Ciemność (Byron, 1929)
Translated from English by Adam Mickiewicz
Miałem dziwny sen, może i nie całkiem senny?Zdało mi się, że nagle zagasnął blask dzienny,A gwiazdy, w nieskończoność biorąc lot nie zwykły,Zbłąkawszy się, olsnąwszy, uciekły i znikłyBez nadziei powrotu. Ziemia lodowataWisiała ślepa pośród zaćmionego świata.Ranki weszły, minęły, ale dnia nie było —I wszystkie namiętności zatłumiła trwoga,Serce rodu ludzkiego jedną żądzą biło,Cały ród ludzki prosił o jedno u Boga:O Światło.Wszystko płonie: i wspaniałe gmachyPanów koronowanych i wieśniacze dachy.Domy świata całego, jako lampy, płoną,Miasta nakształt ogromnych stosów zapalono,I tłum ludzi dokoła pożaru się tłoczy:Chcą jeszcze raz ostatni zajrzeć sobie w oczy.O, jak zazdrości godni ci, co się przywlekliPrzed oblicze ognistej Etny albo Hekli!Jak błogosławią wieczne wulkanów pożogi,Wszyscy z jednem uczuciem nadziei i trwogi!Rzucono ogień w puszcze; — i doczesnym blaskiemPuszcze gorą, ciemnieją i walą się z trzaskiem;Zaryły się w popiele drzew strawione czoła,I zagasły na wieki —
Znowu noc dokoła.I twarz ludzi z rozpaczy nie po ludzku błyska,Odbijając ostatnie promyki ogniska.Jedni padli i oczy schowawszy, łzy leją,Drudzy, na chudych łokciach podparłszy się, śmieją.Ten biega tu i ówdzie, suche żagwie zbiera,Karmi niknącą iskrę i w niebo poziera —Nieporuszone widzi czarnych chmur zasłony,Jak kir nad nieboszczykiem światem rozciągniony —Znowu pada i bluźni i w piasku się ryje,Targa włos, zgrzyta zębem, ręce gryzie, wyje.Dzikie ptastwo strwożone, skrzydły obwisłemiMocując się daremnie, czołga się po ziemi.Drapieżny zwierz, co w lasach i pustyniach żyje,Jak swojski ciągnie w miasto. Gadziny i żmijePełzną ludziom pod nogi i żądłami syczą,Nie kaleczą —i głodnym stają się zdobyczą.Wojna nieco ustała wybuchnęła znowu:Głodni żelazem sobie szukali obłowu,I z zakrwawionym kąskiem na stronie usiedli,I w milczeniu rozpaczy samotni go jedli.Nie została miłości iskra w ludzkiem łonie.Jedna była na całej ziemi myśl — o zgonieNiechybnym i niesławnym; — ząb głodu pożerałWszystkich — i narodami świat cały wymierał.Nikt nie myślał o kości i o ciał pogrzebie,Chudy karmił się, jedząc chudszego od siebie.Psy darły swoich panów. Jeden pies zachowałWierność panu swojemu; żywego pilnował,Teraz się umarłego wyżywieniem trudzi,Znosi zdechłe lub słabe bydło, ptastwo, ludzi;Sam nie dotknął pokarmu, z żałosnemi jękiLizał twarz pana swego, głaskał się u ręki,Co go już nie głaskała — i zdechł. — I nareszcieWszyscy ludzie wymarli.W pewnem ludnem mieścieZostali dwaj ostatni — dwaj nieprzyjaciele.
Zeszli się przy ołtarzu, gdzie jeszcze w popieleDogasało ognisko i kościelne sprzętyŚwięte czekały w stosach na ogień nieświęty.Jak skielety chudemi rękami pospołuGrzebiąc, dostali kilka iskierek z popiołu,I pracując piersiami słabemi, ogniskoWydobyli na chwilę — jak na pośmiewisko.Zwrócili oczy, gdzie się płomień żywiej pali,Ujrzeli się, wzdrygnęli, padli i skonali:Zgrozą widoku swego zabili się społem,Nie poznali się z twarzy, lecz głód nad ich czołemWyrył: nieprzyjaciele.Świat cały był stepem,Z ludnego i pięknego milczącym i ślepym,Bez pór roku, bez roślin, bez ludzi, bez czucia,Trup, chaos powolnego żywiołów zepsucia.Stoją gładkie rzek, jezior, oceanu tonie,I nic się nie poruszy w ich milczącem łonie.Okręty bez żeglarzów pośród morza tkwiłyMaszty ich kawałami padały i gniły.I tonęły na wieki w spokojnych wód bryle;Burze usnęły, fale spoczęły w mogile,Bo nie było księżyca, coby je podźwignął.Wicher w stęchłem powietrzu uwiązł i zastygnął.Znikły chmury — to dawne ciemności narzędzieStało się niepotrzebnem... Ciemność była wszędzie!
Comments
Loading comments…