Melodye hebrajskie — całość
Translated from English by Zofia Trzeszczkowska
Idzie w piękności swéj jak nocGwiaździstych sfer południa ziem,I blask i mrok, ich czar i mocŁącząc w postaci, w oku swem,Śród lubych, bladych nocy lśnień,Jakich świetniejszy nie zna dzień,Skrą więcéj, jednym cieniem mniéjMogłoby cudny wdzięk wpół śćmić,Co płynie z kruczych włosów jéjI z lic łagodnych zda się lśnić,Gdzie myśl pogodą świadczy swąJak błogiém jéj mieszkanie to.I taki spokój rysów tych,Z lic tak wymowna słodycz lśniUśmiechem, grą rumieńców swych,Iż widzisz ciąg cnotliwych dni,Duszą, co zgodą wita nas,Serce, gdzie miłość jest bez skaz!
Rozbita harfa monarchy psalmisty,Wodza nad męże, niebiosom miłego,Przez zdrój muzyki łez święcona czystyCo wlała w nią boskie tchnienie ducha swego;O płaczcie! płaczcie, niech z oczu łzy biegą.Ona, żelazne zmiękczając natury,Budziła dotąd nieznane w nich cnoty;Gdzie słuch nieczuły lub duch zimny, który
Nie wrzał z nią ogniem, nie odczuł tęsknoty?Moc Dawidowa to pieśń, nie tron złoty.Ona sławiła królów naszych czyny,Lub brzmiała hymnem ku chwale Jehowy,Radość wstrząsała góry i doliny,Wyniosłe cedry chyliły swe głowy,Aż pieśń wróciła w swój kraj lazurowy.I odtąd ton jéj dla ziemi zaginął,Chyba pobożność, lub miłość, jéj dziecię,Podniecą ducha, by skrzydła rozwinął,Zasłuchan w dźwięki z nieb, tonąc w snów świecie,O sny, co z brzaskiem dnia już nie pierzchniecie!
O, gdyby wiedziéć, że po skonie,W świecie wzniesionym nad nasz kres,Miłość namiętnie w sercach płonieI w oczach nieznających łez! —Ileż upojeń świat ów błogi,Ileby czaru miał dla dusz!Świat, gdzieby ziemskie łzy i trwogiPochłaniał blask wieczności zórz!Tak musi być: — nie samolubnąJest trwoga, co u śmierci bramKaże się życia przez toń zgubnąOstatnich ogniw chwytać nam.Wierzmy! Tam będziem się weselić,Ze źródeł wiecznych społem pić,I serce z sercem radość dzielić,I duchem w duchu wieki żyć!
Wzgórza Judei gazela dzikaPrzebiega stopy chyżemi,Wolno z każdego pić jéj ponika,Co tryska z téj świętéj ziemi:Powietrznéj stopie, dumnéj źrenicyNikt nie zakreśli granicy.Ognistsze oczy, lżejszych stóp lotyIzrael widział w swym kraju;
Stokroć cudniejsze żyły istotyW tym znikłych rozkoszy raju.Z Libanu płyną cedrów powiewy,Lecz gdzież wysmuklejsze dziewy?Szczęśliwsze palmy, co kraj ten cienią,Niż plemię Judy wygnane;Bo kiedy w ziemię raz się wkorzenią,Rosną w swéj krasie nieznane:Ani opuścić krainę drogą,Ani żyć w obcéj nie mogą.Lecz my śród obcych tracący siłyW tułactwa wieczystym znoju,Gdzie prochy ojców, gdzie ich mogiły,Nigdy nie spoczniem w pokoju:Chram w gruzach, a zaś tron nasz — o, biada!Urągowisko zasiada!
Nad nami, co nad rzeki Babilonu schniem,Których ołtarze w gruzach, zaś ojczyzna snem,Zapłaczcie, oto harfa bezstrunna się wala,A kędy Bóg nasz władał — dziś czciciel Baala,W jakiém źródle Izrael spłucze z stóp swych krew?Kiedy zabrzmi w Syonie słodki ojców śpiew?Kiedy melodje Judy serce rozweseliTych, którzy na jéj dźwięk niegdyś wzruszeniem drżeli?O ty! plemię tułacze, gdzie kres dla twych prób?Dla twych zdyszanych piersi, dla twych błędnych stóp?Gołąb gniazdo, lis norę ma — uchron dla obu —Człowiek ojczyznę swą — Izrael nic — prócz grobu.
Arabski wielbłąd błądzi po brzegach Jordanu,Na pagórkach Syonu poświęconych PanuOłtarz Baala... nawet na Synai górze!Nawet tam... a Ty, Panie? Przecz grom twój śpi w chmurze?
Tu, gdzie palec Twëj kréślił kamienne tablice!Gdzie cień Twéj chwały błysnął przed ludu źrenice!
Twój cień w purpurze ognia; — tak, cień Przedwiecznego!Bo któżby mógł żyć, Ciebie ujrzawszy samego?
O, zwróć ku nam wejrzenie w ogniach błyskawicy,Wyrwij oszczep z ciemięzcy osłabłéj prawicy:Dlugo-ż tyran Twéj ziemi deptać nie przestanie,A chram stać bez czcicieli? O Panie! O Panie!
Jeśli ojczyźnie, gdy Bogu, Panie,Śmierć moja chwały przyczynić w stanie,Jeśli zwycięstwo ślubem zdobyto?Ach uderz, ojcze, w tę pierś odkrytą!Dziewczęcych żalów nie ronią wargi,Śród wzgórz nie błądzę z rzewnemi skargi,Śmierć od cię lekka — ręce kochaneBez bólu w serce zadadzą ranę!A wierz w to — czysta krew córy twojéj,Jak myśl ostatnia, co mię tu koi,Jak prośba, aby — nim nóż pierś skrwawił —Swój głos serdeczny mi błogosławił.Na dziew solimskich zgłuchnij lamenty,Jak mąż, jak sędzia — trwaj nieugięty!Przez mię zwycięstwo dziś dał wam bój,Wolna ojczyzna i ojciec mój!Gdy krew mą — dar twój — wytoczą żyły,Gdy zaniemieje głos dziś ci miły,Ty się pamięcią swéj córy chlub,Pomnąc na uśmiech, z jakim szła w grób.
O, ty zagasła w piękności swéj kwiecie!Głaz ciężki grobu twego nie przygniecie;Ale co wiosna nad świeżą darniną,Najpierwsze w roku róże się rozwiną,I cyprys smutne gałązki rozplecie,I nad szemrzące fale lazurowe,Często w niemocy boleść skłoni głowę,A myślą tonąc w zadumie głębokiéjOdejdzie z żalem, przyciszając kroki;Szaleństwo! Zmąciż szmer te sny grobowe?
Ach, próżno płakać! Wiemy, że śmierć głuchaNie dba na boleść i skargi nie słucha;Czyż przez to skarg mniéj? lub mniéj łez żal roni?Ty sam, co mówisz mi: „zapomnij o niéj!“Zbladłeś — i twoja powieka nie sucha.
Posępny duch mój... O niech twoja rękaO struny harfy potrącić pośpieszy;Niech z pod pieszczonych palców twych piosenkaŁagodnym szmerem ucho me ucieszy.Jeśli w mém sercu tli choć skierka małaDrogich nadziei — ten dźwięk ją dobędzie;Jeśli łza jedna w tém oku została —Spłynie — i mózgu palić już nie będzie...
Lecz graj pieśń dziką, głęboką, co wzrusza,Niech pierwszy akord weselem nie brzęknie:Pomnij, minstrelu, łez żądna ma dusza,Gdy łzy nie trysną — serce moje pęknie...Ach, bo to serce zdawna bólu syte,Bezsenne, milcząc znosiło swą nędzę;Dziś czas już skończyć — niech pęknie rozbite,Albo — niech pieśni ulegnie potędze.
Płakałaś! — wielka łza świecącaBłysła na ócz twych błękicie,I zdała się jak rosa drżącaNa listkach fijołka w rozkwicie.Błysł uśmiech twój — i zgasły śćmioneSzafiry z ogniem zmiennym;Bo czyżby mogły zrównać oneŹrenicom twym promiennym?Jak słońca blask barwi obłoki,A taka barw tych krasa,Że, choć wieczorne zajdą mroki,W noc późno nie zagasa,Tak uśmiech twój — radości czystéjW głąb smutku śląc wrażenia —Zostawia odbłysk promienisty,Co serca rozpromienia.
Skończon twój dzień, lecz chwały bytDziś w pieśni się zaczyna;Przelaną krew, oręża zgrzytOjczyzna przypomina;Tryumfów blask, wolności świtWróconéj jéj przez syna!Póki w nas cześć swobody trwa,Twe imię nie zaginie!Nie wsiękła w proch krew zacna twa;Niech w żyłach naszych płynie;Niech tchnienie twe bart piersiom daTwych braci w téj krainie!Gdy z wrogiem bój będziemy wieść,To imię hasło poda!
Twą śmierć za pień swych weźmie treśćDziew naszych rzesza młoda!Zniewagą łzy, gdzie taka cześć!Skon taki — to nagroda!
„Ty, co zaklinasz cienie grobowe,Tu prorokowi stanąć każ“.„O Samuelu, wznieś z grobu głowę!Królu, oto wieszczbiarz nasz!“Otworzyła się ziemia; on stał w chmurze mgławéj:Z całuna bił blask zmienny — bledszy, to jaskrawy.Śmierć przeglądała z oczu, co się martwo szkliły,A ręka była wyschła, a uwiędłe żyły;Wycieńczone piszczele z obnażoną kościąBłyszczały zdala jakąś straszliwą białością;Z ust zwartych, z piersi żadnym nie wstrząsanéj ruchemWyszedł głos, jakby wiatru szum w podziemiu głuchem.Sauł rażony trwogą padł, w prochu się tarza,Jak dąb, kiedy grom nagły zwali puszcz mocarza.„Budzą mię? Kto śmiałek ten,Co zakłóca zmarłych sen?Tyś to, królu? Patrz na teBez krwi, skrzepłe członki me:Takim przy mnie jutro jużLegniesz ty i twoi tuż:Nim dzień jeden zdoła zbiedz,Ty z twym synem macie ledz,Żegnaj, lecz na jeden dzień,Potém wspólny grób, proch, cień...Widzę w polu wpośród ciałTy i syn pod gradem strzał;Jeszcze miecz przy boku twym,Ty w pierś własną godzisz nim;Bez głów... koron... Och padł grom...Legł król, syn, Saulów dom!...
Boje, wodzowie, w boju pańskim tym,Gdy miecz lub strzała utkwią w sercu mém,
Niech trup królewski nie cofnie was wstecz:Niech w piersiach wroga każdy topi miecz!Ty, który nosisz mój puklerz a łuk,Gdyby me hufy z pola pognał wróg,U stóp twych złóż mię niosąc krwawy cios!Dla innych bojaźń — Saul przyjmie los.Zegnajcie wszyscy, lecz ty przy mnie stój,Najmilszy z synów, dziedzicu ty mój!Świetnym dyadem, potężnym jest tron,A gdy dziś legniem — królewski to zgon!
Syt byłem władzy, mądrości, chwały,Miłości, lat młodych, siły;W czasach mych wszelkie wina kraśniały,Wdzięki pieszczotą darzyły:Serce me grzały ócz pięknych zorze,Duch miękł w rozkoszy weselnéj;Posiadłem wszystko, co świat dać może,Czego pożądać śmiertelny.
I oto szukam dnia w méj pamięciZ téj życia wędrówki długiéj,Czy mię choć jeden szczęściem nie nęci,Bym go chciał przeżyć raz drugi?Lecz gdzież dzień taki, godzina, w któréjRozkoszy gorycz nie zmąca?Każdy szmat świetnéj królów purpuryŻółć zbryzgać musi gryząca.
Sztuka, czar zaklęć polową żmijęZ szkodliwych jadów rozbroi,Lecz węża, co nam serce obwije,Jakież zaklęcie ukoi?Słowa mądrości przebrzmią bez śladu,Melodja śpiewna nie wzruszy,I wiecznie będzie czuć żądło gadu,Kto w swojéj nosi go duszy.
Gdy śmierci chłód dotknie cierpiącéj gliny,Dokąd się duch ma nieśmiertelny zwrócić,Gdy ani skon, ni ziemskie dlań dziedziny,A lichy proch musi za sobą rzucić?Czy z ciała więź odtąd wyswobodzonyPrzez nieba mknie z planety każdéj tokiem?Czy sobą świat wypełnia nieskończony,Jak gdyby był dlań wszechwidzącém okiem?Bez granic, form, — istność wieczyście młoda,Ukryta nam, lecz sama wszędzie wnika,Dojrzy i wnet pamięci wszystko poda,Co ziemia ta i niebios kraj zamyka:Najsłabszy ślad przeszłości dawno zbiegłéj,W pamięci mgłach kryjący się gdzieś mrocznie,Duchowy ten obejmie wzrok rozległy,Wszystko mu wraz przedstawi się widocznie.Nim ziemski glob mogło „Stwarzania“ dziełoZaludnić — w toń chaosu wzrok ten pada,W najdalszą głąb, gdzie niebo się poczęłoI kolej zmian rozwoju jego bada.Co przyszły czas ma zdziałać albo zniszczy,Wyzywa duch, widokiem się tym poi,Gaśnie sto słońc, tam runął świat w stos zgliszczy,A duch wciąż trwa w téj niezmienności swojéj.Nad miłość, lęk, nienawiść i nadzieje,Przeczysty on i beznamiętny wzlata:Jak ziemski rok są dlań stuleci dzieje,A nakształt mgnień migają jego lata;Wciąż naprzód! wzwyż! Przez bytów wszech odmęty,Bez skrzydeł piór unosi się w przestworze,Bez nazwy treść, pierwiastek nieujęty,Niepomny już, że śmierć gdzieś istnieć może.
Baltazar siadł na tronieWkoło satrapów tłum:Lamp tysiąc w sali płonie,Wre uczty gwar i szum.Przynoszą złote czary,Które czcił Judy syn,
Bezbożnik te puharyNapełnia płynem win.A w téjże chwili — w blaskuZajaśniał dziwny znak,Na ścianie, jak na piaskuDłoń kreśli głosek szlak:To cień samotnéj ręki,Kształt ludzkich palców był,Co jak na glinie miękkiéj,Na murze napis rył.Król dostrzegł tajemnicę,Ucisza uczty szał:I zbladło jego liceI głos mu w mowie drżał:„Niech wszystkich, ktoby wróżył,Najmędrszych w świecie zwąTłómaczyć dziw, co schmurzyłKrólewską radość mą!“Chaldejskich ziem wieszczkowieOd dawnych słyną dni;Dziś milczą — w obcéj mowieWciąż groźnie napis lśni.Babilon um głębokiSzanuje starców swych,Lecz dziś i te prorokiZawiodła bystrość ich.A wtém młodzieniec stanie,Z dalekich jeniec stron,Usłyszał rozkazanieI wróżbę pojął on.Lamp wkoło płonął wianek,On przed napisem stał;Wyczytał w noc, — a ranekŚwiadectwo wieszczbie dał:„O królu, tron się wali,Otwarty grobu loch;Tyś zważon jest na szali,A lekkiś jako proch,Całuny miast purpury,Twój namiot grobu schron;Med zbliża się pod mury,Pers twój zagarnia tron!“
Gwiazdo melancholiczna, ty, bezsennych słońce,Co przez łzy nam zdaleka ślesz swe światła drżąceI ujawniając ciemność, nie rozpraszasz cienia,O jakżeś ty podobna do szczęścia wspomnienia!
Tak świeci przeszłość nasza, to zgasłych dni zorze,Która się nam promieni, lecz grzać już nie może;Nocy pochodnio, zna cię boleść czuwająca:Widnaś, lecz ach daleko! ach, chłodna... choć lśniąca!
Jeślibym fałsz miał w sercu, jakeś mię osądził,Czyżbym od Galilei zdala wiecznie błądził?Wszak dość wyrzec się wiary, bym po wszystkie czasyStarł klątwę, którą ty zwiesz zbrodnią mojéj rasy.Jeśli złość nie zwycięża — więc pan ci łaskawy!Jeśli grzech piętnem niewoli — tyś wolny, więc prawy!Jeśli tułacze ziemscy i u nieb podwoiWyklęci — żyj w twéj wierze — ja chcę umrzéć w mojéj.Dla niéj — cokolwiek dałbyś — jam więcéj postradał,Wié to Bóg, co dopuszcza, byś ty szczęściem władał!W Jego ręku nadzieje, serce me — tyś w swojeWziął kraj, życie — bierz: przy Nim ja o to nie stoję.
Maryamno, krwawi się i miotaSerce, co twą przelało krew:W krwi zgasła mściwość, a zgryzotaI boleść zastąpiły gniew.Gdzieś ty? nie słyszysz?... Duch znikniony,Gdyby skarg gorzkich słuchać mógł,Przez ciebie byłbym rozgrzeszony,Choćby odrzucił mię sam Bóg.Więc niéma jéj? Więc zazdrośnegoMogliście szału słuchać wy?W niéj siebiem skazał ja samego:Ten mściwy miecz nademną drży.
Lecz tyś już trup, moja miłościZabita! Próżny zaklęć głos;Twój duch gdzieś w wyższych sferach gości,Gdy gardząc życiem żyć — mój los.W grobie wspólniczka méj koronyA z nią wraz szczęścia mego świat;Przez nią z pnia Judy kwiat strącony,Co dla mnie tylko kwitnął rad.Jam zbrodniarz! Dla mnie żar piekielny,Ten wiecznych zgryzot w sercu wąż;Mąk słusznych ogień nieśmiertelny,Co trawiąc wszystko sam trwa wciąż!
Z ostatnich wzgórz, skąd jeszcześ dla oka widomy,Jam patrzał, o Syonie, gdyś padł pod miecz Romy:Zaszło ostatnie słońce twe, a me spojrzenieOdbiło stosu twego pogrzebne płomienie.Szukałem twéj świątyni i méj strzechy nizkiéj,Na chwilę o niewoli zapomniałem blizkiéj;Jednom dojrzał — Przybytek twój płonął pożogą:Spojrzałem na me dłonie — skute — mścić nie mogą.Ach, z tych wzgórz — dzisiaj świadków strasznego widoku,Ileż razy na gród ten patrzałem o zmroku,Kiedy ostatnich blasków zachodu odbicieSkrzyło się na świątyni i na góry szczycie.Dziś — z tychże samych wyżyn źrenica patrzącaNie mogła dostrzedz blasków zachodniego słońca!Och, czemu mi nie zabłysł zygzag piorunowy!Czemu grom nie padł z niebios na zdobywców głowyLecz świątyni Jehowy obcy nie znieważy,Gdzie Pan miał tron — poganin nie wzniesie ołtarzy;Lud rozproszony, gnany w poniżeniu srogiem,Ciebie tylko czci, Ojcze, Tyś jeden mu Bogiem.
U wód Babilonu siedliśmy ze łzami,A ten czas okropny w pamięci nam stał,Gdy wróg, brodząc we krwi pod grodu bramamiSzturmem święte mury Jeruzalem brał,
A córy Syonu rozdzielając z nami,Śród jęków i płaczu na obczyznę gnał.Gdyśmy na prąd rzeki patrzali boleśnie,Co wolno u naszych przepływała nóg,„Śpiewajcie! — wołano — hej, gdzie wasze pieśni?“Nie, tego tryumfu nie doczeka wróg!Wprzód zbezwładnionéj dłoni ręko każda zeschnij,Nim ktoś z nas przed wrogiem harfy tknąćby mógł.Na gałęziach wierzby harfa zawieszona,O Solimo, wolnym winien być jéj ton;Jedyna pamiątka przez nas uniesionaW dniu, gdyśmy twéj chwały oglądali skon:Dziś go nie wywoła ręka ujarzmiona,I z głosem zwycięzcy nie zmiesza się on!
Jak wilk na stado — na nas przypadł syn Assura,Na jego hufach lśniły złoto i purpura,A ostrza dzid błyszczały jako w falach zorze,Gdy w noc brzeg Galilei kąpie sine morze.Liczni, jak liść, gdy lato zieleni konaryLasów, szli o zachodzie szeleszcząc sztandary,I jako liście leśne, gdy tchnie wiatr jesieni,Nazajutrz legli w prochu martwi, rozproszeni. —Bo anioł śmierci skrzydła na wichrze rozpłynął,Tchnął w oblicze najezdcy — i najezdca zginął;Zagasł wzrok wojowników, stężały powieki,Serca raz jeszcze drgnąwszy, ucichły na wieki.Patrz, tu padł rumak, nozdrze jeszcze w górę trzyma,Lecz już nie duma dawna tak mu je rozdyma;Wkoło trawę konania ubieliły piany,Chłodne jak szron na skale przez morze zraszanéj.Tam, z zmienionemi rysy wybladli żołnierze,Rosa przypadła czoła, a rdza ich pancerze;Zwinięte ich sztandary, milczące namioty,Milczy spiż trąb, rzucone pociski i groty.I słychać krzyk ogromny wdów Assura szlochu,Pokruszone bożyszcza walają się w prochu;Bez miecza moc pogańska i mnogie szeregi,Przed Twém spojrzeniem, Panie, stopniały jak śniegi.
I przeszedł duch przedemną, nocą bez zasłonyOglądałem go; świat był dokoła uśpiony;Cisza — jam tylko jeden patrzał czuwający,Na cień bez form wyraźnych, lecz boskością tchnący:Dreszcz przeszedł mi po kościach, włos wstał, ledwiem dyszał,Gdy jakoby szum wiatru takim głos usłyszał:
Azaż się sprawiedliwszym człowiek sądzi w czynach,Czystszy niż ten, co dojrzał skazy w serafinach?Mieszkańce prochu, twory z gliny ulepione —Owad je przetrwa — azaż prawsze nadeń one?Jestestwa marne, kruche, dnia mające trwanie,Niebaczne na Mądrości światło, ślepe na nie.
Comments
Loading comments…