Oblężenie Koryntu (Byron, Korsak)

Translated from English by Julian Korsak

Lata i wieki z burzami, wojnami.Ponad Koryntu przemknęły murami,A jednak stoi wśród zniszczeń okolnychStworzona twierdzą dla obrońców wolnych.

5 Trzęsienie ziemi, huraganu szały,Nie tknęły jego niepożytej skały;Rzekłbyś, kamienny klucz do kraju, któryChoć upadł, dumnie pogląda z tej góry:

Graniczna miedza dwoistego morza!

10 Pieniąc się, cieką przeciwległe tonie,Wkońcu, hamując prąd u jej podnoża,Łamią się, ścieląc po obojej stronie.Gdyby krew, jaką ta ziemia oblana,Odkąd legł pierwszy brat Tymoleona,

15 Aż do ucieczki perskiego tyrana,Wsiękła w tę ziemię, wytrysła z jej łona:Jednejby chwili krwawym oceanemTo międzymorze mogło być zalanem.Lub gdyby wszystkie kości, co tu legły,

20 Wszystkich zabitych, w jeden się stos zbiegły,Tej piramidy wznioślejsze-by szczytyPrzebodły jasne greckich nich błękity,

Niż Akropolis spiętrzone opoki,Co — patrząc — zda się trącają obłoki.

25  Na Cyteronie mignęło żelazemWłóczni dwadzieścia tysięcy zarazem.Schodząc ku morzu, od brzega do brzega,Wzdłuż, jak Moślemin obozem zalega,Stoją namioty, półksiężyce świecą.

30 Brodaty pasza gdzie buńczukiem skinie,Rotami naprzód smagłe spahy lecą,A wzrok, jak spojrzeć, wzdłuż, wszerz po dolinie,W tłumie turbanów gubi się i ginie;Wielbłąd Araba przyklęka na błoniu,

35 Tam zwinny Tatar harcuje na koniu;Dziw, i Turkoman, cichy skotopasaOdbiegłszy trzody, wiąże miecz do pasa.I tam, od morza, brzmią wystrzałów grzmoty,Głusząc zhukanych bałwanów łoskoty.

40 Tu szańce kopią, — z burzącego działaŚwiszcząca śmierci kula wyleciała;Mur ze ścian twierdzy kawałami pada,I z tejże twierdzy, wśród dymów niezmiernych,

Z dział, karabinów, na wystrzał niewiernych

45 Wróg nieustannym ogniem odpowiada.

Bliżej, gdzie działa wciąż dymią i błyszczą,Bliżej, gdzie twierdzy mur łamią i niszczą,Mędrszy od Turka w czarnej sztuce wojny,Dumniejszy wodza, gdy pułkami zbrojny

50 Na polu bitwy uszczknie liść wawrzynu;Z miejsca do miejsca, i z czynu do czynuPędząc i bodąc rumaka ostrogą,Gdzie twierdza wyłom, broniony załogąLiczną i mężną, jak paszcze rozwiera,

55 I co mężniejsze Moślemy pożera;Lub gdzie reduta, jeszcze niezdobyta,Działowym ogniem szturmujących wita, —To pierwszy śmiało do szturmu uderza,To budzi zapał stygnący żołnierza:

60 Z tłumnego wojska, jakiem się przechwalaStambulski sułtan, pierwszy, bez rywala,Co umie razem lunetą celowaćI włócznią cisnąć, działo nakierować, —Stał Alp, renegat wenecki!

65  Z ojców i dziadów krwi Wenecyjanin,Dzisiaj wygnaniec, podniósł miecz zdradzieckiPrzeciw współziomkom; i — zgrozo! — poganin,Skroń podgoloną opasał turbanem.Korynt koleją z rąk do rąk odpadał,

70 Przez długie lata Grek jego był panem,Wkońcu Koryntem Weneta zawładał.Dzisjaj, o wstydzie! pod jego murami,Z temiż Wenety i Greka wrogami,Stoi Alp z całą żarliwością serca,

75 Jaką ognisty czuje nowowierca,W którego piersi wre zemsta gorącaPamięcią krzywdy i obelg tysiąca.Niegdyś cel chluby — »Wenecyja wolna«Dziś w nim współczucia obudzić nie zdolna.

80 Na zamku Marka świętego, pociemnie,Ręką oszczercy szpiega nakreślonąSkargę na Alpa w paszczy lwa złożono!Sąd go tajemny potępia daremnie:Alp umknął w porę i życie ratował,

85 By resztę lat swych na walce zmarnował.Kraj poczuł stratę bohatera, któryPrzeciw Krzyżowi jął zwycięstwy słynąć;Dziś na Krzyż patrzą półksiężyce z góry,Bo Alp poprzysiągł zemścić się, lub zginąć.

90  Głośny Kamurdży, którego mogiłaEugenjusza tryumfy zdobiła,

Gdy na skrwawionej karłowickiej błoniLegł wódz ostatni z walecznej pogoni,Który konając na śmiertelną ranę,

95 Klął i przeklinał chrześcijan wygranę! —Kamurdży! miałbyż czas twe sławne śladyZatrzeć, ostatni zdobywco Hellady?Nim jej wywalczą chrześcijańskie dłonieWolność, do której dusza Greka płonie,

100 Za którą bił się Weneta przed laty.Sto lat już temu!... dziś wódz pełen dumyŚlę na Helladę muzułmańskie tłumyI Alp prowadzi przednie wojska czaty.Alp położonej ufności nie zdradzał,

105 Miasta rozburzał i z ziemią zagładzał,I rad dowodził krwią ofiar tysiąca,Jak nowa wiara w nim żywa, gorąca!

Mur twierdzy słabnął; gęsty, nieprzerwany,Rwąc ze ścian cegłę bił grad ołowiany,

110 Z niezmordowaną wściekłością od szańców,W fosę, na wały, sypiąc z dział pohańców.

Częstym wystrzałem rozpalone działo,Jak grzmot daleki, głuchem echem grzmiało.Wśród twierdzy widać i tu i tam zdala,

115 Jak pęka bomba i dachy zapala;Zaledwo pożar zajął się prochowy,Jakby z wulkanu, z płonącej budowyKłębiąc się w górę kolumna płomieniCzerwono świeci, — po chwili, w przestrzeni

120 Na meteorów rozbita tysiące,Swe ziemskie gwiazdy cisnęła pod słońce.Wtem, jakby słońca stało się zaćmienie,W ćmach dymu światła uwięzły promienie;I całe niebo wkrąg, jak zajrzeć okiem,

125 Jednym siarczystym pożółkło obłokiem.

Ale nie jedną zwłoką zemsty grzany,Alp Mośleminy wiódł pod murów ściany,Ucząc, jak przebić wyłom obiecany.W tych murach była dziewica zamknięta,

130 Nadziei Alpa i serca ponęta.Jej ojciec, z duszą zimną i surową,Choć widział we łzach gasnące jej wdzięki,Dumę kochanka zadrasnął odmową,Gdy — chrześcijanin, pod swem dawnem mianem —

135 Sercem młodzieńca czystem, nieskalanem,Alp ją pokochał, zapragnął jej ręki.Alp, w rańszym wieku wesoły i pusty,W salach, gondolach, z dziecinną swawoląSzalał przez całe weneckie zapusty,

140 I serenady śpiewał co najsłodsze,Do jakich Włoszki piękniejsze i młodszeNawykły, w północ gdy płyną gondolą.

Franczeska sercem dziewiczem wzajemnieKochała, — taki był rozgłos dokoła;

145 Tłum się dobija jej ręki daremnie,Chociaż nie skuta więzami kościoła.I gdy popłynął przez weneckie wodyKu greckim brzegom Lancioto młody,Wyraźnie gasła świeżość jej oblicza,

150 Znikła jej dawna wesołość dziewicza,Częściej się modli, szuka spowiednika,Od gwarnych masek, od zabaw unika;Na ucztach siedzi ze spuszczonem okiem,Które nie liczy, ile serc urokiem

155 Wzroku podbija; wśród tłumu samotna,Jej strój niedbały, głos mniej żywy w pieśniZ ust się wyrywa smutniej i boleśniéj.Stopa, choć lekka, ale mniej polotnaW kole tancerzy, którym świt poranny

160 Oświeca jeszcze taniec nieustanny.

Minotti, posłan jako rządca kraju(Który wyrwawszy z muzułmanów dłoni,Kiedy Sobieski ich dumę hamowałPrzy murach Budy, nad brzegiem Dunaju,

165 Weneta sobie swobodniej zhołdowałOd granic Patry do Eubejskiej toni),

Twierdzę Koryntu zajął w imię doży;Nim ją zda wrogom, wprzód głowę położy!Podczas gdy pokój całą ziemię grecką

170 Tulił jak dawno niewidziane dziecko,Niewierny sojusz nim prysnął zdradziecko,W którym po jarzmie odetchnęła Turka;Z wodzem przybyła jego piękna córka, —I odkąd wietrzna Menelaja żona,

175 Odbiegłszy męża i kraju, dowiodła,Ile jej zdrada klęsk za sobą wiodła, —Nigdy pięknością cudniejszego licaNie zasłynęła do dzisiaj ta strona,Jaką jaśniała wenecka dziewica.

180  Z dział mury tłuką, — jutro, na brzask rano,Szturmem uderzą i zamku dostaną.Tymczasem ostrząc kindżały i groty,Z Turków, Tatarów najśmielsi młodzicńce,Przodowa czata szykuje swe roty, —

185 Pełni nadziei, przezwani »Straceńce«.U nich w pogardzie myśl o śmierci; w tłumieKażdy z nich szablą drogę wyciąć umie,A szlak swój gęsto naścielać trupami.Dadzą się wybić, a nie pierzchną sami;

190 I w kolej służą, padając bezładnie,Szczeblem do grobu, aż ostatni padnie.

Już północ: księżyc na gór ciemnym wierzchuOkrągłą tarczą w nocnym świeci zmierzchu.Cicho błękitne fale morza płyną,

195 I niebo ciche nad wody równinąWkrąg naciągnęło błękitne obsłony,Jakby ocean w górze zawieszony,W którym się kąpią światłych wysp tysiące,Dzikim, duchownym blaskiem pałające!

200 Któżby, puszczając oko z ich promieniem,Nie spuścił wzroku na ziemię z westchnieniem?I nie zapragnął skrzydła, by z tej ziemiWzlecieć pod gwiazdy i zmieszać się z niemi?Fala po brzegach leży cicha, czysta,

205 Jako powietrze modra, przezroczysta;Zaledwo pianą kamyki potrąca,Cicho, łagodnie jak strumień szemrząca,Fala kołysze do snu wiatry senne;Wiotkie, fruczące sztandary wojenne

210 Wzdłuż swoich drzewców spadły, i w ich zwojeZłote księżyce kryją rogi swoje.Czasami ciszę przerwie nocna czata,A głos jej hasła w powietrze ulata;Czasem koń zarży stęskniony do stada,

215 A z gór przyległych echo odpowiada.Gwar obozowy szmer daleki niesie,Jak szeleszczący suchy liść po lesie.Gdy głos Izanu zdjętych snem żołnierzyPrzeciągłym śpiewem budził do pacierzy,

220 Śpiew ten posępny w północnej godzinieJak duch samotny wionął po dolinie.Była to nuta muzyczna, lecz dzika,Jak wiatr, gdy strunę arfy napotyka,

I z niej dobędzie jakiś ton urwany,

225 W całej śmiertelnej muzyce nieznany.Zamkniętym w murach (choć mur twierdzy gruby)Zdał się być krzykiem proroczym ich zguby,Z serc oblężonych wyganiał nadzieję!Oblegających nawet zatrząsł dreszczem,

230 Jakiemś przeczuciem strasznem i złowieszczem,Pod którem serce na chwilę drętwieje,I znowu bije żywszemi pulsami,Wstydząc się wrażeń, jakie roim sami.Tak trwoży nagły, przechodni jęk dzwonu,

235 Zwiastun chociażby cudzoziemca zgonu.

Stał namiot Alpa na morskiem wybrzeżu;Gwar i śpiew zamilkł, było po pacierzu, —Straże zajęły miejsca wyznaczone,Wszystkie rozkazy wydane, spełnione;

240 Noc Alpa była burzliwa, bezsenna,Szczęśliwsze jutro tę mękę złagodzi,Wszystkiem, czem zemsta, czem miłość tak cennaDrażnioną zwłokę hojnie wynagrodzi.Już noc nie długa, Alp chce snu skosztować,

245 Na bój jutrzejszy chce się snem hartować;Lecz w jego duszy, jak fale zmieszane,Ciągle falują myśli rozigrane.Wojsko śpi, Alpa wciąż czuwa źrenica!W nim niema głośnej fanatycznej chluby,

250 Żeby nad Krzyżem utkwić znak księżyca,Lub ważyć życie nad przepaścią zguby,

By spocząć w raju i rajskie huryskiNa całą wieczność objąć w swe uściski.W nim niema wrzących uczuć patryjoty,

255 Co niezrażony trudami ciągłemi,Pierś nastawując na miecze i groty,Z rozpaczą walczy na ojczystej ziemi.On, jak renegat, sam wrogów prowadziłPrzeciw ojczyźnie, którą klął i zdradził.

260 Alp wśród swych pułków jeden nowowierca,Bez wiernej dłoni, bez wiernego serca.Tłum ciągnie za nim, bo był mężny, śmiały,A z nim walczących czeka łup niemały;Czołga się przed nim, bo on jeden w tłumie

265 Zawładać, rządzić wolą gminu umie.Lecz wobec wodza zdjęci czcią i trwogą,Krwi chrześcijańskiej ścierpieć w nim nie mogą;W zabobonnego w oczach MośleminaByła to prawie równa z grzechem wina;

270 A sławę, jako głośny był skróś świata,Głuszyła cierpka nazwa renegata!Gmin nie wie, duma jak działa zapędnie,Gdy w nas draśnięte czucie schnie i więdnie;Gmin nie wie, jakim nienawiść wre szałem

275 W sercu wprzód czułem, a dziś skamieniałem.Nie zna, co może gorliwość fałszywa,Gdy nowowiercę do zemsty wyzywa,Alp rządził, — człowiek może rządzić gminem,By sam być pierwszym śmiał wolą i czynem;

280 Tak lew szakala w posłuszeństwie trzyma:Szakal wytropi, a lew zdobycz ima;

Wkońcu przewodnik gminny z głodu krzyczy,Krwawiąc paszczękę ostatkiem zdobyczy.

Dzikie sny, mary, paliły mu głowę,

285 Pulsa wstrząsają dreszcze gorączkowe;Próżno spoczynek wyzywając nocny,Koleją z boku na bok się przerzucał;Jeżeli zdrzemał, jeden dźwięk, szmer mocny,Z wylękłem sercem ze snu go ocucał.

290 Turban skroń cisnął jak twardem wezgłowiem,Zbroja na piersi ciężyła ołowiem, —Choć pod jej wagą i często i długoPrzespał bez przerwy noc jedną i drugąNa twardszej ziemi, bez dachu, posłania,

295 I pod ostrzejszem niebem jak dzisiejsze;Dziś ma darń miękką na rycerskie łoże,Sklepi się nad niem niebo pogodniejsze.Alp spać nie może, wygląda zaraniaBezsennem okiem, — czeka i nie może

300 W swoim namiocie doczekać dnia brzasku;Wyszedł, — tłum śpiących czerni się po piasku;Cóż ich uśpiło? Wodza sen nie bierze,Gdy śpią snem twardym najlichsi żołnierze?Przed krwawą bitwą, ze spokojną twarzą

305 O trudach, ranach, o zdobyczy marzą, —Gdy Alp samotny, gdzie tysiące ludziMoże ostatnim snem na ziemi spało,W chorem czuwaniu błąka się noc całą,A każda senna twarz w nim zawiść budzi.

310  I chodząc długo, świeże, nocne chłodyOddychał, — poczuł, jak w duszy ulżyło,I niebo chłodne, choć cichej pogody,Skroń mu powietrznym balsamem rzeźwiło.

Za nim obozy, przed nim na rzut oka

315 Leżała piękna Lepanty zatoka,W liczne zakręty łamiąca swe brzegi;Z Delfickiej góry srebrzyły się śniegi,Nietknięte, wieczne, dziś w tej samej krasie,Jaką świeciły tam przed lat tysiącem,

320 Nieuszkodzone letnich dni gorącem,I nie ponikły jako ludzie w czasie!Pan i niewolnik, dożywszy dni końca,Bez śladu zeszli precz z przed oczu słońca, —A płachta śniegu, co z przelotnej chmury

325 Spadła na czoło tej olbrzymiej góry,Gdy drzewa, zamki runęły w doliny,Jak biały obłok świeci z jej wyżyny!A z kształtu zda się całunu zasłona,Przez odchodzącą Wolność narzucona,

330 Gdy odbiegając swój kraj ukochany,Skryła się na czas między gór tych ściany,Gdzie długo w pieśni wiał jej duch proroczy!Jeszcze jej stopa, zda się, czasem kroczyPo zgliszczach wiosek, przez świątyń bezłady;

335 W złamanych duszach słabe echo budzi,Wskazując ludziom wielkich czynów ślady.Lecz głos jej będzie daremnym dla ludzi,Póki dni lepsze, dni słonecznej chwałyNie błysną, jakie dotąd Grek wspomina,

340 Które wojsk Persa ucieczkę widziały,Konającego uśmiech Spartanina.

XVAlp w duszy, mimo zbrodnicze jej skazy,Przeglądał wielkie tych czasów obrazy,I chodząc nocą, gdy dumy zamierzchłe

345 Pogrążał w czasy obecne i przeszłe.Marząc o sławnym umarłym, co zginąłBroniąc tej ziemi, i w pieśniach zasłynął,Poczuł z goryczą, jak s-aby, jak mdławyOdblask bić może z jego przyszłej sławy;

350 Że, zdrajca, naszedł z tłumem muzułmańskim,Że szturmem twierdzę wziął mieczem pogańskim,Jakaż go za to spotkać ma zapłata? —Czyn świętokradzki i pogarda świata!Nie tak on widział wodzów dawnej chwały,

355 Których popioły wkoło niego spały.Ich to zastępy dla ojczystych progówByły niezłomnem przedmurzem od wrogów,A każdy poległ śmiercią bohatera,Pamięć ich czynów w czasie nie umiera.

360 Lada wiatr, cichym westchnąwszy powiewem,Zda się ich imię szeptać między drzewem,Fale potoków szemrzą ich imiona,Ich sławą każda puszcza zaludniona;Tu każdy kamień, jak pomnik ich męstwa,

365 Z świętym ich prochem szuka pokrewieństwa.Ich duch na góry schodzi gwiazd promieniem,Ich pamięć błyszczy nad każdym strumieniem:Najlichszy strumień i największe rzekiPłyną zmieszane z ich sławą na wieki.

370 Naprzekor jarzma i cudzej grabieży,Ten kraj do chwały i do nich należy,Kraj ten jest hasłem strażniczem dla ziemi!Kto chce się wsławić czyny szlachetnemi,Zwiedza Helladę, i wraca natchniony

375 Deptać, jak szczeble, tyranów korony;

Pogląda ku niej, i czuje się zdolnymZdobyć tam wolność, albo umrzeć wolnym.

Stojąc na brzegu, Alp usty spiekłemiWciągał chłód nocy rozlany po ziemi;

380 Morze tam ciche, jak jeziora łoże, —Pójść wstecz i z brzegu wystąpić nie może.Najdzikszy z wałów w szale swego prądu,Zaledwo skoczy na wybrzeże lądu.bezwładny księżyc pogląda niedbale

385 Na nieposłuszne swojej władzy fale:Cicha, wzburzona, w brzegach, na głębinie,Każda samopas gwoli wiatrom płynie;Nadbrzeżne skały w suchych żwirach brodzą,Patrzą na fale, lecz te nie przychodzą.

390 I widać w dole, jak zastygła pianaLeży od wieków w brzegu zszumowana:Żółtego piasku wąski pas przestrzeniDzieli ją tylko od brzeżnej zieleni.

Alp błądził dalej; pod zmierzchu zasłoną

395 Zaszedł, dumając, na metę wystrzału,Aż pod mur twierdzy; lecz doń nie strzelono.Czy sam Alp wroga wzrok omylić umie,Czy zdrajca krył się w chrześcijańskim tłumie?Czy im drętwieje dłoń od samopału? —

400 Nie wiem; lecz z twierdzy strzelające działaPrzestały błyskać i strzelba nie grzmiała!Chociaż pod murem stał narożnej wieżyI słyszał hasła ponocne żołnierzy,Jak brzmią po bruku ich stopy mierzone,

405 Gdy chodzą nocą w tę i ową stronę.Pod murem widział chudych psów gromadę,Wlekącą trupa na dziką biesiadę;Warcząc i skomląc, szarpią go w kawały, —Zbyt były czynne by nań szczekać miały!

410 Z czaszki Tatara drą pasy od góry,Jak świeżą figę obierasz ze skóry.Białe ich zęby po czaszce zgrzytały,Której kość, od nich jeszcze więcej biała,Z krwawej paszczęki wciąż się wyślizgała;

415 Ostrza ich zębów snadź były stępione.Leniwo żując kości zakrwawione,Psy, ciężkie ucztą, na ziemi usiadły,I ledwo z miejsca powstały, gdzie jadły.Alp po turbanach leżących na błoni

420 Poznawał mężnych towarzyszów broni;Szale zielone i jasnej czerwieni,Porozrzucane błyszczały w przestrzeni:Włos z każdej czaszki podgolonej wkoło.Długim kędziorem opadał na czoło;

425 Tu i tam czaszka w psiej paszczęce błyska,A pies jej włosy skręca wkoło pyska.Wilk z gór do trupów skrada się zdaleka;Spłoszony psami, znów w góry ucieka.Lecz łup swój wilcza zwietrzyła natura:

430 Wpadł na ścierw koński, dziobany ptakami,A sęp, tuż siedząc, nastrzępiwszy pióra,Krakał i straszył i bił go skrzydłami.

Alp tak dzikiego nie mógł znieść widoku;Nigdy nie zadrżał wśród bitew natłoku,

435 Prędzej rad widział żołnierza na darniW bolach skonania, gdy napoły skrzepłaZ otwartej rany krew tryskała ciepła,Jak po śmiertelnej ostatniej męczarni.Jest coś dumnego w niebezpieczeństw chwili,

440 Gdy szalą życia śmierć waży i chyli:Tam sława imię poległych wymówi,Chwała da poklask śmiałemu czynowi.Lecz już po bitwie, jest co serce ściska,Deptać po trupach wśród pobojowiska;

445 I widzieć ptaki i robactwo ziemi,Bestyje leśne stadami wielkiemi,Jak na swą zdobycz zbiegłe tam zdaleka,Wszystko wesołe z upadku człowieka!

Tam jest świątynia, — dziś w ruinie stoi.

450 Ręce ją dawno zapomniane wzniosły;Dwie, trzy kolumny wśród krzaków powoi,Marmur i granit mchem, trawą porosły.

Czas wszystko niszczy! ni więcej zostawiNad to, co strawił i co jeszcze strawi:

455 Czas wszystko niszczy! lecz przeszłego wiekuPłacząc, znów przyszły zapłaczesz człowiekuNad tem, co było, być musi koniecznie,Co widzą ojce, zobaczą ich syny:Szkielety istot zaginionych wiecznie,

460 Ułamki głazów z sterczącej ruiny,Dźwiganych kiedyś przez stworzenia z gliny.

Alp pod kolumną na odłamie głazuSiada, i dłonią pociągnął po twarzy!Twarz rozogniona, wzrok pełen wyrazu;

465 Jak ten, co w dzikich myślach się rozmarzy,Cały się naprzód pochylił i głowęZwiesił na piersi wzdęte, gorączkowe;To znowu, jakby głąb myśli rozmierzał,W pochyłe czoło palcami uderzał

470 Szybko, jak ręka muzykaWlot po słoniowej kości przemyka,Aż nim ze struny w muzycznym zapędzieTonu, jakiego szukał, nie dobędzie.Alp, siedząc, dumał; nocny wiatr z ruiny

475 Westchnąwszy, powiał przez cegieł szczeliny.Wiatr-że to słodkie, tak czułe westchnieniePrzez wydrążone przewiewał kamienie?

Zrywa się, wstaje, pogląda na morze:Gładkie, szkło nawet gładsze być nie może.

480 Na swych łodygach śpią trawy nadwodne, —Więc skądże wyszły dźwięki tak łagodne?Patrzy na sztandar: flaga nie powiewa,Na Cyteronie ciche stoją drzewa.Nie czuje wiatru, by mu wiał na lica;

485 Skądże tak nagły dźwięk, i w takiej chwili?Spojrzał na lewo, — czy go wzrok nie myli?Tam stoi piękna i młoda dziewica!

Alp zbladł i zadrżał, wkrąg oczyma błyska,Jakby nań zbrojny wróg nacierał zbliska.

490 »Boże mych ojców! — Ktoś ty jest, mów! poco?Tu, za mur twierdzy, kto cię przysłał nocą?«W krzyż chciał i nie mógł drżącej złożyć ręki;Lubo nie wierzył w godło Boskiej męki:W tej chwili błysło w nim krzyża wspomnienie,

495 Chciałby, lecz siły odjęło sumienie.Alp patrzy, widzi, poznaje, — to ona!Postać, twarz pełna wdzięku i uroku!Patrzą na siebie, oko tonie w oku...Tak, to Franczeska, Alpa narzeczona.

500  I jeszcze róża na jej licu była,Lecz dojrzewając, blask farby zgasiła;Ale gra życia dziś jej ust nie pali,Znikł uśmiech, zbladła krasa ich korali.Spokojne morze ma błękit uroczy,

505 A mniej błękitne jak Franczeski oczy.Ale te oczy, niegdyś promieniste,Jak fale morza chłodne są, choć czyste.Postać jej cienkim rąbkiem osłoniona,Z pod rąbka świeci cudna białość łona;

510  Przez rozwiane czarne włosySpadającej do stóp kosyWidać krągłe jej ramiona!Nim Alp odpowiedź posłyszał, w nim okoUtkwiwszy, rękę podniosła wysoko;

515 A ta tak była przeźroczysto lśniąca,Że skroś jej mógłbyś przejrzeć blask miesiąca.

»Przychodzę z mogiły do ciebie, mój miły,By moje przestrogi mnie z tobą zbawiły.

Ja jedna, przez mury i bramy i straże

520 Przechodząc, dla ciebie na wszystko się ważę.Przed cichą, przed czystą dziewczyną lew srogi,Jak mówią, wzrok spuści i zejdzie jej z drogi.Ta władza, co strzeże niewinność od grozyLeśnego tyrana, mnie słabą, bez broni,

525 Pod tarczą swej łaski przez wrogów obozyPrzewiodła, zmyliwszy straż czujnej pogoni.Przychodzę, lecz jeśli przychodzę daremno,O nigdy, już nigdy nie spotkasz się ze mną!Tyś zbrodni dokonał i jesteś wart kary,

530 Odpadłszy od świętej, od ojców swych wiary.Lecz ciśnij ten turban o ziemię, — uzbroimPierś krzyżem, i będziem ja twoją, ty moim!Zmyj z serca, mój Alpie, zmyj czarny znak plamy,A jutro się z sobą na wieki spotkamy«.

535  »Gdzież, kto nas ślubnem ugości weselem?Pościel godową wśród trupów pościelem.Chrześcijan jutro, ich domy, świątynie,Mieczem, płomieniem zagrzebię w ruinie,Prócz ciebie jednej; przysiągłem, że słońca

540 Żywi nie ujrzą! lecz ja twój obrońca,Ja cię uniosę w samotne ustronie.Gdzie wolni troski połączym swe dłonie;Tam nam wesele, tam godowe łoże!Lecz wprzódy dumę Wenetów ukorzę,

545 Ród ich naznaczę piętnem niewolniczem;Zadam im chłostę skorpijonów biczem,A wtedy podli poczują oszczercę,Co może w zemście rozranione serce!«

Franczeska ręką dłoń Alpa dotknęła,

550 Lekko, lecz dreszczem do kości przepadła;Mrożącem zimnem aż w serce wionęła,Alp stał skośniały, jak wobec widziadła.I od jej ręki mdłej, zimnej, swej dłoniNie mógł oderwać, jakby przystygł do niéj.

555 O! nigdy uścisk kochanki nam drogiéjNie wstrząsa pulsu takiem czuciem trwogi,Jako jej palce, co chłodem mogiłyTej chwili krew mu po żyłach zmroziły.Serce przestało bić, i gorączkowy

560 Żar z czoła lodem ustąpił do głowy,Gdy na twarz spojrzał i ślady zniszczeniaDopatrzył na niej: — Franczeska, to ona!Twarz jej taż sama, lecz o, jak zmieniona!Piękna lecz mdława, bez duszy promienia,

565 W której odblasku świeci twarz żyjąca,Jak fala wody przed słońcem iskrząca.Na bladych ustach zastygł blask uśmiechu,Z ust jej wychodzą słowa bez oddechu,Pierś nieruchoma przestała oddychać,

570 Żadnego pulsu w żyłach jej nie słychać;Chociaż jej oko patrzało, lecz skrytaW rzęsach źrenica stoi jak przybita,A nad nią dziko rozwarta powieka,Jak chodzącego w chorym śnie człowieka.

575 Równie figury malowane w sieni,Kiedy ich płótna wzruszy wiatr jesieni,Gdy lampa światło wpół zgasłe roztoczy,Kłamanem życiem tylko rażą oczy;

Zda się, że cały szereg malowany

580 Figur, postaci, wychodzi ze ściany,Chwiejąc się dziko tam i sam w pomroce,Gdy wiatr obiciem płótna zaszamoce.

— »Jeśli nie przez miłość dla mnie, błagam ciebie!To przez miłość Boga żywego na niebie,

585 Mój Alpie, posłuchaj, zrzuć ten turban z głowy,Przysięgnij, że twoję ojczyznę tą rażą,Współziomków, twej zemsty oszczędzi żelazo;Lecz jeśliś me prośby odrzucić gotowy,Zgubiony na wieki! — nie ziemi, co minie,

590 Lecz niebu, — mnie w niebie nigdy nie obaczysz.Jeżeli, mówiłam, obrazę przebaczysz,Choć smutny twój koniec, w ostatniej godzinieOn grzech twój rozwiąże, i dusza bez plamyUleci w otwarte miłosierdzia bramy!

595 Lecz gdybyś choć chwilą później się nawrócił,Sam Bóg ciebie przeklnie, boś Go sam odrzucił!Konając, poglądaj w niebo, jak zamykaBramę swojej łaski przed pychą grzesznika.Patrz! obłok jak lekki kryje twarz księżyca,

600 Przechodzi, za chwilę wionie z jego lica;Nim mglisty swój żagiel po błękitów toniRozwinie i tarczę księżyca odsłoni:Gdy twoje w tej chwili serce się nie zmieni,Bóg wtenczas i ludzie zostaną zemszczeni.

605 Los będzie twój czarny, czarniejsza od niegoTwoja nieśmiertelność złego!«

Alp spojrzał, zoczył na tarczy księżycaObłok, o którym wspomniała dziewica;Lecz serce w grzechu przestrogę odpycha,

610 Bo niem rządziła nieugięta pycha,Jedyna jego namiętność fałszywa,Co wszystkie inne jak potok porywa.On ma o litość błagać! — on, syn pychy,Ma się ustraszyć słów dziewczyny cichéj!

615 On, obrażony, miałżeby poślubićZbawić Wenetów, gdy zaprzysiągł zgubić?Nie, — choćby obłok ten był piorunowy,Niech piorun bije! — nie uchyli głowy.

Alp jej nie daje żadnej odpowiedzi,

620 Tylko na obłok pogląda i śledzi,Jak rychło wiatr go przepędzi; już prysnął..Księżyc mu w oczy całą pełnią błysnął.»Choć mi — zawołał — wróżysz przyszłość groźną,Ja się nie mogę zmienić, — już za późno!

625 W burzy pozioma nachyla się trzcina,Drzewo się złamie, ta się znów odgina;We mnie Weneta zapragnął mieć wroga,Niechże więc ginie! Lecz ty, moja droga,Nie wracaj do nich! idź, uciekaj ze mną!«

630 Spojrzał, wtem znikła jako mara senna, —Tylko tam stoi kolumna kamienna...Czyli się we mgłę zmieniła nadziemną?Poszła skróś ziemi? — Daremnie oczymaŚledził, wie tylko że już nic tam niéma.

XXII635  Noc przeszła, — słońce, odkryte napoły,Wschodzi pogodnie jak na dzień wesoły.Poranek lekko otrząsa płaszcz mglisty,Ale południe zamgli dym siarczysty.Już słychać surmy, i wrą bębny wrogów,

640 Brzmi dźwięk ponury barbarzyńskich rogów;Słychać fruczenie w powietrzu sztandarów,I rżenie koni, hałas tłumnych gwarów.Gęsto, jak lasem, błoń się jeży dzidą,Głos, krzyk się szerzy: »Już idą, już idą!«

645 Z ziemi podjęte błysnęły dżeryty,Połyska z pochew atagan dobyty,Tłum czeka hasła, ruszą na znak dany.»Spahy, Tatary, i wy Turkomany!Nogi w strzemiona, zwińcie swe namioty,

650 A prędzej w gęste ściskajcie się roty!Jeździec doliną niech cwałem zabiegaOd bramy miasta, łowić, imać zbiega;Ktoby był, byle chrześcijańskiej wiary,Rąbać, zabijać, młody on czy stary;

655 Groźnym zastępem niech idzie piechotaPod wyłom twierdzy i wciąż ogień miota!«Konie parskają wędzidłami spięte,Powiewne grzywy, szyje ich zagięte, —Bielą się pianą munsztuki stalowe,

660 Sterczą dżeryty, lonty zapalono;Stanęły działa, zaryczeć gotoweI burzyć twierdzę już napół zburzoną.Janczar się ściska w szyk prosty, łamany,Alp ich prowadzi, — ręka zakasana

665 Błyska żelazem nagiem atagana.Przy rotach stoją baszowie i hany,

Sam wezyr stanął przed armiją całą;Wnet ruszą z miejsca, gdy hasło da działo;Kto żyw w Koryncie, niech od miecza zginie,

670 Ludzi, kamienie, zagrzebać w ruinie.W niebiosa biją dzikiemi wrzaskami:Alla hu! krzycząc, Bóg i prorok z nami!»Jest wyłom do przejścia, drabina ze sznurów,Wpadnijcie, szczeblujcie na wierzchy tych murów!

675 Kto pierwszy tam wpadnie, krzyż łupem zdobędzie,Co sercem zapragnie, niech pyta, mieć będzie!«Mówił Kamurdży, wezyr mężny, śmiały,Wtem za odpowiedź szable zaszczękały,Tysiące głosów w dzikim gniewie wrzasło,

680 Zapalić działo! — Słyszycie? — to hasło!

Jak głodne wilki, szczujące pospołuNiestrwożonego ich liczbą bawołu, —Ten strasznie ryczy, żarem oczu błyska,To bodąc boki krzywym rogiem toczy,

685 To kopytami miecie piasek w oczy,W górę podrzuca, to o ziemię ciska,A śmielszych trupem ściele jako snopy:Z takim zapędem poszli na okopy,Skąd śmiałki żywej nie unieśli stopy,

690 Niejedne piersi miedzią powleczoneZasłały ziemię jako szkło stłuczone.Kula w poskokach, niosąc pocisk śmierci,Środkiem poległych piasek rwie i wierci,I — jak padali — leżą szeregami,

695 Jak trawy świeżo podcięte kosami,Gdy przy dnia schyłku z łąk schodzą kosarze;Trup leżał gęsto, tuż przy twarzach twarze.

I jak kaskada, ze stromej skałyZ ciężkim łoskotem wciąż spadająca,

700 Podmyte wodą głazów kawałyZ pianą ze grzmotem w dół strąca;Jako śnieżne lawinyNa alpejskie doliny, —Tak parci tłumem Koryntu synowie

705 Wstecz się cofali za szańcowe ściany;Szturm był zbyt długi i często wznawiany,A tłum Moślemów naciskał w parowie.Wkrąg oskoczeni niewiernych nawałą,Gromady padły, — niewielu zostało!

710 Ściśnięci w garstkę, nie rzucają broni,Noga przy nodze, dłoń była przy dłoni.Zgiełk, pocisk, wystrzał, zmieszane języki,Rannych, wpółżywych, zwycięzców okrzyki,Z działowym grzmotem razem się zlewały.

715 Dalekie miasta z podziwem słuchałyTej głośnej bitwy, wątpiąc, czy swych wrogów,Czy ziomków ujrzą u drzwi swoich progów,I czy się smucić, czy się cieszyć miałyTym niezwyczajnem chaosem hałasów,

720 Który przepadał w głębie gór i lasów,Pobudził wichry na morskiej topieli,I pędził echem przez błonia i jary,Od Salaminy aż do Megary;Nawet, jak mówią, w ciszy głębokiéj

725 Hałas tej bitwy słyszeliW brzegach pirejskiej zatoki.

Miecze i szable, w boju wyszczerbione,Aż po rękojeść w krwi były zbroczone.

Szańce zdobyte, i żołnierz w rozwięzi

730 Oddał się cały łupieży i rzezi.Przez okna domu, w którym wróg bezcześci,Przebił krzyk dziki i lament niewieści:Z pośpiechu stopa lecąca dziewicyPlusnęła we krwi na bruku ulicy;

735 Tam i sam jeszcze, śród zgiełku i jęku,Naprzeciw wrogów stoi z bronią w rękuRozpaczna garstka z dwunastu, dziesięciu:Wszyscy przysięgli w przedśmiertnem objęciuNie złożyć broni, aż polegną sami!

740 O ścianę muru oparci plecami,Z groźną postawą wroga na cel brali,I mieczem siekli, lub walcząc, padali.Wśród nich stał starzec, — włos jego był biały,Lecz krzepką dłonią jeszcze oręż imał,

745 Honor tej bitwy na swej szabli trzymał,A trupy przed nim w półkole leżały.Jeszcze się ścinał z wrogiem, niezraniony,Cofający się, lecz nieoskoczony.Wprawdzie pod połą świetnego kaftana

750 Kryły się blizny, ale każda ranaDawniej, nie dzisiaj, szablą kresowana.Starzec był krzepki, silny, że w te czasyMałoby młodych poszło z nim w zapasy.W pierś jedną więcej miał zwróconych ciosów,

755 Niż na swej głowie białych, rzadkich włosów.W prawo i w lewo szabla starca świeci, —Gdy w krwi ją broczył, wiele matek WschoduOpłakiwały przyszły owoc płodu,Że swoich ojców nie ujrzą ich dzieci.

760 W rozpacznej walce wiek mu sił nie słabił,Choć mógł być ojcem tych wszystkich, co zabił.Starzec, oddawna bezdzietny na ziemi,Radby swych wrogów widzieć bezdzietnemi,

I od dnia, w którym przy obronie szańców

765 Syn mu ostatni poległ z rąk pohańców,Cieniom synowskim starca żal surowyPoświęcał więcej jak ludzkie stugłowy.Gdy cienie zmarłych krew koi wylana,Sam duch Patrokla mniej doznał słodyczy,

770 Niźli poległy ciałem duch młodzianaTam, gdzie Europa z Azyją graniczy,I pogrzebiony, gdzie przed nim tysiącePrzed lat tysiącem pogrzebli swe ciała;Gdzie, i jak zmarli, prochy ich milczące

775 Nic nie powiedzą; a po nich zostałaDarń bez kamienia, bez kości mogiła, —Lecz żyją w pieśni, co wieki przeżyła.

Słychać krzyk: Allah! — z szablą cwałem pędziRota janczarów; znana ich odwaga!

780 Ich wodza ręka, żylasta i naga,Wywija mieczem i razów nie szczędzi;Aż po ramiona dziko zakasana,Wśród bitwy iskrzy stalą atagana.Inni strój noszą ponętny dla łupu,

785 Naszyty złotem, droższy do okupu:Tych rękojeści lśnią ogniem kamieni, —Żelazo Alpa tylko krew czerwieni.

Ci z szalów wiążą wznioślejsze turbany, —Skromny strój Alpa w całem wojsku znany;

790 Znajoma jego ręka obnażona, —Spojrzyj w najgęstszy ścisk bitwy: tam ona!Niema sztandaru, coby na tym brzeguŚmielej wiódł naprzód szereg po szeregu;Ta ręka moc ma chorągwi proroka,

795 Tłumy pociąga, gdy skinie z wysoka,A świeci jako gwiazda spadająca!Gdzie się pokaże to potężne ramie,Nic nie dostoi, wnet się szereg złamie;Tam przebaczenia okrzyk się roztrąca

800 O dzikie ucho Turka lub Tatara;Tam żołnierz ranny, leżący na ziemi,Jęk swój w skonaniu zatłumić się stara;Wytęża siły, rękami słabemiJeszcze swój pocisk ostatni wymierza

805 Na leżącego tuż wroga żołnierza;Choć obaj słabi, w ostatniej męczarniPełzną do siebie po krwią zlanej darni...

Jeszcze stał starzec w swojej krzepkiej sile,I Alpa zapęd hamował na chwilę.

810 — »Zdaj się, Minotti, zdaj na łaskę moję,Przez wzgląd na siebie i na córkę twoję«.

— »Nigdy, nigdy, odszczepieńcze!Życiem z twej łaski prędzej się domęczę«.

— »Franczeska! gdy dziś miecz zamiata tłumy,

815 Maż-li być ona ofiarą twej dumy?«

— »Ona bezpieczna«. — »Gdzie jest? mów, gdzie?« — »W niebie,Podły zbrodniarzu, zamkniętem dla ciebie,Zdala twych oczu, i bez ziemskiej zmazy«.Wtem usta starca dziko się rozśmiały,

820 Gdy ujrzał Alpa, jak nim te wyrazy

Straszne, tajemne, jak ciśnięte strzałyZ ciągłego łuku, wstrząsły i zachwiały.

— »Boże! umarła? Kiedy?« — »Nocy przeszłej.Nie żal mi córki z tego świata zeszłej, —

825 Z czystej krwi mojej nikt splamić się nie da,Jak ty, fałszami wiary Mahomeda.Broń się, lub zginiesz« — Daremne wyzwanie:Alp padł na ziemię i już nie powstanie.Kiedy Minotti gorzkiemi słowami

830 Raził go więcej jak szabli cięciami,Z poza krużganku bliskiego kościoła, —Który, choć wróg już tłumami nachodził,Zalał dziedzińce i ściskał dokoła,Ostatnia garstka z rozpaczą broniła, —

835 Wyleciał wystrzał i w Alpa ugodził.W chwili nim starzec ranę Alpa zoczył,Co mu przez czaszkę mózgami strzeliła,Alp w kłąb się zwinął i na dół potoczył.Kładną go na wznak; pierś, czoło nad brwiami

840 Czarny kurz ziemi i posoka plami;Jeszcze krew życia sączy się ustami,Lecz nim po żyłach ścichło pulsu drganie,Westchnienie, słowo, sam jęk na skonanieNie zabrzmiał; usta zastygły bez głosu,

845 Taki był nagły, śmiertelny raz ciosu!Nim mógłby myślą zapragnąć zbawienia,Bez namaszczenia, bez rozgrzeszenia,Nie pojednany z Bogiem, ze światem,Skonał — renegatem!

850  Na nowo zawrzał bój srogi:Ci jak mściciele Alpa, ci jak wrogi,Społem z radości, z wściekłości krzykamiZwarli się z sobą wśród zgiełku i wrzasku;Bodąc włóczniami, szczękając szablami,

855 Krzyżując wzajem pociski i razy,Żywi i ranni tarzają się w piasku.Jeszcze Minotti śmie dawać rozkazyJak rządca kraju, gdyby ocalałaOd wrogów choćby jego cząstka mała,

860 Zachęca, walczy, — znów się zapał wzmaga,Hufiec mu sercem i ręką pomaga.Nie wzięty szturmem jeszcze kościół stoi,Z którego napół przymkniętych podwoiSądzona kula zniosła Alpa głowę,

865 Ruiny twierdzy mszcząc się przez połowę.Tam się cofając wstecznym, wolnym krokiem,Twarzą do wrogów, z pełnem dumy okiem,I miecąc na nich ogień nieustanny,Trafny, gdzie strzelą, padał trup lub ranny,

870 Garstka walecznych i ich wódz na czeleŁączą się z hufcem, zamkniętym w kościele.Tam choć na chwilę pod muru zasłonąOdetchną, wzmocnią pierś bojem znużoną.

Krótka to chwila! już moślemskie śmiałki

875 Z dodanym hufcem, z wściekłemi przechwałki,Cisną się naprzód: tak żwawo natarli,Że własnym tłumem swój odwrót zaparli;Bo ich tam wiodła ciasna, wąską droga,Skąd chrześcijanin jeszcze raził wroga.

880 Trwożliwsi pierzchać daremnie się kusząPrzez gęstwę kolumn; wszyscy gwałtem musząBić się, lub ginąć; — i ginęło wiele!Lecz z krwi ich nowi powstają mściciele,Krzepcy i wściekli, padając baz liku,

885 Zaledwo czują zwężenie się szyku.Już przerzedzona chrześcijan gromadaSłabła, wróg świeżym hufcem wciąż napada,Osmanin do drzwi szturmuje nawałą,Lecz drzwi żelazne jeszcze stoją cało.

890 Z każdej strzelnicy przez kratne otworyJeszcze się sypie ogień gęsty, spory;Z bezszybnych okien dobrze celowanyMorderczych strzałów lał deszcz ołowiany;Wtem drzwi się chwieją, podważone młotem;

895 Wrzeciądze skrzypią, zawiasy z łoskotemZ drzwiami runęły razem: szturm skończony, —Kościół zdobyty, Korynt bez obrony.

Smutny, lecz z dumą, co wrogów przeraża,Minotti stoi na stopniu ołtarza:

900 Nad głową starca świeci twarz Madony,Cudnemi barwy pędzla malowana,Oczy Jej światłem i miłością gorą!Lud przed obrazem pada na kolana,I zabrukane myśli prochem ziemi

905 Oczyszcza, rzeźwi modły gorącemi.Gdy klęcząc przed nim, korzym się z pokorą,Podniósłszy oczy w pobożnym zachwycie,Widzim, jak do Niej tuli się Bóg-dziécie,Jak słodki uśmiech ich lica powleka,

910 Unosząc w niebo modlitwę człowieka.I teraz, zda się, boska twarz się śmieje,Choć w jej przybytku rzeź i krew się leje.

Minotti podniósł w brwi zapadłe oko,Przeżegnał piersi i westchnął głęboko!

915 Wtem porwał głownię iskrzącą się żaremI stał spokojny, gdy z krzykiem i gwaremNa śród kościoła, i tu i tam razem,Moślemin wpadał z ogniem i żelazem.

W sklepach, pod rzeźbą zdobionym kamieniem,

920 Leżą umarli wiecznem odpocznieniem;W podłogach rznięte nagrobne napisy,Lecz krew w tej chwili zatarła ich rysy;Rzezane dłótem ich godła herboweI różnobarwe żyły marmurowe,

925 Dziś, zarzucone szablami, hełmami,Wróg ściera, brudzi krwawemi śladami.A spodem, zmarli przed laty i świeżoChłodni, rzędami w ciasnych trumnach leżą.Przy bladem świetle, co wpada przez kraty,

930 Widać ich twarze i pogrzebne szaty.Sen ich spokojny, ale niespokojnaIch ciche sklepy zagarnęła wojna,I obok kości odpadłych od ciałaSwoje siarczyste skarby tam schowała.

935 Tam oblężonych był główny skład prochu,Łącząc się z miną skrytą w szyi lochu:Ostatni środek, rozpaczna obrona,Jaką Minotti swych wrogów pokona.

Wróg zalał kościół, — niewielu zostało

940 Bronić im wstępu, i ci giną z chwałą!W braku żyjących, żołnierz rozjuszony,Gasząc pragnienie zemsty obudzonej,Po barbarzyńsku siekł trupie tułowy,Lub od nich martwe precz obcinał głowy.

945 Posągom świętych okaleczał twarze,Odzierał z ofiar pobożnych ołtarze;Jeden drugiemu z rąk wyrywał szczętySkruszonych naczyń i kościelne sprzęty.Pod wielki ołtarz cisną się w natłoku,

950 Pasąc wzrok blaskiem świetnego widoku!Na środku stołu ołtarza stał złotyKielich, święcony, kosztownej roboty,Miąższy, głęboki, połyskiem zdobyczyPrzynęcał oczy rabującej dziczy.

955 Poranu winem jeszcze się czerwienił,Które sam Chrystus w swoję krew przemienił,Gdy w świt przed bitwą, w pokucie i skrusze,W kolej ugaszczał swych wyznawców dusze.Jeszcze jej krople błyszczały w kielichu!

960 W głębi ołtarza, rzędem, od przepychuDwanaście srebrnych świeczników płonęło,Zdobycz najdroższa, sztuki arcydzieło.

Tak blisko przyszli, — bliższy rabującąRęką już sięgał po zdobycz błyszczącą...

965 Wtem Minotti szyją lochuCiska głownię w skład prochu.

Buchnęło!Ołtarze, sklepienia łuki,Marmurowych kolumn sztuki,

970 Chrześcijanie i pogany,Krzyże, turbany,Żywi, umarli, pomieszani społem,Lecą w powietrze z runącym kościołem; —I wszystko w jednym, dzikim ryku kona!

975 Miasto w ruinie, potrzaskane mury,Na chwilę wzdęte, wzburzone wód łona, —Choć nie rozpadłe, chwiejące się góry,Jakby trzęsienie ziemiPrzeszło pod niemi;

980 Razem bezkształtnych przedmiotów tysiąceW dymach, płomieniach ciśniętych pod słońce,Straszliwem zgliszczem świadczą, jak skończonySzturm twierdzy, los jej rozpacznej obrony!Wszystko zmieszane, z ziemskiego padołu,

985 Jak race w niebo, wzleciało pospołu.Niejeden człowiek rosły i barczysty,Na piędź skurczony przez pożar siarczysty,Z węglem, żarzewiem spadający społem,Dolinę tylko posypał popiołem.

990 Popiołem lały, jak deszczem, obłoki;Wielu padało na głębie zatoki,Co chłonąc szczątki tonące falami,Swe wody w kręgi znaczyła zmarszczkami.Ci na brzeg padli, lecz jak kiście śniegu

995 Rozwiane, zrzadka polegli na brzegu.Kto Grek, kto Turek? — darmo oczy śledzą,Niechaj ich matki spojrzą i powiedzą!Gdy jeszcze dziećmi w kolebce leżeli,A każda matka z uśmiechem patrzała,

1000 Jak śpi snem wdzięcznym jej dziecię w pościeli,Wtenczas o dniu tym, co prochy ich ciałaRozwiał na wiatry, żadna nie myślała!

Lecz dziś i matki — żal tylko zachodu —Pewnoby swego nie poznały płodu,

1005 Gdy w mgnieniu oka nie było i śladuCzłowieczej twarzy, ich kształtu i składu,Prócz jednej kości i czaszki skruszonéj!Napowrót spadał stos drew zapalony,Sypał żarami, — kamienie gorące,

1010 Spadając z góry, ogromnemi bryłyZ szumem głęboko w piasku się zaryły,Jak zgasłe głownie, czarne i dymiące!Słysząc to ziemi okropne wstrząśnienie,Zniknęło każde żyjące stworzenie.

1015 Ptastwo precz leci, zgłodniała psów kupaWyjąc odbiegła nietkniętego trupa;Wyrwał się wielbłąd z rąk swego strażnika,Wół jarzmo złamał i od pługa zmyka;Koń w pole kopnął, rwąc kopytem ziemię,

1020 Wlecze zerwaną poprzęgę i strzemię.I żaba z bagna wylazłszy nieśmiała,Podwójnie dzikim głosem zaskrzeczała;Wilk w gór wąwozach wył na paszczę całą,Gdzie jeszcze echo jak piorunem grzmiało;

1025 Szakal zdaleka przeraźliwie krzyczy,Jako pies bity, gdy z bólu skowyczy.Orzeł na skale, spłoszony dymami,Zrywa się, gniazdo okrążył skrzydłami,

Bliżej pod słońce lot pomyka w górę;

1030 Pod nim się wlokły chmury czarne, bure,A że w dziób orli ich dym dolatywał,Orzeł, wciąż kracząc, co wyżej się zrywał,Wyżej nad chmury, pod niebios błękity. —Tak był zburzony Korynt i zdobyty.

Comments

Loading comments…