Mazeppa (Byron, tł. Odyniec, 1874)

Translated from English by Antoni Edward Odyniec

Było to wkrótce po dniu pod Półtawą,Gdy los odstąpił Szwedzkiego Karola,A wojsko jego z wstydem i niesławą,Zaległo trupem, lub uciekło z pola.Szczęście i chwała, jako ich czciciele,Płoche w przemianach, w łaskach niestateczne,Zastępom Piotra stanęły na czele,I mury Moskwy znów stoją bezpieczne.Aż znowu na nie, z straszliwszemi gromyNie przyjdzie burza: i w ich ognisk dymieNie zgaśnie, jako meteor znikomy,Większa potęga, i sławniejsze imię! —Groźna nauka dla ludów i tronów,Cios dla jednego — wstrząśnienie milionów!

Tak los zwykł igrać z wielkością człowieka. —Karol raniony przed wrogiem ucieka,

Wczwał, dniem i nocą, po polach oblanychKrwią swoją własną i swoich poddanych.Bowiem tysiące poległy, ażebyKróla z ostatniéj ratować potrzeby:Przecież głos żaden, w tylu ofiar tłumie,Nie śmiał złorzeczyć poniżonéj dumie;Nikt się nie pomścił — choćby mógł bezkarnieSłowem wyrzutu — za śmierć i męczarnie!Koń jego poległ: — Gieta dał mu swego,I na śmierć pewną został w miejscu jego.Lecz i ten drugi, gnany bez wytchnienia,Omdlał nakoniec, i padł z wysilenia.I w głębi lasów — gdy wkoło na błoniŚwiecą się ognie zwycięzkiéj pogoni —Król musi spocząć — pod cieniem jedliny,Na suchych liściach: — toż-li są wawrzyny,Co dla się z młodu polewał krwią ludów?To-li spoczynek bohaterskich trudów? —Skostniałe członki, krew zakrzepła w ranie,Noc zimna, wietrzna — mrożące posłanie…Sen, jedną ulgę dla myśli i ciała,Krew gorączkowa z ócz mu odpychała.Przecież, choć w mroku nie śledził go świadek,Król po królewsku znosił swój upadek.Pod moc swéj woli podbijał cierpienia,Jak niegdyś wrogi; a żal i westchnienia,Milczały w jego łonie tajemniczém,Jak niegdyś ludy przed jego obliczem.

Z nim grono wodzów — o! jakże zmniejszone,Od dnia, co dla nich miał być dniem zwycięztwa!Lecz za toż serca w wierze doświadczone!Los zmógł ich siłę, lecz nie zachwiał męztwa.Smutni, w milczeniu, cugle dzierżąc w dłoni,Każdy szerokim płaszczem obwinięty,Siedzą przy królu, i obok swych koni. —Nieszczęście zbliża człowieka z zwierzęty:W niebezpieczeństwie, jeździec i koń jegoSą jakby bracią jeden dla drugiego.Śród nich, Mazeppa, pod rozłożystemiGałęźmi dębu, na chropawéj ziemi,Słał sobie liście i drzewne konary.Jak dąb ów silny, i ledwo mniéj stary,Hetman Kozaków — jak śród gromów wojny,Śród burzy losu zimny i spokojny. —Ale nim uległ, zwyczajem kozaka,Opatrzył naprzód wiernego rumaka.Otarł go burką, i głaszcząc po grzywie,Cieszył się, patrząc jak pasł się skwapliwie:Bo nie był próżen téj jednéj obawy,Że jeść nie zechce zaroszonéj trawy.Lecz w tém koń-kozak był równy Mazeppie:Dziki i chyży, jak wicher na stepie,Mało dbał o to, czém wzmoże swe siły,Byleby panu w potrzebie starczyły.

W skwary jak w mrozy, wytrwały do jazdy,We mgle bez słońca, i w nocach bez gwiazdy,Na krok w pustyni nie zbłądził do rana:W tłumie tysiąców znał twarz swego pana,I na głos jego, biegł doń pędem strzały,I ślad w ślad za nim szedł choćby dzień cały.

Gdy tak koń pasł się — Mazeppa tymczasem,Wsparłszy o gałęź dzidy swojéj drzewce,Wyjął krócice zatknięte za pasem,Spójrzał czy suchy był proch na panewce,Czy ostre skałki, czy spust niezawodny.Szablę swą potém otarł z rosy chłodnéj,Brzeszczot i pochwę; i z olster u siodłaDobył chleb suchy i wodę ze źródła;I jakby krajczy śród dworskiéj biesiady,Obdzielał Króla i resztę gromady.Król gwałtem uśmiech wymógłszy na czole,By się zdać wyższym nad ból i niedolę,Przyjął swój udział i rzekł: — „Wyznać trzeba,Że choć nam wszystkim nie skąpiły NiebaSił i wytrwania: nikt z nas w téj pustyni,Mniéj nie rozprawia, a więcéj nie czyni,Jak ty, Mazeppo! — przykład twój co chwila,Jak i twój zapas, nas wszystkich posila.Od Aleksandra i od Bucefała,Dzielniejszéj pary ziemia nie widziała,Jak ty i koń twój; a od przodków Scytów,Godzieneś jeźdźca najpiérwszych zaszczytów!“ —

A Hetman na to: „Strzeż Boże nauki,„Jaką za młodu doszedłem téj sztuki!“ —— „Czemu?“ — Król spytał — twój przykład, Hetmanie,Broni twych mistrzów przeciw twéj naganie.“ —— „Długoby o tém mówić“ — rzekł Mazeppa —A nie czas teraz; — noc mglista i ślepaPozwala spocząć, by jutrzejszą porąSpieszyć tém prędzéj. — Wrogi nie za górą —Na niebie widać ich ogniów odbłyski.Rano wstać trzeba; — a świat to nie blizkiDo brzegów Dniestru, nim rumaki naszePuścim swobodnie na turecką paszę! —A więc, śpij Królu! — ja zastąpię straże.“ —— „Owszem“ — rzekł Karol — „proszę cię i każę,Powiédz nam twoję tę powieść: a może,Słuchając prędzéj oczy do snu złożę —Bo senność dotąd mych powiek nie klei.“ —— „A! gdy rzecz o to: — w téj miłéj nadziei —Rzekł stary Hetman — „chętnie w méj pamięciOdnowię przeciąg lat siedemdziesięci. —„Mogłem mieć wtedy rok dwudziesty prawie.Na dworze króla — Jana Kazimierza —Siedem lat paziem przebyłem w Warszawie.Był to Pan dobry: nie tak na rycerza,Jako na mędrca; — jak niebo do ziemiZ Waszą Królewską Mością! — Uczty, bale,Książka, rozmowa z ludźmi uczonemi,To jego rozkosz! — O wojennéj chwaleAni pomyślał: tém mniéj o zaborachZiem i państw cudzych. — Prawda, że z swém jedném

Dość miał kłopotu! — Lecz w życiu powszedném,Gdyby nie sejmy w ustawicznych sporach,I gdyby w domu nie swarliwa żona,Wiódłby dni miłe Króla Salomona. —Lecz dwie te rzeczy — z dodaniem i trzeciéj:Zajść, skarg i dziwactw zawistnych piękności,Co w kolej króla imały w swe sieci —Truły mu rozkosz myśli i miłości.Aż obmierziwszy blask świata i tronu,Skończył dni w murach świętego zakonu.„Ale to było potém: — za mych czasówKról nie o fórtach rozmyślał klasztornych.Zamek się pękał od ciągłych hałasówDziennych pijatyk i tańców wieczornych.Co było wyższych z bogactw i zaszczytów,Każdy rad nie rad kręcił się w tym wirze;A żaki ze szkół Ojców Jezuitów,Różnemi tony, na chropawéj lirze,Sławili cuda królewskich splendorów.I tak ta wierszy mania uczonaObjęła wszystkich: dworzan, senatorów,Mnie nawet w końcu; żem kilka wieczorówSkandował żale czułego Damona! —Djabła to warte! — A jednak bywało,Kiedy się czasem z niechcenia, znienacka.Przy teorbanie dumkę zaśpiewało:To jakby ogniem grała krew kozacka,A i łez czasem popłynęły zdroje! —Bo jak to mówią: gdzie bez kolców róże?

Gdzie człek bez troski? — a paź tak ma swoje,Jak król i hetman. — Przy królewskim dworze,Mieszkał w Warszawie jeden z kasztelanów.Starosta starostw bez liku, pan z panów,Możny, bogaty, jak mina Olkusza —A przytém dumna i pozioma dusza.Zasługi przodków mniemając swojemi,Na Ukrainie, w Litwie i Koronie,W całém królestwie — ba! na całéj ziemi,Sądził się piérwszym pomiędzy piérwszemi,I tak się godnym czuł zasiąść na tronie,Jak — jak, rzec prawdę — każdy z polskich panów. —„ Lecz co w obliczu nas młodszych dworzanówByło przedmiotem i czci i zazdrości.To żona jego: — cud, anioł piękności!Ofiara dumnéj rodziców przemocy,Przy boku starca, jako dzień przy nocy,Młodsza od niego lat najmniéj trzydzieści,W pełni powabów i krasy niewieściéj.Wiodła dni w nudach i tajonych żalach.I kto ją widział na ucztach i balach:Blask jéj klejnotów, i mgłę smutku w oczach,Bladość w jéj licach, i perły w warkoczach:Równać ją musiał do królowéj sadu,Gdy więdnie zgięta pod ziarnami gradu.

„Ja byłem wtedy — dziś to bez przechwałekPowiedzieć mogę, gdy trzy ćwierci wieku

Dźwigam na barkach; — byłem tęgi śmiałek.Syn Ukrainy, nie kąpany w mleku,Z odwagą w sercu, a próżnością w głowie,Żywy, wesoły: — nikt w czynie ni słowie,Czy to z paniątek, czy ze szlachty braci,Nie śmiał tak bardzo zajść w drogę Mazeppie! —Gładkość też lica i giętkość postaci,Nim je wiatr zwarzył i schylił na stepie,Inaksze były niż dziś; — i na czole,Nim je zorały losu nawałnice,Była moc duszy; i oczy sokoleUmiały ogniem sypać na dziewice! —Wszystko to przeszło! — prócz téj jednéj mocyCo choć już może nie błyszczy jak wprzódy,Nie zgasła przecież: — gdy wam w takiéj nocyJak dzisiaj, w lesie, śród wrogów przemocy,Prawię me stare, miłośne przygody. —„Lecz wracam do nich. — Piękność Izabelli —To było imię żony Kasztelana. —Zda się ją widzę — cała zda się w bieli,Jak raz ostatni widziałem — ubrana,Spływa z powietrza i staje przede mną!…A jednak czuję, że chciałbym daremnoOpisać w słowach jéj postać i lice,A nadewszystko ten blask czarnych oczu,Te pełne, duże, głębokie źrenice,Co jak dwie gwiazdy w cichém wód przezroczu,Zdały się pływać w strumieniu łez jasnych,I topnieć we łzy — od promieni własnych!…

Całe w miłości — na poły w omdleniu,Na poły w ogniu: — jakoby dwaj święci,Co już na stosie płomieniem objęci,Wzrok wznosząc w niebo, trwają w dziękczynieniu,Jakby za rozkosz w śmierci i cierpieniu! —„Czoło jéj gładkie, jak przejrzysta woda,Gdy się w niéj letnia odbija pogoda,A żaden powiew powierzchni nie zmąca,A na dnie tylko blask nieba i słońca! —Twarz jéj i usta!… — Lecz co tu wyrazy?Dość — jam ją kochał! — kocham jeszcze teraz! —Dla niéj to lata zniewagi, obrazy,Zniosłem cierpliwie; — złorzeczyłem nierazSobie, jéj nigdy; — za nią, nie za siebie,Ha! wziąłem pomstę: — i oby sąd w NiebieMnie karał: za nią! — Czém w świecie i w sobieByłem i jestem — jéj to wszystko dzieło! —Serce Mazeppy twarde — lecz aż w grobieZagaśnie chyba, gdy raz zapłonęło.

„Jam kochał — wzdychał — spotykał ją w tłumie,Milczał — a jednak czuł, że mię rozumie. —Jest tysiąc tonów, tysiąc znaków myśli,Co każdy pojmie, choć nikt nie okréśli.Skry mimowolne wulkanicznéj duszy,Co z chmur jéj uczuć, jéj burz i katuszy,Pryskają same — i jedna po drugiéj,Twarzą ów łańcuch tajemniczy, długi,Co gdy raz tylko spoi duszę z duszą,Już go na wieki razem dźwigać muszą,

A każde wzajem uczucie, myśl każda,Przebiega po nim — jak piorun lub gwiazda! —„Jam kochał — milczał — z bojaźni czy sromu?Nie wiém; — i nawet, kiedym już w jéj domuCzęstym był gościem: ilekolwiek razyChciałem przemówić — czułem jak wyrazyKrzepły mi w ustach; — aż przyszła godzina!“„Jest gra — nie pomnę nazwiska — dziecinna,Prosta gra w karty; — do niéj raz za stołem,Nie wiém jak, z czego, zasiedliśmy społem.Grałem nie myśląc; — ale być tak blizkoTéj, co się kocha! — twarz w twarz, oko w oku!Każde jéj tchnienie, każdy promień wzrokuChwytać, i w jedno zlewać je ognisko!…O! to jest rozkosz, za którą milionyPrzegraćby warto! — Myśmy o nic grali.Lecz widząc wzajem jéj wzrok zamyślony,Jéj twarz płonącą rumieńcem korali:I natężenie, z jakiem się zdawałaPatrzeć na karty, choć nic nie widziała:I długość czasu gry naszéj, do któréj,Tajemna, zda się, wiązała ją siła: —To gdy postrzegłem — jakby piorun z góry,Myśl nagła we mnie błysła — zaświeciła —I z ust, i z oczu, serca tajemnica,W łzach, iskrach, słowach, wybuchła zarazem!… —Ona słuchała; — błędna jéj źrenicaUtkwiła we mnie: — i choć nie wyrazem,Odpowiedziała! — i od téj już chwili,W sobieśmy tylko i dla siebie żyli.

„Kochałem — byłem kochany wzajemnie! —Lecz jeśli prawda, co powszechne zdanieGłosi o tobie, Najjaśniéjszy Panie!Że dotąd nie znasz co miłość; — daremnieByłoby kréślić dalsze mojéj dziéje.To, na co we mnie cała krew goreje,W tobie pogardy może uśmiech wzbudzi. —Ale cóż czynić? — nie każdemu z ludziDano, jak tobie, woli majestatemUmieć panować nad sobą i światem! —Jam jest — lub raczéj, jam téż był hetmanem,Królem tysiąców: — z sercem niezachwianémWiodłem je w ogień: — a przecież daremnieChciałem zmódz słabość natury człowieczéj,Zmódz serce moje! — Lecz wracam do rzeczy.„Kochałem — byłem kochany wzajemnie! —Były to chwile najszczęśliwsze w życiu!Codzień ją mogłem widywać w ukryciu,I żyłem tylko nadzieją téj chwili.Czas, świat i ludzie stali mi się niczém:Wschód mego słońca był przed jéj obliczem,Noc mojéj duszy — gdyśmy się dzielili!… —O! teraz jeszcze całą UkrainęOddałbym chętnie za taką godzinę,Za owe chwile — kiedy paź ubogi,Na całym świata obszarze, nie miałemNic prócz jéj serca — i nic mieć nie chciałem,Prócz, bym ją częściéj widywał bez trwogi! —

„Wiém, że jest wielu, w których tajemnicaBronnéj miłości, jéj zapał podsyca.Jam tego nie czuł; — nie było mi trzebaTych sztucznych podniet; — ja oddałbym życie,By w obec świata, i ludzi, i Nieba,Nazwać ja moją! — Przeczuwałem, zda się,Co mię już w blizkim spotkać miało czasie,Za to, żem tylko mógł kochać ją skrycie! —

„Jak cień za szczęściem idzie ludzka zawiść.W Warszawie, tłumy jéj możnych czcicieli,Szeptali o mnie, lecz wierzyć nie chcieli.Jam drwił z ich dumy, nie dbał o nienawiść,I latem za nią jechał na Podole. —Tam tając imię, nieznany nikomu,W cichym szlachcica ubogiego domu,O miedzę z zamkiem mieszkałem przez pole.Aż traf, czy zdrajca odkrył kroki moje.I dnia jednego, w zbrojnych dworzan kole,Kasztelan w gaju pojmał nas oboje. —„O! widzieć było gniew pana i męża,Gniew pychy jego! — Nie miałem oręża,Lecz choćbym w zbroi był od stóp do głowy,Musiałbym uledz tłuszczy i przemocy. —Było to w czerwcu — już na schyłku nocy,I nie sądziłem, bym ujrzał dzień nowy! —Zniskąd odsieczy, a sędzia we wrogu! —Duszę więc w myślach poleciwszy Bogu,

Czekałem śmiało méj śmierci wyroku,I drżałem tylko o los Izabelli. —Jaki był — nie wiem; śród drzew, i w pomroku,Widziałem tylko miganie się bieliSzat i zasłony: gdy na wpół omdloną,Szybko, na rękach, do zamku niesiono! —Mąż został przy mnie — i jako złoczyńcę,Kazał wieść w zamku zewnętrzne dziedzińce:Kazał giestami — bo nie mógł już głosem,Drżąc cały z gniewu i pieniąc się wściekle. —Król mógłby może pogodzić go z losem.Ale paź! — Czułem, że rażon tym ciosem,Kary dość dla mnie nie znalazłby w piekle! —

— „Konia tu! konia!“ — spójrzę, aż prowadząCzarta nie konia! — czterech masztalerzyTrzyma za uzdę — i rady nie dadzą.Wspina się, parska, grzywa mu się jeży,Żar iskrzy z oczu — z wściekłości i zgrozy. —Dzień ledwo temu, jak wzięty ze stada,Dziki syn stepów! — Przynoszą powrozy,Do grzbietu jego wiąże mię gromada.I nagle wszyscy, z przeraźliwym wrzaskiem,Siekać biczami i strasząc ich trzaskiem,Zrozpaczonego puszczają na wolę. —Wypadł za bramę: — wiatr, strumień wezbrany,Grom nie tak szybki — jak on rozhukany,Ze mną na grzbiecie, pomknął się przez pole.

„Lecim i lecim — na oślep, przed siebie,Prosto jak strzała! — Brzask piérwszy na niebiePosrebrza chmury, lecz jeszcze nie świeci. —Noc, step przed nami! — koń leci i leci.Tchu brak mi w piersiach, patrzę nieprzytomnie,Wzrok mi się kręci: — i tylko wkoło mnieSłyszę świst wiatru; — a ostatnie głosy,Co długo za mną przeciągłemi echy,Ścigały w stepie i biły w niebiosy:Były to wrzaski i szydercze śmiechyZgrai mych wrogów! — Co krwi we mnie było,Zawrzała ogniem: — i z nadludzką siłą,Targnąwszy głową, zerwałem ogniwo,Co kark mój z końską związywało grzywą,I wstecz, jak mogąc, zwrócony pół ciałem,Wzajem obelgi i klątwy miotałem.Bezsilne klątwy! — ale i te możeWiatr i pęd konia zagłuszył w ich uszach.I to mię boli: — bo chciałem w téj porzeŚlad wzgardy mojéj zostawić w ich duszach! —„Potém — ha! potém! — nie próżnemi słowyJam im odpłacił! — Podole i stepyPomną obrazę i zemstę Mazeppy! —Ten gmach, te baszty, ten mur opasowy,Co mógł urągać wojska oblężeniu —Gdzież są? — nie został kamień na kamieniu;

Na polach jego nie rośnie źdźbło słomy;Na gmach i pola spadł ogień Sodomy! —Cegły, kamienie, w popiół się rozwiały:W ognistych kroplach, jako deszcz obfity,Stopniały dachów ołowiane szczyty,Co go przed zemstą zakryć nie zdołały!… —„Nikt z nich nie myślał o tym dniu odpłaty,Gdy na grzbiet koński, jako martwe drewno,Wiążąc mnie z wzgardą — i na zgubę pewnąPuściwszy — szydząc wznosili wiwaty! —Nikt z nich nie myślał, że z téj saméj błoni,Ten sam, na czele stu tysięcy koni,I stu tysięcy dzid, szabel, mołojców,Przyjdzie jak piorun — i nad głową zbójców,Sprawiedliwości i zemsty zarazem,Sąd czynić będzie — ogniem i żelazem!… —„Bo czas nakoniec równa wszystkie rzeczy.I byle umieć jak korzystać z pory,Nie ma na świecie potęgi człowieczéj,Coby ujść mogła przed zemstą — do któréj,Bodźcem jest pamięć krzywd takich — a celem,Tryumf przed światem nad nieprzyjacielem!

„Tymczasem daléj i daléj, bez toru,Koń mój, jak wicher, jak błysk meteoru,Leci i leci: — wsie, ziemia uprawna,W tyle za nami zostały już zdawna.Przed nami wkoło, jak oko zasięga,Step równy, pusty — w końcu widnokręga,

Przeze mgłę tylko widać — że jak pasem,Sinym po bokach otoczony lasem. —Niedawno jeszcze ćma Krymskich Tatarów,Wracając z Polski z jeńcami i łupem,Dognana w pośród tych dzikich obszarów,Przestrzeń ich wkoło zasłała swym trupem.Oprócz ich mogił widzianych zdaleka,Żadnego śladu, ni dzieła człowieka. —„My lecim, lecim: — już przeszedł wschód słońca,Lecz dzień pochmurny i cisza dusząca.Słyszę świst w uszach — lecz nigdzie powiewu,By nim choć westchnąć; — a koń chrapiąc z gniewu,Leci i leci. — Mdłość głowy zawrotuOwładła członki: zimne krople potuLeją się ze mnie. — Chcę mówić modlitwy —Próżno! — Koń leci; — myślę, że się znuży,Że zwolni biegu; że takiéj gonitwyNad dwie, trzy godzin, nie wytrzyma dłużéj.Próżne nadziéje! — ciężar ciała megoBył niczém — owszem, był bodźcem dla niego.A ruch mój każdy — skorom się odważałPoruszyć na nim — czułem, jak pomnażałPęd, i strach jego, i gniew jego pychy. —Probuję głosu: — słaby był i cichy:Lecz na dźwięk piérwszy, jak rażony strzałem,Koń drgnął, podskoczył, i z wściekłym zapałemPędził tém chyżéj — i na każde słowo,Wstrząsał się, jakby na trąbę bojową. —Powrozy w ciało coraz głębiéj grzęzły,Aż krew pryskając zbroczyła ich węzły;

A jakby ognia żywego płomienie,Pierś mi i usta paliło pragnienie.

„Las tuż przed nami: — od brzega do brzega,Wszerz horyzontu step zda się przelega.Las drzew odwiecznych, których nawet czołaHuragan stepu uchylić nie zdoła.Lecz te gdzie niegdzie: — a pomiędzy niemi,Gęstwa zarośli z gałęźmi wiotkiemi,W całém bogactwie liści i zieleniSzat swoich letnich: — nim wicher jesieniPrzyjdzie z za morza, i w dzikim poświścieRozmiecie w stepie zczerwieniałe liście,Gdzie już z pod szronów, przy słońca zabłysku,Lśnią, jak krew skrzepła na pobojowisku,Gdy je okrywszy cień nocy zimowéj,Posrebrzy mrozem niegrzebane głowy,I tak je stwardni, że próżno dziób kruka,Z dzwoniącém echem, w zmarzłe twarze stuka! —„Była to ciemna, zielona dąbrowaMłodszych zarośli: — dąb, sosna masztowa,Z rzadka gdzie niegdzie: — o! i gdyby nie to,Las tenby dla mnie ostatnią był metą! —Lecz wiotkie krzewy, nie szarpiąc zbyt srodze,Łatwo przed nami rozdały się w drodze. —Zamknąłem oczy, ku grzywie przypadłem,I więzom moim dzięki, że nie spadłem. —Koń mknął jak piorun: — bo z tyłu gromadą,Ścigało wilków rozjuszone stado. —

W stepie nas jeszcze zajrzeli przed lasem,I zewsząd z wściekłym opadli hałasem.Koń przez ich środek przeleciał jak strzała,A ślad w ślad za nim biegła ruja cała. —„Nie mogąc dójrzeć, z obudwu wciąż boków,Słyszałem w lesie trzask, szelest ich kroków;I czasem tylko przez krzewy cienisteMigał grzbiet bury, lub oczy ogniste. —Lecz gdy las rzednieć zaczynał ku błoni,I coraz bliżéj brzmiał czwał ich pogoni,Podniósłszy głowę, spójrzałem z obawą. —O strzał zaledwo pędzili się ławą,Jak stado owiec, a chyżéj niż charty! —Tak czy tak, czułem, że śmierć mię nie minie;Lecz iść na pastwę bestyi rozżartéj —Myśl ta straszliwa, w téj nawet godzinie,Wszystkie me włosy zjeżyła na czole;I wszystkie inne obawy i bole,Umilkły przed nią. — Całe me nadziejeByły z początku, że koń mój zwolnieje,Że padnie w końcu; — teraz tylko o toDrżałem, by nie padł; — i głosem, i ruchem,Chciałem go, zda się, przeniknąć mym duchem,I wzmódz mą siłą, i natchnąć ochotą,By ujść przed rują! — Lecz strach mój był marny!Koń, zda się, z trwogą, wziął i chyżość sarny.I z mniejszym pędem, pieniąca się fala,Z porohów Dniepru, w dół z góry się zwala,Jak on wciąż pędził w niepojętéj sile —Aż las i wilcy zostali się w tyle.

„Lecim i lecim: — już blisko południa,A krew mi ścięło jakby zimno grudnia,I z nową mdłością przyszedł zawrót nowy.Zwisłem w dół głową jak potok zimowy.Brzemię mych cierpień złamało wytrwałość.I gdy dziś jeszcze przypomnę ich całość:Wstyd, wściekłość, rozpacz, strach i przerażenie,Więzy i nagość, ból, głód i pragnienie,I myśl o wrogach i mojéj zniewadze:Dziwię się własnéj mocy i odwadze,Żem zniósł to wszystko — a nie że na chwilęCiało duchowéj nie sprostało sile.Wzrok mi się zaćmił, a członki bezwładneZwisły ku ziemi; — zdało się, że spadnę,Ale nie! — mocno trzymały powrozy. —Czułem przez chwilę dreszcz śmiertelnéj zgrozy.Ale wnet pamięć, i myśl, i pojęcie,W jednym się mglistym zmieszały odmęcie.Step, ziemia, niebo, i ja z niemi społem,Zdały się szybkiém obracać się kołem:Aż wzrok mój ciemna powlokła zasłona,I w piersiach serca konwulsyjne drganiaUstały nagle. — Człowiek co już kona,Nie może mocniéj czuć chwili skonania,Jak jam czuł wtedy. — Jak żeglarz w rozbiciu,Na kruchéj desce, gdy hucząca fala

Niesie go, miota, głuszy i przywala,W głąb szedłem zda się; — czułem żem był w życiu,Lecz życie było jak sen gorączkowy,Wątły, znikomy: a jednak się zdaje,Że w nim przytłacza głaz ciężki, grobowy,Co ni się ocknąć, ni spocząć nie daje. —Jeśli przy śmierci są takie męczarnie,Nie dziw, że przed nią natura się trwoży! —Przy śmierci nawet może jeszcze gorzéj,Nim wieczność całkiem człowieka ogarnie. —Mniejsza! jam wtedy raz już oczy mojeOswoił z śmiercią — toć i znów oswoję.

„Jak długo trwały te mdłości — nie zgadnę;Myśl z ciałem były zarówno bezwładne.Przytomność piérwsza wróciła. — Gdzież jestem?Czuję chłód jakiś: — serce się porusza,Krew uderzyła — ożywia się dusza:Słuch jakimś dziwnym napełnion szelestem.Otwieram oczy — oglądam się — ciemno!Koń parska — słyszę — lecz czy koniec jazdy?Nie czuję biegu. — Spójrzę, aż pode mnąWoda — i w wodzie niebiosa i gwiazdy! —Zamknąłem — znowu otwieram powiekę:To nie sen! — rumak mój płynie przez rzekę. —Wzdęta i bystra! — a rozlana fala,Przed i za nami połyska się zdala;Głąb wre i szumi: a my śród jéj prąduDo nieznanego sterujem się lądu. —

Chłód świeżéj wody zbudził mię z omdlenia. —Koń silną piersią porze nurt strumienia,Parska — a piana, jak płachtami śniegu, —Posrebrza falę. — Dopływamy brzegu —Lecz cóż port dla mnie za różnicę czyni?Tamby śmierć w głębi, a tu śmierć w pustyni!A gdzieby prędzéj, i jak lżéj umiérać:Anim pomyślał, anim mógł wybierać.

„Zmokły, zziajany, z dymiącemi boki,Trzęsąc się z zimna, koń na brzeg wvsokiWspiął się, wyskoczył. — Przed nami równina,Jak w nocy zajrzeć, zamglona i sina,I w lewo, w prawo, w mdłém świetle miesiąca,Zda się gdzieś w przestrzeń przedłużać bez końca!„My lecim, lecim. — Czasem w mgle pozioméjMiga coś biało; czasem się coś czerni,Jak drzew gromada; — byłyżby to domy? —Nic dójrzeć pewnie nie da blask znikomy —Lecz sąż to sady, czy zarosłe cierni?Bo nigdzie żadne światełko zdaleka,Żaden głos zniskąd nie wróży człowieka.Ognik się nawet nie zerwie z pod ziemi,By choć urągać przed oczyma memi.Blaskby mi jego nowéj dodał siły!Bo choćby nawet łudził mię — już dosyćByłoby dla mnie, gdybym mógł choć wynosić,Że już tu przecie są ludzkie mogiły! —

„Lecim wciąż naprzód; — lecz coraz i corazSłabieje konia moc nieokrócona.Robiąc bokami i piersią, raz po razUtknie — i zda się upadnie, i skona.I znów się wzmaga. — Dziecię go w téj porzeWstrzymaćby mogło!… — Cóż mi to pomoże?Nie mam rąk wolnych — a choćby i były,Może już na to nie miałbym dość siły! —„Ostatek jednak wytężam — azaliNie zerwę więzów; — niestety! daremnie!Powrozy tylko wpijają się we mnie,I ból się zdwaja. — Koń daléj, i daléj,Pędzi — lecz czuję, że chwieje się w pędzie,Że musi upaść! — lecz cóż ze mną będzie?… —A już od wschodu, u brzegu przestrzeni,Piérwszy brzask świtu srebrzy się, rumieni —Lecz jakże wschodzi powoli!Jak tu noc długa! jak leniwe słońce! —Wzywam go, czekam — jak mego obrońcę,Jak kresu mojéj niedoli! —I już, już coraz jaśniéj i czerwieniéjWschód się zajmuje, i smugi promieniBuchają na niebios sklepie; —I wnet krąg tarczy, napoły widomy,Wyjrzał nad ziemię — i blask jéj poziomyPiorunem strzelił po stepie.

„Słońce pogodne — i tuman kłębamiZwija się, wznosi; — przed nami, za nami,Stepy, pustynia, równina jak morze!Końca nie dójrzeć! — lecz w całym przestworze,Nigdzie człowieka ni ręki, ni śladu.Powietrze nawet bez głosu i ruchu:Nigdzie śpiew ptaka, nigdzie brzęk owadu,Szmer nawet wiatru nie ozwie się w uchu.Cisza i martwość! — Koń mile po mili,Dysząc, że zda się pierś pęknie co chwili,Pędzi, i resztą tchu robi bokami.A wciąż jesteśmy — lub zdajem się sami. —„Wtém jedną razą, rozległ się po błoniGłos jakiś cudzy: — czy to rżenie koni?Czy wiatr w gałęziach widoméj dąbrowy? —Nie, nie! to tentent — to tabun stepowy!Widzę już, widzę, jak całe ich stadoZ lasu na pole wybiegło gromadą,I wczwał, na przełaj, zabiega nam drogę! —Chciałbym zawołać — probuję — nie mogę. —Ziemia się wstrząsa od echa ich biegu.Pędzą, jak jazda w bojowym szeregu.Lecz gdzież są jeźdźcy? — Wglądam się zdaleka:Koni jest z tysiąc — żadnego człowieka! —Z grzywami na wiatr, podjąwszy ogony,Chrapiąc nozdrzami, harcują w przegony.Rzędy po rzędach, na stepów przestworzu,Czernią się, huczą, jak fale na morzu,

I w całym pędzie mkną ku nam przez błonia. —Widok ich, zda się, wzmógł moc mego konia.Pomknął się, zarżał — i jak martwe brzemię,Zachwiał się — zarył — i runął o ziemię.„Z dymiącém nozdrzem, tocząc piany białe,Leżał — i nogi wyciągał zmartwiałe.Skończył swój zawód pierwszy i ostatni! —Kołem go zewsząd obiegł orszak bratni.Patrzą się na mnie — zbliżają się — stają,Parskną — odskoczą — i znowu wracają;Znać że się dziwią i boją zarazem. —A wtém — jak gdyby za danym rozkazem,Wszystkie za jednym — znać wodzem ich stada,Czarnym, roślejszym niż cała gromada,Chrapiąc, parskając, kopnęły z kopyta!W chmurach kurzawy, co z pod nóg ich wzbita,Z hukiem stu gromów, tłum w stepy ucieka,Jakby z instynktu przed twarzą człowieka! —„Jam został jeden — z rozpaczą w méj duszy,Na martwym koniu, co już się nie ruszy,I chcąc się z niego odwiązać daremnie! —Chłód jego śmierci przenikał aż we mnie,Razem ze straszną pewnością, że społemPopiół mój z jego zmiesza się popiołem. —

„I tak od rana do późnego mroku,Leżałem pastwą mych myśli natłoku;Żyjąc jak na to, by okiem gasnącémZ ostatniém mojém pożegnać się słońcem,

I zajść z niém razem — tylko że na wieki! —Od wszelkiéj ludzkiéj pomocy daleki,W saméj pewności straszliwego losuZnalazłem siłę na zniesienie ciosu,Przed którym serce i natura ludziTruchleją równie; — choć ich już nie łudziŚwiat; chociaż mdlejąc od pracy i znoju,Nie chcą innego szczęścia — prócz pokoju,Którego, wiedzą, że nie ma na świecie,Że w grobie tylko znaleźć go; — a przecie,Tak drżą przed grobem, i mijają kołem,Jakby grób tylko był zdradzieckim dołem,Co go się ustrzedz i uniknąć można,Byle roztropność i baczność ostróżna! —I śmierć — choć nieraz zwana głosem jęku,Nieraz szukana z krwawym mieczem w ręku,Śmierć, gdy się zbliży — w jakąkolwiek porę —Człowiek w niéj zawsze obaczy potworę.

„A jednak dziwna! że nieraz piastunySzczęścia, przepychu, zbytku i fortuny,Co z wiecznym uśmiechem na czole i ustach,Godują w świecie i toną w rozpustach,Konają nieraz spokojniéj i śmieléj,Od tych, co tutaj nic prócz łez nie mieli! —Bo człowiek w szczęściu, któremu niczegoNie brakło nigdy, i który wszystkiegoSłodycz i gorycz poznał po kolei,Cóż ma do żądzy, i co do nadziei,

Prócz chyba przyszłych, niezmiennych radości,Gdy mu je wiara zwiastuje w wieczności?A bez nadziei i żądzy, cóż znaczyŻycie na ziemi? — Nieszczęśnik inaczéj.Wtrącony w przepaść, z wszystkiego obrany.On zawsze jakiéjś spodziewa się zmiany,Ulgi, pociechy; — i choćby dlań w świecieŚmierć była ulgą jedyną: — on przecie,Widzi w niéj wroga, który mu w zawięziChce owoc szczęścia strząść z rajskiéj gałęzi! —Jutroby może był panem dostatku,Otrząsł się z cierpień, podniósł się z upadku;Jutroby piérwszém być mogło ogniwem,W paśmie dni jego nowém i szczęśliwém,Nagrodą długich i mąk i wytrwania;Jutroby może dopiął panowania,Władzy, potęgi; zawistnych prześcignął,Starł nieprzyjaciół, przyjaciół podźwignął;Od jutra może spodziewać się tyle —Maż mu to jutro świtać na mogile? —

„Zachód już blizko: — jam leżał jak z rana,Licząc minuty, aż śmierć pożądanaPrzyjdzie ból skrócić i uśpić na wieki. —Przez gwałt ku niebu podniosłem powieki,I na powietrzu, między mną a słońcem.Ujrzałem kruka — jak skrzydłem świszczącémKrążył i krakał: — zdało się, że czeka,By razem z koniem mógł żreć krew człowieka.

I coraz, coraz spuszczając się niżéj,Coraz mię kołem oblatywał bliżéj.W zmierzchu, widziałem, jak wisiał nade mną,Świszcząc skrzydłami; a gdy już wpół-ciemnoByło na stepie — raz tak blizko z góryŚmignął koło mnie — że szorstkiemi pióryRozwiał mi włosy i omusnął skronie.Byłbym go schwytał, gdyby wolne dłonie! —Lecz samo drgnienie przestrachu i zgrozy,I skrzyp, co przez nie wydały powrozy,I głos — jeżeli zwać głosem chrypanie,Com ledwo z piersi wydobyć był w stanie —Spłoszyły wreście krwiożercę. —Co daléj — nie wiém; — tylko jeszcze jednoPomnę jak przez sen: — jakąś gwiazdkę błędną,Jakieś światełko w iskierce:Co gdzieś, daleko, przed mglistém spójrzeniem,Migało bladym, niepewnym promieniem,I przeświecało aż w serce.I to, co w sobie w téj chwili doznałem,Czując niknącą moc woli nad ciałem:Jakąś mdłość, senność, lodowate mrowie,Jakiś ból w sercu, jakieś iskry w głowie,Coś nakształt trwogi dziecięcéj:Coś nakształt myśli, że to jest konanie;I znów ból, zimno, konwulsyjne drganie,Westchnienie — i już nic więcéj! —

„Budzę się — cóż to? czy jeszcze marzenie?Czy wzrok mój ludzkie spotyka wejrzenie? —Wkoło-ż mnie ściany wiejskiego mieszkania?Toż-li węzgłowie miękkiego posłania? —Jestże śmiertelnym, ten wzrok tak promienny,Milszy mojemu od jasności dziennéj,Co tak z czułością wpatruje się we mnie? —Drżę, by się jeszcze nie łudzić daremnie.Wytężam oczy, poglądam ciekawie —Nie! to nie mara! — nie! widzę na jawie.Młoda dziewica, kształtna i wysoka,Siedzi opodal, nie spuszczając oka.I gdy ujrzała żem odzyskał zmysły,Czarne jéj oczy jak ogniem zabłysły,I usta nagłym zadrgały uśmiechem. —Powstawszy, ku mnie przybiegła z pośpiechem.I widząc z ruchu ust moich, że chciałemPrzemówić do niéj, lecz głosu nie miałem:Palcem na ustach, i wstrząsając głową,Dała znak milczeć: bym niewczesną mowąStrzegł się nadużyć wracającéj siły,Ażby się same powoli wzmocniły.I rękę moje ująwszy swą dłonią,Drugą węzgłowie podniosła pod skronią,I ledwo stopą dotykając ziemi,Poszła na palcach, krokami prędkiemi,I stojąc w progu, przez drzwi wpół przemknioneSzeptała zcicha; — a słowa tłumione,

Rajskiemi dźwięki grały w mojém uchu. —Patrzałem na nią — a ona bez ruchuPostawszy chwilę — gdy widać uśpieniCi, których zwała: — wnet sama do sieniWyszła — lecz piérwéj, wyraźniéj niż słowy,Twarzą i ręka dała mi znak nowy,Bym był spokojny i czekał. — Gdy znikła,Taka mię żałość objęła niezwykła,Taka tęsknota: — że mi się zdawało,Że życie za nią przez pół uleciało.

„Wróciła z matką i ojcem kozakiem. —Cóż mówić więcéj? — jako mię przed nocą,Znaleźli w stepie z nieżywym rumakiem,I z chrześcijańską śpiesząc się pomocą,W dom swój przenieśli rękami własnemi —Mnie — com miał kiedyś hetmanić nad niemi! —„Tak ów okrutnik, co w swej zemście ślepéj,Chcąc zwiększyć boleść i męczarnie skonu,Myślał, że na śmierć posłał mię na stepy,Drogę mi tylko otworzył do tronu! —Nikt z ludzi nie wié, co mu los przeznacza —Lecz téż niech żaden darmo nie rozpacza!Co dziś złém zda się, na dobre wyjść może. —

„I byle prędzéj ranne ujrzeć zorze,I konie nasze pokrzepić noclegiem:W czas staniem jeszcze nad Dniestrowym brzegiem! —

I wyznać muszę, że nigdy śród spiekiJeleń się chciwiéj nie kwapił do rzeki,Jak ja, by za nią ujść wrogów przemocy. —Lecz dość już bajać. — Bracia! dobréj nocy!“ —

Skończył — i dłonią ku słuchaczom skinął —Pogłaskał konia, burką się obwinął,I na posłanie, dla niego nie nowe,Legł, o pień dębu opierając głowę,I zasnął wkrótce jak śród Ukrainy. —Lecz gdy się może dziwicie, dla czegoKról nic mu nie rzekł o powieści jego?Przyczyna prosta! — Król spał od godziny.

Comments

Loading comments…