Lara (Byron, 1924)
Translated from English by Julian Korsak
Niewolnik w państwach Lary, swobodny do woli,W połowie zapominał swej lennej niewoli.Pan ich, niespodziewany, lecz niezapomniany,Powrócił, — i weselem brzmią zamkowe ściany.
5 Na baszcie sztandar błyska a puhar na stole.Gościnny płomień, w szersze roztoczon półkole,Po szybach malowanych migocąc połyska.Weseli goście gwarzą wokoło ogniska.
Lara znów się rozgościł na ojczystym dworze;
10 Lecz poco Lara zwiedzał i lądy i morze?Gdy go ojciec odumarł, jeszcze nadto młody,Pan swej woli, na życia ważył się przygody;Smutne dziedzictwo władzy! a kto ją posiadał,Nieraz własne swe serce z pokoju okradał.
15 Nikt mu widać nie wskazał przy świetle pochodniTysiąca błędnych ścieżek wiodących do zbrodni.Właśnie gdy mu konieczną rada drugich była,Już wrząca młodość Lary drugimi rządziła.Małej wagi, z lat młodych jak, gdzie był, i kędy?
20 Pośledzać wszystkie morskie i zamorskie błędy;Choć krótkie jego były wędrówek przegony,Dość długie, by był przez nie w połowie zgubiony!
Lara młodo porzucił swego ojca progi,Lecz od chwili, pielgrzymi gdy wziął kij do drogi,
25 Z dniem, tygodniem, miesiącem, ci, co go żegnali,Zapomnieli odjazdu, wspominać przestali.Ojciec Lary był prochem, — jeden wasal trzyma,I to wszystko, co wiedział, że pana tu niéma!Cały zamek zapomniał o Lary imieniu,
30 Jego portret na ścianie czerniał w zapomnieniu.A ta, którą był poznał, pokochał na żonę...Inny mąż już pocieszał Lary narzeczonę.Młody o nim zapomniał, stary już był w grobie,A dziedzic niecierpliwy rozmawiał sam w sobie:
35 »On żyć musi!« — choć radby głos ten w duszy przemógł,I wzdychał do żałoby, której nosić nie mógł.
W części zamku, gdzie Lara miał komnaty swoje,Z posępnym wdziękiem ściany poubierał w zbroje.Lecz jednej zbroi niema, — stąd go zawiść pali,
40 Bo radby dziś ją witał w tej gotyckiej sali.
Lara przybył — i wasal pańską twarz ogląda;Skąd? nikt nie wie, — dlaczego? nikt śledzić nie żąda.Po skończonych witaniach każdy się zdumiewał,Nie, że przybył, lecz czemu dotąd nie przybywał?
45 Jeden paź służby pańskiej cały orszak składa,Cudzoziemskiej postaci, — twarz dziecinna, blada.Lata lecą i równą pędzą czas pogoniąTym, co siedzą, i dla tych, co po świecie gonią;Lecz z krajów zagranicznych brak wieści zapasu
50 Opóźnił rącze skrzydło zdrożonego czasu.Widzą go i poznają, lecz wszakże złudzeniemTeraźniejszość być sądzą, a przeszłość marzeniem.On żyje, choć sterany trudami i latem,Jeszcze męskością wieku słynąć mógł przed światem.
55 Jego błędy, występki, jakiekolwiek były,Różnym losem zwikłane w zagadkach się kryły;
Gdy znudzona wieściami czujna zawiść drzémie,Sprostać sławie ojczystej mogło Lary imię.Z dumną duszą w młodości, wszakże jego grzechy,
60 Jak rozkosze, cel miały swawolnej uciechy;A dla tych, jeśli w zbrodni nie płużył z kolei,Wymodlić rozgrzeszenie mógł nie bez nadziei.
Jakkolwiekbądź, widz bystry łacno odgadywał,Jakim dziś jest, — że nie jest tem, czem kiedyś bywał.
65 Czoło coraz wyraźniej marszczki mu zorały,Ślad przeszłych namiętności; niedbałość pochwały,Zimna postać, chód pewny, — gdy oczyma ciskał,Dumą, lecz już nie ogniem lat młodzieńczych błyskał.Wzrokiem bystrym, któremu żaden wzrok nie sprostał,
70 Drugich myśli do razu aż z głębi wydostał;I szczypiąca języka lekkość, jaką bawił,To żądło serca, które wprzódy świat zakrwawił, —Co zwykle, grając humor wesela udany,Rani tych, co nie radzi przyznać się do rany.
75 Wszystko to w nim i jeszcze coś w nim więcej było,Czegoby głos nie wybrzmiał, oko nie wykryło.Honory, sława, miłość, cel społeczny ludzi,Jaki niewielu zgoni, w wielu żądze budzi: —Zda się że z piersi swojej wszystkie wygnał szały,
80 Choć widać, że niedawno jeszcze nią wstrząsały.I jakieś czucie, czego usta nie wyrażą,Czasami przełyskało nad wybladłą twarzą,
Zapytań o przeszłości słuchać nie ochotny,O krajach, ziemiach, które przebłądził samotny,
85 O cudownych pustyniach, stepach, co zwędrował,Nic nie mówił, jakgdyby na to słów żałował.
Wszakże czasem, być może skutkiem nieuwagi,Rozpowiadał podróżne dzieje małej wagi.Lecz gdy drugich ciekawość ostrzyła ta mowa,
90 Spostrzegał się i rzucał coraz rzadsze słowa;Zbyt śledczo badających skroś okiem przenikał,Wnet mu czoło ciemniało i usta zamykał.
Choć przyjazd Lary żywej radości nie budzi,Przecie żądanym gościem był dla ciżby ludzi.
95 Wysoko urodzony, szczodry z obyczaju,Wiązał się ze wszystkimi magnatami kraju.Czasem licznił ich tłumne uczty i zabawy,I widział ich uśmiechy i nudzące wrzawy; —Tylko widział, bo Lara sercem nie podziela
100 Gminnej, powszechnej troski, wspólnego wesela.Lara za tem nie goni, za czem wszyscy gonią,Zwodzeni nadziejami, męczeni pogonią;Za nic miał ziemskie zyski, honory, urzędy,Gminną zawiść, rywali i piękności względy.
105 Od świata tajemniczem odgrodził się kołem,Nudził z ludźmi, — samotność była mu żywiołem.W nim jakaś myśl szydząca wygląda oczyma,Co karci śmiałą płochość i zdaleka trzyma.Bojaźliwsze stworzenia z trwogą nań patrzały, —
110 Szepcąc wzajemną bojaźń, w głos mówić nie śmiały;Drudzy, mędrsi, łaskawiej o Larze mówili,Niż postać wyrażała, lepszym go sądzili.
To rzecz dziwna! w młodości cały czynny, żywy,Polujący rozkosze, do walk nie leniwy;
115 Kobieta, oręż, morze, wszystko to, co dajeNiebezpieczeństwo grobu, obiecane raje,Naprzemiany doświadczał! W nadziejach bez skutkuSzukał nagrody w samej radości lub smutku.Gardzący gminną miarą rozkoszy, cierpienia,
120 W nieskończoności uczuć chciał zbiec od myślenia.Burzą serca i duszy wstrząsany pospołu,Z wzgardą patrzał na burze słabszego żywiołu;Często w niebo posyłał zachwycone oko,I pytał, czy Wszechmocny mieszka tam, wysoko!
125 Uwiązany do zbytku, niewolnik zapałów,Jakże Lara się zbudził z tak marzących szałów?Sam nie mówił, lecz z duszą zbudzony wylękłą,Musiał kląć zwiędłe serce, że dotąd nie pękło.
Książki, bo wprzódy żywą księgą był mu człowiek,
130 Odtąd podobał czytać do znużenia powiek, —A często, jak zamkowi słudzy mówią sami,Zamykał się od ludzi nocami i dniami,I nieraz wielkim krokiem, kiedy wszystko spało,Po ciemnych kurytarzach błąka się noc całą,
135 Gdzie jego przodków długi szereg malowanyŻałobny na podłogę rzucał cień ze ściany.Czasem była słyszana północna rozmowa,Lecz w niej był głos nie Lary i nie ziemskie słowa.Ci coś słyszą, ci widzą, jedni z drugich szydzą,
140 Że nad to, co być mogło, oni więcej widzą.
Poco swój wzrok tak często w trupią czaszkę wraża,Gdzieś świeżo wykradzioną z trumny lub cmentarza?Która wciąż przy otwartej jego książce leżyI patrzącym, prócz Lary, włos na głowie jeży.
145 Czemu nie śpi, gdy drugich noc usypia głucha?Czemu gości nie sprasza, muzyki nie słucha?Wszystko to źle w nim widzą! — co ma pan ze sługą?Gdzie obraza? — lecz powieść byłaby przydługą,Gdyby chcieli, coś wiedzieć mogli... Tak, za stołem
150 Siedząc, Lary wasale rozprawiali społem.
Noc była, — strumień Lary szumi po ogrodzie,Gwiazdy patrzają w strumień i kąpią się w wodzie.Tak cicho! żadnej fali, zda się, wiatr nie wzruszy,A przecież upływają, jak szczęśliwość z duszy.
155 I nieśmiertelne światła, co wzdłuż nieba żyją,Naokoło z traw, z liści nocne rosy piją.Bieg dzierzgany krzewami, najpiękniejszym kwiatem,Na jakich pszczoła lubi bankietować latem;Takie dzieckiem Dyjana wplatała w swój wianek,
160 Takie chciałby dać w darze kochance kochanek.Tak strumień wciąż ubrany, schodząc ku dolinie,W lśniących skrętach, zakrętach, jak wąż jaki płynie.
A tak cicho, spokojnie na ziemi i w niebie,Że nie zadrżałbyś, gdyby sam duch spotkał ciebie,
165 Pewny, że złe podobać nie miałoby mocyPrzechadzki w takiem miejscu, ach i w takiej nocy!Taką chwilę, noc taką, Bóg dla dobrych sprawił —Tak Lara myślił w duchu, dłużej tam nie bawił,I ku bramie zamkowej zwracał krok powolny;
170 Lara na takie sceny patrzeć już niezdolny,W nim pamięć dni minionych budzi myśl marząca,Nieba więcej słoneczne, mniej zamglone słońca,Noce, serca piękniejsze, co kochał namiętnie,A teraz... dziś-by Lara patrzał obojętnie,
175 Czy nad nim burze huczą, czy huragan głuszy;Lecz noc piękna dziś z takiej urąga się duszy.
Lara powrócił w swoje samotne mieszkanie,Za nim cień jego wielki przemknął wzdłuż po ścianie,Na której malowane wciąż jeden za drugim
180 Giermki, damy, barony stoją rzędem długim.Cnota, zbrodnia, niesława przemieszana z chwałą,To wszystko, co nam po nich z ich życia zostało,Przytem ciemne podania, nagrobne kolumny,Kryjące ich popioły, ich słabości trumny,
185 I pół karty zmieszanej nagany, pochwały,Którą w późną potomność brzmi ich żywot cały;Gdzie historyja zwykle swoje pióro łamie,Kłamstwo ubiera w prawdę, i jak prawda kłamie.Lara chodził i marzył; tylko światłość blada
190 Księżyca kratą okien na podłogę pada,Oświecając gotyckie sklepienia i szyby,Na których święci klęczą i modlą się niby.Kształty ich w fantastyczne przechodzą postaci:Żyją, lecz każdy z twarzy barwę życia traci.
195 Włos ich czarny, zjeżony, twarz ciemna, ponura,I szeroko rozwiane, migające pióra,Ich postać strojąc w całą okropność mogiły,Jako godła upiora straszliwie świeciły.
Już północ; wszystko spało, — stojąc gdzieś na boku,
200 Jedna lampa się pali i ćmi się we zmroku.Słyszysz! czy kto wybija drzwi z Lary mieszkania:Łoskot, dźwięk, krzyk, i za nim straszliwe wołania,Znów jęk głośny, przeciągły, to znów cicho, głucho.Czy to echo zbudziło ich zaspałe ucho?
205 Słyszą, budzą się ze snu, bojaźliwie śmieli,Bez tchu, gdzie jęk ich wzywał, na pomoc lecieli.Z rapierami bez pochew, z pochodniami w rękuPrzychodzą, wytężają ucho na głos jęku.
Zimny jak marmur, blady jak światło księżyca,
210 Co w tej chwili igrało wkoło jego lica,Lara, pan ich, jak długi leży na podłodze, —Przy nim pałasz dobyty w nadzwyczajnej trwodze.Dość silny, — choć go nagłe domęczyły bole,Jeszcze wzgarda brwi Lary marszczyła na czole.
215 Mdłość zmieszana z przestrachem; choć sam jak bez życiaNa ustach jego żyje jakaś chęć zabicia,
Jakaś klątwa zranionej dumy, i w połowieWidna groźba, przed chwilą co skonała w słowie.Oko jemu ściemniało, — lecz jeszcze uderza
220 W samych męczarniach dumnem spojrzeniem szermierza.Służba chwyta z podłogi i podnosi Larę.Czy słyszycie? — oddycha przemówił słów parę,I rumieniec twarz, usta sine zarumienia.Oczy patrzą mu dziko; iskrzą się spojrzenia;
225 Członki rzeźwią się z mdłości, ale dziwne słowaBrzmią z ust Lary: w nich, zda się, nie ojczysta mowa.Ci, co słyszą, poznają głos nie swojej ziemi,I rzeczywiście były te słowa obcemi.Pocóż niemi przemawia Lara na swym dworze,
230 Gdy ten, z kimby rad mówić, słyszeć ich może?
Wtem paź Lary przychodzi, — i paź jeden umiałPojąć pana i słów tych całą treść zrozumiał,Choć, coby w drugiej mowie mogły one znaczyć,Ni Lara chciałby wyznać, ani on tłómaczyć.
235 Przecie z mniejszem zdziwieniem od tych, co tam wkołoStali, paź nań poglądał, przechylił mu czoło,I swym własnym językiem Larze odpowiada;Lara dźwięków tej mowy pilnem uchem bada:Ta mowa łagodziła okropność marzenia,
240 Jeśli mogły marzeniem być Lary cierpienia.Ach! kiedy rzeczywista męczy nas katusza,Czyż idealnych cierpień potrzebuje dusza?
Cobądź marzył w gorączce, lub widział oczyma,Wszystko to, jak zaklęte, na dnie serca trzyma.
245 Zwyczajny ranek przyszedł, z nim wstał zdrowszy Lara,Ni księdza, ni lekarza rady się nie stara.I znów ten sam, jak zwykle, w ruchach i w rozmowie,Ni mniej zimny w uśmiechu, ni mniej skąpy w słowie,Ni więcej zamyślony, — choć noc nadchodząca
250 Dziś mniej mu się podoba i klnie zachód słońca,Śledzenia gminnych oczu uchodzi ta zmiana,Wasale nic nie zgadną z twarzy swego pana.Przytem sami wylękli od tej strasznej nocy,Poosobno na zamek chodzić nie są w mocy;
255 I tylko w drżących parach snują się tam czasem,Ściskając się i blednąc za lada hałasem.Szum chorągwi na baszcie, okna, drzwi skrzypiące,Głośne echo podłogi, obicia wiejące,Wielki cień drzew, co zamek wokoło obiegły,
260 Dziki świst wiatru, łoskot spadającej cegły, —Co słyszą, widzą, wszystko mnoży przestrach nowy,Zwłaszcza gdy zmrok zaczyna czernić mur zamkowy.
Czcza chęć! druga noc taka nie przyszła po chęci,Lub sam Lara grał tylko pozór niepamięci;
265 Co budzi więcej dziwu między wasalami:Czy mu pamięć zwietrzała z zdrowszemi zmysłami?Czy im kłamał niepamięć tej pamiętnej pory,Tych marzeń gorączkowych jego duszy choréj?Byłże to sen? czy była własna jego mowa,
270 Gdy z ust wyrzucał dzikie, jakieś dziwne słowa?Byłże to własny Lary ów wzrok obłąkany,Kłócący sen wasali krzyk i jęk słyszany?
I serce, co do walki z własnym bólem staje,Aż walką spracowane wkońcu bić przestaje?
275 Mógłże ten, co tak cierpiał, zapomnieć cierpienia,Gdy ci, co je widzieli, dziś drżą od wspomnienia?Czy tem ciągłem milczeniem sam Lara próbowałUwięzłą pamięć w słowach, jakie radby chowałW trawiącej go skrytości, co serce przejada,
280 Gdzie widny skutek, lecz nikt przyczyny nie zbada.Lara jedno i drugie krył, zamykał ściśléj, —Gminny wzrok nie wypatrzy ziarna wszystkich myśli,Na jakie często niema głosu w żywej mowie:Jeśli się wyrażają, to ledwie w połowie.
285 O nim wciąż sprzeczne sądy ścierają się, dwoją:Ci go lubią, szukają, drudzy się go boją.Dziwne zdania o Lary tajemniczym losieW pochwałach lub naganach krążą w ludzkim głosie:Jego skrytość podaje treść bajania drugim,
290 Ci śledzą, — nic nie wiedzą po śledzeniu długiem.Czem on jest, czem był kiedyś? radzi wiedzieć przecie,Co to za nieznajomy chodzi po ich świecie?Wróg, nieprzyjaciel ludzi, — wszakże na tej ziemiCzasem wesół ucztował, śmiał się z wesołemi.
295 Lecz ten uśmiech widziany, uważany zbliska,W wesołości miał jakiś pozór pośmiewiska.Nie był to uśmiech, w którym świt wesela dnieje,Co całą twarz oświeci i oczy rozśmieje.Wszakże czasem uderzał słodyczą spojrzenia,
300 Dając znać, że ma serce miękkie z przyrodzenia.Lecz jeśli jaką słabość drugim okazował,Jak niegodną swej dumy zaraz ją strofował.Wątpliwych zdań o sobie gardząc odkupieniem,Wymykał się sam sobie, dręczył się myśleniem.
305 I sam pokuty cierpień na swe serce wkładał,Które niegdyś czułością z pokoju okradał;I duszę zmuszał gonić nienawiści cele,Za to tylko, że niegdyś kochała za wiele.
W nim samym jest na wszystko jakaś wzgarda żywa,
310 On sam wiąże stworzenia i życia ogniwa:Cudzoziemiec w tym świecie, z nikim się nie brata,Zbłąkany duch, strącony aż z drugiego świata,Twór dzikich wyobrażeń, co tworzyć przywykaNaumyślnie nieszczęścia, którym sam umyka.
315 I napróżno, bo często płacił mimo chęciPół rozkoszą, pół smutkiem haracz ich pamięci.Z większem czuciem miłości od żyjących wielu,Zacność ludzi za nadto może miał na celu;Jego sny często prawdę za piękniejszą brały,
320 Tak młodość oszukaną zajął wiek dojrzały.Na pogoni widziadeł lata mu schodziły,Do lepszych skłonne celów własne trwonił siły.Namiętne burze duszy, ogniste marzenia,Co na młodość wywarły cały szał zniszczenia, —
325 Wszystkie lepsze uczucia w polu walk zostawił,A sam ich przypomnieniem dręczył się i bawił.Lecz dumny, od skarżenia siebie będąc zdala,Swój błąd i podział wstydu na naturę zwala;A w cielesnej powłoce, jaką śmierć nam kruszy,
330 Widzi karm dla robaków, lub klatkę dla duszy.
Tak dobre i złe biorąc za jedno, powoliZ dziejami przeznaczenia zmieszał dzieje woli.Wyższy nad samolubstwo gminnego człowieka,Swego dobra dla drugich czasem się wyrzeka.
335 Lecz nie, że był powinien, nie przez współuczucie,Raczej przez dziwne myśli zwichnienie, zepsucie,Czem wciąż tajemną dumę duszy swej sposobiłRobić to, co niewielu, — coby nikt nie zrobił.I taż skłonność, gdy w żyłach krew gorętsza wrzała,
340 Na rozdroża występku nieraz go zbłąkała,I stąd wyżej się wznosił, albo niżej spadałLudzi, z którymi wspólny dar życia posiadał.Wszystko, co żyje, żądze w nim rozdziału budzi,Dobrem czy złem, by tylko różnił się od ludzi.
345 Dusza, gardząc tym światem, z myślami wszystkiemiZamknęła się w świat własny, zdaleka od ziemi.Wszystko zimno przechodząc, co po ziemi chodzi,W nim krew coraz to więcej ziębi się i chłodzi;Szczęśliwszy! gdy w nim nigdy zbrodnią nie paliła,
350 Jeśli wciąż równie chłodną, równie zimną była!Wprawdzie napozór z ludźmi chodzi ich drogami,Robi, co drudzy robią, mówi ich słowami.Ni szał jemu rozumu więzi w swe okowy,Jego szaleństwo było serca, lecz nie głowy,
355 Obłąkać się w rozmowie rzadko mu się zdarza,Myśli bijących w oczy słowem nie wyraża.
Przy całej tajemniczej, ziębiącej postaci,Pozornej wesołości Lara nic nie traci.
On zna sztukę, gdy nie był to dar przyrodzenia,
360 Jak wiązać, jak narzucać na drugich wspomnienia.I ci, co jego widzą, niedarmo widzieli,I raz widząc, już o nim wciąż-by pytać chcieli.A ci, do których mówił, rozmową ujęci,Wszystkie słowa rozmowy mają na pamięci.
365 Gdy w domysłach się gubi ciekawość prostacza,On gwałtem obejmował za duszę słuchacza:W niej za pierwszem spotkaniem, cobądź z dwojga zyskał:Miłość albo nienawiść, swój obraz wyciskał,Choć krótko przyjaźń, litość lub jej wstręt podziela,
370 On tam w najgłębsze myśli na zawsze się wciela.Ktokolwiek jego duszę bliżej zbadać żąda,Jak naprzekór w badacza duszę sam zagląda.Ciągle myśli przytomny, w piersi drugich ludziMusowy, mimowolny wzgląd na siebie budzi;
375 A jeśli raz uwięznął w czyję sieć myślenia,Ten nadaremnie będzie wołał — zapomnienia!
Brzmi uczta, ciągle płyną przez zamkowe bramyDumne krwią i bogactwem rycerze i damy.Wkońcu gość pożądany, pan szerokiej ziemi,
380 Lara w zamku Otona zawitał z drugiemi.Tysiąc świateł, pochodni na zamku się pali,Wszyscy goście wesoło ucztują po sali;W tańcu orszak piękności zwinnym, lekkim ruchem,Wdzięku i harmoniji wiąże się łańcuchem.
385 Szczęśliwe młode serca i młodzieńcze dłonie,Co się łączą, zbiegają w tanecznym przegonie!Jest to widok, co może zgładzić troskę z twarzy, —Patrząc, starość z uśmiechem młode lata marzy,I młodość zapomina, że swój wiek uroni.
390 Tak chciwie myśl wesoła za uciechą goni!
I Lara wpół wesoły wzrok na wszystko trzyma,Każdą piękność pośledza pilnemi oczyma,Jak ta, lekkim poskokiem w tańcu latająca,Nawet echa nie budząc, podłogi potrąca.
395 Wsparty o słup stojący na pośrodku sali,Ręce na pierś skrzyżował — i poglądał daléj.Ni uważał, jak ktoś go trzymał wciąż na oku,Że nie połknąłby Lara tak śledczego wzroku.Wtem spostrzegł: — był to jakiś nieznajomy człowiek,
400 Zda się, jakby szpiegował tylko jego powiek;Cudzoziemiec z postaci, stojący od ściany,Wciąż aż dotąd na Larę patrzał niewidziany.Wkońcu z sobą wzajemne spotkali spojrzeniaNatrętnej ciekawości, niemego zdziwienia,
405 I Lary w słup stanęła szydząca powieka,Jakby wzgardzał spojrzeniem cudzego człowieka.Cudzoziemca od głowy aż do stóp rozmierza,Spojrzał mu oko w oko — i wzrokiem uderza.
»To on!« — na całe gardło cudzoziemiec woła, —
410 Głos ten w ustach słyszących rozległ się dokoła.»To on!« — »Kto on?« wtórzony głos po sali głuszy,Dalej, bliżej, aż obił się o Lary uszy
Tak dziko, że niewielu z tłumu było w stanieUkryć przestrach powszechny, powszechne zmieszanie.
415 Lecz Lara niewylękły, — choć zdziwienie w okuZrazu błysło, wnet zmierzchło w nieruchomym wzroku;Na tłumy obojętnie pogląda z wysoka;Ale wciąż cudzoziemiec nie spuszcza go z oka,I poskoczywszy bliżej, z urąganiem pytał:
420 »To on! Co on tu robi? Skąd on tu zawitał?« —
To za wiele, i darmo ukryć się sam stara,Tak widnego szyderstwa nie mógł ścierpieć Lara.Z wrokiem pewnym, choć w ruchach, w mowie zimny całyWięcej łagodnie męski, niż gorąco śmiały,
425 Odwrócił się i wołał: — »Groźby się nie boję,Na imię jest mi Lara! — gdy dasz poznać twoje,Mam gotowe żelazo, co słuszność domierzy,Za odpowiedź dworności podobnych rycerzy.Jam Lara! dalszych badań oszczędzaj mi, proszę;
430 Ja pytań nie unikam, ja maski nie noszę!«— »Ty pytań nie unikasz! — Jest jedno pytanie, —Choć uchem stronisz, w sercu masz odpowiedź na nie.Ty mnie zwiesz nieznajomym! Spójrz i wpatrz się we mnie,Przynajmniej twoja pamięć dana niedaremnie,
435 Nigdy twa chęć w połowie długu jej nie zmaże,A zapomnienia nawet wieczność ci zakaże«.Lara po nieznajomym pociągnął oczyma,Lecz w tych oczach wyrazu, żadnej myśli niéma.Nie raczył odpowiedzieć obojętnym wzrokiem,
440 Tylko głową potrząsa, i powolnym krokiemPoprzed tłumem przechodząc, ku drzwiom sali kroczył,Ale wtem nieznajomy drogę mu zaskoczył.
— »Słowo! stój i odpowiedz mi zaraz, któremuByłbyś równy, jeśli masz równą zacność jemu.
445 Czem byłeś, jesteś? — niech cię nie gniewa ta mowa!Gdy ja kłamię, — wszak łatwo zabić kłamne słowa.Czem byłeś, jesteś? spojrzyj sam w siebie, — na nowoKłam drugim swe uśmiechy, lecz nie wstrząsaj głową.Ty sam, którego czyny!...« — »Czem ja jestem, byłem?...
450 Twe słowa, groźby twoje za długo znosiłem.Nie słucham dłużej! — drudzy, których nowość pieści,Mogą dosłuchać końca cudownej powieści,Jaką im bezwątpienia język twój dopowie,A którąś dla mnie zaczął w tak zalotnej mowie.
455 Niechaj Oton ucztuje gościa tak grzecznego,Cześć moja Otonowi, a wzgarda dla niego!«I wtem Oton im przerwał, omawiając zdala:»Cokolwiekbądź was obu do gniewu zapala,Nie czas, miejsce po temu, by ucztę spokojną
460 I wesołość jej mieszać gadatliwą wojną.Jeśli baron Ezzelin ciskane potwarzeDowieść i udowodnić chce hrabiemu Larze, —Jutro, tu lub gdziekolwiek, rano, z wschodem słońca,Czekam was obu, życząc waszych sporów końca.
465 Ja sam, jak za znajomym, za ciebie się ręczę.Chociaż i hrabia Lara swe lata młodzieńczeSpędził w dalekich krajach, z nich jak obcy wrócił,Lecz Lara od swych przodków krwi się nie odrzuciłI nie zechce sam przeczyć sławie swego domu,
470 Powinności rycerskiej chybiąc aby komu«.— »Jutro! — odrzekł Ezzelin, — dobrze, jutro razemBędziem siebie doświadczać słowem i żelazem.Ja w zakład życie daję, że mój miecz w potrzebiePoświadczy słowa moje, tak jak chcę być w niebie!«
475 Co Lara odpowiedział? Dreszcz go wzgardy ziębił,I w oderwaniu myśli duszę swą zagłębił.Tymczasem wszyscy goście zebrani na saliSłowami i oczyma na Larę rzucali.On milczał, — zda się, jakby myślą i powieką
480 Zbłąkał się w niepamięci daleko, daleko!Ta niedbałość na wszystko, wszystkiego niechcenie,Niestety! zdradza czegoś silne przypomnienie.
»Jutro! — tak, jutro«. Lara tylko dwa te słowaWyrzekł, i na nich cała skończyła się mowa.
485 Żadnej myśli nie wydał twarzą i źrenicą,Ani w oczach zaiskrzył gniewu błyskawicą.Ale w tych słowach brzmiała jakaś myśl niezłomna,Ważenie się na wszystko i śmiałość przytomna.Płaszcz na siebie narzucił, zlekka głową skinął,
490 Szedł koło Ezzelina i wśród tłumu zginął.Lecz przechodząc, z uśmiechem spotkał mars barona,W czem była ni wesołość, ni duma gwałcona,Co się zgina, gdy siebie długą walką zmoże,Do pogardy wściekłości, której skryć nie może.
495 Raczej pycha człowieka, co pewny jest w duszyWszystkiego, co mógł zrobić, wytrwać dla katuszy.Maż-li to być spokojność i ta cisza cnoty?Lub zbrodnia zestarzała z rozpacznej zgryzoty?Niestety! często obie człowiek w dobrej wierze
500 Ze wzroku i ze słuchu za podobne bierze.Z czynów, i z czynów tylko szukaj prawdy klucza,Co serce nieznajome czytać nas poucza.
Lara skinął na pazia — i paź w okamgnieniuZbiegł, posłuszny pańskiemu słowu lub skinieniu,
505 On z nim z krajów dalekich jedynym był gońcem,Gdzie dusza rośnie, gore pod gorętszem słońcem.On dla Lary porzucił rodzinne zagrody,Cierpliwy w służbie, cichy, choć jeszcze tak młody.Jak pan jego milczący, wiarą swą u świata
510 Słynął nad stan swej służby i nad swoje lata.Choć mowa kraju Lary nie obca dla ucha,Paź w niej pańskich rozkazów mniej ochotnie słucha.Lecz wnet nogi uskrzydlał ochotniejszy cały,Kiedy słowa rodzinne z ust Lary zabrzmiały.
515 Dźwięk tych słów jak ojczyste góry miły w duchu,Ich echa nieprzytomne budzi w pazia uchu.Nieraz mu przypomina dźwięk rodzinnej mowy,Dawne przyjaciół, krewnych, rodziców rozmowy;Dziś to wszystko! swych wszystkich związków, swojej wiary
520 Wyrzekł się i odprzysiągł dla jednego Lary.Paź prócz pana nikogo nie widział na ziemi, —Co za dziw, że mu wierniej służył przed drugiemi.
Sam kształtny, smukły, — z czoła barwa płci bijąca,Przypalona promieniem ojczystego słońca;
525 Lecz słońcem nie nadpsuta białość lica świeci,Gdzie często niewołany rumieniec się kwieci.Lecz nie był to rumieniec, jakim zdrowie darzy,Gdy całą serca barwę maluje na twarzy;
To raczej skrytej troski róża chorowita,
530 Co w chwilowej gorączce na licu wykwita.Dziki połysk spojrzenia, wzięły gdzieś wysoko,Wciąż elektryczną myślą oświecał mu oko.Wszakże bijącą czarność swych powiek czasamiŁagodził i ocieniał długiemi rzęsami.
535 Był to smutek, czy duma, którą w oko wcielił? —Raczej tęsknota, jakiej niktby nie podzielił.Jego żadne zabawy nie wyciągną w pole,Gry, zalecanki chłopców i paziów swawole.Lecz czasem radby, z Lary nie zdjąwszy spojrzenia,
540 Poić się niepamięcią w szale zachwycenia.Gdy się z zamku wychylał, rad chodził samotny,Zwięzły w swych odpowiedziach, pytać nie ochotny;Jego przechadzką lasy, zabawą czytanie,Darniowy brzeg strumienia stawał za posłanie.
545 On, jak ten, komu służył, zdał się żyć zdalekaOd wszystkiego, co łechce wzrok i myśl człowieka;Żadnych darów od ziemi nie przyjąć z powicia,Prócz jednego gorzkiego daru; — oprócz życia!
Jeśli mógł sercem przylgnąć — to tylko do Lary,
550 Czcią jedną i czynami dowodząc swej wiary;Jego troska, chęć pańską lubiąca pośledzać,Wprzód nim w słowach zabrzmiała, zwykła ją uprzedzać.Lecz w tem, co robił, była jakaś duma mała,Jakaś myśl, coby groźby ścierpieć nie umiała.
555 Choć pilniej niż niewolnik wolę wykonywał,Czynem tylko jej służył, twarzą rozkazywał.Jeśli pańskie rozkazy wypełniał z ochotą,Łatwo zgadnąć, że Larze służył nie za złoto.
Lekką służby powinność pan na pazia wkłada,
560 Miecz nosić, trzymać strzemię, gdy konia dosiada,Stroić lutnię, lub z panem w chwili wolnych wczasówŚlepić wzrok nad księgami starożytnych czasów.Lecz sam nigdy nie licznił domowników tłumy, —Wszakże im znać nie dawał ni wzgardy, ni dumy.
565 Lecz dobrze wzgląd użyty, czem chciał dać dowody,Że sercem lgnąć nie umiał do służalców trzody.Jakibądź stan, ród pazia, mógł się sercem zbliżyć,Duszą zgiąć się do Lary, nie do nich się zniżyć!Mógł mieć przeszłość szczęśliwszą, żyć w lepszym orszaku:
570 Z jego rąk gminnej pracy nie pośledzisz znaku;A tak niewieścio białe, że przy wdzięku licaPodobieństwem płci drugiej uderza, zachwyca.Lecz z ubioru, ze wzroku, co sam udać żąda,Więcej dziko niż oko piękności wygląda.
575 Surowość, z jaką drugim wydawać się boi,Więcej krajom gorącym, niż jemu przystoi;Wprawdzie nigdy z ust pazia gniewami nie wrzała,Lecz jego własna postać zgadnąć ją kazała.Paź miał Kaled na imię, choć rozgłos wieść rzucił,
580 Że inne imię nosił, nim swój kraj porzucił.Bo czasami to imię, choć go zbliska słucha,Niesłyszane, jak obce, wpadało do ucha.Czasem nagle się zrywał, jakby mimo chęciDźwięku tego imienia szukał po pamięci.
585 Przynajmniej tem imieniem wołał go głos Lary,Co mu słuch, wzrok i serce więził swemi czary.
Kaled rzucił oczyma wzdłuż biesiadnej sali,Spostrzegł nagłe zmieszanie i gniewem się pali.I gdy tłum wkoło pazia zdaleka i zbliska
590 Gwarzył, dziwił się, ciskał żarty, pośmiewiska,Jak mógł ścierpieć spokojnie Lara dumny, hardy,Pogróżki cudzoziemca i szyderstwo wzgardy? —Twarz młodego Kaleda naprzemian się mieni,To mu usta sinieją, lice się czerwieni,
595 I na czole ściemniałem zimna rosa świta,Kropla chorego serca, wilgoć chorowita,Co wschodzi, gdy upada czynna pierś człowieka,Pod myślami, od których rozwaga ucieka.Są rzeczy, które musim lęgnąć, marzyć w głowie,
600 I działać, nim myśl nasza przewidzi w połowie.Lecz cobądź Kaled dumał, coś takiego było,Co mu usta zamknęło i czoło ściemniło.Właśnie na Ezzelina poglądał z uboczy,Gdy mu Lara, przechodząc, rzucił śmiechem w oczy.
605 Lecz gdy śmiech taki spostrzegł, opuścił źrenice,Jakby poznał, rozwiązał śmiechu tajemnicę.Pamięcią w pańskiej woli, zda się, czytał z trwogąTo, czego drudzy w Larze wyczytać nie mogą.Skoczył naprzód, — paź z panem ucztę pożegnali,
610 I wszystkich jak samotnych rzucili na sali.Każdy wraził wzrok w Larę z czujnością niemałą;Wszystko tak swe uczucia z tą sceną zmieszało,Że gdy cień jego długi przemykał wzdłuż sieni,W świetle lampy ze stropu bijących promieni, —
615 Ich pulsa żywiej biły, w gorączce zdziwieniaZa prawdę brali widmo czarnego marzenia.
W każdej trwodze rojonej jest bojaźń prawdziwa,Bo zwykle, co najgorsze, bliższe prawdy bywa!Wszyscy goście odeszli, Ezzelin z natłoku
620 Jeden tylko pozostał, z zamyśleniem w oku.Poco dłużej miał bawić, gdy uczta skończona?Wkońcu ręki ściśnieniem pożegnał Otona.
Wszystkich noc nadchodząca do spoczynku skłania,Każdy się rad wykrada na senne posłania,
625 Gdzie wesołość gwarzącą ciche więzi łoże,Gdzie smutek wzdycha do snu — i zasnąć nie może,A człowiek dniem zmęczony, rad ze snu przybycia,Cofa się w to rozkoszne zapomnienie życia.Tam drzemią gorączkowe nadzieje miłości,
630 Nienawiść, wola dumy, wybiegi chytrości;Nad oczyma ich wieje skrzydło niepamięci,I byt kona pod godłem grobowej pieczęci.Dla snu łoża któż nada jakie lepsze imię?Mogiła, cmentarz nocy, gdzie świat cały drzémie.
635 Słabość, siła, występek i zbrodnia leniwieW puch tonie i w niemocy nagiej śpi szczęśliwie.Tak ludzie snu oddechem na chwilę weseli,By walczyć z trwogą śmierci, budzą się z pościeli.Choć każdy dzień im nowe oświeca cierpienia,
640 Stronią od snu, że może być snem bez marzenia.
Noc pierzcha, mgły poranne, wkoło gór wiejące,Topią się w dziennym blasku, i świat budzi słońce.Ciągle jutrem powiększa swoję przeszłość człowiek,Choć już ostatni świeci dzień dla jego powiek.
645 Lecz natura wciąż młoda, jak wyszła z powicia,Na niebie i na ziemi tyle światła, życia!Kwiaty na błoniach, ciepło w słonecznym promieniu,Wiatr w powietrzu i napój rzeźwiący w strumieniu.Człowieku! wpatrz w jej wdzięki swoich oczu dwoje
650 I wykrzyknij z radości: »Oto wszystko moje!«Póki możesz, poglądaj żywemi oczyma;Jutro przyjdzie, lecz może tobie jutra niéa.I sam naucz się płakać na swoim pogrzebie,Jednej łzy nie zasłużysz u ziemi i w niebie,
655 Wiatr w dzień zgonu nie westchnie za wszystkich, za ciebie,Nie więcej chmur się zbierze, silniejsza ulewa,Nie więcej jak zwyczajnie, spadnie liści z drzewa.Dla jednych gadów ucztę twoje sprawią zwłoki,Nim je ziemia rozrobi w swoje żyzne soki.
660 Już ranek — już południe, — na zamkowej saliZwołani przez Otona rycerze czekali.Właśnie w zamku godzinę wybiły zegary,Która miała rozstrzygnąć śmierć lub życie Lary,
W niej Ezzelin miał zeznać, co mógł o nim wiedzieć,
665 I jakabądź jest powieść, musi ją powiedzieć.Swoję wiarę dał w zakład, i Lara przyrzekaSpotkać go tutaj w oczach nieba i człowieka.Gdzież on jest? kto miał drugim prawd powiedzieć tyle, —Nie zniosą, by miał zwłoką spóźnić aby chwilę.
670 Już godzina wybiła, i Lara przybywa;Postać jego spokojna i zimno cierpliwa.Gdzie Ezzelin? czy taka jego słowność była?Szmer powstał, i Otona twarz się zasępiła.— »Ja znam mojego druha! wiarę ma na względzie,
675 I jeśli jest na ziemi, wkrótce tu przybędzie.Jego dachy błyszczące na dolinie stojąPomiędzy włością Lary a dzielnicą moją.Gość taki zawsze zaszczyt robił w moim domu,I mnie baron Ezzelin nie przyczyni sromu,
680 Będę ręczył za druha, póki tylko żyję,Lub mu rycerską plamę sam krwią własną zmyję«.Wtem Lara głos mu przerwał: — »Rano, z wschodem słońca,Jak kazałeś, przychodzę dosłuchać do końcaPowieści cudzoziemca, jaką wczora prawił,
685 Choć już dość jego język serce mi zakrwawił.
Widać zmysły niezdrowe w słowach go uwiodły,Lub, co gorsza, wróg z niego nieszlachetny, podły.Ja go nie znam... on może znał mię w krajach... kędy...Lecz poco nam te słowa jałowej gawędy;
690 Jak widzę, język słabo zakład ubezpiecza;Dowiedź mi jego wartość ostrzem swego miecza«.Dumny Oton na ziemię rękawiczkę cisnął,Sczerwienił się — i nagim mieczem z pochwy błysnął.»Rad cię chwytam za słowo ostatnie, albowiem
695 W nieobecności gościa ja ci sam odpowiem«.Niezmieniony na twarzy, choć gniew był w ich obu,Choć niemniej bliski swego, jak drugiego grobu, —Z ręką, którą pokazał od szabli ujęcia,Że równie do odbicia wprawna, jak do cięcia, —
700 Z okiem chociaż spokojnem, lecz co w krwi podoba,Lara pociągnął miecza, — i zwarli się oba.Nadarmo ich ściskają i wołają w tłumie,Nikt wściekłości Otona oprzeć się nie umie;Jeszcze sam, jak na wzgardę, te słowa powiada:
705 »Tego miecz u mnie lepszy, kto nim lepiej włada!«
Niedługa była walka — próżny, ślepy, wściekłyOton, w pierś szablą cięty, upadł krwią ociekły.Lara, zręcznem podejściem podciąwszy mu nogę,Zranionego Otona rzucił na podłogę:
710 »Proś o życie!« — Ten milczał, i padłszy na nogi,Już odtąd ze skrwawionej nie powstał podłogi.Lara pali się w gniewie i twarz jego całaW swojej szatańskiej barwie na węgiel sczerniała.I wścieklej blaskiem miecza okrążył go wkoło,
715 Niż wtedy, gdy jak śmiałek wręcz mu stawił czoło.
Całej sztuki szermierstwa doświadcza niezwłocznie,Kryty wstręt jego serca budzi się widocznie.A tak zapamiętale z wroga się urąga,Że gdy go tłum zbliżony za ramię odciąga,
720 Z szału ostrze spragnione ku tym mierzy, celi,Co przez litość odciągnąć, oderwać go chcieli.Po chwili ich zamiaru niechętny się ima,Lecz na niego wciąż patrzy takiemi oczyma,Jakby walka bez skutku jakiś wstręt w nim sprawia,
725 Co wroga po zwycięstwie przy życiu zostawia,Jakby w ranę śledzącą zaglądał powieką,Jak ofiarę do grobu zbliżyła daleko?
Rzeźwią, niosą Otona — i lekarz zamkowyZakazuje mu wszelkich pytań i rozmowy.
730 Ciekawy tłum się zbiera do przyległej sali.Lara, tłumem gardzący, szedł za nimi w dali;Po walce ze zwycięską palmą zapaśnikaW dumnem milczeniu zwolna ku drzwiom się pomyka.Dosiadł konia i drogą jak strzała puszczona
735 Leciał — i ani spojrzał na zamek Otona.
Lecz gdzie był ów meteor nocy, który sennymOczom przegraża, aby zniknął z blaskiem dziennym?Gdzie Ezzelin? Czy przyszedł, poszedł — i nie wrócił,Aby sam żadnych śladów za sobą nie rzucił?
740 Ezzelin — jeszcze ciemno, gdy dzień w zmroku świta, —Rzucił zamek Otona, — droga prosta, bita,Nie mógł zbłądzić, a przytem bliskie miał mieszkanie;Przecie zbłądził; — i ledwo dniało na świtanie,
Zaczęto śledzić, — goniec za nim w trop wysłany,
745 Nic nie wie, prócz, że zginął gdzieś ich pan szukany.Zamek pusty, nieczynny stoi koń przy żłobie,Giermki płaczą po panu i chodzą w żałobie.Ci rozbiegli się szukać po drodze, za drogą,Krwawych znaków morderstwa — i znaleźć nie mogą.
750 Ani kropla krwi świeci przez ciernię i wrzosy,Płaszcz pański poszarpany, ni wyrwane włosy.Wciąż po błoniach powiewa niezdeptana trawa,Ani śladu, czy była jaka walka krwawa.Ni palce czyjej ręki, gdy krew tryska z żyły,
755 W mękach zgonu murawę zgniotły lub splamiły,Gdy ręka nawpół trupia, słaba do obrony,Cały gniew swój wywiera na trawnik zielony.Takie znaki być muszą, kto gdzie krew przeleje, —Lecz tych niema; zostały wątpliwe nadzieje,
760 I dziwne podejrzenia poszepty i gwaryMiędzy tłumem czerniły codzień sławę Lary.Gdy Lara się pokaże, wnet zawiść oniemi, —Ci życzą, pragną, aby dłużej nie był z niemi,By z nałogu znów szerzyć czerniące go zdanie
765 I czarniejszym kolorem barwić domniemanie.
Dni lecą, i Otona zgoiły się rany,Ale nie jego duma; zawiścią wstrząsanyBył pan możny, bogaty, zawziętszy niż Lara,Przyjaciel tych, kto temu wręcz szkodzić się stara;
770 I w imię prawa kraju sam wołać poczyna:»Niech Lara zda na gardło sprawę z Ezzelina!Któż, jeżeli nie Lara, trwogi mu użycza,Że tak stroni od jego i drugich oblicza?Samby Cierpiał, więc winien, że Ezzelin zginął,
775 Gdyby nań swoje skargi szeroko rozwinął.
Zwykle rozgłos powszechny niewiadomość szerzy,Ciekawość gminu rada tajemnicom wierzy.Widoczna obojętność, zimny wstręt do ludzi,Co stroni spoufaleń, miłości nie budzi;
780 Duma pomiatająca i zręczność nielada,Z jaką ostrem żelazem po szermiersku włada.Gdzie swe ramię przyuczył do bitwy rzemiosła,Gdzie i kędy ta duma w sercu mu urosła?Bo nie była to wściekłość przypadkowa, cudza,
785 Jaką słowo zapala i słowo przystudza,Lecz właściwa, głęboko wyrobiona w duszy,Co gdy raz w co uwięźnie, samę litość zgłuszy.Podobnie długa władza i szczęście zbyt głośneZestrzela się w to wszystko, co jest bezlitośne.
790 Te więc, budząc nagany raczej, jak pochwały,Z czasem na Larę wielką burzę zgromadzały.Lara musi dać gardło, tak się chmury zwarły,Temu, co go wciąż ściga, żywy lub umarły.
W kraju wszyscy wasale zniechęceni żyli,
795 I przeklinali władzę, której czołem bili.Ziemia długo jęczała pod rózgą niewoli,Gdzie w imię prawa rządził humor pańskiej woli.Częsty w domu niepokój i wojna za domemSerce do krwi i zbrodni robiły łakomem.
800 Ludzie tylko czekają hasła albo słowa,I wnet mordem, zniszczeniem wre wojna domowa.Ta nie zna kto nijaki: cały kraj rozdzielaPomiędzy dwa nazwiska: — wroga, przyjaciela.Zamknięty w lennym zamku, każdy sam był panem,
805 Czynem, słowem poddany, z sercem niepoddanem.
Tak Lara odziedziczył swoje właści nowe,Z niemi ręce leniwe i serca tchórzowe.Lara, długo za krajem będąc, to miał w zysku,Iż był wolny od plamy ciemięstwa, ucisku.
810 W jego rządach łagodnych wasale powoliJęli odwykać jarzmu ciężącej niewoli.Jedna służba domowa w dawnej trwodze trwała,Chociaż więcej o niego niż o siebie drżała.Dziś nad nim się litują, chociaż z pierwszej chwili,
815 Złe sądy tworząc o nim, na gorsze wróżyli;I niemy humor pana, każdą noc niespaną,Zwyczajnie za chorobę samotności brano.A choć w pańskiem mieszkaniu żyła cichość samą,Ponurość, — lecz wesoła jego zamku brama:
820 Od niej nędzarz nie odszedł nigdy bez ofiary,Dla nędzy litość przecie znała dusza Lary.Zimny z równym, na dumnych patrzący z wysoka, —Wieśniak obojętnego nie uchodził oka:Mało mówił, lecz skoro wszedł pod dach zamkowy,
825 Często znalazł przytułek, a nigdy obmowy.I co dzień, co godzina, do zmroku od ranaJakiś nowy przybyłec licznił orszak pana.Od straty Ezzelina częściej, jak się zdarza,Lara grał gościnniejszą grzeczność gospodarza.
830 Może Oton w nim budził wciąż bojaźni noweZasadzki zgotowanej na zbrodniczą głowę.Cobądź myślił, ze swojej gościnności plonówWiększy wzgląd zyskał ludu, niż swych współbaronów.Wasal, grozą barona z swych siedzib wygnany,
835 Przyszedł, wołał przytułku, — i wnet mu był dany.
Żaden wieśniak nie płakał zagrabionej trzody,A niewolnik zaledwo tęsknił do swobody;Stara chciwość bezpiecznie swe skarby zbierała,Przy nim wzgarda z ubóstwa urągać nie śmiała.
840 Obiecanej nagrody nie zmylił nikomu,Gość na zamku rad gościł, jak w swym własnym domu.Nienawiści gdy niemoc tępiła sztylety,W pomoc zemsty spóźnionej ciężkie niósł odwety.Miłość, wciąż pomiataną przez nierówne śluby,
845 Cieszył, i w jej objęcia wracał przedmiot luby!Wszystko gotowe, — Lara tylko chwili czeka,W której ma zdjąć lenniczą niewolę z człowieka.Przyszła chwila — i Oton, co mu groził, fukał,Stronił od zemsty, której wprzódy sam tak szukał.
850 Tłocząc się tysiącami lud na zamku gwarzy, —Między tłumem jest wielu odważnych zbrodniarzy;Radzi jarzmo baronów że zrzucili ze siebie,Z wzgardą chodzą po ziemi, z nadziejami w niebie.Lara wolność ogłasza, nastręcza sposoby,
855 Już nie kraj dla tyranów, lecz jak kopać groby!Taki krzyk, takie hasło, brzmiąc na wojnę krwawą,Musi szerzyć nieprawość, a hamować prawo,Wiara, wolność i zemsta — co chcesz? dosyć słowa,A ludzkość wzajem siebie zabijać gotowa!
860 Jedno zdanie stronnictwa wtórzone w zapaleDa tron zbrodni, nakarmi gady i szakale.
Tak wasal swym baronem pomiatał po kraju,Rządzącego następcy słuchał ze zwyczaju;W stronnictwach do obłowu szukając sposobu,
865 Niewolnik gardził jednym, nienawidził obu.Czekają tylko wodza z imienia, ze sławy;Znaleźli, — wódz się wiąże sercem do ich sprawy.Przypadkowo zmuszony we własnej obronieWalczyć i znowu z ludźmi wspólne krwawić dłonie;
870 Dziwnym losem od wszystkich odcięty tej chwili,Co mu po krwi i sercu wrogami nie byli, —Od tej nocy przeklętej dla siebie sam LaraZ najgorszem, choć nie jeden, wręcz spotkać się stara.Choć gorąco poczynał, sam go rozum skłania
875 W czynach zdala snowanych unikać badania.Nim sam ze swoją własną sprawą wszystkich zmieszał,Gdy upadał, przynajmniej swój upad zawieszał.Troska, co długo w myśli więziona czuwała,Burza, co sama siebie strawiła i spala, —
880 Budziła się, a ciągnąc na wypadków pole,Zda się gwałtem zbliżała jego czarną dolę.Znowu Larę po świecie tenże sam los żenie,Znów ten sam, — tylko mała zaszła zmiana w scenie.On mało dba o życie, mniej jeszcze o sławę,
885 Niemniej ważyć się zdolny na rozpaczną sprawę,
Stworzony, by na siebie klątwę drugich ściągał,By ktobądź z nim los dzielił, nieszczęściu urągał.Co mu z wolności tłumu, — cel, nagroda jaka?On, by tylko zgiąć pana, podźwigał żebraka.
890 Myślał, że w swej zagrodzie spędzi dni spokojne,Lecz mu tam los i człowiek wypowiedział wojnę.Nawykły łowom, nie mógł siebie trudem słabić,Kto chce zdobycz ułowić, wprzód go musi zabić.Surowy, a nie dumny, milczący z powicia,
895 Aż dotąd był spokojnym widzem sceny życia.Lecz znów pchnięty do szranków, stanął w walce nowejJak wódz nieporównany do wojny domowej.Głosem, twarzą, postacią, gdy wzrokiem uderza,Oczyma zdradza dzikość i męstwo szermierza.
900 Co dadzą walk tak często powtarzane dzieje,Każdej bitwy i wojny tak zmienne koleje?Uczta sępów, krwi przelew, szczęk i dźwięk oręża, —Ten słaby, że przegrywa, dumny, że zwycięża;Wciąż dymiące ruiny, w gruz runące mury...
905 I ta była jak wszystkie podobnej natury,Prócz, że biorąc szał siły za rycerską cnotę,Z piersi swojej wygnali litość — i zgryzotę.Nikt nie błagał, bo litość już nie miała ucha,Na trupie zabitego jeniec zionął ducha,
910 I dla obu zwycięzcy równie wściekli byli;I ci, co się za wolność lub za władzę bili,Rozmyślali, że było im zabitych mało,Gdy jeszcze do zabicia więcej pozostało.
Daremnie ktoby szałom wojny się opierał, —
915 Mord i głód naprzemiany cały kraj pożerał:Palą ognie — i pożar szerzyć się zaczyna,Nad swym czynem codziennym śmieje się ruina.
Zrazu wszystkich do bitwy świeży popęd żenie,Szło za tłumami Lary pierwsze powodzenie.
920 Lecz wygrana sprawiła ich zagubę całą:Rozpasane żołnierstwo wodza nie słuchało.Bez szyku nacierają na wroga bezładnie,Myśląc: przy tym wygrana, kto pierwszy napadnie.Łakomstwo krwi, łupieży, nieporządek szyków,
925 Nadawały żołnierstwu postać rozbójników.Darmo, co wódz powinien robić, robi Lara,Darmo wściekłość walczących zawściągnąć się stara.Głos wodza nie przystudzi w nich do krwi pragnienia,Ta ręka, co zapala, nie zgasi płomienia.
930 Przezorny nieprzyjaciel, szkodząc niepomału,Otwiera obłąkanym ślepe oczy szału.Zmyślony odwód, nocne wycieczki na stronę,Zasadzki, trud codzienny i bitwy spóźnione,Brak zapasów, stąd częsty głód i niewygody,
935 Obozy bez namiotów, nieba niepogody,Wał twierdzy, co związkowym urąga z kolei,I drażniona cierpliwość zwodzonych nadziei, —O tem oni nie myślą: kiedy wróg uderza,Oni walczą z odwagą starego żołnierza;
940 Lecz wolą śmierć obecną, całą wściekłość boju,Niż powolnie się męczyć od trudów i znoju.Głód dokucza, skwar pali gorącego lata,W szeregach tysiącami gorączka wymiata.Zrazu tryumf niewczesny nowe budzi wstręty;
945 Jeden Lara klęskami zda się być niezgięty,Alę niewielu idzie w swego wodza ślady,Tysiące podrobniały na szczupłe gromady.
Mężni, chociaż nieliczni, najlepsi zostali;Sami gardząc porządkiem, teraz go płakali.
950 Jeden środek pozostał: — granica dość bliska,Umknąć nieprzyjaciela, który ich naciska.I muszą wstyd i rozpacz ponieść w kraj sąsiedni,Pomiatane włóczęgi, lub wygnańce biedni,Smutnie żegnać, porzucać swe ojczyste pola!
955 Lecz ginąć lub się poddać — to smutniejsza dola!
Uradzili, — już idą; zakrytych mrokamiNoc prowadzi i z góry przyświeca gwiazdami.Już widzą, jak ich promień zimny i dalekiŚpi spokojnie na falach pogranicznej rzeki.
960 Już widzą... Co tam świeci? czy porzeczne brzegi?Nie, — to wrogów nad rzeką czernią się szeregi.Odwrót albo ucieczka! z poza drzew szumiącychŚwieci sztandar Otona i włócznie goniących.Czy to płoną na wzgórzach pasterskie ogniska?
965 Niestety! ognia łuna za dziko im błyska.Widzą — i wszystkich zrazu owiał przestrach trupi,Może mniej krwi bogatszy choć raz łup okupi.
Wstrzymali się, — znużona wytchnęła gromada:Czy mają naprzód pomknąć, czy im stać wypada?
970 To mniejsza; — gdy uderzą na nieprzyjaciela,Co im broniąc przechodu od rzeki przedziela,Jakich niewielu, mimo wspólną obietnicę,Może złamie szeregi i przejdzie granicę.»Natarcie będzie nasze! — ich napadu czekać,
975 Jedno co po tchórzowsku mężną śmierć odwlekać«.Każdy koń okiełzany, każdy miecz dobyty.Na łękach siodeł błyszczą tarcze i dziryty.
W tych kilku słowach Lary, brzmiących w nocnej ciszy,Niejeden może tylko głos śmierci posłyszy?
980 Miecz ma w ręku, — twarz Lary jakiś smutek znaczy,Lecz zanadto spokojna na wyraz rozpaczy.Ziębiąca obojętność wciąż mu duszę chłodzi,Jakiej mężni nie mają, gdy krew lać przychodzi.Pogląda na Kaleda, w jego oczach bada
985 Jakiejś troski; twarz pazia zasępiona, blada;Może nocą przyćmiony sam promień księżycaRzucał bladość niezwykłą na Kaleda lica?Bladość strasznej białości, jak kość od cmentarza,Co wiarę jego serca, lecz nie strach wyraża.
990 Lara spostrzegł — i ręki pazia dotknął dłonią,Lecz mu ręka nie drżała, oczy łez nie ronią,Usta były milczące, serce ledwo biło,Lecz: »My się nie rozdzielim« spojrzenie mówiło.»Lud wyginie, związkowi odbiegną w potrzebie,
995 Życie moje pożegnam, — ale nigdy ciebie«.Wtem cwałem się kopnęli — śmiało, naprzód, daléj!Uderzają w kolumnę, — szeregi złamali.Każdy koń dobrze słuchał kolącej ostrogi,Skrzyżowały się miecze — i był pobój srogi!
1000 Mniej liczni, lecz mężniejsi, wśród kolumny skaczą,Rąbią się, pomagając odwadze rozpaczą.I krew była w strumieniu z falami zmieszana,I strumień, wciąż czerwony, płonął aż do rana.
Sam na czele walczących, całą bitwą włada;
1005 Gdzie więcej wróg naciska lub przyjaciel pada,Grzmi głos Lary; wciąż miecza błyskawicą wieje,I choć sam bez nadziei, obudzał nadzieję.Nikt nie pierzcha, bo wiedzą, że pierzchać daremnie;Chwiejącego się śmielszy zachęca wzajemnie;
1010 Tam, gdzie ogień najgęstszy nieprzyjaciel trzyma,Rzucają się i walczą, pod wodza oczyma.Wódz, tłumem okolony, sam jeden się ściera,To lamie ich szeregi, rozproszone zbiera,Nie szczędzi siebie — wszędzie strach lub śmierć roznosi.
1015 Właśnie był czas, — do cięcia rękę w górę wznosi,I ciął, — wtem na szyszaku kita się zachwiała,Pocisk celu nie chybił, w bok uwięzła strzała.Ten gest odkrył na ranę miejsce mniej bezpieczne,A śmierć z szyi strąciła ramię tak waleczne!
1020 Jeszcze słowo tryumfu na ustach mu kona...Ręka dzielna, a teraz tak martwo zwieszona!Przypadkiem zatrzymany miecz po pochwie dzwoni,Cugle słabo ujęte wyciekły mu z dłoni.Wtem Kaled miecz i cugle pochwycił do ręku;
1025 Wpół omdlały, na siodła pochylony łęku,Lara ani spostrzegał, że paź, cały w znoju,Uprowadza go pilnie z krwawego poboju.Goniących za nim straszy, odbija, naciera,I śmierć niesie w obronie tego, co umiera.
1030 Nad rannym i zabitym świeci gwiazda dniowa:Tu pancerz porąbany, tam bez hełmu głowa;Tu koń bez jeźdźca pada, pod nim ziemia jękła,Odetchnął tchem ostatnim — i popręga pękła.Tuż przy nim ostatkami jeszcze życia drgała
1035 Noga, która go bodła, ręka, co kiełznała.Drudzy, z gorączką w ustach, leżą przy strumieniu,Co szmerem konających urąga pragnieniu;To pragnienie pierś pali, gorączkę rozszerzaTym, co śmiercią gwałtowną konają żołnierza,
1040 I zmusza nadaremnie szukać dla ochłodyUst spalonych — ostatniej, jednej kropli wody.Wciąż konwulsyjnem drganiem, odrętwieli prawie,Swoje członki skościałe wleką po murawie.Ostatki życia trwoniąc mocowaniem siły,
1045 Już dopadli strumienia, — usta się schyliły,Czują świeżość nadwodną, chłód rzeźwiący zdroju,Czekają! — widać, że już nie pragną napoju.Pragnienie niezgaszone... skądże ta odmiana?Ach, była to męczarnia — lecz już zapomniana!
1050 Pod lipą, na trawniku ponadbrzeżnym rzeki,Leży rycerz, od sceny poboju daleki,Leży Lara i śmierci wygląda godziny.Niegdyś jego towarzysz, a dziś stróż jedyny,Kaled klęczy przy panu i ze łzami w oku
1055 Pogląda, jak krew tryska z rany jego boku.Radby ją zatamować szarfy swej ściśnieniem,Co z każdem drganiem lała czarniejszym strumieniem,A gdy słabszym oddechem pierś robić zaczęła,Powolniej, lecz wielkiemi kroplami płynęła.
1060 Sam ledwo mówić może, lada jedno słowoDech więzi, boleść rany powiększa na nowo.
Ściska dłoń, coby chciała umniejszyć mu męki,I paziowi ponuro wyśmiechnął swe dzięki.Paź nic sercem nie czuje, nie widzi oczyma,
1065 Prócz czoła, które pilnie na kolanach trzyma,Prócz oczu, co choć zaszły mrokami ciężkiemi,Jeszcze świecą mu światłem jedynem na ziemi.
Nieprzyjaciel nadbiega goniący od rana:Póki Lary nie schwycą, niczem ich wygrana.
1070 Nadaremnie z rąk pazia oderwać go żąda,Lara na nich ze wzgardą spokojną pogląda,Co na surowość swojej doli nie narzeka,Wprost z żywej nienawiści do śmierci ucieka.Oton z konia zeskoczył, pogląda na wroga,
1075 Co w krwi jego się broczył, — i pyta, przez Boga,Jak się ma rana? Lara nic nie odpowiada,Jak na twarz nieznajomą zimne oko pada.Przemówił do Kaleda — przerywać nie śmieją,Wyraźnie słyszą słowa, słów nie rozumieją.
1080 Jego głos konający brzmi w tej drugiej mowie,Do której dziwną pamięć wiązał w swej rozmowie.Rozmawiają — lecz o czem? tylko Kaled umiałZgadnąć — i słów znaczenie sam jeden rozumiał.Kaled mu odpowiada, Lara ciągnie daléj,
1085 A wszyscy wkoło z niemem zdziwieniem patrzali.Oni zdają się, swoją przeszłością zajęci,W połowie teraźniejszość gubić w niepamięci,Między siebie podzielać jakiś los oddzielny,Za któryby nie przejrzał żaden wzrok śmiertelny.
1090 Rozmowa była długa, cicha; z tonu mowy,Kto słyszał, mógłby sądzić ważność ich rozmowy.Lecz wierzyłbyś z oddechu, z mdlejącego tonu,Że Kaled, a nie Lara, więcej bliski zgonu.Tak smutny, przerywany, drżący był głos cały,
1095 Że blade usta słowa zaledwo jąkały.Głos Lary czysty słuchacz rozpoznać był w stanie,Nim pierś zaczęła dziko chrypać na skonanie,Lecz z twarzy mało zbadasz, tak wciąż obojętna,Taka nieżałująca i tak beznamiętna!
1100 Prócz, gdy czasem przedśmiertny jego ból obejmie,Uśmiechał się, na pazia spoglądał uprzejmie;Gdy Kaled odpowiada, gestem mu dziękuje,Podnosi rękę w górę — i na wschód wskazuje!Może, właśnie gdy słońce wschodziło z za góry,
1105 Złowił okiem blask dzienny z przedporannej chmury.Może ręką krajobraz wskazał przypomniany,Gdzie był ten sam, podobny, prócz miejsca odmiany.Kaled zaledwo widzi i patrzy niechcący,Jakgdyby wstręt w nim budził ten dzień nadchodzący,
1110 I od słońca odwrócił źrenice omdlałe,By patrzeć w oczy Lary, gasnące, ściemniałe.Lecz jeszcze zmysł widzenia nie zamierał w oku,Choć lepiej gdyby umarł: — bo gdy jeden z bokuŻegnał go i rozgrzeszał świętym znakiem krzyża,
1115 I święcony różaniec do ust mu przybliżą, —Śmiał się, i patrzał na to jak bezbożnik hardy;Boże przebacz! jeżeli był to śmiech pogardy!Kaled, choć nic nie mówił i łzawe źreniceWciąż zatapiał w zmartwiałe swego pana lice, —
1120 Gwałtownym gestem rękę odpychał od Lary,Jakgdyby miał go mieszać dar świętej ofiary
W ostatnich chwilach zgonu; nie wiedział widocznie,Ze właśnie odtąd Lara drugie życie pocznie:To życie nieśmiertelne, gdy zgon ciało skruszy,
1125 Obiecane wierzącym w nieśmiertelność duszy.
Lary oddech był ciężki, — wtem westchnął głęboko,Martwą błoną ściemniałe zamgliło się oko.Członki się wyprężają, twarz siniała, bladła,Zimna głowa paziowi na kolana spadła.
1130 Pochwycił rękę pazia i do serca ciśnie, —Serce nie bije, stygnie; — Kaled, jak umyślnie,Choć czuje zimno, ręką w sercu życie bada,Lecz dłoni serce biciem już nie odpowiada.Marzący! precz uciekaj z żywemi oczyma,
1135 Pan, na którego patrzysz, skonał... już go niéma!
Wciąż nań patrzał, jakgdyby jego duch wysokiJeszcze nie uszedł z swojej cielesnej powłoki.Obecni z obłąkania budzą pazia z trwogą,Lecz wpatrzonej źrenicy oderwać nie mogą.
1140 I gdy z kolan bezwładne podnosili ciało,Co już w jego objęciach zastygło, schłodniało, —Pańska głowa, co widział oczyma własnemiStoczyła się na piasek, jak ziemia do ziemi.Nie rzucał się, swej piersi nie zadawał ciosów,
1145 Ani szarpał swych lśniących, swoich kruczych włosów,Starał się stać i patrzeć — ale padł zachwiany,Zaledwo więcej żywy, niż pan ukochany.Kochany! nigdy w piersi ludzkiej nie spoczywaMiłość podobnie szczera, podobnie prawdziwa!
1150 Ta chwila próbująca zarazem wykryła,Tajemnicę, co długo wpół tajoną była:Gdy, rzeźwiąc omdlałego, rozpięto ubrania,Zdradzając płeć nie swoję, śnieżną pierś odsłania;Kaled rzeźwi się, — z wstydu nie spuszcza źrenicy;
1155 Czem dla niej teraz sława lub honor kobiécy!...
Z prochami ojców Lary nie spoczęły zwłoki,Lecz grób ma wykopany zarówno głęboki.I śpi snem nie mniej twardym, życia współ-wędrowca,Choć ksiądz nie żegnał, marmur nie pokrył grobowca.
1160 I płakał go żal jednej, choć mniej głośny może,Lecz ten przetrwał żal ciżby na barońskim dworze.Daremnie była ciągle o przeszłość pytana,Daremne były groźby, — milczała jak ściana.Gdzie powód? — wszystko swoje, serce mu oddała;
1165 Taki zimny, ponury! za co go kochała?Ciekawy głupcze! — zamilcz, — korz się przed powodem,Czyliż jest ludzka miłość ludzkiej woli płodem?Dla niej mógł on być czułym! zwykli są surowiGłębszych uczuć, mniej widnych gminnemu wzrokowi;
1170 I gdy kochają, myśli nie pojmą niczyje,Choć ich usta mniej mówią, jak ich serce bije!...Łańcuch był niepowszedni wzajemnej ofiary,Wiążący mózg i serce Kaleda do Lary.
Do wykrycia tych dziejów niczem jej nie zmogli,
1175 A ci w grobie, co o niej powiedziećby mogli.
Spuszczają go do ziemi — lecz na jego ciele,Prócz rany świeżej widzą blizny i ran wiele!Rany w ciało wszczepione, nie w ostatniej wojnie;Widać, że młodość życia spędził niespokojnie.
1180 Choć ich sława lub zbrodnia zakryta, nieznana,Dość świadczą, że gdziekolwiek była krew przelana.Ezzelin, coby jeden ich prawdę rozwinął,Od tej nocy, jak poszedł, nie wrócił — i zginął.
Tej nocy (taka powieść krążyła po gminie)
1185 Niewolnik, przechodzący jak świt po dolinie,Właśnie gdy księżyc pierzcha przed idącym rankiemI twarz wybladłą kryje mglistym wschodu wiankiem, —Niewolnik w gęste bory śpieszył, jako trzeba,Drwa rąbać, za co dzieciom swym dostawał chleba;
1190 I przechodząc wzdłuż rzeki (marząc zysk zdobyczy),Która ziemię Otona i Lary graniczy,Słyszy tętent: — koń, jeździec przemknął poza drzewa,Od łęku jego siodła czarny płaszcz powiewa;Tym płaszczem jakiś ciężar obwijał wokoło,
1195 Głowę miał pochyloną i zakryte czoło.Tknięty nagłym widokiem w tak niezwykłej porze,I wróżąc, że bądź jaka w tem zbrodnia być może,Ciekawy, co to będzie? w ślad za jeźdźcem kroczył:Jeździec stanął nad rzeką i z konia zeskoczył;
1200 Z siodła ciężar pochwycił i w naglonym bieguPotoczył na brzeg rzeki — i cisnął go z brzegu.
Staje, patrzy i pilnie wciąż oczyma tropi,Kędy jaki wir rzeki ciężar ten zatopi, —I ciągle szedł za falą, co z nurtem płynęła,
1205 Gniewny, że fala ciężar niedobrze ujęła.Nagle zadrżał — i stanął; z zimowych strumieniZwalone wkoło stosy sterczały kamieni:Z nich co najcięższe zbiera, a sam, co miał mocy,Za ciężarem do wody cisnął je jak z procy.
1210 Wtem niewolnik przypełznął popod krzak nadrzeczny,By, niewidzialny, wszystko mógł widzieć bezpieczny,I schwycił okiem białość płynącego ciała;Na sukni niby jakaś gwiazda przełyskała.Lecz nim dojrzał wyraźniej, już wir ciężar schłonął:
1215 Legł pod ogromnym głazem i na dno utonął.Znów wzniósł się na powierzchnię, robiąc krąg daleki,Nurt za sobą czerwienił i znikł w wirach rzeki;Jeździec w wodę poglądał drżący i wybladły,Aż ostatnie jej kręgi znikły i przepadły.
1220 Odwrócił się, w tej chwili poskoczył na konia;Bodąc ostrogą, pędził przez góry i błonia.Twarz jeźdźca maskowana, — oblicze zmarłego,Jeśli to był umarły, umknęło od niego.Lecz jeśli z trupiej piersi widać gwiazdę było,
1225 To jest znak, jaki zawsze rycerstwo nosiło, —I taki pierś barona zdobił, jak wiadomo,Tej nocy, gdy z Otona uczty znikł kryjomo.Jeśli tak zginął, — Panie świeć nad jego duszą!Jego zwłoki spoczywać w oceanie muszą.
1230 Oby litość krzepiła nadzieję niewiary,Ezzelin taką śmiercią nie zginął z rąk Lary.
Kaled, — Lara, — Ezzelin, zniknęli pospołu,Kamień, marmur nagrobny nie krył ich popiołu.Pierwszy sam nadaremnie oderwać się stara
1235 Od miejsca, gdzie był ranny, kędy skonał Lara.Dumną duszę domęczył smutek bezlitośny:Jej łzy były liczone, jej płacz nigdy głośny.Jej z miejsca niktby ludzką nie odciągnął siłą,Gdzie zaledwo wierzyła, że już go nie było!
1240 Żywy ogień rozpaczy błyskał z jej źrenicy,Jaki w gniewie niesilnym gra w oczach tygrzycy.Godzinami czas trawiąc na żal pogrobowy,Z postaciami powietrza wdaje się w rozmowy,Jakie czynny mózg tworzy w obłąkania szale,
1245 I wzywa ich uwagi na swe czułe żale.I pod tem samem drzewem wciążby siedzieć chciała,Gdzie głowa Lary na jej kolanach leżała.I jakim był, gdy konał, w pamięci go chowa,Z nim uścisk konający, jego wzrok i słowa.
1250 Choć swój warkocz ostrzygła, dziś go, nieszczęśliwa,Często przez zapomnienie z za piersi dobywa;Zwija, ciśnie do ziemi — tak w szaleństwo wpadła, —Niby ranę tamując jakiegoś widziadła.Pyta go i za niego sama odpowiada,
1255 Czasem zrywa się, w drżenie konwulsyjne wpada,I ucieczkę mu radzi skinieniem swej dłoni,Od rojonych widziadeł, w rojonej pogoni.
To pod tą samą lipą znów siada na ziemi,I twarz swoję zakrywa rękoma chudemi,
1260 Lub dziwne charaktery wciąż na piasku kréśli.Lecz długo trwać nie mogła ta gorączka myśli.Jej zwłoki spoczywają, gdzie jej leży Lara.Życie jej tajemnicze, — doświadczona wiara.
Comments
Loading comments…