Ciemność (Byron, 1882)

Translated from English by Adam Mickiewicz

Miałem dziwny sen, może i nie całkiem senny!Zdało mi się, że nagle zagasnął blask dzienny,A gwiazdy, w nieskończoność biorąc lot niezwykły,Zbłąkawszy się, olśnąwszy, uciekły i znikły,Bez nadziei powrotu. Ziemia lodowata,Wisiała ślepa pośród zaćmionego świata.Ranki weszły, minęły, ale dnia nie było;I wszystkie namiętności zatłumiła trwoga.Serce rodu ludzkiego jedną żądzą biło,

Cały ród ludzki prosił o jedno u Boga:O światło...

Wszystko płonie. I wspaniałe gmachyPanów koronowanych i wieśniacze dachy.Domy świata całego jako lampy płoną,Miasta nakształt ogromnych stosów zapalono,I tłum ludzi do koła pożaru się tłoczy:Chcą jeszcze raz ostatni spojrzyć sobie w oczy.O! jak zazdrości godni ci, co się przywlekliPrzed oblicze ognistej Etny albo Hekli!Jak błogosławią wieczne wulkanów pożogi,Wszyscy z jednem uczuciem nadziei i trwogi!Rzucono ogień w puszcze i doczesnym blaskiemPuszcze gorą, ciemnieją i walą się z trzaskiem!Zaryły się w popiele drzew strawione czoła,I zagasły na wieki.

Znowu noc dokoła;I twarz ludzi z rozpaczy nie po ludzku błyska,Odbijając ostatnie promyki ogniska.Jedni padli i oczy schowawszy łzy leją,Drudzy na chudych łokciach podparłszy się śmieją.Ten biega tu i owdzie, suche żagwie zbiera,Karmi niknącą iskrę i w niebo poziera;Nieporuszone widzi czarnych chmur zasłony,

Jak kir nad nieboszczykiem światem rozciągniony.Znowu pada i bluźni i w piasku się ryje;Targa włos, zgrzyta zębem, ręce gryzie, wyje.Dzikie ptastwo strwożone, skrzydły obwisłemiMocując się daremnie, czołga się po ziemi.Drapieżny zwierz, co w lasach i pustyniach żyje,Jak swojski ciągnie w miasto. — Gadziny i żmije,Pełzną ludziom pod nogi i żądłami syczą,Nie kaleczą — i głodnym stają się zdobyczą.

Wojna, nieco ustała, wybuchnęła znowu.Głodni żelazem sobie szukali obłowu,I z zakrwawionym kąskiem na stronie usiedli,I w milczeniu rozpaczy samotni go jedli.Niezostała miłości iskra w ludzkiem łonie,Jedna była na całej ziemi myśl o zgonie,Niechybnym i niesławnym. Ząb głodu pożerałWszystkich, i narodami świat cały wymierał.Nikt nie myślał o kości i o ciał pogrzebie;Chudy, karmił się jedząc chudszego od siebie,Psy darły swoich panów. Jeden pies zachował,Wierność panu swojemu: żywego pilnował,Teraz się umarłego wyżywieniem trudzi.Znosi zdechłe lub słabe bydło, ptastwo, ludzi;Sam nie dotknął pokarmu, z żałosnemi jękiLizał twarz pana swego, głaskał się u ręki

Co go już nie głaskała — i zdechł. I nareszcieWszyscy ludzie wymarli...

W pewnem ludnem mieście,Zostali dwaj ostatni — dwaj nieprzyjaciele.Zeszli się przy ołtarzu, gdzie jeszcze w popieleDogasało ognisko, i kościelne sprzętyŚwięte, czekały w stosach na ogień nieświęty.Jak szkielety, chudemi rękami pospołuGrzebiąc, dostali kilka iskierek popiołu,I pracując piersiami słabemi, ogniskoWydobyli na chwilę, jak na pośmiewisko.Zwrócili oczy, gdzie się żywy płomień pali:Ujrzeli się, wzdrygnęli, padli i skonali.Zgrozą widoku swego zabili się społem;Niepoznali się z twarzy, lecz głód nad ich czołemWyrył — nieprzyjaciele...

Świat cały był stepem,Z ludnego i pięknego, milczącym i ślepym,Bez pór roku, bez roślin, bez ludzi, bez czucia,Trup, chaos powolnego żywiołów zepsucia.Stoją gładkie rzek, jezior, oceanu tonie,I nic się nieporuszy w ich milczącem łonie.Okręty bez żeglarzów pośród morza tkwiły,Maszty ich kawałami padały i gniły,

I tonęły na wieki w spokojnych wód bryle:Burze usnęły, fale spoczęły w mogile,Bo nie było księżyca co by je podźwignął.Wicher, w stęchłem powietrzu uwiązł i zastygnął.Znikły chmury; to dawne ciemności narzędzieStało się niepotrzebnem... Ciemność była wszędzie.

Comments

Loading comments…