Korsarz (Byron, 1924)

Translated from English by Antoni Edward Odyniec

Nessun maggior dolore,Che ricordarsi del tempo feliceNella miseria.......Dante

»Na modrych głębiach jasnej morskiej wody,Jak ona z wiatrem, buja duch swobody;Jak burza nad nią, grzmi nasza potęga.Gdzie wiatr, gdzie fala, gdzie miecz nasz dosięga,

5 Tam dom nasz, państwo, łup naszej odwagi!Mórz i flot berłem jest maszt naszej flagi.»Nam w dzikiem życiu czuć wciąż, niespodzianie,W każdym dniu nowość, rozkosz w każdej zmianie!O! i któż pojmie? — nie ty, zniewieściały!

10 Cobyś mdlał, patrząc na wzburzone wały;Nie ty, pieszczochu! co wiek w zbytkach trawisz,Śpiąc nie spoczywasz, bawiąc się nie bawisz;O! i któż pojmie — prócz tych samych, którzyPląsali z falą rozigranej burzy —

15 Tę pełność życia, ten war krwi, co paliSerce żeglarza na bezdrożnej fali?

Tę żądzę bojów, tę pewność zwycięstwa,Ten szał, tę rozkosz śród niebezpieczeństwa?...Gdzie trwożni rozpacz, my tryumf znajdujem;

20 Gdzie słabi mdleją, my żyjem i czujem:Czujem, jak w piersiach krzepi się i wzmagaDuch i nadzieja, siła i odwaga!...»Nie strach nam śmierci — byłe wprzód lub razemWróg u stóp naszych skonał pod żelazem:

25 Byle wprzód z życia rozkosz wyssać w życiu!Gdy ginąć — cóż stąd, w bitwach, czy w rozbiciu?Niech bojaźliwy zakochaniec świataWoli w niemocy długie jęczeć lataI w puch przed śmiercią kryje się, nim skona, —

30 Nam łożem piasek lub trawa zielona.Gdy strach zeń duszę dzień po dniu wywleka,Nam cios, strzał jeden, — duch wolny ucieka!»Jemu niech dziedzic pyszną złoci trumnę,Radzi, że umarł, niech stawią kolumnę:

35 Po nas łzy płyną — krótko, ale szczerze,Gdy nas w swe głębie ocean zabierze.Nam ku czci nawet w biesiadniczem kolePuhar pamięci zaiskrzy na stole;Nagrobkiem dla nas zabrzmi chwała męstwa,

40 Gdy pozostali, dzieląc łup zwycięstwa,Wspomną poległych i rzekną ze łzami:Szkoda, że mężni nie dzielą go z nami!«

Taka pieśń brzmiała na wyspie korsarzy,Wkrąg przy ogniskach ponadbrzeżnej straży, —

45 I bijąc echem o chropawe głazy,Jak one twardy był ton i wyrazy.Leżąc na piasku rozrzuconą zgrają,Ci ostrzą bronie, ci piją lub grają,Próbują strzelby, handlują łupami, —Nie patrząc nawet na krew, co je plami.

Brzmią szczęki siekier ciosających łodzie;Ów, marząc, patrzy po dalekiej wodzie,Ów czyha, rychło ptak mu w sidła wleci.Mokre na słońcu rozwieszają sieci, —

55 A każdy coraz pogląda ku morzu,Czy gdzie nie dojrzeć żagla na przestworzu,Lub, wspominając ostatnią wygraną,Radzą, skąd znowu świeży łup dostaną.Skąd? wódz niech myśli! — im tylko przystało

60 Ufać, iść za nim, i uderzać śmiało.Któż jest tym wodzem? Od brzega do brzegaImię się jego jak piorun rozlega,To dość, — o resztę nie troszczy się rzesza.W bitwach on tylko z ich tłumem się miesza;

65 Zresztą sam zawsze; — krótkie jego słowa,Lecz wnet, co wyrzekł, dłoń spełnić gotowa.Nie lubi gwaru; nigdy z nimi społemNie zasiadł wesół za biesiady stołem,Śmiech ni żart nigdy ust mu nie umili:

70 Lecz mężny, — męstwu hardość wybaczyli.Próżno go kolej pełnego kielichaWabi w przechodzie: on z wzgardą odpycha;A jego uczta! — najlichsi z czeladziWzajem-by z wzgardą odepchnąć ją radzi.

75 Jadło — chleb suchy; napój — czysta woda;Zbytkiem nie częstym — owoc lub jagoda,A i tych nawet ze wstrętem dotyka,Jakby związany ślubem pokutnika.Ale im żądze zmysłów trzyma srożéj,

80 Rośnie w nim dusza i siła się mnoży.»Płyń tam!« — wnet płyną; — »rób to!« — wnet zaczęto;»Za mną, i naprzód!« — poszli, i łup wzięto.Tak skory rozkaz, skorsza jego ręka:Każdy drżąc słucha, lecz pytać się lęka.

85 Szyderczy uśmiech, wzrok i twarz surowaKarcą zuchwalca za niewczesne słowa.

»Patrz! żagiel, żagiel! — Nastawcie lunety! —»Skąd? — czyja flaga? — czy zdobycz?« — Niestety!Nie zdobycz, — jednak cieszą się weseli:

90 Z masztu czerwoną chorągiew ujrzeli.»Nasza łódź, nasza! powraca z wyprawy!Dmij w pełne żagle, dmij, wietrze łaskawy!Nim słońce zajdzie, zawinie do brzegu. —»Patrz, patrz, jak lekka! zda się pląsa w biegu.

95 Jak wzdyma skrzydła! — jak buja wspaniale!Z szumem przed sobą prze kipiące fale.Weszła w zatokę — patrz! idzie jak żywaZda się żywioły do walki wyzywa!Możeż się lękać burz, bitew lub trudu,

100 Pan takiej łodzi, wódz takiego ludu?

Skrzypią powrozy, krzyczą robotnicy,Opadły żagle, — łódź drga na kotwicy.Spuszczają czółno: w podwójnym szereguSiedli wioślarze i pędzą do brzegu.

105  Wkoło na piasku tłum zebrany czeka,Poznaje, woła i wita zdaleka.O! słodkie głosu przyjaznego dźwięki!O! słodki uścisk przyjacielskiej ręki!Gdy wita w porcie żeglarza z wyprawy,

110 Gdy na bezpieczny brzeg wiedzie go z nawy;Słodkie łzy, uśmiech, słodkie zapytania,Gdy pocałunek odpowiedzi wzbrania!...

Wieść się rozbiegła, tłum rośnie z pośpiechem,Gwar, ciżba, wrzawa, przerywana śmiechem,

115 I głosy kobiet znać w cichszej rozmowie:Imię kochanka, męża w każdem słowie.»Czy zdrów? czy żyje? czy na brzeg wysiądzie?Czy dziś, czy jutro zabawi na lądzie?Gdzie był? co robił? czy bił się walecznie? —

120 Mniejsza, co zyskał, gdy wrócił bezpiecznie!Lecz czy nie ranny? dlaczego nie z wami?Czyż on nie wiedział, że czekam ze łzami?«

»Gdzie jest wódz? — ważne przywozim nowiny.Spieszmy! czas nagli, drogie są godziny...

125 Dzięki wam, bracia, żeście braciom radzi,Lecz niech nas Żuan do wodza prowadzi.Wrócim za chwilę, — zostańcie tu bliscy,Wnet, co kto zechce, dowiecie się wszyscy«.I poszli, kędy na najwyższej górze

130 Zamek ich wodza wzbija się nad morzeŚród bujnych krzewów i kwiatów pachnących,Gdzie tysiąc zdrojów, świeżością dyszących,Srebrzy się szemrząc po złomach granitu.Poszli pod górę, — dochodzą do szczytu.

135  Któż to nad brzegiem przepaścistej skały,Wsparty na mieczu, spogląda na wały? —To on! wódz! Konrad! — sam, jak zwykle — myśli.»Idź naprzód, Żuan! powiedz, żeśmy przyszli.

Okręt nasz widzi; — powiedz, że go prosim

140 O posłuchanie, ważną wieść przynosim.Idź! my nie śmiemy; wiesz, jak się wnet zżyma,Gdy mu kto nagle stanie przed oczyma«.

Przystąpił Żuan, — Konrad spojrzał srogo,Wysłuchał, skinął, że się zbliżyć mogą.

145 Przyszli, — ukłonem witają zdaleka.Powitał wzajem, na słowa ich czeka.»Wodzu! przynosim list od Greka szpiega,Co nas o łupach i wrogach ostrzega.Ważność tych wieści sam wódz niech oceni.

150 My też...« — »Już dosyć!« — Zmilkli zawstydzeni.Wziął list, — ciekawi poglądają z boku,Wrażenia wieści dojrzeć w jego oku.Zgadł myśl, — czytając, twarz zwrócił na stronę,Może, by ukryć uczucia wzburzone.

155 Skończył — na świstku coś pisze. — »Żuanie!Gdzie jest Gonzalwo?« — »W łodzi«. — »Niech zostanie!Nieś mu ten rozkaz! — Wy nie stójcie dłużéj;Każdy na miejsce, gotów do podróży!Na waszej nawie sam z wami dziś płynę«.

160 — »Dziś, wodzu? w nocy?« — »Dziś w dzień, za godzinę.Wiatr będziem mieli. — Minuty nie zwlekać!Wziąć mój płaszcz, pancerz, — u portu mię czekać!Ty weź mą trąbkę i strzelbę opatrzyj!Zamek źle spuszcza, — oczyść go i natrzyj!

165 Wezwać płatnerza! niech mój miecz bojowyNatoczy ostro i da mu hart nowy.

Rękojeść zwłaszcza niech szerzej rozkuje:Ta broń mię gorzej niż bitwa morduje.Spieszcie! — Na hasło, że czas już odpłynąć,

170 Dać ognia z działa i żagle rozwinąć!«

Kazał, — posłuszni odeszli w pokorze.Nie w smak im znowu puszczać się na morze,Gotowi jednak: — Konrad sam prowadzi.Dokąd? — któż pyta, gdy on co uradzi?

175 Dziwny ten człowiek dumy i milczenia,Którego nigdy śmiechu ni westchnieniaNikt z nich nie słyszał; którego zdalekaSam widok twarz ich bladością powleka:Rządzi ich duszą, z tą sztuką władania,

180 Co zmusza, mami, lecz sądzić zabrania.Cóż jest ten urok, że mu nikt z korsarzy,Choć szemrze, zajrzy, oprzeć się nie waży?Co w nich dlań wzbudza tę cześć, posłuszeństwo? —Potęga myśli, duszy czarnoksięstwo!

185 One go wzniosły, gdy i los mu sprzyja.Tem on ich wolę pod rząd swój podbija.Walczy ich ręką, sam jak mistrz sprężyny:Gmin dziełem jego własne mniema czyny.Jest, było, będzie — to bieg świata tego:

190 Wielu pracować musi dla jednego.Lecz niech nieszczęśnik, co w trudach umiera,Nie zajrzy temu, co owoc z nich zbiera!Niechby znał ciężar, co wielkość nań zwala, —O! jakże lżejsza niższych cierpień szala!

195  Nie na wzór świata dawnego mocarzy,Szatanów w czynach, lecz bogów na twarzy, —Konrad nic w sobie nie ma nad człowieka.Blask czarnych oczu ćmi smutna powieka,Twarz ogorzała, skroń wzniosła i blada,

200 Włos kruczy bujno pierścieniami spada;Krzepki w ramionach, lecz kształt nie olbrzymi,Ani się wzrostem wyniósł nad innymi.We wszystkiem jednak biegły wzrok badaczaZnajdzie coś, co go od gminu odznacza.

205 Patrząc nań, wszyscy dziwią się i śledzą;Że tak jest, czują, — lecz czemu? nie wiedzą.Nieraz z brwi groźnych, z drżenia ust lub z czoła,Znać dumę, której poskromić nie zdoła.Głos jego wdzięczny, serce jednak ziębi:

210 Więcej, niż mówi, znać, że tai w głębi.Szybka gra rysów, nagle się mieniących,Wabi ciekawość, lecz miesza patrzących,Jakby w tym duszy posępnym pomrokuKryły się czucia zbyt straszne dla wzroku. —

215 Tak o nim sądzą — prawdy nieświadomi.Wzrok jego śmiałość dostrzegacza gromi,A i któż wzajem oka mu dotrzyma,Gdy nań raz w pełni zaiskrzy oczyma?Umie on sztukę — gdy ciekawość skryta

220 Mniema, że z twarzy myśl jego wyczyta, —Umie on sztukę, że wnet zamiar zgadnie,I sam w ciekawca duszy brodzi na dnie,Aż zadrżeć musi, by go wzrok KonradaNie przejrzał całkiem, niż on coś w nim zbada.

225 W szyderczym jego, chociaż głośnym, śmiechu,Jakby sam szatan śmiał się w jego echu,

Jest coś, co w sercu słyszących go ludziI gniew, i trwogę, i nienawiść budzi.Wzrok jego gniewny zabija Nadzieję,

230 Przed groźbą jego Miłosierdzie mdleje.

Wstręt ma iść na jaw złej myśli katusza!Wewnątrz to, wewnątrz — tam pracuje dusza!Miłość jest szczera, śmieje się, czy wzdycha, —Ale nienawiść, lecz zbrodnia, lecz pycha,

235 Drgnieniem ust chyba, uśmiechem goryczy,Zdradzą ci przepaść głębi tajemniczéj.Z gry chyba rysów, z mieniącej się twarzy,Poznasz namiętność, gdy się w piersiach żarzy,

Lecz kto chcesz dojrzeć jej pełnię lub zmiany,

240 Wtenczas patrz chyba, gdyś sam niewidziany! —Patrz! gdy wódz w nocy, z rozognionem czołem,Załamał ręce, szybkiem chodzi kołem,I nagle stanie, i zadrży — czy w ciszySiedzącej zdrady kroków nie dosłyszy? —

245 Patrz, jak się dziko groźna brew nachmurza,Gdy każdym nerwem wnętrzna miota burza.Patrz w jego wzroku na szaleństwo ducha!Iskrzy, mgli, krzepnie, i znów ogniem bucha.Patrz — jeśli zniesiesz widok tej katuszy, —

250 Jaki los jego! jaki pokój duszy!Jak, cel zawiści gminu, śród ukryciaPożywa owoc występnego życia!Patrz! tam go poznasz; — lecz któż tak z badaczyPrzejrzy człowieka? — któż ducha obaczy?

255  Lecz nie natura stworzyła w KonradzieSrogiego wodza zbójeckiej gromadzie.

Zmienił on duszę, wprzód nim czyny swemiWyparł się nieba, wojnę wydał ziemi.Z młodu pan siebie, więzów świata jeniec,

260 Mędrzec w swych słowach, lecz w czynach szaleniec,By drżeć, zbyt mocny, by ulec, — zbyt hardy;Za chęć być dobrym — cel szyderstw lub wzgardy:Zamiast nawzajem wzgardzić zgrają podłą,On przeklął cnotę, jak swych cierpień źródło.

265 Z urągowiskiem wbrew stając obłudzie,Choć znał, zapomniał, że są lepsi ludzie,Dla których lepiej darów swych używszy,Znalazłby szczęście i stał się cnotliwszy.Lżony, gardzony, bez zgryzot nawzajem

270 Serce swe z ludzkim rozbratał rodzajem,I obrał sobie za swój cel na ziemi —Za winy kilku mścić się nad wszystkiemi.Czuł się występnym — lecz, dumny, rozumiał,Ze nikt nie lepszy, choć nim zdać się umiał;

275 I gardził dobrym, jak tym, co w obawieCzyni to skrycie, co mężny na jawie.Nienawidzony, wiedział, że u ludziNienawiść jego strach i grozę budzi:Przestawał na tem; — zimny, dziki, hardy,

280 Nie dbał o miłość, gdy nie bał się wzgardy.Stronić, drżeć przed nim, potępiać go, skarżyć,Kląć, może każdy, — lecz nikt lekceważyć!Depcą robaka, — lecz któż bez bojaźni,Kto nie pomyśli, nim węża rozdrażni?

285 Robak się zwinie, i nie mszcząc się, kryje,Wąż zginie, ale i wroga zabije,Sam się nań rzuci, łamie się, pasuje, —Choć nie pokona, krew jadem zatruje.

Nikt nie zły całkiem: — i w duszy Konrada

290 Jedno tajemnie słodsze czucie włada.Szydzi on z drugich, że ich wikła w sieciNamiętność godna szaleńców lub dzieci;Sam, próżno rozum przeciw niej wytęża, —W nim nawet miłość wolę przezwycięża.

295  Tak! jest to miłość — wzajemna, płomienna,Jedyna dotąd i niczem nie zmienna!Tłum się mu branek na oczy nawija:On ich ni stroni, ni szuka — lecz mija.Niejednę piękność w mocy swojej trzyma,

300 Żadnej słodszemi nie uczcił oczyma.Tak, jest to miłość! — jeżeli myśl tkliwa,Stateczna w próbach, w każdej chwili żywa,Której samotność, świat, szyderstwo ludziAni, co większa, sam czas nie ostudzi, —

305 Której ni zmienne fortuny igrzyskoNie zaćmi smutkiem — póki Ona blisko;Która w boleści, w gniewie, ni w niedoli,Cierpkiego na Nią słowa nie dozwoliI bez pociechy woli znieść katusze,

310 Niż ich podziałem zasmucić Jej duszę, —Jeśli myśl taka, niezmienna, niepłocha,Jest tem, co zowią kochaniem: — on kocha!Występca, zbrodzień, z każdej cnoty zboczył,Przeciw tej jednej w niczem nie wykroczył;

315 Ona, gdy wszystkie zgasły po kolei,Świeci mu jeszcze, jak gwiazda nadziei.

Zaczekał nieco — brew marszczy ponuro,Aż, śpiesząc z braćmi, Żuan znikł za górą.»Straszna wieści — tylem niebezpieczeństw przebył,

320 Cóż jest, żem nigdy jak dziś smutny nie był?Źle wróży serce, ale się nie boi,Ni mnie tak ujrzą towarzysze moi. —»Idziem śmierć spotkać: — lecz gdybym tu zwlekał,Pewniejbym śmierci i hańby doczekał, —

325 Dziś, gdy plan pójdzie, los wzmoże w potrzebie,Przybędzie płaczu na naszym pogrzebie! —»O! niech spokojnie, niech śpią rozmarzeni,Przyśpieszę dla nich świt takich promieni —Wiej tylko, wietrze! — tak jasnych i ciepłych,

330 Że aż krew zawre w ich sercach zakrzepłych!»Czas do Medory! — Milcz, milcz, serce moje!Nie mogąc siebie, czyż ją uspokoję?Jednak jam śmiały! — Lecz tu wszyscy śmieli,Gad, gdy się broni, równą śmiałość dzieli.

335 Zwierząt, nie ludzi, godna jest odwaga,Gdy ją strach śmierci lub chęć łupu wzmaga.Gardzę jej chwałą! — Cel godny mej dumyBył: uczyć garstkę, jak zwyciężać tłumy.Wódz ich, nie dałem krwi ich marnie płynąć.

340  »Lecz dziś! — dziś trzeba zwyciężyć lub zginąć. —Ha! to los wojny! — i nie to mnie smuci,Lecz wieść tam wszystkich, skąd żaden nie wróci,Albo tu, drzemiąc, dać się ująć w pęta?...»Czyż pamięć wodza nie będzie przeklęta,

345 Co przywiódł na to, że, aby się zbawić,Na jednę kartę trzeba wszystko stawić?...Losie mój, losie! czuję dłoń twą groźną;Zbaw, jeśli możesz, — jeszcze nie zapóźno!«

Tak dumał w sobie, aż idąc ponury

350 Doszedł do wieży na wierzchołku góry.Wstrzymał się u drzwi: — głos się ozwał w ciszy,Głos, co, choć często, zawsze on rad słyszy, —I taką piosnkę posępnej czułościNucił z za kraty jego »Ptak piękności«.

355  »Żyje w mej duszy myśl-tajemnica,Drży mi na ustach, gore w spojrzeniu,Gdy, obok ciebie, patrzę w twe lica,I znów się w dawnem kryje milczeniu.

Jak lampa w grobie, skryta przed okiem,

360  Myśl ta w mem sercu błyska i tleje,Smutek jej blasku nie ćmi swym mrokiem,Choć sam jej blaskiem nie rozjaśnieje.

Przyjdź, gdy ja umrę, do mej mogiły,Pomódl się za mnie, łzę wylej po mnie!

365  Tej tylko myśli znieść nie mam siły,Że ty, mój luby, zapomnisz o mnie!

Nie wstyd jest płakać zeszłych ze świata.Raz pierwszy proszę — łzy i wspomnienia.Będzie to pierwsza, jedna zapłata

370  Mojej miłości, mego cierpienia!«

Porwał się Konrad, pchnął drzwi i z pośpiechemWszedł, — struny arfy brzmiały jeszcze echem.»Smutna, Medoro, jest twoja ballada!«— »Chciałżbyś wesołej, gdy niema Konrada? —

375 Gdy ciebie niema, a żal miota duszą,Tęskne się myśli w pieśniach zdradzić muszą.Każdy ton — serca uczucia wydaje;Lecz choć pieśń milczy, boleść nie ustaje.»Ach! ileż nocy na bezsennem łożu

380 Marzę, jak we śnie, o skałach, o morzu!Zmierzcha — ja myślę, że niebo się chmurzy;Wiatr ledwo szemrze, — mnie słychać szum burzy.Cóż, gdy posępnem odezwie się wyciem?Zda się, że jęczy nad twojem rozbiciem! —

385 Zrywam się, patrzę, czy stróże niekarniNie dali zgasnąć portowej latarni,I o pogodę gwiazd pytam oczyma.»Nastał poranek — ciebie jeszcze niéma!...Jak wtedy zimno na nie serce wiało,

390 Jak przez łzy słońce mgliste się zdawało! —Patrzę i patrzę dzień cały — daremnie.Konrad gdzieś jeszcze daleko odemnie!Wreszcie — postrzegam maszt, okręt... tu płynął!Witam go, czekam; — zbliżył się — i minął.

395 Znów drugi! — twój był. Powróciłeś z boju...»O! mój Konradzie! mam-że w niepokoju

Zawsze tak czekać? — nigdy serca twegoNie ujmie powab szczęścia spokojnego? —Masz dosyć skarbów — ach! więcej niż trzeba;

400 Znajdziem kraj milszy, pogodniejsze nieba,Pójdźmy! — O siebie, wiesz, że się nie boję,Lecz twoje szczęście — lecz ach! życie twoje!...Dziwne twe serce! gdy dla mnie tak tkliwe,Tak razem srogie dla drugich, tak mściwe«...

405  — »Tak, moja luba! dziwne jest to serce.Zwiedli je zdrajcy, zelżyli oszczerce;Jak płaz zdeptane, lecz mści się jak żmija:Ludzie w nie wieli jad, co ich zabija! —»Bez żadnej znikąd pociechy, prócz ciebie,

410 Bez celu w życiu, bez nadziei w niebie,W duszy się mojej tak wiąże i splataMiłość dla ciebie z nienawiścią świata,Że gdy się jedna, wnet druga ostudzi:Przestałbym ciebie, gdybym kochał ludzi!

415  »O to się nie bój! — przeszłość moja całaRęczy, że przyszłość nie będzie się chwiała.Lecz uzbrój serce! — raz jeszcze, Medoro!Dziś — muszę jechać, ale wrócę skoro«.

— »Jechać! dziś jeszcze? — ach! jam to przeczuła!

420 Tak znikły wszystkie sny, com sobie snuła,Sny moje złote!... — Lecz dziś? — być nie może!Łódź ledwo przyszła, ma-ż znów iść na morze?Nie czekać drugiej?... Znużeni jej ludzieMuszą choć chwilę odpocząć po trudzie!...

425 Nie! ty, mój luby, chcesz przez to udaniePoznać, nauczyć, jak nam znieść rozstanie.Igrasz z mem sercem! — ono ci wybaczy,Lecz z takich żartów blisko do rozpaczy!

— »Milcz, milcz, Konradzie! — nie jedziesz dziś, — wierzę.

430 Pójdź dzielić ze mną twą skromną wieczerzę!Nikt prócz mnie nie śmiał tknąć jej, ni zastawić.Lekki trud wprawdzie ucztę ci przyprawić!Owoc ten rwałam z najwyższego drzewa:Im bliższy słońca, tem prędzej dojrzewa.

435 Trzy razy górę obiegłam, nim w cieniuNajświeższą wodę znalazłam w strumieniu.Pójdź! niech cię sorbet orzeźwi po skwarze:Patrz, jak się iskrzy w kryształowej czarze!Wina ty nigdy skosztować nie raczysz,

440 Drżysz jak muzułman, gdy puhar obaczysz.Nie sądź, że ganię — o! nie! — to mnie cieszy,Że i w tem nawet różnisz się od rzeszy.

»Lecz pójdź! stół gotów; ja okna zasłonię.Srebrna ta lampa, patrz, jak jasno płonie!

445 Wezwę mych dziewic — niech zaczną wokołoLub raźny taniec, lub piosnkę wesołą! —Lubisz mą arfę... czy chcesz? — wnet nastroję.Lub, jeśli wolisz, będziemy obojeCzytać z Arjosta Olimpiji żale,

450 Gdy zdrajca śpiącą zostawił na skale.Po tobie jednak mnie byłoby smutniej!Gdybyś dziś jechał, zrobiłbyś okrutniej,Okrutniej nawet niż Tezeusz zdradny!

»Wiem, ty się śmiejesz, gdy ci Aryjadny

455 Wyspę niekiedy wskazuję z wysoka, —A mnie myśl smutna łzy pędzi do oka:Gdyby mnie kiedy Konrad tak porzucił?...Aleś ty lepszy I tyś do mnie powrócił!« —

— »Wróciłem, luba, i powrócę znowu,

460 Zawierz miłości i Konrada słowu.Wrócę, i rychło; — lecz teraz już chyżaChwila rozstania na skrzydłach się zbliża.Gdzie? po co jadę? — szkoda chwil na słowa,Gdy je ma skończyć najgorsze: bądź zdrowa!

465 Odkryłbym jednak... lecz już czas zbyt drogi...Nie bój się! wcale nie straszne są wrogi.Tu ci zostaje straż silna, podwójna,Będziesz bezpieczna — o mnie bądź spokojna!Nie baw samotna, gdym ja oddalony.

470 Jadących ze mną poruczam ci żony.W tem miej pociechę, że po tem zwycięstwieNagrodę trudów znajdziem w bezpieczeństwie.»Słyszysz! dźwięk trąbki? — ha! łódź już gotowa —Jeden wzrok, uścisk! — raz jeszcze! — bądź zdrowa!«

475  Łkając, na szyi zawisła rękami,Drżące w nim serce czuje pod ustami.

On nie śmiał podnieść, nie śmiał znieść widokuBladości w twarzy i rozpaczy w oku.W całej dzikości bezładnego wdzięku

480 Włos jej po jego rozesłał się ręku;Stłumiony oddech i mdłe serca bicieŚwiadczą w niej tylko cierpienie i życie...Zagrzmiał huk działa — odjazdu godzina!Słońce zachodzi — on słońce przeklina.

485 Strzał drugi, trzeci; — ścisnął z uniesieniemNiemą od żalu, proszącą milczeniem,I drżącym krokiem zaniósł ją na łoże.Spojrzał z rozpaczą... raz ostatni może!Dreszcz przebiegł serce; uczuł, że dla niego

490 Prócz niej na świecie nic niema miłego.Dotknął ust: zimne; — spotkał wzrok wpół-zgasły.Zwrócił się nagle, — drzwi z łoskotem trzasły.

»Co? już go niema?« — straszliwe pytanie,Gdy kto tak nagle samotnym zostanie!

495 Myśl nie śmie wierzyć, że oczy nie mylą...Przed chwilą jeszcze tu stał — był przed chwilą...Gdzież jest? — Wybiegła obłąkanym krokiem,Aż łzy jej wreszcie lunęły potokiem,Bujne, gorące; myślą za nim woła:

500 »Bądź zdrów!« — wymówić nie śmie i nie zdoła.Ach! bo w tem słowie — choć się chcą uśmiéchaćWiara, Nadzieja — Rozpacz tylko słychać.W bladych jej rysach, jak w twarzy z kamienia,Tchnie dziki wyraz wiecznego cierpienia;

505 Oczy jej modre, szkliste, bez promieni,Jak gwiazdy we mgle błądzą po przestrzeni.I — ach! dostrzegły: to on! — już daleki!...Wtedy raz jeszcze z pod łzawej powiekiBłysły, jak słońce z za deszczowej chmury.

510 Próżno! nie spojrzał, znikł w zaroślach góry.»Poszedł!« — Jak posąg blada, nieruchoma,Łkające piersi przyciska rękoma.Spojrzała jeszcze — port przed jej oczyma:Bielą się żagle i morze się wzdyma.

515 Nie patrzy więcej, — w drzwiach błysła jej postać...»Prawda więc! — jedzie! — samej kazał zostać!«

Szybko, wprost z góry, na głaz skacząc z głazu,Biegł Konrad, — nazad nie spojrzał ni razu.Lecz drżał, ilekroć ścieżka przed nim boczy,

520 By na zakręcie nie wpadła mu w oczySamotna jego, lecz miła mu wieża.Zawsze go pierwsza witała z nadbrzeża,Jak on ją z morza! — i ona w niej, ona!Burzliwej duszy gwiazda niezamglona! —

525 Jeden wzrok jeszcze, — a moc w nim rozbroi.Nie śmie go ujrzeć; pomyśleć się boi,Że mógłby zostać; — chciałby... któż mu broni? —Zostać? — by zginąć od katowskiej dłoni?Nie, nie! — Raz jednak chciał stanąć, chciał wrócić,

530 Na los zdać wszystko, zamiar na wiatr rzucić...Nie! — myśl niegodna! — nie! — prawego mężaPłacz niewiast miękczy, ale nie zwycięża.

Ujrzał swą nawę — zważa wiatr przychylny,Zwrócił myśl ku nim i znów w sobie silny,

535 Znów chyżej naprzód; i gdy z brzegu słyszyWesołą wrzawę mężnych towarzyszy,

I łoskot fali, co pod wiatrem rosła,I hasła majtków, i szybki szum wiosła:Gdy widzi okręt — maszt niebu urąga,

540 Rozskrzydlił żagle, kotwicę wyciąga, —Gdy widzi czółna, w których ludzie zbrojniPłyną na okręt — jak wszyscy spokojni,Choć jak śnieg biało i gęściej od śnieguChustki żon ku nim powiewają z brzegu, —

545 Gdy widzi zwłaszcza, jak z masztu zwieszonaIgra z wiatrami chorągiew czerwona: —Sam się zadziwił, że był słabym tyle,W wielkim zamiarze zachwiać się na chwilę.Żar w jego oczach, dzikość w jego duszy;

550 Uczuł sam siebie, — nic go już nie wzruszy.Pośpiesza, bieży, — aż zbiegł, gdzie równina,Co skałę kończy a brzeg rozpoczyna.Tam zwolnił kroku; świeżość bliskiej głębiKrzepi znużenie, ogień lica ziębi;

555 Lecz stanął raczej, by zimną odwagęWrócić swej twarzy, swym krokom powagę,Wprzód nim go ujrzą. — Konrad sztukę umie,Jak, tając dumę, tłum shołdować dumie.Wyniosłość lica i zimną postawę,

560 Co, stroniąc niby, obudzą obawę;I wzrok i uśmiech, co choć serc nie zraża,Hamuje płochość i śmiałość przeraża, —Wszystko ma w mocy, by zgraję zaślepić,Rozbroić opór i władzę ukrzepić.

565  Lecz gdy chce ująć, — z ufnością przyjaźniKażdy wnet pierwszej zapomni bojaźni,

Niewolnik, z duszą na rozkaz gotową.Nad dary drugich, droższe jego słowo,Gdy jakby z serca głębi tajemniczéj

570 Zagra do serca głos tęsknej słodyczy.Lecz rzadko słodycz w parze z jego duszą:Nie dba, czy zechcą, gdy, co każe, muszą.Czy podłość drugich, czy dumy szaleństwo:On depce miłość, by mieć posłuszeństwo.

575  Wkoło broń straży brzękła czcią wodzowi.Zbliżył się Żuan: »Czy wszyscy gotowi?« —— »Już są w okręcie; ostatnie przy lądzieCzółno to czeka, póki wódz nie wsiądzie«. —»Miecz mój, płaszcz, trąbkę!« — Miecz przyjął z niechcenia,

580 Trąbkę ma w dłoni, płaszcz zwiesił z ramienia.»Zawołać Pedra!« — Przyszedł, — Konrad wita;Pierwszemu z wodzów grzeczność należyta.»Weźmij ten papier! — zawiera rozkazyWażne, — bacz pilnie na wszystkie wyrazy.

585 Anzelmo także, jak skoro przybędzie,Ma je wykonać. — Straż podwoić wszędzie!Za trzy dni, jeśli... jeśli wiatr posłuży —Powrócę. Bądź zdrów!« — i nie zwłócząc dłużéj,Podał dłoń, ścisnął, — skinął na wioślarzy,

590 I skoczył w czółno z wyniosłością w twarzy.Ruszyły wiosła; jak gwiazd droga mlécznaIskrzy za niemi jasność fosforyczna.Dopłynął nawy, stoi na pokładzie,Gwiznięto z góry, — ruch w całej gromadzie.

595 On zważa okręt, jak lekki na fali,Jak słucha steru, — uważa i chwali.»Gdzie jest Gonzalwo?« — Zbliżył się młodzieniec;W skłonionej twarzy radości rumieniec.Uprzejme słowo wódz już w ustach trzyma...

600 Czegóż się wezdrgnął? — czy się gniewem zżyma?Ach nie! — on ujrzał swą wieżę na skale,Wspomniał rozstanie, zgadł Medory żale,Jeśli na okręt spogląda w tę chwilę, —Nigdy on, nigdy nie kochał jej tyle!...

605 Lecz nim noc minie, wiele zrobić trzeba.Odwrócił oczy, spojrzał w błękit nieba,I wnet z Gonzalwem zszedłszy na spód nawy,Odkrywa cele i środki wyprawy.Przed nimi mapa i lampa na stole,

610 I kompas; w ręku cyrkiel i półkole.Północ... czuwają; twarz obudwu groźna.Bezsennym oczom któraż chwila późna? —Tymczasem w żagle dął wiatr pożądany,Okręt jak sokół leci przez bałwany;

615 Sto wysp minęli sterczących granitem:Cieszą się, — celu dopłyną przed świtem.Już przez szkła nocne liczą bez obawyW ciasnej zatoce natłoczone nawyBaszy Seida; widzą, jak niedbali

620 Stróże przy ogniach gasnących czuwali!...Okręt ich kołem obiegł czaty przednie,Wszedł, gdzie bezpieczny skryłby się choć we dnie.Przy pustym brzegu, za skałą wysoką,Straży ni szpiega nie dojrzy go oko.

625 Konrad na pokład zgromadził swych ludzi, —Do powinności, lecz nie ze snu, budzi.Wsparł się na poręcz, rozkazy objawia,Rozmawia zimno, choć o krwi rozmawia.

Conosceste i dubiosi desiri?Dante

W zatoce Koron las masztów się jeży,

630 Na zamku Koron lampy błyszczą z wieży;Tam Seid basza częstuje żołnierzy.Święci swój tryumf — jutro spodziewany,Gdy zbójców zgromi i pojmą w kajdany.Tak na Allaha przysiągł swemu Panu.

635  Wierny przysiędze i słowom firmanu,Zwołał swe nawy; coraz w liczbę rosną,Tłum, coraz większy, tryumfuje głośno.O łup, o branki, przed wzięciem się kłócą.Jeszcze nie wyszli, — już pewni, że wrócą.

640 O świcie dosyć niech pod żagle wsiędą,Przed zmrokiem zbójców port i łup zdobędą!Tymczasem straże mogą spać bezpiecznie.Nie dość jest bić się, — niech marzą walecznie!Lub gdy sen komu nie cięży w powiekach,

645 Może ramienia próbować na Grekach!...O! godne czyny barbarzyńskiej dłoni!

Katować więźnia, gdy się sam nie broni;Napaść dom Greka, sprzęt skruszyć pod nogą,Bić — byle tylko nie zabić nikogo!..

650 Dziś są łaskawi, — nie chcą, czy nie mogą;Gdzieniegdzie tylko słychać jęk i razy.Lecz to żart! — Basza zakazał obrazy.Wzdłuż brzegu wszędzie śmiech, muzyka, wrzawy;Kto kochasz głowę, śmiej się, dziel zabawy!

655 Bo dziś muzułman wesół — choć bez wina,Wytężył dowcip, — łaje i przeklina.

W biesiadnej sali, w lśniącym złotogłowiu,W białym zawoju, wsparty na wezgłowiu,Seid śród gości spogląda wesoły.

660 Skończona uczta, odstawione stoły.Twarz jego płonie, ogień iskrzy z oka:Pije on, mówią, napój nie Proroka.Nie śmieją drudzy: prawowierni, trzeźwi;War wonnej mokki myśl w nich tylko rzeźwi.

665 Z długich cybuchów dym bucha wokoło,Gdy almy w środku tańcują wesoło.Jutro na bitwę! — lecz dziś, w nocnej porze,Nie dość bezpiecznie puszczać się na morze!Na wzdętych falach sny nie tak powabne,

670 Jak gdy ich łoże kołysze jedwabne!Więc się dziś bawią; — jak błyśnie świtanie,Pójdą, bo muszą; — nadzieja w Koranie!Choć widok floty i gwar tłumnej rzeszyZiemską nadzieją niemniej dumę cieszy.

675  Ze czcią bojaźni od wnętrznych podwoiIdzie niewolnik, co w nich stróżem stoi.Schylił się, czołem uderzył podłogę,Nim w drżących ustach głos rozwiązał trwogę.»Derwisz podróżny, zbieg z więzów korsarzy,

680 Przybył i czeka, czy się wejść odważy?« —W skinieniu baszy zgadł znak jego woli.Odszedł... Wszedł derwisz, — zbliża się powoli,Skromnie na piersiach krzyżuje ramiona,Krok jego słaby, źrenica spuszczona.

685 Trudów, nie wieku, starość znać z postawy,Twarz jego blada z postów, nie z obawy.Poświęcon Bogu, włos spada szeroko,Okryty czapką okrągłą, wysoką.Długa, powiewna, rozpuszczona szata

690 Obwija piersi — oziębłe dla świata.Pokorny, jednak pan siebie, bez strachuSpotyka oczy iskrzące wzdłuż gmachu.Nikt nie śmie pytać, lecz wszyscy ciekawi,Co wnet spytany przed baszą objawi.

695  »Skądeś, derwiszu?« — »Przez zbójców pojmany,Uszedłem z więzów«. — »Gdzie? kiedy zabrany?«

— »Do wyspy Scio z portu SkalanowyPłynął nasz okręt, wiózł towar handlowy,Nie szczęścił Allah — wola jego święta! —

700 Napadli zbójcy, nawa nasza wzięta,Towar złupiony... myśmy poszli w pęta.Nie miałem bogactw, śmierci się nie bałem,Lecz tracąc wolność, straciłem, co miałem.Długo mię gniotła przemoc świętokradzka;

705 Aż dziś noc ciemna i łódka rybackaTu mię zbawiły; — tu, w opiece twojéj,Potężny baszo! któż się zbójców boi?«— »Jakże ci zbójcy? jak zbrojni? czy śmieli?Myślisz, że opór stawićby mi chcieli?

710 Czy wiedzą o mnie, że z jutrzejszą gwiazdąMam zniszczyć ogniem skorpijonów gniazdo?«— »Baszo! wzrok we łzach niewiele dostrzega,Trudna więźniowi przenikliwość szpiega.Słuchałem tylko morskich fal łoskotu,

715 Ptactwu morskiemu zazdroszcząc przelotu;Widziałem tylko, ach! przez kraty ciasne,Niebo — zbyt czyste, słońce — zbyt mi jasne;I żeby innem czem zająć mą duszę,Czułem, że wolność wprzód odzyskać muszę.

720 Lecz z mej ucieczki znać, że się nie strzegą,Że się nie muszą obawiać niczego.Sposobność ujścia próżnoby mi znikła,Jeśliby brzegów strzegła czujność zwykła.Niebaczność straży, jak mojej podróży,

725 Równie zbliżeniu twej floty posłuży.

»Lecz baszo! głosu i sił mi już braknie,Trud odpoczynku, głód posiłku łaknie.Pozwól, bym odszedł. — Pokój, pokój z wami!Odchodzę za was modlić się ze łzami«.

730 — »Stój, stój, derwiszu! mam cię jeszcze badać.Stój! — słyszysz? każę! — musisz odpowiadać!Usiądź! wieczerzę przyniosą ci słudzy,Nie będziesz pościł, gdzie ucztują drudzy.Powiesz mi potem, jak naoczny świadek,

735 Krótko i jasno; nie lubię zagadek«.Nie wiedzieć czemu, derwisz drgnął i srogoZ pod brwi zmarszczonych spojrzał, jakby z trwogą.Łaska w nim baszy nie budzi wdzięczności,Ni go snadź wzrusza cześć obecnych gości,

740 Bo przygryzł wargę, i bladość niezwykłaJak błysk po licu przebiegła i znikła.Usiadł w milczeniu, i wrychle na nowoPrzybrał wzrok zimny i postać surową.

Przynieśli ucztę — wykwintne potrawy.

745 Jakby w nich jadu lękał się zaprawy,Zadrżał na widok, ze wzgardą odpycha...Dziwna w zgłodniałym wstrzemięźliwość mnicha!— »Co ci, derwiszu? — jedz! — ust ci nie splamiPsie jadło giaurów; tuś nie ze zbójcami.

750 Co? sól odpychasz? — zgody zakład święty,Co podzielona koi gniew zawzięty,Sprzysięgłe na się łączy pokoleniaI serc nieprzyjaźń w braterstwo przemienia?...«

— »Sól jest przysmakiem; pożywieniem mojem

755 Są polne zioła, woda mym napojemPrawa zakonu i ślub mój przed BogiemBronią mi łamać chleb z bratem, czy z wrogiem.To cię zadziwia — i może obruszy,Lecz względy ziemskie nie zbawią mej duszy.

760 Ty, ni sam sułtan nie zmusi mię niczem,Bym dotknął uczty przed ludzi obliczem,Bo gdy raz zgrzeszę, gniew mi MohammedaDo świętej Mekki pielgrzymować nie da«.— »Dobrze, derwiszu, gdyś tak bogobojny;

765 Powiedz mi tylko — odejdziesz spokojny —Ilu ich? — Cóż to? ha! to nie jest zorze!Co za meteor? co za blask na dworze!Patrzcie! nad portem jakby ognia morze! —Pożar! Do broni! śpieszcie! Pożar! zdrada!

770 Flota się pali! a jam tu! — o! biada!Przeklęty derwisz! — przyszedł w sidła zwabić,Giaur, szpieg przebrany! — Pojmać go i zabić!«

Porwał się derwisz na wybuch płomieni;Nagłą w nim zmianą zbledli przerażeni.

775 Porwał się derwisz — nie już w mniszym stroju,Lecz jak wojownik gotowy do boju.Rozdarł swą szatę, czapkę zerwał z skroni:Pancerz na piersiach, szabla błyszczy w dłoni!Hełm niski, lśniący, nad nim czarne pióro;

780 Twarz się sczerniła, oczy ogniem gorą.Jak na zjawisko piekielnego duchaPierzchły z serc Turków męstwo i otucha.Tłoczą się, biegną, śród zgiełku, śród gwaru...Tu blask pochodni, tu łuna pożaru!

785 Krzyk, hałas, groźby, przekleństwa i jęki,Huk trąb i bębnów, i oręża szczęki

Grzmią po powietrzu — jakby z mocą wściekłąCałe na ziemię wyparło się piekło.Zlękłe, zdumione, obłąkane straże,

790 Patrząc na morze, na niebo w pożarze,Nie widzą pana — nie słyszą, co każe.Próżno wre baszy wściekłość rozdąsana:»Pojmajcie szpiega! pojmajcie szatana!« —On ujrzał popłoch, — cofnął krok rozpaczny,

795 Którym się na śmierć miotał nieobaczny,Gdy pośpiech braci, wcześniej niż zalecił,Niż wydał hasło, pożarem zaświecił.On ujrzał popłoch — trąbkę do ust złożył:Dźwięk krótki, ostry, trzykroć się powtórzył.

800 Odpowiedziano. — »Wy tu, bracia mili!Mógłżem posądzać, w niebezpiecznej chwili,Że mię umyślnie samym zostawili?...« —Rzekł, miecz i ramię puścił w krąg szeroki,Jakby chciał pierwszej powetować zwłoki.

805 Przestrach we wrogach męstwo w nim podwaja. —Pierzchła przed jednym rozpłoszona zgraja.Toczą się głowy po krwawej podłodze,Nikt nie śmie dostać: żołnierze i wodze,Nieufni w dłoni, zaufali w nodze.

810 Seid, ostatni w pierzchających tłumie,Grozi, klnie, błaga, — wstrzymać ich nie umie.Mężny — sam jednak spotkania unika:Strach uolbrzymił siłę przeciwnika.

Spojrzał z rozpaczą, gdzie flota się pali,

815 I rwąc swą brodę, wściekły wybiegł z sali.Nie czas już czekać; przełamano wartę,Bramy pałacu runęły wyparte.Wpadają zbójcy. — Próżno trwoga blada,Próżno pokora na kolana pada,

820 U nóg zwycięzców próżno składa miecze:Przeszli — krew wrząca strumieniami ciecze.Pędzą, gdzie znowu brzmi trąbka Konrada,I jęk ginących tryumf zapowiada.Wpadli, — okrzykiem witają weseli:

825 Śród stosu trupów zwycięzcę ujrzeli!Miecz trzyma w górze, ogniem iskrzą oczy,Jak syty tygrys w krwi rozlanej broczy.Krótka rozmowa: »Flota już w perzynie!« —— »Dobrze! Lecz Seid musi zginąć«. — »Zginie!« —

830 »Za mną, i naprzód! z ogniem i żelazem!Płonie port, — czemuż i miasto nie razem?«

Skorzy na rozkaz — każdy żagiew chwyta,Miasto i zamek jedną łuną świta.Z dziką rozkoszą Konrad się uśmiecha, —

835 Wzdrygnął się nagle... jakież słyszy echa?Ha! to jęk niewiast! — jak dzwon na pogrzebieWstrząsł sercem jego, tak twardem w potrzebie.»Harem się pali! — za mną! do obrony!Śpieszcie! pomnijcie — i my mamy żony.

840 Na nie, ach! spadnie krew niewiast: — pomnijcie!Nie krzywdzić żadnej, kto stoi o życie!

Śmierć nieść mężczyznom, — lecz pomoc kobiecie!Ach! jam zapomniał! — lecz czyż Bóg przebaczySprawcy niewinnych śmierci i rozpaczy?

845 Idź, kto chcesz, za mną! ja, choćby sam, idęOdeprzeć od nas tej zbrodni ohydę!« —I skoczył w ogień po wschodach runących.Wyłamał otwór we drzwiach gorejących;Po rozpalonych kamieniach podłogi,

850 Śród kłębów dymu i iskier z pożogi,On, i w ślad za nim śpieszący bez trwogi,Wpadli, porwali — każdy na swych rękachUnosi jednę — nie myśląc o wdziękach!Ośmiela, cieszy, błaga, uspakaja.

855 Zna cześć piękności Konradowa zgraja.Nie iść w ślad wodza najdzikszy się sroma,Ratuje słabość krwawemi rękoma.Lecz któż jest? któż jest ta piękna i blada,Ta najpiękniejsza w objęciach Konrada?

860 Postać niebianki, tronu godne lica,Anioła godne! Któż jest ta dziewica?...Pani haremu, baszy niewolnica.

Krótko wódz spojrzał na wdzięki Gulnary,Krótko ośmielał niosąc przez pożary,

865 Krótko pożegnał; — nie czas stać spokojnie!Gdy litość chwilę sfolgowała wojnie,Wróg nieścigany zaczął się ozierać,Zwalniać krok, stawać, zwracać się, opierać.

Widzi to Seid, widzi i poznaje,

870 Przed jaką garstką pierzchły jego zgraje.Wstydzi się błędu — wstyd wściekłość w nim drażni,Gdy widzi dzieło zbyt skorej bojaźni.»Alla il Alla!« okrzyk zagrzmiał w gminie,Każdy jak wściekły, pomści się lub zginie.

875 Ogień za ogień, krew za krew niech płaciłLecą do boju po trupach swych braci.Znów szczęk, wrzask, ciżba — wre bitwa straszliwa.Szczęście, jak nagle wezbrało, — odpływa.Zwycięzcy, tłuszczą ściśnieni zuchwalczą,

880 Już nie o tryumf, — o swe życie walczą.Ujrzał wódz, — pojął, zgadł niebezpieczeństwo:Słabnie przed tłumem siła — choć nie męstwo.»Jeszcze raz, za mną! rozbić zgraję trwożną!«Kupią się, biegną, uderzyli, — próżno!

885 Wszystko stracone! wróg ciaśniej otacza;Nikt ujść nie zdoła, lecz nikt nie rozpacza.Jeszcze są w szyku! — ha! już przełamani,Już rozpierzchnieni, ujęci, zrąbani!...Kto został, milcząc pasuje się w gminie,

890 Aż z trudu raczej, niż z rąk wroga zginie;Aż choć raz jeszcze w konwulsyjnej pięściNa czaszce wroga mściwy miecz zachrzęści.

Lecz nim tłum dziki, wszcząwszy bój zażarcie,Sam się na wstępne odważył natarcie,

895 Wraz ze swą panią dziewice Gulnary,W domu mieszkańca jednej z niemi wiaryZ rozkazu wodza umieszczone skrycie,Przestały bać się o sławę i życie.Z łez i Gulnary oschło czarne oko,

900 Lecz smutna, milczy i duma głęboko.

Tkwi w jej pamięci wybawca z płomienia,Dźwięk jego głosu, blask jego spojrzenia.Dziw jej, że zbójca, śród boju dzikości,Zdał się być czulszym, niż Seid w miłości.

905 W pieszczotach nawet baszy niewolnicaCzuć musi łaskę, jaką pan zaszczyca;Korsarz niósł pomoc, osłodę boleści,Jak hołd należny godności niewieściéj!...»Źle jest — co gorsza, wiem, że próżno żądać:

910 Chciałabym jednak — muszę go oglądać!Winnam mu życie moje i tych branek!Zapomniał o niem mój pan — mój kochanek!«

I wnet go widzi, gdzie bój najzaciętszy,Jęk najgłośniejszy i tłok coraz gęstszy.

915 Sam, wpośród trupów szczęśliwszych już braci,Cofa się, groźny w licu i postaci.Każda piędź ziemi krwią za nim przesiękła.Miesza się pogoń, ustaje zalękła, —Aż w krwi ślizgocie krok się jego zwinął,

920 Zachwiał się, upadł... chce zginąć, — nie zginął,Wzięty! — Ha! zbrodnia nie ujdzie bezkarnie,Niech tylko zemsta wymyśli męczarnie!Tamują rany; śmierć nie czyni zadość;Kroplą po kropli przelać krew, to radość,

925 Jęki po jękach słyszeć, gdy je wyda,To będzie rozkosz dla baszy Seida!Obyż mąk rodzaj wynaleźć, wykonać,By wciąż w nich konał, nigdy nie mógł skonać!

Widzi Gulnara: — Tenże to syn męstwa,

930 Przed chwilą jeszcze wódz i pan zwycięstwa,

Którego słowo lub ręki skinienieTysiącom niosło śmierć lub przebaczenie?On to! — bezbronny, lecz mężny w złej doli,Życie go tylko, że je ustrzegł, boli.

935 Rany ma lekkie, choć sam ciosy wabił,Choćby całował miecz, coby go zabił.Nikt-że z tysiąców — jednego potrzeba —Nie chce go posłać, mniejsza — czy do nieba?Sam-że on z braci ma zostać na ziemi,

940 On, co śmierć spotkać śpieszył przed wszystkiemi!...Czuł on, co człowiek czuje, gdy na czołoZe szczytu upadł pod Fortuny koło:Czuł złe, co zbroił, czuł bliskie katownie,Czuł hardość wroga, czuł gorzko, gwałtownie;

945 Ale taż duma, co go w głąb strąciła,Wzmogła w nim serce, i boleść pokryła.Wzrok pogardliwy i twarz obojętnaW jeńcu zwycięzcy jeszcze noszą piętna.Ranny, znużony, — lecz gdzież są w tej chwili,

950 Coby spokojniej i mocniej patrzyli?Słucha bez gniewu, jak stojąc zdalekaPodła nań tłuszcza urąganiem szczeka;Mężni, co zbliska w boju go widzieli,Szanują w więzach dłoń, przed którą drżeli.

955 Ledwo nań który z wiodącej go straży,Żaden beze czci spojrzeć się nie waży.

Posłany lekarz — nie litość posyła —Ma rzec, co w mękach zniesie jeńca siła.Znalazł jej dosyć, by dźwigać kajdany;

960 Znalazł dość czucia, by czuć ból zadany;Jutro więc, jutro, gasnąc na gór szczycie,Słońce obaczy pierwsze na pal wbicie,

A rano, z morza w zwykłej wstając mocy,Ujrzy, jak dotrwał w mękach całej nocy.

965  Z mąk to najsroższa, najdłuższe z cierpienia:Z bólem konania łącząc żar pragnienia,Śmierć, jednę ulgę, z dnia na dzień oddala,Gdy już ćma sępów kracze wkoło pala.»Ach! wody! wody!« — Zemsta się naśmiewa,

970 Wskazuje puhar, zbliża, i rozlewa.Próżno nieszczęśnik usta ku niej kwapił:Skończyłby cierpieć, gdyby się raz napił. —To wyrok jego. Odeszli strażnicy,On został — jeden, w kajdanach, w ciemnicy.

975  Któż uczuć jego pojąłby męczarnie,Gdy on, ofiara, sam ich nie ogarnie?Noc, wojna, zamęt w myślach jego duszy:Wszystkie w niej siły mdleją od katuszy,Wszystkiemi jego uczuciami miota

980 Nieżałująca, rozpaczna zgryzota,Ów wróg nasz mściwy, co, milcząc w potrzebie,Po czasie woła: »Ostrzegałem ciebie!« —Próżno! — pierś mężna, jadem jej zatruta,Klnie albo milczy, dla słabych pokuta!

985 Przed chmurą ciosów czyż obwód tej tarczyOkryciu serca wielkiego wystarczy?W tej nawet chwili, gdy nawpół jak w grobie,Całe swe życie czuje, widzi w sobie,

Żadna w niem zbrodnia nad inne grożąca,

990 Żadna namiętność, ni myśl panująca,Nie ćmi się przed nim tak, aby swym cieniemResztę przynajmniej skryła przed wspomnieniem.Nie! — okiem ducha patrzy on odrazuNa całą przestrzeń dzikiego obrazu:

995 Widzi rozpierzchłe sny dumnej wielkości,Skażoną chwałę, łzy, rozpacz miłości,Znikłe nadzieje szczęścia, czcze zamiary,Tryumf swych wrogów, kaźń swej bliskiej kary!...Przeszłość się czerni jak otchłań bezdenna,

1000 Przyszłość jak chmura gromami brzemienna;Czyny i słowa, złe myśli i chęci,Co jak ćma nocna kryły się w pamięci;Błędy wesołe lub miłe w swym czasie,Lecz z których dzisiaj każdy zbrodnią zda się;

1005 I wszystkie krzywdy, któremi przewinił,Co, choć utaił, sam wie, że uczynił,Których naprawić nie ma już sposobu, —Wszystkie, jak duchy z otwartego grobu,Wznoszą się z serca, okryte żałobą,

1010 I groźnym palcem wołają za sobą...Wszystko on widzi, nim zwierciadło duszyOckniona duma porwie i rozkruszy.Tak! duma pokryć, odwaga znieść śmiałoPotrafi wszystko, wszystko, co się stało;

1015 Lecz któż bez trwogi? — cóż stąd, że ukryta?Godzien jest tylko chwały hipokryta:Nie nędznik, co się wprzód chełpiąc, ucieka,Lecz ten, co nawet widzi śmierć — i czeka;Lub gdy weń godzi grot niechybny losu,

1020 Bieży w pół drogi na spotkanie ciosu.

W warownej izbie, na najwyższej wieży,Okuty Konrad na posłaniu leży.Pałac spalony; ta wieża zamykaBaszę, kobiety, dwór i niewolnika.

1025  Nie wini Konrad o srogość zwycięzcę:Sam mu los równy gotował po klęsce.Duma sam w sobie: — strach, zgryzotę przemógł,Lecz jest myśl jedna, której uśpić nie mógł,Której pomyśleć nie śmiał: jak te wieści

1030 Przyjmie Medora? jak zniesie boleści?...Wtenczas, raz tylko wtenczas, z cichym jękiemPorwał się z miejsca i z kajdanów brzękiemWzniósł nagle ręce, jakby zerwać żądałWięzy, na które z wściekłością poglądał.

1035 Lecz udał męstwo, czy się w nie uzbroił:Zaśmiał się gorzko, i gniew uspokoił.»Teraz niech przyjdą! niech znajdą katuszeGorsze! niech znajdą!... Lecz odpocząć muszę«.Rzekł, padł na łoże, zamknął skrzące oko,

1040 I co bądź marzy, znać, że śpi głęboko.

Noc jeszcze, — północ już była minęła,Gdy pożar floty i bitwa się wszczęła.Jak Konrad w planach, godna wodza rzeszaSkora w pełnieniu i w pracy pośpiesza.

1045 Nie było złego, choć w tak krótkiej chwili,Coby go, mogąc, wrogom nie zrobili.W godzinie Konrad — korsarz na pokładzie,Na lądzie rycerz, derwisz na biesiadzie,Odkryty, bliski śmierci, ocalony,

1050 Zwycięzca, tyran, zbawca, zwyciężony,Jeniec, w kajdanach jak zbrodzień, po wojnie,Skazany na śmierć... i usnął spokojnie!

Śpi, — uśmiech w ustach, łza lśni z pod powieki,Oddycha lekko... oby spał na wieki!

1055  Któż się to zbliża z łzawemi oczyma?Wrogi odeszli, przyjaciół tu niéma!Seraf-li, niebios utaiwszy blaski,Niesie mu we śnie zwiastowanie łaski?Nie! — choć anielska w licu piękność świta,

1060 Ziemski to tylko jest anioł, — kobiéta!Wzniesioną lampę w jednej trzyma dłoni,Drugą jej światło przed uśpionym chroni,By blask niewczesny nie padał na oczy,Co z snu otwarte, wnet znów śmierć zamroczy.

1065 W powiewnej bieli, postać jej w milczeniuJak duch wiejący posuwa się w cieniu.Lekka, wysoka, — pierś tylko i licaMdłe światło lampy zaledwo oświéca.Włos, rozpuszczony na białej odzieży

1070 Jak smug ciemności, wpół na piersiach leży,

Wpół spływa z ramion; stopa jak śnieg biała,I jak śnieg cicho na ziemię spadała.Któż ona? Sama, w nocy, mimo straży,Jak tu wejść mogła? jak się wchodzić waży?

1075 O! spytaj raczej, przed jaką przeszkodąZadrży kobieta, gdy jej duszę młodąCzułość i litość, jak Gulnarę, wiodą?Nie mogła usnąć, i gdy basza we śnie,Marząc o klęsce, klnie, jęczy boleśnie,

1080 Marząc o jeńcu, nakazuje męki, —Wstała, i sygnet zdjęła z jego ręki,Znak jego woli, który gdy okaże,Wszelkie wnet przed nią rozstąpią się straże.Przeszła bezpiecznie, nikt o nic nie bada.

1085 Znużeni bojem strażnicy Konrada,Zazdroszcząc więźnia spoczynkowi, samiWpółsenni ziemię zalegli przed drzwiami.Ujrzeli pierścień, mało się kłopocą,Kto go przynosi, gdzie idzie i po co?

1090  Patrzy zdumiona — »On śpi? — gdy z rozpacząTysiące po nim, lub na niego plączą?...Ja sama nawet!... Jakaż czarów siłaTak mi go nagle drogim uczyniła?Zbawił mi życie, poświęcił sam siebie;

1095 Mam-że go wzajem opuścić w potrzebie?Nie! chcę mu pomóc, nie dbam o sąd ludzi.Lecz cicho! — westchnął, poruszył się, budził«Podniósł wzrok, blaskiem zaślepione oczyZdają się wątpić, czy sen ich nie mroczy,

1100 Lecz ruszył ręką, głuchy brzęk okowuDowiódł, że żyje, i cierpieć ma znowu.»Któż jest ta postać? Anioł stróż z wejrzenia!Zbyt zda się piękny na stróża więzienia«.

— »Nie znasz mnie? jestem z tych, co czują wdzięczność

1105 Za czyn, do jakich rzadkoś miewał zręczność.Patrz! czyż nie pomnisz, żeś sam swą odwagąWyrwał mię z ognia, ustrzegł przed zniewagą?...Przyszłam... nie pytaj poco? — lecz nie szydzić.Ja cię nie mogę, nie chcę nienawidzić«.

1110 — »Jeśli tak, pani! jesteś więc tu jedna,Której śmierć moja uciechy nie zjedna.Tem gorzej! — smutku nie radbym ci sprawić.Lecz dziś ich pora! — chcą, mogą się bawić.Słuszna im jednak wdzięczność niewolnika,

1115 Że tak pięknego ślą mu spowiednika«.Z najgłębszym smutkiem niekiedy się mieszaDziwna wesołość: serca nie pociesza,Choć błyszczy w oczach, łza z nich nie osycha;Uśmiech jej gorzki, jednak się uśmiécha,

1120 I nieraz światu, zamiast pożegnania,Żart płochy rzuca z wierzchu rusztowania,Co choć nie radość, jak zda się, go budzi,Ułudza drugich; — lecz któż siebie złudzi?Cobądż czuł Konrad, jak łuna z ogniska

1125 Dzika wesołość w rysach jego błyska.Mówił z uśmiechem, z szyderstwem napoły:Wesołe słowa, i ton ich wesoły —Znać, że mu obcy: w burzliwem swem życiuRzadko miał porę miewać go w użyciu.

1130  »Korsarzu! pal twój gotów, lecz ma władzaCzęsto gniew baszy i wyrok złagadza.Chciałabym, — tak jest, chcę, muszę cię zbawić.Dziś nie! — dzień bliski mógłby nas wyjawić.Lecz dość zyskamy, jeżeli, jak wróżę,

1135 Czas twojej kaźni do jutra przedłużę.Dzisiaj nic więcej nie żądaj odemnie,Gdyżbyśmy tylko zginęli daremnie«.— »Ja nic nie żądam, niech się kres mój zbliży!Spadłem zbyt nisko, bym się bał spaść niżéj.

1140 Więc oszczędź sobie trudu, mnie życzenia,Bym jak zbieg podły uchodził z więzienia.Gdym nie zwyciężył, mam-że z braci całéjSam, nie śmiąc umrzeć, powracać bez chwały?...»Jest wszakże jedna, o której duch marzy,

1145 Której łzę, zda się, że czuję na twarzy!...W życiu mem dotąd jedyne pociechyByły: mój okręt, mój miecz, jej uśmiechy, —I Bóg mój niegdyś!... przeszłość to daleka!Jam się Go z młodu, dziś On mnie wyrzeka.

1150 Za niecześć ojca mściwy karze sędzia.Zwycięzcy moi Jego są narzędzia!Nie czas już wszakże, bym, rozpacznik podły,Samolubnemi znieważał Go modły!Nie! nie mam prawa prosić, i nie proszę;

1155 Co zesłał, cierpię; co znieść mogę, znoszę.Miecz mój z niegodnej wytrącono dłoni,Niegodnej dźwigać, jak on, wiernej broni.Okręt mój wzięty, lecz ta, tak mnie droga!...Ach! za nią jeszcze chciałbym prosić Boga.

1160 Ona jest wszystkiem dla mnie, a te wieściSkruszą jej serce ogromem boleści!Ta myśl jest dla mnie nad śmierć sroższą karą.Ona tak tkliwa, tak piękna! — Gulnaro!

Nimem cię ujrzał, przeszły lata długie,

1165 Żem nie pomyślał, czy są piękne drugie«.— »Ty więc już kochasz? Ty już kochasz inną?Cóż mi to znaczy? — nic, nic nie powinno!Jednak — ty kochasz!... ach! ja zajrzeć muszęDuszy, wzajemną kochającej duszę,

1170 Która nie czuje i nigdy nie czułaTej czczości serca, co moje okuła«.— »Twoje? — sądziłem, że z ogniów haremuJam cię ratując, zachował lubemu«.— »Seid mój luby? — ach, nie! nie mój luby!

1175 Niegdyś to serce, dziś już wzięte w kluby,Długo się niegdyś ubijało we mnie,By czuć wzajemność, — niestety: daremnie!Pragnęłam kochać, kochać jestem zdolną,Lecz czułam, czuję: wprzód trzeba być wolną!

1180 Jam niewolnica, — cóż, że z łaski panaNa panią innych niewolnic wybrana?Gorzkie pieszczoty, gdy je przyjąć każą,Podląca wierność pod dozorców strażą;Lecz trudniej jeszcze, gdy wstręt serce mrozi,

1185 Udawać czułość, bo pan gniewem grozi!Stokroć w dzień muszę w duszy mej złorzeczyćZimnym »czy kochasz?« — nie śmiejąc zaprzeczyć.Bierze mą rękę: ni daję, ni bronię, —Krew w niej jak martwa, ni krzepnie, ni płonie.

1190 Patrzy mi w oczy, — niezmieszana stoję;Ust jego żarem nie palą się moje.Sama się sobą muszę tylko brzydzić.Nie dość kochałam, by choć znienawidzić.Nie, nic nie czuję!... Odchodzi, — nie pytam

1195 Gdzie? kiedy wróci? — Powraca, — nie witam,Nie widzę prawie. Straszliwa rozwaga!Czuję, jak coraz wstręt i sytość wzmaga,

O! gdybyż wreszcie, nasycon wzajemnie,Chciał sobie milszą wynaleźć odemnie,

1200 I mnie zostawił, przed godziną bojuMogłabym jeszcze powiedzieć: w pokoju!Lecz już się stało! Dzisiaj jeszcze muszęUdawać czułość, nim twe więzy skruszę.Za smutne życie ocalone brance,

1205 Zbawcę mojego chcę zwrócić kochance;Wrócić jej sercu szczęście i wesele,Jakiego sama z nikim nie podzielę.Bądź zdrów! — dzień świta, straże zejść nas mogą,Nie umrzesz dzisiaj, — okupię cię drogo«.

1210  Rzekła, i ręce okute KonradaZ tkliwą pokorą do serca przykłada.Poszła, jak przyszła, jako sen przelotny.Byłaż tu ona? — znów-że on samotny?Jakaż to kropla, jak brylant promienny,

1215 Lśni na okowach od jasności dziennéj?Łza to najświętsza, niewieściej czułościNajdroższa perła, co z morza litościNim tkliwa dusza na świat ją uroni,Już wygładzona w cherubina dłoni!

1220  O! jak urocza, jak silnie zwycięska,W oczach kobiety jej łza czarnoksięska!Broń jej słabości, razem miecz i tarcza,Jak do obrony, do zwycięstw wystarcza.O! nie patrz na nią! Cnota z drogi boczy,

1225 Mądrość się zbłąka, gdy w nią wlepi oczy.

Jedna łza w oku egipskiej królowéj —Pierzchnął bohater, świat poszedł w okowy.Lecz nie potępiać błędu triumwira!Tylu się nieba na ziemi wypiéra,

1230 Rzuca się w piekło, wieczność w mękach pędzić,By zalotnicy kilku łez oszczędzić!

Ranek; przez kraty na twarz więźnia padaDzień, co kres wszystkich dni mu zapowiada.Dzień już bez jutra! a w nim pamięć wczora,

1235 Straszniejsza stokroć, niż widok upiora!Wczora pan morza, wódz dzielnych zastępów!Dziś jeniec wrogów, może pastwa sępów,Kiedy to słońce, co wschodzi tak jaśnie,Okiem już jego niedojrzane zgaśnie,

1240 Gdy wkoło świeżość chłodu wieczornegoOżywi wszystko — wszystko, oprócz niego!...

Zwolna — piękniejsze niż w dziennej kolei —Zniża się słońce za wzgórza Morei,Nie w mgle, jak indziej, blade, bez promieni,

1245 Lecz jak ognisko żyjących płomieni.Po śpiącej głębi smugiem złota ciska, —Wre zda się woda, gdy z drżeniem połyska.

Nad wyspą Hydry, nad Eginy czołem,Bóg wesołości spojrzeniem wesołem

1250 Po raz ostatni luby kraj swój darzy,Choć w nim już dawnych nie widzi ołtarzy.Słupem z gór wierzchu cień zstępując siny,Port niepodbitej zaległ Salaminy.Przez głąb wąwozów, we zwierciadłach fali,

1255 Krwawą purpurą horyzont się pali,Gdy na gór szczycie, jak złota korona,Lśni jeszcze słońca jasność zawieszona;Aż wreszcie blaski zagarnąwszy całe,Utonie do snu za delficką skałę.

1260  Taki był zachód dnia, w którym przed wiekiNajmędrszy z Greków miał zawrzeć powieki.Jak wtedy jego uczniowie płaczącyDrżeli o każdy promień konający,Gdy, jak to słońce, z niem razem, przed niemi

1265 Mądrość ich mistrza zajść miała na ziemi!»Jeszcze nie! — jeszcze! — słońce zachód zwleka,Chwila rozstania jeszcze jest daleka!« —Lecz słońce, patrząc w konające oczy,Blask swój przed niemi i swe barwy mroczy;

1270 Żałobę zda się po kraju rozlewać,Gdzie dotąd Febus nie umiał się gniewać.I nim Cytery zakryła go skała,Puhar stał próżny... duch uleciał z ciała, —Duch, co dla prawdy śmierć i trwogę przemógł,

1275 Co żył i umarł — jak nikt drugi nie mógł.

Lecz patrz! milcząca z za Himetu szczytówWzbija się nocnych królowa błękitów.Ni mgła, ni obłok, zapowiednik burzy,Nie ćmi jej kształtu, ani lic nie chmurzy.

1280  Ówdzie śród ruin, pełnym wzrostem dumna,Blaskiem jej dawna bieleje kolumna;Tam, z okrągłego minaretów wierzchu,Młody jej obraz połyska się w zmierzchu.Gajem oliwne rozsadzone drzewa,

1285 Gdzie skromny Cefiz wąski nurt przelewa,Między cyprysy gronami stojące,Letnich kijosków wieżyczki błyszczące,I owa palma, samotna stróżyniPrzy Tezeusza zwalonej świątyni, —

1290 Wszystkie koleją przynęcają oczy;Ślepą ma duszę, kto, idąc, nie zoczy!

Wojną z wiatrami Neptun zmordowany,Do snu Egejskie uciszył bałwany.W pręgach jasności złota i błękitu

1295 Leżą zwierciadłem u stóp ścian granitu.Prócz gdzie cień wysep czerni się na wodzie,Wszystko się w nocnej uśmiecha pogodzie!

Czas do mej treści — czyż myśl od niej boczy?O! ziemio grecka! o kraju uroczy!

1300 Któż, gdy cię poznał, o czemkolwiek pienia,Nie rad w nich twego uświęcić wspomnienia?Kto, widząc z Aten zachód twego Feba,Ich wieczornego mógł zapomnieć nieba? —Nie ten, co z gościa jakby syn twej ziemi,

1305 Niezmienny miejscy, ni laty długiemi,Myślą po tobie dawne licząc ślady,Żyje zaklęty między twe Cyklady,Ni hołd ten obcym pieśni swej uważa.Twą była wyspa mojego korsarza, —

1310 Wyzwól ją z jarzma, którem wróg znieważa!...

Słońce już zaszło — i, jak wyspa cała,Z ostatnim jego blaskiem pociemniałaDusza Medory; — trzeci dzień przeminął.Dziś on miał wrócić: — zbłąkał się? czy zginął?...

1315 Burzy nie było, wiał wciąż wiatr łaskawy.Anzelmo wczoraj powrócił z wyprawy,Lecz wieść jedyna, którą opowiada,Jest, że nie spotkał okrętu Konrada.O! gdyby spotkał! — chociaż krwawszych w treści,

1320 Innychby w skutku doczekano wieści!Noc, wiatr dmie zimny; — ona przez dzień całyZ okna swej wieży patrzyła na wały,Łudząc się widmem to masztów, to żagli.Nie może dłużej, — niespokojność nagli.

1325 Zbiegła nad morze, i w lekkiej odzieżyBłądzi niebaczna wzdłuż płaskich wybrzeży.Próżno ją fala pryskająca z brzegaOblewa rosą, o burzy ostrzega:

Nie dba, nie zważa, wtył kroku nie ruszy,

1330 Nie czuje zimna — jej zimno w jej duszy! —Aż straszna pewność tak myśl jej obległa,Że gdyby wtedy kształt jego postrzegła,Lub-by ją rozum, lub dusza odbiegła.

Wtem łódka jakaś weszła do przystani.

1335 W niej kilku ludzi, — wszyscy krwią oblani,Wszyscy Konrada towarzysze śmieli.Uszli — jak?... sami prawie nie wiedzieli.Widzą Medorę, poznali zdaleka.Zbliża się, — milczą, — każdy zda się czeka,

1340 Aż drugi zacznie, sam w duszy niewieściéjBojąc się zbytniej obudzić boleści.

Ona nie pyta, — ona wszystko zgadła,Jednak nie blednie, nie drży, nie upadła.W dziewiczej piersi wielkie czucia żyły,

1345 Dotąd swej własnej nieświadome siły:Póki nadzieja, — bała się, płakała;Straciwszy wszystko, — czułość skamieniała.I głos się w sercu z dziką ozwał mocą:Kto wszystko stracił, bać się nie ma o co!

1350 Nadludzkie męstwo! jakie w sercach ludziSzał chyba tylko, albo rozpacz budzi!»Milczycie? — dobrze! — ja nic nie chcę wiedzieć.Nic, — jedno tylko — ktoby mógł powiedzieć?..

Nie patrzcie na mnie z twarzą obłąkaną!...

1355 Prędko i krótko: gdzie go pochowano?«— »Pani! nie wiemy; — zaledwośmy samiZ życiem ujść mogli. Lecz jest między nami,Co utrzymuje, że wódz nie zabity,Że jest w niewoli; że go, sam ukryty,

1360 Widział pod strażą: — ranny, ale żywy«.Nie słucha więcej; wieści przeraźliwéjNie zniosło serce: przytomność i siłaRazem krzepnącą duszę opuściła.Chwieje się, padła, — i nawpół umarłą

1365 Możeby morze mogiłę wydarło,Lecz wnet ze łzami, choć dłońmi twardemi,Skorzy w ratunku podnieśli ją z ziemi.Nie ma sił stąpić, — na rękach ją niosą;Skroń, piersi, morską oblewają rosą,

1370 Aż barwa życia wróciła na lice.Posłali zbudzić śpiące służebnice,I wnet matrony zostawiwszy przy niéj,Odchodzą szukać Anzelma jaskini,Smutnej wyprawy oznajmują skutki:

1375 Zbyt długa powieść na tryumf tak krótki!

Złożono radę; słowa się zatliłyGroźbą i zemstą; nie patrzą na siły.Powinność woła! — zda się, że KonradaDuch jeszcze z niemi na radzie zasiada.

1380 Cobądź go czeka poprzysięgli zgodnieAlbo go zbawić, albo pomścić godnie.Biada niewiernym! — bo jeszcze zostaliŚmieli na wszystko i o nic nie dbali!

W haremu swego głębi niedostępnéj

1385 Zamknął się Seid i duma posępny.

Miłość, nienawiść naprzemian nim włada,Gdy lub Gulnarę wspomni, lub Konrada.U stóp mu siedzi piękna niewolnica,Wzrokiem obawy patrząc w jego lica

1390 Mroczne; — daremnie jej piękność i sztukaIskry uczucia w sercu jego szuka;On, licząc niby kaliwa różańca,Kroplami w myślach przelewa krew brańca.

»Baszo! dniem chwały dziś cię Allah darzy,

1395 Bitwa wygrana w więzach wódz korsarzy.Ma umrzeć — słusznie! — wart twej nienawiści.Lecz czyżbyś większych nie osiągł korzyści,Gdybyś pozwolił — sam to rozważ ściśle,Ja radzić nie śmiem, lecz mówię, co myślę, —

1400 By on wszystkiemi skarby, które złupił,Ten raz, na krótko, z więzów się wykupił.O skarbach jego wieść cuda rozgłasza,Radabym, żeby posiadł je mój basza!On znów, osłabion klęską poprzedniczą,

1405 Z resztą swych łatwą stałby się zdobyczą.Lecz gdy tu zginie, tamci zdjęci zgroząUciekną z wyspy i skarby uwiozą«.— »Słuchaj, Gulnaro! gdyby mi za każdąKroplę krwi jego dyjamentu gwiazdą

1410 Zapłacić chciano, za każdy włos jegoDawano sztabę złota dziewiczego,Gdyby, jak plotą arabscy bajarze,Skarb w Salomona zamknięty pieczarzeU stóp mi sypał: — za te wszystkie dary

1415 Jednąbym chwilą nie zwlókł jego kary,

Gdybym nie wiedział, że, raz w mojej mocy,Ujść z niej nie zdoła, ni znajdzie pomocy.Tymczasem myśleć kazałem w seraju,Nad wynalazkiem nowych mąk rodzaju,

1420 I sam rozmyślam, jakich środków użyć,By ból powiększyć, a życie przedłużyć«.— »Źleś sobie, baszo! myśl mą wytłumaczył:Nie chcę, nie radzę, abyś mu przebaczył.Nie! — chciałam tylko wskazać ci sposoby

1425 Zyskania skarbów; gdyż co do osoby,Choćbyś go puścił — w tym, w jakim jest stanie,Nigdy on całkiem wolnym nie zostanie.Sam ranny, banda zmniejszona połową...Byleś chciał, pojmać mógłbyś go na nowo«.

1430 — »Móglbym go pojmać? — i chcesz, bym dlategoMiał go dziś puścić? — dziś, już pojmanego?Puścić psa giaura, zbójcę, wroga mego?...Puścić? — i może powiedzieć, na czyjeProśby? i komu zawdzięcza, że żyje?..

1435 Chcesz, bym go może nagrodził, pochwalił,Że mnie chciał zabić, lecz ciebie ocalił?...Mądrze doiadzasz! Słuchaj, ja też radzę,Co powiem, zapisz w sercu i uwadze:Nie wierzę tobie, kobieto! — w tej chwili

1440 Stwierdziłaś sama, co drudzy mówili.Mów! czy, gdy ciebie unosił z pożaru,Ujść z nim natenczas nie miałaś zamiaru?...Lecz nie! — milcz raczej! — ten ogień na twarzySam już cię więcej, niżbym żądał, skarży.

1445 Więc strzeż się, piękna! rada innych zbawiać!Patrz, czy za tobą będzie się kto wstawiać?»Rozumiesz? — dosyć! Przeklęta godzina,Gdy cię uniosło ramię poganina!...Wolałbym, gdybyś!... — Lecz nie! wtedy pewnie

1450 Łzami kochanka płakałbym cię rzewnie.Dziś pan ostrzega. — Próżne twe mamidła!Wiesz, że zbyt lotne umiem obciąć skrzydła;

Nie w słowach tylko grożę, i nie próżno!Wejdź w siebie dobrze! — pomnij! bądź ostrożną!«

1455  Powstał, i dumnym oddala się krokiem,Szyderstwo w ustach, gniew wisi nad okiem.Nieznany jemu hart niewieściej duszy,Że go surowość ni groźba nie skruszy.Nie zna Gulnary, nie wiedział, co ona

1460 Czuje, gdy tkliwa, — śmie, gdy obrażona.W niewiarze, mniema, że krzywdę poniosła;Nie wie, skąd litość w sercu jej tak wzrosła.Zbawca — więc słusznie, że wdzięczność dlań czuje;Branka — nad losem więźnia się lituje.

1465 Nie śledzi dalej; — niepomna na groźby,Na niebezpieczne znów się waży prośby.Znów pogardzone; — aż w głębi jej duszyZawziął się zamiar... nic go już nie wzruszy:Ujdzie z nim z więzów — lub zginie w katuszy!

1470  Tymczasem długie, tęskne, jednostajne,Dzień i noc przeszły. Konrad męki tajneZniósł, w strasznej walce zwątpień i bojaźni, —Gdy każda chwila zda się chwilą kaźni,Gdy się krok każdy, co u drzwi rozlega,

1475 Zdaje być krokiem oprawcy lub szpiega,Kiedy głos każdy, co się ozwie w ciszy,Mniema ostatnim, co przed śmiercią słyszy;On zniósł to wszystko, — mężnie i spokojnieDotrwał w najsroższej z sobą samym wojnie.

1480  Gorącość bitwy, groza, wściekłość burzy,Dręczącą wewnątrz myśl tępi lub nuży:

Lecz być samotnym, wtrąconym w okowy,Być, czuć się pastwą każdej myśli nowéj;Patrzeć w swe serce, i drżeć lub przed marą

1485 Zbrodni swych przeszłych, lub przed przyszłą karą:Tamtych naprawić, tej nie móc odwrócić;Kląć każdą chwilę po każdej się smucić;Bez przyjaciela — coby słabość wspierał,Coby rzekł ludziom, żeś mężnie umierał;

1490 Śród nieprzyjaciół — co wiesz, że potwarzą,Jak całe życie, śmierć twoję znieważą;Wobec mąk, które, choć duch widzi śmiało.Nie wiesz, nie zgadniesz, jak je zniesie ciało,A jednak czujesz, że jęk, że łza jedna,

1495 Skazi twe męstwo, wrogom tryumf zjedna;Gdy ci zbyt sroga surowość człowieczaNadziei nawet zbawienia zaprzecza,A raj twój ziemski, pewniejszy niż w niebie,Ta, którą kochasz, daleko od ciebie: —

1500 Oto są myśli, w których duch KonradaMiota się błąka — ale nie upada!To są męczarnie, które musiał znosić...Zniósł, — źle czy dobrze? nie uległ, — już dosyć.

Przeszedł dzień pierwszy — on miał być dniem kary;

1505 Zszedł drugi, trzeci, — nie widać Gulnary.Lecz co przyrzekła, stado się; nie wróżył,By w mocy baszy jutra nawet dożył.Idzie dzień czwarty — przeminął! a z nocąCiemność i burza przyszły z całą mocą.

1510 O jak mu luby szum, ryczenie morza,Gdy zapienione wre u ścian podnoża!Porwał się, — słucha — jakby z wiatry społemDuch jego bujał nad dzikim żywiołem.W takich on nocach, na wzdętych bałwanach,

1515 Po rozhukanych latał oceanach,Zawisał w chmurach i z dumnym uśmiechemSpadał w otchłanie — ciesząc się pośpiechem!...Dziś głos tak znany, jak na pośmiewisko,Woła, niestety, próżno, choć tak blisko!

1520 Świszcząc dmie wicher; ponad dachem domuToczy się w chmurach huk ciągłego gromu,Bucha nań łuna błyskawic tysiąca:Blask ich dla niego weselszy od słońca!Wdarł się ku oknu, — przez kraty wyciąga

1525 Okute ręce; błaga czy urąga?Wzniósł je ku niebu, ku chmurom — i razemPrzyzywa gromu klątwą i żelazem.Próżno! — kłębami chmura się przewala,I poszła dalej. Ucisza się fala,

1530 Huk coraz słabszy, oddala się, głuszy,Ustał, — ucichło... martwość w jego duszy!Uczuł samotność i serce zatwardził,Jakby ostatni przyjaciel nim wzgardził.

Północ... przed drzwiami usłyszał stąpanie.

1535 Krok lekki — coraz pomknie się i stanie,Skrzypła pod kluczem klamka zardzewiona.»Ona!« — przeczuło serce; — tak, to ona!Anioł stróż jego! jakiebądź jej grzechy,Miła mu, piękna, jak anioł pociechy!

1540 Lecz dziś w niej zmianę widzi wzrok Konrada:Krok bardziej drżący, twarz jej bardziej blada.Spojrzała dziko... w tym wzroku wyczytałTo słowo: »umrzesz!« — i o nic nie pytał.»Tak! dziś masz umrzeć — lecz jest sposób, który...

1545 Który nie gorszy niż pal i tortury!«— »Ja go nie widzę, — umiem znieść cierpienia,Com rzekł, powtarzam, — Konrad się nie zmienia.Lecz skąd chęć w tobie ocalić zbrodniarza,Gdy go świat cały potępia, spotwarza,

1550 Gdy, jakbądź srogie ma być ukaranie,Sam wiem, że słusznie zasłużyłem na nie?«— »Skąd ta chęć we mnie? — ty mię pytasz o to?Któż mię wybawił, ustrzegł przed sromotą?Skąd ta chęć we mnie? — Tak ci więc z mąk długich

1555 Oślepła dusza na uczucia drugich,Że chcesz, bym sama, chociaż wstydem płonę,Zrywała z serca skromności zasłonę?Tak jest! — pomimo twych zbrodni,ja czujęWielkość twej duszy; dziwię się, lituję,

1560 Kocham cię! — Nie mów! ja wiem, że daremnie,Że kochasz drugą, że kocha wzajemnie,Że może czulsza, piękniejsza odemnie!Lecz gdzież jest? — czemu cierpień twych nie dzieli?Czemu się na to, co ja, nie ośmieli?

1565 Gdybym ja była twoją, o tej dobieByłbyś już wolny, albo ja przy tobie!Żona korsarza! samym go wyprawić!...Czemże ta pani ma się w domu bawić?»Nie marszcz brwi! nie czas gniewać się za słowo,

1570 Gdy miecz na włosie wisi nad twą głową.Jeśli chcesz działać, — jeśliś działać zdolny,Masz, weź ten sztylet — pójdź, a będziesz wolny!«— »Mam iść? — zaprawdę, w brzęczących okowachPiękniebym stąpał po ich sennych głowach!

1575 Patrz! zapomniałaś, widzę, o mym stroju.A z tem narzędziem cóżbym zrobił w boju?«— »Nieufny człeku! — przekupiłam straże;Chciwe zapłaty, uczynią, co każę.Dość wyrzec słowo, a więzy twe spadną,

1580 Myślisz, że sama przyjść tu mogłam snadno?Czas, choć był krótki, użyłam go godnie,Na twój ratunek — choć może na zbrodnię.Zbrodnię?... nie! — nigdy zbrodnią się nie wydaŚmierć prześladowcy. — Pójdź, zabij Seida!

1585  »Cóż to? tyś zadrżał? — skąd ci ta obawa?Jam też nie była ni dzika, ni krwawa,Aż on sam jeden zatruł moję duszę!Skrzywdził mię, zelżył, — pomszczoną być muszę.Obwinił o to, czem dotąd gardziłam:

1590 Tak, choć pod strażą, ja mu wierną byłam.Śmiej się! ty możesz, — on nie miał przyczyny,Nie! — jam się jeszcze nie czuła do winy.Chciałam cię zbawić, krwią-bym okupiła,Lecz nie wiedziałam, że to miłość była.

1595 On to rzekł pierwszy — zawistny szyderca!Sam on myśl zdrady rzucił mi do serca.Jam nie kochała jego, lecz nikogoKochać nie śmiałam... Kupił mię — zbyt drogo,Bo niekupione serce biło we mnie.

1600 Znosiłam jednak — aż mi sam nikczemnieUrągać, wmawiać nie zaczął zamiaru,Żem chciała z tobą ujść podczas pożaru.To fałsz, wiesz dobrze; — lecz wróżby zawiściSkrzywdzone serce prędzej później ziści.

1605  »Nie sądź, że dla mnie spóźnił twe męczarnie,Nie! — prosić nawet nie mogłam bezkarnie.Na to on tylko czas tej zwłoki łożył,By tobie cierpień, mnie żalu przymnożył.Mnie też on grozi! — czas jakiś łaskawie

1610 Ku swej mię pańskiej zatrzyma zabawie,

Lecz, nasycony, dość by skinął wzrokiem:Wór się rozdziawi — śmierć w morzu głębokiem!»Jaż mam za cacko służyć do pieszczoty,Nim czas łudzącej nie zetrze pozłoty?

1615 Nie! kocham ciebie, — poprzysięgłam zbawić,By ci choć wdzięczność w pamięci zostawić.Lecz gdyby Seid nie był mię znieważał,Nie krzywdził sławy, życiu nie zagrażał,A wiem, do czego okrutnik jest zdolny,

1620 Wtedy!... i wtedy musiałbyś być wolny,Tak! — lecz krwi jego nie chciałabym przelać.Teraz, jam twoją! — chcę twój los podzielać,Słuchać, co każesz, i pełnić w pokorze.»Ty mię nie kochasz, nie znasz, gardzisz może;

1625 Nie przetom jednak gorsza, żem jest szczersza!Pierwsza to miłość — i nienawiść pierwsza!O! gdybyś kiedy wiary mej doświadczył,Wtenczas-byś może pojął i obaczyłMiłość, co płonie w sercach niewiast wschodnich!

1630  »Ona ci świeci blaskiem gwiazd przewodnich,Ona wskazuje wolność! — Jeśliś gotów,Pójdź, — w porcie na nas czeka łódź majnotów.Lecz w izbie, którą przejść nam trzeba właśnie,Śpi Seid... uderz! niech na wieki zaśnie!

1635 Bledniesz?«...— »Gulnaro! przed śmiercią nie bladłem,Nie czułem dotąd, że tak nisko spadłem!Seid jest wróg mój; mściwie i zażarcieŚcigał nas, szkodził, — lecz walczył otwarcie.Myśmy też przyszli moc jego osłabić,

1640 Pomścić się braci, i zabójcę zabić.Przyszliśmy z mieczem, nie z nożem; ten, czyjaDłoń niewiast broni, śpiących nie zabija!

»Nie natom, pani, z ognia cię ratował;Nie chciej, bym czynu dobrego żałował!

1645 Odejdź! — bądź zdrowa! — uspokój swą duszę!Dzień wnet zabłyśnie, — ja wprzód spocząć muszę«.— »Śpij, śpij! o wschodzie ockniesz się na palu!Umrzesz jak zbrodzień: cel wzgardy, nie żalu.Słyszałam rozkaz, widziałam zebrany

1650 Lud, rusztowanie, pal już zaciosany,Reszty nie ujrzę... nie zdołam cię przeżyć.»Korsarzu! trudnoż wznieść dłoń i uderzyć?Rozmyśl się! — miłość, nienawiść, zniewaga,Twe bezpieczeństwo tej śmierci wymaga.

1655 Bez niej ucieczka na nic się nie przyda,Ujść nie zdołamy pogoni Seida.»Pójdź! niech go słuszna nie minie zapłata,Za moje młode, pohańbione lata,Za krzywdy twoje, za krew braci twojej!

1660 Pójdź, pójdź! — cios jeden wszystko zaspokoi.»Co? — jeszcze nie śmiesz? — Więc ja się odważę!Ujrzysz, co ręka kobiety dokaże.Straż przekupiona... wychodź stąd czem prędzej!Ujrzym się wolni, — albo nigdy więcej!«

1665  Rzekła, — nie czeka, nie chce odpowiedzi.Znikła, — on drżący oczyma ją śledzi.Wlokący łańcuch w węzeł zebrał w ręku,By i szedł wolno, i nie wydał brzęku.

Drzwi otworzone, — wyszedł; straże zdjęte,

1670 Pusto i ciemno; przejście wąskie, kręte:Nie wie, gdzie idzie; ręką ścian się trzyma.Blask jakiś mglisty mignął przed oczyma;Czy światło dzienne? — wierzy i nie wierzy.Iść, czy nie? — poszedł; — chłód rzeźwiący, świeży

1675 W twarz mu powionął: czuje woń poranku.Wnet na otwartym ujrzał się krużganku.Odetchnął wolno, spojrzał wkoło siebie.Ostatnie gwiazdy bledniały na niebie,Wschód się zajmował brzaskiem; — wtem z uboczy

1680 Blask, jakby lampy, uderzył go w oczy.Z samotnej izby blask się ten przeciska,Drzwi wpół przemknięte... wpatruje się zbliska:Światło jest wewnątrz, lecz przy niem nikogo.Usłyszał szelest, i cofnął się z trwogą.

1685  Szybkiemi kroki, bielą otulonaPostać wybiegła, — stanęła... to ona!Dłoń jej bezbronna, krew szat nie plamiła,Dzięki jej sercu! dzięki! — nie zabiła!Spogląda na nią: obłęd w jej spojrzeniu,

1690 Jakby je w jakiemś utkwiła widzeniu!...Stanęła, — bacznem nasłuchuje uchem:Cichość dokoła! — konwulsyjnym ruchemWtył odrzuciła włosy, co po całéjTwarzy i piersiach w nieładzie spadały:

1695 Znać, że musiała nachylać się nisko,Na jakieś straszne patrząc widowisko.Zwraca się, — wzrok jej spotkał się z Konradem.Cofnął się przed nią. Na jej czole bladem,

Nad brwią — nieznaczna, której pewno sama

1700 Dojrzeć nie mogła, jedna mała plama!Ujrzał jej barwę, — mdłość mu wzrok zaćmiła,Pojął, zgadł wszystko: to kropla krwi była!

Bywał on w bitwach; w niewoli bezbronnejCzuł bliskie męki śmierci nieuchronnej;

1705 Wykraczał, cierpiał, i jeszcze nie zgadnie,Czy to okucie z rąk jego opadnie: —Lecz nigdy bitwa, niewola, zgryzota,Która nim kiedy miotała lub miota,Żadne cierpienie w całej swojej sile

1710 Nie przeraziło, nie wstrzęsło go tyle,Jako ta plama, ta kropla zbrodnicza!W niej zgasł mu urok pięknego oblicza.Widok krwi nieraz męstwo w nim zagrzewał,Lecz gdy ją w boju mężczyzna przelewał!

1715  »Stało się!... pójdźmy!« — Porwał się był z trwogą,»Lecz już się stało! — kosztujesz mi drogo!Pójdźmy stąd, pójdźmy! — nie tu czas na słowa!Patrz! dzień już świta, — łódź czeka gotowa.Kupione straże wnet za mną pośpieszą,

1720 Wszyscy chcą z twoją połączyć się rzeszą.Czyn mój w wolniejszej uniewinnię porze,Gdy już bezpieczni wypłyniem na morze«.

Klasnęła w dłonie: skryci, niedalecy,Wbiegli jej słudzy, Murzyni i Grecy,

1725 Zdjęli okowy na rozkaz władczyni.Znowu on wolny jak wiatr na pustyni!Lecz w sercu jego taki smutek cięży,Jakby z rąk na nie przełożono więzy.Skinęła, — drzwi się otwarły tajemne;

1730 Wiodą ku morzu przez przejścia podziemne.Wyszli za miasto, przyśpieszają biegu,Gdzie fala szemrząc srebrzy się po brzegu...Konrad szedł zwolna, nie dba i nie bada,Co go ma spotkać? swoboda, czy zdrada?

1735 Czuje, że opór na nic się nie przyda,Jakgdyby jeszcze był w mocy Seida.

Łódź czeka, wsiedli; rozdęły się żagle,Pękł sznur, łódź w pianach zaryła się nagleI poszła z wiatrem. Cieszy się gromada!

1740 Ileż tu wspomnień dla duszy Konrada!Dumał sam w sobie, aż głaz nad zatoką,Gdzie wysiadł na ląd, spotkał jego oko.Ach! od tej nocy, on, choć czas tak krótki,Wiekowe przeżył trwogi, zbrodnie, smutki!

1745 I gdy cień głazu posępny, olbrzymi,Sięgając łodzi czernił się nad nimi,On wzrok odwrócił, twarz płaszczem obwinął,I stał dumając, aż ten cień przeminął.Przypomniał wszystko: Gonzalwa, swą nawę,

1750 Braci swych, tryumf, klęskę, więzy krwawe,

I onę, tkliwą, kochaną jedynie!...Wzniósł wzrok, i ujrzał — Gulnarę, zbójczynię.

Długo w milczeniu spoglądała z trwogąNa odwróconą twarz, zimną i srogą.

1755 Spojrzał, — nie zniosła oczu jego mroźnych.Dzikość jej wzroku zgasła w łzach, zbyt późnych!Uklękła przed nim, dłoń łamie w rozpaczy:»Przebacz mi! — Allah może nie przebaczy,Aleś ty sądzić powinien łagodniéj!

1760 Cóżby się z tobą stało bez mej zbrodni?Karz mię, gdy zechcesz, lecz ach! nie w tej chwili,Nie dzisiaj jeszcze! — dziś pozór cię myli.Nie jestem taką, jak-em się być zdała.Ta noc straszliwa, ta mię obłąkała!

16751765 Gdyby nie miłość, niewinną-bym była,Lecz ty-byś nie żył! — Karz, gdym przewiniła!«

Krzywdzi go: siebie, a nie ją on winił.On źródłem zbrodni, choć jej sam nie czynił!Lecz mroczne, nieme, w duszy tylko na dnie

1770 Krwawią te myśli, — któż myśl jego zgadnie?

Pod lekkim wiatrem pełny żagiel wzdycha,Mknie łódź swobodna; woda jasna, cicha.Na widnokręgu, z trwogą niespokojną,Widzą punkt, plamkę, maszt, żagle, łódź zbrojną!

1775 Znać, że ich łódkę postrzegła zdaleka:Wszystkie swe żagle z pośpiechem nawleka,

Olbrzymia, nakształt morskiego straszydła,Pędzi, nadbiega, nastawiwszy skrzydła.Półkolem w pianach zarywszy się chyżo,

1780 Iskrzącą ku nim zawróciła spiżą.Błysnęło, kula świszcząc przeleciała,Plusnęła w wodę, — woda zasyczała.Porwał się Konrad na znajome echo,Oczy się jasną zaśmiały pociechą:

1785 »Mój strzał! mój okręt! widzę flagę moję!Jam znów pan morza, i nic się nie boję!«Dał znak, — poznali; z okrzykiem, weseli,Spuszczają czółno, i żagle zwinęli.»To Konrad! Konrad!« — ciżba na pokładzie.

1790 Próżny głos wodzów! W niesfornej gromadzieTłoczą się, patrzą, jak z dumną postaciąWchodzi na okręt, stanął między bracią!...Każdy go wita usty i oczyma,Dłoń się ich ledwo od uścisku wstrzyma.

1795 On, wpół niepomny swej straty i klęski,Wita nawzajem jakby wódz zwycięski;Ścisnął Anzelma dłoń, i znowu czuje,Że może walczyć, i że rozkazuje.

Umilkła radość, żal im niepomału,

1800 Że wódz na wolność wrócił bez wystrzału.Szli szukać zemsty, i gdyby wiedzieli,Że dłoń kobiety spełniła, co chcieli,Cześć jej królewską niosłaby gromada.Mniej oni trudni, niż duma Konrada;

1805 Wszystkie im drogi dobre, gdy u celuŁup albo zemsta na nieprzyjacielu,

Kryjąc uśmiechy, z podziwieniem w okuSzepcą, i ku niej spoglądają z boku;A ona, wyższa, niższa od płci swojéj,

1810 Krwi się nie bała, ich wzroku się boi!Milczy — i na dół spuściwszy źrenice,Gęstą zasłonę nawlokła na lice;Ręce na piersiach złożone z pokorą.Konrad bezpieczny, — w piersiach tych nie gorą

1815 Gniew ni nienawiść, i cobądź w nich wrzało,Serce kobiety tkliwem pozostało.

Pojął to Konrad, i czuł mimowoliWstręt dla jej zbrodni, lecz żal dla niedoli.Co uczyniła, żadna łza nie zmaże,

1820 W dzień gniewu swego niebo ją ukarze.Lecz już się stało! on karać niezdolny.Wielka jej zbrodnia, lecz on przez nią wolny!Ona dla niego poświęciła siebie,Wszystko na ziemi, i wszystko swe w niebie!...

1825  Z żalem ku brance spojrzał czarnookiej.Skroń jej schylona od myśli głębokiej,Bladość marmuru piękną twarz okrywa, —I tylko jedna ta plama straszliwa,Krew zabitego, co barwy nie mieni,

1830 Śród tej bladości jedna się czerwieni!...Ujął jej rękę: drżała, — już za późno!Tak trwożna teraz, mogłaż być tak groźną?Ścisnął jej rękę: drżała, — i dłoń jegoOsłabła; uczuł drżenie głosu swego.

1835 »Gulnaro!« — Milczy. — »Kochana Gulnaro!«Podniosła oczy z bojaźnią, z niewiarą,Wzrok jej rozjaśniał, i jakby zemdlonaNagle się w jego rzuciła ramiona.Gdyby odepchnął, — on, jedna opieka, —

1840 Byłby coś więcej lub mniej od człowieka.Pozwolił zostać; i gdyby nie ciemnePrzeczucia serca, straszne, choć tajemne,Może w tej chwili ostatnia na ziemiCnota-by jego poszła za drugiemi.

1845 Lecz przed nią nawet grzechem się nie stanieJedno tak pięknych ust pocałowanie!Pierwsze, co płochość wykradła wierności;Jedna nagroda tak wielkiej miłości!

Brzegi swej wyspy ujrzeli o zmroku.

1850 Każda się skała uśmiecha ich oku!U portu słychać zgiełk, wrzawę stłumioną,Strażnicze ognie na swych miejscach płoną.W zatoce szybkie ślizgają się łodzie,Skacząc delfiny igrają po wodzie;

1855 Krzyk nawet ptactwa, co się wkrąg rozlega,Brzmi dla nich wdzięcznie, zwiastowaniem brzega.Pizy każdem świetle chcą dojrzeć postaci,Każdy swej żony, kochanki lub braci!...Ach! któż tak czuje wdzięk własnej ustroni,

1860 Jak błędny żeglarz na burzliwej toni?

Palą się światła wzdłuż całych wybrzeży,Lecz Konrad światła nie widzi na wieży.Dziwią się wszyscy, i patrzą, daremno:W jednej Medory oknach tylko ciemno!

1865 W nich zwykło jaśnieć powitania hasło:Może i teraz śćmiło się, nie zgasło!...Rzucił się w łódkę: leniwo zbyt niosła,Z niecierpliwością pogląda na wiosła.Ach! on-by pragnął sokolemi pióry,

1870 Wiatrem zalecieć na wierzchołek góry!..Słabną wioślarze; znużenie ich zoczył,Nie czeka dłużej, i w morze wyskoczył.Łamie się z falą, dopłynął do brzegu,I biegł, na chwilę nie zwalniając biegu.

1875  U drzwi zamkniętych wstrzymał się i słucha:Wszystko uśpione, wkoło ciemność głucha!Puka, i głośno, echo się rozlega;Nikt nie otwiera, i nikt nie przybiega.Puka, lecz zcicha, bo dłoń jego drżąca,

1880 Bo w duszy jego myśl przerażająca!...Drzwi się otwarły, lecz przy nich nie ona,Na której uścisk gotował ramiona!A sługa milczy: on dwakroć próbował,Dwakroć chciał spytać, i słów nie znajdował.

1885 Porywa lampę; — w pośpiechu i trwodzeZ rąk mu wypadła i zgasła przy nodze.Poszedł w ciemności, lampa tylko drugaZ głębi mrocznego kurytarza mruga.Rozemknął izbę, — wszystko się odkryło,

1890 Co serce jego czuło, nie wierzyło.

Nie wyszedł, nie padł, nie płakał, — wzrok wlepił,Zimny dreszcz serce ścisnął, nie pokrzepił.On patrzał, boleść wzrastała tajemnie;Czuł, lecz pomyśleć nie śmiał, że daremnie!...

1895  Za życia ona piękniejszą nie była.Śmierć ją jak dziecię do snu utuliła.Zimny kwiat, tkwiący w jej zimniejszem ręku,Trzyma z ujęciem tak żywego wdzięku,Że, zda się, żartem utaiła we śnie,

1900 Że jeszcze budzić i płakać za wcześnie!Śnieżne powieki rzęsami długiemiĆmią, myśl się wzdryga na to, co pod niemi!...Tam-to się naprzód pastwi śmierć niszcząca,Gdy duszę z tronu światłości wytrąca

1905 I promieniste gwiazdy życia gasi,Choć blask ich jeszcze, jak w niej, usta krasi!Zda się z uśmiechem zmordowane mileDrzemią, nim znów się uśmiechną za chwilę!...Lecz biała, lekka, przejrzysta zasłona

1910 Żadnym na piersiach tchem nieporuszona;Lecz włos jej długi, utrefiony, lśniący,Martwo na śnieżnych ramionach leżący,Co kiedyś w pasma rozwiany promienneWonnością wiatry napawał wiosenne;

1915 Lecz twarz jej blada, nieruchoma postać!...Ona umarła! — Maż on sam tu zostać?

Nie pytał o nic, — cóż nada pytanie?Umarła, — widzi, wie, że nie powstanie.Miłość lat młodych, nadzieja następnych,

1920 Źródło chwil miłych, osłoda posępnych,Jedyna, którą między żyjącemiNie nienawidził, kochać mógł na ziemi:Wszystko mu wzięte! — On zasłużył na to.Ach! i tem srożej czuł boleść nad stratą:

1925 Czuł bez pociechy. Cnota ulgę znajdzieTam, kędy zbrodnia ni dojrzy, ni zajdzie.Źli, dumni, cel swój co tu założyli,Tracąc go, wszystko tracą w jednej chwili,Choćby rzecz błahą, lecz wszystko, co mieli!

1930 Któż się bez żalu z swem szczęściem rozdzieli!Niejedno czoło stoickie i okoMaskują tylko ranę zbyt głęboką;Niejedna rozpacz stroi się w uśmiechy,Aby daremnej nie żebrać pociechy

1935 Na niewetowne straty, albo grzechy!

Któż z tych, co czują, wysłowi katusze,Gdy chaos cierpień zwali się na duszę?Gdy tysiąc myśli plącze się i miesza,A wszystkie dręczą, żadna nie pociesza?

1940 Gdy sercem coraz szarpią czucia nowe,A ból ich ustom odbiera wymowę?...

Któż to wysłowi? Pod takiem brzemieniemDusza Konrada łamie się z cierpieniem;Aż, zda się, czułość straconej na świecie

1945 W serce mu weszła, i płakał jak dziecię!...Słabość to tylko, nie pociecha była:Wydała boleść, ulgi nie sprawiła.Nikt łez nie widział, i w tej nawet porzePrzy świadku z serca nie wyszłyby może.

1950 Sam je wnet otarł; znów długo spoglądał,Wyszedł, — pociechy ni szukał, ni żądał.Czy słońce wejdzie, — ciemny mu blask słońca;Czy noc zapadnie, — noc jego bez końca!Niema ciemnoty, jak smutku pomroka,

1955 Niema ślepoty, jak ponurość oka,Co na nic patrzeć nie chce, i unika,I idzie w ciemność, ach! bez przewodnika!

Serce w nim było tkliwe: lecz skrzywdzone,Strute zbyt wcześnie, zbyt długo drażnione,

1960 Poszło ku złemu; czucia były czyste,Lecz jako rosy krople przeźroczysteW głębi grot zimnych, niedostępnych słońcu,Ścięły się skrzepły, skamieniały wkońcuGrom kruszy skały: serce w nim jak skała,

1965 Śmierć je Medory jak piorun strzaskała.W cieniu się skały jeden kwiat rozwijał!Cień, groźny innym, jemu służył, sprzyja:Nadeszła burza, — grom zniszczył od razuLiliji piękność i wytrwałość głazu.

1970 Żadnego liścia nie zostało z kwiatu,By jego życie, śmierć przypomnieć światu;A strzaskanego głazu zimne szczątkiLeżą — już tylko grobowe pamiątki!...

Ranek, południe, — nie widać Konrada.

1975 Samotność jego szanuje gromada.Poszli nakoniec. — Pusta była wieża,Wódz znikł! Przebiegli wyspę i nadbrzeża.Noc, — jego niema; szukali noc całą,Imię Konrada echa zmordowało.

1980 Góry, doliny, jaskinie przebiegli,Próżno! Dzień nastał, — przy brzegu postrzegliZerwany łańcuch, gdzie barka stać zwykła.Uszedł! — z nim piękna niewolnica znikła.»Ha! a więc w pogoń! wiatr ten sam, co wczora!«

1985 Żeglują w pogoń. — Mylna, czy nieskora!Minęło wiele tygodni, miesięcy;Konrad nie wrócił, nie powróci więcéj!Śladu ni wieści, gdzie swój żal tułaczyUkrył przed światem, lub zginął z rozpaczy.

1990  Długo się wierna smuciła gromada;Świetny grób wznieśli kochance Konrada;

Jemu nikt grobu, pomnika nie święci:Zostało tylko w długich lat pamięciImię Korsarza i powieść smucąca

1995 Jedynej cnoty, a zbrodni tysiąca.

Comments

Loading comments…