Akt drugi

Translated from Spanish by Julian Święcicki

Najlepszym sędzią król

Dlaczego z taką srogością,Okrutny dręczysz mię, panie?I pocóż, znając cześć moję,Masz gnębić i mnie i siebie?

Dość tego... swoim uporemO śmierć mię pewną przyprawisz!

Wróć mię pan do męża mego,Do Sancha...

Nie jest twym mężem!Ubogi prostak nie godzienByć władcą takiéj piękności.Lecz chociaż ja-bym był SanchemOn Tellem, powiedz, Elwiro,Czy mogłabyś mię, nieczuła,Tak dręczyć; czyliż nie widzisz,Że to jest miłość?

Nie, panie!Ta miłość, która dla cnotyCzci nie ma, chucią jest tylko.

I jako żądza zmysłowaMiłością zwać się nie może.Bo ona, będąc dusz związkiem,Gdy brudna — miłością nie jest.

Dlaczego?

Dowodów pragniesz?Spojrzawszy na mnie raz jeden,Czyż mógłbyś zaraz pokochać?Czy miałeś czas mię ocenićI poznać, bo na tém przecieMiłości kwiatek wyrasta.Z pragnienia miłość się rodzi,A rosnąc w nadziei... w łaskachWyżyny swojéj dosięga...Więc ty mnie nie kochasz panie,Lecz chciałbyś ukraść mi honor,Najdroższy skarb mój na świecie!Ty pragniesz okryć mię hańbą,Więc ja téż bronić się muszę!

Jeżeli-ć i dusza twojaI ramię opór mi stawia,Więc rozważ...

Żadna rozwagaOporu mego nie złamie.

Ty mówisz, że niepodobnaRaz ujrzeć i wnet pokochać?

Rzecz prosta.

Powiédz okrutna,Dlaczegóż więc bazyliszekSpojrzeniem jedném zabija?...

Lecz on jest tylko zwierzęciem.

Tak działa piękność Elwiry!...

Ten dowód niesprawiedliwy,

Bo jeśli ów bazyliszekZabija — to z nienawiści,Z zamiarem... a ja-ż-bym mogłaZabijać kochanka swego?...Lecz dosyć tych rozumowań,Małżonką jestem — i kocham.Nic pan nie zyskasz ode mnie.

Czy można przypuszczać, żebyWieśniaczka tak się broniła...Wyznaję, że błędnie robisz,Swą duszę mi otwierając:Im czystszą widzę cię, droga,Tém miłość ma potężnieje.O gdybyś równą mi była!...Lecz przyznasz, twe urodzenieZniewagą byłoby dla mnie!...Co świat-by powiedział, widzącZłotogłów w związku z siermięgą!Bóg świadkiem, że miłość mojaTe szranki-by przekroczyła,Lecz takie prawo jest świata,Któremu podlegać muszę.

O! wybacz, bracie, jeżeliTroskliwszą jestem, niż chciałbyś.Posłuchaj... nie chcę cię gniewać.

Nie mądraś!...

Głupia, być może,Lecz i ja jestem kobietą,To widzę, żeś jest szalony!Poczekaj chociaż dni kilka!...Cezarem będąc w miłości,Nie mógłbyś jeszcze od razuPrzybywszy, spojrzeć... i zdobyć!

I siostra moja tak mówi?!

Wieśniaczkę biedną tak dręczyć!

Miéj litość, pani, nade mną.

Jeżeli dziś „nie“ powtarza,„Tak“ jutro może wypowie.Cierpliwość miéj, bo ta walkaBez końca jest okrucieństwem.Odpocznij — i znów uderzysz...

Więc chcesz mię życia pozbawić?

O przestań... gniew tobą miota.

Elwira nie zna cię wcale,Twój widok trwoży ją jeszcze...Toż pozwól, niech przez dni kilka.Oswoi się w naszém gronie.

O! bodaj łzy me, senioro,Do walki cię zachęcały.

Uprzedzić muszę cię jeszcze,Że mąż jéj wraz z ojcem starymOddawna stoją pod drzwiami,Wypada wpuścić ich tutaj.Bo jeśli ztąd ich wypędzisz,Powiedzą, że masz Elwirę.

Czy wszyscy drażnić mię chcecie?Więc tam się ukryj, Elwiro,I niechaj wpuszczą tych drabów!

Ol dzięki za jednę chwilęSpoczynku!

Na co się skarzysz?Wszak mogłaś związać mi ręce!

Jest tam kto?

Słucham.

ZawołaćTych ludzi, co tam czekają.

Pamiętaj przyjąć ich dobrze,Twój honor zawisł od tego.

Całując próg twego domu,Gdyż stopy twe za wysokie,Przychodzim wszystko ci wyznać.Prostacze wybacz nam słowa!Ten przyszły zięć mój, któregoRaczyłeś ojcem być ślubnym,Ze skargą śpieszy na krzywdę,Ohydną nad wyraz wszelki.

Wspaniały panie, przed którymTe góry chylą swe czoła,Pokryte śniegiem i z którychPotoki czyste spływając,Twe stopy śród łąk całują,Z porady Nuńa i krewnych,Dobroci twéj ufających,

Mówiłem ci o swym ślubie;Uczciłeś dom nasz swém przyjściem.Więc łaską tą ośmieleniBłagamy pomścij czyn podły,Co w przepaść smutku nas wtrąca.O! gdybyś kiedy kochając,Był blizki pragnień swych celuI nagle cel ten utracił,Zrozumiałbyś taką boleść!...Choć rolnik, lecz rycerz sercem,I nie tak rolą zajęty,Bym z bronią się nie zapoznał;Zniewagi téj doświadczywszy,Przestałem już być rolnikiem.Zraniony honor mój męża,Bo byłem nim dawszy słowo.Wybiegłem w pole; do światła,Co gwiazdom jasność odbiera,Mówiłem tak do księżyca:Szczęśliwyś, że co noc wstajeszI nikt ci słońca nie wydrze,Nic blasku twego nie zaćmi.Śród łąki biegłem; bluszcz wątłyW objęciach topoli zasnął.Zielone wina gałązkiDo wiązu się przytulały.Ach! rzekłem, pośród téj ciszyKochanków ja nie rozdzielę,Gałązki te obcinając,Lub wonne zrywając kwiatki.Sen wszystko ujął bezpieczny!Mnie tylko dziewczę wydarto!...I zdało mi się, że strumykCoś szepcząc, płakał żałośnie!...Ludziska mówią (to kłamstwo)Że pan to, żądzą wiedziony,Mą żonę wydarł zdradzieckoI zamknął ją w swém mieszkaniu.O! milczcie, ja im odrzekłem,Nie mówcie tak o don Tellu,Co sławą jest domu Neyra...Zarówno zacny jak mądry,Nie ścierpisz naszéj niesławy

I z bronią w ręku powróciszMnie — żonę, Nuńowi — córkę.

Twą skargę wziąłem do sercaI zbrodzień, co-ć porwał żonęOd kary się nie uchroni.Śledź bacznie, gdzie jest ten człowiek,Co z żądzy, czy z nienawiści,Obraził nas tak haniebnie —Wymierzę ci sprawiedliwość.A tych, co Don Tella winią,Batogiem nagrodzić każę.

Zazdrości jad mię ogarnia!

Cierpliwym bądź.

Gardzę śmiercią.

Wymienisz mi tych oszczerców.

To męki!

O! gdybym wiedziałGdzie ona jest, na mój honor,Odebrałbym ją natychmiast.

O! wie on, drogi małżonku,Bo więzi mię tu okrutny.

Elwiro, życie ty moje!...

Więc na to się odważyłaś?

O! ileż cierpię dla ciebie...

O córko, straciwszy ciebie,Ja blizki byłem szaleństwa.

Precz mi ztąd, marna hołoto.

O! pozwól dotknąć jéj ręki,Wszak mężem jestem Elwiry...

Hej!... Celio, Julio, pachołcy,Natychmiast zabić tych ludzi!

Miéj litość, bracie, wszak oniNic tobie nie zawinili!

Jeżeli ślub ich nastąpi,Zbyt wielką będzie ma hańba!

Niech zginą.

Śmierć nie jest szczęściem,A przecież umrę szczęśliwy...

I ja téż nie dbam o życie!...

Elwiro, skarbie mój drogi,Szczęśliwy umrę przy tobie...

Zostanę czystą, chociażbymTysiące śmierci znieść miała!...

Więc jeszcze mi urągacie?O zemsto... hej! Julio.

Słucham.

Batami zabić ich.

Zginą!...

Napróżno-byś teraz łzamiMą wściekłość złagodzić chciała.Już miałem oddać im ciebie,Lecz skoro z takiem zuchwalstwemUrągać śmiałaś mi hardo;Więc choćbym gwałtu miał użyć,Ulegniesz — jak jestem Tello!...

Czy mnie tu nie widzisz, bracie?

Chcę honor jéj mieć — lub życie!

I jak tu dziewczynę biednąZ szaleńca rąk oswobodzić?!...

O! tak się płaci hultajomZa hardość i za zuchwalstwo!

Wypędzić ich precz z pałacu.

Wypędzić!...

Zabijcie mnie już!...O gdybym szpadę posiadał!...

O strzeż się, ten człowiek podłyJest gotów cię zamordować!...

I cóż mię życie obehodzi!...

Na wszystko czas jest lekarzem.

Bóg z niemi!... niech mię zabiją,Lecz ja ztąd krokiem nie ruszę,Nie mogę żyć bez Elwiry!...

Żyć musisz, by sprawiedliwośćOsiągnąć... król jest w Galicyi.Jeżeli ci jéj odmówi,Do Boga zaapelujesz.

To oni!...

Kto tu?

Pelagiusz!Radości pełen przychodziPoprosić was o kolendę.

Cóż znowu — tu, kiedy NuńoUmiera, ja ledwie żyję?!

Czy nie wiesz, że to jest waryat!

Elwira już się znalazła?

Co mówisz, mój Pelagiuszu!O, gdybyż mi ją wrócili!

Tak wszyscy mówią już głośno,Że od wczorajszéj północyPrzebywa w zamku don Tella.

Przekleństwo!...

I wszyscy twierdzą,Że jéj nie zechce powrócić.

Pomyślmy, synu, o radzie.Kastylii monarcha, Alfons,Szlachetną pracą zajęty,W Leonie teraz przebywa.Król zacny i sprawiedliwy!...Opowiedz mu swoję krzywdę,A jestem pewny, że chętnieWymierzy nam sprawiedliwość!

Ach, Nuńo... i ja nie wątpię,Że Alfons, nasz król Kastylii,Monarchą jest doskonałym.Lecz jakże chcesz, by do niegoBiedaka dopuścić chciano!Czyż śmiałyby moje stopyPo jego kroczyć komnatach?...Podwoje są tam otwarteDla tych, co złotem jaśniejącW orszaku idą bogatym.I słusznie. Lecz biednym wolnoOglądać herby nad bramą,A i to nawet zdaleka!...Choć poszedłbym do Leonu,I wejść do króla próbował;To pewno-by halabardąKark Sancha dobrze natłukli;A podać znów prośbę, którąKrólewska dobroć odbierze,I na cóż?... z rąk jego wkrótcePogrąży się w zapomnieniu.I wrócić potem, ujrzawszyRycerzów, damy, świątynie,I zamek i park i gmachy,By w domu żyć już z niechęciąŚród dębów, jodeł i buków,Słuchając, jak ptak świergocze,Pies szczeka?... Źle radzisz, Nuńo.

I owszem, dobrze ci radzę,

Natychmiast pośpiesz do króla,Bo jeśli tu pozostaniesz,Twe życie w niebezpieczeństwie.

Nie pragnę więcéj niczego.

Znasz mego konia, kasztanka,Co z wichrem ścigać się może...Jedź na nim. Pelagiusz z tobąPojedzie na twym bułanku.

Chcesz tego — jestem posłuszny.

Pojedziesz ze mną do króla?...

Najchętniéj... całując nogi,Że ujrzę, czegom nie widział.Stolica to raj — słyszałem —Ulice są omletamiI szynką wybrukowane,A obcych suto przyjmują,Jak gdyby tam przyjeżdżaliZ Marokko, Włoch albo Flandryi.To worek jest — powiadają —Gdzie szachów białe i czarneFigury fortuna ślepaBez ładu razem zmieszała.Więc idźmy z Bogiem do króla.

Bądź zdrów, mój ojcze, na drogęDaj nam swe błogosławieństwo.

Mój synu, rozumny jesteś,Więc mów do króla odważnie.

Zobaczysz, do czego-m zdolny...Jedziemy...

Bądź zdrów, mój Sancho.

Elwirę żegnaj...

ŻegnajcieProsiaczki moje...

Więc nigdy skłonić nie zdołamDo siebie téj hardéj dziewki!

Daremnie dręczysz ją, Tello,Elwira tak jest zgnębiona,Że tonie we łzach dnie całe.Nie jestżeś w stanie zrozumieć,Że choćby cię i kochała,Srogością taką musiałbyśJéj miłość zmienić w pogardę.Szalonyś, jeżeli pragnieszObudzić miłość tyranią.

Jaż takie upokorzeniaMam znosie? taką pogardę?Ja w kraju tym najbogatszyZ magnatów... najpotężniejszy?!

I o cóż tyle zgryzoty?...Dla prostéj dziewczyny wartożTak szaléć?...

O! Felicyano,Ty nie wiesz, co to jest miłość,Jéj tortur nie doświadczyłaś.

Do jutra czekaj cierpliwie.Pomówię z nią, może zmięknieDziewczyna.

To nie dziewczyna,To chyba dzikie stworzenie,Do takich cierpień mię zmusza.Obiecuj złoto i srebro,Klejnoty — co tylko zechcesz,Nie trudno podarunkamiKobiece usidlić serce...Obiecuj szaty wspaniałe,Mów, że ją złotem calutkąOd stóp do głowy okryję,Że jeśli da się ubłagaćMieć będzie pola i trzody,Że gdyby równą mi była...Już dawno-bym ją zaślubił.

W istocie?...

Tak, moja siostro...Posiadać pragnę... lub umrzéć!...Męczarni dłuższéj nie zniosę!...

Pomówię... lecz to napróżno.

Dlaczego?...

Bo gdy kobietaSzlachetna — interes ziemskiJéj cnoty złamać nie zdoła!...

Idź śpiesznie... pozwól się łudzić...Gdy miłość nic nie zdobędzieDo walki wystąpi... zemsta!...

Tymczasem, gdy ma nastąpić

Mój wyjazd... dowiedz się, hrabio,Czy wszyscy, którzy swe prośbySkładali, już załatwieni...Czy nikt już nie chce mię widziéć.

Nikogo nie ma.

WidziałemPod bramą GalicyaninaSmutnego wielce.

I któż toŚmie bronić biednym przystępu?Sprowadzić mi go natychmiast.

Wspaniała cnota i rzadka:Szlachetna litość, łaskawość,I świętych praw przestrzeganie.

Zostawcie kije.

Pelagiusz,Tam koło ściany je połóż.

Wprzód prawą nogą iść zacznij.

A który to król, seniorze?

W téj chwili dłoń ma na piersiach.

Nie lękaj się, Pelagiuszu.

Królowie są jako zima,Bo dreszczem biednych przejmują.

Seniorze...

Śmiało mów...

WładcoHiszpanii...

Kto jesteś i zkąd?

Daj rękę swą ucałować,Niech usta me uszlachetni;Gdy dotkną się jéj me wargi,To lepiéj powiem, co myślę.

Dłoń łzami rosisz. Co ci jest?...

Me oczy, zazdroszcząc ustom,Wprzód chciały skargę swą zanieść.Przychodzę błagać o karęNa pana, co mi jest wrogiem.

Bądź dobréj myśli i nie płacz.Potrafi król być łaskawym,Lecz umie karać występki.Mów, kto ci krzywdę wyrządził?

Skrzywdzony płacze jak dziecko.Król ojcem biednych.. miéj litość.

Ma rozum... budzi współczuciePrzed skargą.

Jestem szlachcicem,Lecz biednym przez zmiany losu,Co dręczą mię od kołyski.Wybrawszy równą mi dziewkę,Dziedzica, Don Tella Neyra,O ślubie swym uprzedziłem.Pozwolił — a nawet jeszczeI ojcem ślubnym chciał zostać.Lecz miłość, która potrafiCzłowieka najmądrzejszego

Zaślepić — i w nim się nagleDo dziewki méj odezwała.Powstrzymał ślub mój, a w nocyW gromadzie zbrojnych napadłszy,Porywa mi narzeczoną!Ratunek mój w tobie, królu,I w Bogu — tu ma nadzieja!...Wraz z ojcem błagaliśmy goO skarb nasz; tyran rozkazałSztyletem piersi hidalgów,A plecy kijem poranić!...

Don Pedro!...

Słucham.

PapieruI pióra... podać mi krzesło.

Jest wszystko.

Zadziwia mię i przestrasza;Mówiłem z królem, słyszałeś?...

Na honor — to dzielny człowiek.

A mówią, że są okrutniDla biednych!...

O! tak, królowieKastylii są aniołami.

A chodzą jak inni ludzie.

Inaczéj król na dywanieU Tella jest przedstawiony:Twarz chmurna, laseczka w dłoni,Fryzura, niby latarnia,Koroną złotą pokryta,Pod brodą się zawiązuje.Ot niby Turek czy Maur,Pytałem pazia, jakie jest

Téj słynnéj figury imię:„To Baul, król, odpowiedział.

On „Saul“ mówił, gamoniu.

Ten, co chciał zabić Badila.

Dawida — to był zięć jego.

Ten co to, jak proboszcz mówi,Krzemieniem zabił Oliasa.

Goliata, bydlę.

Tak mówiłKsiądz proboszcz.

Złóż list ten, hrabio.Nazwisko twoje, poczciwcze?...

Ja-m Sancho, ten który błagaO karę na swego wroga.

Potężny jest on w Galicyi?...

Tak, że aż od brzegów Silu,Do rzymskiéj wieży Herkula,Lękają się go mieszkańcy.Kto z jego gniewem się spotka,Ratunkiem temu — Bóg tylko.On prawa tworzy i niszczy!...Tak dumni owi pankowieŻyć zwykli zdala od królów.

Pieczęcią list opatrzony.

Więc połóż adres: Don TelloDe Neyra.

Życie mi wraca!...

Gdy list mu wręczysz — on tobieNatychmiast żonę powróci.

Z twéj ręki szlachetnéj nigdyHojniejszy dar nie wypłynął.

Czyś przybył pieszo?

Nie, królu,Na koniach przyjechaliśmy,Pelagiusz i ja.

Tak szybko,Jak wicher, gdzie... szybciéj jeszcze!Mój koń ma narowy dziwne:Zaledwie da wsiąść na siebie,Wnet runie w piasek lub strumień,Jak plotkarz biegnie — a jadaJak student; jeśli przypadkiemOberżę zoczy — to musiLub wejść tam, lub się zatrzymać.

Zuch jesteś, chłopcze.

Ten jestem,Co kraj swój rzucił dla ciebie.

I ty ze skargą przychodzisz?...

Tak, królu, na tego konia.

Chcesz czego?

Żołądek pusty,Oj! żeby kuchnia tu była!...

Z przedmiotów, które tu widzisz,Co chciałbyś zabrać ze sobą?...

Nie wiedziałbym co z tém zrobić,Tellowi poślij... on tyleMa rzeczy takich u siebie!...

Poczciwiec bardzo zabawny.

Czém trudnisz się w swojéj ziemi?

Po górach biegam — stangretem (cochero)U pana swojego jestem.

To bryki (coches) macie?

Nie, królu,To znaczy, że świń (cochinos) pilnuję.

To dziwne, jedna prowincyaDwóch ludzi ma tak szczególnych,Ten sprytem, tamten prostotą.

Masz.

Cienka.

Zabierz — to złoto.Ty, Sancho, zabierz to pismoI śpieszcie z Bogiem do domu.

Bóg z tobą, królu.

Czy widzisz?

Pieniądze.

I spora sumka.

Elwiro droga!... me szczęścieZamknięte jest w tym papierze.Z tym listem da Bóg NajwyższyI wolność tobie przyniosę.

Posłuszny twoim rozkazom,O Sanchu się rozpytałem.Teść jego zaprzeczał zrazu,Lecz wyznał wszystko pod groźbą,Że kilka dni już minęło,Jak wyszedł z domu.

Rzecz dziwna!

Miał udać się do Leonu.

W istocie?

Wraz z Pelagiuszem.

I poco?...

Z skargą do króla.

Ze skargą? Wszak nie jest mężemElwiry — więc czegóż on chce?Jéj ojciec mógłby się skarżyć;Lecz Sancho!

Powtarzam tylko,Com słyszał dziś od pasterzów.A że ma Sancho dość sprytu,W dodatku jest zakochany,Więc krok mię jego nie dziwi.

Zapewne, lecz zkąd nadziejaMówienia z królem Kastylii?

Król Alfons, przez Pedra CastroW Galicyi wychowywany,

Każdego GalicyaninaPrzyjmuje, choćby żebraka.

Ktoś stuka, Celio, idź zobacz,Czy nie ma paziów w téj sali?

Na Boga, panie, to Sancho,O którym teraz mówimy.

Zuchwalstwo to niesłychane!

Najkorniéj błagam cię, panie,Racz dać mu swe posłuchanie!

Niech wejdzie; powiedz, że czekam.

Całuję nogi twe, panie.

A gdzie-to bywałeś, Sancho!Tak dawno cię nie widziałem!

Mnie wiekiem czas ten się zdawał.Poznawszy, że bądź z miłości,Czy téż przez upór, chcesz więzićElwirę; prosto do królaPoszedłem, który jest sędziąNajwyższym swoich poddanych.

I cóżeś powiedział o mnie?

Żeś panie porwał mi żonę.

Twą żonę? kłamiesz, hultaju!Czy był ksiądz tego wieczoru?

Nie, ale chęci znał nasze.

Jeżeli rąk wam nie złączyłMałżeństwo więc nie istnieje.

Czy było czy nie — to mniejsza,Król kazał wręczyć to pismo,Pisane monarchy ręką.

Drżę z gniewu.

Coś ty mi przyniósł?

List króla do ciebie, panie.

Cierpliwość moja bez granic!Nędzniku, więc ty przypuszczasz,Że lękam się twojéj skargi?Czy wiesz, kto jestem?

Tak, panie,I cnocie twojéj ufając,Przynoszę to pismo, któreNie krzywdzi pana, jak mniemasz,Lecz tylko jest pismem łaskiMonarchy kastylijskiego.

Więc gdyby nie ten list króla,Rozkazałbym cię i twegoKolegę...

O święty Pawle!

Powiesić na murach zamku.

To nie jest dzień mych imieninA sztandar będzie za brzydki!

Precz mi ztąd i jednéj chwiliNa ziemi méj nie zostańcie!Bo każę was zabatożyć,Nędznicy... hołoto podła!Wy śmiecie ze mną się mierzyć?!

Król dobrze mówi, bo pocóżZrobiłeś mu pan tę przykrość...

Jeżelim zabrał mu żonę,To jestem ten, który jestem.Tak rządzę tu i panuję,Jak Alfons rządzi w Kastylii.Ojcowie moi od jegoNaddziadów ziem tych nie wzięli,Lecz je na Maurach zdobyli.

Na Maurach i na chrześcianach,Pan nic nie winien królowi.

Ja jestem ten, który jestem...

O święty Makary!

To téżNie skarżę was dłonią własną.Elwiry chcecie... Elwiry...Niech zginą... O nie hidalgaMiecz splami się w krwi nędzników!

O nie plam-że jéj, seniorze!

I cóż ty na to?

Z GalicyiWygnali nas.

Zmysły tracę!Że czterech liczy wasalów,Więc króla już słuchać nie chce!Lecz da Bóg...

Powoli, Sancho,Najmędrsza rada: z wielkiemiNie kłóć się; a ze sługamiNie wdawaj...

Znów do LeonuWrócimy.

Niech i tak będzie.

Opowiem, co się tu stało.O, gdybym ujrzał Elwirę!Westchnienia śpieszcie, nim wrócę,Powiedzcie jéj, że umieramZ miłości...

Héj w drogę, Sancho,On nie miał jeszcze twéj żony.

Zkąd o tem wiesz, Pelagiuszu?...

Bo żądzę swą nasyciwszy,Natychmiast dziewczę-by zwrócił.

Comments

Loading comments…