach!...

Wypadek dnia dzisiejszegoJest dziełem wszechmocnéj ręki,Sam Stwórca chciał, by KasandraPrzysługę wam zawdzięczałaI aby odtąd harmonia,

Żywioły wrogie jednocząc,Italii była przykładem.

Gdy oni sobą zajęci,Lukrecyo, powiedz mi, proszę,Co myślisz o Fryderyku?

Pozwolić racz mi, senioro,Bym szczerze myśl swą wyznała.

Jakkolwiek mam podejrzenie,Zezwalam wszakże.

Więc mówię.

Mów.

Gdyby los zrządził zmianę,Szczęśliwszą byłabyś wtedy.

Masz słuszność. To téż przeklinamSwą dolę. Lecz już się stało,Bo gdybym zmyśliwszy powódWróciła — to niezawodniePogrzebałby mnie mój ojciec.A baśń o mojém szaleństwieItalią-by przepełniła...I wtedy wszak FryderykaZaślubić-bym już nie mogła...Gdy powrót bezużyteczny,Ferrarę zamieszkać trzeba,Gdzie na mnie czeka ów książę,Którego czyny rozpustneJuż teraz mię przerażają.

Pomyśleć czas już o drodze,I z puszczy zasadzek pełnéjNa pewny wybrnąć gościniec.Rutillo niechaj przed namiDo księcia śpieszy z nowiną,Że wszystko idzie pomyślnie,

By wieść go nie uprzedziła.Pomyślna kroczy leniwie,Fatalna — zawsze piorunem.

Jedziemy.

Konia hrabiemuSprowadzić!

Konia hrabiego!...

W karecie wygodniéj będzie.

Posłuszny jestem, senioro!

Księżniczka zachwycająca.

Podoba ci się, Batinie?

Ma lilii uroczą postać,Co językami pięciomaJutrzenkę prosi gorąco,By ziarna złote jéj wnętrzaNa perły swoje zmieniła.Piękniejszéj nigdym nie widział!Na Boga, gdybym miał porę —Bo one już odjeżdżają,A trzymać ich nie wypada —Powiedziałbym ci...

Nic nie mów!Już swoją przenikliwościąW mych oczach duszę-ś odgadnąłI pragniesz schlebiać gustowi.

Ten pączek świeżo rozwity,To drzewko pomarańczowe,Wonnemi kwiatami strojne,To ciastko z ambry i złota,Ta Wenus i ta Helena

Szczęśliwsza byłaby z tobą.Przekleństwo tym prawom świata!...

Nie budźmy podejrzeń... chodź ztąd;Ja będę pierwszym pasierbem,Któremu wyda się pięknąMacocha.

Zwolna, seniorze,Co do mnie wolałbym raczéj,By ci się brzydką wydała.

Jeżeli hrabia nie zwleka,Kasandrę spotka w podróży.

Choć podróż nie tak daleka,Ociągał się jak najdłużej;Dopiero, gdy wieść przybyła,Wyjechał na to spotkanie.

Mam silne dziś przekonanie,Że mu ta podróż nie miła.Fryderyk liczył tajemnie,Że państw mych dziedzicem będzie.O planach moich w tym względzieMógł nieraz słyszeć ode mnie.Ma dusza przyznaje rada,Że dla niéj drogi i miły,Że wobec węzłów tych siłyMałżeństwo moje — to zdrada.Cóż czynić, skoro poddaniOddawna błagają o to:Nikt syna mego nie gani,I owszem wszyscy z ochotą,Chcieliby widzieć w nim pana,

Bo zacność hrabiego znana,Lecz słuszna jest ich obawa,Ze krewni po moim zgonieZdobywać będą swe prawaI naród w nędzy utonie.Boć zawsze brzemię klęsk wojnyLud dźwigać musi spokojny.Ten wzgląd zaważył na szali;Poddani sprawę wygrali.

Los żądał takiéj ofiary.Hrabiego żal się ukoi:W tym względzie mądrości twojéjChcę własne odkryć zamiary.Ja-m córką twojego brata,Któremu w wiosny rozkwicieŚmierć straszna wydarła życie.Gdy wkrótce i matki strataZdwoiła sieroctwo moje,Gdy nic mi już nie zostało;Tyś w zamku swego podwojeWprowadził sierotkę małąI odtąd biednéj dziewczynie,Pierś dyszy rajem szczęśliwa,Bo brata widzi w twym synie,A ciebie — ojcem nazywa.Gdy żyjąc razem lat tyle,W jednych pragnieniach i wierze,Praw jednych posłuszni sile,Pokochaliśmy się szczerze;Więc niechaj uczucia naszeHymenu węzeł utrwali,A wspólną łez ziemskich czaszęPić będziem na życia fali!...Ja-m pewna, że przy mym bokuŻal jego prędko uleciI z czasem Kasandry dzieciNie będą dlań solą w oku!

Auroro, pójdź w me ramiona!...Śród cierni mego żywota,Myśl twoja — gwiazdka to złota,Przed któréj blaskiem noc kona.

W krysztale rady twéj, na dnie,Zbawienia widzę świt błogi,Chmar fala pierzchnie z méj d ogidrogiTrosk brzemię z ramion mych spadnie!Fryderyk da dłoń Aurorze!O! radość to niepojęta!By razem złączyć dwa święta,Dzień ślubu mego odłożę!...

Niech Wasza Wysokość raczyPomiędzy mną a ZefiremRozdzielić swe podarunki,Bo godni siebie jesteśmy;I nie wiem, który z nas obuPrzewyższył lotem drugiego:Czy-m ja jest wichrem — czy on mną,Ozy w nogach moich on — czy téżJa-m w skrzydłach jego się skrywał.Księżniczka a pani mojaPrzybywa zdrowo — a chociażWieść mówi, że strumień dzikiZ brutalstwem nieokrzesanémKaretę napadł — nic z tego,Bo hrabia, w téj saméj chwiliPrzybywszy, księżnę ocalił.Wypadek ów zmienić musiMniemanie to pospolite,Że nigdy się z pasierbamiMacochy zbratać nie mogą:Toć oni z taką radościąWracają społem, że zda się,Syn z matką swoją rodzoną.

Harmonia ta, mój Batinie,Jest dla mnie drogą nowiną,Więc Pan Bóg chciał, by Fryderyk,

Za głosem idąc rozumuKasandrę czule powitałI przy spotkaniu najpierwszém,Wyświadczył zaraz przysługę!

Wypada przyznać, że dla nichSpotkanie to szczęściem było.

I ja-bym nowin téż chciała.

O! imię twoje, Auroro,Wyborną daje sposobność,By cię z jutrzenką porównać.O czémże wiedzieć chcesz, pani?

Kasandra czy bardzo piękna?

Pytanie to — nie seniorzePrzystoi, ale książęciu.Ja-m pewien, że już z rozgłosuTo wiecie, czego powtarzaćNie trzeba, gdyż oto idą...

Ten łańcuch zawieś na szyi.

W ogrodzie tym, o senioro,Pawilon przygotowanyNa Wasze z księciem spotkanie.Lecz chociaż wjazd do FerraryOdbędzie się z wspaniałościąW Italii dotąd nieznaną,Zasługom twym nie wyrówna.

Milczenie to, Fryderyku,Już smutkiem pierś mą przejęło.

Znasz teraz jego przyczynę.

Wychodzą już na spotkanieAurora z księciem.

Me serceTe państwa tobie oddaje.Bądź odtąd ziem tych władczyniąI niechaj Pan Bóg twe życie,Dla szczęścia twoich poddanych,Zachowa przez długie lata.

Przybywam, potężny panie,By twoją być niewolnicą,Ztąd splendor na dom mój spływa,I zaszczyt ojcu mojemu,I ziemi rodzinnéj chwała!Bodajby tylko me cnotyZ twojemi zrównać się mogły!

Markizie, pójdź w me objęcia,Wszak tobie skarb ten zawdzięczam.

Należą mi się w jéj imięZa udział, jaki przyjąłemW hymenie twojego szczęścia.

Aurorę poznaj, Kasandro.

Śród innych łask méj fortunyI tę umieszczam nadzieję,Że przyjaźń swoję AuroraZachowa dla mnie — na zawsze!

Usługą swą i miłościąOdpowiem na te wyrazy.Zaiste szczęsna Ferrara,Że cię zaskarbić umiałaDla chwały swego imienia.

Z przyjęcia tak serdecznegoPomyślność wróżę dla siebie.

Racz spocząć — dom mój i krewniNależny hołd ci tu złożą.

A hrabia czemu nie siada?

On będzie najpierwszym, któryTwą rękę dziś ucałuje.

Wybaczcie, lecz téj pokoryNie mogę przyjąć.

ZgrzeszyłbymPrzeciwko swojéj miłości,A nawet i posłuszeństwu.

Bynajmniéj.

Idę, drżąc cały.

Powstańcie.

Pozwól, senioro,Potrzykroć dłoń ucałować:Dla ciebie naprzód, bo twoimPoddanym będę na zawszeI twych wasalów przykładem.Ten drugi dla księcia pana,Którego czczę i szanuję.A trzeci dla mnie, bo hołd tenOddaję nie z obowiązku,Nie prawom ojca posłuszny,Lecz własną spełniając wolę.Prawdziwy hołd mój, senioro,Bo z głębi duszy wypływa.

Na szyję, tak mi oddanąZa łańcuch, ramiona kładnę.

Fryderyk godzien pochwały.

Oddawna, piękna Auroro,Twych wdzięków sława jest dla mniePragnieniem twego widoku.Więc dzięki składam fortunie,Że mię do ciebie zbliżyła.Spełniły się już me chęci,Lecz dzisiaj wyznam, choć z trwogą,Że wobec piękności paniPragnienie, by istnieć dla niéjW mem sercu już się zdwoiło.

Téj łaski ważność, markizie,Ocenić umiem, twe imię,W Italii tak już wsławione,Mówiło mi o twych czynach.

Twą łaską więc ośmielonyDo ciebie odtąd należę.Wbrew wszystkim Ferrary panomObjawię w czasie tych godów,Że jesteś ty najpiękniejsza.

Odpocząć czas wam, panowie.

.Szalona to wyobraźnia!

Szalona? cóż tam nowego?

O! dobrze mówią, że życieJest snem i to snem jest całe,Gdyż człek nie tylko w uśpieniu,Lecz nawet czuwając, we dnie,Tak straszne śni dziwolągi,Że równe i nędzarzowi,Zgryzotą przygnębionemu,Do myśli przyjść-by nie mogły!

Przyznaję, bo nieraz przecie,Śród licznych siedząc przyjaciół,Z fantazyi chciałbym jednemuPoliczek nagle wymierzyć,Lub gardło zdusić innemu.Gdy stoję znów na balkonie,To mniemam, trwogą przejęty,Że spadnę zeń i kark skręcę.Gdy idę na pogrzeb jaki,Do śmiechu czuję ochotę.Jam graczów widząc, gotowyŚwiecznikiem rozbić im głowy.Śpiewają — ja śpiewać pragnę.Gdy damę jaką spostrzegę,W szalonéj imaginacyiZa włosy wziąć ją zamierzam,I wstydem twarz mi się krwawi,Jak gdybym to już uczynił!

O Boże, ratuj! Ha, zgińcie,Widziadła straszne na jawie!Jaż myślę tak i tak marzę?Tak sobie przyrzekam... roję...I takie wysnuwam plany?!Ha! dosyć! straszne szaleństwo!

Ukrywasz ty coś przede mną!

To przecież nie rzeczywistośćCóż więc przed tobą ukrywam?Wszak myśl fantazyi zuchwała,To duch pozbawiony ciała,A co jest snem człowiekowi,Tajemnic już nie stanowi.

A jeślibym cię odgadnął,Zaprzeczysz?

O! raczéj wprzódyNim zgadniesz to, kwiat na niebieA gwiazdy w sadzie wyrosną.

Więc słuchaj, czy ja się mylę:Że kochasz swoję macochę,Toś mówił dziś sam do siebie.

Przekleństwo! milcz, straszna prawda!Czyż mogę obwiniać siebie,Gdy wolna myśl.

I tak bardzo,Że w locie jéj błyskawicznymI ludzkich dusz nieśmiertelnośćPrzegląda się jak w zwierciedle.

Szczęśliwy książę!

To prawda!

Kto wierzyć zechce — a jednakO niego ja-m już zazdrosny!

I nie dziw, gdy człowiek wspomni,Że lepiéj było KasandrzeDla ciebie żyć.

Z téj miłościGrób tylko mnie już uleczy.

Wysokość Wasza, przyznaję,Przejęła pierś mą zdziwieniem.

Wysokość jest marnym cieniem,Gdy smutek serce nam kraje!O ja-bym raczéj wolałaByć chłopką, a w każdéj dobiePosiadać męża przy sobie,Niż w pańskich wygodach ciała,Przy blasku złota, purpury,Pod tarczą królów korony,Prowadzić żywot ponuryMałżonki lekceważonéj!...Czemuś mię, o wielki BożeProstaczką nie stworzył biedną,Dla któréj miłości zorzeWśród nędzy nawet nie bledną.Szczęśliwa ta, która może,Nie będąc jak ja zdradzaną,Z uśmiechem słodkim co ranoMałżeńskie opuszczać łoże!

A wstawszy razem z ptaszkami,W przejrzystém źródła krysztaleOglądać ust swych koraleI myć się wodą... nie łzami!...Dla księcia czémże jest żona?Ozdobnym sprzętem — nic więcéj.I musi osamotnionaZamierać w celi książęcéj!

Twa boleść — i podziwieniaI smutku nicią myśl wiąże.Któż mógłby mniemać, że książęI teraz wad swych nie zmieniaI że w swéj wzgardzie a dumieByć grzecznym nawet nie umie!A ojca, czy księżna pani,Już o tém zawiadomiła?

Broń Boże, wieść ta niemiłaRodzica mego nie zrani.

Naturze wbrew, rozumowiZostałaś książęcia żoną;O czemuż FryderykowiKasandry nie poślubiono!Przynajmniéj spadek bogatyNa wnuka przeszedłby z laty.Okropna zgryzoty mękaWidnieje z hrabiego twarzy!

Daremnie hrabia się lęka,Że braćmi los go obdarzy.Kasandra nigdy nie będziePrzyczyną trosk Fryderyka.Obawa próżna — w tym względzieJednaki grom nas dotyka.

O hrabio, gdybym był wiedział,Że ślub mój tak cię zatruje,Przed ślubem umrzeć-bym wolał!

Ja-bym się martwił tém ojcze,Lub wątpił o twéj miłości?Zbyt przykre to przypuszczenia!Nie wątpisz chyba, mój ojcze,Że gdybym cierpiał z téj racyiSwą niechęć ukryłbym snadnie!Chorobę widać z méj twarzy,Przyczyny — nie!

MantuańscyLekarze a i FerrarscyZgadują, godząc się na to,Że na twój smutek jedynémLekarstwem hymen być może.

Dla dziewczyn trafny to środek,Lecz mego stanu młodzieńcomLekarstwo takie — zbyteczne.

I spojrzeć książę nie raczy!Brutalstwo dziwne i wzgarda!

Nie winien, jeśli nie dostrzegł.

Ha, pójdźmy! Bodaj mu tylkoTa wzgarda nie zaciążyła.

Bez względu na to, chciałbym ciMałżeństwo zaproponować,Nie nazbyt od serca twegoI naszych państw oddalone.

Aurora może?

Myśl mojęWyprzedzasz w chwili wyznania,Jak gdybyś jedno czuł ze mną.Radziłem się najmądrzejszychDoradców moich i wszyscyPrzyznają, że to małżeństwoTwą krzywdę hojnie nagrodzi.

Nie znają mojego sercaI mówić śmią, żem skrzywdzony,Gdy nie ma przyczyn obrazy.Wszak wiedzą, że nigdym nie byłMałżeństwu twemu przeciwnyI owszem, ja go pragnąłemDla ciebie.

Wierzę ci, wierzę.Uległość twoję, mój synu,Opłacam troską sumienia.

Na dowód, że twe małżeństwoNie budzi we mnie zgryzotyI że twéj miłości pragnę,Wybadam zamiar kuzynki,I jeśli ona się zgodzi,Jak pragniesz — zrobię.

Jéj słowoSam z ust Aurory posiadam.

Ja jednak wiem coś nowego,Że markiz z miłości dla niéjSwój pobyt u nas przedłuża.

Cóż cię to może obchodzie?...

Miéć damę, która skwapliwieUmizgi innych przyjmuje,To... pisać na zmiętéj karcie!...

Więc chyba już od kolebkiDziewczęta zamykać trzebaPrzed wzrokiem chłopców skalanym.Wszak kryształ najszlachetniejszy,Gdy przyćmi go oddech ludzki,Potarty — wnet świetność swojęI dawny blask odzyskuje.

Uwagi twe sprawiedliwe,Lecz kiedy kuźnia, seniorze,Iskrami zionie gęstemi,By ognia żar stłumić groźny,Na węgle kowal płyn leje.Lecz ogień wodę pochłonieI węgiel znów żarem zionie!Tak i mąż pierwsze płomienieWybranéj złagodzić może,Lecz ogień wróci groźniejszyI wówczas lękać się muszęJeżeli kocha innego,Bo nie mam chęci być wodą,Jéj miłość potęgującąKu krzywdzie mego honoru.

Jak śmiesz być impertynentem,Tak mówić mi o AurorzeBrutalsko, jakby o nocy...

Lecz pozwól...

Dosyć.

Na chwilę.

O! zręcznie zdobywasz łaskęKsiążęcia.

Chcę téj niełaski,By zwiększyć swoję niedolę.Wszak rozpacz moja tak wielka,Że teraz nic mi już więcéjPrócz śmierci nie pozostało,A jeśli umrę, to chciałbymZmartwychwstać potysiąckrotnie,By umrzeć znów tyle razy.

Gdy hrabia ani żyć teraz,Nie pragniesz ani umierać,Więc dzisiaj życia i śmierciZostałeś hermafrodytą!Z niewiasty on się i z męża,Ty z życia składasz i śmierci;Bo tak cię smutek owładnął,Żeś ani martwy, ni żywy.Lecz przebóg, widząc tę rozpacz,Zmuszony jestem poprosićLub o przyczynę nieszczęścia,Lub wreszcie o pozwolenieOdejścia na takie miejsce,Gdzie wierność wynagradzają.Daj rękę twoję.

Batinie,O gdybym chciał wyznać troskę,Możliwą byłaby ona

I kres jéj byłby możliwy!Nieszczęściem ta troska mojaNie tylko w głowie, lecz równieżI w sercu się rozpostarła.Gdy dla swéj pociechy pragnęPomówić, wnet się wstrzymuję,Bo od słów daléj do duszyNiżeli z ziemi do nieba.Więc odejdź, jeżeli pragniesz,I zostaw mnie tu samego;Niech wreszcie szczęścia mojegoOstatnia zgaśnie iskierka.

I tego płaczesz?

Senioro,Czyż mały powód? wszak hrabiaPogardza mną — nienawidzi.Mniemając, że margrabiemuGonzaga jestem wzajemna.Karola kochać?... ja?... nigdy!...O! wiem ja już, co to znaczy!Małżeństwem ojca zgnębiony,Odjechać chce do Hiszpanii.Wszak dawniéj dla źrenic jegoJa byłam światłem jedyném,Dziś wzrok mój męczy go, nudzi...Jest-że tu drzewo, fontanna,Przy której-by mi FryderykMiłości swéj nie przysięgał?O jakże usta me z różą,A czoło bratał z jaśminem!Był zawsze przy mnie, bo przecieżBeze mnie wyżyć-by nie mógł,Bo jakże istnieć bez duszy!Tak było... więc miłość naszaDo takiéj wzrosła potęgi,

Że jedną duszą byliśmy.A dzisiaj miłość ta świętaZa zdradą jego umiera.

Boleję, droga Auroro,Żem w części tego przyczyną,Lecz ukój boleść twéj duszy,Ja sama z nim się rozmówię,Choć nie jest rzeczą zbyt łatwą,Do ładu przyjść z zazdrosnemi.

Zazdrosny on?

O markiza...Tak książę twierdzi...

O pani!Racz wierzyć, że smutek jegoDziecięciem nie jest miłości.

Fryderyk...

O księżna pani!Racz podać niewolnikowiDłoń swoję.

Ty na kolanach?!Poniżasz siebie, mój hrabio!

Chcesz skrzywdzić uczucie moje?Jeżeli odmówisz ręki,Nie wstanę.

Oto me dłonie!Przez Boga, co ci się stało?Zda mi się, że ty drżysz, hrabio.

Wiesz o tém, czego ja pragnę...Duch odgadł i wyznał sercu,A serce twarzy, twarz wreszciePrzed tobą drżenie zdradziła.

Na chwilę zostaw nas samych,Batinie, gdyż pragnę z hrabiąPomówić.

Hrabia zmieszany,A ona chce z nim tu zostać.To dziwne...

Boże, nim umręJak feniks, złagodź ten płomień,Bo inne życie mię czeka.

Aurora, mój Fryderyku,Mówiła, że jad zazdrościPożera pierś twą od chwili,Jak markiz przybył tu ze mną,I że z nią zerwać zamyślasz.Choć temu wierzę, lecz przyznam,Że nazbyt nizko się cenisz;Boć markiz jest tylko dzielnymŻołnierzem, lecz nie dworakiem!Ot może raczéj dlategoTyś smutny, że ojciec ze mnąŚlub zawarł i, że gdy na światPotomek przyjdzie niebawem,Już wtedy ojców koronaDla ciebie będzie stracona.Jeżeli-ć ja, Fryderyku,Trosk twoich jestem przyczyną,To pragnę wywieść cię z błędu.

Bądź, hrabio, odtąd spokojny,Braciszków już mieć nie będziesz,Gdyż książę pragnął jedynieTym ślubem kraj uspokoić.Występne jego uciechy,(Że ich nie nazwę inaczéj),Przez chwilę tylko — w objęciachMałżonki zostać mu dały.Ta chwila była dlań wiekiem,Więc z większą jeszcze wściekłościąDo dawnych wrócił nawyknień,Druzgocząc ramion mych więzy.Jak koń pierzchliwy, gdy biegnieZa głosem bębna spienionyI drobne wędzidła szczątkiZostawia wszędzie za sobą;Tak książę, zerwawszy święteMałżeństwa naszego węzły,Za nędznic goni śladami,Honoru trwoniąc ostatki.Wszak prawda więc, że jedynymPotomkiem ojca — ty będziesz.Tyranem on jest — nie mężem!Do ojca mojego piszę,By wyrwał mię z tego piekła,Gdyż chyba śmierć niedalekaZgryzotę moję zakończy.

Wysokość Wasza, zacząwszyOd uwag — łzami skończyłaTę mowę, która-by skałyPoruszyć była w możności.Co słyszę?... O! bez wątpieniaSądziłaś, że widzisz we mnieKrzywd swoich sprawcy potomka!Lecz wobec takiéj zniewagiSynowskich uczuć się zrzekam!...A teraz zdziwienie swojeWyrazić muszę, żeś paniMą boleść tak poziomemiWzględami wytłómaczyła.Czyż, aby, czém jest, pozostać,Fryderyk państw potrzebuje?

Czyż nie miałby ich, z AurorąMałżeńskim węzłem złączony?Lub szpadę z pochew dobywszyPrzeciwko któremu z książąt,Straconych nie mógł wnet krainW zapasach krwawych wywalczyćMój smutek nie z interesuWypływa — i choćbym nawetSzaleńca otrzymał miano,Wiedz pani, że nędzniejszegoNikt z ludzi nie pędził życiaOd czasu, jak miłość na światPociski swe wyrzuciła.Umieram już bez ratunkuA życie moje, co chwila,Jak płomień gromnicy gaśnie.I błagam śmierci napróżno,By nie czekała aż woskuOstatnia spali się kropla;Gdyż lekki powiew wystarczy,By w noc mię wtrącić głęboką.

Powstrzymaj łzy, Fryderyku,Bóg mężów nie płaczem darzy,Lecz duchem odwagi pełnym.Łzy — kobiet są przywilejem,Bo chociaż mają odwagę,Na sile zbywa im zawsze!...A mężom wtedy jedyniePrzystoją, gdy straconegoHonoru pomścić nie mogąI Przeklęta bądź, Auroro,Że zazdrość wzniecasz, przez którąTak dzielny rycerz, tak piękny,Kochania tak najgodniejszy,Piekielne znosi męczarnie!...

Tyś w błędzie — to nie Aurora!

Więc któż to?

Słońce, z któregoJutrzenki blade powstają.

To nie Aurora?!

Myśl mojaSzybuje daleko wyżéj.

Dziewica ujrzała ciebie,Wyznałeś jéj swoję miłość,A ona-by wzajemnościąOdpłacić tobie nie miała?Sprzeczności pełne twe słowa;Co mówisz, jest niemożebne!

Poznawszy to „niemożebne“,Przyznałabyś, żem z marmuru,Że gdy mię takie zgryzotyNie zgnębią — to żyję cudem!...

Czy może ogień miłości,W posągu jakim chcesz wzniecić?Czy w nimfie alabastrowéj?Serc kobiet, opancerzonychTak silnie, trudno napotkać!Zasłona lekka pokrywaKażdego człowieka myśli!O nigdy miłość, złączonaZ takiemi zalet skarbami,Do piersi nie kołatałaNapróżno, żeby jéj serce„Wejdź do mnie, proszę“, nie rzekło.Więc wyznaj miłość bez trwogi!Grekowie nie bez przyczynyWenerę czasem kreśliliU stóp satyra lub faunaA Febus z łoża srebrnegoPo tysiąc razy na Hatmos,Przybywał do Endymijona.Mą radę chciéj spełnić, hrabio,Gdyż i najczystszy budynek,Ma jednę bramę woskową.Mów i nie umieraj milcząc.

Przemyślny łowiec pod gniazdo

Podkłada ogień; pelikanIndyjski, by dziatki swojeOcalić, bije skrzydłamiI zamiast ogień przygasić,Dopóty wznieca płomienie,Aż skrzydła sobie spaliwszy,W niewolę wpada nieszczęsny.Tak! myśli moje — to dzieciMiłości, których pilnujęW milczenia gnieździe, bo onePłomieniem są zagrożone.Uderza miłość skrzydłami,A zamiast je oswobodzić,Roznieca płomień i ginie!...Ty zwodzisz mię — a ja ginę...Podniecasz — ja zmysły tracę...Odwagą tchniesz — a ja-m w trwodze...Uwalniasz — a ja się plączę...Porywasz ty mię — ja padam!Tak wielkie niebezpieczeństwoMi grozi, że wolę raczéjUmierać, milcząc, bo przecieŚmierć kończy wszystko na świecie.

Dla biednych ludzi spokoju,Na ziemi Bóg nic nie stworzyłGorszego nad wyobraźnią;Wszak ona ogień w lód zmienia.W barwę pragnienia odziana,Wyradza pokój lub wojnęI dręczy i uspokaja.Jest dziwnym rodzajem duszy,Co świeci mniéj niż zaciemnia!Uragan nie stwarza tyluZamętów najprzeróżniejszych,Jak owe prawdy zamglone,Co w naszéj tkwią wyobraźni.

Bo nie ma nic straszniejszego,Nad wichry w piersiach wyjące.Gdy myśleć sobie pozwolę,Że ja-to kocham hrabiego,Złudzenie szepce mi samo,Że taka myśl niemożliwa.Lecz nagle mój los fatalnyMałżeństwo mi przypominaI wówczas to, co dziś czuję,Potrafię usprawiedliwić;Bo nie masz niemożebnościTak wielkiéj, żeby się ciałemNie zdała źrenicom myśli!...Tak ważne względy mię łudzą,Przywodząc ciężkie zniewagiOd męża barbarzyńskiego,Że chyba zmysły postradam!Niemożność łatwą się zdajeTak, że nakoniec w gorączce,Już widzę siebie pomszczoną.Lecz taka myśl jest występkiemI z po-za méj namiętnościJuż ostrze szpady wygląda.Przymioty hrabiego wielkie,Lecz większą byłoby zbrodniąDać upust téj namiętności.Dość już téj trwogi i błędu.Niebiosa pomoc ześlijcie!Kto myśli — wszak nie upada!Bo niktby nie znalazł w świecieCzłowieka honorowego,Jeśliby myśl o zniewadzeJuż była jéj dokonaniem!...Dotychczas ani me serce,Ni honor mój nie pobłądził,Gdyż grzeszne moje pragnienia —To widma czcze wyobraźni:Występkiem są wobec Boga,Honoru jednak nie krzywdzą!

Wysokość Wasza tak długoMówiła tu z Fryderykiem.Cóż hrabia?

Twierdzi stanowczo,Że miłość twoję podziela.Oszczędzaj zazdrość hrabiego;On tego tylko pożąda.

O jakże marną pociechąGwałtowność uczuć chcesz stłumić!Czyż może człowiek, któregoMiłości tak byłam pewną,Do tego stopnia się zmienićZ téj racyi, że go zawiodłoDziedzictwo tronu Ferrary?...Miłości tak wszechpotężna!Dla ciebie wszystkiém się gardzi:Honorem, życiem i duszą!A hrabia teraz umiera,On, który mię tak ukochał,Jedynie dzięki obawie,Że księżna zostanie matką.Lecz — skoro, by ukryć prawdę,Wymyślił zazdrość mniemaną;Więc żeby uśpioną miłośćRozbudzić, na prawdę zazdrośćWywołam dziś o markiza.

Chłód taki już-by powinienZ nadziei wyzuć cię śmiałéj.

Milczenie... Widzisz Rutillo?Aurora!

Tracisz odwagę,Bądź mężnym w téj przeciwności!

Jutrzenką tyś dnia jasnego,Dnia, w którym oczy me wolnośćOddały moję wraz z dusząAurorze, dla któréj słońceZazdrości — a wszystkie kwiatyŚwietlaną barwę przyjmują.Od chwili, jak tu przybyłem,Twa piękność, co wszystko zwalcza,I moją stała się gwiazdą.Niestety, ja kocham panią,A ciebie miłość ta nuży.Więc wrócić postanowiłem,Lekarstwo to jest najlepsze!Wypędza mię twa surowość,Bym w czarnem gdzieś oddaleniuMógł znaleźć jeszcze pociechę.Daj rękę na pożegnanie!...

Ten rycerz, który nie umieSił zebrać po pierwszéj klęsce,Ze smutku pewno nie umrze!Na pierwszy objaw uczucia,Nie śpieszy nikt z wzajemnością.Miłości trzeba być pewną.Z tą samą swobodą, z jakąPan odjazd swój zapowiadasz,Ja proszę, żebyś pozostał.

Za dowód ten łaski twojéjNie tylko dziesięć lat, którychDla wzięcia Troi użyto,Nie tylko siedm lat pasterza,Któremu Laban biblijnySwój klejnot boski obiecał;Lecz pragnę przez długie wieki,Jak Tantal zostać przy tobie.

Najwyższy kapłan mi pisze,Bym śpiesznie przybył do Rzymu.

Przyczyny list nie wyjaśnia?

Za całą odpowiedź muszęNatychmiast w drogę wyruszyć.

Ukrywasz powód; więc milczę.

Czym kiedy krył co przed tobą?Przypuszczam tylko, że papież,Gromadząc wojsko na wojnę,W Italii mnie chyba myśliKościoła zrobić obrońcą;A nawet przypuszczać można,Że kasy mojéj zażąda.

Ukrywasz myśl twą, jeżeliSam jechać myślisz, o pozwól,Bym tobie mógł towarzyszyć;Najlepszym będę żołnierzem!

To być nie może, bo jakżeDom bez nas obu zostanie;Ty rządu wodze wziąć musisz,To powód — i wola moja.

Wypełnić muszę ją — aleCo powie świat — na tę gnuśność...

Że być nie mogło inaczéj.

I czego szukasz, myśli niemożliwa,Okrutna, czego dręczysz mię tak srodze?Dlaczego po téj chcesz mię unieść drodze,Gdzie uraganom na odwadze zbywa!...Szalony bieg swój wstrzymaj, nieszczęśliwa,Obojgu śmierć nam zgotujesz okrutną;Wypocząć pozwól, bo w duszy méj smutno,I nie rwij marzeń świetlanych przędziwa!Zażegnaj straszne cierpień uraganyDławiące piersi — męką bezcelową.Nadzieję budząc, krew dobywasz z rany!...Przepadnij, myśli szatańska, wraz z głową,Z mych oczu wzięłaś swój żywot skalany,By zostać wiecznie straszną, torturową!

Uczucie moje, szarpaneTo hańbą to zemsty tchnieniem,Po wielu rozpaczy walkachWybucha, siejąc wbrew czci méjNadzieje trucizny pełne!Na gruncie imaginacyiZałożyć chce fundamenty,Jak gdyby on był widzialny.Pragnienie czcze i szalone!Ma dusza, którą zniewagiKsiążęcia pchają do złego,

W szalonem postanowieniuChce zemstę znaleźć — i szczęście!Uroczy syn jego, hrabia,Narzędziem zemsty méj będzie,Bo zbrodnia tak niesłychanaWymaga i tajemnicy!Widziałam jak tu wzburzony,Był gotów wyznać mi wszystko,I nagle urwał, a przecieżMężczyzna śmieléj dalekoMilczeniem przemawiać umie.Ta scena radość w méj duszyZbudziła tak nieskończoną,Jak gdyby ktoś szeptał we mnie...Gdzie miłość — nie ma tam zdrady!Są dziewki, które kochająSwych ojców, inne swych braci;Lecz ja nie krzywdzę natury,O własnéj krwi pamiętając.

To hrabia!... O nieszczęśliwa!...Gotowa-m wszak do obronyI czegóż drżę?...

Ach! przybywaMiecz słodki, choć obnażony,Co serce wskroś mi przeszywa!...O ty nadziemska piękności!...

Czyż rozpacz wciąż tobą miotaI smutek w twém sercu gości?

Niezmienna to już zgryzota,Proszę Waszéj Wysokości!

Ten smutek pochłania zdrowieI postać nawet masz chorą!

Trosk zamęt wściekły w méj głowie,Nic język o nich, senioro,Prócz, że są własne, nie powie.

Czy ja-bym mogła z twéj twarzy

Rozproszyć noc, o mów śmiałoI Twą miłość — moja przeważy.

Roztworzyłbym duszę całą,Lecz trwoga stoi na straży!

Trosk twoich miłość przyczyną,Powiadasz...

Ból mój i chwałaZ jéj tylko srogości płyną.

Że miłość śmie być zuchwała,Mam z dziejów powieść jedyną.Antyjoch, rozmiłowanyW macosze, aż w oczach ginie;Z sercowych udręczeń rany...

Zmarł?... To mógł zrobić jedynie.Mój bardziéj los niezbłagany!...

Myśl ojca w smutku spowita,Lekarzów tłum się gromadzi,Lecz któż chorobę odczyta,Cierpieniom kto tam zaradzi,Gdzie miłość nurtuje skryta!Erostrat aż, co z księgamiNiż Galen więcéj zbratany,Poznawszy się z cierpieniami,Odgadnął, że źródło ranyMiędzy sercem — i ustami.Chorego puls wziąwszy woła,Niech damy dworskie się zbiorąCzémprędzéj...

Myśl-to wesoła...Czyż mam przypuszczać, senioro,Że jaki duch mówić zdoła?

Gdy weszła jego macocha,Z pulsowych uderzeń mowyRozpoznał, że pacyent kochaNa zgubę...

Podstęp-to nowy!

Historya to jest Antyocha.

I zbawił go od cmentarza?

Zaprzeczysz, mój hrabio, aleI tobie los ten zagraża!...

Gniew może wzbudzę twój...

Wcale.

A litość?

O tak!

Nie zrażaTwój wyrok; więc słuchaj pani,Ja-m bojaźń utracił bożąI księcia, bo miłość raniWystępna, a serce trwożąJéj szały — ja zginę dla niéj!

Bóg... książę... o dwa te słowaŚmiertelném przejmują drżeniemI szepce mi myśl grobowa,Że kto wziął rozbrat z sumieniem,Od kary się nie uchowa!...Jedyna jest na to rada,Twych oczu zrzec się i mowy.O wtedy... coś mi powiada,Lub troska zniknie nam z głowy,Lub śmierć tu zjawi się blada.Ode mnie stroń... Bóg przebaczy...Uciekać... ja?... nie!... nie mogę,Pierś sobie otworzyć raczéj!...

Ja-m w śmierci gotów iść drogę,Żyć dłużéj wartoż w rozpaczy?...Choć raz mi podaj dłoń jeszcze,

O! błagam, nie broń mi tego,Co śmierci sprowadza dreszcze!...

Wszak prochu przed ogniem strzegą.

O! precz te myśli złowieszcze!...

Nim podam — uprzedzić muszę,Że łatwo jad przejdzie z dłoni,By zatruć na wieki duszę!

Syreną śród morskiéj toniTyś dla mnie i na katuszeTwéj pieśni dźwięk mię porywa!

Więc zginąć trzeba?... Honorze,Twa pomoc mi nie przybywa!...

Któż takie męki znieść może!...

Ha! zmysły strać nieszczęśliwa!

Mówiłam prawdę, markizie.

Uwierzyć temu nie mogę.Miéj baczność, czy kto nie słuchaI rozważ dobrze, co mówisz.

By rady twojéj zasięgnąćOdkryłam tobie tę zbrodnię.

Jak mogłaś więc Fryderyka,Z Kasandrą widzieć?

Posłuchaj.Wyznaję, żem ja hrabiegoKochała, choć stał się dla mniePodlejszy niż Grek Ulises.Uczucie z laty wzrastało.Gdy jechał po swą macochę,Przysięgał, że mnie zaślubi;Lecz wrócił z drogi tak smutny,Że gdy mu książę przypomniałNasz projekt — stale odmówił,Tłómacząc zdradę zazdrością,

Przez ciebie w nim rozbudzoną.Że zazdrość, mówią, jest bodźcemMiłości, więc przyjmowałamZabiegi twoje, Karlosie;Lecz serce miłości próżneMa twardość dyamentu, któréjZazdrości jad nie przegryza.Pragnęłam znaleźć przyczynęObojętności hrabiegoI takiéj dla mnie pogardy.Ma zazdrość wzrok ostrowidza,Co mury przenikać umie;Zbyt długo więc nie czekałam!...Kasandry gabinet własnyZ dwu składa się buduarów,Naprzeciw siebie leżącychI — zamiast obić — lustramiPokrytych kryształowemi.Gdym dziś do drugiéj komnatyWstąpiła, w lustrach przed sobąSpostrzegłam widok okropny,Jak z ust Kasandry FryderykRóż zbierał żniwo obfite.Zgnębiona widokiem zdradyWybiegłam — własną niedolęI zbrodnią tych opłakując,Co podczas wyjazdu księcia,Oddani ślepéj miłości,Publicznie toną w rozpuście,Śród nagich Kafrów nieznanéj!...Zdawało się, że zwierciadło,Uściski ich odbijającZmroczyło blask swych kryształów!...Lecz miłość moja ciekawieŚledziła postęp ich hańby,Więc każdy czyn wiarołomcówGotowa-m stwierdzić dowodem.Podobno książę przybywa,Zwycięztwa laurem uwieńczon,Odparłszy bronią walecznąRzymskiego pasterza wrogów.Co czynić, poradź, markizie?By większych nieszczęść uniknąć.

Jeżeli miłość, o któréjMówiłeś, jest godną wiary;Tak jestem dziś nieszczęśliwa,Że zechcesz może w hrabiegoPójść ślady i mnie zawiódłszy,Ferrarę śpiesznie opuścić!...

Na jednę śmierć niezwalczonąLekarstwa nie ma, Auroro.Proś księcia, by dał mi ciebie,Pojedziem wnet do Mantui,Dalecy od niebezpieczeństw.Jeżeli tygrys, przez łowcaZe szczeniąt osierocony,Nie mogąc dziatek odzyskać,Pod strasznéj boleści wpływemNa oślep rzuca się w morze;Cóż zrobi Achil ferrarskiW obronie czci i honoru?...Zniewaga taka, Auroro,Krwią tylko obmyć się może,Jeżeli wprzód niebe samoRozpusty ich nie ukarze,Na takich olbrzymów hańbyZsyłając żywe pioruny!...Czy zechcesz przyjąć mą radę?

Myśl moja, w trwodze spowita,Przyjmuje radę z ust twoich.

Ten kryształ, w któryś spojrzała,Zostanie dla nowéj CyrcyMeduzy straszném zwierciadłem.

Co mówisz?... więc nie pozwolił,Na swoje wyjść nam spotkanie?...

Zaledwie książę pan spostrzegłGranice swe upragnione,Gdy świtę swą opuściwszy,Na koniu przodem pośpieszył;Nie mogąc dłużéj hamowaćPragnienia twego widoku.A chociaż do księżnéj takżeZatęsknił, lecz miłość jegoDla ciebie — wszystko przewyższa!...Tyś słońcem oczu książęcia,Więc ciemność czteromiesięcznaWywiodła go z cierpliwości!...Ty, hrabio, wjazd tryumfalnyPrzygotuj, gdyż wojska jegoPrzybędą z mnóstwem trofeów.

Aurora zawsze w mych oczachZ markizem?

Zręczna uwaga!...

Dlaczegóż głosem tak zimnymNa skargę mą odpowiadasz?

I zkądże cud ten, że markizNa przykrość dziś cię naraża?...Tyś chyba nagle się ocknąłPo drzemce czteromiesięcznej!...

Ja nie wiem, hrabio, i nigdymNie wiedział o tych uczuciach,Z jakiemi dziś występujesz.Aurorę-m kochał, nie wiedząc,Że miałem współzawodnikaI że rywalem mym hrabia,Któremu wszędziebym pragnąłUstąpić... okrom miłości...Ja-m nigdy nie widział panaU stóp jéj, a dziś wymagasz,Bym ja ustąpił... o słusznie!

Jéj cnoty przy twoim bokuZyskają więcéj niż przy mnie!

Co myślisz, zrozumieć trudno!Szaleństwo chyba nie miłośćDo tego zmusza cię kroku!Wszak tyle razy widziałeś,Jak markiz rozmawiał ze mnąOd chwili smutku twojego,A nawet długo i potem,A nigdyś na mnie nie spojrzał,Nie przyszedł pomówić ze mną;A dziś, gdy hymen mię czekaPrzybywasz zbrojny zazdrością?To dziwne, hrabio! Wiédz o tém,Że raczéj umrę, niż kiedyUwierzę w to, co udajesz.O! powróć do smutków swoich,Spokojem uwodź pozornym,Twa wzgarda bardzo głębokoW méj duszy się zagnieździła!...Przestałeś już istnieć dla mnie,O kłamco... niech cię Bóg strzeże.Zapóźno.. moja osobaByć twoją już dziś nie może!

Coś zrobił?...

Nie wiem, na honor!

Podobnyś do TyberyuszaCesarza, który skazawszySwą żonę na śmierć, po kaźniPolecił, siedząc przy uczcie,Zawołać żonę do stołu.

Mesala, pewien Rzymianin,Zapomniał swego nazwiska!

A ja — że jestem człowiekiem!...

Przywodzisz mi téż na pamięćWieśniaka, który w dwa lataPo ślubie, rzekł do małżonki:„Masz czarne oczy, senioro“?

Batinie, straszna ma rozpaczZda mi się, że zmysły stracę!

Podobnyś do Biskajczyka,Co muła w uździe zostawił,A widząc, że mimo pieszczotZgłodniałe zwierzę jeść nie chce,Końskiego prosił Galena,By zechciał zbadać pacyenta.Ten widząc muła z wędzidłemWyprosił wnet BiskajczykaI ściągnął uzdę mułowi.Gdy wrócił pan, w całym żłobieNie było ani ździebełka;A nawet muł, zjadłszy słomę,Zgłodniały wziął się do żłobu!— Na Boga — wołał Biskajczyk,Doktorów nie chcę!... Już odtądJa z mułem będziemy zawszeZasięgać rady u pana!...Jak nazwać tę uzdę, któraJeść tobie teraz nie daje?I jeśli lekarz być może,Dlaczego wzdragasz się jeszcze?

Ja-m stracił świadomość siebie:

Więc zostaw owies w spokojuI więcéj o tém nic nie mów.

Przybywa już?

Tak, senioro.

Tak śpiesznie?

Żeby cię ujrzeć,Swą świtę całą zostawił.

O! nie wierz temu — co do mnieTo chętniéj śmierć-bym ujrzała!

Więc, hrabio, przybywa wreszcieMój władca, pan...

Tak, senioro!Podobno jest niedaleko.Objawia dobrze swą miłość!...

Umieram!... kiedy pomyślę,Że odtąd już się nie będziemWidywać.

Ha! śmierć-by nawetNie była dla méj miłościTak straszna, jak powrót księcia.

O hrabio, ja zmysły tracę!...

Ja dawno swoje straciłem!

Nie czuję duszy...

Ja życia...

I cóż nam zostaje?

Umrzeć!

Więc innych lekarstw...

Już nie ma;Bo gdy mi los ciebie wydrze,I pocóż istnieć-bym pragnął?

Utracisz mię więc dlatego?

Od dziś już udawać będęUczucie dla Aurory,Jéj ręki nawet zażądamOd księcia, aby odwrócićDomysły, gdyż wiem z pewnością,Że nas w pałacu szpiegują.

Ha! piekło... zazdrość nie starczy?!...Poślubić ją?... tyś szalony!...

Nasz wspólny los mię do tegoPrzymusza...

Na rany Boga,Ty się dziś naigrawasz ze mnie!...Gdy byłeś przyczyną pierwsząMych zgryzot. O! wszystko raczéjWyjawię (nie znasz mię jeszcze!) —Twą zbrodnię i moję zdradę.

Senioro, zakończmy o tém.Słuchają nas.

Nie dbam wcale!Niech tysiąc razy wprzód zginę,Niż w związki ty wejdziesz ślubne.

Wyjść miano na twe spotkanie.

O lepiéj miłość się śpieszy!...

Ojcowska miłość, mój synu,Ten powrót mi ułatwiła.Znużenie, trud nic nie znaczy,Gdy śpieszym do drogich sercu!...

W uczuciu mojém, senioro,Jednaki z nim udział bierzesz,Bo w głębi mojego sercaMasz miejsce przy Fryderyku.

Krew twoja i jego cnotyDo łaski téj mają prawo,Ja-m tylko rada, że wzajemOcenić się tak umiecie.

Miłością równo was darzę.Fryderyk umiał tak mądrzeKierować okrętem państwa,Że znikąd skargi nie słyszę.Przyznaję, śród szczęku broni,Wątpiłem, czy będzie z niegoSenator tak doskonały!...Już wróg rzymskiego pasterza,Z pomocą Boga rozbity,Czcić musi go w mojéj szpadzie!Gdym dłoń papieża całował,Rzym, patrząc na me tryumfy,Hiszpańskim zwał mię Trajanem!Więc odtąd życia występkiNa cnoty pragnę zamienić,By kiedyś moje nazwisko,Jak dziś, szło w parze ze sławą!

Aurora z markizem śpieszą.

Radośnie witam cię panie,Bo sercem miłości pełném.

Racz podać dłoń KarlosowiI miłość jego ocenić.

Ramiona moje niech spłacąTe słodkie długi méj duszy.Rozłąki bolesnéj chwile,Ten powrót hojnie nagradza.Pozwólcie teraz, kochani,Że spocznę po tylu trudach.Już późno, jutro się wszyscyRadości wspólnéj oddamy.

Ricardo, druhu...

Batinie!

Jak się tam wojna skończyła?

Jak słuszność chciała, dla któréjObronę niebo zapewnia.Lombardya uspokojona,A tłumy wrogów rozbite,Bo lew kościoła swym rykiemWytrącił im oręż z dłoni!Książęcia imię wsławione,

Więc taka zaszła w nim zmiana,Że dzisiaj poznać go trudno!Przepadły damy... wieczerze...Przygody i pojedynki!Kasandrę wciąż przypominaJą tylko i FryderykaJedynie odtąd uwielbia!Ot książę świętym już został.

Co mówisz?... co opowiadasz!...

Gdy inni w szczęściu występkomI pysze lubią hołdować,A gardząc wszystkiemi — siebieWynoszą jak nieśmiertelnych;Nasz książę wrócił pokorny,Jak gdyby nawet pogardzałTryumfu swego laurami.Zwycięzkie jego sztandaryPróżnością go nie przejęły.

Daj Boże, by mimo takiePrzemiany nie stał się w końcuPodobny Ateńczykowi,O którym mówią, że prosiłWenery, aby zmieniłaKocicę dominikańską,To znaczy, że czarno-białą,W kobietę. Pewnego razuGdy kotka wyfryzowanaNa ganku siedząc, spostrzegłaZwierzątko, co jak poeciPapieru jest niszczycielem;Piorunem wpada na szczuryDowodząc, że kto z naturyJest kotem, kotem zostanie.Kto psem jest — psem zostać musi,In saeoula saeculorum!

Obawa płonna, że książę

Do szaleństw dawnych powróci,Tém więcéj, gdy ma się z dziećmiPołączyć, które małemiUmieją czesać rączkamiKędziory lwów najdumniejszych!

Rad będę wielce, jeżeliTo prawda.

Bądź zdrów, Batinie!

Gdzie idziesz?

Fabia mię czeka.

Czy jest tu kto z mojéj służby?

I owszem... najpokorniejszy...

A! Batin!

Bóg z tobą. Zdrowyś?Daj rękę.

Co ty tu robisz?

Słuchałem, jak Ricard cudaO czynach twych rozpowiadał.Kronikarz dzielny w HektoraZamienił cię italskiego.

A cóż tam rządy hrabiego,Gdy w kraju księcia nie było?

Zapewniam, że syn twój, książę,Czynami pokojowemiTryumfom ojca wyrównał.

Z Kasandrą żyli przyjaźnie?

Śmiem twierdzić, że nigdy w świecieNie było pewnie macochyŁaskawéj tak dla pasierba;Rozumna, cnotliwa, święta!...

Że z hrabią żyje w harmonii,To droga dla mnie wiadomość.Fryderyk ma i szacunekI miłość moję. Widziałem,Jak smutny był, gdym wyjeżdżał.Szczęśliwym, skoro KasandraUmiała tak być roztropną,Że spokój w domu panował.Ja-m o to z głębi méj duszyDo Boga modlił się zawsze.Dziś dom mój dwu zwycięztw świadkiem.Ja-m jedno odniósł na wojnie,Kasandra drugie — nad hrabią!Już ona odtąd mi będzieNajdroższą w świecie istotą.Tak wiele dziś jéj zawdzięczam,Że pragnę raz już na zawszeWystępków pozbyć się dawnych.

To cud papieża, seniorze!Ferrarski książę wyjechałRycerzem — a mnichem wracaI mógłby już kamedułówDziś nowy zakon fundować!

Chcę, żeby wszyscy poddaniO mojéj zmianie wiedzieli.

Dlaczego Wasza WysokośćNie śpieszy do wypoczynku?

Gdyż wchodząc właśnie na schody,Papiery te otrzymałem.W obawie, czy to nie skargi,Chcę zaraz, nie tracąc czasu,

Z ich treścią poznać się bliżéj.Samego zostaw mię, proszę,Monarcha powinien zawszeWypełniać swój obowiązek.

Niebiosa niechaj nagrodząTych władców, którzy o dobroPubliczne dbają! BodajbyTwéj broni blask nie opuszczał,A sławę przejęły wieki!

Zobaczmy.

„Jan Eustachy,Ogrodnik pałaców księcia,Sadzący kwiaty i zioła,Aż sześciu synów posiada,Dla starszych dwu błagam“...Dosyć!Hojniejszym trzeba być w łaskach.

„Lucinda, żona Arnalda,Została wdową“... téż prosi.

„Albano, rezydent dawny“...Téż prosi.

„Juliusz KamiloBył więźniem, gdyż“... Styl jednaki.

„Saint Garmain, panna szanowna“.Szanowna... a więc ma wszystko,I męża tylko jéj braknie.Ten list z pieczęcią — mi oddałUbogi... bardzo zmieszanyI prosił, bym go strzegł pilnie.

„Nad domem swym czuwaj, panie,

Bo hrabia i księżna paniPo twoim wyjeździe z domu“...Przeczucia mię nie zawiodły —Źle rządzić będą... zobaczmy...

„Splamili twą cześć i łoże“...Gdzież człowiek z duszą tak silną,Co grom-by taki znieść zdołał!

„Jeżeli udawać umiesz,Wzrok własny powié ci o tém“.Co to jest?.. co-m ja przeczytał?Odpowiedz, karto bezduszna!...Czy wiesz ty, że ja-m jest ojcemCzłowieka, którego mieniszHonoru mojego zdrajcą!...Ty kłamiesz... to być nie może!...Kasandra-by mię zhańbiła!...Wszak hrabia moim jest synem!...Lecz papier nie odpowiada!...On mężem... ona kobietą!...O liście podły, okrutny,Zapytasz, dlaczego nie wiem,Że nie ma zbrodni, któréjbyUłomny człowiek nie spełnił;Wszak Natan raził przekleństwemDawida... zrobię to samo!...Fryderyk jest Absalonem,Ta kara cięższa jest dla mnie.O nieba! tamte kobietyWszak były faworytkami;Kasandra żoną jest moją!..To kara za mą rozpustę,Za grzechy mojéj młodości!...O synu, zdrajco! czy prawda,Co mówią, bo nie pojmuję,By człowiek z człeka zrodzonyMógł taką popełnić zbrodnię!...Lecz jeśli mię znieważyłeś,To chciałbym, zabiwszy ciebieWnet wskrzesić, żeby cię możnaPo tyle razy mordować,Dopóki z martwych-byś wstawał.

Potworność!... Zbrodnia ohydna!...Więc nawet ojciec synowiZaufać teraz nie może!Jak poznać prawdę, bo świadkówKu hańbie swéj brać nie mogę!Tak-bym jéj nawet nie doszedł.Któż śmiałby prawdę tak podłąSwojemu wyznawać księciu!Lecz karać — to nie jest mścić się.Kto karze, ten się już nie mści.Wyjawiać tego nie trzeba,Co zawsze hańbę przynosi!...

Gdym spostrzegł, że nie spoczywasz,Przybyłem...

Niech cię Bóg strzeże.

O jednę prosić cię łaskę.

Nim wyznasz prośbę, wiedz o tém,Że pragnę zrobić, co zechcesz.

Gdyś, ojcze, wyrzekł niedawno,Że moje z Aurorą ślubySą twego serca pragnieniem,Przystałem chętnie, lecz późniéj,Zazdrością powodowany,Nie mogłem spełnić twéj woli.Dziś jednak już przeświadczonyO prawdzie — dałem AurorzeMe słowo, że ją zaślubię,Jeżeli zgodzisz się na to.Więc proszę o nią i błagam.

Nie mogłeś sprawić mi większéjRadości, lecz pozwól jeszcze

Twą matkę uprzedzić o tém,I jéj téż równie wypadaPoprosić o pozwolenie!...

Gdy krew nas wcale nie łączy,To pocóż mam Jéj WysokośćO ślubie moim uprzedzać?...

Choć związek krwi was nie łączy,Kasandra matką jest twoją.

O, matka moja Laurencya,Już dawno w grobie spoczywa!...

Choć nie chcesz jéj tak nazywać,Jednakże po mym wyjeździe,Żyliście, ku memu szczęściu,W wielkiéj ze sobą harmonii.

To tylko Bóg wiedzieć może!...Ze skargą źle się wybieram,Bo czcisz ją i sprawiedliwie;Lecz jeśli była dla wszystkichAniołem — wcale nie dla mnie!...

Żałuję, że jestem w błędzie.Mówiono, żeś od KasandryNajwiększych doświadczał względów?

To darzy mię swoją łaską,To znów się stara okazać,Że dziecka innéj niewiastyNie można synem nazywać.

Masz słuszność i wierzę temu,A jednak pragnąłbym bardzo,By więcéj niż mnie samegoKochała ciebie... dla zgody...Idź z Bogiem...

Niech cię Bóg strzeże.

I jak ja mogłem spoglądaćW twą podłą twarz, nikczemniku!Co za ton, swobody pełen,Zdradziecka chytrość w téj prośbieO rękę krewnéj Aurory,By nawet cień podejrzeniaOd ojca swego odwrócić!...I jakże wymowna dla mnieTa skarga przeciw Kasandrze,Na przykre z nim wychodzenie.Gdy zdradnie mniema, że milczy,Okrzykiem jest to milczenie!...Nie lubi nazywać matkąKasandry... słusznie... bo przecieżTa czuła ojca małżonkaKochanką syna — nie matką!...Lecz jakim sposobem wierzęZ łatwością zbrodni tak strasznéj?!Czy zdrady téj wróg hrabiegoNie uknuł przez żądzę zemsty?...Bo znając charakter księciaMógł liczyć na podstęp zdradny...Szalona ma łatwowierność!...

Od ciebie teraz, senioro,Zależy nić mego życia.

Twój wybór piękny, Auroro,Jest godny twego rozumu.

Lecz oto książę...

Seniorze,Ty czuwasz?...

Państwu mojemuWinienem trochę méj pracy,Choć zresztą papier ten świadczy,Że hrabia i ty, Kasandro,Ster rządu dzielnie trzymacie.Ze wszystkich stron zasłużonePochwały was spotykają.

Hrabiemu, lecz nie Kasandrze,Ten honor słusznie należyI można rzec bez przesady,Że dzielność jego jest wielka,Swą wyższość wszędzie zaznacza,Jest równie dzielnym jak mądrym,Podobien ojcu swojemu!...

O wiem, iż tak umiał wszędzieSwojego ojca zastąpić,Żeś za mnie brała go zawsze...Wdzięcznością płacę ci za to!...

Seniorze, nową téż prośbęPrzynoszę ci od Aurory.O rękę jéj Karlos prosi,A ona chce tego związku.

Niestety, markiz się spóźnia,W téj chwili hrabia ztąd wyszedłI prosił mię o jéj rękę.

Aurory hrabia mógł żądać?!

Tak pani.

Hrabia?...

W istocie!

Gdy książę mówi — chcę wierzyć.

Przyjąłem prośbę hrabiegoI jutro ślub się odbędzie.

Aurory wola się spełni.

O racz mi wybaczyć, książę,Lecz hrabia moim nie będzie...

Co słyszę?... wybór nie trudny,Czyż hrabia swoją dzielnością,Rozumem i zaletamiNie stoi po nad markizem?...

Być może... Gdy go kochałam,On mną pogardzał, seniorze;Więc dzisiaj, gdy on mię kocha,Ja znów nim gardzę z kolei.

Zrób to dla mnie nie dla niego.

Iść za mąż trzeba z miłości,A ja nie kocham hrabiego.

To dziwne!...

Lecz sprawiedliweJakkolwiek mówi zbyt śmiało!

I owszem, ślub ten nastąpi,Chociażby i pod przymusem.

Swéj władzy nie nadużywaj.Wszak miłość jest kwiatem gustu,Przymusu znosić nie może.

O już się teraz, Kasandro,Przesycił tobą ten zdrajca.

Nie było tu mego ojca?...

Z bezczelnym spokojem, zdrajco,Śmiesz księciu spoglądać w oczyI żądasz odeń Aurory?

Milczenie!... Zgubisz nas, pani!...

Ja nie znam trwogi, nędzniku!...

Co czynisz?... głos twój rozbrzmiewa!...

Dowody znaleźć tu muszę;Ztąd łatwo słyszeć ich mowę.

Lecz, pani, hamuj się, proszę,O swojéj pomyśl godności.

O! jestże człowiek tak podły,By mógł porzucić kobietę,Honoru ją pozbawiwszy!

Nie jestem jeszcze żonaty.Pragnąłem upewnić księciaI żywot nasz zabezpieczyć.Czyż możem tak żyć, Kasandro?...Wszak książę nie jest człowiekiemZ pospólstwa — mógłżeby ścierpiećImienia swojego hańbę?...Już dosyć... zanadto długoUczucie nas zaślepiało!...

O tchórzu podły, nędzniku,Więc te łzy i te błagania,Któremi niegdyś porwaniSwój honor poświęciliśmy,

Obecnie zdradą nazywasz?...Umieram!... zostaw mię, nędzny!...

Marmurem byłbym słuchając,Co słyszę... O nieszczęśliwy!Bez tortur wszystko wyznali.Bez tortur?... o nie, toć przecieTortury ja znieść musiałem.Już więcéj świadectw nie trzeba,Ty bądź ich sędzią, honorze.Podyktuj wyrok i karę,Lecz karę, zdolną ocalićMe imię, które w téj sprawieByłoby hańbą okryte.Nikt w świecie wiedzieć nie może,Że honor mój pokalany.Pogrzebem wstydu najlepiéjJawności jego zapobiedz.A chociaż zemsta ocaliMój honor, lecz nie wypadaObnażać prawdy zgnilizną.

O kobiet nieszczęsny rodzieMężczyźni podli, bez wiary!...

Zapewniam panią, że zrobięTo wszystko, czego zażądaszI za to honorem ręczę.

Czy prawda?

Tak, niezawodna.

Niech miłość nasza nie gaśnie.Twą byłam i jestem twoją.Ja muszę znaleźć sposobność,By codzień widzieć się z tobą.

Musimy rozejść się teraz.Pamiętaj, boć to konieczne,Udawać miłość dla księcia.

Tak zrobię bez twojéj krzywdy,Bo czém jest miłość udana?

Słyszałem, piękna Auroro,Że markiz ma być, czy jest jużMałżonkiem twoim i panemI że was Mantua czeka.Przychodzę błagać cię, pani,Byś mię tam z sobą zabrała.

Cóż znowu, dziwisz mię wielce,Więc z hrabią rozstać się pragniesz?

Pracować wiele, brać małoTo rozkosz, która i mędrcaZabija lub głupim czyni.„Dziś daję, jutro odmawiam,Być może dam ci pojutrze“.Ja nie znam pana „być może“Lecz to wiem, że nie mógł nigdy.Prócz tego on opętanyPrzez dyabła... nie wiem co myśleć!To smutny, to znów wesoły,To mądry, to obłąkany,I księżna w téj saméj mierzeNierówna jest i nieznośna.Gdy wszyscy tak opętani,Ja jeden mam być szczęśliwy!I książę, niby spokojny,Sam z sobą przecież rozmawia,Podobny będąc człekowi,Co rzeczy straconéj szuka.

Gdy cały dom tak choruje,Odjeżdżam z panią najchętniéj.

Jeżeli zgodnie z mem szczęściemZostanę żoną Karlosa,Zabiorę cię, mój Batinie!

Całuję sercem twe stopyI biegnę wnet do markiza.

Honorze, wrogu ty dumny,Kto pierwszy twe prawa światuNarzucił? Czemu treść twojaZ kobietą jest zespolona?By człowiek najszanowniejszyBez winy mógł cię utracić?Głosiciel praw twych być musiałNie mędrcem, lecz barbarzyńcą.Aurora...

Panie...

Wszak księżnaZ markizem chce cię połączyć?...Przekładam wolę swéj żonyNad prośbę syna mojego.

Twą sługą jestem i pragnęWdzięcznością tę łaskę spłacić.

Markiza poproś, by wuja,Mantui księcia uprzedził.

Wiadomość tak pożądaną,Zaniosę wnet markizowi.

O nieba! to, co się stanieW mym domu, karą twą będzie.Podnieście dłoń swoję boską,To nie jest zemsta méj hańby.Ja nie chcę brać jéj na siebie,Bo toby z krzywdą twą było,A względem syna — dzikością!...To tylko kara twa będzie,Surowość, któréj niebiosaWybaczą, bom przy niéj względuNa siebie nie miał żadnego.Chcę ojcem być, nie małżonkiem.I groźna dłoń PrzedwiecznegoNa zbrodnią taką bez wstyduBez zemsty karę wymierzy!...Honoru prawa żelazneŻądają tego niezłomnie,By jawność kary publicznaMéj hańby nie podwoiła!Kasandrze podłéj związałemPrzed chwilą ręce i nogiI krzyk jéj by stłumić srogiSzmat pełne usta napchałem!Gdym rzekł jej: plugawą żonęZabije sztylet wspólnika —Zdrętwiała!... Ha! dreszcz przenika,Krwi, zemsty, serce spragnioneZnieść może takie męczarnie;Lecz dziecko zabić... drży ciało...Pierś dyszy... serce zastyga,Któż zemstę taką ogarnie...W źrenicach mi pociemniało...Obłędu szatan mię ściga...Drży wola i w ustach słowo,Jak strumień w północ grudniowąZamarza!... Myśl śmierci synaJuż lodem krew moję ścina!...Precz miłość ojca ode mnie!

Szanować — Bóg ojców każe,A on czci świętéj ołtarzeObluzgał hańbą nikczemnie!...Precz miłość, muszę ukaraćNajświętszych praw gwałciciela,Bo któż mię zapewnić zdoła,Że dzisiaj skradłszy mi honor,Po życie jutro nie sięgnie.Pół setki wszak ArtakserksesDla mniejszéj zabił przyczyny,A szpady Daryusza, Bruta,Torkwata śmiały bez zemstyWykonać słuszności prawo!....Wszak prawo Boga, sumienia,Tę zbrodnię mu wyrzucają!...Mam kłamstwo zadać swym oczom?Czy słuch mię własny zawodzi?Więc zkądże ta chwiejność... trwoga...Już idzie... Boże daj siły!...

W pałacu wieść się rozniosła,Żeś, ojcze, moję AuroręW małżeństwo dał markizowiI że do Mantui wkrótceOboje ztąd wyjeżdżają.

Czy to jest prawda, ja nie wiem,Gdyż woli mojéj dotychczasGonzaga nie słyszał jeszcze,Bo rzeczy stokroć ważniejsze,Mój umysł trapią w téj chwili.

Kto rządzi — ten trosk ma wiele.W téj chwili cóż cię zajmuje?...

Mój synu! Szlachcic ferrarski,Z innemi zdrajcami społem,

Przeciwko mnie knują spiski.Kobieta, któréj się zwierzył,Odkryła mi tajemnicę.Kto wierzy kobiecie — głupiec!...Roztropny, kto jéj pochlebia!...Kazałem przybyć tu zdrajcy,Pod ważnéj sprawy pozorem.Gdym w sali téj zamkniętemuPrzypomniał czyny zbrodnicze,Osłupiał — a ja z łatwościąDo krzesła go przywiązałemI ciało suknem okryłem,By ten, kto pierś mu przebije,Nie widział twarzy nędznika,Gdyż nie chcę kłócić Italii.Przybyłeś ty, a więc chętniePowierzam ci sprawę całą,Milczenia się domagając!...Więc dobądź szpady, mój hrabio,I odbierz mu nędzne życie.Ja u drzwi będę pilnował...Niech staną się me źreniceDzielności twojéj świadkami.

Czy chcesz doświadczyć mię, panie?Czy prawda, że ci zbrodniarzePrzeciwko tobie coś knuli?

Gdy ojciec czy złe czy dobrePoleca dziecku wykonać,Czyż ono sprzeczać się będzie?...Precz podły... ja sam pobiegnę!...

Powstrzymaj szpadę... zaczekaj...I czegóż miałbym się lękać,Gdy zbrodniarz jest skrępowany?...Lecz nie wiem co to ma znaczyć,Że czuję dziwny ból serca?!

Pozostań, nędzny...

Już idę...

Wystarcza twe polecenie.Lecz przebóg...

Ha, precz nędzniku!

Zaczekaj... gdybym tam znalazłCezara... w twojéj obronieZadałbym tysiąc mu ciosów!...

Więc patrzę.

Idzie... miecz chwyta...Mój wyrok ten sam wykonał,Kto wstydu mojego sprawcą!...

Héj służba do mnie czemprędzéjNiech wszyscy w lot się zgromadzą.

Czy widział kto taką zbrodnię?Fryderyk zabił Kasandrę,By razem z nią płód jéj zginął,Po którym dziedzictwa pragnie.Niech głowa jego się stoczy,Monarcha wasz rozkazuje!...

Kasandrę?

Tak, mój markizie!...

Nie wrócę już do ojczyznyAż zbrodzień padnie z méj ręki!...

O, patrzcie, z mieczem skrwawionymZbój idzie...

A to co znaczy?Odkrywszy głowę człowieka,Którego zabić kazałeś,Znalazłem...

Milcz! dosyć tego!Na śmierć z nim.

Tak, niech umiera!

I za co mam zginąć, ojcze?

Tam, zdrajco, na sądzie BogaPrzyczynę ci opowiedzą!...

Auroro, po tym przykładzie,Z Karlosem jedź do Mantui.Zezwalam, gdyż godzien ciebie.

Tak jestem trwogą przejęta,Że nie wiem co odpowiedzieć...

Odpowiedz tak... bo to wszystkoNie bez przyczyny, Auroro!

Odpowiedź swoję, seniorze,Udzielę jutro.

Już koniec,Fryderyk hrabia nie żyje.

W zgryzocie téj oczy pragnąZ Kasandrą razem go ujrzeć.

O patrzcie, wszak to jest karaBez zemsty.

Gdy sprawiedliwośćWymierza karę... nie mści się.Krzyk duszy cnota przytłumia,Zapłacił zbrodnię, spełnionąDla spadku po mnie...

Tu koniecTragedyi: Kara — nie zemsta;W Italii trwogę rozniósłszy,Hiszpanii jest dziś przykładem!...

Szlachetne Galicyi pola,Wy, które pod gór tych cieniem.Oblanych Silu strumieniem,Żywicie kwiatów tysiące,Wy ptaki, pieśń zawodzące,I wolne borów zwierzęta,Czy kiedy gdzie spotkaliścieTak wielką miłość jak moja?Bo nigdzie téż nie istniejePod słońcem dziewczę piękniejszeOd méj kochanki Elwiry.Ta miłość, która jéj łaskąJak sławą szczycić się może,

Zrodziła się z jéj piękności.Piękności téj nie nie zrówna,Więc miłość ma niezrównana!O! słodka moja kochanko,Ja chciałbym, by piękność twojaWzrastając, zwiększała jeszczeUczucie moje dla ciebie.Lecz, piękna ty pastereczko,Jak twéj urodzie, tak równieżMiłości mojéj nic nie brak.A że cię kocham o tyle,O ile ty piękną jesteś,Więc nikt nie kochał potężniéj.Złożyłaś wczoraj swe stopyNa piasku białym, przy źródle,I piasek zmienił się w perły.A żem ja tych dwu lilijekNieszczęsny zobaczyć nie mógł,Prosiłem lic twoich słońca,Jasnością olśniewające,By, dłużéj na tym strumieniuSpocząwszy, wykrysztaliłyNiejasne wód jego fale.Bieliznę prałaś, Elwiro,A ona wciąż była ciemną,Bo ręce, które ją prałyJaśniejsze są od bielizny.Ukryty za kasztanami,Patrzyłem na ciebie z trwogą,Gdy miłość oddała tobiePrzepaskę swoję do prania.Niech teraz świat niebo strzeże,Bo miłość nie jest już ślepą!...O! kiedyż dzień ten nastąpi,Że będę mógł rzec do ciebie:Elwiro, jesteś już moją!...Obsypałbym cię daramiI znając wartość twą wielką,Z dniem każdym czciłbym cię więcéj.Posiadacz takiego skarbuJuż ceny jego nie zmniejszy!...

Wszak tędy Sancho zstępował,Pragnienie-ż-by mię zawiodło?!...Bynajmniej!... jego to widzę;Wskazała mi go ma dusza.Na strumień patrzy, przy którymNa twarz mą wczoraj spoglądał.Czy myśli, że się tu cień mójPozostał, gdym zagniewanaUciekła, widząc, że twarz mąPochłaniał w źwierciedle wody!...

I czego szukasz daremnieW strumienia tego krysztale?...Czy możeś znalazł koraleZgubione tutaj przeze mnie?...

O nie to!... siebie ja szukam,Bom na téj zgubił się fali,Lecz zguba już znaleziona:W Elwirze siebie znajduję.

Myślałam, że mi pomożeszOdszukać moje korale!...

Mam szukać to, co posiadasz?Ty chyba żartujesz ze mnie;Znalazłem już twoję zgubę.

I gdzie téż?...

Na ustach twoich,Gdzie perłom za orszak służą.

Idź sobie!...

Zawsześ niewdzięczna!..I zawsze nieczuła dla mnie!...

Zbyt śmiały jesteś, mój Sancho,Cóż więcéj mógłbyś uczynić,Zostawszy mym narzeczonym?

Że nim nie jestem, któż winien?

Ty, Sancho!

Co? ja? Broń Boże!Już nieraz do dna ci serceRozwarłem — a tyś milczała.

Czyś lepszéj mógł nad milczeniePożądać dziś odpowiedzi?!

Oboje winni jesteśmy!

Nie zbywa ci na rozsądku,A nie wiesz, że my kobietyUmiemy mówić milczeniemI zgadzać się odmówieniem.I czułość naszę i niechęćZ pozoru darmo-byś sądził,Lecz miarę stosuj odwrotną!

To dobrze, czy mogę prosićO rękę twą — milczysz, droga?Zezwalasz więc... wyśmienicie!

Lecz nie mów ojcu mojemu,Że związku tego ja pragnę.

Nadchodzi...

Po-za tém drzewemDoczekam końca rozmowy!

O nieba! czy nas połączy?!Odmowy przeżyć-bym nie mógł.

W ten sposób służbę swą pełnisz,Że muszę chyba poszukaćCzłowieka, któryby okoBaczniejsze miał na te brzegi.Doświadczasz może przykrościW mym domu.

Bóg raczy wiedziéć.

Dziś więc twa służba się kończy,Wszak służba to nie małżeństwo!

A właśnie to mię zniechęca!

Codziennie jakiś wieprz ginie.

Gdy strażnik głowę utracił,Inaczéj być już nie może.Ot wiecie... jabym się pragnąłUstalić...

Mów prędzéj, aleBodajbym nie był zmuszonyTwem głupstwem...

To nie tak łatwoWyjaśnić...

Słuchać tém trudniéj.

Ot wczoraj, kiedym wychodził,Elwira wyrzekła do mnie:„O, wieprze twe, PelagiuszuSą tłuste!“

I cóżeś na toPowiedział?

Amen, jak mówiZakrystyan.

Lecz cóż to znaczy?

I pan nie zgadniesz?

Nie mogę.

Więc muszę jaśniéj wyłożyć.

O gdybyś się już oddalił!

Komplement jéj więc dowodzi,Że za mnie wyjść-by pragnęła.

O Stwórco!...

Nie gniewaj się pan!Nie mówię tego w złéj chęci.

O Sancho!... czekałeś tutaj?...

Tak, chciałbym z wami pomówić.

Mów proszę — a ty zaczekaj.

Rodzice moi, jak wiecie,Choć nie bogaci wieśniacy,Lecz znani są z uczciwości.

Mój Sancho, tyś nie nowicyuszW miłości, wytłómacz-że mi:Czy skoro panna bogata,Świeżemu jak róża chłopcu,„Twe wieprze — powie — są tłuste“Nie jest-to dowód, że pragnieWziąć tego chłopca za męża?

Komplement małżeństwo wróży.

A precz ztąd, bydlę!

NazwiskoPoznawszy ojców i zacność,Nie sądzę, byś miłość mojęZa krzywdę sobie uważał.Elwirę kocham nad życie!...

Jest inny pastuch, któregoWieprzaki tak są wychudłe,Jak mięso w dymie wyschnięte,Lecz gdy ja trzodę prowadzę...

Tyś jeszcze tutaj, bałwanie!...

O wieprzach, nie o ElwirzeRozmawiam...

Znasz teraz, panie,Mą miłość...

Znasz teraz, panie,Komplement jéj...

Takie zwierzęI w Indyach nawet jest rzadkie!

Racz zgodzić się na nasz związek.

Ot właśnie mam tu prosiaczka...

Ten bałwan głowę mi zaćmił.Elwira chce tego?

Chętnie,Bym mówił z tobą, przystała.

Zaszczyca ją to uczucie,Bo umie cenić twe cnotyI wie, żeś godzien seniory.

O! gdybym miał sześć prosiątek

I z nich się doczekał dzieci,Niedługo zostałbym panem!

Pasterzem jesteś Don Tella,Możnego pana téj ziemi,W Galicyi... ba! daléj nawetZ potęgi swojéj znanego.Zamiary wyznać mu swojeNależy, gdyś jego sługą.A zresztą ten bogacz hojnyBydełka tobie dać może.Elwiry wiano zbyt małe:Ta chata, źle zbudowana,Zczerniała całkiem od dymu,Tu-owdzie kawałki pola,Kasztanów coś ze dwanaście,To wszystko nic — jeśli pan twójNie zechce przyjść ci z pomocą!

O nie wątp o méj miłości!

Więc on Elwirę zaślubi!To i ja miłość swą zmienię!

Dla tego, kto wdzięk jéj ceniCóż nad tę piękność droższego?Ja do tych ludzi należę,Dla których cnota posagiem...

Nie szkodzi powiedziéć panuI prosić o jaką łaskę,Don Tello i siostra jego,Życzliwie pokłon twój przyjmą.

Z przykrością pójdę, lecz skoroTak chcecie — niech i tak będzie!

Niech Stwórca ci błogosławiI liczném darzy potomstwem!Pelagiusz niech idzie ze mną.

Jak mogłeś mu pan ElwiręObiecać i przy mnie jeszcze?...

Czyż Sancho nie jest jéj godzien?

Co prawda, to więcéj ze mniePożytku miałbyś, mój panie,Co miesiąc dałbym ci wnuka!

Pójdź prędko — pójdź ukochana,Elwiro, gwiazdeczko moja.

O Boże, jak są w miłościOkropne czekania chwile.Nadzieje wszystkie méj duszyNa włosku wisieć się zdają.

Twój ojciec mówi, że dawniéjDon Tella przyrzekł cię słudze.Okropna losu odmiana!

Niestety! słusznie-m widziałaNadzieje swoje na włosku!Mój ojciec żeni mię z giermkiem...Ja umrę... ja nie przeżyję!...Ty luby zostań na świecie,Ja muszę sobie śmierć zadać!

To żart był, droga Elwiro,Wszak z oczu mych szczęście tryska.Twój ojciec zgodził się zarazI „tak“ powtarzał bez końca.

Nie ciebie-m ja żałowała,Lecz tego, że do pałacuIść trzeba, boć wychowanaW lepiance nieraz-bym możeTęsknoty żywéj doznała...To przecież jasne, mój bracie.

A ja się głupiec łudziłem...Pozostań przy życiu, droga,Ja muszę śmierć sobie zadać!O droga moja Elwiro,Jak srodze Sancha zawiodłaś!

To żart był, Sancho kochany,Ma miłość i jéj nadziejeDać ci tę lekcyę kazały.Bo przecież kochać i mścić sięZadanie to jest miłości.

Więc jestem twym narzeczonym?

Wszak twierdzisz, że rzecz skończona.

Twój ojciec radził mi jeszcze,Choć o to go nie prosiłem,Ażebym do swego pana,Możnego władcy téj ziemi,Po łaskę udał się jaką.I chociaż dla mnie Elwira,Jest skarbem największym w świecie,Lecz Nuńo twierdzi, że-m winienKrok taki panu swojemu.Wszak stary on i rozumny,A wreszcie twoim jest ojcem,Więc trzeba słuchać rad jego.Bądź zdrowa, pójdę do pana.

Na powrót twój czekać będę.

Oj gdyby mię téż ci państwoDarami wzbogacić chcieli!

O ślubie powiedz — to dosyć.

Ja-m duszę i życie całeW twe rączki złożył śliczniutkie,Czy jednę z nich mi darujesz?

Nazawsze, bierz ją kochany.

O! teraz, gdym pan téj ręki,Cóż dla mnie znaczy fortuna!...

A weź-no ten oszczep, Celio.

Wybornie się ubawiłeś.

Bo łowy téż wyśmienite!...

Tak piękne pole, że nawetSam widok licznych barw jegoRaduje...

Z jakąż rozkosząStrumienie śpieszą się bystre,By stopy kwiatków całować.

Spraw, Celio, psom ucztę hojną.

Zdeptały one nie żartemUrwiste skał tych wierzchołki!

Psy dzielne!

Florisel przecieNajlepszy pies w całym kraju!

Galaor téż nieostatni.

Kot mu się żaden nie wymknie.

Seniora już powrót brataOdgadła.

Ileż miłościSiostrzyczka mi okazuje!Niewdzięcznym brat być nie umie.

Więc kocham go téż tak bardzo,Że kiedy jest po za domem,To wszystko mię niepokoi.Snu nie mam ni wypoczynkuI wówczas zając lub królikWydaje mi się potworem.

W Galicyi górach, siostrzyczko,Drapieżnych zwierząt, niestety,Napotkać trudno. CzasamiDzik tylko z leśnéj gęstwinyWybiegnie i przy rumakuStrwożonym psy rozszarpuje,Swéj zemście wtedy kres kładąc,Gdy piana jego paszczękiKrwią ofiar się zrumieniła!...Czasami niedźwiedź się zjawia,W myśliwca godząc tak wściekle,Że często człowiek i bestyaNa ziemię walą się społem.Lecz nasze łowy zwyczajneTak skromne, choć rozmaite,Nie grożą niebezpieczeństwem.Ta godna szlachty i książątRozrywka do walk zaprawia,Orężem władać przyuczaI ciało trudem hartuje!

Pojąwszy żonę, przestanieszZakłócać strachem pierś moję.

Zbyt wielkie mam posiadłości,Bym równą sobie tu znalazł.

Wszak mógłbyś i w wyższych sferachPoszukać godnéj małżonki!...

Czy może chcesz mi wyrzucać,Żem ciebie za mąż nie wydał?

Przysięgam, że jesteś w błędzie,Twe szczęście mam na widoku!

Wejdź, samych widzę, nikt terazNie będzie wam tu przeszkadzał.

Masz słuszność... domowi tylko.

Zobaczysz, czém cię obdarzą!

Wypełnię swój obowiązek.

Szlachetny, czcigodny panieI piękna panno Felicyo,Panowie téj ziemi, któraTak kocha was zasłużenie...Pozwólcie niech stopy waszeStróż pańskich trzód ucałuje...Zajęcie to bardzo nizkie,Lecz w naszéj Galicyi przecieżKrew ludu tak jest szlachetna,Iż biedny tém się jedynieOd panów różni — że służy!Jam biedny i wy mię pewnoNie znacie, boć sto trzydzieściSwym chlebem rodzin karmicie.Na łowach tylko być mogłemWidziany nieraz przez pana.

W istocie... podobasz mi się

I chciałbym chętnie dla ciebieCoś zrobić...

Za tyle łaskiCałuję, panie, twe stopy.

Chcesz czego?

O zacny panie!...Z szybkością lata mijają,Jak gdyby na pocztę śmierciZ listami spiesznie pędziły!Jesteśmy jak na popasie:Wieczorem życie — śmierć rano!Sam jestem — ojciec, człek zacny,Na służbie nigdy nie bywał.Gdy ród mój ze mną się kończy,Więc pragnę w związki wejść ślubne,Z dziewczyną zacności pełną,A córką Nuńa d’Ajbara.Choć zagon orze ubogi,Lecz herby nad drzwiami jegoSą jeszcze, a w biednéj chacieLanc kilka z dalekich czasów!To właśnie — i wdzięk Elwiry(Bo tak méj dziewce na imię)Mnie skłania... panna przystaje...Jéj ojciec również się zgadza,Na wolę pana czekając.„Pan — mówił do mnie dziś rano —Powinien wiedzieć o wszystkiém,Co dzieje się pośród jegoWasalów, czy to ubogich,Czy choćby i najmożniejszych.A wielce królowie błądzą,Zwyczajów tych nie pilnując.“Posłuszny radzie, przychodzęO ślubie swoim zdać sprawę.

Ma rozum Nuńo i radęWyborną dał ci. — Mój Celio...

Seniorze...

Dasz krów dwadzieściaI setkę owiec Sanchowi,Którego ślub ja i siostraZaszczycim swą obecnością.

O panie, tak wielka łaska!

Tak wielka łaska, o panie!...

I dary takie bogate!

I takie bogate dary!

Szlachetność rzadka...

O rzadkaSzlachetność...

Zaszczyt wysoki!

Wysoki zaszczyt!

O świętaPobożność!

Pobożność święta!

Kto jest ten towarzysz, któryJak echo za tobą wtórzy?

Ten jestem, co jego słowaNa wywrót wszystkie powtarza!

To pasterz Nuńa, seniorze...

Ot krótko mówiąc, jam jegoCudowném dzieciątkiem.

Jakto?

Wieprzaków strzegę. I ja téżPrzyszedłem prosić o łaskę.

A ty się z kim żenisz?

Z nikimNa ten raz... lecz jeśli dyabełMnie skusi, to przyjdę takżePoprosić was o barany!...Astrolog mi w SalamancePowiedział, bym strzegł się wodyI byków, więc od téj chwili,Z obawy niebezpieczeństwa,Nie żenię się i nie piję.

Zabawny człowiek...

Z humorem!

Bądź zdrów, mój Sancho. A CelioNiech każe odesłać bydło,Przez brata mu darowane.

Mój język wiecznie was państwoWysławiać będzie.

I kiedyżWesele?

Miłość mię nagli,By odbyć je dziś wieczorem.

Już bledną słońca promienie,Już wpośród złotych obłokówPośpiesza ku zachodowi.Idź uprzedź grono weselne,Że ja tam z siostrą przybędę.

Karetę niech przygotują.

Me serce i usta mojeDo śmierci wielbić was będą.

Więc ty się nie chcesz ożenić?

Ja, pani, byłbym zaślubiłKochankę jego, pasterkęW Galicyi najpowabniejszą,Lecz wiedząc, że prosiąt strzegę,Uważa mię za prosiaka...

Jest więc, jak widzę, rozumna!...

Toć wszyscy czegoś, senioroStrzeżemy.

Naprzykład?

CzegoRodzice strzedz nam kazali...

Zabawił mię ten półgłówek.

Gdy odszedł już ów poczciwiec,Którego mowa nie głupia,Czas wyznać, że ta ElwiraJest dziewką tak urodziwą,Jak żadna w całéj Galicyi!Że lica, kibić jéj, rozumI cnoty — najgodniejszegoHidalga zwyciężyć mogą.

Tak piękna, mówisz?

Jak anioł!

Namiętność przez twoje ustaPrzemawia.

Kochałem się w niéj,Lecz w słowach mych prawda szczera.

Są, przyznam, wieśniaczki, któreBez strojów i bez bielidłaZwracają oczy ku sobieI duszę zniewolić mogą;Lecz takie są pogardliwe,Że nudzą mię ich wzdragania!

Przeciwnie, broniąc, się mężnie,Godniejsze są czci prawdziwéj.

Więc tak cię przyjął Don Tello?

I tak mi mówił, seniorze.

Zaiste taki czyn piękny,Jest godzien wielkiego pana.

Jak mówię, kazał mię bydłemObdarzyć.

Wieki niech żyje!

Lecz chociaż dar to królewski,Ja bardziéj cenię ten zaszczyt,Że ojcem ślubnym mi będzie.

Czy z siostrą przybyć obiecał?

A jakże.

Chyba ich nieboDobrocią taką natchnęło.

Szlachetni-to są panowie!

O! chciałbym, żeby ten domek,Na takich gości przybycie,W pałace mógł się zamienić!

To fraszka; gościnność naszaTe ciasne kąty rozszerzy,Lecz oto już przybywają!

Nie dobrą-ż dałem ci radę?

W don Tellu spotkałem panaZe wszech miar doskonałego,Gdyż umie szlachetność swojęNie tylko stwierdzić darami,Lecz dając — uczcić potrafi.Niech panem ten się nie zowie,Kto swoich dobrodziejstw nie chcePołączyć z delikatnością!

Dwadzieścia krówek, sto owiec,Toż będzie piękny majątek,Gdy z wiosną tak wielkie stadoNa łąki Silu sprowadzisz!Za tyle łask, niechaj pan BógStokrotnie Tella nagrodzi!

Elwiry nie ma, seniorze?

Strój ślubny ją zatrzymuje.

Jéj postać sama wystarcza...Dla téj, co błyszczy jak słońce,Zbyteczny strój i fryzura!

Twa miłość nie jest mieszczańska.

Przy niéj mieć będę, seniorze,Pasterza stałość, wdzięk dworski.

Nie może kochać prawdziwie,Kto głowy rozumnéj nie ma,Bo miłość wtedy jest wielka,Gdy się jéj ważność odczuwa.Żeś takim — cieszę się bardzo.Zawołaj ludzi, bo pragnę,Ażeby rycerz ten poznał,Czém jestem lub choć czém byłem.

Już państwo jadą, a z niemiI ludzie nasi zdążają.Elwirze powiedz, niech włosyPorzuci, a przyjdzie prędzéj.

Gdzie moja siostra?

OdeszłaDo panny młodéj.

Seniorze...

A Sancho?

Byłbym waryatemMniemając, że jestem w stanieMą wdzięczność okazać panuZa tyle łaski.

Gdzie teść twój?

Tu... zaszczyt, który go spotkał,Dni starca krótkie przedłuży.

Uściskaj mnie.

Chciałbym z serca,Ażeby dom ten był światem,A władcą jego — ty, panie.

Twe imię, piękna pasterko?

Pelagiusz.

Nie ciebie pytam.

Myślałem, że mnie.

Joanna.

Ponętna!...

O! pan jéj nie znasz!Gdy chłopiec zechce ją szczypnąćTak w łeb warząchwią dostanie,Że aż mu w ślepiach zaświeci.Gdym raz się zbliżył do garnka,Przez miesiąc to pamiętałem.

A twoje imię?

Pelagiusz.

Nie ciebie pytam.

Myślałem...

Swe imię powiedz, dziewczyno.

Ja, panie, Eleonora.

O młode dziewczyny pyta,O chłopcach ani słóweczka.

Ja, panie, jestem Pelagiusz.

Czy jesteś czém dla tych dziewczyn?

Tak panie, jestem świniarkiem.

Czyś mężem, pytam, lub bratem?

To bydlę!...

Nic nie rozumie.

Bo tak mię matka stworzyła.

Elwira z matką swą ślubną.

Twéj łaski godni są wszyscy,Szczęśliwi panowie, którzyWasalów takich mieć mogą.

Masz słuszność. Piękna dziewczyna!

Prześliczna!

Wstyd budzi trwogę,Bo pierwszy raz mam sposobnośćOglądać tak godnych panów.

Siąść raczcie państwo w méj chacie.

Piękniejszéj nigdym nie widział,Wszak boska ta doskonałość —Nad wszelkie wyższa pochwały!Szczęśliwy człowiek, któregoLos takim skarbem obdarzy.

Mój bracie, pozwól niech SanchoUsiądzie.

Siadaj.

Nie, panie.

Siądź, Sancho.

Ja wobec pana?!

Twe miejsce przy narzeczonéj;Nikt tego ci nie zaprzeczy!

Czyż mogłem śnić, że na ziemiJest piękność tak doskonała!

A ja téż gdzie usiąść mogę?

W oborze — tam twoja uczta!

Na Boga, ogień mię trawi!

Jak pannie młodéj na imię?

Pelagiusz...

Czy będziesz milczał?Do kobiet pan mówi, przecieTyś nie jest kobietą. Panie!Méj córce imię Elwira.

Na honor piękna Elwira!I godna, dla wdzięków swoich,Młodzieńca z lepszego stanu.

Do tańca... daléj dziewczyny!

To piękność zachwycająca!

Nim proboszcz przyjdzie, zatańczcie.

Już proboszcz przyszedł.

Idź powiédz,Niech tu nie wchodzi.

O! zmysłówPozbawi mię ta dziewczyna!

Dlaczego?

Gdyż bardzo pragnę,Poznawszy was dziś dokładniéj,Wesele świetném uczynić.

Ja nic już dzisiaj nie pragnę,Prócz ślubu z moją Elwirą.

Do jutra ślub ten odłóżmy!

Ty szczęście moje, seniorze,Opóźniasz; patrz na mą trwogęWypadek najlichszy możePozbawić mię mego skarbu.Jeżelić mędrcy nie kłamią,To wierzyć trzeba, że słońceNowiny światu przynosi.Któż zgadnie, czém nas obdarzyPoranek dnia jutrzejszego!

Stan ducha mego okropny.

Pragnąłem ślub ten uświetnić,A głupiec Sancho brutalnieOdpycha moję życzliwość,Wyprowadź córkę swą, NunoI noc tę spoczywaj jeszcze!

Twa wola spełni się, panie.

O! to już niesprawiedliwe...I czego Tello się gniewa?

Ja na to nic nie mówiłam,Bo skromność nie pozwalała.

Zamiarów jego nie zgadnę,Co zrobić pragnie — ja nie wiem,Jest panem!... Żałuję tylko,Że wchodził do mego domu.

Ja-m jeszcze bardziéj zgnębiony,Choć tego nie widać po mnie.

Więc dzisiaj ślubu nie będzie?

Niestety!

Czemu?

Pan nie chce,

Czyż może Tello zabraniać?

Widocznie, skoro zabronił.

Elwiro moja!

O Sancho,Ja-m nie do szczęścia stworzona!

Co myśli zrobić don Tello,Że ślub do jutra odkłada?

Któż zgadnie jego zamiary!

A jednak zrobić coś pragnie!

Noc dzisiaj dla mnie okropna!

Wszak jesteś, Sancho, mym mężem,Więc przybądź do mnie téj nocy!

Zostawisz więc drzwi otwarte?

I owszem.

Tą obietnicąOd śmierci bronisz mię, droga.

I jabym z tobą umarła.

Ksiądz proboszcz (cura) nie wszedł do chaty.

Don Tello wejścia mu wzbronił.

Jeżeli przyjmiesz mię dzisiajZapomnę o tém nieszczęściu;Bo miłość dobrem lekarstwem (cura)Na rany, które zadaje.

Czy dobrze zrozumieliście?

Do tego nie trzeba wcaleRozumu zbyt subtelnego.

Więc wejdźcie! starzec z ElwirąW téj porze sami być muszą.

O! wszyscy się już rozeszli,Niechętni, że ślub przerwany.

Miłości krok ten zawdzięczam,Znosiłem zazdrości mękęNa widok tego bałwana,Któremu los miał powierzyć

Tę piękność dla mnie stworzoną.Gdy się już znudzę dziewczyną,Ha! wtedy niech ją zaślubi!Obdarzę go trzodą, złotem,I będzie żył z nią szczęśliwy,Jak tylu jemu podobnych!Potężny jestem i pragnę,Nim Sancho dziewczę zaślubi,Skorzystać szybko z méj władzy.Więc daléj... nałóżcie maski!

Zastukać?

Tak!

Otwierają!

Wejdź, Sancho, mój ukochany!

Elwira?

Tak!

W samę porę.

To nie on... o nieszczęśliwa!Mój ojcze... Nuńo... o niebaUnoszą mię... porywają!...

Już idźcie.

Co to za hałas?

Mój ojcze!

Zamknąć jéj usta!

O córko, widzę cię, słyszę.Lecz starzec nędzny, bezsilny,Czyż zdoła oprzeć się gwałtomTakiego jak on magnata,Boć wiem ja, kto jest zbrodniarzem.

Zdawało mi się, że słyszęKrzyk jakiś w stronie mieszkaniaElwiry.

Nie mów tak głośno,Bo służba usłyszéć może.

Pamiętaj, żebyś, gdy wejdę,Nie zasnął.

Próżna obawa.

Ja wyjdę, gdy ranna gwiazdaUkaże hasło jutrzence.Wychodząc będę przeklinał,Bo ona wygna mię z nieba.

Przez ten czas powiedz mi, proszę,Do kogo będę podobny?Do muła lekarzów, któryWędzidło gryzie pod drzwiami.

Słuchajmy.

Ja się założę,Że już przy dziurce od kluczaElwira dawno czatuje.

Więc słucham.

Ha! zmysły tracę.

Kto idzie?

Człowiek.

To Nuńo?

To Sancho!

Ty na ulicy?

Nie pytaj...

Nieszczęście jakie?

Nieszczęście jedno z największych.

Co mówisz?

Złoczyńców bandaWybiwszy drzwi te porwała...

O! nie kończ... resztę zgaduję!...

Przy blasku księżyca chciałemIch twarze poznać — niestety,Okryci byli maskami!

Ich twarze poznać?... I na co?...Don Tella to są służalce,Którego uczcić kazałeś.Przekleństwo nieszczęsnéj radzie!W dolinie całéj wszak tylko

Chat dziesięć biednych wieśniaków.Z nich żaden; więc oczywiścieTen panicz porwać ją kazał.Dlatego ślub mój zerwany.Lecz znajdę ja sprawiedliwość,Chociażby gwałciciel podłyBogaczem był najmożniejszym!O Boże! już mi nic teraz,Prócz śmierci, nie pozostaje.

Nie bluźnij!...

Przysięgam sobie,Że kiedy jego prosiętaNa łąkach spotkam — zabiję,Choć by je strażą otoczył.

Niech rozum wskaże ci, synu,Co nam dziś czynić należy.

Ach ojcze! mogęż ja myśleć?...Wprzód lichą dałeś mi radę,Poszukaj teraz lekarstwa.

Pójdziemy jutro do Tella,To tylko jest szał młodości,Którego on już żałuje.Za córkę — ja odpowiadam.Ni groźby ani błaganiaNie skłonią jéj do występku.

O! temu, znając ją, wierzę.Niestety, ginę z miłości,A zazdrość pali mię wściekła.Któż kiedy na bożym świecieWiększego doznał nieszczęścia!I ja-to sam wprowadziłemPod dach swój wilka srogiego,Co porwał moję owieczkę!Szalony byłem. To pewno!Boć przecież tacy panowieNapróżno do chat nie śpieszą,Bogate mając komnaty.

Zda mi się, że widzę twarz jéjPokrytą pereł strumieniem,Z tych ocząt ślicznych płynącym,Gdy mężnie czci swojéj broni!...Zda mi się, że krzyk jéj słyszę,Gdy podłą tyrana żądzęZe wstrętem odpychać musi!Gdy włosów swych kędzioramiOczęta łzawe przesłania,By żądzy jego nie widzieć!O puść mię, muszę umierać:Już rozum tracę i zmysły...Niestety, ginę z miłościI zazdrość dręczy mię wściekła!

Gdzież twoja odwaga, Sancho?Wszak ród twój zacny.

Wciąż myślęO rzeczach, których wspomnienieWywraca wszystko w méj duszy,Chcę widzieć pokój Elwiry...

Ja kuchnią — umieram z głodu,Napróżno-m wieczerzę stracił!

Ha! wejdź i spocznij do jutra,Wszak Tello nie barbarzyniec!

Niestety, ginę z miłościI zazdrość dręczy mię wściekła!...

O! jakże mi się już jeść chce,O! jeść, jeść... umieram z głodu.

Dlaczego z taką srogością,Okrutny dręczysz mię, panie?I pocóż, znając cześć moję,Masz gnębić i mnie i siebie?

Dość tego... swoim uporemO śmierć mię pewną przyprawisz!

Wróć mię pan do męża mego,Do Sancha...

Nie jest twym mężem!Ubogi prostak nie godzienByć władcą takiéj piękności.Lecz chociaż ja-bym był SanchemOn Tellem, powiedz, Elwiro,Czy mogłabyś mię, nieczuła,Tak dręczyć; czyliż nie widzisz,Że to jest miłość?

Nie, panie!Ta miłość, która dla cnotyCzci nie ma, chucią jest tylko.

I jako żądza zmysłowaMiłością zwać się nie może.Bo ona, będąc dusz związkiem,Gdy brudna — miłością nie jest.

Dlaczego?

Dowodów pragniesz?Spojrzawszy na mnie raz jeden,Czyż mógłbyś zaraz pokochać?Czy miałeś czas mię ocenićI poznać, bo na tém przecieMiłości kwiatek wyrasta.Z pragnienia miłość się rodzi,A rosnąc w nadziei... w łaskachWyżyny swojéj dosięga...Więc ty mnie nie kochasz panie,Lecz chciałbyś ukraść mi honor,Najdroższy skarb mój na świecie!Ty pragniesz okryć mię hańbą,Więc ja téż bronić się muszę!

Jeżeli-ć i dusza twojaI ramię opór mi stawia,Więc rozważ...

Żadna rozwagaOporu mego nie złamie.

Ty mówisz, że niepodobnaRaz ujrzeć i wnet pokochać?

Rzecz prosta.

Powiédz okrutna,Dlaczegóż więc bazyliszekSpojrzeniem jedném zabija?...

Lecz on jest tylko zwierzęciem.

Tak działa piękność Elwiry!...

Ten dowód niesprawiedliwy,

Bo jeśli ów bazyliszekZabija — to z nienawiści,Z zamiarem... a ja-ż-bym mogłaZabijać kochanka swego?...Lecz dosyć tych rozumowań,Małżonką jestem — i kocham.Nic pan nie zyskasz ode mnie.

Czy można przypuszczać, żebyWieśniaczka tak się broniła...Wyznaję, że błędnie robisz,Swą duszę mi otwierając:Im czystszą widzę cię, droga,Tém miłość ma potężnieje.O gdybyś równą mi była!...Lecz przyznasz, twe urodzenieZniewagą byłoby dla mnie!...Co świat-by powiedział, widzącZłotogłów w związku z siermięgą!Bóg świadkiem, że miłość mojaTe szranki-by przekroczyła,Lecz takie prawo jest świata,Któremu podlegać muszę.

O! wybacz, bracie, jeżeliTroskliwszą jestem, niż chciałbyś.Posłuchaj... nie chcę cię gniewać.

Nie mądraś!...

Głupia, być może,Lecz i ja jestem kobietą,To widzę, żeś jest szalony!Poczekaj chociaż dni kilka!...Cezarem będąc w miłości,Nie mógłbyś jeszcze od razuPrzybywszy, spojrzeć... i zdobyć!

I siostra moja tak mówi?!

Wieśniaczkę biedną tak dręczyć!

Miéj litość, pani, nade mną.

Jeżeli dziś „nie“ powtarza,„Tak“ jutro może wypowie.Cierpliwość miéj, bo ta walkaBez końca jest okrucieństwem.Odpocznij — i znów uderzysz...

Więc chcesz mię życia pozbawić?

O przestań... gniew tobą miota.

Elwira nie zna cię wcale,Twój widok trwoży ją jeszcze...Toż pozwól, niech przez dni kilka.Oswoi się w naszém gronie.

O! bodaj łzy me, senioro,Do walki cię zachęcały.

Uprzedzić muszę cię jeszcze,Że mąż jéj wraz z ojcem starymOddawna stoją pod drzwiami,Wypada wpuścić ich tutaj.Bo jeśli ztąd ich wypędzisz,Powiedzą, że masz Elwirę.

Czy wszyscy drażnić mię chcecie?Więc tam się ukryj, Elwiro,I niechaj wpuszczą tych drabów!

Ol dzięki za jednę chwilęSpoczynku!

Na co się skarzysz?Wszak mogłaś związać mi ręce!

Jest tam kto?

Słucham.

ZawołaćTych ludzi, co tam czekają.

Pamiętaj przyjąć ich dobrze,Twój honor zawisł od tego.

Całując próg twego domu,Gdyż stopy twe za wysokie,Przychodzim wszystko ci wyznać.Prostacze wybacz nam słowa!Ten przyszły zięć mój, któregoRaczyłeś ojcem być ślubnym,Ze skargą śpieszy na krzywdę,Ohydną nad wyraz wszelki.

Wspaniały panie, przed którymTe góry chylą swe czoła,Pokryte śniegiem i z którychPotoki czyste spływając,Twe stopy śród łąk całują,Z porady Nuńa i krewnych,Dobroci twéj ufających,

Mówiłem ci o swym ślubie;Uczciłeś dom nasz swém przyjściem.Więc łaską tą ośmieleniBłagamy pomścij czyn podły,Co w przepaść smutku nas wtrąca.O! gdybyś kiedy kochając,Był blizki pragnień swych celuI nagle cel ten utracił,Zrozumiałbyś taką boleść!...Choć rolnik, lecz rycerz sercem,I nie tak rolą zajęty,Bym z bronią się nie zapoznał;Zniewagi téj doświadczywszy,Przestałem już być rolnikiem.Zraniony honor mój męża,Bo byłem nim dawszy słowo.Wybiegłem w pole; do światła,Co gwiazdom jasność odbiera,Mówiłem tak do księżyca:Szczęśliwyś, że co noc wstajeszI nikt ci słońca nie wydrze,Nic blasku twego nie zaćmi.Śród łąki biegłem; bluszcz wątłyW objęciach topoli zasnął.Zielone wina gałązkiDo wiązu się przytulały.Ach! rzekłem, pośród téj ciszyKochanków ja nie rozdzielę,Gałązki te obcinając,Lub wonne zrywając kwiatki.Sen wszystko ujął bezpieczny!Mnie tylko dziewczę wydarto!...I zdało mi się, że strumykCoś szepcząc, płakał żałośnie!...Ludziska mówią (to kłamstwo)Że pan to, żądzą wiedziony,Mą żonę wydarł zdradzieckoI zamknął ją w swém mieszkaniu.O! milczcie, ja im odrzekłem,Nie mówcie tak o don Tellu,Co sławą jest domu Neyra...Zarówno zacny jak mądry,Nie ścierpisz naszéj niesławy

I z bronią w ręku powróciszMnie — żonę, Nuńowi — córkę.

Twą skargę wziąłem do sercaI zbrodzień, co-ć porwał żonęOd kary się nie uchroni.Śledź bacznie, gdzie jest ten człowiek,Co z żądzy, czy z nienawiści,Obraził nas tak haniebnie —Wymierzę ci sprawiedliwość.A tych, co Don Tella winią,Batogiem nagrodzić każę.

Zazdrości jad mię ogarnia!

Cierpliwym bądź.

Gardzę śmiercią.

Wymienisz mi tych oszczerców.

To męki!

O! gdybym wiedziałGdzie ona jest, na mój honor,Odebrałbym ją natychmiast.

O! wie on, drogi małżonku,Bo więzi mię tu okrutny.

Elwiro, życie ty moje!...

Więc na to się odważyłaś?

O! ileż cierpię dla ciebie...

O córko, straciwszy ciebie,Ja blizki byłem szaleństwa.

Precz mi ztąd, marna hołoto.

O! pozwól dotknąć jéj ręki,Wszak mężem jestem Elwiry...

Hej!... Celio, Julio, pachołcy,Natychmiast zabić tych ludzi!

Miéj litość, bracie, wszak oniNic tobie nie zawinili!

Jeżeli ślub ich nastąpi,Zbyt wielką będzie ma hańba!

Niech zginą.

Śmierć nie jest szczęściem,A przecież umrę szczęśliwy...

I ja téż nie dbam o życie!...

Elwiro, skarbie mój drogi,Szczęśliwy umrę przy tobie...

Zostanę czystą, chociażbymTysiące śmierci znieść miała!...

Więc jeszcze mi urągacie?O zemsto... hej! Julio.

Słucham.

Batami zabić ich.

Zginą!...

Napróżno-byś teraz łzamiMą wściekłość złagodzić chciała.Już miałem oddać im ciebie,Lecz skoro z takiem zuchwalstwemUrągać śmiałaś mi hardo;Więc choćbym gwałtu miał użyć,Ulegniesz — jak jestem Tello!...

Czy mnie tu nie widzisz, bracie?

Chcę honor jéj mieć — lub życie!

I jak tu dziewczynę biednąZ szaleńca rąk oswobodzić?!...

O! tak się płaci hultajomZa hardość i za zuchwalstwo!

Wypędzić ich precz z pałacu.

Wypędzić!...

Zabijcie mnie już!...O gdybym szpadę posiadał!...

O strzeż się, ten człowiek podłyJest gotów cię zamordować!...

I cóż mię życie obehodzi!...

Na wszystko czas jest lekarzem.

Bóg z niemi!... niech mię zabiją,Lecz ja ztąd krokiem nie ruszę,Nie mogę żyć bez Elwiry!...

Żyć musisz, by sprawiedliwośćOsiągnąć... król jest w Galicyi.Jeżeli ci jéj odmówi,Do Boga zaapelujesz.

To oni!...

Kto tu?

Pelagiusz!Radości pełen przychodziPoprosić was o kolendę.

Cóż znowu — tu, kiedy NuńoUmiera, ja ledwie żyję?!

Czy nie wiesz, że to jest waryat!

Elwira już się znalazła?

Co mówisz, mój Pelagiuszu!O, gdybyż mi ją wrócili!

Tak wszyscy mówią już głośno,Że od wczorajszéj północyPrzebywa w zamku don Tella.

Przekleństwo!...

I wszyscy twierdzą,Że jéj nie zechce powrócić.

Pomyślmy, synu, o radzie.Kastylii monarcha, Alfons,Szlachetną pracą zajęty,W Leonie teraz przebywa.Król zacny i sprawiedliwy!...Opowiedz mu swoję krzywdę,A jestem pewny, że chętnieWymierzy nam sprawiedliwość!

Ach, Nuńo... i ja nie wątpię,Że Alfons, nasz król Kastylii,Monarchą jest doskonałym.Lecz jakże chcesz, by do niegoBiedaka dopuścić chciano!Czyż śmiałyby moje stopyPo jego kroczyć komnatach?...Podwoje są tam otwarteDla tych, co złotem jaśniejącW orszaku idą bogatym.I słusznie. Lecz biednym wolnoOglądać herby nad bramą,A i to nawet zdaleka!...Choć poszedłbym do Leonu,I wejść do króla próbował;To pewno-by halabardąKark Sancha dobrze natłukli;A podać znów prośbę, którąKrólewska dobroć odbierze,I na cóż?... z rąk jego wkrótcePogrąży się w zapomnieniu.I wrócić potem, ujrzawszyRycerzów, damy, świątynie,I zamek i park i gmachy,By w domu żyć już z niechęciąŚród dębów, jodeł i buków,Słuchając, jak ptak świergocze,Pies szczeka?... Źle radzisz, Nuńo.

I owszem, dobrze ci radzę,

Natychmiast pośpiesz do króla,Bo jeśli tu pozostaniesz,Twe życie w niebezpieczeństwie.

Nie pragnę więcéj niczego.

Znasz mego konia, kasztanka,Co z wichrem ścigać się może...Jedź na nim. Pelagiusz z tobąPojedzie na twym bułanku.

Chcesz tego — jestem posłuszny.

Pojedziesz ze mną do króla?...

Najchętniéj... całując nogi,Że ujrzę, czegom nie widział.Stolica to raj — słyszałem —Ulice są omletamiI szynką wybrukowane,A obcych suto przyjmują,Jak gdyby tam przyjeżdżaliZ Marokko, Włoch albo Flandryi.To worek jest — powiadają —Gdzie szachów białe i czarneFigury fortuna ślepaBez ładu razem zmieszała.Więc idźmy z Bogiem do króla.

Bądź zdrów, mój ojcze, na drogęDaj nam swe błogosławieństwo.

Mój synu, rozumny jesteś,Więc mów do króla odważnie.

Zobaczysz, do czego-m zdolny...Jedziemy...

Bądź zdrów, mój Sancho.

Elwirę żegnaj...

ŻegnajcieProsiaczki moje...

Więc nigdy skłonić nie zdołamDo siebie téj hardéj dziewki!

Daremnie dręczysz ją, Tello,Elwira tak jest zgnębiona,Że tonie we łzach dnie całe.Nie jestżeś w stanie zrozumieć,Że choćby cię i kochała,Srogością taką musiałbyśJéj miłość zmienić w pogardę.Szalonyś, jeżeli pragnieszObudzić miłość tyranią.

Jaż takie upokorzeniaMam znosie? taką pogardę?Ja w kraju tym najbogatszyZ magnatów... najpotężniejszy?!

I o cóż tyle zgryzoty?...Dla prostéj dziewczyny wartożTak szaléć?...

O! Felicyano,Ty nie wiesz, co to jest miłość,Jéj tortur nie doświadczyłaś.

Do jutra czekaj cierpliwie.Pomówię z nią, może zmięknieDziewczyna.

To nie dziewczyna,To chyba dzikie stworzenie,Do takich cierpień mię zmusza.Obiecuj złoto i srebro,Klejnoty — co tylko zechcesz,Nie trudno podarunkamiKobiece usidlić serce...Obiecuj szaty wspaniałe,Mów, że ją złotem calutkąOd stóp do głowy okryję,Że jeśli da się ubłagaćMieć będzie pola i trzody,Że gdyby równą mi była...Już dawno-bym ją zaślubił.

W istocie?...

Tak, moja siostro...Posiadać pragnę... lub umrzéć!...Męczarni dłuższéj nie zniosę!...

Pomówię... lecz to napróżno.

Dlaczego?...

Bo gdy kobietaSzlachetna — interes ziemskiJéj cnoty złamać nie zdoła!...

Idź śpiesznie... pozwól się łudzić...Gdy miłość nic nie zdobędzieDo walki wystąpi... zemsta!...

Tymczasem, gdy ma nastąpić

Mój wyjazd... dowiedz się, hrabio,Czy wszyscy, którzy swe prośbySkładali, już załatwieni...Czy nikt już nie chce mię widziéć.

Nikogo nie ma.

WidziałemPod bramą GalicyaninaSmutnego wielce.

I któż toŚmie bronić biednym przystępu?Sprowadzić mi go natychmiast.

Wspaniała cnota i rzadka:Szlachetna litość, łaskawość,I świętych praw przestrzeganie.

Zostawcie kije.

Pelagiusz,Tam koło ściany je połóż.

Wprzód prawą nogą iść zacznij.

A który to król, seniorze?

W téj chwili dłoń ma na piersiach.

Nie lękaj się, Pelagiuszu.

Królowie są jako zima,Bo dreszczem biednych przejmują.

Seniorze...

Śmiało mów...

WładcoHiszpanii...

Kto jesteś i zkąd?

Daj rękę swą ucałować,Niech usta me uszlachetni;Gdy dotkną się jéj me wargi,To lepiéj powiem, co myślę.

Dłoń łzami rosisz. Co ci jest?...

Me oczy, zazdroszcząc ustom,Wprzód chciały skargę swą zanieść.Przychodzę błagać o karęNa pana, co mi jest wrogiem.

Bądź dobréj myśli i nie płacz.Potrafi król być łaskawym,Lecz umie karać występki.Mów, kto ci krzywdę wyrządził?

Skrzywdzony płacze jak dziecko.Król ojcem biednych.. miéj litość.

Ma rozum... budzi współczuciePrzed skargą.

Jestem szlachcicem,Lecz biednym przez zmiany losu,Co dręczą mię od kołyski.Wybrawszy równą mi dziewkę,Dziedzica, Don Tella Neyra,O ślubie swym uprzedziłem.Pozwolił — a nawet jeszczeI ojcem ślubnym chciał zostać.Lecz miłość, która potrafiCzłowieka najmądrzejszego

Zaślepić — i w nim się nagleDo dziewki méj odezwała.Powstrzymał ślub mój, a w nocyW gromadzie zbrojnych napadłszy,Porywa mi narzeczoną!Ratunek mój w tobie, królu,I w Bogu — tu ma nadzieja!...Wraz z ojcem błagaliśmy goO skarb nasz; tyran rozkazałSztyletem piersi hidalgów,A plecy kijem poranić!...

Don Pedro!...

Słucham.

PapieruI pióra... podać mi krzesło.

Jest wszystko.

Zadziwia mię i przestrasza;Mówiłem z królem, słyszałeś?...

Na honor — to dzielny człowiek.

A mówią, że są okrutniDla biednych!...

O! tak, królowieKastylii są aniołami.

A chodzą jak inni ludzie.

Inaczéj król na dywanieU Tella jest przedstawiony:Twarz chmurna, laseczka w dłoni,Fryzura, niby latarnia,Koroną złotą pokryta,Pod brodą się zawiązuje.Ot niby Turek czy Maur,Pytałem pazia, jakie jest

Téj słynnéj figury imię:„To Baul, król, odpowiedział.

On „Saul“ mówił, gamoniu.

Ten, co chciał zabić Badila.

Dawida — to był zięć jego.

Ten co to, jak proboszcz mówi,Krzemieniem zabił Oliasa.

Goliata, bydlę.

Tak mówiłKsiądz proboszcz.

Złóż list ten, hrabio.Nazwisko twoje, poczciwcze?...

Ja-m Sancho, ten który błagaO karę na swego wroga.

Potężny jest on w Galicyi?...

Tak, że aż od brzegów Silu,Do rzymskiéj wieży Herkula,Lękają się go mieszkańcy.Kto z jego gniewem się spotka,Ratunkiem temu — Bóg tylko.On prawa tworzy i niszczy!...Tak dumni owi pankowieŻyć zwykli zdala od królów.

Pieczęcią list opatrzony.

Więc połóż adres: Don TelloDe Neyra.

Życie mi wraca!...

Gdy list mu wręczysz — on tobieNatychmiast żonę powróci.

Z twéj ręki szlachetnéj nigdyHojniejszy dar nie wypłynął.

Czyś przybył pieszo?

Nie, królu,Na koniach przyjechaliśmy,Pelagiusz i ja.

Tak szybko,Jak wicher, gdzie... szybciéj jeszcze!Mój koń ma narowy dziwne:Zaledwie da wsiąść na siebie,Wnet runie w piasek lub strumień,Jak plotkarz biegnie — a jadaJak student; jeśli przypadkiemOberżę zoczy — to musiLub wejść tam, lub się zatrzymać.

Zuch jesteś, chłopcze.

Ten jestem,Co kraj swój rzucił dla ciebie.

I ty ze skargą przychodzisz?...

Tak, królu, na tego konia.

Chcesz czego?

Żołądek pusty,Oj! żeby kuchnia tu była!...

Z przedmiotów, które tu widzisz,Co chciałbyś zabrać ze sobą?...

Nie wiedziałbym co z tém zrobić,Tellowi poślij... on tyleMa rzeczy takich u siebie!...

Poczciwiec bardzo zabawny.

Czém trudnisz się w swojéj ziemi?

Po górach biegam — stangretem (cochero)U pana swojego jestem.

To bryki (coches) macie?

Nie, królu,To znaczy, że świń (cochinos) pilnuję.

To dziwne, jedna prowincyaDwóch ludzi ma tak szczególnych,Ten sprytem, tamten prostotą.

Masz.

Cienka.

Zabierz — to złoto.Ty, Sancho, zabierz to pismoI śpieszcie z Bogiem do domu.

Bóg z tobą, królu.

Czy widzisz?

Pieniądze.

I spora sumka.

Elwiro droga!... me szczęścieZamknięte jest w tym papierze.Z tym listem da Bóg NajwyższyI wolność tobie przyniosę.

Posłuszny twoim rozkazom,O Sanchu się rozpytałem.Teść jego zaprzeczał zrazu,Lecz wyznał wszystko pod groźbą,Że kilka dni już minęło,Jak wyszedł z domu.

Rzecz dziwna!

Miał udać się do Leonu.

W istocie?

Wraz z Pelagiuszem.

I poco?...

Z skargą do króla.

Ze skargą? Wszak nie jest mężemElwiry — więc czegóż on chce?Jéj ojciec mógłby się skarżyć;Lecz Sancho!

Powtarzam tylko,Com słyszał dziś od pasterzów.A że ma Sancho dość sprytu,W dodatku jest zakochany,Więc krok mię jego nie dziwi.

Zapewne, lecz zkąd nadziejaMówienia z królem Kastylii?

Król Alfons, przez Pedra CastroW Galicyi wychowywany,

Każdego GalicyaninaPrzyjmuje, choćby żebraka.

Ktoś stuka, Celio, idź zobacz,Czy nie ma paziów w téj sali?

Na Boga, panie, to Sancho,O którym teraz mówimy.

Zuchwalstwo to niesłychane!

Najkorniéj błagam cię, panie,Racz dać mu swe posłuchanie!

Niech wejdzie; powiedz, że czekam.

Całuję nogi twe, panie.

A gdzie-to bywałeś, Sancho!Tak dawno cię nie widziałem!

Mnie wiekiem czas ten się zdawał.Poznawszy, że bądź z miłości,Czy téż przez upór, chcesz więzićElwirę; prosto do królaPoszedłem, który jest sędziąNajwyższym swoich poddanych.

I cóżeś powiedział o mnie?

Żeś panie porwał mi żonę.

Twą żonę? kłamiesz, hultaju!Czy był ksiądz tego wieczoru?

Nie, ale chęci znał nasze.

Jeżeli rąk wam nie złączyłMałżeństwo więc nie istnieje.

Czy było czy nie — to mniejsza,Król kazał wręczyć to pismo,Pisane monarchy ręką.

Drżę z gniewu.

Coś ty mi przyniósł?

List króla do ciebie, panie.

Cierpliwość moja bez granic!Nędzniku, więc ty przypuszczasz,Że lękam się twojéj skargi?Czy wiesz, kto jestem?

Tak, panie,I cnocie twojéj ufając,Przynoszę to pismo, któreNie krzywdzi pana, jak mniemasz,Lecz tylko jest pismem łaskiMonarchy kastylijskiego.

Więc gdyby nie ten list króla,Rozkazałbym cię i twegoKolegę...

O święty Pawle!

Powiesić na murach zamku.

To nie jest dzień mych imieninA sztandar będzie za brzydki!

Precz mi ztąd i jednéj chwiliNa ziemi méj nie zostańcie!Bo każę was zabatożyć,Nędznicy... hołoto podła!Wy śmiecie ze mną się mierzyć?!

Król dobrze mówi, bo pocóżZrobiłeś mu pan tę przykrość...

Jeżelim zabrał mu żonę,To jestem ten, który jestem.Tak rządzę tu i panuję,Jak Alfons rządzi w Kastylii.Ojcowie moi od jegoNaddziadów ziem tych nie wzięli,Lecz je na Maurach zdobyli.

Na Maurach i na chrześcianach,Pan nic nie winien królowi.

Ja jestem ten, który jestem...

O święty Makary!

To téżNie skarżę was dłonią własną.Elwiry chcecie... Elwiry...Niech zginą... O nie hidalgaMiecz splami się w krwi nędzników!

O nie plam-że jéj, seniorze!

I cóż ty na to?

Z GalicyiWygnali nas.

Zmysły tracę!Że czterech liczy wasalów,Więc króla już słuchać nie chce!Lecz da Bóg...

Powoli, Sancho,Najmędrsza rada: z wielkiemiNie kłóć się; a ze sługamiNie wdawaj...

Znów do LeonuWrócimy.

Niech i tak będzie.

Opowiem, co się tu stało.O, gdybym ujrzał Elwirę!Westchnienia śpieszcie, nim wrócę,Powiedzcie jéj, że umieramZ miłości...

Héj w drogę, Sancho,On nie miał jeszcze twéj żony.

Zkąd o tem wiesz, Pelagiuszu?...

Bo żądzę swą nasyciwszy,Natychmiast dziewczę-by zwrócił.

Bóg jeden wie, jak ja pragnęPrzyjaźni z matką.

I słusznie.Szlachetnym wszędzie być umiesz.

Choć ciężko mię obraziła,Lecz zawsze... jest moją matką.

E! możesz chyba iść naprzód.

Już widzę tego, któremuOddałem duszę, nie mającNic nad nią kosztowniejszego.To jasne Kastylii słońce,To Trajan wspaniałomyślny,Herkules to chrześcijański,I wielki Cezar Hiszpanii.

Idź, do nóg padnij mu kornie,Tę silną rękę ucałuj.

Monarcho najmiłościwszy,Zwycięzki królu Kastylii!...O, pozwól mi ucałowaćTwe stopy, które mieć będąGrenadę za poduszeczkę,A gród Sewilli za dywan!...Poznajesz mię?...

GalicyjskiZiemianin, który mię prosiłO łaskę...

To ja, seniorze.

Nie trwóż się...

Z boleścią wielkąWróciłem do stóp twych, królu,Powtórnie prosić o łaskę,Lecz chociaż grzechem jest wielkimTa śmiałość moja, to jednakPrzebaczysz ją, o monarcho,Biednemu, który przychodziZnów błagać sprawiedliwości.

Mów śmiało — możesz być pewny,Że skargi twojéj wysłucham.Ubóstwo jest najpewniejszymDo łaski mojéj tytułem.

O królu niezwyciężony!Gdym do Galicyi wróciwszyTwe pismo wręczył Tellowi,By zgodnie z prawem słusznościPowrócił mi narzeczoną;Przeczytał, lecz nie uczciwszy,Tak wściekłym uniósł się gniewem,Że zamiast oddać mi dziewkęZniewagą okrył haniebną

Kornego woli twéj posła!..Tak mnie i tego pasterzaTraktował, że cudem tylkoUniknąć śmierci mogliśmy.Robiłem starania, żebyNie trudzić skargą monarchy,Lecz wszystkie były daremne.Ksiądz proboszcz, który się cieszyPowagą, przemawiał za mnąI opat z Samos wielebny,Współczuciem dla mnie przejęty,Nikt serca jego nie wzruszył.I téj mi nawet pociechyOdmówił, widoku lubej!...Przychodzę tu więc powtórnie,Tak żądać sprawiedliwości,Jak żądałbym jéj od Boga,Którego jesteś, o królu,Na ziemi naszéj obrazem!...

List ręką moją pisany...Czyż podarłby go zuchwale?...

By zwiększyć gniew twójKto inny „tak“-by powiedział,Lecz niechaj Pan Bóg mię strzeże,Bym kłamstwem sprawę swą wspierał.Przeczytał, lecz go nie zniszczył.Fałsz!... zniszczył, gdyż przeczytawszy,Rozkazu króla nie spełnił!...

Choć w nędznych żyjesz warunkach,Ty musisz mieć krew szlachetną,Lub zacnych ojców być synem;Z twéj mowy sądzę i czynów!!...Musimy zaradzić złemu.Henryku, hrabio...

Słuchamy.

Wyjeżdżam dziś do Galicyi;Mój honor tego wymaga,Zatrzymać to w tajemnicy.

Lecz, królu...

Rzecz już skończona!...Każ powóz do bramy parkuSprowadzić...

Pałac dla luduOtwarty — łatwo spostrzegą.

I cóż ztąd?... Służba niech powie,Żem chory.

Może-by lepiéj...

Dość tego... nie cofnę planu.

Racz chociaż wyjazd odłożyć,Dopóki o twéj chorobieKastylii nie uprzedzimy.

Wieśniacy...

Potężny królu...

Dotknięty gwałtem Don Tella,Uporem i okrucieństwem,Pojadę sam go ukarać.

Ty panie!... a tożby z ujmąDla twojéj było korony.

Wróć zaraz... dom swego teściaPrzygotuj i ani słowaO tém, co zaszło, nikomuNie powiesz pod karą śmierci!...

Tak żądasz, stanie się, królu.

A ty zaś pomnij, że gdybyNazwiska mego kto żądał,Odpowiedz: szlachcic kastylski!...

Masz język trzymać — rozumiész,Ot tak, dwa palce na ustach.

Tak szczelnie zamknę ją, żebymI ziewnąć nawet nie zdołał.Lecz myślę, że król pozwoliZ uwagi na moję słabość,Czasami coś... tak... przekąsić...

Rzecz prosta, nie chcę, ażebyśWciąż rękę trzymał na ustach.

O panie, to nazbyt łaskiDla takich jak my nędzarzów.Którego z sędziów racz wysłać,Niech prawu zadość uczyni.

Najlepszym sędzią jest król sam.

Więc będę ją mógł zobaczyć?...

Tak... Tello, pan mój, pozwolił.

Lecz pocóż... wobec nieszczęścia...

Tyś w błędzie... ona się broniZ odwagą nieustraszonąKobiety duchem niezłomnéj.

Dziewica mogłaż-by honorZachować w rękach mężczyzny?

Jest czystą... i gdyby chciałaMą żoną zostać, dziś jeszcze

Zaślubiłbym ją, jak gdybyZ twéj chaty nie wychodziła...

Gdzież to jest krata?...

Z téj stronyW okienku wieży... mówiłaŻe będzie tam...

Zdaje mi się,A może starca myli wzrok...W okienku coś jest białego...

Więc zbliż się... ja już odchodzę,Bo choć twéj prośbie uległem,Nie chciałbym być tu widziany...

Czyś to ty, córko nieszczęsna?...

A któżby jak nie ja, ojcze?...

Myślałem, że cię nie ujrzę,Bo hańba twoja, dziewczyno,Wciąż stała mi przed oczyma,A hańba tak jest okropną,Że nawet rodzic twój, córko,Nie pragnąłby cię już widzieć!...Tak-że to godnie potrafiszDziedziczyć honor swych przodków,Że kryształ jego rozbity!...Jeżeliś czci swéj nie strzegła,Swym ojcem zwać mię nie będziesz,Bo córka hańbą skalanaOd ojca może chcieć tylko,By swoję krew z niéj wytoczył.

Ach, ojcze, jeśli w méj doli,Śród strasznych życia męczarni,I ci, co cieszyć powinni,Przychodzą zwiększać tortury;Nieszczęścia, jakich doświadczam,Przekroczą wszelkie granice!...Wszak jestem jeszcze twą córką.Wraz z życiem dałeś mi, ojcze,Szlachetność swoję — i onaDziś we mnie — ciebie czcić umie.Przyznaję, że tyran podłyZwyciężyć pragnął mię, aleChoć słaba, umiałam walczyćZ odwagą nadludzką prawie.Więc dumnym bądź ze mnie, ojcze,Że mimo tortur, więzienia,Wprzód umrę, zanim cześć stracę.

O córko, temi słowamiRoztwarłaś znów moje serce.

Cóż z Sanchem biednym się dzieje?

Powrócił znów do Alfonsa,Słynnego Kastylii króla.

Nadługo dom swój opuścił?...

Spodziewam się, że dziś wróci.

O, żeby go nie zabili!

Czy godzą na jego życie?

Przysięgał, że go zabije.

Uniknie Sancho zasadzki.

O! czemuż nie mogę skoczyćZ téj wieży w twoje ramiona.

Ach z jakąż-by cię radością,Do piersi tulił twój ojciec!...

Bądź zdrów, mój ojcze, ktoś idzie.O żegnaj...

Po raz ostatni!...Tak! teraz śmierci już pragnę!...

Co to jest?... Do kogo mówisz?...

Tym głazom opowiadałemSwą boleść i one czująWraz ze mną twe okrucieństwo!Zimniejsze niż ty, seniorze,Umiały mojéj rozpaczyOkazać szczere współczucie...

Daremne wszystkie podstępy,Łzy, skargi i narzekania,Twa córka, przedmiot mych pragnień,Już z rąk się moich nie wydrze!...To wyście jéj tyranami,Gdyż opór w niéj podsycacie.Ja kocham ją i ubóstwiam,A jeśli umieram dla niéj,Czyż mógłbym zabić Elwirę?!A wreszcie czem-że jest ona?...Wieśniaczką biedną — nic więcéj.Na ziemi mojéj żyjecie...Czy myślisz, widząc mą słabość,Że nie masz silniejszéj władzy,Nad młodość, rozum i wdzięki?

Rozumnie mówisz, seniorze,Bóg z tobą...

Będzie z pewnością,A ciebie podług twych zasługOceni...

I świat pozwalaNa taką praw poniewierkę,By nędzarz miał bogaczowiOddawać honor swój, milcząc?!Przyjemność tylko dlań prawemW jéj imię wszystko obala!...

Hej! Celio!

Słucham.

NatychmiastZaprowadź ją, gdzie kazałem.

Seniorze, pomyśl, co czynisz?...

Kto ślepy — patrzeć nie może.

Gwałt taki jest okrucieństwem.

Nie miała dla mnie litości...I jażbym gwałtu nie użył?!

Przeciwnie... uczcić należyJéj czystość i jéj obronę.

Dość tego... rozkoszy pragnę...Przekleństwo méj cierpliwości!Mam dłużéj znosić pogardę?!...Tarkwiniusz nawet godzinyNie czekał i — nim jutrzenkaZabłysła — już dopiął celu!

A ty chcesz, żebym tak długoDla nędznéj czekał wieśniaczki!

Czy nigdy nie pomyślałeśO karze za czyn podobny?...Z dobrego przykład brać trzeba!

Czy złe czy dobre — ja nie dbam.Dziś muszę złamać jéj wzgardę,Ja-m cierpiał — niech ona cierpi,Lecz zemsta cel mój uświęci.

Witajcie...

Nie wiem, co będzie,Lecz chyba przy boskiéj woliPomyślnie wszystko się skończy...

Gdy niebo zechce, Joanno,Wygramy, teraz przynajmniéjDo domu powróciliśmy.A kiedy konie już jedzą,To nie każ-że nam zazdrościć.

Już znowu nudzić zaczynasz?...

Gdzie Nuńo?

Jest u Elwiry.

Pozwala mówić z nią Tello?...

Lecz tylko z okienka wieży.

Więc ona ciągle w więzieniu?...

To fraszka, ktoś niezadługoPrzybędzie...

Milcz, Pelagiuszu.

O palcach dwóch zapomniałem!...

Powraca Nuńo.

Mój ojcze...

I cóż, mój synu?...

PowracamSzczęśliwszy do usług twoich...

Szczęśliwszy? czemu?

NiebawemPrzybędzie tu sędzia śledczy.

Tak, sędzia...

Milcz, Pelagiuszu!

O palcach znów zapomniałem.

Przybędzie z licznym orszakiem?

Dwóch ludzi.

Nie łudź się, synu,Daremne twoje wysiłki!...Potężny władca téj ziemi,W pieniądze i w broń bogaty,

Przekupi władzę, lub nawetŚród nocy wyrżnąć nas każe.

Co?... wyrżnąć?... zabawny jesteś!...Czy Nuńo kiedy grał w lombra?Na lichą jego malillęSpadillą wnet odpowiemy.

Czy bzika masz, Pelagiuszu?...

Znów palce mi wywietrzały!...

Chciéj teraz, ojcze, komnatęGościowi temu odstąpić,Bo to jest ważna osoba!...

Tak ważna, że...

Milcz, gamoniu.

O palcach znów zapomniałem.Już ani słowa nie pisnę.

Odpocznij, synu; drżę cały,Czy aby życiem nakoniecMiłości swéj nie przepłacisz.

Nie, pójdę raczéj do wieży,Gdzie jęczy moja Elwira,Jak słońce cień pozostawia,Tak i ja cień jéj na kratachSpostrzegę, lub gdy go oczyNie znajdą — to myśl odszuka.

Szczególna miłość.

Na świecieNikt pewno większéj nie widział!

Pójdź do mnie, Pelagiuszu...

Mam słówko z kuchnią pomówić.

Pójdź tutaj...

Wrócę za chwilę.

Rozumiész?...

I czegóż chcecie?...

Któż to jest ten sędzia śledczy,Którego Sancho sprowadza?...

Ten sędzia...

Boże dopomóż.

To człowiek bardzo dostojny.Jest blady i rozpalony,Wyniosły i drobny ciałem,Ma usta, któremi jadaI brodę pół-blond, pół-czarną,Lekarzem jest albo będzie,Bo nieraz krew puszczać każe,Chociażby nawet i z gardła.

Czy widział kto zwierzę takie?

Pójdź prędzéj, seniorze Nuńo,Do bramy naszego domuTrzech panów jakich-ś przybyło.

Trzy konie mają wspaniałe,Bogatą odzież, nowiutką,Ostrogi, buty i pióra!...

Na Boga, to oni pewno;Lecz sędzia śledczy z piórami!...

To lżejsi będą, seniorze,Wszak sprawiedliwość surowa,Jeżeli jéj nie przekupią,Tak prędko do rady wraca,Jak rączo z rady wybiegła.

I kto tę bestyę wyuczyłTéj złości?...

Wracam ze dworu.

Poznałem was już z daleka.

Pamiętaj strzedz tajemnicy.

Do nóg się ścielę.

Kto jesteś?

To Nuńo, teść mój, seniorze.

Z poznania ciebie rad jestem.

Całuję stopy twe, panie.

Swą służbę uprzedź, niech o tém,Że sędzia przybył, TellowiNie mówią wcale.

Drzwi zamknę,By nikt nie wyszedł za progi.

Lecz panie jestem w obawie,Że tylko dwóch masz rycerzów.Wszak nie ma w całém królestwieMagnata potężniejszego,Bogactwo równa się dumie.

Ta laska, którą mi król dał,Ma zawsze znaczenie grzmotu,Co głosi przyjście piorunu.Tak sam, jak widzisz, potrafię,W imieniu króla sąd spełnić.

W osobie twojéj spostrzegamWspaniałość tak niezwyczajną,Że choć ja-m skrzywdzon — drżę cały.

Więc śledztwo rozpocząć trzeba.

Odpocznij panie... dość czasu...

Ja nigdy nie mam go nadto.

Czyś, chłopcze, zdrowo powrócił?

Tak, zdrowo, najjaś...

Co-m mówił?

A prawda!... Jak się pan miewa?

Wybornie.

Jeśli wygramyTen proces, oddam sędziemuWieprzaka, jak on wielkiego.

Milcz, bydlę!...

Więc mam powiedziećWieprzaczka, jak ja małego....

Zawołać prędko tych ludzi!

Co każesz, panie?

JeżeliPrzyjść mają wszyscy pasterzeZ doliny, to długo potrwa.

Wystarczy.

Jak się nazywasz?

Ja, panie, Brito, pastuszek.

Co wiész o Tella napaści?...

W dzień ślubu pachołcy w maskachDrzwi w domu tym wyłamawszy,Porwali Nuńa Elwirę!...

A ty kto jesteś?

Joanna,Służąca panny Elwiry,Umarłéj dziś lub zhańbionéj.

A jak się zowie ten człowiek?...

To Filen, grajek na kobzie,

Co umie nocą śród gajówDo tańca grać czarownicom.

Opowiedz wszystko, coś widział.

Przyszedłszy grać tu na kobzie,Słyszałem, jak Tello broniłWejść tutaj naszemu księdzu.A potém, ślub tak zerwawszy,Elwirę porwał do zamku,Gdzie ojciec widział ją przecieI krewni.

A cóż ty mała?...

To córka Piotra Cuelo,Którego dziadem był Nuńo,A stryjem Marcin, co kiedyśOliwę dobrze oczyszczał.Rodzina zacna. OstatniDwie ciotki miał, czarownice,Siostrzeńca zaś garbatego,Co pierwszy w Galicyi rzepęZasadził.

Dosyć już tegoCzas trochę spocząć, rycerze,Tellowi przecież wizytęOddamy dzisiaj wieczorem.

Bez śledztwa mogłeś być pewny,Że Sancho cię nie oszukał,Niewinność tych ludzi przecież,Dowodem jest dostatecznym.

Postaraj się w tajemnicySprowadzić księdza i kata.

To dziwne...

Co?...

Nie rozumiemSędziego. Bez wszelkiéj formyJuż księdza żądał i kata.

Ja nie znam jego zamiarów.

I szwadron mu nie da rady,A cóż dopiero dwóch ludzi.

Każ naprzód obiad mu podać,A późniéj poznasz, co może.

Czy razem wszyscy jeść będą?

Wprzód sędzia a potém oni.

Ci dwaj to pewnie: policyantI pisarz.

Pewnie.

Joanno?...

A co tam?

Świeżą bieliznęPrzygotuj, usmaż kurczęta,Włóż szynki płat na patelniąI upiecz młodego pawia.Tymczasem niech Filen zarazZ piwnicy wina przyniesie.

Na słońce klnę się, mój panie,Że będę z sędzią jadł obiad.

On chyba całkiem zwaryował.

Królowie są nieszczęśliwi,Że sami jedzą; dlategoMieć muszą zawsze przy sobieBufonów zabawnych i psów.

Litości, Boże wszechmocny,Bo nie ma dla mnie ratunku!...

Zabiję...

O! stój, szalony!...

Ostrożnie, bym nie przekroczyłGranicy względów braterskich.

Dla siostry chociaż to uczyń,Coś mógł odmówić kobiecie.

Przekleństwo hardéj dziewczynie,Co nędznym uczuciom gwoliŚmie, dumą dziką pijana,Z własnego drwić sobie pana.Już dziś nie ujdzie méj ręki,Zabiję — lub będzie moją.

Daremna może obawa,Lecz dziwi mię to, że NuńoDostojnych gości przyjmuje,Tam wszystko ma jakiś pozórTajemny. Sancho powróciłZ wyprawy swéj do Kastylii,Cel któréj trudno odgadnąć.A nigdym nie widział, żebyDziałali tak tajemniczo.

Z podejrzeń nic się nie dowiem,Nie brakło ci sposobności,By wejść tam i poznać prawdę.

Lękałem się gniewu Nuńa,Ku wszystkim nam niechętnego.

Należy uprzedzić brata.Ma Sancho spryt i odwagę.Niech Celio tu pozostanie,Bo może przyjść kto.

SumienieDrży zawsze, kiedy nieczyste,A zbrodnię taką, jak Telia,Gniew Boga ukarać musi.

Gdy wejdziem — róbcie, co każę.

Co to za ludzie?

Wołajcie!...

Ot właśnie dworzanin Tella.

Hej, panie!...

A czego chcecie?...

Don Tella widziéć — z KastyliiPrzybywam po to.

Nazwisko?...

Ja!...

Tylko ja i nic więcéj?

Nic!

Krótko i mina groźna,To godne zastanowienia.

Więc idę powiedzieć panu,Że przy drzwiach Ja oczekuje.

Już poszedł...

Lękam się, żebyZbyt hardo nie odpowiedział.Dać poznać się trzeba było.

Sumienie powie mu zaraz,Że tutaj Ja się nazywaćKról tylko może.

Mówiłem wasze nazwisko,Lecz pan mi rzekł: niech odjedzie,I ja-bym tak się nie nazwał,Bo podług wszelkich praw tylko:

Ja — w niebie Bóg — a na ziemiMonarcha jeden się zowie.

To powiédz, że alkad królaPrzyjechał.

Wiernie powtórzę.

Dworzanin coś spuścił z tonu.

Alkada tytuł go trwoży.

I Nuńo jest już — czy możeTu przybyć?

Owszem, niech będzieNaocznym téj sceny świadkiem,Należy mu się to słusznieZa krzywdy, których doświadczył.

Przystąpcie, Nuńo, i patrzcie.

Już zamek tego zuchwalcaDreszcz budzi.

Słowa nie pisnąć!...

Pelagiusz piśnie, bo waryat.

Ja będę milczał, jak posąg.

I z dwoma ludźmi tu przybyć —Odwaga to nadzwyczajna!

Co robisz, mój bracie, strzeż się.Zaczekaj...

Czy pan to jesteś KastyliiAlkadem, który mię szuka?...

I cóż w tem jest tak dziwnego?

Twa śmiałość, bo wiesz, kto jestem...

I jakaż to jest różnicaPomiędzy królem — a posłemKrólewskim?

Ogromna dla mnie.A zresztą gdzie masz swą laskę?

Jest w pochwie, zkąd prędko wyjdzieA co się stanie, zobaczysz.

Co w pochwie?! Chyba mię nie znaszNikt w świecie mnie aresztowaćNie ważyłby się — król chyba!

Więc króla widzisz, nędzniku!

O! święty nasz Dominiku!...

Co? król sam? władca kastylski,Monarcha w swojéj osobie!...O łaskę błagam cię, królu!...

Rozbroić go! niech się dowie,Jak listy króla szanować.

Ułagodź gniew swój, o panie!

Daremna prośba. SprowadzićMałżonkę tego wieśniaka.

Elwira nie jest nią jeszcze.

Lecz chciała — zresztą jéj ojciecSkrzywdzony także przez ciebie.

Godzina kary wybiła,Za ciężkie grzechy żywota!...

Zaledwiem śród łkań i jękówNazwisko twe usłyszała,Alfonsie nasz kastylijski,Hiszpanii władco wspaniały,Więzienie wnet opuściłam,By błagać o sprawiedliwość.Ja-m córką Nuńa Ayvara,Którego cnoty są znane.Kochana przez Roelasa,Zaślubić miałam go właśnie,Za wiedzą ojca mojego,Gdy Sancho swojego panaPoprosił o pozwolenie.Don Tello przybył wraz z siostrą,Występną chucią wiedziony,Podstępnie ślub mój odroczyłI zbrojną ręką śród nocyDo zamku porwać mię kazał.Tam, złudą świetnych obietnic,Za hańbę chciał mi zapłacić.A potem wnet przeniesionaDo lasów pałacu blizkich,Gęstwinie tylko drzew, którePrzed słońcem mnie ukrywały,Z mych cierpień się spowiadałam.

Niech stwierdzą opór mój włosy,Promienie których wydarteZawisły tam na gałązkach.Niech świadczą źrenice mojeO płaczu, którym-by możnaNajtwardsze rozczulić skały.Dziś łzy mi tylko zostały,Zhańbiona — mogęż nie płakać?Jedyna pociecha jeszcze,Że kary za taką zbrodnięOd króla dziś żądać mogę,Bo król jest sędzią najlepszym.O łaskę taką, Alfonsie,U nóg twych błagam z pokorą.Bodajby twoi następcyOrężem zdołali dzielnymUwolnić wszystkie krainyZ pod Maurów ohydnych jarzma;I jeśli głos mój nie możeWysławić twéj szlachetności,Historya niech ją uwieczni.

Boleję, żem przybył późno,Choć czasu dość nam zostałoNa wymiar sprawiedliwości,Co strąci głowę don Tella.Niech będzie kat w pogotowiu.

Miéj litość, królu, nad bratem.

Czyż sama listu mojegoPogarda nie jest już zbrodnią?!Dziś dumę twoję, don Tellu,Zobaczę u stóp mych w prochu.

O, gdyby istniała karaOd śmierci większa — przyznajęŻem na nią zasłużył, królu!...

Niech pamięć, żeś się wychowałW téj ziemi — wzruszy cię, królu.

Hrabiego don Pedra imięNiech łaskę twoję wyjedna.

Don Pedro hrabia jest godzien,Bym go za ojca uważał,Lecz hrabia téż wié, że prawoPowinno być szanowane.

A litość czyż nie jest cnotą?

Prawdziwa litość nie możePogardzać sprawiedliwością.A w oczach Boga i ludzi,Ten zdrajcą jest i nieprawym,Kto króla swojego nie czci.Daj, Tello, rękę Elwirze,Byś jéj małżonkiem zostawszy,Zapłacił krzywdę i zginął.Po śmierci twojéj ElwiraZaślubi Sancha, na posagPołowę twych dóbr zabrawszy.Felicya zostanie damąKrólowéj, póki godnegoNie znajdę dla niéj małżonka.

Drżę cały...

A to król dumny!

I tu się kończy komedyaO królu najlepszym sędziKronika nam tę historyąZa prawdę szczerą podaje.

Przyjęty w murach SewilliZ uczuciem tak niekłamaném,Dziś czuję, że-m od tej chwiliPrawdziwym Iberyi panem!...Dziś mego panowania wschód,Bo cześć mi Sewilla niesie:Ten królem Hiszpanii zwie się,Kto dzierży szlachetny wasz gród!...Ujęty waszém przyjęciem,Zamieszkać pragnę tu sam;Kto panem tych gościnnych bram,Kastylii ten jest książęciem.

Najpierwszym alkadom miastaUścisnąć pozwól swe nogi;Niech twoja, królu nasz drogi,Potęga kwitnie i wzrasta.By zwiększyć blask twéj korony,Oddamy wszystko ci, panie,W nadziei, że nam zostanieSkarb swobód nienaruszony...

Przyrzekam.

Władco jedyny,Niech sława twa brzmi po świecie!...

O! wy mię tak przyjmujecie,Jak godne murów tych syny.Gdy za mną Sewilli ramię,Gibraltar w moc swą zagarnę,A w hufce Maurów bezkarne,Jak piorun spadnę... i złamię!...

Szlachetne króla zamiarySewilla poprzeć jest w stanie;Krwią naszą rozrządzaj, panie!...

Radośnie król te ofiaryPrzyjmuje...

Wierząc Sewilli...I żegna panów...

Cóż, powieMonarcha?...

Że na méj głowieKoronę dziś utwierdzili.

Łask żądna twych nieskończenieSewilla wiernie ci służy.

Przebywszy tu jeszcze dłużéj,Jéj cnoty lepiéj ocenię.

Ja wątpię, czy Rzym ów stary —Pomników świetnych cudami,Bogactwem i dostatkami —Z nią może stanąć do miary.

A można-ż nie mówić wcaleO słońcach tego siedliska?...Twa mowa czemu nie tryskaEkstazą ku dziewic chwale?...

Lonora... o!... de Ribera,To niebo życiem drgające:Jéj lica — to wiosny słońce!...

Zbyt blade... martwo spoziera,A promień jego śniegowyMiast palić — raczéj nas ziębi...Ja słońca lubię, co z głębiŻar sieją na nasze głowy!...

Pod stopy twoje z zapałemSypiąca wonnych róż fale,To Mencia.

Piękna jest... ale...Piękniejsze jednak widziałem...

A tamte, brunetki obie,Rodzone siostry Meicha.Ta blada znów...

Cóż u lichaZ powodzią tych nazwisk zrobię!...

Z marmurem, czy z lilią możeChcesz równać... na cóż to zda się...Dość tego; teraz AryasieJa nowin skarbiec otworzę!...Blondyny jasne, brunetyWyliczasz mi tu bez końca;Widziałeś wszystkie... niestety,Prócz najpiękniejszéj z gwiazd... słońca!...A dziewczę to na balkonie,Widokiem któréj olśniony,Stanąłem, i ku jéj stroniePrzesłałem wdzięczne ukłony!...Jéj oczy — jak błyskawice,Groźniejsze niż Zewsa strzały,Płomieniem pierś mi szarpały!...Nad wszystkie milsza dziewice,Urokiem olśniewająca,Jasnością dziwną wesoła,Ma cudną postać anioła,Jutrzenki powab, blask słońca!...I...

Wiem już. Śliczna ta dziewa —To Gwiazda Sewilska, panie.

Krzywdzące dla niéj nazwanie,Bo ona słońce zaćmiewa.

Estellą zwie się, więc szczeraTo gwiazda. Ma tylko brata,A ten ją w Sewilli swata.

Nazwisko?...

Busto Tabera,Regidor miasta.

Żonaty?

Nie jeszcze, więc dotąd społem,

Tabera z owym aniołemZajmują, wspólne komnaty.

Szczęśliwa gwiazda, Aryasie,W sewilskie wiodła mię progi;Lecz powiedz gdzie, w którym czasieZnów ujrzę obraz jéj drogi?...

Zobaczysz swą gwiazdkę miłą,Gdy zdrzemie się oko słońca,Lecz łaskę wprzód pchnij jak gońca,By tchnienie jéj utuliłoSurową czujność cerbera.Bo łaska — cudów mistrzyni,Możebną — niemożność czyni,Najtęższe zamki otwiera.Jeżeli brat przyjmie dary,To wdzięczność w nim zakołata...

Natychmiast poślij po brataI wszystko, pod grozą kary,Tak urządź, żebym z dziewczynąDziś w nocy miał to spotkanie...

Całuję stopy twe, panie.

Łzy z oczu twoich dziś płyną?...

Mój ojciec skonał.

UmieraOjczyzny syn niezwalczony!...

Granica dziś bez obrony.

Tak!... nie ma tam bohatera!...Wieść smutna...

Dla ArchidonyOgromna, monarcho, strata!...Gdy nie miał po duchu brataGodnego bronić téj strony,Ojcowskich cnót dziedzicowiRacz miejsce osieroconePowierzyć...

W twoję obronęJesteśmy wierzyć gotowi.Nim długa smutków godzinaPrzeminie — zostań na dworze!...

Fernando Perez MedinaPretensye téż rościć może.On na to dowództwo liczy.Latami służby on drugiI nieraz krwi czarnéj strugiZ żył hardéj przelewał dziczy;Przewagę ma więc nade-mną!...

W téj mierze radę swą zbiorę.Zobaczym...

Widno nie w poręZ nadzieją śpieszę daremną.Lecz naprzód pragnąłbym szczerzeUścisnąć, królu, twe nogi.

Spokojnie zrób to, mój drogi.Nim tacy, jak ty, rycerzeI wszyscy senatorowieWyrzekną sąd swój z kolei,Żadnemu z was król nie powieNiechęci słów lub nadziei.

O wodzach mych w ArchidonieHidalgów głos postanowi.

Notatkę składam królowi.

Ja również w monarchy dłonieOddaję to kryształoweZwierciadło ducha mojego:W niem łatwo wszyscy spostrzegą,Czy do téj służby mam głowę.

Jak z lustra, wiernie rzeczy stanZ méj karty również przeziera.

Jest, królu, Busto Tabera.

Gdy patrzy wielki król i pan,Już silnie drży pierś wasala;Dziś stokroć zwiększa mą trwogęTen zaszczyt, że mówić mogęZ monarchą...

Wstań!...

Król zezwala.A jednak, panie, jeżeliMonarchom Bóg dawać każeCześć, jaką święcim ołtarze,Czyż Busto wstać się ośmieli?...

Szlachetny jesteś, Tabero!...

Być takim — Busto gorliwiePróbuje nie dziś dopieroNa szczupłéj zajęć swych niwie.

Rozszerzyć mógłbym ją, przecie...

Za Boga i ludzi sprawąWszechwładnym król jest na świecie;Lecz właśnie to samo prawoPoddanym surowo broniDoświadczać łask swego pana.Taberze chciwość nieznana,Ma dosyć z monarszéj dłoni...

Czy słyszysz?...

To dziwak młody!

W poważnéj przybywasz dobie.Dzielności zacnéj dowodyKról łaską swoją zaszczyca:Dziś wodza zwierzchniego w tobieBezbronna ujrzy granica!...

Ja, królu?... Ależ jakiemiZasłynął czyny Tabera?...

Król godnych zawsze wybiera.Potrafisz bronić téj ziemiSumienniéj, w pokoju porze,Niż ludzie, którzy swą chwałąW tych prośbach walczą tak śmiało.Przeczytaj!... na twym wyborzePolegnę.

Jeśli rodzicaWaleczność Gonzal dziedziczy,Potrzebaż lepszéj zdobyczy?...

A druga téż cię zachwyca?...

„Fernando Perez MedinaPrzy ojcu jeszcze twym, władco,Dwadzieścia lat był żołnierzemI pragnie znów służyć tobieRamieniem swojém i szpadą,

Czy w kraju, czy za granicą.Przez dziesięć lat adalidaSpełniając rycerską służbę,Na harcach wciąż pod Grenadą,Trzy lata w niéj przebył jeńcem.W poczuciu zasług tych... przytémNa mieczu swym polegając,Śmie prosić króla o godnośćDowódcy wojsk w Archidonie“.

Cóż powiesz?...

A to jedynie,Że prośba taka z méj strony,Nie wsparta na żadnym czynie,Za wybryk głowy szalonéjUchodzić mogłaby śmiało.Dziadowie moi na wojnieToczyli krwi swéj nie mało,Lecz w zamian, byli téż hojnieZa dzielność swą nagradzani.Więc nie ma żadnéj przyczyny,Mnie darzyć za ojców czyny.Bo sprawiedliwość człowiecza,Gdy świat ma polegać na niéj,Niech wszystkim jednaką będzie;Swe imię mając na względzie,Niech prawdę nam zabezpiecza.Więc w imię łaski téj Nieba,Na jednym włosku wiszącéj,Jednemu z nich oddać trzebaNa kresach miecz wakujący.Tę godność, dając mi, panie,Pokrzywdziłbyś zasług prawo.Czyż Busto marną choć sławąUświetnił twe panowanie?...Jak żołnierz walczył na wojnie,A dziś ma urząd w Sewilli!...O! pan mój się nie pomyli,Oddając, jak król, dostojnie,

Archidon w ręce Mediny,Starszego wiekiem i czynem.Gonzalo również się przydaNa miejscu znów adalida,Dla zuchów takich... jedyném...

Tak będzie!...

Głos mój nie długi,Bo jeszcze śmiem błagać o to,Byś z godną, króla szczodrotą.Nagradzał podług zasługi!...

Dość!... mądre twéj rady słowoNa duszę wstydem mi padło!

W to prawdy mojéj zwierciadłoSpójrz, królu.

Sercem i głowąJuż względy zdobyłeś moje.Chcę, żebyś jeszcze w téj dobieW pałacu zajął pokoje.Żonatyś?...

Nie! Mam przy sobieSwą siostrę, któréj weselaWprzód pragnę, nim się ożenię.

Chcę spełnić twoje marzenia.Jéj imię?

Donna Estela.

Tak bardzo promieniejące,Że dla niéj pragnąłbym szczerzeNa męża wynaleźć słońce!...

Człowieka niech król wybierze,Bo-ć siostra ziemską jest gwiazdą.

Wybrawszy godnego męża,Chcę miłe stworzyć jéj gniazdo.

Tą łaską król mię zwycięża.

Sprawiwszy sam jéj wesele,I posag dam przyzwoity.

Żądając mojéj wizyty,Monarcha jakie miał cele?...

A!... Sprawom sewilskim gwoli...Lecz naprzód poznać się chciałemZ przekonań twych ideałem...Do rzeczy przyjdziem powoli,Już znając się trochę dłużéj...Bo-ć czas nam pokoju służy!Od dzisiaj Busto TaberaW pałacu niech się rozgości,W rycerza dworu godnościI świty méj oficera.

Niech nogi twe ucałuję...

W ramiona pójdź, regidorze!...

Zadałbym gwałt swéj pokorze.

Szczególną obawę czuję:Król ściska, przyjmuje rady...Na ważne śle stanowisko...Honorze, tu piorun blizko!!...

Ma głowę nie od parady!...

O! znam ja dawno, po minie,Tych dumnych słowa mocarzy;Niech tylko gratka się zdarzy,To cnota bez śladu zginie.

Gdy Busto brylant swéj cnotyNa jednéj położył szali;Niech pan mój na drugą zwaliKrólewskich łask ciężar złoty.

A teraz śpieszmy się do niéjW przebraniu, więc bez korony...Kastylio! król twój szalony,Za Gwiazdą Sewilską goni!...

O! kiedyż cię, ubóstwionyMojego ducha aniele,Zwać będę imieniem żony,Los życia z tobą podzielę?...

O, gdyby z mojém pragnieniemNurt czasu płynął głęboki,Już słońca olbrzymie krokiWyprzedziłby swym strumieniem!...

O, dzięki ci za te słowa!...Po wszystkie świata wawrzynyDla ciebie, gwiazdki jedynéj,Ma dusza sięgnąć gotowa.

Ja-m twoją aż do mogiły.

Promienna moja królowo!...

Kochanku!...

Powtórz to słowo,Dźwięk jego sercu tak miły!...

I pocóż stać nam tak smutno?...Niech się nasz język rozgości,Tak lekkie snując czułości,Jak głośne Holendrów płótno!...

Zamilkniesz?...

Chęci najszczersze!...

Ach! męki!... Patrz, moja mała,Jak bólem pierś mi wezbrała!...

Fagasie!... ach! ty, co wierszeZe zgrzebłem robisz tak mile!...

Ach, droga!...

Ach! cierpię... a ty...

Już chyba i trędowatyNie powié: „ach“ razy tyle!...

Cóż brat twój?

Ziści nasz eden,Boć znikły wszelkie przeszkody...Ma jednak pewne powodyNasz związek o tydzień jedenOpóźnić...

Ach! czemuż zwleka!...Czy pragnie sam naszéj zguby?...Spełnijmy dziś nasze śluby;Wątpliwe „jutro“ człowieka!...

Mów z bratem.

Tak! to pomoże...Bo zwłoka pierś mi rozdziera!...

Nadchodzi Busto Tabera!...

Ach!... Sancho!... bracie mój...

Boże!...Co widzę?

Tyś jest zmieszany?!...

To smutku, to szczęścia dreszczeWzruszają mię naprzemiany.Wyjdź, siostro!...

Myśli złowieszcze!...

Don Sancho!...

Mów mi inaczéj.

Na naszém chmurzy się niebie.Dziś król mię wzywał do siebie...Téj łaski objaw — co znaczy?...Dowództwo mi w ArchidonieOddawał, choć, jak wiesz o tém,Jam nigdy nie prosił o nie!...Gdym łaski nie przyjął... potém....Mianował mnie...

I cóż daléj?...Tak... to jest szczęścia przyczyna,Lecz gdzież się smutek zaczyna?...

Więc poznaj, co mózg mi pali:Mianował mnie swojéj śwityRycerzem...

To doskonale!...

Tak, dotąd nic złego... ale...

O! trwogą jestem przybity!...

Król pragnie... wyznam ci szczerze...Rozrządzić ręką Esteli...On posag siostrze wydzieli...On męża dla niéj wybierze...

Przed chwilą mówiłeś, bracie,Żeś wesół i smutny razem;Jam tylko smutny!... ŻelazemPierś biedną mi przebijacie!...Dla Busta zaszczyty same,Gdy szczęście moje już w grobie.I tobież smucić się... tobie?!...Wszak szczęścia ziemskiego bramęNa oścież los ci otwiera!Ty — króla wybrańcem; ona —Książęciu krwi poślubiona!...Szczęśliwy Busto Tabera!...A jednak... to się nie godzi!...Wszak nie jest król uprzedzony,Że siostra za mąż wychodzi!

To wielki błąd z mojéj strony,Lecz byłem tam bez pamięci!

I jakąż wymyśléć radę?...

Do króla zaraz pojadęI wyznam co się tu święci:Że zbliża się dzień wesela,Którego już nie odłożę!Któż w królu przypuszczać możeNajświętszych praw gwałciciela!!!

Lecz któż mu gwałcić zabroni,Gdy ma w tém cel swój na względzie?...

O, przecież tak źle nie będzie!...

Ha! tu kres mojéj pogoniZa szczęściem, które na świecieMa tylko pobyt niestały...Już moje sny uleciały...I rozpacz serce mi gniecie!...Jeżeli zgwałci król prawo...

Król — królem jest, mój Ortizie,Cierpliwość więc... i milczenie.

Gdy rozpacz serce mi gryzie,Los dolę gotuje krwawą,Gdy cierpię tak nieskończenie,On znosić... i milczeć każe!...Bodajbyś, królu tyranie,Za szczęścia mego starganie,Kastylskie stracił ołtarzeI wierność naszego miasta...„Dzielnego“ zdobyłeś miano!...Już mi twa dzielność jest znaną!...Bezprawiem obszar twój wzrasta!...Ojczyste pożegnam strony,I pójdę do Gibraltaru,Śród wojny krwawéj pożaruWnet znajdę grób upragniony!...Estello ty urodziwa,Zkąd czarna gwiazda nademną,Gdy-ty mi jesteś wzajemną?!...

To prawda!...

Uprzedź...

Przybywa.

Co widzę, król pan w méj chacie?...Ten zaszczyt...

Zwiedzam z zapałem,Co tylko godnego macie...Przechodząc tu... usłyszałem,Że dom ten Tabery Busta!Fantazya przyszła mi szczeraZobaczyć, co téż zawiera.

Chatynka zwyczajna... pusta...

Więc pokaż siedzibę własną.

W podobnym mojemu stanieWystarcza takie mieszkanie,Królowi będzie w niem ciasno!...Wizyty królewskiéj echaZasmucą Sewillan srodze...

Lecz ja do ciebie przychodzę...

Tan zaszczyt mi się uśmiecha...Przypuśćmy, że tak jest... aleCzyż mogę wasal... poddany...Ów honor, tak niesłychany,Od władcy przyjąć zuchwale!...Czczę godne króla zamiary,Lecz skoro przybyć chce do mnie,Jam winien śmiało... a skromnie...Odmówić takiéj ofiary,

Nie mogąc działać inaczéj!...Dość łaski pan mi okaże,Jeżeli pozwolić raczy,Bym złożył hołd... w Alkazarze!...Bo zaszczyt bywa zniewagą,Gdy rodzi podejrzeń żmiję!...

Podejrzeń?... jakież-to?... czyje?...

Więc prawdę wyznać mam nagą?...Tłum wnet roztrąbi łaskawie,Żeś siostrę odwiedził moję;Podejrzeń takich się boję,Bo one szkodzą jéj sławie!...A honor — to jak zwierciadło,Co jedném tchnieniem się kala!...

Przeleci podejrzeń fala!...A skoro tak już wypadło,Że z tobą pomówić mogę,To wejdźmy...

Nieład w mym domu;Nie radzę wchodzić nikomu,Pomówim lepiéj przez drogę!...

Nie łatwo!...

To bagatela!...Niech idzie ten brat kochany,Ja spełnię sam twoje plany!...

Mów cicho!... On w słuch się wciela!....

Schwycimy go w złota kleszcze!

Nie myślę łamać twéj woli.

Hej! konie!...

Jedziesz?...

Pozwoli

Król pieszo iść?...

A wszak jeszczeJest miejsce w mojéj karecie.

Już czeka...

Do Alkazaru!...

O piersi!... tych łask ciężaruWy pewno nie udźwigniecie!...

Matyldo, coś ty mówiła?...

Że król sam był tutaj, pani.

I prawda!... to dziwne dla méj,Że królów nęci gwiazd siła?...Król Sancho przybył tu w gościZ uczuciem niepokonanem.On pięknéj Kastylji panem,A tyś królową piękności!...Król Sancho niezwyciężony,Spostrzegłszy tu na balkonieTę piękność, co czary zionie,Poddaństwa bił jéj pokłony,I kazał, żebym klejnotyCałego królestwa społemPrzed jego złożył aniołemNa jeden stos szczerozłoty!...Gdy gwiazdka, króla kochanie,Do próśb się jego przychyli;Wnet z gwiazdy skromnéj zostanieWspaniałem słońcem Sewili!...Król hojnie ciebie obdarzy

Koroną grodów i złotem,A piękną rączkę twą... potem..Jednemu da z dygnitarzy,Którego świetność nazwiskaTwych dziadów sławę uwieńczy!A herb Taberów młodzieńczyNieznany splendor pozyska!...Cóż na to Estella powié?...

I pytasz, nędzniku hardy?...Wstrętnemu jak ty posłowiDam tylko... ślinę pogardy!...

Na honor!... szlachetna para!...Rodzeństwo godne jest siebie:W niém cnota rzymian prastaraNa naszém zakwita niebie.Czyż król w tém sercu ze staliNamiętność kiedy rozpali?...Wytrwałość — potęgą młota —Najtwardsze skały roztrąca!...Wybornie... wszak to służąca...Kosztowne dary... to wrota,Któremi kto chce zdobywaLukrecye w lot... błyskawicą...

Zkąd jesteś?...

Jam niewolnicąW tym domu.

Tak?...

Nieszczęśliwa,Dla któréj śmierć lub więzienie...

Gdy żądasz dobréj zapłaty,Gdy pragniesz mieć i dukatyI prędkie ztąd wyzwolenie,Król da ci wolność i złoto,Za jednę przysługę marną!...

Do celów pańskich z ochotąPragnienia moje się garną.

Masz dziś do tego siedliskaWprowadzić króla tajemnie.

Powolną sługę ma we mnie,Lecz sługa, coś rzekł, uzyska?...

Przed wejściem będzie ci danyPodarek z królewskiéj ręki.

Pokorne składam już dzięki;Dziś w nocy król będzie panemW Estelli pięknéj komnacie

O któréj tu zasypiacie?...

Tabera wraca nad ranem,Gdyż błąka się w nocnéj porze...Ten sposób życia, niekiedy,Do ciężkiéj prowadzi biedy!...

O któréj król przybyć może?...

Przed samą północą, panie,Estella będzie już spała.

Ten klejnot weź, moja mała,I spełnij króla żądanie...

Od dzisiaj siedzibę nowąRacz przyjąć z monarszéj dłoni:Te klucze należą do niéj.

Czyż marne wyrazi słowoMą wdzięczność? O! to zawiele...Czym ja téż zasłużył na to?...

Król umie darzyć bogatoA mądre są jego cele...

Tym kluczem król mi otwieraSwojego nieba podwoje;Lecz świat na wzniesienie mojeZbyt groźnem okiem spoziera...Te łaski niespodziewane,Jak łatwą powstały drogą,Tak szybko sprowadzić mogąIch twórcy gwałtowną zmianę.

Możecie odejść panowie!...

Niezmiernie jestem ciekawyTéj naszéj nocnéj wyprawy!...

Któż radość moję wypowie!...Więc dzisiaj?... aż serce rwie się...Jéj oko tak mię zachwyca!...

Usłuży nam niewolnica.

Kastylja posąg jéj wzniesie!...

Dokument biednéj dziewczynie...

Każ zrobić... podpiszę śmiało.Wszak z jéj-to łaski jedynieMam gwiazdkę posiadać białą.

Już wszystko w domu spoczywa...

Estella?...

Śpi, bo już ciemno.

Masz oto rachunek ze mną...Twych kajdan złamie ogniwa...Pan sługę inną dostanie...

I dochód téż nie-od-rzeczyTen papier ci zabezpieczy.

Twe stopy całuję, panie.

Najczujniéj swych zysków strzegą...W chciwości każda z nich tonie.

Rzecz miła siedziéć na tronie!...

Oporu nie znać żadnego!...

Sam idę do gwiazdy mojéj.

Co? król sam?... tak późną dobą?...

Wszak idę do niéj sam z sobą,Czy to cię nie uspokoi?...Pozostań!...

Gdzie?...

Tu gdzieś może...Bym mógł cię znaleść w potrzebie.

Przy świętym Marku?!...

Do siebiePan kiedy wcaca?...wraca?...

Gdy zorzęŚwiergotem ptastwo już wita.Nim wróci — drzwi wciąż otwarte.

Uczucie pcha nieprzeparte...

Więc śpieszmy, póki nie świta,Iść za mną proszę, bo ciemno.

I dom mój...

Bądź zdrów!...

Zawcześnie.

Oddawna miasto już we śnie.Wizyta jeszcze przedemną!...

Nie lękaj się!...

Wybornie!... cóż z Felicyaną?Uroda jéj...

Grzechu warta,Lecz... jutro o tém... do czarta!...

Dziś idę spać bardzo rano.

Już ciemno? (woła): Héj niedołęgo,Andrzeju!... Jan!... coś się święci!...

Osorio!... śpią jak zarznięci!...

Inezo, Justo!... śpią tęgo!...

Matyldo!... i niewolnicyNie zbudzę?!... Nadzieje prysły!...To bóg snu człowiecze zmysłyW potężnéj trzyma prawicy.

Przez Boga!... to pan mój woła!...Zgubionam!...

To tak o świciePowraca?!...

Biedne me życie!...

Matyldo!...

Uciekam... Boże!...

A kto jest tam?

Mężczyzna!...

Mężczyznę mamW mieszkaniu o takiéj porze?!...Nazwisko?...

Precz ztąd!...

O panie!...Po ostrzu szpady wyjdziesz ztąd.

Ze szpadą precz!...

Wprzód spełnię sąd!...Boś mojéj siostry mieszkanieZnieważył!... Kto ty jesteś, mów,Bo zginiesz?...

Puść mię bez zwłoki!...

Ja tutaj głoszę wyroki!...

Jam szlachcic i... nie żądaj słów...Twój honor nie jest skalany,Jam chciał go zwiększyć jedynie!...

W ten sposób?!...

To moje plany!...

Do miecza!... niech krew popłynie!...Cóż, prawiąc mi o honorze,Tak w płaszczu kryjesz się cały?...Czy sądzisz, że dla méj chwałyZniewaga przydać się może?!...Do broni!... bo w duszy méj wre!...Zabiję!...

Stój!... król przed tobą!...

Nie frymarcz jego osobą!...Król-by mię nie zhańbił... nie!...Śród nocy... monarcha... tu... sam..Bezwstydny głos twój znieważaWielkiego ziem tych mocarza,Więc podły zadaję ci kłam!...Król hańbił by swe wasale?...Zwiększyłeś wściekłości méj żar!...O siebie nie dbam już wcale,Za króla — nie ujdziesz ty kar!...Czy nie wiesz, jak tego karząŚwiatowe i boskie prawa,Kto podle, niecną potwarzą,Na króla honor nastawa!...

I taki policzek mam znieść!...Czy słyszysz? Jam król!...

Dość tego!...Królowie honoru strzegąA tyś podle skalał mą część!...

Z tym gburem rozprawa ślizka. —Co zrobić?...

Że król — wiem o témPozwolę wyjść mu, by potemSwéj hańbie przyjrzeć się zblizka!...Jak szarpie cios ten... jak boli...Któż wściekłość moję ogarnie!...Więc honor można bezkarnieKaprysem hańbić swawoli!...

Ktokolwiek jesteś — uchodź precz!...Bo strasznie zemsty krwawéj mieczZacięży na twojéj głowie!...Lecz szanuj monarchę więcéj...Niech królem ten się nie zowie,Kto czyn popełnia zwierzęcy!...

Mam taką przebaczyć zbrodnię!...W mych żyłach kipi wstyd i gniew!...

Pozwalasz wyjść ztąd swobodnie!...Wprzód musi popłynąć tu krew!...

Kto przyjął królewskie miano,Czynami stwierdzić je zdoła:Giń zdrajco!... niechaj stal gołaCześć króla wesprze zachwianą!

Nad króle świata i panyHonoru droższe mi prawa!...

Słyszycie, co to za wrzawa?...

Tu łatwo byłbym poznany!...Uciekać trzeba... z pod straży...Na późniéj zemstę odłożę!...

Ucieka... schytać go może?...

Tak!... bić... nie!... nikt się nie waży!Wrogowi rzucić most złoty.Niech światło weźmie ta mała.

To ona siostrę sprzedała!...Z wyrazem chytréj prostotySpogląda w ziemię jak dziecko!...Podstępem zajść ją wypada.

Drzwi zamknij... furyo ty blada!...Znam twoję sprawkę zdradziecką...Król wyznał wszystko... śmierć tobie!...

Król wyznał!... głos mi zamiera!...

Tak panie!... to prawda szczera!...

Wiera teraz, co méj osobieZagraża!... (głośno) Tyś otworzyła?...

Wolności darem złudzonaUległam...

Wolność tak miła!...Estella wié o tém?...

Ona?!!...Toć żarem swoich płomieniNa węgiel-by mię spaliła.

Tak sądzę; blasku jéj siłaTrwać będzie... już się nie zmieni,Gdy gwiazdy przyjęła miano!

Ona jest gwiazdką wybraną,Jéj blask potężny a szczerySłonecznem światłem się pali!...Zaledwie król wszedł do saliI oddał mi te papiery,Pan przybył...

Co one znaczą?...

Dukatów tysiąc dochoduI wolność...

Nie umrzesz z głodu!...

Honorem Busta... rozpaczą...Téj łaski dar zapłacony!...

Pójdź za mną!...

A dokąd, Panie?...

Do króla... na posłuchanie!...

Już nie ma dla mnie obrony...

Estella więc niezaćmiona...Król zgasić chciał jéj promienie!...Sewilskiéj gwiazdy wspomnienieW Hiszpanii długo nie skona!...

A wiesz ty, co mię spotkało?...

Król sam był, podług życzenia!...

To wcale rzeczy nie zmienia!...Szaleniec mową, zuchwałąZnieważał mię bez litości,Wciąż grożąc ostrzem swéj szpady.Wzburzony gniewem i blady,Nie pomnąc własnéj godności,Już miałem podeptać żmiję,Gdy służba ze światłem śpieszy!...Przed wzrokiem fagasów rzeszyOstrożnie twarz w płaszczu kryjęA wreszcie śmiało, swobodnie...Wychodzę nie zatrzymany.Tak Busto zniszczył me plany!...

Niech śmiercią odkupi zbrodnię!...Niech pierwsze słońca promienieOświecą karę niebawem!...W Hiszpanii musi być prawemTwéj woli każde skinienie!...

Publiczną karę!...

Spełniwszy,

Osłonim wszystko pozorem!...Wszak Busto jest regidorem:Czyż człowiek, choć najcnotliwszyWystępku spełnić nie może,Ambicyą władzy porwany?!...

On tak jest umiarkowany...Tak myśli o swym honorze...

Więc zabić go potajemnie!...

Nie znajdę dłoni, gotowéj...

Wiernego sługę masz we mnie.

Narażać nie chcę twéj głowy!...

Jest na to sposób jedyny!Mężnego dam ci wojaka:Gibraltar zna jego czyny,Odwagi siła w nim taka,Że dzisiaj on sławy już syt!...

Nazwisko tego mściciela!...

Don Sancho Ortiz RoelaZ przydomkiem Andaluzyi Cyd!...

Już dnieje... wezwij rycerza.

Król spocznie o rannéj ciszy.

Kto kocha i zemstą dyszy,Ten snowi się nie powierza!...Nim słońce twarz swą okaże,Przywołaj tu Roelasa.

Ach! królu!... na AlkazarzeCoś z wichrem złowróżbnie hasa!...

Co mówisz?... Czy się co stało?...

Okropność!...

Mów, co się dzieje?...

Patrz!... wisi Matyldy ciałoW jéj rękach papier bieleje!...

O zgrozo!...

Widok nie miły!...

Zabijem siostrę i brata...

Niech dłużéj trup ten nie lata...Każ złożyć go do mogiły!...Zuchwalstwu swojemu dziękiDziś zginąć musisz, Tabero!...

A co to?

Wstawaj!...

DopieroSłoneczko z objęć jutrzenkiWyrywa twarz rozespaną,A ja mam opuszczać łoże?...Tyś smutny!... o powiedz!... możeJam winna, żeś wstał tak rano?...

Odpowiedź ty masz gotową!...

Ja, bracie?... czyś ty szalony?...Obecnie wina z twéj strony,Bo krzywdzisz mię taką mową...Czyż kiedy się moje ustaOhydą kłamstwa skalały?...

Znasz dobrze żywot mój całyNie jestżem siostrzycą Busta?...Tak jak ty honor twój cenię!...Więc zkądże w tobie méj winyPowstało dziś podejrzenie?...

Czyż mówiłbym bez przyczyny?...

Więc myślisz...

Dzisiejszéj nocy...

O! dokończ... gdy się okażeMa wina — ulegnę karze...

Gdym wrócił dziś o północy,Król płaszczem swym otulony,W tém miejscu... przy twéj komnacieCzatował...

Co mówisz, bracie?...

RrzeczRzecz pewną. Władca koronyW mym domu... o takiéj porze...Tyś chyba tak mu jest miła!Matylda go wprowadziła!...O swoim pomnąc honorze,Po takiem odkryciu miłem,Puściwszy króla swobodnie,Matyldę za podłą zbrodnięNa zamku wnet powiesiłem.Niech trup jéj monarchę wzrusza...I groźną będzie przestrogą,Że pomścić Brutusy mogąOhydny czyn Tarkwiniusza!...Wiesz, co mię dręczy w téj chwili!...Gdy hańba tobie zagraża,Wnet musisz pójść do ołtarza.Nim rzucę mury Sewili,Don Sancho mężem twym będzie.DielnościąDzielnością rycerskiéj dłoniPrzed królem ciebie zasłoni,

Twój honor mając na względzie.A ja spokojny odjadę!...

Z wdzięcznością niewysłowionąDziękuję za taką radę!...

Zostaniesz dziś jego żoną.Gotowa bądź — a rozwaga —Milczenia od nas wymaga.

Miłości!... Szczęście ty mojeNie wymkniesz mi się już snadnie...A jednak... i któż odgadnieGdzie kończą się jego zdroje!...Jeżelić między ustamiA czarą... tuż u jéj brzegaGrom śmierci mędrzec spostrzega...

Don Ortiz jest tam... za drzwiami.

Podstępów miłość się chwyta...A jednak... drżę, gdy już blisko...W téj karcie zdrajcy nazwiskoI kara śmierci wyryta!...Z téj drugiéj każdy się dowie,Że Busto z méj woli ginie...Zaprzeczam Ortiza winie!...

Niech wejdzie — ty bądź w alkowie,Zamknąwszy drzwi należycie.

W alkowie?...

Tak, niechaj mniema,

Że żadnych świadków tu nie ma,Ze we dwóch działamy skrycie!...

Wprowadzić?

Już wejść tu może

O! władco! zaszczyt ten błogiDaj ustom, niech twoje nogiCałować mogą w pokorze!...

O powstań!... Zbytek pokory!...Chciéj powstać...

O racz łaskawie...

Zuch z miny!...

Wybacz obawie...Roela do niéj nie skory...Lecz mówca zeń lada-jaki!...

Jak wszystkie świata wojaki!...Co widzisz we mnie?... Mów-że miOdpowiedź niech płynie szczera!...

Majestat i bohatera!...I obraz Boga na ziemi!...Ja wierzę w ciebie jak w Boga,O panie najdostojniejszy!...

Czy już cię minęła trwoga?

Szczęśliwym i spokojniejszy!

Masz łaski moie, Roelu,

Żeś umiał zasłużyć na nie,Zaświadczy to posłuchanie!...A teraz idźmy do celu...Chcę z tobą przymierza...

Ze mną?...

Tak... krótko, bo czas ucieka;Wymagam śmierci człowiekaA śmierć ta ma być tajemną!..Tę misyą poruczam tobie.

Czy winien?

Pytasz?...

I pocoŚmierć jego okrywać nocą?...Sędziowie mogą w téj dobiePubliczną wykonać karę!..Król sądów swych nie ukrywa,Bo łatwo myśl podejrzliwaW zabitym... uczci ofiarę!...Jeżeli tego człowiekaWystępek jest lekki, mały,To przebacz, królu wspaniały!...

Król zemsty od ciebie czeka,Nie wrogów swoich obrony.Tajemnic — królowie strzegą,Gdy cześć ich wymaga tego!...Jak sądzić król jest zmuszony,Gdy winą — tronu zniewaga?...

O tacy stosu już godni!...

Więc człek ów winien téj zbrodni!...

O śmierć dlań — Ortiz cię błaga!...Chociażby moim był bratemPrzebiję pierś mu bez drżenia!...

Daj rękę w znak przyrzeczenia!..

Wraz z sercem, wiarą bogatém!...

Spotkawszy go na ustroni,Zabijesz!

Więc król zamierzaNamówić swego żołnierzaDo zdrady?... Gdy on bez broni,Ja mam go napaść nikczemnie?...Zawiele żądasz ode mnie!...Niech widzą ziomków mych twarzeJak, rycerz, — wyzwę rycerza!...Bez walki kto w pierś uderzaSwéj hańby nigdy nie zmaże!...

Ten papier z królewskiéj dłoniOd kary ciebie zasłoni.

Przeczytaj!...

„Don Sancho Ortiz!„Polecam ci w mem imieniu„I za mnie zabić człowieka,„W papierze tym wskazanego.„A wszelką odpowiedzialność„Od ciebie odwrócę Ja — król.

Król nie zna jeszcze Roeli,Gdy chce mu dać te puklerze;On wziąć ich się nie ośmieli,Ufając królowi szczerze.Za kartę pergaminowąWystarczy królewskie słowo,Bo ono, wyznam otwarcie,Mniéj znaczy na takiéj karcie!...

Twój wyrok już jak spełniony,Lecz niech mi będzie zapłatąNajmilsza dłoń... narzeczonéj.

Ochotnie zgadzam się na to.

Niech Arab, ten wróg nasz stary,U nóg twych tarza się w pyle;Na jego niechaj mogileKrólewskie błyszczą sztandary!...

Nagrody król twój nie zwlekaI Ortiz wnet ją odbierze!...W tym drugim znajdziesz papierze

Nazwisko tego człowieka,Któremu dłoń twa śmierć zada.Że jego silne jest ramięPowszechny głos opowiada;Lecz twego wiem że nie złamie!...

Ufnością król mię zaszczyca...

Pamiętaj, że między namiPozostać ma tajemnica!...

Z dobremi dziś nowinamiCzłek pana znaleść nie może.Za wieści moje bogateDziś hojną wezmę zapłatę.

Jak widzę, jesteś w humorze!...

Tu będzie wiadomość miła!...

A kto cię wyprawił w gońce?...

Estella!... piękna jak słońce!...Z tym listem idź w lot — mówiłaI darów żądaj od pana!...

Dlaczego?...

Dziś wasze śluby.

Co mówisz, Klaryndo luby,Pierś moja szczęściem wezbrana!...

„Małżonku ty mój kochany!...Już nadszedł dzień upragniony!...Mój brat cię szuka, by siostrzeDać życie — tobie nagrodę...Czas drogi, zobacz się z bratemKorzystaj z chwili“. Estello!...Natychmiast nieś marszałkowiWiadomość o tym obrzędzie,Liberyą niechaj dobędzie...Paziowie niech téż gotowiCzekają z pióropuszami!...

Dla siebie weź dar ten mały!...

Żyj panie dłużéj niż skały,Miłością, niby bluszczamiZwiązany przez długie lata...To mało!... życzę ci panie,By wasze trwało kochanieChoć tyle jak głupstwo świata.

I gdzie ten Busto tak hula...Pierś szarpie nadzieja z trwogą...Przez chwilę śniłem tak błogo,Żem nawet zaniedbał króla!Zobaczmy, jak się nazywaTen, króryktóry ginie z méj ręki...

„Nazwisko tego człowieka,Któremu życie odbierzesz —Tabera Busto“ O męki!...Co widzę!... Dolo straszliwa!...

Ja mogłem zgodzić się?!... Boże!...O! życie — gra zagmatwana,Kart nędznych ślepa wymiana,Z kamieni i puchu łoże!...Przed chwilą ja wygrywałem,A teraz grozi mi klęska.O ręko losu zwycięzka!...Lecz... może źle przeczytałem...Bo nigdy tego imieniaWykrztusić nie byłbym w stanie...Lecz papier wszystko skamienia...Przeczytam znów to pisanie...„Nazwisko tego człowieka,Któremu życie odbierzesz —Tabera“... Jestem zgubiony!...Wszak dałem królowi słowo!...Lecz chwilę szczęścia godowąOdepchnąć? Nie!... tyś szalony!...Żyj Busto!... On ma żyć jeszcze?!...Poświęcę honor dla serca?!...On zginie!... Co? ja-m bluźnierca!...Przepadnij słowo złowieszczeŻyć musi!... Busto TaberaNie zginie z méj ręki srogiéj!...Tak... honor jest święty... drogi...Lecz któż się sercu opiera?!...O! raczéj śmierć lub wygnanie,Niż takie spełniać wyroki!...Szept serca słyszę głęboki:Taberze nic się nie stanie!...„Nazwisko tego człowiekaKtóremu życie odbierzeszTabera Busto“!...A jeśli.. o! myśl straszliwa!...Król dla niéj go się pozbywa?!...Co?... przez nią umrzeć ma Busto?...Ja działać mam dla rywala?...Żyć będzie!... Czyż król się kalaPodłością? Snuć myśl tak pustą!...Wszak to jest wybraniec boży...Giń Busto!... Dusza nie rada!...A prawo? czyż gwałt mi zada?...Napróżno gniew mój się sroży!...

Król winien? sądzić mam pana?Jest prawem posłuszeństwo sług!...Gdy winien — niech skarze go Bóg,Ty gwiazdko przebacz świetlana!...Już nigdy się nie ukojęPo gwiazdki lubéj utracie!...

Nakoniec!... a witaj, bracie!...

Któż zgłębi cierpienia moje!On z życiem przychodzi do mnie,A ja go mam zamordować!...

Już siostrę przed ołtarz prowadź!...

O któż tak cierpiał ogromnie!...I ja mam zabić człowieka,Którego tak ukochałem,Pożegnać się z ideałem?!...Wszystkiego Ortiz się rzeka!...

Zaślubin akt już zawarty!...

Nic z tego... ja cofam słowo!...

Co słyszę?... powtórz nanowo...Do kogo zwracasz te żarty?...

A więc do ciebie... Tabery...

Jeżeli wiesz, żem Tabera,Głos w piersiach ci nie zamiera?...

A właśnie dlategom szczery!...

Gdy znasz, więc niech cię powstrzymaKrew, godność, klejnot mój złotySzlachectwa, dumnego z cnotyBez któréj honoru nie ma,Bo gniew mój gromem wystrzeli!...

Ty mego lękaj się raczéj...

I czém twój gniew się tłomaczy?...

Żem z tobą mówił....

JeżeliZ wszelkiego wstydu wyzuty,Śmiesz czci méj robić wyrzuty,Ha!... jesteś nędzniku... podły...Mą wzgardę poprze stal naga!...

O! zdrajco!... (n. s.) Przebacz, miłości,Zrządzona władcy zniewagaRozrywa moje wnętrzności,Nad wolą moją przemaga!...

Stój... dosyć!... (pada)

O! ja szalonyW tę moję pierś bez obronyMiecz wepchnij!...

Żegnam na wiekiNie odmów siostrze opieki!...

Tyś szczęście moje wydarłoMorderczéj dokończ roboty,Niech raz już śmiertelne grotyUgodzą w pierś obumarłą!...

Stój!

Czemu wstrzymujesz mą dłoń,Gdym szczęściu sam wykopał grób!...

Mów jaśniej!...

Co znaczy ten trup?

Jam brata wepchnął w śmierci tońTak, widzisz we mnie Kaina,Co życie wydarł Ablowi!...Cóż jeszcze-ście nie gotowi?...Nikt głowy mojéj nie ścina?...

A co to?...

Zbrodnia straszliwa...Honoru widmo złowieszczeSchwyciło świat w swoje kleszcze...Niech król się dziś przekonywa,Że u nas czyn... za słowami...Im wierni, gardzim Gwiazdami,Targając bratnie ogniwa!...

On wydarł życie Taberze.

Ohydny czyn rozbestwienia...

Prowadźcie mię do więzienia!...Niech Ortiz karę odbierze!...

Prowadźcie go do Triana...Już wieści tłum poruszyły...

Tabero!... druhu mój miły!...

Twarz jego jest obłąkana!...

Pozwólcie mi wziąć w ramionaTo martwe Tabery ciało..W szlachetnéj krwi się skąpało...Dłoń moja ciężar pokona!...Kto zabił... ten życie weń tchnie!...

Oszalał!...

Prawu... jam życiePoświęcił... bo to widzicie...Być królem... a nie być... to nie!...Pojmijcie mnie, albo lepiéjNic zgoła... bo nie wyjaśnię...To ja go zabiłem właśnie...Przyczyna tu się zasklepi...

Ztąd inny niech ją odgrzebie!...

Ogarnij mnie teraz całą!Czy dobrze?... czasu tak mało!...Zwierciadła!...

Spójrz pani w siebieW głąb duszy zapuść wzrok śmiały!...

Gdzie znaleźć takie kryształy,By w nich się wiernie odbiłaEstelli piękność wspaniała!

Drżę silnie, a twarz mi pała!...

To wstydu i trwogi siła!...Ku licom krew się wytęża,Gdy szczęściem drga twoje łono!...

Zda mi się, że widzę męża,Jak z twarzą rozpromienionąŚród pieszczot lubych tysiącaNa wieki dłoń mi oddaje,A fala słów jego drżącaBrzmieć w sercu mi nie przestaje!...Ta radość bezmierna, szczera,Nie znosząc już tajemnicy,Z mych oczu gwałtem przeziera!...Szczęśliwa-m!...

Zgiełk na ulicy!...O Boże!... zwierciadło spada!...Przez zazdrość!... patrz, co się stało?..

Rozbite?...

Tak!...

Przeczuwało,Że wkrótce będę już radaWzrok topić w innym krysztale,W źrenicach mojego pana!...

A to mi wieść pożądana!...

O patrzcie!... Wszak piór tych faleBlizkiego ślubu oznaki!

Bilecik panu oddałem,I pierścień jest mymudziałem!...

Zrób handel ze mną.

A jaki?...

Swój pierścień dasz mi — a zatoMój brylant będzie zapłatą...

Ba!... kamień prysnął na dwoje!...Zła wróżba!... Hijacynt snadnieWyroki losu odgadnie!...

Już ja się tych wróżb nie boję,I owszem... mnie i to cieszy,Że kamień czuje mą radość.

Do sieni jakiś tłum śpieszy...

Pragnieniom staje się zadość!...

Co widzę?!... Pierś mi zamiera!...

Dni człeka w zgryzocie płyną,Bo życie — płaczu doliną!...Me żyje Busto Tabera!...

O losie ty niezbłagany!...

Śród strasznéj losu odmianyNiech moje krzepi cię słowo,Że zbójca Ortiz schwytanyZa czyn swój — zapłaci głową!...

Zbrodniarzu!... precz ztąd, na Boga!...

W twéj mowie straszny jad piekła!...Więc brata mego krew drogaZa sprawą Sancha pociekła?!...Więc takie słowa złowieszczeWygłaszać można bezkarnieI takie znosząc męczarnieWraz z niemi można żyć jeszcze?!...Ja żyję po takim zgonie?!...O chyba pierś mam z kamienia!...Kto rozpacz moję ocenia,Niech nóż utopi w mém łonie!

Ta boleść miesza jéj zmysły!...

Brat zginął z Ortiza ręki!...Trzy serca nagle rozprysły...O puśćcie!... to nadmiar męki!...Co ze mną dzieje się...

Boże!...Te ciosy pierś jéj tak ranią!...

Nieszczęsna piękność!...

Iść za nią!...

Panienko!...

Chcesz wspomnieć możeOkropny bratobójstwa dzień?!...Ja-m żywot swój zakończyła...Już gwiazda moja się śćmiła,Bo na nią upadł krwawy cień...

Że zabił — przyznaje codzień,Lecz nie chce wyznać przyczyny.

Cóż mówi?...

Wyraz jedynyŻe „nie wie...“

Szczególny zbrodzień!...

Nie twierdzi, że był wyzwany?...

Bynajmniéj!...

Więc mszcząc się?... w gniewie?...

Czy słusznie zabił, sam nie wie,Lecz przyrzekł... powód nieznany...

Więc proście teraz ode mnie,By wyznał prawdę najszczerzéj;W życzliwość moję niech wierzy,Lecz praw nie jątrzy daremnie.

Niech wyzna, z czyjéj pobudkiOdebrał życie Taberze;Powiedźcie, że ma czas krótki,Więc niechaj głowy swéj strzeże!...

Myśl śmierci jest mu tak błogą!...Snać w duszy ciężkie ma rany?...

Nie skarży się na nikogo?...

Boleści swéj jest oddany!...

Hart dziwny w nim znajdujecie!...

Sam siebie lży przekleństw siłą!...

O! nigdy chyba nie byłoDwóch takich ludzi na świecie!...Poznając ich coraz więcéj,Niemałe cierpienia znoszę!...Raz jeszcze powiedz mu, proszę,Niech złamie upór dziecięcyI wyzna wszystko dokładnie!...Niech mną się nawet zastawi!...Inaczéj nic go nie zbawiI głowa jego wnet spadnie!...

Wykonam.

Wszechwładny Panie!...Estella o posłuchanieUprasza.

I któż jéj broni?...

Lud, królu!...

Wszak nieszczęśliwa!...Daj fotel!... Niech wnet przybywa!...

Natychmiast pobiegnę do niéj.

Chcę widzieć piękność przyćmioną,Podobną do gwiazdy, któréjPromienie nawet śród chmuryBlask świetny dokoła zioną.

Już idzie piękna jak słońce,Poranku mgłami przyćmione.

Don Sancho, potężny władco,I arcy-chrześcijański króluKastylii, nie mniéj cnotamiJak czynem głośno wsławiony.Estella najnieszczęśliwsza,Ukrywszy swoje promieniePod czarnym kirem żałoby,Śmie błagać o sprawiedliwość,Bylebyś ty mojéj zemstyNie został sam wykonawcą.Racz mnie zostawić jéj wybór.Hamować łez mych nie mogę.Skąpane w łzach moje oczyO smutku świadczą wymownie.Kochałam Taberę... brata,Zacnego, który dziś zdalaOd marnych udręczeń świataW niebieskich buja przestworach.On dla mnie ojcem był drogim,

Ja podług jego wskazówekZ godnością żywot pędziłam;Ja-m była z nim tak szczęśliwa!Sewilla nam zazdrościła!...Tabera żył dla Estelli!...Okrutny strzelec łuk strasznyNapiąwszy ugodził brataI szczęście moje zniweczył!...Straciłam brata i męża,Sierotą jestem dziś, królu!...O wymierz mi sprawiedliwość,Mnie oddać racz winowajcę,Bym karę sama spełniła!...

O! nie płacz i bądź spokojna!...Ten pierścień weź, on otworzyPrzed tobą zamek TrianaI więźnia odda w twe ręce.Dla niego bądź tygrysicąHirkańskich skał i pamiętaj,Że często przy ludzkim wstydzieZwierzęta dzikie za przykładWymowny służyć nam mogą.

Tu cnota na surowościZależy!...

Gotowa jeszcze OrtizaWłasnemi zabić rękoma.Twór Boga tak doskonałyCzyż może być okrucieństwaNaczyniem?... I otóż skutkiJedynéj chwili obłędu!...Ja-m rękę Sancha uzbroiłI teraz sam ją wydaję...

Klaryndo?... przygoda mojaNie natchnie ciebie wierszami?

Wierszami?... kiedy poezyaTak licho wynagradzana?...W ostatnie święto, na placu,O wiersze wielu prosiło;A późniéj gdy mię spotkali,Pytają — ot niby krawca —Gotowy mój obstalunek?...

Ja myślę, że ci, mój panie,Przychodzą wyrok przeczytać.

Zagrajcie pieśń mi co prędzéj!...Śmierć tak jest błogosławiona,Że pragnę pośród jéj dźwiękówOkazać swoję uciechę!...Niech widzą, że serce mojeNie zadrży w godzinę śmierci!...

Krew zimna zadziwiająco!...Cóż mógłby zrobić lepszegoNiemiecki pijak, któremuPieszczota czuła z butelkąNos mocno uróżowała?...

„Nieszczęściem mojém jest życie

Więc gdy mię go pozbawicie,Przez śmierć to zyskam jedynie,Co inni na łez dolinie“.

Na honor!... piękna zagadka!...

Dowcipna a i na czasie!...

„Śmierć temu jest upragnionaKto żyjąc niby — wciąż kona“.

Muzyka tu w takiéj chwili?...

Dla więźnia cóż jest milszego?!...

Gdy śmierć już wisi nad głowąI tylko na wyrok czeka,On każe grać muzykantom?...

Jak łabędź ginie śpiewając!...

Już zbliża się chwila śmierci...

O! ręce i nogi waszeZa wieść tę kornie całuję...To dla mnie dzień najpiękniejszy!...

Ortizie de las Roelas,Tyś zabił Busta Taberę?...

Przyznaję...

Z jakiéj przyczyny?

Niech powie ten, komu znana.Ja o niéj nic nie wiem zgoła,Zabiłem, nie wiedząc czemu.

To zdrada!...

Niechaj więc spadnieNa tego, kto ją wywołał.

Na kogo?...

Kto mię pogrążyłW tę przepaść, w któréj zostaję.Jest ona początkiem końca.

Nazwisko jego?

Nie powiem.Przyrzekłem tę tajemnicę.Potężny dłonią, potrafięI w słowie zostać nim także.By spełnić wyrok, możeciePoprzestać na tém wyznaniu,Że ja-m jest mordercą Busta.

Seniorze Ortiz, ja tutaj;Przychodzę z rozkazu królaI w jego żądam imieniu,Byś wyznał zbrodni przyczynę,Chociażby wyjawić przyszłoKrewnego, druha czy żonęLub kogo z magnatów państwa.A jeśli posiadasz papier,Piśmienną umowę jaką,Natychmiast nam ją przedstawićTo święty twój obowiązek!...

Przeciwnie — ten obowiązekSpełniając — ja zdradziłbym go.Powiedźcie, proszę, królowi,Że umiem słowa dotrzymać:Król zowie się Sancho DzielnyI ja mam takież nazwisko.Powiedźcie, że mógłbym papierPosiadać, lecz gdy go żąda,Obraża mię, skoro widział,Żem podarł go na kawałkiJa-m zabił Taberę Busta,Lecz jedno słowo z ust moichSwobodę-by mi wróciło.A słowa tego nie powiem,

Gdyż zgwałciłbym przyrzeczenie.Zrobiłem, com przyobiecał!...Niech ten, kto mnie obiecywał,Jak ja dziś — swojego słowaZostanie téż niewolnikiem!...

Gdy słowo zbawić cię może,Szaleństwem jest to milczenie.

Kim jestem — wiem i to wiedzącZwyciężam właśnie milczeniemKu hańbie tego, co milczy.

Królowi wszystko powtórzę.

O! działasz zbyt lekkomyślnie!...

Obrażasz władzę Sewilli!...Twe życie wszak jest w jéj rękach,Zacięży gniew jéj nad tobą.

I tak się narażasz, panie?...

Niech spadnie na moję głowęI kara bożka i ludzka.Klaryndo, już się zaczyna...Czy słyszysz głuchy ten szelest,Co prując powietrze leciZ piorunem i błyskawicą?...Ognisty wąż się przybliża,By ciało moje opasać.

Straciłeś zmysły. (n. s.) SprobujmyZa jego podążać myślą.

Już płonę...

Smażę się...

W ciebieCzy także piorun uderzył?...

Me widzisz — wszak popiół ze mnie.Dor

Jesteśmy na drugim świecie.

Tak... w piekle, jak mi się zdaje...

Co? w piekle?... a po czém sądzisz?...

Bo widzę krawców miljardy,Gotowych zawsze do kłamstwa.

Masz słuszność; w piekle jesteśmy:Tak, widzę dumę, jak goreW płomieniach tamtéj wieżycyZ pyszałków... z zarozumialców...O widzę tam, jak ambicyaW ognistych przepaściach tonie.

A daléj legion stangretów.

Niech tu się wtoczą karety,A piekło wnet runąć musi.Lecz skoro w piekle jesteśmy,Dlaczego sędziów nie widzę?...

Do bram ich wpuścić tu nie chcąZ obawy przed procesami.Patrz, tyran nazwiskiem HonorOtoczon tłumnie głupcami,Ofiary uczuć skrzywdzonych!...

O! chcę się połączyć z niemi,— Honorze!... błazen honoruChce służyć w twoim orszaku,Niezmiennie prawom twym wierny.— Zbłądziłeś, gdyż dziś honoremPrawdziwym — nie miéć go wcale.

Przychodzisz za mną aż tutaj,Gdym ja już umarł przed wieki!...O pieniądz racz się postarać,On miejsce zajął honoru!...— Co ciebie tu sprowadziło?...— Pragnąłem dotrzymać słowa.— Wydajesz mi się naiwnym.Dotrzymać słowa... śmiech bierze...Kłam zadać swojemu słowuTo piosnka dzisiejszych czasów!...

Ja-m przyrzekł zabić człowieka,Zabiłem... druha swojego!...— Źle...

Prawda... nie bardzo dobrze...

— Przeklęty!... w otchłań go zepchnąćNiech cierpi za swoje głupstwo!...

Przez Boga! gdy potrwa w błędzie,To zmysły utracić może.Spróbujmy jakiego środka.

Co słyszę?... Co to za krzyki?!

To moje... głos psa Cerbera,A stróża tego pałacu,Czy pan mię już nie poznajesz?...

Tak, owszem...

A pan kto jesteś?...

Honoru ekstrakt —

Idź sobie —Nam takich tutaj nie trzeba.Na tamten świat go wysadzić!W Sewilli więzienie precz ztąd!...Lecz cóż to?... zamknąć mu oczy,By nie miał trwogi w podróży

Tak... dobrze... (zamyka oczy Sanchowi)Niech dyabeł kulawy terazPochwyci go w swe ramionaI jednym skokiem przeniesie!...— Za jednym skokiem — wybornie!

Więc ruszaj... a niech on trzymaZa rękę swego pachołka!...

I znowu jesteś na ziemiIdź z Bogiem...

Dyabeł tak mówi?...

Tak, panie, dyabeł ten wprzódy,Nim objął swe obowiązki,Był chrzczony — to galicyjanin...Z ulicy Franków.

EkstazaOpuszczać mię już zaczyna...O Boże, ratuj!... Estello...Czy znasz ty bezmiar mych cierpień?...Ja-m przystał na twoję zgubę,Więc słusznéj wyglądam kary.

O więźnia proszę natychmiast.

Twój więzień tu jest, SenioroI zgodnie z rozkazem królaOddaję go w twoje ręce.Seniorze Ortiz, monarchaRozkazał, by cię wydanoTéj damie.

Seniorze Ortiz,Pójdź ze mną...

Wielbię twą litość,Jeżeli na śmierć prowadzisz,Bo tylko śmierci pożądam.

Dłoń podaj i... proszę za mną.

To czary chyba!...

Za namiNiech nikt nie śpieszy...

To dobrze!...

Na honor! idziemy tęgo.Tak!... z piekła tu do SewilliZ Sewilli znów tam do piekła!...Bodajby tylko EstellaDo światła nas przywróciła.

Idź wolny w świata przestrzenie,Niech Bóg twą duszę ukoi,Pamiętaj, że łasce mojéjZawdzięczasz oswobodzenie!...Idź z Bogiem! Wolnyś!... Śpiesz prędzéj!...Powolność zgubi cię taka!...Służący da ci rumaka.Na drogę dość ma pieniędzy!...

Do stóp twych gnę się, Senioro.

Jedź!...

Zbawcy nie znam nazwiska...

Kobieta... sercem ci blizkaUciekaj!...

Błagam z pokorą,Oswobódź twarz swą z ukrycia;Natychmiast udam się w drogę.

W téj chwili wierz mi... nie mogę!...

Chcę spłacić dług mego życia,Chcę wiedzieć, jakiéj istocieMam wdzięcznym być nieskończenie,Bym kiedyś po swym powrocieWypłacił to ocalenie...

Pochodzę z wyższego świataI kocham ciebie nad siły;A w tobie mam, o mój miły,Kochanka razem i kata!...Idź... błagam!...

Prośba nie wzruszy,Napróżno wracasz znów do niéj!...

Patrz!... skoro to cię nakłoni!...

O, przebóg! gwiazda méj duszy!...

Tak!... gwiazda!... blasku jéj siłaZ ratunkiem śpieszy w potrzebie!...Głos zemsty miłość stłumiła!...Kochając, pragnę dla ciebieByć zawsze gwiazdą zbawienia!...Uciekaj!...

Więc swego wrogaTa gwiazda szlachetna, drogaJasnością swą opromienia?Jéj łaski wyjaw przyczynę?...Mordercę własnego brataOcalić pragniesz dla świata?...On zginął — i ja niech zginę!...

Silniejsze uczucie moje,Więc ono ciebie ocali!...

Wolności chcesz mi podwojeOtworzyć, gdy pierś mą paliPragnienie śmierci. Ty, luba,Czém jesteś — mówią twe czyny;Więc koléj na mnie...

Jedyny,Zmarłego wskrzesi-ż twa zguba?...

Lecz ciebie pomści!

A za co?...

Za zdradę moję.

Tyranie!...

To będzie krzywd ukaranie!..

Niewdzięczni dobre złem płacą!...

Tyś gwiazdką na mojóm niebie!...

Dowiedziesz?...

Śmiercią!...

Stój... słowo!...

Dość!...

Idziesz?...

Mord spłacić głową!Bo żyjąc — znieważam ciebie!...

Żyj wolny!...

To być nie może!...

Obwinia cię kto?...

Twa wzgarda!...

Ja kocham!...

Moja pierś harda!..

Tak!... myślisz więc...

O honorze!...

Szaleńcze! idź i umieraj!...Ja śmierci twéj nie przeżyję!...

Więc nie chce wyznać, że to jaDo mordu go zniewoliłem?...

Ta dusza, twardsza od bronzu,Wszystkiemu przeczy uparcie.I tylko to wyznał w końcu,Że spełnił zobowiązanie,Że teraz spełnić je winienKtoś inny, również związany!...

Milczeniem chce mię zwyciężyć.

A nawet już jest zwycięzcą!...

Tak, słowa swego nie zdradził.A jam jest upokorzony,Me mogąc spełnić obietnic,W przystępie gniewu zrobionych!

A jednak słowo raz dane

Już gwałcić się nie powinno!...Gdy każdy chce mu być wierny,W królewskich ustach jest prawem,Przed którém wszyscy się korzą.

Zapewne, gdy je tłomaczyPrzyczyna z rozumem zgodna.

Poddany nie pyta królaO prawo, lecz je wypełniaNa oślep, bez objaśnienia!...Rozważać — rzeczą jest króla...Tyś rozkaz dał na papierze;On spełnił go, nie żądającDowodu. Więc król na siebieNastępstwa czynu wziąć winien,Bo gdyby w twoim rozkazieNie było potęgi prawa,Czyż byłby zginął Tabera?!...

A więc ja jestem zmuszonyDo tego przyznać się czynu,Że człowiek najniewinniejszyOfiarą padł okrucieństwa!...Cóż o mnie Sewilla powie,Gdy wyznam, że sprawcą zbrodniJa jestem?... Co mówić będzieKastylja i w chwili właśnie,Gdy Alfons głosi zajadle,Żem ja jest uzurpatorem,A papież razi klątwami!...Stronnictwo mego synowcaPodniesie bunt i zwycięży!...To wszystko trwoży, choć znowuDać zginąć Sanchowi OrtizTo hańba — I co tu począć?...

Ujarzmić alkadów łaskąI żądać ich pobłażania.Wygnaniem niech go ukarzą,A późniéj monarcha łatwoHojnością go wynagrodzi:

Naprzykład mógłby otrzymaćDowództwo na pograniczu.

Masz słuszność, lecz gdy EstellaZ pomocą mego pierścieniaJuż zemstę swą wykonała?...

Na wszystko istnieją środki!...Pod jakimkolwiek pozorem,Używszy twego imieniaTak zręcznie ją, bez hałasuSprowadzę do Alkazaru,Że łatwo skłonisz EstellęDo celów swych obietnicą,Że wkrótce jednego z grandówZaślubi, gdyż jéj przymiotySą godne takiego męża!

O! ileż cierpieć dziś muszęZ powodu mojéj słabości!...Rozumnie wyrzekł filozof:Ten mędrcem nazwać się godzien,Kto zawsze w porę być umieSurowym lub téż łaskawym!...Tak, śpiesz więc ująć Estellę;Jedyny środek w téj biedzie.Grandowi dam ją za żonę,Byleby gniew złagodziła.Ja tron-bym oddał jéj chętnie,Bo tacy: i brat i siostraSą godni nieśmiertelności!...

O! wobec synów téj ziemiI dawni Rzymianie bledną!...

Całuję stopy twe, królu.

Co widzę? Pedro de Caus...Cóż cię tu do mnie sprowadza?...

Ten pierścień z herbem królewskimCzy własność to jest monarchy?...

Tak, pierścień ten cię obroniOd kary za wszelką, zbrodnię!...

Okryta gęstą zasłonąPrzybyła dziś do TrianaKobieta jakaś z rozkazem,Bym oddał jéj Roelasa.Na widok tego pierścieniaSpełniłem rozkaz ochoczo.I więzień był jéj oddany.Po chwili Ortiz powróciłŻądając dosyć gwałtownie,By mu więzienie otwarto.„Ja woli króla nie spełnię, —Wciąż wołał jakby w gorączce —Ja umrzeć chcę, bo mordercaTabery na śmierć zasłużył“.Zatrzymać go próbowałem,Lecz krzyczał tak przeraźliwie,Żem musiał bramę otworzyć.A teraz siedzi spokojnie,Wyroku śmierci czekając.

Ja-m nigdy w życiu nie widziałMieszkańców tak chrześcijańskich,Szlachetnych tak nieskończenie:Marmury, bronzy, posągi!...

Ta dama nam powiedziała,Że nie chciał przyjąć wolności,Poznawszy w niéj siostrę Busta,Któremu śmierć zadał...

JeszczeDziwniejsze to, co mi mówisz.Szlachetność gwałci naturę,

Estella, mając tak wielkąPrzyczynę do krwawéj zemsty,Przebacza swemu wrogowi;On, by jéj sprostać w godności,Odważnie na śmierć pośpiesza!...O, kiedyś czyny tych ludziPotomność unieśmiertelni!...Don Pedro Caus weź zarazKaretę i bez hałasuOrtiza przywieź tu do mnie,Lecz działać chciéj w tajemnicy!...

Natychmiast spełnię twą wolę.

Najpierwsi dwaj alkadowieŚmią prosić o posłuchanie.

Niech wejdą z laskami swemi (vara)

O, gdybym mógł RoelasaOcalić bez wyjawieniaTajemnic...

Sprawa skończona...Czas — według prawa postąpić.

I owszem, lecz pamiętajcie,Że czasem i sprawiedliwośćZyskuje na łaskawości.Roela jest regidoremSewilskim, jak był Tabera.Ten zemsty wzywa a tamtenLitości...

Pierwszemi tu alkadamiJesteśmy; na nas więc ciężarHonoru i zaufaniaSewilli dzisiaj spoczywa.Te laski tu przedstawiająMajestat twój, o monarcho!...Gdy proste — patrzą ku niebu;Nagięte — chyląc się zawszeKu ludziom — od nieba stronią.

Ja nie chcę, żeby się gięły,Lecz pragnę, by sprawiedliwośćBratała się ze słusznością.

Wszak w twoim, władco, imieniuCzynimy tu sprawiedliwośćI z twoją sankcyą związaneNadzieje wszystkie zbrodniarzów.Sam sobie zdając rachunek,Ocalić możesz Ortiza.Monarchów Bóg tworzy; on toZ Saula na maluczkiegoDawida przelał majestat.

Tu wejdźcie, by ostatecznyUłożyć wyrok; niech OrtizUlegnie przepisom prawa;Z Don Pedro Guzmanem chciałbymPomówić na osobności.

Czém służyć mogę królowi?

Skazując na śmierć Ortiza,Zmarłego już nie wskrzesicie.Nie lepiéj-by do Grenady

Lub może do GibraltaruWyprawić go, żeby w moichUsługach zginął?... Jak myślisz?...

Że jestem don Pedro Guzman,Pokorny sługa twój, panie.Własnością twoją me życie,Majątek mój i ta szpada.

Uściskaj mię, mój Guzmanie,Przeczułem szlachetność twoję!...Idź z Bogiem i przyślij do mnieFarfana (n. s.) Góry usuwaPochlebstwo...

Do stóp twych ścielę się, królu.

Farfanie! przykro mi będzie,Jeżeli Ortiza na śmierćSkażecie. Gdyby tak możnaZamienić śmierć na wygnanie!...Wszak było-by to konanieTrwające przez żywot cały?...Usłyszeć chciałbym twe zdanie.

Przedmioty największéj wagiBezpiecznie możesz, o królu,Powierzyć mnie swemu słudze;Dla ciebie wypełnię wszystko,Co tylko prawość pozwoli.

Tak, dzielny jesteś, Ribero,Bądź zawsze prawości wzorem,Idź z Bogiem!...

Wybornie rzecz załatwiłem;Roela śmierci uniknie,A ja, nic nie wyjawiwszy,Dotrzymam swéj tajemnicy.W nagrodę kary wygnaniaDam stopień mu jeneralski,I wyślę gdzie na granicę.

Już wyrok jest podpisanyI tylko sankcyi twéj czeka.

Nie wątpię, że me życzeniaSumiennie uwzględniliście.

Tak! prawość jest naszém hasłem!...

„Niniejszem rozkazujemyŚciąć głowę mu na szafocie“...Więc taki wyrok wasz, zdrajcy!...Tak-że to dotrzymaliścieDanego królowi słowa?!...

Złożywszy laskę, powinienNajniższy dotrzymać słowa,Choć kosztem życia i duszy;Lecz z laską w ręku, monarcho,Nikt czynu złego nie spełniNi mylnych słów nie wygłosiDla potęg ziemskich czy boskich!...

Z tych znaków ogołoceni,Spełnimy wszystko, co każesz;

Lecz pierwszym alkadom groduBezprawia nikt nie zarzuci!...

Niech będzie — wszyscy mię wstydzą.

Estella pragnie wejść, królu.

I co mi radzisz, Ariasie,Śród takich zawikłań strasznych?...

Roela Ortiz...

O, królu,Niedoli méj połóż koniec!Tabera z méj ręki zginął,Krew jego — niech krwią się zmaże!...

Kto skłonił cię do zabójstwa?...

Kto?... papier!...

Z jakim podpisem?

O, gdyby papier mógł mówić?!...Podarty — więc milczéć musi.Ja tylko wiem, że zabiłemCzłowieka mi najdroższegoNa świecie. O, patrz! EstellaPrzychodzi żądać méj śmierci.

Twą rękę oddam, Estello,

Jednemu z najpierwszych panów,Lecz w zamian żądam od ciebieTwéj łaski i przebaczenia.

Dlatego więc mi przebaczasz,Że król cię za mąż wydaje...

Dlatego.

Czyż taka zemstaWystarcza ci?...

Najzupełniéj.

Gdy chęci twe się spełniają,Przyjmuję życie — ze wstrętem.

Idź z Bogiem!...

Co mówisz, królu?...Zniewaga-to dla Sewilli.On musi umrzéć...

Król chyba,Bo ja-m jest przyczyną śmierci:Obrona dlań dostateczna!...

Mój honor już ocalony!...Walczyłem z rozkazu króla.Czyż mógłbym bez jego woliCzyn spełnić tak barbarzyński?...

To prawda!

I to wystarcza.Gdy taki rozkaz król wydał,Przyczynę musiał mieć ważną.

Cześć cnotom dzielnego miasta!

A dla mnie, królu, wygnanie,Gdy spełnisz swą obietnicę.

Dotrzymam.

Przyrzekłeś, władco,Dłoń damy, któréj zażądam.

Przyrzekłem.

U nóg twych, panie,O rękę błagam Estelli!...

Zamężną jestem, Ortizie.

Ty?...

Właśnie.

Cóż mi po życiu!...

Ja słowa dotrzymać muszę.Co powiesz?...

Niech więc tak będzie;Ja-m twoją.

Ja-m twój, o droga.

Brak czego?...

Tak, dusz złączenia!...

Małżeństwa — to nie nastąpiJuż nigdy!...

Wracam ci słowo...

Nawzajem. Przy swoim bokuMieć wiecznie mordercę brata —To straszne!...

I dla mnie równieżTen widok siostry człowieka,Którego wbrew swéj miłości

Niewinnie zamordowałem,Ach, byłby...

Jesteśmy wolni!...

Już wolni?...

Żegnaj!...

Bądź zdrowa!...

Zaczekaj...

Potężny panie,Kto zabił mojego brata,Małżonkiem moim nie będzie,Choć kocham go ponad siły!

Kochając — muszę nieszczęsnyZrzec się jéj... lecz słuszna kara!...

To dusze wielkie!...

To stałość!...

Szaleństwo chyba, mój panie.

Przeraża mię ta ich wielkość!...

Sewilla takich ma ludzi!...

Tragedyą tę wam poświęciłDon Feliks Lope de VegaI odtąd Sewilskiéj gwiazdyNie zginie pamięć — na wieki!...

Comments

Loading comments…