Najlepszym sędzią król — całość
Translated from Spanish by Julian Święcicki
Szlachetne Galicyi pola,Wy, które pod gór tych cieniem.Oblanych Silu strumieniem,Żywicie kwiatów tysiące,Wy ptaki, pieśń zawodzące,I wolne borów zwierzęta,Czy kiedy gdzie spotkaliścieTak wielką miłość jak moja?Bo nigdzie téż nie istniejePod słońcem dziewczę piękniejszeOd méj kochanki Elwiry.Ta miłość, która jéj łaskąJak sławą szczycić się może,
Zrodziła się z jéj piękności.Piękności téj nie nie zrówna,Więc miłość ma niezrównana!O! słodka moja kochanko,Ja chciałbym, by piękność twojaWzrastając, zwiększała jeszczeUczucie moje dla ciebie.Lecz, piękna ty pastereczko,Jak twéj urodzie, tak równieżMiłości mojéj nic nie brak.A że cię kocham o tyle,O ile ty piękną jesteś,Więc nikt nie kochał potężniéj.Złożyłaś wczoraj swe stopyNa piasku białym, przy źródle,I piasek zmienił się w perły.A żem ja tych dwu lilijekNieszczęsny zobaczyć nie mógł,Prosiłem lic twoich słońca,Jasnością olśniewające,By, dłużéj na tym strumieniuSpocząwszy, wykrysztaliłyNiejasne wód jego fale.Bieliznę prałaś, Elwiro,A ona wciąż była ciemną,Bo ręce, które ją prałyJaśniejsze są od bielizny.Ukryty za kasztanami,Patrzyłem na ciebie z trwogą,Gdy miłość oddała tobiePrzepaskę swoję do prania.Niech teraz świat niebo strzeże,Bo miłość nie jest już ślepą!...O! kiedyż dzień ten nastąpi,Że będę mógł rzec do ciebie:Elwiro, jesteś już moją!...Obsypałbym cię daramiI znając wartość twą wielką,Z dniem każdym czciłbym cię więcéj.Posiadacz takiego skarbuJuż ceny jego nie zmniejszy!...
Wszak tędy Sancho zstępował,Pragnienie-ż-by mię zawiodło?!...Bynajmniej!... jego to widzę;Wskazała mi go ma dusza.Na strumień patrzy, przy którymNa twarz mą wczoraj spoglądał.Czy myśli, że się tu cień mójPozostał, gdym zagniewanaUciekła, widząc, że twarz mąPochłaniał w źwierciedle wody!...
I czego szukasz daremnieW strumienia tego krysztale?...Czy możeś znalazł koraleZgubione tutaj przeze mnie?...
O nie to!... siebie ja szukam,Bom na téj zgubił się fali,Lecz zguba już znaleziona:W Elwirze siebie znajduję.
Myślałam, że mi pomożeszOdszukać moje korale!...
Mam szukać to, co posiadasz?Ty chyba żartujesz ze mnie;Znalazłem już twoję zgubę.
I gdzie téż?...
Na ustach twoich,Gdzie perłom za orszak służą.
Idź sobie!...
Zawsześ niewdzięczna!..I zawsze nieczuła dla mnie!...
Zbyt śmiały jesteś, mój Sancho,Cóż więcéj mógłbyś uczynić,Zostawszy mym narzeczonym?
Że nim nie jestem, któż winien?
Ty, Sancho!
Co? ja? Broń Boże!Już nieraz do dna ci serceRozwarłem — a tyś milczała.
Czyś lepszéj mógł nad milczeniePożądać dziś odpowiedzi?!
Oboje winni jesteśmy!
Nie zbywa ci na rozsądku,A nie wiesz, że my kobietyUmiemy mówić milczeniemI zgadzać się odmówieniem.I czułość naszę i niechęćZ pozoru darmo-byś sądził,Lecz miarę stosuj odwrotną!
To dobrze, czy mogę prosićO rękę twą — milczysz, droga?Zezwalasz więc... wyśmienicie!
Lecz nie mów ojcu mojemu,Że związku tego ja pragnę.
Nadchodzi...
Po-za tém drzewemDoczekam końca rozmowy!
O nieba! czy nas połączy?!Odmowy przeżyć-bym nie mógł.
W ten sposób służbę swą pełnisz,Że muszę chyba poszukaćCzłowieka, któryby okoBaczniejsze miał na te brzegi.Doświadczasz może przykrościW mym domu.
Bóg raczy wiedziéć.
Dziś więc twa służba się kończy,Wszak służba to nie małżeństwo!
A właśnie to mię zniechęca!
Codziennie jakiś wieprz ginie.
Gdy strażnik głowę utracił,Inaczéj być już nie może.Ot wiecie... jabym się pragnąłUstalić...
Mów prędzéj, aleBodajbym nie był zmuszonyTwem głupstwem...
To nie tak łatwoWyjaśnić...
Słuchać tém trudniéj.
Ot wczoraj, kiedym wychodził,Elwira wyrzekła do mnie:„O, wieprze twe, PelagiuszuSą tłuste!“
I cóżeś na toPowiedział?
Amen, jak mówiZakrystyan.
Lecz cóż to znaczy?
I pan nie zgadniesz?
Nie mogę.
Więc muszę jaśniéj wyłożyć.
O gdybyś się już oddalił!
Komplement jéj więc dowodzi,Że za mnie wyjść-by pragnęła.
O Stwórco!...
Nie gniewaj się pan!Nie mówię tego w złéj chęci.
O Sancho!... czekałeś tutaj?...
Tak, chciałbym z wami pomówić.
Mów proszę — a ty zaczekaj.
Rodzice moi, jak wiecie,Choć nie bogaci wieśniacy,Lecz znani są z uczciwości.
Mój Sancho, tyś nie nowicyuszW miłości, wytłómacz-że mi:Czy skoro panna bogata,Świeżemu jak róża chłopcu,„Twe wieprze — powie — są tłuste“Nie jest-to dowód, że pragnieWziąć tego chłopca za męża?
Komplement małżeństwo wróży.
A precz ztąd, bydlę!
NazwiskoPoznawszy ojców i zacność,Nie sądzę, byś miłość mojęZa krzywdę sobie uważał.Elwirę kocham nad życie!...
Jest inny pastuch, któregoWieprzaki tak są wychudłe,Jak mięso w dymie wyschnięte,Lecz gdy ja trzodę prowadzę...
Tyś jeszcze tutaj, bałwanie!...
O wieprzach, nie o ElwirzeRozmawiam...
Znasz teraz, panie,Mą miłość...
Znasz teraz, panie,Komplement jéj...
Takie zwierzęI w Indyach nawet jest rzadkie!
Racz zgodzić się na nasz związek.
Ot właśnie mam tu prosiaczka...
Ten bałwan głowę mi zaćmił.Elwira chce tego?
Chętnie,Bym mówił z tobą, przystała.
Zaszczyca ją to uczucie,Bo umie cenić twe cnotyI wie, żeś godzien seniory.
O! gdybym miał sześć prosiątek
I z nich się doczekał dzieci,Niedługo zostałbym panem!
Pasterzem jesteś Don Tella,Możnego pana téj ziemi,W Galicyi... ba! daléj nawetZ potęgi swojéj znanego.Zamiary wyznać mu swojeNależy, gdyś jego sługą.A zresztą ten bogacz hojnyBydełka tobie dać może.Elwiry wiano zbyt małe:Ta chata, źle zbudowana,Zczerniała całkiem od dymu,Tu-owdzie kawałki pola,Kasztanów coś ze dwanaście,To wszystko nic — jeśli pan twójNie zechce przyjść ci z pomocą!
O nie wątp o méj miłości!
Więc on Elwirę zaślubi!To i ja miłość swą zmienię!
Dla tego, kto wdzięk jéj ceniCóż nad tę piękność droższego?Ja do tych ludzi należę,Dla których cnota posagiem...
Nie szkodzi powiedziéć panuI prosić o jaką łaskę,Don Tello i siostra jego,Życzliwie pokłon twój przyjmą.
Z przykrością pójdę, lecz skoroTak chcecie — niech i tak będzie!
Niech Stwórca ci błogosławiI liczném darzy potomstwem!Pelagiusz niech idzie ze mną.
Jak mogłeś mu pan ElwiręObiecać i przy mnie jeszcze?...
Czyż Sancho nie jest jéj godzien?
Co prawda, to więcéj ze mniePożytku miałbyś, mój panie,Co miesiąc dałbym ci wnuka!
Pójdź prędko — pójdź ukochana,Elwiro, gwiazdeczko moja.
O Boże, jak są w miłościOkropne czekania chwile.Nadzieje wszystkie méj duszyNa włosku wisieć się zdają.
Twój ojciec mówi, że dawniéjDon Tella przyrzekł cię słudze.Okropna losu odmiana!
Niestety! słusznie-m widziałaNadzieje swoje na włosku!Mój ojciec żeni mię z giermkiem...Ja umrę... ja nie przeżyję!...Ty luby zostań na świecie,Ja muszę sobie śmierć zadać!
To żart był, droga Elwiro,Wszak z oczu mych szczęście tryska.Twój ojciec zgodził się zarazI „tak“ powtarzał bez końca.
Nie ciebie-m ja żałowała,Lecz tego, że do pałacuIść trzeba, boć wychowanaW lepiance nieraz-bym możeTęsknoty żywéj doznała...To przecież jasne, mój bracie.
A ja się głupiec łudziłem...Pozostań przy życiu, droga,Ja muszę śmierć sobie zadać!O droga moja Elwiro,Jak srodze Sancha zawiodłaś!
To żart był, Sancho kochany,Ma miłość i jéj nadziejeDać ci tę lekcyę kazały.Bo przecież kochać i mścić sięZadanie to jest miłości.
Więc jestem twym narzeczonym?
Wszak twierdzisz, że rzecz skończona.
Twój ojciec radził mi jeszcze,Choć o to go nie prosiłem,Ażebym do swego pana,Możnego władcy téj ziemi,Po łaskę udał się jaką.I chociaż dla mnie Elwira,Jest skarbem największym w świecie,Lecz Nuńo twierdzi, że-m winienKrok taki panu swojemu.Wszak stary on i rozumny,A wreszcie twoim jest ojcem,Więc trzeba słuchać rad jego.Bądź zdrowa, pójdę do pana.
Na powrót twój czekać będę.
Oj gdyby mię téż ci państwoDarami wzbogacić chcieli!
O ślubie powiedz — to dosyć.
Ja-m duszę i życie całeW twe rączki złożył śliczniutkie,Czy jednę z nich mi darujesz?
Nazawsze, bierz ją kochany.
O! teraz, gdym pan téj ręki,Cóż dla mnie znaczy fortuna!...
A weź-no ten oszczep, Celio.
Wybornie się ubawiłeś.
Bo łowy téż wyśmienite!...
Tak piękne pole, że nawetSam widok licznych barw jegoRaduje...
Z jakąż rozkosząStrumienie śpieszą się bystre,By stopy kwiatków całować.
Spraw, Celio, psom ucztę hojną.
Zdeptały one nie żartemUrwiste skał tych wierzchołki!
Psy dzielne!
Florisel przecieNajlepszy pies w całym kraju!
Galaor téż nieostatni.
Kot mu się żaden nie wymknie.
Seniora już powrót brataOdgadła.
Ileż miłościSiostrzyczka mi okazuje!Niewdzięcznym brat być nie umie.
Więc kocham go téż tak bardzo,Że kiedy jest po za domem,To wszystko mię niepokoi.Snu nie mam ni wypoczynkuI wówczas zając lub królikWydaje mi się potworem.
W Galicyi górach, siostrzyczko,Drapieżnych zwierząt, niestety,Napotkać trudno. CzasamiDzik tylko z leśnéj gęstwinyWybiegnie i przy rumakuStrwożonym psy rozszarpuje,Swéj zemście wtedy kres kładąc,Gdy piana jego paszczękiKrwią ofiar się zrumieniła!...Czasami niedźwiedź się zjawia,W myśliwca godząc tak wściekle,Że często człowiek i bestyaNa ziemię walą się społem.Lecz nasze łowy zwyczajneTak skromne, choć rozmaite,Nie grożą niebezpieczeństwem.Ta godna szlachty i książątRozrywka do walk zaprawia,Orężem władać przyuczaI ciało trudem hartuje!
Pojąwszy żonę, przestanieszZakłócać strachem pierś moję.
Zbyt wielkie mam posiadłości,Bym równą sobie tu znalazł.
Wszak mógłbyś i w wyższych sferachPoszukać godnéj małżonki!...
Czy może chcesz mi wyrzucać,Żem ciebie za mąż nie wydał?
Przysięgam, że jesteś w błędzie,Twe szczęście mam na widoku!
Wejdź, samych widzę, nikt terazNie będzie wam tu przeszkadzał.
Masz słuszność... domowi tylko.
Zobaczysz, czém cię obdarzą!
Wypełnię swój obowiązek.
Szlachetny, czcigodny panieI piękna panno Felicyo,Panowie téj ziemi, któraTak kocha was zasłużenie...Pozwólcie niech stopy waszeStróż pańskich trzód ucałuje...Zajęcie to bardzo nizkie,Lecz w naszéj Galicyi przecieżKrew ludu tak jest szlachetna,Iż biedny tém się jedynieOd panów różni — że służy!Jam biedny i wy mię pewnoNie znacie, boć sto trzydzieściSwym chlebem rodzin karmicie.Na łowach tylko być mogłemWidziany nieraz przez pana.
W istocie... podobasz mi się
I chciałbym chętnie dla ciebieCoś zrobić...
Za tyle łaskiCałuję, panie, twe stopy.
Chcesz czego?
O zacny panie!...Z szybkością lata mijają,Jak gdyby na pocztę śmierciZ listami spiesznie pędziły!Jesteśmy jak na popasie:Wieczorem życie — śmierć rano!Sam jestem — ojciec, człek zacny,Na służbie nigdy nie bywał.Gdy ród mój ze mną się kończy,Więc pragnę w związki wejść ślubne,Z dziewczyną zacności pełną,A córką Nuńa d’Ajbara.Choć zagon orze ubogi,Lecz herby nad drzwiami jegoSą jeszcze, a w biednéj chacieLanc kilka z dalekich czasów!To właśnie — i wdzięk Elwiry(Bo tak méj dziewce na imię)Mnie skłania... panna przystaje...Jéj ojciec również się zgadza,Na wolę pana czekając.„Pan — mówił do mnie dziś rano —Powinien wiedzieć o wszystkiém,Co dzieje się pośród jegoWasalów, czy to ubogich,Czy choćby i najmożniejszych.A wielce królowie błądzą,Zwyczajów tych nie pilnując.“Posłuszny radzie, przychodzęO ślubie swoim zdać sprawę.
Ma rozum Nuńo i radęWyborną dał ci. — Mój Celio...
Seniorze...
Dasz krów dwadzieściaI setkę owiec Sanchowi,Którego ślub ja i siostraZaszczycim swą obecnością.
O panie, tak wielka łaska!
Tak wielka łaska, o panie!...
I dary takie bogate!
I takie bogate dary!
Szlachetność rzadka...
O rzadkaSzlachetność...
Zaszczyt wysoki!
Wysoki zaszczyt!
O świętaPobożność!
Pobożność święta!
Kto jest ten towarzysz, któryJak echo za tobą wtórzy?
Ten jestem, co jego słowaNa wywrót wszystkie powtarza!
To pasterz Nuńa, seniorze...
Ot krótko mówiąc, jam jegoCudowném dzieciątkiem.
Jakto?
Wieprzaków strzegę. I ja téżPrzyszedłem prosić o łaskę.
A ty się z kim żenisz?
Z nikimNa ten raz... lecz jeśli dyabełMnie skusi, to przyjdę takżePoprosić was o barany!...Astrolog mi w SalamancePowiedział, bym strzegł się wodyI byków, więc od téj chwili,Z obawy niebezpieczeństwa,Nie żenię się i nie piję.
Zabawny człowiek...
Z humorem!
Bądź zdrów, mój Sancho. A CelioNiech każe odesłać bydło,Przez brata mu darowane.
Mój język wiecznie was państwoWysławiać będzie.
I kiedyżWesele?
Miłość mię nagli,By odbyć je dziś wieczorem.
Już bledną słońca promienie,Już wpośród złotych obłokówPośpiesza ku zachodowi.Idź uprzedź grono weselne,Że ja tam z siostrą przybędę.
Karetę niech przygotują.
Me serce i usta mojeDo śmierci wielbić was będą.
Więc ty się nie chcesz ożenić?
Ja, pani, byłbym zaślubiłKochankę jego, pasterkęW Galicyi najpowabniejszą,Lecz wiedząc, że prosiąt strzegę,Uważa mię za prosiaka...
Jest więc, jak widzę, rozumna!...
Toć wszyscy czegoś, senioroStrzeżemy.
Naprzykład?
CzegoRodzice strzedz nam kazali...
Zabawił mię ten półgłówek.
Gdy odszedł już ów poczciwiec,Którego mowa nie głupia,Czas wyznać, że ta ElwiraJest dziewką tak urodziwą,Jak żadna w całéj Galicyi!Że lica, kibić jéj, rozumI cnoty — najgodniejszegoHidalga zwyciężyć mogą.
Tak piękna, mówisz?
Jak anioł!
Namiętność przez twoje ustaPrzemawia.
Kochałem się w niéj,Lecz w słowach mych prawda szczera.
Są, przyznam, wieśniaczki, któreBez strojów i bez bielidłaZwracają oczy ku sobieI duszę zniewolić mogą;Lecz takie są pogardliwe,Że nudzą mię ich wzdragania!
Przeciwnie, broniąc, się mężnie,Godniejsze są czci prawdziwéj.
Więc tak cię przyjął Don Tello?
I tak mi mówił, seniorze.
Zaiste taki czyn piękny,Jest godzien wielkiego pana.
Jak mówię, kazał mię bydłemObdarzyć.
Wieki niech żyje!
Lecz chociaż dar to królewski,Ja bardziéj cenię ten zaszczyt,Że ojcem ślubnym mi będzie.
Czy z siostrą przybyć obiecał?
A jakże.
Chyba ich nieboDobrocią taką natchnęło.
Szlachetni-to są panowie!
O! chciałbym, żeby ten domek,Na takich gości przybycie,W pałace mógł się zamienić!
To fraszka; gościnność naszaTe ciasne kąty rozszerzy,Lecz oto już przybywają!
Nie dobrą-ż dałem ci radę?
W don Tellu spotkałem panaZe wszech miar doskonałego,Gdyż umie szlachetność swojęNie tylko stwierdzić darami,Lecz dając — uczcić potrafi.Niech panem ten się nie zowie,Kto swoich dobrodziejstw nie chcePołączyć z delikatnością!
Dwadzieścia krówek, sto owiec,Toż będzie piękny majątek,Gdy z wiosną tak wielkie stadoNa łąki Silu sprowadzisz!Za tyle łask, niechaj pan BógStokrotnie Tella nagrodzi!
Elwiry nie ma, seniorze?
Strój ślubny ją zatrzymuje.
Jéj postać sama wystarcza...Dla téj, co błyszczy jak słońce,Zbyteczny strój i fryzura!
Twa miłość nie jest mieszczańska.
Przy niéj mieć będę, seniorze,Pasterza stałość, wdzięk dworski.
Nie może kochać prawdziwie,Kto głowy rozumnéj nie ma,Bo miłość wtedy jest wielka,Gdy się jéj ważność odczuwa.Żeś takim — cieszę się bardzo.Zawołaj ludzi, bo pragnę,Ażeby rycerz ten poznał,Czém jestem lub choć czém byłem.
Już państwo jadą, a z niemiI ludzie nasi zdążają.Elwirze powiedz, niech włosyPorzuci, a przyjdzie prędzéj.
Gdzie moja siostra?
OdeszłaDo panny młodéj.
Seniorze...
A Sancho?
Byłbym waryatemMniemając, że jestem w stanieMą wdzięczność okazać panuZa tyle łaski.
Gdzie teść twój?
Tu... zaszczyt, który go spotkał,Dni starca krótkie przedłuży.
Uściskaj mnie.
Chciałbym z serca,Ażeby dom ten był światem,A władcą jego — ty, panie.
Twe imię, piękna pasterko?
Pelagiusz.
Nie ciebie pytam.
Myślałem, że mnie.
Joanna.
Ponętna!...
O! pan jéj nie znasz!Gdy chłopiec zechce ją szczypnąćTak w łeb warząchwią dostanie,Że aż mu w ślepiach zaświeci.Gdym raz się zbliżył do garnka,Przez miesiąc to pamiętałem.
A twoje imię?
Pelagiusz.
Nie ciebie pytam.
Myślałem...
Swe imię powiedz, dziewczyno.
Ja, panie, Eleonora.
O młode dziewczyny pyta,O chłopcach ani słóweczka.
Ja, panie, jestem Pelagiusz.
Czy jesteś czém dla tych dziewczyn?
Tak panie, jestem świniarkiem.
Czyś mężem, pytam, lub bratem?
To bydlę!...
Nic nie rozumie.
Bo tak mię matka stworzyła.
Elwira z matką swą ślubną.
Twéj łaski godni są wszyscy,Szczęśliwi panowie, którzyWasalów takich mieć mogą.
Masz słuszność. Piękna dziewczyna!
Prześliczna!
Wstyd budzi trwogę,Bo pierwszy raz mam sposobnośćOglądać tak godnych panów.
Siąść raczcie państwo w méj chacie.
Piękniejszéj nigdym nie widział,Wszak boska ta doskonałość —Nad wszelkie wyższa pochwały!Szczęśliwy człowiek, któregoLos takim skarbem obdarzy.
Mój bracie, pozwól niech SanchoUsiądzie.
Siadaj.
Nie, panie.
Siądź, Sancho.
Ja wobec pana?!
Twe miejsce przy narzeczonéj;Nikt tego ci nie zaprzeczy!
Czyż mogłem śnić, że na ziemiJest piękność tak doskonała!
A ja téż gdzie usiąść mogę?
W oborze — tam twoja uczta!
Na Boga, ogień mię trawi!
Jak pannie młodéj na imię?
Pelagiusz...
Czy będziesz milczał?Do kobiet pan mówi, przecieTyś nie jest kobietą. Panie!Méj córce imię Elwira.
Na honor piękna Elwira!I godna, dla wdzięków swoich,Młodzieńca z lepszego stanu.
Do tańca... daléj dziewczyny!
To piękność zachwycająca!
Nim proboszcz przyjdzie, zatańczcie.
Już proboszcz przyszedł.
Idź powiédz,Niech tu nie wchodzi.
O! zmysłówPozbawi mię ta dziewczyna!
Dlaczego?
Gdyż bardzo pragnę,Poznawszy was dziś dokładniéj,Wesele świetném uczynić.
Ja nic już dzisiaj nie pragnę,Prócz ślubu z moją Elwirą.
Do jutra ślub ten odłóżmy!
Ty szczęście moje, seniorze,Opóźniasz; patrz na mą trwogęWypadek najlichszy możePozbawić mię mego skarbu.Jeżelić mędrcy nie kłamią,To wierzyć trzeba, że słońceNowiny światu przynosi.Któż zgadnie, czém nas obdarzyPoranek dnia jutrzejszego!
Stan ducha mego okropny.
Pragnąłem ślub ten uświetnić,A głupiec Sancho brutalnieOdpycha moję życzliwość,Wyprowadź córkę swą, NunoI noc tę spoczywaj jeszcze!
Twa wola spełni się, panie.
O! to już niesprawiedliwe...I czego Tello się gniewa?
Ja na to nic nie mówiłam,Bo skromność nie pozwalała.
Zamiarów jego nie zgadnę,Co zrobić pragnie — ja nie wiem,Jest panem!... Żałuję tylko,Że wchodził do mego domu.
Ja-m jeszcze bardziéj zgnębiony,Choć tego nie widać po mnie.
Więc dzisiaj ślubu nie będzie?
Niestety!
Czemu?
Pan nie chce,
Czyż może Tello zabraniać?
Widocznie, skoro zabronił.
Elwiro moja!
O Sancho,Ja-m nie do szczęścia stworzona!
Co myśli zrobić don Tello,Że ślub do jutra odkłada?
Któż zgadnie jego zamiary!
A jednak zrobić coś pragnie!
Noc dzisiaj dla mnie okropna!
Wszak jesteś, Sancho, mym mężem,Więc przybądź do mnie téj nocy!
Zostawisz więc drzwi otwarte?
I owszem.
Tą obietnicąOd śmierci bronisz mię, droga.
I jabym z tobą umarła.
Ksiądz proboszcz (cura) nie wszedł do chaty.
Don Tello wejścia mu wzbronił.
Jeżeli przyjmiesz mię dzisiajZapomnę o tém nieszczęściu;Bo miłość dobrem lekarstwem (cura)Na rany, które zadaje.
Czy dobrze zrozumieliście?
Do tego nie trzeba wcaleRozumu zbyt subtelnego.
Więc wejdźcie! starzec z ElwirąW téj porze sami być muszą.
O! wszyscy się już rozeszli,Niechętni, że ślub przerwany.
Miłości krok ten zawdzięczam,Znosiłem zazdrości mękęNa widok tego bałwana,Któremu los miał powierzyć
Tę piękność dla mnie stworzoną.Gdy się już znudzę dziewczyną,Ha! wtedy niech ją zaślubi!Obdarzę go trzodą, złotem,I będzie żył z nią szczęśliwy,Jak tylu jemu podobnych!Potężny jestem i pragnę,Nim Sancho dziewczę zaślubi,Skorzystać szybko z méj władzy.Więc daléj... nałóżcie maski!
Zastukać?
Tak!
Otwierają!
Wejdź, Sancho, mój ukochany!
Elwira?
Tak!
W samę porę.
To nie on... o nieszczęśliwa!Mój ojcze... Nuńo... o niebaUnoszą mię... porywają!...
Już idźcie.
Co to za hałas?
Mój ojcze!
Zamknąć jéj usta!
O córko, widzę cię, słyszę.Lecz starzec nędzny, bezsilny,Czyż zdoła oprzeć się gwałtomTakiego jak on magnata,Boć wiem ja, kto jest zbrodniarzem.
Zdawało mi się, że słyszęKrzyk jakiś w stronie mieszkaniaElwiry.
Nie mów tak głośno,Bo służba usłyszéć może.
Pamiętaj, żebyś, gdy wejdę,Nie zasnął.
Próżna obawa.
Ja wyjdę, gdy ranna gwiazdaUkaże hasło jutrzence.Wychodząc będę przeklinał,Bo ona wygna mię z nieba.
Przez ten czas powiedz mi, proszę,Do kogo będę podobny?Do muła lekarzów, któryWędzidło gryzie pod drzwiami.
Słuchajmy.
Ja się założę,Że już przy dziurce od kluczaElwira dawno czatuje.
Więc słucham.
Ha! zmysły tracę.
Kto idzie?
Człowiek.
To Nuńo?
To Sancho!
Ty na ulicy?
Nie pytaj...
Nieszczęście jakie?
Nieszczęście jedno z największych.
Co mówisz?
Złoczyńców bandaWybiwszy drzwi te porwała...
O! nie kończ... resztę zgaduję!...
Przy blasku księżyca chciałemIch twarze poznać — niestety,Okryci byli maskami!
Ich twarze poznać?... I na co?...Don Tella to są służalce,Którego uczcić kazałeś.Przekleństwo nieszczęsnéj radzie!W dolinie całéj wszak tylko
Chat dziesięć biednych wieśniaków.Z nich żaden; więc oczywiścieTen panicz porwać ją kazał.Dlatego ślub mój zerwany.Lecz znajdę ja sprawiedliwość,Chociażby gwałciciel podłyBogaczem był najmożniejszym!O Boże! już mi nic teraz,Prócz śmierci, nie pozostaje.
Nie bluźnij!...
Przysięgam sobie,Że kiedy jego prosiętaNa łąkach spotkam — zabiję,Choć by je strażą otoczył.
Niech rozum wskaże ci, synu,Co nam dziś czynić należy.
Ach ojcze! mogęż ja myśleć?...Wprzód lichą dałeś mi radę,Poszukaj teraz lekarstwa.
Pójdziemy jutro do Tella,To tylko jest szał młodości,Którego on już żałuje.Za córkę — ja odpowiadam.Ni groźby ani błaganiaNie skłonią jéj do występku.
O! temu, znając ją, wierzę.Niestety, ginę z miłości,A zazdrość pali mię wściekła.Któż kiedy na bożym świecieWiększego doznał nieszczęścia!I ja-to sam wprowadziłemPod dach swój wilka srogiego,Co porwał moję owieczkę!Szalony byłem. To pewno!Boć przecież tacy panowieNapróżno do chat nie śpieszą,Bogate mając komnaty.
Zda mi się, że widzę twarz jéjPokrytą pereł strumieniem,Z tych ocząt ślicznych płynącym,Gdy mężnie czci swojéj broni!...Zda mi się, że krzyk jéj słyszę,Gdy podłą tyrana żądzęZe wstrętem odpychać musi!Gdy włosów swych kędzioramiOczęta łzawe przesłania,By żądzy jego nie widzieć!O puść mię, muszę umierać:Już rozum tracę i zmysły...Niestety, ginę z miłościI zazdrość dręczy mię wściekła!
Gdzież twoja odwaga, Sancho?Wszak ród twój zacny.
Wciąż myślęO rzeczach, których wspomnienieWywraca wszystko w méj duszy,Chcę widzieć pokój Elwiry...
Ja kuchnią — umieram z głodu,Napróżno-m wieczerzę stracił!
Ha! wejdź i spocznij do jutra,Wszak Tello nie barbarzyniec!
Niestety, ginę z miłościI zazdrość dręczy mię wściekła!...
O! jakże mi się już jeść chce,O! jeść, jeść... umieram z głodu.
Dlaczego z taką srogością,Okrutny dręczysz mię, panie?I pocóż, znając cześć moję,Masz gnębić i mnie i siebie?
Dość tego... swoim uporemO śmierć mię pewną przyprawisz!
Wróć mię pan do męża mego,Do Sancha...
Nie jest twym mężem!Ubogi prostak nie godzienByć władcą takiéj piękności.Lecz chociaż ja-bym był SanchemOn Tellem, powiedz, Elwiro,Czy mogłabyś mię, nieczuła,Tak dręczyć; czyliż nie widzisz,Że to jest miłość?
Nie, panie!Ta miłość, która dla cnotyCzci nie ma, chucią jest tylko.
I jako żądza zmysłowaMiłością zwać się nie może.Bo ona, będąc dusz związkiem,Gdy brudna — miłością nie jest.
Dlaczego?
Dowodów pragniesz?Spojrzawszy na mnie raz jeden,Czyż mógłbyś zaraz pokochać?Czy miałeś czas mię ocenićI poznać, bo na tém przecieMiłości kwiatek wyrasta.Z pragnienia miłość się rodzi,A rosnąc w nadziei... w łaskachWyżyny swojéj dosięga...Więc ty mnie nie kochasz panie,Lecz chciałbyś ukraść mi honor,Najdroższy skarb mój na świecie!Ty pragniesz okryć mię hańbą,Więc ja téż bronić się muszę!
Jeżeli-ć i dusza twojaI ramię opór mi stawia,Więc rozważ...
Żadna rozwagaOporu mego nie złamie.
Ty mówisz, że niepodobnaRaz ujrzeć i wnet pokochać?
Rzecz prosta.
Powiédz okrutna,Dlaczegóż więc bazyliszekSpojrzeniem jedném zabija?...
Lecz on jest tylko zwierzęciem.
Tak działa piękność Elwiry!...
Ten dowód niesprawiedliwy,
Bo jeśli ów bazyliszekZabija — to z nienawiści,Z zamiarem... a ja-ż-bym mogłaZabijać kochanka swego?...Lecz dosyć tych rozumowań,Małżonką jestem — i kocham.Nic pan nie zyskasz ode mnie.
Czy można przypuszczać, żebyWieśniaczka tak się broniła...Wyznaję, że błędnie robisz,Swą duszę mi otwierając:Im czystszą widzę cię, droga,Tém miłość ma potężnieje.O gdybyś równą mi była!...Lecz przyznasz, twe urodzenieZniewagą byłoby dla mnie!...Co świat-by powiedział, widzącZłotogłów w związku z siermięgą!Bóg świadkiem, że miłość mojaTe szranki-by przekroczyła,Lecz takie prawo jest świata,Któremu podlegać muszę.
O! wybacz, bracie, jeżeliTroskliwszą jestem, niż chciałbyś.Posłuchaj... nie chcę cię gniewać.
Nie mądraś!...
Głupia, być może,Lecz i ja jestem kobietą,To widzę, żeś jest szalony!Poczekaj chociaż dni kilka!...Cezarem będąc w miłości,Nie mógłbyś jeszcze od razuPrzybywszy, spojrzeć... i zdobyć!
I siostra moja tak mówi?!
Wieśniaczkę biedną tak dręczyć!
Miéj litość, pani, nade mną.
Jeżeli dziś „nie“ powtarza,„Tak“ jutro może wypowie.Cierpliwość miéj, bo ta walkaBez końca jest okrucieństwem.Odpocznij — i znów uderzysz...
Więc chcesz mię życia pozbawić?
O przestań... gniew tobą miota.
Elwira nie zna cię wcale,Twój widok trwoży ją jeszcze...Toż pozwól, niech przez dni kilka.Oswoi się w naszém gronie.
O! bodaj łzy me, senioro,Do walki cię zachęcały.
Uprzedzić muszę cię jeszcze,Że mąż jéj wraz z ojcem starymOddawna stoją pod drzwiami,Wypada wpuścić ich tutaj.Bo jeśli ztąd ich wypędzisz,Powiedzą, że masz Elwirę.
Czy wszyscy drażnić mię chcecie?Więc tam się ukryj, Elwiro,I niechaj wpuszczą tych drabów!
Ol dzięki za jednę chwilęSpoczynku!
Na co się skarzysz?Wszak mogłaś związać mi ręce!
Jest tam kto?
Słucham.
ZawołaćTych ludzi, co tam czekają.
Pamiętaj przyjąć ich dobrze,Twój honor zawisł od tego.
Całując próg twego domu,Gdyż stopy twe za wysokie,Przychodzim wszystko ci wyznać.Prostacze wybacz nam słowa!Ten przyszły zięć mój, któregoRaczyłeś ojcem być ślubnym,Ze skargą śpieszy na krzywdę,Ohydną nad wyraz wszelki.
Wspaniały panie, przed którymTe góry chylą swe czoła,Pokryte śniegiem i z którychPotoki czyste spływając,Twe stopy śród łąk całują,Z porady Nuńa i krewnych,Dobroci twéj ufających,
Mówiłem ci o swym ślubie;Uczciłeś dom nasz swém przyjściem.Więc łaską tą ośmieleniBłagamy pomścij czyn podły,Co w przepaść smutku nas wtrąca.O! gdybyś kiedy kochając,Był blizki pragnień swych celuI nagle cel ten utracił,Zrozumiałbyś taką boleść!...Choć rolnik, lecz rycerz sercem,I nie tak rolą zajęty,Bym z bronią się nie zapoznał;Zniewagi téj doświadczywszy,Przestałem już być rolnikiem.Zraniony honor mój męża,Bo byłem nim dawszy słowo.Wybiegłem w pole; do światła,Co gwiazdom jasność odbiera,Mówiłem tak do księżyca:Szczęśliwyś, że co noc wstajeszI nikt ci słońca nie wydrze,Nic blasku twego nie zaćmi.Śród łąki biegłem; bluszcz wątłyW objęciach topoli zasnął.Zielone wina gałązkiDo wiązu się przytulały.Ach! rzekłem, pośród téj ciszyKochanków ja nie rozdzielę,Gałązki te obcinając,Lub wonne zrywając kwiatki.Sen wszystko ujął bezpieczny!Mnie tylko dziewczę wydarto!...I zdało mi się, że strumykCoś szepcząc, płakał żałośnie!...Ludziska mówią (to kłamstwo)Że pan to, żądzą wiedziony,Mą żonę wydarł zdradzieckoI zamknął ją w swém mieszkaniu.O! milczcie, ja im odrzekłem,Nie mówcie tak o don Tellu,Co sławą jest domu Neyra...Zarówno zacny jak mądry,Nie ścierpisz naszéj niesławy
I z bronią w ręku powróciszMnie — żonę, Nuńowi — córkę.
Twą skargę wziąłem do sercaI zbrodzień, co-ć porwał żonęOd kary się nie uchroni.Śledź bacznie, gdzie jest ten człowiek,Co z żądzy, czy z nienawiści,Obraził nas tak haniebnie —Wymierzę ci sprawiedliwość.A tych, co Don Tella winią,Batogiem nagrodzić każę.
Zazdrości jad mię ogarnia!
Cierpliwym bądź.
Gardzę śmiercią.
Wymienisz mi tych oszczerców.
To męki!
O! gdybym wiedziałGdzie ona jest, na mój honor,Odebrałbym ją natychmiast.
O! wie on, drogi małżonku,Bo więzi mię tu okrutny.
Elwiro, życie ty moje!...
Więc na to się odważyłaś?
O! ileż cierpię dla ciebie...
O córko, straciwszy ciebie,Ja blizki byłem szaleństwa.
Precz mi ztąd, marna hołoto.
O! pozwól dotknąć jéj ręki,Wszak mężem jestem Elwiry...
Hej!... Celio, Julio, pachołcy,Natychmiast zabić tych ludzi!
Miéj litość, bracie, wszak oniNic tobie nie zawinili!
Jeżeli ślub ich nastąpi,Zbyt wielką będzie ma hańba!
Niech zginą.
Śmierć nie jest szczęściem,A przecież umrę szczęśliwy...
I ja téż nie dbam o życie!...
Elwiro, skarbie mój drogi,Szczęśliwy umrę przy tobie...
Zostanę czystą, chociażbymTysiące śmierci znieść miała!...
Więc jeszcze mi urągacie?O zemsto... hej! Julio.
Słucham.
Batami zabić ich.
Zginą!...
Napróżno-byś teraz łzamiMą wściekłość złagodzić chciała.Już miałem oddać im ciebie,Lecz skoro z takiem zuchwalstwemUrągać śmiałaś mi hardo;Więc choćbym gwałtu miał użyć,Ulegniesz — jak jestem Tello!...
Czy mnie tu nie widzisz, bracie?
Chcę honor jéj mieć — lub życie!
I jak tu dziewczynę biednąZ szaleńca rąk oswobodzić?!...
O! tak się płaci hultajomZa hardość i za zuchwalstwo!
Wypędzić ich precz z pałacu.
Wypędzić!...
Zabijcie mnie już!...O gdybym szpadę posiadał!...
O strzeż się, ten człowiek podłyJest gotów cię zamordować!...
I cóż mię życie obehodzi!...
Na wszystko czas jest lekarzem.
Bóg z niemi!... niech mię zabiją,Lecz ja ztąd krokiem nie ruszę,Nie mogę żyć bez Elwiry!...
Żyć musisz, by sprawiedliwośćOsiągnąć... król jest w Galicyi.Jeżeli ci jéj odmówi,Do Boga zaapelujesz.
To oni!...
Kto tu?
Pelagiusz!Radości pełen przychodziPoprosić was o kolendę.
Cóż znowu — tu, kiedy NuńoUmiera, ja ledwie żyję?!
Czy nie wiesz, że to jest waryat!
Elwira już się znalazła?
Co mówisz, mój Pelagiuszu!O, gdybyż mi ją wrócili!
Tak wszyscy mówią już głośno,Że od wczorajszéj północyPrzebywa w zamku don Tella.
Przekleństwo!...
I wszyscy twierdzą,Że jéj nie zechce powrócić.
Pomyślmy, synu, o radzie.Kastylii monarcha, Alfons,Szlachetną pracą zajęty,W Leonie teraz przebywa.Król zacny i sprawiedliwy!...Opowiedz mu swoję krzywdę,A jestem pewny, że chętnieWymierzy nam sprawiedliwość!
Ach, Nuńo... i ja nie wątpię,Że Alfons, nasz król Kastylii,Monarchą jest doskonałym.Lecz jakże chcesz, by do niegoBiedaka dopuścić chciano!Czyż śmiałyby moje stopyPo jego kroczyć komnatach?...Podwoje są tam otwarteDla tych, co złotem jaśniejącW orszaku idą bogatym.I słusznie. Lecz biednym wolnoOglądać herby nad bramą,A i to nawet zdaleka!...Choć poszedłbym do Leonu,I wejść do króla próbował;To pewno-by halabardąKark Sancha dobrze natłukli;A podać znów prośbę, którąKrólewska dobroć odbierze,I na cóż?... z rąk jego wkrótcePogrąży się w zapomnieniu.I wrócić potem, ujrzawszyRycerzów, damy, świątynie,I zamek i park i gmachy,By w domu żyć już z niechęciąŚród dębów, jodeł i buków,Słuchając, jak ptak świergocze,Pies szczeka?... Źle radzisz, Nuńo.
I owszem, dobrze ci radzę,
Natychmiast pośpiesz do króla,Bo jeśli tu pozostaniesz,Twe życie w niebezpieczeństwie.
Nie pragnę więcéj niczego.
Znasz mego konia, kasztanka,Co z wichrem ścigać się może...Jedź na nim. Pelagiusz z tobąPojedzie na twym bułanku.
Chcesz tego — jestem posłuszny.
Pojedziesz ze mną do króla?...
Najchętniéj... całując nogi,Że ujrzę, czegom nie widział.Stolica to raj — słyszałem —Ulice są omletamiI szynką wybrukowane,A obcych suto przyjmują,Jak gdyby tam przyjeżdżaliZ Marokko, Włoch albo Flandryi.To worek jest — powiadają —Gdzie szachów białe i czarneFigury fortuna ślepaBez ładu razem zmieszała.Więc idźmy z Bogiem do króla.
Bądź zdrów, mój ojcze, na drogęDaj nam swe błogosławieństwo.
Mój synu, rozumny jesteś,Więc mów do króla odważnie.
Zobaczysz, do czego-m zdolny...Jedziemy...
Bądź zdrów, mój Sancho.
Elwirę żegnaj...
ŻegnajcieProsiaczki moje...
Więc nigdy skłonić nie zdołamDo siebie téj hardéj dziewki!
Daremnie dręczysz ją, Tello,Elwira tak jest zgnębiona,Że tonie we łzach dnie całe.Nie jestżeś w stanie zrozumieć,Że choćby cię i kochała,Srogością taką musiałbyśJéj miłość zmienić w pogardę.Szalonyś, jeżeli pragnieszObudzić miłość tyranią.
Jaż takie upokorzeniaMam znosie? taką pogardę?Ja w kraju tym najbogatszyZ magnatów... najpotężniejszy?!
I o cóż tyle zgryzoty?...Dla prostéj dziewczyny wartożTak szaléć?...
O! Felicyano,Ty nie wiesz, co to jest miłość,Jéj tortur nie doświadczyłaś.
Do jutra czekaj cierpliwie.Pomówię z nią, może zmięknieDziewczyna.
To nie dziewczyna,To chyba dzikie stworzenie,Do takich cierpień mię zmusza.Obiecuj złoto i srebro,Klejnoty — co tylko zechcesz,Nie trudno podarunkamiKobiece usidlić serce...Obiecuj szaty wspaniałe,Mów, że ją złotem calutkąOd stóp do głowy okryję,Że jeśli da się ubłagaćMieć będzie pola i trzody,Że gdyby równą mi była...Już dawno-bym ją zaślubił.
W istocie?...
Tak, moja siostro...Posiadać pragnę... lub umrzéć!...Męczarni dłuższéj nie zniosę!...
Pomówię... lecz to napróżno.
Dlaczego?...
Bo gdy kobietaSzlachetna — interes ziemskiJéj cnoty złamać nie zdoła!...
Idź śpiesznie... pozwól się łudzić...Gdy miłość nic nie zdobędzieDo walki wystąpi... zemsta!...
Tymczasem, gdy ma nastąpić
Mój wyjazd... dowiedz się, hrabio,Czy wszyscy, którzy swe prośbySkładali, już załatwieni...Czy nikt już nie chce mię widziéć.
Nikogo nie ma.
WidziałemPod bramą GalicyaninaSmutnego wielce.
I któż toŚmie bronić biednym przystępu?Sprowadzić mi go natychmiast.
Wspaniała cnota i rzadka:Szlachetna litość, łaskawość,I świętych praw przestrzeganie.
Zostawcie kije.
Pelagiusz,Tam koło ściany je połóż.
Wprzód prawą nogą iść zacznij.
A który to król, seniorze?
W téj chwili dłoń ma na piersiach.
Nie lękaj się, Pelagiuszu.
Królowie są jako zima,Bo dreszczem biednych przejmują.
Seniorze...
Śmiało mów...
WładcoHiszpanii...
Kto jesteś i zkąd?
Daj rękę swą ucałować,Niech usta me uszlachetni;Gdy dotkną się jéj me wargi,To lepiéj powiem, co myślę.
Dłoń łzami rosisz. Co ci jest?...
Me oczy, zazdroszcząc ustom,Wprzód chciały skargę swą zanieść.Przychodzę błagać o karęNa pana, co mi jest wrogiem.
Bądź dobréj myśli i nie płacz.Potrafi król być łaskawym,Lecz umie karać występki.Mów, kto ci krzywdę wyrządził?
Skrzywdzony płacze jak dziecko.Król ojcem biednych.. miéj litość.
Ma rozum... budzi współczuciePrzed skargą.
Jestem szlachcicem,Lecz biednym przez zmiany losu,Co dręczą mię od kołyski.Wybrawszy równą mi dziewkę,Dziedzica, Don Tella Neyra,O ślubie swym uprzedziłem.Pozwolił — a nawet jeszczeI ojcem ślubnym chciał zostać.Lecz miłość, która potrafiCzłowieka najmądrzejszego
Zaślepić — i w nim się nagleDo dziewki méj odezwała.Powstrzymał ślub mój, a w nocyW gromadzie zbrojnych napadłszy,Porywa mi narzeczoną!Ratunek mój w tobie, królu,I w Bogu — tu ma nadzieja!...Wraz z ojcem błagaliśmy goO skarb nasz; tyran rozkazałSztyletem piersi hidalgów,A plecy kijem poranić!...
Don Pedro!...
Słucham.
PapieruI pióra... podać mi krzesło.
Jest wszystko.
Zadziwia mię i przestrasza;Mówiłem z królem, słyszałeś?...
Na honor — to dzielny człowiek.
A mówią, że są okrutniDla biednych!...
O! tak, królowieKastylii są aniołami.
A chodzą jak inni ludzie.
Inaczéj król na dywanieU Tella jest przedstawiony:Twarz chmurna, laseczka w dłoni,Fryzura, niby latarnia,Koroną złotą pokryta,Pod brodą się zawiązuje.Ot niby Turek czy Maur,Pytałem pazia, jakie jest
Téj słynnéj figury imię:„To Baul, król, odpowiedział.
On „Saul“ mówił, gamoniu.
Ten, co chciał zabić Badila.
Dawida — to był zięć jego.
Ten co to, jak proboszcz mówi,Krzemieniem zabił Oliasa.
Goliata, bydlę.
Tak mówiłKsiądz proboszcz.
Złóż list ten, hrabio.Nazwisko twoje, poczciwcze?...
Ja-m Sancho, ten który błagaO karę na swego wroga.
Potężny jest on w Galicyi?...
Tak, że aż od brzegów Silu,Do rzymskiéj wieży Herkula,Lękają się go mieszkańcy.Kto z jego gniewem się spotka,Ratunkiem temu — Bóg tylko.On prawa tworzy i niszczy!...Tak dumni owi pankowieŻyć zwykli zdala od królów.
Pieczęcią list opatrzony.
Więc połóż adres: Don TelloDe Neyra.
Życie mi wraca!...
Gdy list mu wręczysz — on tobieNatychmiast żonę powróci.
Z twéj ręki szlachetnéj nigdyHojniejszy dar nie wypłynął.
Czyś przybył pieszo?
Nie, królu,Na koniach przyjechaliśmy,Pelagiusz i ja.
Tak szybko,Jak wicher, gdzie... szybciéj jeszcze!Mój koń ma narowy dziwne:Zaledwie da wsiąść na siebie,Wnet runie w piasek lub strumień,Jak plotkarz biegnie — a jadaJak student; jeśli przypadkiemOberżę zoczy — to musiLub wejść tam, lub się zatrzymać.
Zuch jesteś, chłopcze.
Ten jestem,Co kraj swój rzucił dla ciebie.
I ty ze skargą przychodzisz?...
Tak, królu, na tego konia.
Chcesz czego?
Żołądek pusty,Oj! żeby kuchnia tu była!...
Z przedmiotów, które tu widzisz,Co chciałbyś zabrać ze sobą?...
Nie wiedziałbym co z tém zrobić,Tellowi poślij... on tyleMa rzeczy takich u siebie!...
Poczciwiec bardzo zabawny.
Czém trudnisz się w swojéj ziemi?
Po górach biegam — stangretem (cochero)U pana swojego jestem.
To bryki (coches) macie?
Nie, królu,To znaczy, że świń (cochinos) pilnuję.
To dziwne, jedna prowincyaDwóch ludzi ma tak szczególnych,Ten sprytem, tamten prostotą.
Masz.
Cienka.
Zabierz — to złoto.Ty, Sancho, zabierz to pismoI śpieszcie z Bogiem do domu.
Bóg z tobą, królu.
Czy widzisz?
Pieniądze.
I spora sumka.
Elwiro droga!... me szczęścieZamknięte jest w tym papierze.Z tym listem da Bóg NajwyższyI wolność tobie przyniosę.
Posłuszny twoim rozkazom,O Sanchu się rozpytałem.Teść jego zaprzeczał zrazu,Lecz wyznał wszystko pod groźbą,Że kilka dni już minęło,Jak wyszedł z domu.
Rzecz dziwna!
Miał udać się do Leonu.
W istocie?
Wraz z Pelagiuszem.
I poco?...
Z skargą do króla.
Ze skargą? Wszak nie jest mężemElwiry — więc czegóż on chce?Jéj ojciec mógłby się skarżyć;Lecz Sancho!
Powtarzam tylko,Com słyszał dziś od pasterzów.A że ma Sancho dość sprytu,W dodatku jest zakochany,Więc krok mię jego nie dziwi.
Zapewne, lecz zkąd nadziejaMówienia z królem Kastylii?
Król Alfons, przez Pedra CastroW Galicyi wychowywany,
Każdego GalicyaninaPrzyjmuje, choćby żebraka.
Ktoś stuka, Celio, idź zobacz,Czy nie ma paziów w téj sali?
Na Boga, panie, to Sancho,O którym teraz mówimy.
Zuchwalstwo to niesłychane!
Najkorniéj błagam cię, panie,Racz dać mu swe posłuchanie!
Niech wejdzie; powiedz, że czekam.
Całuję nogi twe, panie.
A gdzie-to bywałeś, Sancho!Tak dawno cię nie widziałem!
Mnie wiekiem czas ten się zdawał.Poznawszy, że bądź z miłości,Czy téż przez upór, chcesz więzićElwirę; prosto do królaPoszedłem, który jest sędziąNajwyższym swoich poddanych.
I cóżeś powiedział o mnie?
Żeś panie porwał mi żonę.
Twą żonę? kłamiesz, hultaju!Czy był ksiądz tego wieczoru?
Nie, ale chęci znał nasze.
Jeżeli rąk wam nie złączyłMałżeństwo więc nie istnieje.
Czy było czy nie — to mniejsza,Król kazał wręczyć to pismo,Pisane monarchy ręką.
Drżę z gniewu.
Coś ty mi przyniósł?
List króla do ciebie, panie.
Cierpliwość moja bez granic!Nędzniku, więc ty przypuszczasz,Że lękam się twojéj skargi?Czy wiesz, kto jestem?
Tak, panie,I cnocie twojéj ufając,Przynoszę to pismo, któreNie krzywdzi pana, jak mniemasz,Lecz tylko jest pismem łaskiMonarchy kastylijskiego.
Więc gdyby nie ten list króla,Rozkazałbym cię i twegoKolegę...
O święty Pawle!
Powiesić na murach zamku.
To nie jest dzień mych imieninA sztandar będzie za brzydki!
Precz mi ztąd i jednéj chwiliNa ziemi méj nie zostańcie!Bo każę was zabatożyć,Nędznicy... hołoto podła!Wy śmiecie ze mną się mierzyć?!
Król dobrze mówi, bo pocóżZrobiłeś mu pan tę przykrość...
Jeżelim zabrał mu żonę,To jestem ten, który jestem.Tak rządzę tu i panuję,Jak Alfons rządzi w Kastylii.Ojcowie moi od jegoNaddziadów ziem tych nie wzięli,Lecz je na Maurach zdobyli.
Na Maurach i na chrześcianach,Pan nic nie winien królowi.
Ja jestem ten, który jestem...
O święty Makary!
To téżNie skarżę was dłonią własną.Elwiry chcecie... Elwiry...Niech zginą... O nie hidalgaMiecz splami się w krwi nędzników!
O nie plam-że jéj, seniorze!
I cóż ty na to?
Z GalicyiWygnali nas.
Zmysły tracę!Że czterech liczy wasalów,Więc króla już słuchać nie chce!Lecz da Bóg...
Powoli, Sancho,Najmędrsza rada: z wielkiemiNie kłóć się; a ze sługamiNie wdawaj...
Znów do LeonuWrócimy.
Niech i tak będzie.
Opowiem, co się tu stało.O, gdybym ujrzał Elwirę!Westchnienia śpieszcie, nim wrócę,Powiedzcie jéj, że umieramZ miłości...
Héj w drogę, Sancho,On nie miał jeszcze twéj żony.
Zkąd o tem wiesz, Pelagiuszu?...
Bo żądzę swą nasyciwszy,Natychmiast dziewczę-by zwrócił.
Bóg jeden wie, jak ja pragnęPrzyjaźni z matką.
I słusznie.Szlachetnym wszędzie być umiesz.
Choć ciężko mię obraziła,Lecz zawsze... jest moją matką.
E! możesz chyba iść naprzód.
Już widzę tego, któremuOddałem duszę, nie mającNic nad nią kosztowniejszego.To jasne Kastylii słońce,To Trajan wspaniałomyślny,Herkules to chrześcijański,I wielki Cezar Hiszpanii.
Idź, do nóg padnij mu kornie,Tę silną rękę ucałuj.
Monarcho najmiłościwszy,Zwycięzki królu Kastylii!...O, pozwól mi ucałowaćTwe stopy, które mieć będąGrenadę za poduszeczkę,A gród Sewilli za dywan!...Poznajesz mię?...
GalicyjskiZiemianin, który mię prosiłO łaskę...
To ja, seniorze.
Nie trwóż się...
Z boleścią wielkąWróciłem do stóp twych, królu,Powtórnie prosić o łaskę,Lecz chociaż grzechem jest wielkimTa śmiałość moja, to jednakPrzebaczysz ją, o monarcho,Biednemu, który przychodziZnów błagać sprawiedliwości.
Mów śmiało — możesz być pewny,Że skargi twojéj wysłucham.Ubóstwo jest najpewniejszymDo łaski mojéj tytułem.
O królu niezwyciężony!Gdym do Galicyi wróciwszyTwe pismo wręczył Tellowi,By zgodnie z prawem słusznościPowrócił mi narzeczoną;Przeczytał, lecz nie uczciwszy,Tak wściekłym uniósł się gniewem,Że zamiast oddać mi dziewkęZniewagą okrył haniebną
Kornego woli twéj posła!..Tak mnie i tego pasterzaTraktował, że cudem tylkoUniknąć śmierci mogliśmy.Robiłem starania, żebyNie trudzić skargą monarchy,Lecz wszystkie były daremne.Ksiądz proboszcz, który się cieszyPowagą, przemawiał za mnąI opat z Samos wielebny,Współczuciem dla mnie przejęty,Nikt serca jego nie wzruszył.I téj mi nawet pociechyOdmówił, widoku lubej!...Przychodzę tu więc powtórnie,Tak żądać sprawiedliwości,Jak żądałbym jéj od Boga,Którego jesteś, o królu,Na ziemi naszéj obrazem!...
List ręką moją pisany...Czyż podarłby go zuchwale?...
By zwiększyć gniew twójKto inny „tak“-by powiedział,Lecz niechaj Pan Bóg mię strzeże,Bym kłamstwem sprawę swą wspierał.Przeczytał, lecz go nie zniszczył.Fałsz!... zniszczył, gdyż przeczytawszy,Rozkazu króla nie spełnił!...
Choć w nędznych żyjesz warunkach,Ty musisz mieć krew szlachetną,Lub zacnych ojców być synem;Z twéj mowy sądzę i czynów!!...Musimy zaradzić złemu.Henryku, hrabio...
Słuchamy.
Wyjeżdżam dziś do Galicyi;Mój honor tego wymaga,Zatrzymać to w tajemnicy.
Lecz, królu...
Rzecz już skończona!...Każ powóz do bramy parkuSprowadzić...
Pałac dla luduOtwarty — łatwo spostrzegą.
I cóż ztąd?... Służba niech powie,Żem chory.
Może-by lepiéj...
Dość tego... nie cofnę planu.
Racz chociaż wyjazd odłożyć,Dopóki o twéj chorobieKastylii nie uprzedzimy.
Wieśniacy...
Potężny królu...
Dotknięty gwałtem Don Tella,Uporem i okrucieństwem,Pojadę sam go ukarać.
Ty panie!... a tożby z ujmąDla twojéj było korony.
Wróć zaraz... dom swego teściaPrzygotuj i ani słowaO tém, co zaszło, nikomuNie powiesz pod karą śmierci!...
Tak żądasz, stanie się, królu.
A ty zaś pomnij, że gdybyNazwiska mego kto żądał,Odpowiedz: szlachcic kastylski!...
Masz język trzymać — rozumiész,Ot tak, dwa palce na ustach.
Tak szczelnie zamknę ją, żebymI ziewnąć nawet nie zdołał.Lecz myślę, że król pozwoliZ uwagi na moję słabość,Czasami coś... tak... przekąsić...
Rzecz prosta, nie chcę, ażebyśWciąż rękę trzymał na ustach.
O panie, to nazbyt łaskiDla takich jak my nędzarzów.Którego z sędziów racz wysłać,Niech prawu zadość uczyni.
Najlepszym sędzią jest król sam.
Więc będę ją mógł zobaczyć?...
Tak... Tello, pan mój, pozwolił.
Lecz pocóż... wobec nieszczęścia...
Tyś w błędzie... ona się broniZ odwagą nieustraszonąKobiety duchem niezłomnéj.
Dziewica mogłaż-by honorZachować w rękach mężczyzny?
Jest czystą... i gdyby chciałaMą żoną zostać, dziś jeszcze
Zaślubiłbym ją, jak gdybyZ twéj chaty nie wychodziła...
Gdzież to jest krata?...
Z téj stronyW okienku wieży... mówiłaŻe będzie tam...
Zdaje mi się,A może starca myli wzrok...W okienku coś jest białego...
Więc zbliż się... ja już odchodzę,Bo choć twéj prośbie uległem,Nie chciałbym być tu widziany...
Czyś to ty, córko nieszczęsna?...
A któżby jak nie ja, ojcze?...
Myślałem, że cię nie ujrzę,Bo hańba twoja, dziewczyno,Wciąż stała mi przed oczyma,A hańba tak jest okropną,Że nawet rodzic twój, córko,Nie pragnąłby cię już widzieć!...Tak-że to godnie potrafiszDziedziczyć honor swych przodków,Że kryształ jego rozbity!...Jeżeliś czci swéj nie strzegła,Swym ojcem zwać mię nie będziesz,Bo córka hańbą skalanaOd ojca może chcieć tylko,By swoję krew z niéj wytoczył.
Ach, ojcze, jeśli w méj doli,Śród strasznych życia męczarni,I ci, co cieszyć powinni,Przychodzą zwiększać tortury;Nieszczęścia, jakich doświadczam,Przekroczą wszelkie granice!...Wszak jestem jeszcze twą córką.Wraz z życiem dałeś mi, ojcze,Szlachetność swoję — i onaDziś we mnie — ciebie czcić umie.Przyznaję, że tyran podłyZwyciężyć pragnął mię, aleChoć słaba, umiałam walczyćZ odwagą nadludzką prawie.Więc dumnym bądź ze mnie, ojcze,Że mimo tortur, więzienia,Wprzód umrę, zanim cześć stracę.
O córko, temi słowamiRoztwarłaś znów moje serce.
Cóż z Sanchem biednym się dzieje?
Powrócił znów do Alfonsa,Słynnego Kastylii króla.
Nadługo dom swój opuścił?...
Spodziewam się, że dziś wróci.
O, żeby go nie zabili!
Czy godzą na jego życie?
Przysięgał, że go zabije.
Uniknie Sancho zasadzki.
O! czemuż nie mogę skoczyćZ téj wieży w twoje ramiona.
Ach z jakąż-by cię radością,Do piersi tulił twój ojciec!...
Bądź zdrów, mój ojcze, ktoś idzie.O żegnaj...
Po raz ostatni!...Tak! teraz śmierci już pragnę!...
Co to jest?... Do kogo mówisz?...
Tym głazom opowiadałemSwą boleść i one czująWraz ze mną twe okrucieństwo!Zimniejsze niż ty, seniorze,Umiały mojéj rozpaczyOkazać szczere współczucie...
Daremne wszystkie podstępy,Łzy, skargi i narzekania,Twa córka, przedmiot mych pragnień,Już z rąk się moich nie wydrze!...To wyście jéj tyranami,Gdyż opór w niéj podsycacie.Ja kocham ją i ubóstwiam,A jeśli umieram dla niéj,Czyż mógłbym zabić Elwirę?!A wreszcie czem-że jest ona?...Wieśniaczką biedną — nic więcéj.Na ziemi mojéj żyjecie...Czy myślisz, widząc mą słabość,Że nie masz silniejszéj władzy,Nad młodość, rozum i wdzięki?
Rozumnie mówisz, seniorze,Bóg z tobą...
Będzie z pewnością,A ciebie podług twych zasługOceni...
I świat pozwalaNa taką praw poniewierkę,By nędzarz miał bogaczowiOddawać honor swój, milcząc?!Przyjemność tylko dlań prawemW jéj imię wszystko obala!...
Hej! Celio!
Słucham.
NatychmiastZaprowadź ją, gdzie kazałem.
Seniorze, pomyśl, co czynisz?...
Kto ślepy — patrzeć nie może.
Gwałt taki jest okrucieństwem.
Nie miała dla mnie litości...I jażbym gwałtu nie użył?!
Przeciwnie... uczcić należyJéj czystość i jéj obronę.
Dość tego... rozkoszy pragnę...Przekleństwo méj cierpliwości!Mam dłużéj znosić pogardę?!...Tarkwiniusz nawet godzinyNie czekał i — nim jutrzenkaZabłysła — już dopiął celu!
A ty chcesz, żebym tak długoDla nędznéj czekał wieśniaczki!
Czy nigdy nie pomyślałeśO karze za czyn podobny?...Z dobrego przykład brać trzeba!
Czy złe czy dobre — ja nie dbam.Dziś muszę złamać jéj wzgardę,Ja-m cierpiał — niech ona cierpi,Lecz zemsta cel mój uświęci.
Witajcie...
Nie wiem, co będzie,Lecz chyba przy boskiéj woliPomyślnie wszystko się skończy...
Gdy niebo zechce, Joanno,Wygramy, teraz przynajmniéjDo domu powróciliśmy.A kiedy konie już jedzą,To nie każ-że nam zazdrościć.
Już znowu nudzić zaczynasz?...
Gdzie Nuńo?
Jest u Elwiry.
Pozwala mówić z nią Tello?...
Lecz tylko z okienka wieży.
Więc ona ciągle w więzieniu?...
To fraszka, ktoś niezadługoPrzybędzie...
Milcz, Pelagiuszu.
O palcach dwóch zapomniałem!...
Powraca Nuńo.
Mój ojcze...
I cóż, mój synu?...
PowracamSzczęśliwszy do usług twoich...
Szczęśliwszy? czemu?
NiebawemPrzybędzie tu sędzia śledczy.
Tak, sędzia...
Milcz, Pelagiuszu!
O palcach znów zapomniałem.
Przybędzie z licznym orszakiem?
Dwóch ludzi.
Nie łudź się, synu,Daremne twoje wysiłki!...Potężny władca téj ziemi,W pieniądze i w broń bogaty,
Przekupi władzę, lub nawetŚród nocy wyrżnąć nas każe.
Co?... wyrżnąć?... zabawny jesteś!...Czy Nuńo kiedy grał w lombra?Na lichą jego malillęSpadillą wnet odpowiemy.
Czy bzika masz, Pelagiuszu?...
Znów palce mi wywietrzały!...
Chciéj teraz, ojcze, komnatęGościowi temu odstąpić,Bo to jest ważna osoba!...
Tak ważna, że...
Milcz, gamoniu.
O palcach znów zapomniałem.Już ani słowa nie pisnę.
Odpocznij, synu; drżę cały,Czy aby życiem nakoniecMiłości swéj nie przepłacisz.
Nie, pójdę raczéj do wieży,Gdzie jęczy moja Elwira,Jak słońce cień pozostawia,Tak i ja cień jéj na kratachSpostrzegę, lub gdy go oczyNie znajdą — to myśl odszuka.
Szczególna miłość.
Na świecieNikt pewno większéj nie widział!
Pójdź do mnie, Pelagiuszu...
Mam słówko z kuchnią pomówić.
Pójdź tutaj...
Wrócę za chwilę.
Rozumiész?...
I czegóż chcecie?...
Któż to jest ten sędzia śledczy,Którego Sancho sprowadza?...
Ten sędzia...
Boże dopomóż.
To człowiek bardzo dostojny.Jest blady i rozpalony,Wyniosły i drobny ciałem,Ma usta, któremi jadaI brodę pół-blond, pół-czarną,Lekarzem jest albo będzie,Bo nieraz krew puszczać każe,Chociażby nawet i z gardła.
Czy widział kto zwierzę takie?
Pójdź prędzéj, seniorze Nuńo,Do bramy naszego domuTrzech panów jakich-ś przybyło.
Trzy konie mają wspaniałe,Bogatą odzież, nowiutką,Ostrogi, buty i pióra!...
Na Boga, to oni pewno;Lecz sędzia śledczy z piórami!...
To lżejsi będą, seniorze,Wszak sprawiedliwość surowa,Jeżeli jéj nie przekupią,Tak prędko do rady wraca,Jak rączo z rady wybiegła.
I kto tę bestyę wyuczyłTéj złości?...
Wracam ze dworu.
Poznałem was już z daleka.
Pamiętaj strzedz tajemnicy.
Do nóg się ścielę.
Kto jesteś?
To Nuńo, teść mój, seniorze.
Z poznania ciebie rad jestem.
Całuję stopy twe, panie.
Swą służbę uprzedź, niech o tém,Że sędzia przybył, TellowiNie mówią wcale.
Drzwi zamknę,By nikt nie wyszedł za progi.
Lecz panie jestem w obawie,Że tylko dwóch masz rycerzów.Wszak nie ma w całém królestwieMagnata potężniejszego,Bogactwo równa się dumie.
Ta laska, którą mi król dał,Ma zawsze znaczenie grzmotu,Co głosi przyjście piorunu.Tak sam, jak widzisz, potrafię,W imieniu króla sąd spełnić.
W osobie twojéj spostrzegamWspaniałość tak niezwyczajną,Że choć ja-m skrzywdzon — drżę cały.
Więc śledztwo rozpocząć trzeba.
Odpocznij panie... dość czasu...
Ja nigdy nie mam go nadto.
Czyś, chłopcze, zdrowo powrócił?
Tak, zdrowo, najjaś...
Co-m mówił?
A prawda!... Jak się pan miewa?
Wybornie.
Jeśli wygramyTen proces, oddam sędziemuWieprzaka, jak on wielkiego.
Milcz, bydlę!...
Więc mam powiedziećWieprzaczka, jak ja małego....
Zawołać prędko tych ludzi!
Co każesz, panie?
JeżeliPrzyjść mają wszyscy pasterzeZ doliny, to długo potrwa.
Wystarczy.
Jak się nazywasz?
Ja, panie, Brito, pastuszek.
Co wiész o Tella napaści?...
W dzień ślubu pachołcy w maskachDrzwi w domu tym wyłamawszy,Porwali Nuńa Elwirę!...
A ty kto jesteś?
Joanna,Służąca panny Elwiry,Umarłéj dziś lub zhańbionéj.
A jak się zowie ten człowiek?...
To Filen, grajek na kobzie,
Co umie nocą śród gajówDo tańca grać czarownicom.
Opowiedz wszystko, coś widział.
Przyszedłszy grać tu na kobzie,Słyszałem, jak Tello broniłWejść tutaj naszemu księdzu.A potém, ślub tak zerwawszy,Elwirę porwał do zamku,Gdzie ojciec widział ją przecieI krewni.
A cóż ty mała?...
To córka Piotra Cuelo,Którego dziadem był Nuńo,A stryjem Marcin, co kiedyśOliwę dobrze oczyszczał.Rodzina zacna. OstatniDwie ciotki miał, czarownice,Siostrzeńca zaś garbatego,Co pierwszy w Galicyi rzepęZasadził.
Dosyć już tegoCzas trochę spocząć, rycerze,Tellowi przecież wizytęOddamy dzisiaj wieczorem.
Bez śledztwa mogłeś być pewny,Że Sancho cię nie oszukał,Niewinność tych ludzi przecież,Dowodem jest dostatecznym.
Postaraj się w tajemnicySprowadzić księdza i kata.
To dziwne...
Co?...
Nie rozumiemSędziego. Bez wszelkiéj formyJuż księdza żądał i kata.
Ja nie znam jego zamiarów.
I szwadron mu nie da rady,A cóż dopiero dwóch ludzi.
Każ naprzód obiad mu podać,A późniéj poznasz, co może.
Czy razem wszyscy jeść będą?
Wprzód sędzia a potém oni.
Ci dwaj to pewnie: policyantI pisarz.
Pewnie.
Joanno?...
A co tam?
Świeżą bieliznęPrzygotuj, usmaż kurczęta,Włóż szynki płat na patelniąI upiecz młodego pawia.Tymczasem niech Filen zarazZ piwnicy wina przyniesie.
Na słońce klnę się, mój panie,Że będę z sędzią jadł obiad.
On chyba całkiem zwaryował.
Królowie są nieszczęśliwi,Że sami jedzą; dlategoMieć muszą zawsze przy sobieBufonów zabawnych i psów.
Litości, Boże wszechmocny,Bo nie ma dla mnie ratunku!...
Zabiję...
O! stój, szalony!...
Ostrożnie, bym nie przekroczyłGranicy względów braterskich.
Dla siostry chociaż to uczyń,Coś mógł odmówić kobiecie.
Przekleństwo hardéj dziewczynie,Co nędznym uczuciom gwoliŚmie, dumą dziką pijana,Z własnego drwić sobie pana.Już dziś nie ujdzie méj ręki,Zabiję — lub będzie moją.
Daremna może obawa,Lecz dziwi mię to, że NuńoDostojnych gości przyjmuje,Tam wszystko ma jakiś pozórTajemny. Sancho powróciłZ wyprawy swéj do Kastylii,Cel któréj trudno odgadnąć.A nigdym nie widział, żebyDziałali tak tajemniczo.
Z podejrzeń nic się nie dowiem,Nie brakło ci sposobności,By wejść tam i poznać prawdę.
Lękałem się gniewu Nuńa,Ku wszystkim nam niechętnego.
Należy uprzedzić brata.Ma Sancho spryt i odwagę.Niech Celio tu pozostanie,Bo może przyjść kto.
SumienieDrży zawsze, kiedy nieczyste,A zbrodnię taką, jak Telia,Gniew Boga ukarać musi.
Gdy wejdziem — róbcie, co każę.
Co to za ludzie?
Wołajcie!...
Ot właśnie dworzanin Tella.
Hej, panie!...
A czego chcecie?...
Don Tella widziéć — z KastyliiPrzybywam po to.
Nazwisko?...
Ja!...
Tylko ja i nic więcéj?
Nic!
Krótko i mina groźna,To godne zastanowienia.
Więc idę powiedzieć panu,Że przy drzwiach Ja oczekuje.
Już poszedł...
Lękam się, żebyZbyt hardo nie odpowiedział.Dać poznać się trzeba było.
Sumienie powie mu zaraz,Że tutaj Ja się nazywaćKról tylko może.
Mówiłem wasze nazwisko,Lecz pan mi rzekł: niech odjedzie,I ja-bym tak się nie nazwał,Bo podług wszelkich praw tylko:
Ja — w niebie Bóg — a na ziemiMonarcha jeden się zowie.
To powiédz, że alkad królaPrzyjechał.
Wiernie powtórzę.
Dworzanin coś spuścił z tonu.
Alkada tytuł go trwoży.
I Nuńo jest już — czy możeTu przybyć?
Owszem, niech będzieNaocznym téj sceny świadkiem,Należy mu się to słusznieZa krzywdy, których doświadczył.
Przystąpcie, Nuńo, i patrzcie.
Już zamek tego zuchwalcaDreszcz budzi.
Słowa nie pisnąć!...
Pelagiusz piśnie, bo waryat.
Ja będę milczał, jak posąg.
I z dwoma ludźmi tu przybyć —Odwaga to nadzwyczajna!
Co robisz, mój bracie, strzeż się.Zaczekaj...
Czy pan to jesteś KastyliiAlkadem, który mię szuka?...
I cóż w tem jest tak dziwnego?
Twa śmiałość, bo wiesz, kto jestem...
I jakaż to jest różnicaPomiędzy królem — a posłemKrólewskim?
Ogromna dla mnie.A zresztą gdzie masz swą laskę?
Jest w pochwie, zkąd prędko wyjdzieA co się stanie, zobaczysz.
Co w pochwie?! Chyba mię nie znaszNikt w świecie mnie aresztowaćNie ważyłby się — król chyba!
Więc króla widzisz, nędzniku!
O! święty nasz Dominiku!...
Co? król sam? władca kastylski,Monarcha w swojéj osobie!...O łaskę błagam cię, królu!...
Rozbroić go! niech się dowie,Jak listy króla szanować.
Ułagodź gniew swój, o panie!
Daremna prośba. SprowadzićMałżonkę tego wieśniaka.
Elwira nie jest nią jeszcze.
Lecz chciała — zresztą jéj ojciecSkrzywdzony także przez ciebie.
Godzina kary wybiła,Za ciężkie grzechy żywota!...
Zaledwiem śród łkań i jękówNazwisko twe usłyszała,Alfonsie nasz kastylijski,Hiszpanii władco wspaniały,Więzienie wnet opuściłam,By błagać o sprawiedliwość.Ja-m córką Nuńa Ayvara,Którego cnoty są znane.Kochana przez Roelasa,Zaślubić miałam go właśnie,Za wiedzą ojca mojego,Gdy Sancho swojego panaPoprosił o pozwolenie.Don Tello przybył wraz z siostrą,Występną chucią wiedziony,Podstępnie ślub mój odroczyłI zbrojną ręką śród nocyDo zamku porwać mię kazał.Tam, złudą świetnych obietnic,Za hańbę chciał mi zapłacić.A potem wnet przeniesionaDo lasów pałacu blizkich,Gęstwinie tylko drzew, którePrzed słońcem mnie ukrywały,Z mych cierpień się spowiadałam.
Niech stwierdzą opór mój włosy,Promienie których wydarteZawisły tam na gałązkach.Niech świadczą źrenice mojeO płaczu, którym-by możnaNajtwardsze rozczulić skały.Dziś łzy mi tylko zostały,Zhańbiona — mogęż nie płakać?Jedyna pociecha jeszcze,Że kary za taką zbrodnięOd króla dziś żądać mogę,Bo król jest sędzią najlepszym.O łaskę taką, Alfonsie,U nóg twych błagam z pokorą.Bodajby twoi następcyOrężem zdołali dzielnymUwolnić wszystkie krainyZ pod Maurów ohydnych jarzma;I jeśli głos mój nie możeWysławić twéj szlachetności,Historya niech ją uwieczni.
Boleję, żem przybył późno,Choć czasu dość nam zostałoNa wymiar sprawiedliwości,Co strąci głowę don Tella.Niech będzie kat w pogotowiu.
Miéj litość, królu, nad bratem.
Czyż sama listu mojegoPogarda nie jest już zbrodnią?!Dziś dumę twoję, don Tellu,Zobaczę u stóp mych w prochu.
O, gdyby istniała karaOd śmierci większa — przyznajęŻem na nią zasłużył, królu!...
Niech pamięć, żeś się wychowałW téj ziemi — wzruszy cię, królu.
Hrabiego don Pedra imięNiech łaskę twoję wyjedna.
Don Pedro hrabia jest godzien,Bym go za ojca uważał,Lecz hrabia téż wié, że prawoPowinno być szanowane.
A litość czyż nie jest cnotą?
Prawdziwa litość nie możePogardzać sprawiedliwością.A w oczach Boga i ludzi,Ten zdrajcą jest i nieprawym,Kto króla swojego nie czci.Daj, Tello, rękę Elwirze,Byś jéj małżonkiem zostawszy,Zapłacił krzywdę i zginął.Po śmierci twojéj ElwiraZaślubi Sancha, na posagPołowę twych dóbr zabrawszy.Felicya zostanie damąKrólowéj, póki godnegoNie znajdę dla niéj małżonka.
Drżę cały...
A to król dumny!
I tu się kończy komedyaO królu najlepszym sędziKronika nam tę historyąZa prawdę szczerą podaje.
Comments
Loading comments…