Do Inezy (Byron, 1907)

Translated from English by Jan Kasprowicz

Do troski mej ty nie śmiej się,Wszak już uśmiechu niema we mnie,A niechaj nieba bronią cię,Iżbyś się miała śmiać daremnie.

Cóż za ukryte bole żrąRadości me i młodość moją,Że troski tej, co szarpie mną,I twe zabiegi nie ukoją?

Nie miłość to ni zawiść zła,Ani prostaczy głód zaszczytu

Dziś mnie do wzgardy serca pchaWraz z tem, com cenił tak śród bytu.

To przesyt jest, co wszędzie ckni,Gdzie zwrócę ucho swe lub oczy;Piękność nie sprawia szczęścia mi,Ani też wzrok twój, tak uroczy!

Wieczysty, ciągły jest to ból,Którym Żyd-Wieczny-Tułacz dyszy:Od zagrobowych ujść chce pól,A tutaj już nie znajdzie ciszy.

Uciec przed sobą byłbym radI w jak najdalsze mknąć ukrycia,A cicho, cicho spieszy w śladMyśl demon, klątwa mego życia.

Z wielką lubością inny ach!Używa tego, com ja rzucił!Bodaj, w rozkosznych tonąc snach,Nigdy, jak ja, się nie ocucił!

Mój los śród różnych błądzić ziemI po za siebie siać przekleństwo;A mą pociechą to, iż wiem,Że już najgorsze-m zbył męczeństwo.

«Jakto najgorsze?» Chęć swą złam!Przez litość nie chciej badać dalej!SmiejŚmiej się! do serca mego bramNie pukaj: tam się piekło pali.

Comments

Loading comments…