Scena VII
Translated from English by Antoni Edward Odyniec
Niebo i Ziemia
Pokój sprawiedliwemu! — Aniołowie!Przeczżeście zeszli z oczu Przedwiecznego?Aza nie wiecie, że ziemia bez stróżaMa dziś być przed Nim? — Lecz jeszcze czas skruchy!Wam tylko, duchy!Wam tylko dany. — Wielka jest moc Boża!Tam, u podnóżaStolicy Jego, ukorzcie się społemZ Siedmiu wielkimi! — Czołem Panu, czołem!
O! najpiękniejszy! największy z niewielu!Cześć Panu w tobie! — Lecz odkądże wzbroniłDuchom zstępować na świat? — Rafaelu!Tyś zstąpił po nas; — On Sam czyż nie skłoniłNieraz oblicza i stóp swych ku ziemi?A ile razy skrzydły pośpiesznemiNas wysłał ku niéj: mów, cóżeśmy, jeśliNie miłość Jego i nie dary nieśli:Wielbiąc Go w każdym jéj tworze: bo każdyTchnął Jego mocą i miłością dla niéj;Ciesząc się blaskiem téj najmłodszéj gwiazdy,Mającéj kiedyś zwalczyć noc otchłani;
Lub strzegąc, aby ród, co ją dziedziczy,Nie śćmił jéj światła łaski tajemniczéj? —Cóż dziś? że smutek nad nią w twém spojrzeniu?Że w ustach twoich mowa o zniszczeniu? —
Biada wam, że nie wiecie! — O! Anieli!Gdybyście oba z pobratniemi chory,Czystością śmieli,Nieśli dziś Panu hołd czci i pokory:Tambyście w ogniu żyjącym wyryte,Nad Jego tronem, i na Jego czole,Czytali sami sądy Jego skryte,Pojęli wolę;Nie jéj szukali we słów moich echu. —Lecz niewiadomość towarzyszka grzechu,A dumą nawet ćmi się duchów wiedza:Bo zaślepienie upadek poprzedza.O! zaślepieni! przeczżeście się daliUwikłać w sidła żądzy skazitelnéj?Niepokalani! jakżeście skalaliU stóp śmiertelnych swój blask nieśmiertelny!Lecz litość Jego bez granic! — Słyszycie?Wróćcie i czcijcie!Tam! — bo gniew Jego straszliwy! — Raz jeszcze,Wróćcie! — lub drzyjcie!Bo gniewu Jego wyrok wam obwieszczę.
Straszny gniew Pana! — Lecz ty, coś osądziłNas, żeśmy winni: mów, czyżeś nie zbłądziłSam, żeś tu z nami?
Pan mną rozporządził;Zstąpiłem po was. — Słowem wszechmogącém,I w imię Jego; sercem kochającém,W imię miłości mojéj: Samiaso!Azazielu! wołam was ku Niemu!Tak! przyszedł koniec rodzajowi złemu.Występna ziemia, z całą swoją krasą,I z ludźmi, zginie! — Lecz czyż przy ostatku,Jak przy początku, ma, jakby koniecznie,Niebieskie duchy ciągnąć do upadku,Których jak istność, kaźń musi trwać wiecznie? —O! bracia! wyście jeszcze nie upadli,Lecz przypomnijcie Szatana, jak w chwaleStał po nad nami; a którzyż nie zbladliWidząc, czém stał się: gdy wolał zuchwaleWyzwać moc Pańską, niż uznać w pokorze?A czyż mu człowiek — że go łatwo skusi,Rozkoszą złego nagrodzić dziś możeNiebo, co stracił, i pamiętać musi? —Jam go miłował; — bo i któż nad niegoBył, oprócz Pana, co w nim szukał chluby?Archaniołowie przed obliczem jegoGaśli jak gwiazdy przed słońcem; CherubyCześć mu śpiewali; aż sam w swojéj pysze,Wstydząc się, zaparł, że jest tworem Boga. —Stało się! upadł; — lecz wam, towarzysze!Z upadku jego niech będzie przestroga! —Od was zawisa wieczność z nim, lub z Panem! —On was nie kusił; bo mu nie jest daném
Kusić niebieskie duchy; lecz niestety!Człowiek usłuchał jego — wy kobiety:Pięknéj zaprawdę, lecz w któréj uśmiechuKryje się urok zaradniejszy od węża:Bo wąż zwyciężył proch — ona zwyciężaWas, duchy Niebios, i wiedzie do grzechu.O! uciekajcie, dopóki czas macie!Wy nie możecie umrzeć: ale oneJak cień przeminą; a żal po ich stracieTruć będzie wasze lata nieskończone!Zważcie! jak istność wasza ich plemieniuNie jest podobna w niczém — prócz w cierpieniu;Przeczże je tylko chcecie dzielić z niemi? —Poczęte w grzechu, w boleściach zrodzone,Żyjące w troskach i łzach, przeznaczoneNa pastwę śmierci — królowéj ich ziemi:Chociażby nawet Pan, tchem Swego gniewuDni ich nie skrócił: przeszłyby za chwilę,Jak nagły zakręt mglistego powiewu,Proch i łzy tylko zostawując w tyle.
O! tak! uchodźcie! bo jak w jego mowie,Słyszę w méj duszy głos, co nie omyla,Że przyszła chwila,Że musim umrzeć — nie tak, jak ojcowie:Gdy jako nowy ocean, chmur brzemięSpadnie na ziemię,A wały morskie, jak obłoki z ziemiWzniosą się w górę, i spotkają z niemi. —
O! siostro moja! są, co ujdą zguby,Jako się zdaje: lecz nie z krwi Kaima.Nie! próżne nasze modlitwy i śluby!Bóg nas Adama za dzieci swe nié ma!Po cóż go trudzić daremnie? — O! raczéj,Zrzeczmy się same, co ma być wydarte —Miłości naszéj! — a bez niéj, cóż znaczyŻycie śmiertelne lub śmierć? — Gińmy warteOjca i rodu swego; bez rozpaczy,Gdy nie bez żalu; płacząc, nie nad sobą,Lecz po nad tymi, co zostawszy sami,Śmiertelni czy nieśmiertelni, obacząZiemię-pustynię, okrytą żałobą,I płakać będą nad miryadami,Co mrąc płakały — lecz już nie zapłaczą! —O! Samiaso! śpiesz, uchodź co prędzéj,Z padołu nędzyW sfery niebieskie! gdzie już nie dosięgaWicher, ni woda, ni śmierci potęga!Nasz wyrok, umrzeć; wasz, jest żyć bez końca.Lecz co lepszego? czy wieczność żyjącaCzy martwa? — na to On chyba odpowie,On, Pan życia i śmierci. — Aniołowie!Bądźcie posłuszni! jak i my będziemy;Nie że musiemy.Nie! lecz że nie chcę żyć dnia ni godzinyWbrew woli Jego; tak, jakbym nie chciała,Nawet za wolność od kary i winy,Co ma być dana dla Seta rodziny,By kara nasza i na was spaść miała.
Śpieszcie! nim minie czas!Lecz gdy nad chmuryJasnemi pióryWzbici spójrzycieNa świat i nas:O! Samiaso! pomnij, że me życieDuch mój przeżyje; i gdziekolwiek będzieŻył swoję wieczność: miłość twoja wszędzieTrzymać go będzie wyższym nad rozpacze. —Patrz! nawet teraz nie płaczę,Bo płacz nie przystał wybranéj Anioła. —Żegnam was! —Teraz, przyjdź śmierci! dotrzymam ci czoła.
Ach! czyż koniecznie trzebaUmrzeć? — Azazielu!Nicże nie zmiękczy Nieba? —Umrzeć, i stracić ciebie!… —Siostro! czyż Bóg nasz w NiebieZgubi razem tak wielu?O! serce, serce moje!Nie próżne snać twe byłyTrwogi i niepokoje;Teraz wiém, co wróżyły.Boże! dodaj mi siłyZnieść — co wiém, że nie minie! —
Lecz ty, ty Serafinie!Uchodź, śpiesz! jeśli bezkarnieZostać nie możesz! — Lecz czyli?… —
Nie, nie! śpiesz! — Moje męczarnie,Choć straszne — skończą się w chwili;Twoje — trwałyby bez końca:Gdybyś mnie nędznéj obrońca,Gniew Pana ściągnął na siebie:I z tronu chwały na Niebie,Jak ów, co w nasze rodziceTchnął żądzę wiedzy, wyzuty,Z swéj Archanielskiéj stolice,Spadł w kraj nieznanéj pokuty! —Nie, nie! i tak już zbyt wieleWażyłeś dla mnie, Aniele!Czas, bym ofiarą wzajemną,Zrzekła się ciebie — dla ciebie! —Uciekaj! nie płacz nade mną! —Ach! nawet chciałbyś daremno!Łzy, udział dzieci Adama,Nie ulżą duchów rozpaczy. —Uchodź! zapomnij więc raczéjO téj, dla któréj śmierć sama,Mniéj straszna, niż to rozstanie! —Lecz uchodź, uchodź! nie zwlekaj!Nie bacz łez moich! — uciekaj!Bez ciebie, śmierć mi się stanieUlgą, nie karą.
Nie mów tego, Anah! —Ojcze mój! Archaniele!Czyż ten łagodny pokój na twém czele
Nie wróży łaski? — Patrz! możesz — zmiękcz dla niéj,Dla niéj i dla mnie — zmiękcz wyrok i Sędzię:Niech w arce z nami, ujdzie wód otchłani,Lub ja z nią razem niech zginę w bałwanach!
Przestań, niebaczny! przecz w żalu zapędzie,Jeśli nie sercem, usty bluźnisz Pana? —Zkąd ci moc danaSądzić sąd Jego? — Żyj, póki dozwoli,Umrzyj, gdy każe: lecz wbrew Jego woliNie szemrz, jakobyś skarżył Pana w Niebie! —Niebaczny! chceszże, by się Bóg dla ciebieGrzechu dopuścił? — bo grzechem byłoby,Gdyby dla krótkiéj, dla ziemskiéj żałoby,Zmieniał przedwieczne sądy Swoje Boże. —Bądź mężem, synu! i znoś, chocia boli,Co ród Adama znieść musi — i może! —
Ojcze! a kiedyż zostaniemSami nad głębią siną:Gdy i kraj miły, co był nam mieszkaniem,I cała ziemia, z wszystkiém co ją krasi,I milsi stokroć bliźni, bracia nasi,Wszyscy w niéj zginą:Kto wstrzyma wtedy łzy swe i jęczenia,Lub znajdzie pokój w ciszy spustoszenia? —Boże! bądź Bogiem! zbaw! — któż ci zaprzeczy?Zbaw, póki pora! — Czyż rodzaj człowieczy
Nie dość już poczuł sprawiedliwość TwojęWygnaniem z raju? — Lecz go tylko dwojeSkładało wtedy: dziś jest na przestworzuZiemi liczniejszy, niż fale na morzu,Niż krople deszczu, co ma zalać ziemię:Krople mniéj gęste, niżby na niéj byłyLudzkie mogiły,Gdyby choć groby mieć mogło ich plemię! —
Szalony! przestań! w każdém twojém słowieBrzmi rozpacz dumy, co gniew Pana budzi.O! Archaniele! przebacz!
Aniołowie!Żal i namiętność mówi z ust tych ludzi.Lecz wy! wy czyści, lub coście być niemiPowinni, bracia! postrzeżcie się w błędzie,Wracajcie ze mną!
Zostaniem na ziemi,I znosić będziem, cośmy zasłużyli.
Azazielu?
On rzekł; niech tak będzie!
Oba? — A więc od téj chwili,Z mocy niebieskiéj obrani,Z miejsc, któremiście wzgardzili,Z przed Boga, coście zdradzili,Bądźcie wygnani!Biada wami
Gdzież się podzieją? —Lecz przebóg! w przepaściach góry,Co za ponury,Co za straszliwy szum, łoskot, hałasy!Skały i lasyWstrzęsły się, szumią — jakby czuły przyjścieWichrów łamiących, choć jeszcze nie wieją;A wszystkie liścieDrżą, zda się, chwieją;Kwiaty więdnieją,I opadają; — wschód znów się zaciemia;A cała ziemia,Jak pod ciężarem, jęczy w swych wnętrznościach! —
Słyszysz? Krzyk ptastwa morskiego! jak w chmuryUcieka, i nad szczyt góry,Kędy w najsroższych morza nawałnościach,Uchodząc fali wzbijać się nie śmiało,Utata krzycząc — jakby przeczuwałoNawałność sroższą od wszystkich, śród któréj,
Ten szczyt im tylko może być zachroną —Aż i ten fale pochłoną! —O! biada, biada ziemi! —
Słońce! słońce!Wschodzi — lecz jakie! jak przerażające,Jak krwawe! — Jak śród płomieniMiedź — błyszczy, lecz bez promieni;A ciemność, jak czarna tęcza,W kształcie obręcza,W krąg je otacza; — słońce i noc razem!Jakby obrazemByć chciały życia i śmierci, w téj chwili,Ostatniéj świata! — Biada tym, co byliWarci, by jéj dożyli,By ją przeżyli! —
Ha! błyskawica, grom! — hasło zniszczenia!Stało się! Pan nie odmieniaWyroków swoich: — wielka jest moc Boża! —Słyszysz? szum deszczu, ryk morza!O! biada, biada dzieciom zatracenia!Przyszła godzina! — My śpieszmy na wzgórza,Gdzie arka nasza; — z któréj jeszcze wczoraSzydzili dumni, a dziś k’niéj ramionaWyciągać będą, widząc, że nas onaZbawia jedynie! — Spieszmy, póki pora!
Ojcze! stój chwilę! zlituj się! przyjm do niéjAnah! — niech w zgubnéj nie zaginie toni.
Czyż w niéj nie zginą wszyscy? — Pójdź!
Nie mogę.
A więc giń z niemi! głuchy na przestrogęOjca i Boga! — Patrz na te złowieszczeNiebo i znaki! będziesz-li śmiał jeszczeChcieć zbawiać kogo z rodzaju, na który,Wszystkie potęgi stworzonéj natury,Ze słusznym gniewem Stwórcy, co go karze,Powstały razem? —
Razem? — O! mój ojcze!Możeż iść wściekłość ze słusznością w parze? —
Bluźnisz! — w téj chwili!… — zuchwały mołojcze!Drzyj!
Patryarcho! pohamuj się w gniewie!Boleść i rozpacz usty jego władnie,Lecz serce nie wie
O tém, co mówi; — i on nie upadnie,Jak ci synowie Niebios; i nie zginie,Jako te córki ziemi; lecz gdy minieSzał namiętności, będzie godnym ciebie.
O! co za burza! — Na ziemi i niebie,Wszystko się łączy ku naszéj zagładzie. —Panie! nierówna walka między nami!Chcesz, a zginiemy; — bo któż w równi kładzieMoc naszą z Twoją?
Moc nasza jest z wami!Pod skrzydłem naszéj opieki,W świat jakiéj gwiazdy dalekiéjUniesiem was, aż ujdziecieŚwiat wasz niszczącéj topieli.A tam bezpieczne — jeżeli,Przestając na naszych losach,Przez miłość dla nas, będziecieMogły zapomnieć o świecie,My zapomnim o Niebiosach.
A mójże ojciec! a mój kraj rodzinny!A mojeż pola, i góry, i lasy,Gdzie mi tak słodko zszedł mój wiek dziecinny!Zdołamże kiedy zapomnieć ich krasy,I pieszczczót ojca, i sióstr mych ziemianek.
Gdy je pochłonie głąb? — Któż w mojéj duszyZatrze ich pamięć? kto me łzy osuszy?
Ja, twój kochanek! —Nie bój się! chociam wygnaniecZ Nieba — w przestrzeni bez granic,Są światy godne Anioła,Zkąd mię nikt wygnać nie zdoła! —
Duchu występny! jakżeś stał się lichy,Jak ciemny! jeślić samego już łudziKłamstwo twéj pychy.Czyż miecz, co z raju wygnał piérwszych ludzi,Czyż piorun, w przepaść co strącił Szatana,Przed tronem PanaDotąd nie błyszczy? —
Piorun nie zniszczy,Miecz nie zabije nas! — Proch strasz zniszczeniem,Ciało orężem: nie nas nieśmiertelnych! —
Doznasz za chwilę sił twoich tak dzielnych,Aza cię zbawią przed Jego ramieniem? —Biada ci! grzech ściga kara,Moc cię twoja omamiła:Nie wiedziałeś, że nią byłaPokora twoja i wiara.
Comments
Loading comments…