Mazepa (Byron, 1924)
Translated from English by Franciszek Dzierżykraj Morawski
Minął był właśnie straszny dzień Pułtawy,Gdzie od mocarza Szwedów szczęście zbiegło,I już do krwawej niezdolne rozprawySzerokim mordem całe wojsko legło.
5 Chwała, potęga i laury wojenne,Czczone przez ludzi i jak ludzie zmienne,Przeszły na cara zwycięskiego stronę,I mury Moskwy znowu ocaloneAż do dnia, roku krwawszego wspomnienia,
10 Gdzie większej mocy, wyższego imienia,Z całem swem wojskiem i sławą zwycięskąSroższy wróg nagle cięższą runął klęską,Cięższym upadem i większym ogromem,Zgubą dla siebie, a dla wszystkich gromem.
15 Taka kość padła w grze tej dla Karola;Musiał uciekać przez wody, przez pola,I dniem i nocą, mimo ciężkiej rany,Swoją i swego ludu krwią oblany.Tysiące padły w ucieczki obronie,
20 Nikt przecież nie śmiał w jego sarknąć gronieW tej strasznej chwili dumy poniżenia,Gdzie prawda może ozwać się bez drżenia.
Koń pod nim poległ... Gieta pędzi, zsiada,Daje mu swego, i sam trupem pada.
25 Koń ten pod królem kilka mil przesunął,Lecz i on wreszcie z przesilenia runął,A Karol w lasach, słoniących ogniska,Co zdala z wrogów tlały koczowiska,Wpośród snujące się podjazdów roje
30 Musiał na ziemi złożyć członki swoje.O takież łoże, takie wieńce chwały,Dwa mężne ludy tyle krwi przelały! —Leżał wśród puszczy, z głową o dąb wspartą,Z gasnącem życiem i duszą rozdartą;
35 Rany mu skrzepły, a znękane ciałoZimnem mu nocy i bólem stężało.Wrzący po żyłach ogień gorączkowySpędzał mu z oczu nawet sen chwilowy;Przecież pomimo wszystkie klęski, ciosy,
40 Król po królewsku swoje znosił losy,I choć pod gromem tak strasznej niedoli,Wszystkie boleści podbił mocą woli,Do tak niemego zmusił je poddaństwa,Jak niegdyś mieczem swym podbite państwa.
45 Orszak z nim wodzów, — niestety, jak małoZ tej strasznej rzezi przy nim pozostało!Lecz i w tym szczątku krew rycerska płonie,Wre honor, wierność, — wszyscy w niemem gronie,Smutni, posępni i trudem wybledli,
50 Króla i jego rumaka obsiedli,Bo tam, gdzie równa grozi im zatrata,Człowiek z zwierzęciem łączy się i brata.
W bliskości przy nich, spokojny i mężny,Hetman i równie towarzysz monarszy,
55 Zasiadł Mazepa, gdzie stał dąb potężny,Dąb jak on twardy i mało co starszy.Lecz pierwszą jego troską koń zziajany.Kozacki hetman oczyszcza go z piany,Mnogi i suchy liść pod nim gromadzi,
60 Głaszcze po grzywie, bok i krzyże gładzi,Zwalnia popręgu i uzdę odkłada,I rad się patrzy, jak mu smacznie zjada;Bał on się bowiem, że po takim pędzieZroszonej nocą trawy jeść nie będzie.
65 Lecz on z nim w wszystkich tak stwardniał wyprawach,Że nie przebierał ni w leżu, ni w strawach;Zmyślny, uczony i potulny razem,Wszystko za danym wypełniał rozkazem,Śmiały i silny, długogrzywy, dziarski,
70 Tak się dał wodzić, jakby koń tatarski.Posłuszny panu, przyszedł, gdy zawołał,I wpośród wszystkich rozpoznać go zdołał.
On wśród tysiączne koczujące wrogiW bezgwiezdnych nocach nie pomylił drogi,
75 A jak za matką swoją sarnię małe,Gotów był za nim latać przez dni całe.
Hetman na ziemi płaszcz swój rozpościeraOdkłada szablę, o drzewo opiera,Patrzy, czy w skutku tak długiej pogoni
80 Jaka część jego nie popsuta broni,Czyli z panewki proch mu nie wypada,Czy dość sprężysto zamek odpowiada, —Wszystko obziera po pułtawskim mordzie:Temblak, rękojeść i szczerby na kordzie;
85 Wreszcie się do swych juk, manierki bierze,Skromną i prostą rozkłada wieczerzę,Wszystkich przekąską, napitkiem uracza,Co najlepszego królowi przeznacza,Z mniejszą obawą, niźli w świetnem kole
90 Pochlebny dworak przy monarszym siole.Karol z uśmiechem i twarzą łaskawąNa chwilę skromną posila się strawą,Wreszcie, w zmuszoną wesołość przybranyI jakby wyższy na boleść i rany,
95 Tak się odzywa: — »Z wszystkich nas zarazem,Choć mężnych sercem i dzielnych żelazem,Nikt tak nie wytrwał, nie podszedł, nie pobiłNikt mniej nie mówił, a więcej nie zrobił,Jak ty, Mazepo. W całym kręgu świata,
100 Od Aleksandra aż po nasze lata,Nigdy dobrańszej nie widziano pary,Jak twój bucefał i ty, wodzu stary!
Ty wszystkie Scyty twą chwałą przechodzisz,Gdy jak grom pędzisz, lub przez rzeki brodzisz«.
105 — »Straszna, szatańska — tak hetman zawoła —Do takiej jazdy wprawiła mię szkoła«.— »Jakto? — król rzecze — jeśliś z jej naukiTak dzielnie twojej wyuczył się sztuki?«— »Długa to powieść — starzec mu odrzeka, —
110 A na nas tyle mil i bójek czeka,Gdzie nieraz jeszcze trzeba w kord uderzyć,Nieraz jednemu z dziesięciu się zmierzyć,Nim tam gdzieś nasze już bezpieczne konieBujne Zadnieprza będą spasać błonie,
115 Lepiej snem, panie, pokrzep siły twoje,A ja noc całą na straży przestoję«.— »Nie, nie — król rzeknie, — proszę cię, hetmanie;Może, iż nieco ulży mi słuchanie,I z łaski twojej dar ten zyskać zdołam,
120 Którego dotąd nadaremnie wołam«.»Kiedy tak, panie; a więc z całą chęciąSiedmdziesiątletnią cofnę się pamięcią:Dwudziesty-m pono rok miał w owej porze,Gdym, zdawna bawiąc na warszawskim dworze,
125 Już od lat sześciu służył w paziów gronie;Król Jan Kazimierz był wówczas na tronie.Nie był on, panie, podobny ci w niczem,Męstwem ci tylko zrównał wojowniczem, —
Lecz chociaż wiele przewojował czasów,
130 Przecież prócz sławnych na sejmie hałasówNie byłby innej pewno zaznał wojny,Tak był z natury słodki i spokojny;Z musu on tylko, lecz dzielnie wojował,I nie tak łatwo kord dobyty schował.
135 »Miał on i inne licznych trosk podniety,Lubił poetów i lubił kobiety,A te tak gryzły go przez zawiść swoję,Że i najsroższe byłby wolał boje.Szczęściem miał zawsze pociechę gotową:
140 Wziął nową książkę lub kochankę nową.Król często uczty wyprawiał wspaniałe,Do bram się zamku cisło miasto całe,By się przypatrzyć pięknościom WarszawyI groźnym panom książęcej postawy.
145 Z łaski on wieszczów wielkim mędrcem został, —Oprócz jednego, który nic nie dostał,Palnął satyrę i wciąż się przechwalał,Że nigdy dzieł swych pochlebstwem nie skalał.
Dwór ów naówczas świetnością celował,
150 Grami, teatrem, — a kto żył, rymował;Ja sam skleciłem jakiś wierszyk tkliwyZ smętnym podpisem: Tyrsys nieszczęśliwy.»I był tam pewien magnat nad magnaty,Jak pokład soli lub srebra bogaty,
155 Miał tytuł hrabi, godność wojewodyI wszystkie rodem swym przewyższał rody;Tak też był dumnym, jakby jego plemięProsto z niebiosów zstąpiło na ziemię;A że był z wszystkich przy tronie monarszym
160 I najbogatszym i ze krwi najstarszym,Tak w swe rodowe drzewo oczy wlepił,Tak się bogactwy, tak złotem oślepił,Że skutkiem dziwnej w głowie mieszaninySobie przywłaszczał świetne przodków czyny.
165 »Nie tego zdania jego żona była,Co lat trzydzieści mniej niż on liczyła,I stąd po różnych przykrościach codziennych,Nudach, dumaniach i nocach bezsennych,Kilku spojrzeniach na młodzież Warszawy,
170 Kilku nadziejach i nieco obawy,Po kilku tańcach i śpiewach rzewniących,Kilku łzach wreszcie, cnotę żegnających,Czekała tylko na owe szczęśliweChwile — wypadki, — które najmniej tkliwe
175 Serca dam miękczą — by, jak czuła żonka,Drogę do nieba złatwić dla małżonka,
A z której przecież w takiej mężów rzeszyNajnabożniejszy nawet się nie cieszy.
»Byłem ja wówczas w samym lat mych kwiecie.
180 Siódmy już krzyżyk przeżywszy na świecie,Mogę otwarcie pochwalić się, panie,Że czyto w wyższym, czy też niższym stanie,W tem, co tu młodych czyni tak dumnemi,Nikt się z zalety nie mógł równać memi:
185 Siłę ja, młodość i wesołość miałem,I nie tak, panie, jak dziś wyglądałem;Tak niegdyś gładkiem było czoło moje,Jak dziś jest zrytem przez czas, troski, boje,Co tak pierwotny z niego wyraz zdarły
190 I tak dawnego Mazepę zatarły,Że nikt mię pewno z własnych sióstr i braciJużby nie poznał w dzisiejszej postaci.Kwitnął mi jeszcze wiek mój młodociany,Kiedym tej strasznej w sobie doznał zmiany;
195 Lecz choć mię liczne lata przywaliły,Nie zmogły przecież ni męstwa, ni siły;Inaczej, bez tej dzielnej, twardej mocy,Nie byłbym dzisiaj wśród tej czarnej nocy,Pod gołem niebem, w głębi dzikich lasów,
200 Powieść wam starych opowiadał czasów.»Postać Teresy — ach! widzę ją jeszcze...W tej chwili nawet z jej widmem się pieszczę,Zda się, że w mroku owych drzew przepływa...Tak-to pamiątka serca żywą bywa!
205 A przecież nie wiem, czyli w ludzkiej mowieI ludzkim głosem piękność jej wysłowię.Urocze oko Azyjanki miała(Nieraz się bowiem krew polska zmieszałaZ bliskiemi granic sarmackich Turkami);
210 Tak czarnem było, jak niebo nad nami:Ciągle zeń strzelał taki promyk wdzięczny,Jak z chmur północnych pierwszy błysk miesięczny.Oko to płynnym promieniem się zdałoI niby w własnem swem świetle topniało,
215 Całe miłością — pół ognia, pół mdlenia,Jak te z pod miecza męczennic spojrzenia,Które ku niebu z takiem czuciem wznoszą,Jakgdyby dla nich śmierć była rozkoszą.Czoło, jak w lecie jezior kryształ czysty,
220 Z słońcem na głębi, a do dna przejrzysty,Gdy mruknąć nawet ciche nie śmią tonie,A niebo w całem odbijają łonie.Lecz nacóż tego wdzięków jej wywodu?Kocham ją zawsze, jak kochałem z młodu.
225 Taka, jak moja, miłość dzika, wrząca,Ni w złem, ni w dobrem granic nie znająca,W wściekłości nawet bojów nie ostyga,I cień przeszłości aż w starość nas ściga.
»Spotykam, — wzdycham. Spojrzała, — spojrzałem;
230 Nic nie wyrzekła, — przecież zrozumiałem.Ach! bo są znaków i dźwięków tysiące,Widzim je, — słyszym — lecz któż je określi?
Są to te iskry mimowolnej myśli,Z nagiej serc młodych burzy pryskające,
235 Co tworzą jakąś mowę dziwną, ciemną,Mowę ognistą, wszechmocną, tajemną,Łańcuch płomienny, co aż duszy sięga,I bez ich woli serce z sercem sprzęga;Rzekłbyś, że iskry elektrycznej siła
240 Nagle w dwie dusze razem uderzyła.Długom i długom z łzawem wzdychał okiem,Jednym się nawet nie śmiał zbliżyć krokiem, —Ażem się wreszcie dał poznać, przedstawił,I odtąd nieraz z nią rozmawiał, bawił.
245 Trudne mi było miłości wyznanie,Raz przecie chciałem odważyć się na nie;Ale zaledwie żem usta otwierał,Już mój trwożliwy głos na nich zamierał.Szczęściem, że wówczas pewna gra tam była,
250 Co wszystkich nieraz całe dni bawiła, —Stara już pamięć nazwać jej nie zdoła,Lecz wiem, że była pusta i wesoła.Do niej to, trafem, czy przez szczęście moje,Razem przy sobie siedliśmy oboje.
255 Żadną się ja tam przegraną nie smucił,Ni ku wygranej oczy moje zwrócił;Dość miałem szczęścia, żem jej głosu dźwiękiemI jej oblicza mógł się poić wdziękiem;Byłem jak czata przy niej przez czas cały
260 (O, gdyby nasze dziś tak czuwać chciały!),Gdym wreszcie spostrzegł jakieś zamyślanie,Ciągłość roztargnień, obojętne granie,Równą na zyski jak straty niedbałość,A przecież dziwną przy tej grze wytrwałość,
265 Jakby ją jakaś myśl skryta i czułaCałą potęgą do tej gry przykuła.Jak błysk piorunu, tak myśl nagła, śmiała,W tym ciemnym dla mnie mroku zajaśniała,
Że się w jej twarzy coś takiego mieści,
270 Co mię nie skaże na wieczność boleści...Szczęsny tą szczęścia mego przepowiednią,Cały-m war uczuć moich wylał przed nią,Wszystko wyznałem, — Bóg wie, co prawiłem,Słowa się w trwożnym plątały obłędzie,
275 Lecz że słuchała, a więc pewny byłem, —Bo kto raz słuchał, dalej słuchać będzie:Serce jej czułe, a pierwsza odmowaNie znaczy jeszcze ostatniego słowa.
»Kochałem, panie, i byłem kochany.
280 Mówią, że nigdy nie bywał ci znanyTen szał tak luby, — jeśli tak jest, panie,Próżnobym z mojem szczęściem się rozwodził:Z śmiechem-byś tylko wzgardy patrzył na nie;Ale nie każdy na króla się zrodził,
285 Nie każdy twojej duszy hart posiadał,Coś tak sam sobą, jak ludami władał.Jestem, lub raczej niegdyś księciem byłem,Tysiącznym w bojach szykom hetmaniłem,Wszystkom zgniótł, złamał; z sercem tylko mojem
290 Ciągle daremnym ścierałem się bojem.Kochałem, panie, kochano mnie wzajem, —O! każda miłość byłaby tu rajem,Gdyby jej koniec mniej bolesnym bywał...Skrycie-m się tylko z Teresą widywał,
295 Lecz jeśli szczęściem było to spotkanie,Szczęściem już dla mnie było czekać na nie.Za nic dni, noce. — W tej jednej godzinieCzułem, myślałem — i żyłem jedynie;Nigdym podobnej nie zaznał godziny,
300 I gdybym znów był panem Ukrainy,
Chętniebym na jej oddanie się zgodził,Bym tylko dawnym paziem się odrodził,Tym szczęsnym paziem, co wszystko posiadał,Gdy miał kochankę i kordem swym władał,
305 A w darach swoich natura wspaniałaZdrowie mu, męstwo, moc i młodość dała.»Zejścia się nasze bywały skrytemi:Mówią, że milej jest się kochać skrycie...Nie wiem — lecz setne byłbym oddał życie,
310 Gdybym raz usty mógł ją nazwać memiMoją, w obliczu i nieba i ziemi.Myśl ta mi bowiem ciągle truła duszę,Że ją ukradkiem tylko kochać muszę.
»Mnóstwo ócz patrzy na kochanków dwoje,
315 Mnóstwo i na nas patrzyło oboje;Niegrzeczny djabeł zdrajcę naprowadził...Lecz krzywdzę djabła, — nie djabeł nas zdradził!Pewno tam na ten związek cudzołożnyJakiś świętoszek wylał jad pobożny.
320 Czujne nas szpiegi nocną zeszły dobą,Zeszły, napadły i porwały z sobą.Wściekał się hrabia, — ja byłem bez broni,Lecz choćbym nawet i miecz trzymał w dłoni,Cały się wreszcie uzbroił żelazem,
325 Cóż mogłem począć przeciw tylu razem?Blisko to zamku pańskiego się działo,Zdala od miasta, — i ledwo że dniało;Znikąd ratunku — w tak straszliwej dobie,Kilka chwil tylko jeszcze licząc sobie,
330 Boga za grzeszne przepraszałem życie,Kilku się świętym polecałem skrycie,Pewny, że zginę, — gdy mię tłuszcza podłaZ krzykiem przed bramę zamkową przywiodła.
Wieczny z Teresą rozłączył nas przedział,
335 I jużem odtąd nic o niej nie wiedział.Okropną była wściekłość wojewody.I — prawdę mówiąc — miał do niej powody;Najbardziej przecież złościł się z obawy,By po nim jakiś tam owoc nieprawy
340 Imienia jego potomka nie zyskał.Nie mniej i na tę myśl się wzdrygał, ciskał,Że mu ta plama zbrudzi tarcz herbowąRodu, którego on właśnie jest głową. —W rzędzie on szczytnych sam się mieścił ludzi,
345 Myśląc, że wszystkich swoim blaskiem złudzi,Mnie zwłaszcza swoją wielkością omami, —A ta, o zgrozo! dla pazia się plami!Gdyby przynajmniej z królem przewiniła,Zbrodnia ta jakoś mniej-by straszną była,
350 Lecz z paziem! z paziem! — nie, nikt w ludzkiej mowieTak okropnego gniewu nie wypowie.
»Konia tu dajcie« — i przywodzą konia.O! wprawdzie takich rumaków niewiele!Ukraińskiego wychowaniec błonia,
355 Jakaś myśl w całem rozdrżała mu ciele.Dziki własnego obawiał się cienia,Dziki dzikością młodego jelenia;Nigdy ni uzdą, ni ostrogą tknięty,I przed dniem jednym dopiero ujęty.
360 Z zjeżoną grzywą i opornym krokiem,Z chrapiącem nozdrzem, zapienionym bokiem,Strachał się, złościł, wspinał, rzucał dumnieGroźny syn stepu, prowadzony ku mnie.Tłum mię sług porwał, na grzbiet konia cisnął,
365 Na dłuż rozciągnął, rzemionami ścisnął,I puścił nagle. — Lecim gromem, strzałą...Potok z tak nagłą nie spada nawałą.
XLecim i lecim, — dech się we mnie ścinał;Dzień wówczas ledwie bielić się zaczynał,
370 Poznać nie mogłem, w jakie pędzę strony;On leciał, leciał, pianą ubielony.Ostatnim dla mnie już głosem człowieka,Com go naówczas zasłyszał zdaleka,Był ten sług podłych śmiech dziki, nieznośny,
375 Co jeszcze z wiatrem doleciał mię głośny.Wścieklem się rzucał, twarz ku nim skierował,Gryzłem ten rzemień, co mi kark krępował,I choć ból straszny całą krew mi ścinał,Wzniosłem się napół i lżąc ich przeklinał.
380 Nie wiem, czy koń mój, takim pędząc lotem.Klątw mych nie zgłuszył kopyt swoim grzmotem.Myśl ta mię trapi, gdyż się zemścić chciałem, —Zemściłem później całym zemsty szałem.Niema tam, niema i jednego złamku
385 Mostów, bram, zapór, baszt i murów zamku:Wszystkom rozorał, wszystko zburzył, skrwawił,Na polach jednej trawki nie zostawił,Chyba, że gdzieś tam z gruzów się wyciska,W miejscu głównego murów tych ogniska.
390 Stokroć przejść można plac tej rzezi sławnej,A nie zamarzyć nawet twierdzy dawnej!Gmach się ten w oczach mych z wieżami palił,Z grzmotem rozpękły mur po murze walił,Z czarnych, gorzących dachów miedź stopniała
395 Naokół deszczem parzącym się lała;Największą siłę z najgrubszym ogromemStarłem silniejszym zemsty mojej gromem.Nie, — nie myśleli oprawce zuchwali,Gdy mię, jak błyskiem, na tę śmierć posłali,
400 Abym tam kiedyś, niepojętym cudem,Z dziesięćtysięcznym miał powrócić ludem,I tak w sowitej odpłacił nagrodziePrzejażdżkę moję panu wojewodzie.»Srogo mękami bawili się memi,
405 Ale ja srożej poigrałem z niemi.Czas wszystkie krzywdy spłaca nieomylnie:Potrzeba tylko ciągle czuwać pilnie,A żadna zręczność, żadna moc człowiekaNie ujdzie zemsty, co cierpliwie czeka,
410 W krzywdzie skarb widzi i codzień doń zcichaDolicza lichwę — a na porę czyha.
»Pędzim i pędzim, jakby wichry, gromy, —Znikły za nami wszystkie ludzkie domy;Pędzim i pędzim, jakby szturmy, burze,
415 Krwawy meteor na niebios lazurze.Nigdzie ni miasta, ni nędznej wioszczyny,Niezmierne tylko dzikich step równiny,Czarnemi wkoło opasane lasy, —I prócz tych gmachów, co się w dawne czasy
420 Przeciw Tatarom w groźnych wzniosły murach,A których ledwiem mógł dojrzeć po górach,Ni śladu ludzi. — Rok właśnie przed namiTurek z licznemi przeszedł tam wojskami,A gdzie koń spahów ziemię nogą zryje,
425 Grunt się skrwawiony trawą nie okryje.Pochmurno było. — Wietrzyk smętnym głosemZdawał nad moim użalać się losem.A koń tak w strasznym pędzie się zaganiał,Że mi i westchnąć i modlić się wzbraniał.
430 Na grzywę jego, którą wiatr rozwiewał,Pot się mój zimny gęstym deszczem zlewał;On zaś naoślep, bez celu, bez drogi,Pędził i chrapał ze złości i trwogi.Nieraz myślałem, że za krótką chwilę
435 Musi nakoniec już upaść na sile:Gdzie tam! — zbyt wątłe i spętane ciałoGniewnej jędrności igraszką się zdało.Każdy ruch, którym wyzwolić się chciałem,Wścieklejszym jeszcze rozogniał go szałem.
440 Na głos mój, z trudem z piersi wyciśnięty,Tak w bok uskoczył, jakby prętem cięty;Z każdym tym głosem rwał się tak szalenie,Jakby zasłyszał trąb wojennych grzmienie.Strumień krwi czarnej, co się z ran mych toczył,
445 Spływał po ciele i pęta mi broczył, —A jak piekielnym gorzący płomieniem,Język ognistem palił się pragnieniem.
Lecim do lasów, — czernią się dokoła,Dzikie, rozległe, okiem nieobjęte;
450 Sterczą potężne groźnych dębów czoła,Najsroższym nawet wichrem nieugięte,Co, wyjąc, stepy Sybiru przelataI grzmiącym szturmem całe bory zmiata.Rzadko tam stoją te pyszne ogromy,
455 Lecz gęsto wśród nich rośnie krzew poziomy,Przybrany w liście uroczej zieleni,Nim je oberwie mroźny wiatr jesieni,Nim je po lasach i borach rozwieje,W przykrą i trupią czerwoność odzieje,
460 Co tak wygląda, jakby krew stężałaNa placu bitwy leżącego ciała,Którego żadna ręka nie pochowa,A tak niejedna stwardzi noc zimowa,
Że i dziób nawet żarłocznego kruka
465 Po zmarzłem licu jak po lodzie stuka.Puszczę tę zarósł gąszcz młody, zielony, —Gdzieniegdzie stały dęby, sosny, klony;Szczęściem, że zrzadka, — gdyż w takim rozgonieStokroć-bym pewno roztrzaskał się o nie.
470 Gnące się krzewy ciała mi nie darły,A chociaż wszystkie rany się zawarły,Zimnem okrzepłe, — przecież ból przemogłem,A żem był w pętach, z konia spaść nie mogłem.»Szumiąc po liściach, z całej pędził siły
475 Wśród drzew, wśród wilków, co za nim goniły,A które ciągle tuż za naszym śladem,Mordem dyszące, całem biegły stadem, —Tym długim cwałem, co nieraz w manowcachI gniew i zapał znuży w psach i łowcach;
480 O kilka kroków, w dzień już prawie biały,Widziałem, jak się przez gąszcz przewijały,A w nocy-m słyszał, jak chrzęszcząc liściami,Zdradnym poskokiem suwały za nami.O, jakbym chętnie z niemi bój był toczył,
485 Rąbał, mordował, miecz mój krwią ich broczył,I gdym koniecznie już miał paść ich łupem,Przynajmniej licznym otoczył się trupem!Zrazu, gdy koń mój z takim pędził szałem,Chciałem, by ustał, — a teraz się bałem,
490 Czy ujdzie wilkom; — lecz próżnom się lękał;Dziki syn stepu twardych sił nie znękał,Pędził sążnistym lotnej sarny biegiem: —Ziemia tak szybkim nie ściele się śniegiem,Gdy zbłąkanego na polu wieśniaka
495 Nagle osypie, oćmi zawiej taka,Że już do chaty swej nie znajdzie drogi; —Tak pędził, chrapał, dziczał z gniewu, trwogi,
Dziczał, jak zwyknie krnąbrne dziecko dziczeć.Gdy chce swą fraszkę na matce wykrzyczeć,
500 Lub jak kobieta z silnej woli znana,Gdzie znajdzie opór i poczuje pana.
»Z południa było, gdym już przebył bory.Drżałem od zimna choć wśród letniej pory —Może, iż skryty w żyłach dreszcz mię ziębił,
505 Bo kogóż długi ból-by nie przygnębił;A jam zupełnie wówczas był odmienny:Silny, gwałtowny jak potok wiosenny;Jeszczem nie zbadał uczuć mych przyczyny,A już te czucia zmieniały się w czyny;
510 Cóż więc dopiero, gdy się zlały w duszęGniew, przestrach, wściekłość i wszystkie katusze,Głód, zimno, nędza, boleść tak samotna,I straszne pęta, i nagość sromotna.Byłem ja przytem z takiego plemienia,
515 Którego krew się łatwo rozpłomienia,A taką rozkosz w pomście krzywdy czuje,Jakby grzechotnik w chwili, kiedy kłuje.Nie dziw, że ciosów wytrzymawszy tyle,Pień ten się zachwiał i upadł na chwilę...
520 Ziemia się gięła pod końskich nóg grzmotem,Chmury mi wstecznym uciekały lotem, —Zdało się, żem miał już na ziemię runąć,Lecz dla pęt moich nie mogłem się zsunąć.Serce pękało, — skroń głazem ciężyła,
525 Krew w niej chwilami biła, — znów nie biła;Nieba się wielkiem kołem obracały,I, jak pijane, drzewa taczać zdały.Jakiś błysk ciągle z pod mych tryskał powiek,I znów ciemniało; konający człowiek
530 Bardziej nie kona, niźli ja konałem.Bity, miotany konia mego szałem,
Czułem, jak czarna już mię noc pokrywa,I znów czasami z oczu moich spływa.Chciałem się mocą duszy mojej cucić,
535 Lecz już nie mogłem zmysłom życia wrócić.Byłem ja w stanie morskiego rozbita,Co się ostatniej w burzy deszczki chwyta,To się z nią wznosi, to znów w wałach ginie,A wiatr go pędzi w wielką wód pustynię.
540 Drżące mu życie było jak te liczne,W głęboką północ światła fantastyczne,Które w malignach wzlatają przed nami,A z zamkniętemi widzim je oczami.Lekka to boleść, w krótkiej przeszła dobie:
545 Lecz sroższy po niej czułem zamęt w sobie.Bałbym się, przyznam, doznać tak straszliwejMęki, boleści, przy śmierci prawdziwej,A przecież myślę, że człowiek przy zgonieWięcej wycierpi, nim duszę wyzionie;
550 Lecz mniejsza o to: — kto tylekroć czołaNadstawił śmierci, ten zadrżeć nie zdoła.
»Wracam do zmysłów... Cóż to? skądżem całyTak odurzony, — tak zimny, — skościały?Słabe, leniwe serca mego bicie
555 Powolne w ciele mem rozbudza życie, —Gdy wtem ból straszny nagle krew mi całąNa wstecz odlunął, choć zimną, stężałą.Dziwny szum, szelest bije mi o uszyI jakiś mroźny przestrach czuję w duszy.
560 Widzę nakoniec... lecz cóż mi to oczyJakąś powłoką grubą, szklaną mroczy?Może ja marzę jaką wód nawałę?...W głębi pod sobą widzę niebo całe,Jasne gwiazdami. — Nie! — sen mię nie zwodzi!
565 Dziki mój rumak w dzikszych walach brodzi.
Szerokiej rzeki lśniące się bałwanySzumią, białemi warzące się piany.Pół ja dopiero byłem przebrnął rzeki,Od nieznanego brzegu tak daleki.
570 Czuję, żem ożył, że silniejszy jestem,Zimnym wód rzecznych orzeźwiony chrzęstem.Dzielny mój rumak, śmiało i zuchwale,Piersią rosnące wciąż przecinał fale,Płynął, — aż wreszcie całą szerz ich przebył;
575 Lecz brzeg ten dla mnie portem szczęścia nie był,Gdyż wszystko za mną mgłą się kryło ciemną,A noc i przestrach czerniły przedemną.Nie wiem, jak długo, i czy w nocy, we dnie,Te między życiem i śmiercią pośrednie
580 Trwały męczarnie. — W stanie, w którym byłem,Zaledwiem wiedział, że na świecie żyłem.
»Z ciekącą grzywą, lśniąc się, kurząc cały,Silił się, parskał rumak zadyszały;Chwiał się, a przecież potężnemi kroki
585 Wdzierał się na brzeg stromy i wysoki.Wdarł się nakoniec. — Przestrzeń nieprzejrzanaSzerzy się, grozą i nocą zalana,I tak wciąż naprzód szerzy się bezkreśnie,Jak czarna otchłań wymarzona we śnie.
590 Gdzieniegdzie tylko jakieś rozrzuconePlace, to białe, to ciemno-zielone,A które wszystkie oświecał bladawoKsiężyc, co właśnie wówczas wszedł na prawo;Lecz nigdzie żadnej wróżby, ni oznaki,
595 By gdzieś w pobliżu mieszkał wieśniak jaki;Żaden nam płomyk z siedziby człowiekaGościnną gwiazdą nie błysnął zdaleka.
Błędny się nawet ognik nie pojawił,Któryby z mojem nieszczęściem się bawił.
600 Zwodnem on wprawdzie światłem-by mię łudził,Miłeby przecież zawsze czucie wzbudził, —Byłbym przynajmniej doznał tej pociechy,Iżby mi ludzkie przypominał strzechy.
»Koń mój biegł ciągle, — lecz ta dzika siła
605 Z którą tak pędził, już złamaną była:Słaby, dyszący i z spienionem bokiem,Cięższym, leniwszym posuwał się krokiem;Każdy mu wówczas byłby mógł poradzić,Dziecięciu nawet dałby się prowadzić;
610 Lecz nic to mojej nie ulżyło męce:Miałem związane i nogi i ręce,A choćbym nawet i od pęt był wolny,Nie byłbym może sobą władać zdolny.Chciałem raz jeszcze z memi walczyć pęty,
615 Któremi byłem tak silnie ujęty,Lecz tyle-m mojem miotaniem się zyskał,Żem jeszcze mocniej węzły moje ściskał.Płonne więc odtąd porzuciłem boje,Co rozjątrzały tylko rany moje.
620 Zdało się, że koń mój już wkrótce legnie,Choć nie wiedziałem, gdzie jeszcze zabiegnie. —Pierwszy brzask ranny wschód słońca zwiastował,Lecz jakże długo z nocą się pasował!Zdało się, że mgła, ciężąca na zorzy,
625 Nigdy przed młodym dniem się nie roztworzy.Długo i ciężko dźwigała się w górę,Nim wschód w płomienną przybrał się purpurę,Nim wszystkie gwiazdy pogasił na niebie,Wszelką ich jasność przyciągnął do siebie,
630 I z tronu swojej potęgi i chwałyWłasnem swem światłem zalał okrąg cały.
»Błysnął dzień jasny, — mgłę rozproszył ciemną:Leży świat blaskiem rozświecony słońca,Tak pusty wkoło — za mną — i przedemną..
635 I pocóż pędzę przez ten step bez końca,Przez lasy, rzeki? Nikt tu stopy swemiŚladu w tej bujnej nie wytłacza ziemi,Ni zwierz, ni człowiek. W żadnej roku porzeNikt tu nie przejdzie, nikt nigdy nie orze;
640 W całem powietrzu cisza tak straszliwa:Ptaszek się ranną piosnką nie odzywa,Nie słychać nawet ni z trawy, ni z krzaczkaCichego brzęku drobnego robaczka.Koń mój werst kilka biegł tak zadyszały,
645 Jakby w nim wszystkie żyły pęknąć miały,Widocznie przecież w każdej słabiał chwili.Samiśmy tylko — ciągle sami byli...Aż gdy tak coraz bardziej słabiał, dyszał,Naglem gdzieś zdala rżenie konia słyszał.
650 Lecz nie! — z błędnego sądziłem pozoru:Wiatr to zapewne tak świszczał po boru...Nie! nie! — z tych puszczy całe stado tłumnieSypie się, — zwiększa, — tętni, — pędzi ku mnie,Wielkim, rozległym pułkiem rozwinięte!
655 Chcę krzyknąć, — próżno: usta na śmierć ścięte.Pędzą w swej całej wolności i pysze, —Lecz cóż to? — ludzi ni widzę, ni słyszę;Któż je prowadzi? — bez jeźdźca, tysiące!Rozwiane grzywy, kity pływające,
660 Nozdrza nawalnym oddechem rozwarte,Pyski ni uzdą, ni kiełznem nie darte,Boki kolcami nie kłute ostrogi,I nigdy podków nie znające nogi.Tysiączny hufiec, dziki. wolny, śmiały,
665 Pędzi jak morza goniące się wały;
Pędzi, grzmi, tętni, cały step przelata,Jakby chciał witać nieznanego brata.Widok ten chwilę krzepi go i cieszy,Zrywa się niby i, choć słabo, śpieszy, —
670 Sili się, cichem rżeniem odpowiada,Chwieje się — plącze — i nakoniec pada.»Leży i dyszy, z okiem już zmartwiałem,Z stęgłem, bezwładnem, kurzącem się ciałem.Skończył już bieg swój, pierwszy i ostatni.
675 Przybiegłe stada patrzą na zgon bratni:Dziwi je moja postać rozciągniętaI krwawe, z koniem wiążące mię pęta,Patrzą się, — stoją, — trwożnem mierzą okiem,Wietrzą — strachliwym przebiegają krokiem,
680 To się przybliżą, to znów pierzchną społem,To wkońcu wielkiem oblatują kołem,Aż wreszcie nagły na nie postrach pada:Pędzą za jednym, jakby królem stada,Który tak kruczą maścią lśni się cały,
685 Że jej nie plami i jeden włos biały.Pienią się — chrapią — rżą — od trupa stronią,Płoszą — pierzchają — i po lasach chronią.»Sam odtąd, z wszelkiej nadziei wyzutyZostałem w stepie — do trupa przykuty.
690 Leżał podemną, zimnem, martwem ciałem,Któremu wreszcie już ciężyć przestałem.Długom się z wspólnych nam więzów wydzierał,Teraz z nim leżał, — na zmarłym umierał.Nigdym nie myślał, że w tak strasznej doli
695 Bóg jeszcze jutra dożyć mi dozwoli.Tak przez dzień cały z memi leżąc pęty,Każdą godziną jak głazem ciśnięty,
Tylem żył jeszcze, abym widział słońceJuż raz ostatni dla mnie zachodzące.
700 W strasznej pewności, że już umrzeć trzeba,Zimnom się poddał był pod wyrok nieba,Pod tę śmierć, co nam rok za rokiem groziI serca trwogą już ostatnią mrozi;Co niezawodna — czasem darem bywa,
705 Nawet gdy nieco zbyt wcześnie przybywa,Od której przecież jak od sidła stronim,Myśląc, że naszą troską się obronim;Czasem naszemi wzywamy ją łzami,Czasem też sobie zadajem ją sami;
710 Lecz jakąkolwiek bywa tu śmierć nasza,W każdej postaci razi nas, przestrasza,I choć nam męki przerywa najkrwawsze,Zawsze jest groźną i okropną zawsze.Dziwna rzecz! — ludzie, co w rozkoszach żyli,
715 Nad miarę z pięknem pieścili się łonem,Ucztami, złotem i władzą opili,Spokojnym często umierają zgonem,Spokojniej, niźli ciągłych nędz ofiary:Gdyż ten, co wszystko wypił z życia czary,
720 Wszelki wdzięk, nowość, — czegóż już przy grobieMoże żałować, może życzyć sobie?Nędzarz nadzieją lepszej żyje doli,A choć śmierć sama z nędzy go wyzwoli,On na nią zwiędłem okiem się użala,
725 Że mu przyszłego raju drzewo zwala.Jutro-by może było dniem nagrodyZa wszystkie wzgardy, nędze i przygody,Jutroby pierwszy dzień mu życia błysnął,Któryby krwawych łez mu nie wycisnął,
730 Nie słyszał przekleństw: — dzień szczęściem brzemienny,Wróżbą lat długich tak jasny, promienny,Przez łzy niedoli oddawna widziany,Dzień, coby wszystkie mógł zagoić rany,Dzień, w którym naraz odzyskałby tyle
735 W władzy, świetności, chwale, szczęściu, sile...I dzień ten jego przyświeci mogile!
»Słońce w zachodnich już gasło obłokach,A ja na zimnych wciąż leżałem zwłokach,Pewny, że nasze tam pogniją ciała;
740 Wzrok mój się ściemnił, — śmierć potrzebą stała.Bez tchu, ratunku, bez nadziei cienia,Ostatnie w niebo wznosiłem spojrzenia.Lecz gdym tak patrzył okiem już gasnącem,Kruk mi przeleciał między mną i słońcem,
745 Co pewno na śmierć nie zaczeka moję,Ażeby na nas zacząć ucztę swoję.Latał, i siadał, i znowu się zrywał,I coraz, coraz bliżej oblatywał.Wciąż mi on lecąc czernił się na niebie,
750 A raz tak blisko ujrzałem go siebie,Żem mógł z łatwością silny raz mu zadać,Gdybym choć najmniej mógł był sobą władać.Słaba jednakże walka z pęty memi,Lekki ruch ręki, skrzyp drapanej ziemi,
755 Krzyk mój ochrzypły, z trudem wydzierany,Co nawet nie wart głosem być nazwany —Spłoszyły kruka: trwożnym pierzchnął lotem...Odtąd już nie wiem, co się działo potem.Sen mój ostatni był jak gwiazda lśniąca,
760 Co wdzięcznie zdala, znów bliżej krążąca,Wciąż mi się wolnem przemykała snuciem.Żyłem tem zimnem, płynnem, stęgłem czuciem,Co nas przy zmysłów ożywia powrocie: —Znów głębiej w śmierci tonąłem ciemnocie,
765 I znów na chwilę życie-m czuł na nowo,Chwilowo boleść i ulgę chwilowo,Znów zimna niemoc serce lodem ścisła,Raz po raz jakaś iskra z mózgu trysła, —Tchu mi zabrakło — dreszczem bólu drżałem,
770 Jeden puls, — oddech — i już czuć przestałem.
»Budzę się — gdzieżem? — cóż to za źreniceTak silnie w moje wpatrują się lice?Istotnież ja to pod dachem przebywam?Istotnież w izbie — na łożu spoczywam?
775 Ludzkież to oko? w ziemskim-że to wzrokuTyle jasności i tyle uroku?Zamykam oczy i jeszcze się boję,Czy w męcie myśli dawnych widm nie roję?Z długiemi włosy, hoża, wdzięczno-lica,
780 Czuwa siedząca przy ścianie dziewica;Już w pierwszej chwili mojego ocknienia,Silniem był uczuł iskrę jej spojrzenia.Dzikiem i czarnem we mnie wryta okiem,Rzewnym, litośnym zda się błagać wzrokiem.
785 Patrzę się — patrzę — i widzę nareszcieI twarz istotną i rysy niewieście.Czuję, że żyję, i że już na puszczyPastwą żarłocznej nie zostanę tłuszczy.Młode kozackie dziewczę, ledwie zoczy,
790 Że z trudem chore znów roztwieram oczy,Wdzięcznym swą radość objawia uśmiechem, —A gdy chcę mówić, zbliża się z pośpiechemZ palcem na ustach, daje znak milczenia,Abym wszelkiego strzegł się wysilenia,
795 Na słaby nawet ruch się nie zdobywałI do sił zwrotu w milczeniu spoczywał.Bierze mię za puls, szuka go i bada,Podgłówki moje dokładniej układa,
Z izby się kroki wymyka cichemi,
800 I drzwi odchyla i szepce za niemi.Żaden głos w życiu nie brzmiał mi tak miło;W jej chodzie nawet coś dźwięcznego było!Ale że wszyscy jeszcze w chacie spali,Wyszła więc z izby, i jeszcze raz z dali
805 Troskliwem na mnie okiem się spojrzałaI jeszcze drugi niemy znak mi dała,Bym się nie lękał, gdyż ludzie są bliscy,A wszyscy pewni i chętni mi wszyscy,Każdy z nich zaraz na mój głos się stawi,
810 I ona także niedługo zabawi.Wyszła, a wtenczas, gdy ją z ócz straciłem,Czułem dopiero, jak samotny byłem.
»Przyszła, rodzice przywodząc mi swoje...Ale już dłużej nudzić się was boję;
815 A jeszcze prawić byłoby nie mało,Co się tam ze mną wśród kozaków działo.W dzikiem mię, pustem znaleźli bezdrożu,W najbliższej chacie złożyli na łożu,Do zmysłów, życia, powrócili z trudem,
820 Nato, bym kiedyś ich zarządzał ludem.Dumny mnie głupiec i przemyślny w karzePognał w głąb dziczy w całym zemsty żarze,Bym w pętach, nagi, we krwi, bliski zgonu,Pędząc przez stepy, dobiegł aż do tronu!
825 Któż przejrzy w świecie, co mu los przeznacza?Niech więc nikt z naszych nie słabnie, rozpacza:Jutrzejszy ranek może nasze konieUjrzeć za rzeką, na tureckiej stronie.Nigdym tak żadnych nie uwielbiał fali,
830 Jak Dniepr uwielbię, gdy nas już ocali.Dobra noc, bracia!« — I wraz z słowy temiStarzec, jak długi, kładzie się na ziemi,
Naprędce liściem zasłanej dębowym, —Łożu dla niego ni twardem, ni nowem;
835 Na sen mu bowiem miły i swobodnyKażdy był zakąt, każdy czas dogodny.Tak spał i teraz. — Król się nie odwrócił,By mu choć jedno grzeczne słówko rzucił.Lecz się nie dziwcie! — Z zbyt prostej przyczyny
840 Karol tak milczał: — zasnął od godziny.
Comments
Loading comments…