Oblężenie Koryntu (Byron, tł. Morawski, 1895)
Translated from English by Franciszek Dzierżykraj Morawski
Tysiączne lata i wojny i burzePrzeszły ryjące po korynckim murze,A przeciéż dotąd mimo tylu wiekówStoi ta twierdza, dzieło wolnych Greków.Wśród trzęsień ziemi, wśród szturmów nawałyNie zadrżał nawet gmach téj wzniosłéj skały,Klucz téj Grecyi, którą jarzmo tłoczy,Przecież wzrok dumny po téj górze toczy,Dwóch mórz granicy. Przy niéj to gotoweZ dwóch stron się zetrzeć fale purpurowe,Jakby téj groźnéj zlękły się przegrody,U stóp jéj kornie gniewne ścielą wody.Gdyby od krwawéj śmierci TymofanaAż do ucieczki perskiego tyranaWszystka krew, która kraj ten zalewa,Z głębi tych lądów znów wytrysnąć miała,I wszystkie kości w jeden stos się zbiegły,Co w tylu wojnach ziemię tę zaległy,Całe to sławne Grecyi przestworzeNowe i krwawe zalałoby morze,I wyższy kolos przebódłby lazuryNiźli ten ogrom Akropolis góry,Któréj wierzch, w groźnéj tylu baszt koronie,Piętrzy się dumnie i w obłokach tonie.
Na ciemnym szczycie Cyteronu lśniąceWznoszą się, sterczą liczne lanc tysiące:
Niżéj oparte o mórz obu brzegiBielą się różnych namiotów szeregi.Wojska szykami stanęły długiemi.Mnogie księżyce jaśnieją nad niemi,Czernią się spahy, ciągną, a na przedzieKażdego z hufców basza brodacz jedzie,I jak daleko oko sięgnąć zdoła,Same turbany wszystkie kryją czoła.Tu wielbłąd pod swym przyklęka ciężarem,Tam koń pod zwinnym pieni się Tatarem,Turkoman rzucił swoje trzody, stada,W broń się uzbroił i znów szablą włada.Ciągle grzmiącemi zagłuszane strzałyGładzą się morza uciszone wały.Przykop gotowy. W szybkim jak błysk locieŚmiercią brzemiennych kręgów świszczą krocie,Liczne od murów odpadają łomyCiągle ciężkiemi wybijane gromy:Ale i twierdza odpowiadać umieWyzywającéj muzułmanów dumie,I śmierć im za śmierć odsyła bez zwłokiPrzez gęste kurzu i dymu obłoki.
Któż to w tych trudach najśmielszym przywodzi?Kto codzień bliżéj pod ten wał podchodzi?Nikt nie ma z wszystkich tam synów prorokaJego wśród boju zręczności i oka;Żaden wódz wyższém nie słynie tam męstwem,Ani téż krwawszém pyszni się zwycięstwem.Z czynu do czynu i z pola na polePędzi i konia spienionego kole,A gdy wróg nagle na przykop uderzyI najcelniejszych wytnie mu żołnierzy,Lub gdy obrońcę groźnéj działobitniSzturmowi jego stawią opór zbytni,Zsiada z rumaka, stawa na wojsk przedzie,Krzepi zachwianych i sam na bój wiedzie.On wśród tych wodzów pierwsze miejsce trzyma,Któremi dumny sułtan się nadyma,
On to najzręczniéj prowadzi żołnierzaI lancą włada i działo wymierza,Miecz jego w boju głów tysiące zmiata,Alp mu na imię — z wiary, apostata.
Z świetnego niegdyś szczepu on pochodził,W swéj się ojczyźnie — w Wenecyi zrodził,Lecz gdy go za jéj wygnano granice,Podniósł przeciw niéj tę same prawicę,Którą do boju wprawiali ziomkowie,I odtąd turban na swéj nosi głowie.Po licznych zmianach całe państwo greckiePrzeszło z Koryntem pod prawo weneckie,I teraz widzą tu pod mury temiWspólnych swych wrogów — widzą Alpa z niemi,Alpa, co w takim zaciął się zapaleMłodych zaprzańców gorejącym szale,Że ciągle w swojéj obrażonéj dumieI mścić się tylko i w krwi broczyć umie.Nie — już téj, co się dumnie — wolną — mniema,Nie — już dlań staréj Wenecyi nie ma!Miał on w niéj wrogów swego szczęścia, chwały,Co bezimienną skargę nań podały,Skargę — wśród nocy — w Lwiéj paszczy złożoną,A któréj nie mógł swoją zbić obroną.Dciekł on wcześnie i z życiem się schronił,Lecz na to, by je późniéj w wojnach trwoniłI swéj ojczyźnie dowiódł straty męża,Co wszystkich zwalczył, co sam krzyż zwycięża,Świetne księżyca stwierdza panowanieI lub się zemści, lub téż żyć przestanie.
Ten sam — co późniéj w karłowickiéj klęscePadłszy, własnego uwiecznił zwycięzcę.Co poległ na tych polach krwią okrytychPierwszy z walczących, ostatni z zabitych,
Bez żalu życia, przecież w wściekłym szale,Klnąc i złorzecząc chrześcijańskiéj chwale,Ten sam Kumurgi nieprzepomnéj sławyOstatni Greków ujarzmiciel krwawy,Dzisiaj to całe wojsko Turków sprawia,Alpa na czele przednich hufców stawia,Alpa, co stał się godnym téj nagrody,Z ziemią zrównawszy liczne miasta, grody,I codzień krwawszym dowodząc mu czynem,Jak dzielnym, wiernym jest proroka synem.
Słabiał mur twierdzy kulami porytySzybko, potężnie i bez przerwy bity:Podobnym burzy grzmotem wciąż ryczałyDziała częstemi rozpalone strzały.Były dni, w których bomby muzułmańskiePękłszy, świątynie zapalały pańskie;A gdy się który z owych gmachów walił,Co go ten lotny wulkan wstrząsł i palił,Grzmiał łom po łomie z dachów, ścian zwęglonych,A ogień w słupach wybuchał czerwonych,Lub téż w potężne iskry się rozpryskałI jak gwiazdami ziemi, w niebo ciskał.Grubą na słońce rzuciły osłonęObłoki, dymów kłębami zczernione;Ciężko siarczyste wzbijając się chmury,Szeroko niebios powlekły lazury.
Lecz nie dla zemsty, choć jéj zdawna wzywał,Nie dla niéj tylko Alp twierdzy dobywałI uczył Turków, jak zręcznemi strzałyI łamać mury i rozwalać wały.Była w téj twierdzy uroczego wdziękuDziewica, którą chciał on z ojca rękuWydrzéć, zaślubić. Starzec ten niezgiętyW gniewie swym opór stawiał mu zacięty,
Choć przez lat tyle o jéj rękę prosiłI jeszcze imię chrześcijańskie nosił.Niegdyś z szczęśliwszą dni weselszych wiosnąNie jak dziś, zbrodnią obarczony sprosną,W lśniących on salach lub téż lotnéj nawieW zapust weneckich tak rozgłośnéj wrzawieJaśniał nad wszystkich — a w nocach miesięcznychTak w serenadach smętnych, słodko-dźwięcznych,Grał jéj i nucił swe miłośne żale,Że nigdy morskie Wenecyi fale,Żadne dziewice w całéj Włoch przestrzeniTak wzruszających nie słyszały pieni.
Wszyscy jéj serce za podbite mieli,Nikt jéj nie zajął z śród tylu czcicieli,Nikt ręki Anny nie mógł zyskać w darze,Aby przed święte powiódł ją ołtarze.Zważano nawet, że gdy Alp odpłynął,I gdzieś do brzegów pogańskich zawinął,Zwykły jéj uśmiech z ust jéj znikł niezwrotnieZbladła i często dumała samotnie.Częściéj ją wpośród świątyń spotykano,Rzadziéj na ucztach, na balach widziano,W których spuszczała oczy obojętne,Nowym już swoim zdobyczom niechętne.Zimném na wszystko było oko Anny;Ubiór jéj nawet bywał mniéj staranny,Śpiew jéj utracił wiele ognia, siły,Stopy, choć lekkie, lecz mniéj lotne byłyW tych tańcach, które choć do ranka trwały,Weselszym parom zbyt krótkie się zdały.
Gdy Sobieskiego potężna prawicaPod Wiedniem hardość łamała księżyca,A z greckich karków zastępy weneckieZwycięsko jarzmo zrzuciły tureckie,
Minotti prawem tém w Koryncie władał,Które mu doża nad Grecyą nadał,A któréj wreszcie po tak długim bojuLitośnie uśmiech zabłysnął pokoju.Lecz nim ten pokój znów został zerwany,Co z jarzma Turków wyrwał chrześcijany,Minotti do swéj utęskniony córy,W groźne Koryntu wprowadził ją mury.Nie — odkąd słynna Menelaja żonaKraj ten rzuciła niewiarą splamiona,I odkąd swoją zbrodnią nam dowodzi,Ile nieprawa miłość nieszczęść rodzi,Nikt tak cudnego nie ujrzał tam lica,Jakiém wenecka jaśniała dziewica.
Pękł mur i runął. Otwór nad zwaliskiem.Jutro więc, jutro z pierwszym dnia zabłyskiemGroźny, potężny tłum celnych rycerzyRzuci się szturmem i w wyłom uderzy.Wojsko sprawione i hufiec wybrany,Hufiec szturmowy, stąd — straconym — zwany.Pójdzie na czele, pójdzie z wzgardą życiaPełen nadziei i pewien zdobycia.Z mieczem on w ręku wedrze się na wały,Lub drogę swemi tak uściele ciały,Że drudzy po nich, jakby po drabiniePójdą, aż na niéj już ostatni zginie.
Północ. Księżyca jasność, zimna, blada,Smętnie na wzniosłe czoła gór tych spada.Błękit na wodach, a niebo w lazurzeZda się jak morze rozwieszone w górzeZ wyspami światła, których blask wieczystyTak żywy — jasny — eteryczno czysty,Że kto się spojrzy na ich świat uroczyI znów ku ziemi korne spuści oczy,
Radby się ku nim puścić w lot dalekiZ ich nieśmiertelném światłem zlać na wieki!Całe powietrze tak czyste, promienne,Wody spokojne, a tak ciche, senne,Że ledwie falą śnieżno się pieniącąZ głuchym pomrukiem brzeżny żwir potrącą.Ucichły morza z śpiących wiatrów ciszą,Liczne sztandary wzdłuż swych drzewców wiszą.I gdy tak zwiędłe chylą się ku ziemi,Złote księżyce jaśnieją nad niemi.Nic tu głuchego nie przerwie milczenia,Prócz wołań straży i rumaków rżenia,Które raz po raz sny żołnierskie kłócą,I aż po górach śpiące echa cucą.Jakby szmer liścia tak się w wojsku szerzy,Rozległy pomruk zbudzonych żołnierzy.Na muezzina głos posępnie brzmiący,I do północnych modlitw wzywający.Głos jego zda się smętnéj pieśni dźwiękiem,Przeciągłym ducha samotnego jękiem,Brzmi on tak dźwięcznie, tak łagodnie, smutnie.Jak gdy wiatr trąci nastrojoną lutnię.I w niéj ton wzbudzi długi, nieprzerwany,Żadnéj śmiertelnéj muzyce nieznany.Ciężko na serca oblężonych spada,Zda się, że blizki zgon im zapowiada,Zwycięzców samych zimnym dreszczem mrozi,Im nawet jakąś czarną wróżbą grozi.Głos ten swym drżącym, przenikliwym tonem,Nagle krew ścina w sercu przerażonem,Które, gdy płonność trwogi swéj odkryje,I wstydem płonie i znów silniéj bije.Tak nas pogrzebne przerażają dzwony,Choć obojętne zwiastują nam zgony.
Stał namiot Alpa u nadbrzeżnéj skały,Głos ów już ucichł i modły wybrzmiały.Rozstawił czaty, nocne obszedł straże,Wszystko spełnione lub spełnią, jak każe;
Jedna noc jeszcze troski, niepokoju,Lecz jutro zemstę swą nasyci w boju,Miłość mu długie nagrodzi czekanie:Wojsko nie zaraz jeszcze ze snu wstanie,Ma więc czas zasnąć: — chciałby użyć wczasu,By do krwawego wzmocnić się zapasu;Lecz jakieś myśli czarne i natrętne,Tak się w nim warzą jakby wody mętne.Stoi sam jeden wpośród śpiące tłumy,Nie dzieli Turka fanatycznéj dumy,Nie na to myśli życie swe narażać,By dla księżyca chwały krzyż znieważać,I aby w raju po swym spocząć zgonie,W wiecznych pieszczotach na hurysek łonie.Żar jego nie jest ogniem patryoty,Nie zna téj wzniosłéj, gorejącéj cnoty,Co się nie wzdryga krew i życie trwonić,I wszystko ważyć, by kraj swój obronić.Stoi sam jeden — lecz jak winowajca,Zaprzaniec Boga i ojczyzny zdrajca,Stoi sam jeden wśród tyłu rycerzy,A żadnéj ręce, ni sercu nie wierzy.Idą z nim na bój, bo ich wiedzie śmiele,Bo jest tak hojnym przy łupów podziele:Pełzają przed nim, bo w tym grubym tłumieZręcznie myśl dziką zgiąć i podbić umie;Lecz, że mu życie dały chrześcijany,Grzech go w ich oczach plami niezmazany;Téj sprosnéj nawet zazdroszczą mu sławy,Któréj się dobił dla ich walcząc sprawy;Pomną jak zbrojny nazareńskim kordemKrwawym za młodu wytępiał ich mordem.O nie, nie wiedzą, jak to duma zmienia,Serca zjątrzone hańbą poniżenia,Nie wiedzą, jaki w podłém, czarném łonie,Odstępców wiary fałsz i wściekłość płonie.Włada, — bo władać można najgorszemi,Kiedy się męstwem celuje nad niemi.Taka to lwa jest nad szakalem władza,Ten szuka łupu, a lew łup ten zgładza,Karmi się, syci, aż wzgardą przejęty,Na pisk mu podły krwawe ciska szczęty.
Płonie skroń Alpa. — W sercu ciężkiém, smętnem,Drgające żyły silném biją tętnem;Próżno się do snu zmusza przez czas długi,Z jednego boku przerzuca na drugi,Nie śpi, a chociaż zdrzémnie się chwilowo,Z najmniejszym szmerem zrywa się na nowo;Turban go ciśnie po gorzącém czele,Zbroja jak ołów cięży mu na ciele,A przeciéż dawniéj wśród niejednéj wojny,Spał on tak błogo, choć jak dzisiaj zbrojny,I chociaż miewał leże mniéj dogodne,Ziemię mniéj pulchną, niebo mniéj pogodne.Nie — spać nie może — ni wpośród namiotu,Tak sam, tak długo czekać dnia powrotu:Chodzi wzdłuż morza piaszczystych nabrzeży,Gdzie snem ujęte jego wojsko leży.Któż im słał miększe niźli jemu łoże,Czemuż śpią wszyscy, a on spać nie może?Bardziéj im ciężą trudy, grożą boje,Przecież spokojnie marzą łupy swoje;On sam — on jeden, wśród liczne tysiąceŚpiące — i może raz ostatni śpiące,Dręczy się, czuwa, błędnym stąpa krokiem,I zazdroszczącém na nie patrzy okiem.
Serce świeżością nocy mu ożyło,Niebo, choć chłodne, ale czyste było.W wonném powietrzu chmurne kąpał skronie.Za nim był obóz — przed nim lśniące tonie,Kręto-obrzeżnéj Lepantu zatoki:Śnieg stroił wierzchy delfickiéj opoki.Wzniosły, wieczysty, a tak jasny, biały,Jakim tysiączne lata go widziały.Wciąż on nad lądem i morzem jaśnieje,Twardszy niż człowiek — z wiekiem nie topnieje.
Mniéj trwali na blask słonecznych promieni,Nikną jarzmiący i nikną jarzmieni,Gdy wierzch ten z wieków lśni się przystrojony,W białość téj lekkiéj i wątłéj osłony:Kruszą się groźne dęby, baszty, mury,A ona wiecznie bieli szczyt téj góry.Wolność się z ziemskim żegnając padołem,Nad gór ją wzniosłych zawiesiła czołem,Wieńcząc te szczyty, skąd jéj pieśń od wieków,Duchem proroczym ostrzegała Greków.O, ciągle ona po tych bojowiskach,Grobach i świętych błąka się zwaliskach.By znów ostygłym sercom dodać żaruI do wielkiego wezwać je zamiaru:Lecz próżno, próżno zwiędłe serca cuci,Bo nie tak prędko owo słońce wróci,Które widziało popłoch perskich szyków,I męski uśmiech śmierci Spartańczyków.
Nie był Alp zimnym na świetne przykłady,Pomimo swego odstępstwa i zdrady,I wśród téj nocy, gdy tak chodzi, marzy,W myśli swéj przeszłość i obecność waży,I o tych zgasłych mężów duma sławie,Co krew swą lali w lepszéj niż on sprawie,Jakże ta chwała zdaje mu się lichą,Któréj dziś z taką dobija się pychą.On, co miecz wznosi na swych ziomków mordy,Zdrajca, przywódca muzułmańskiéj hordy,Co tyle zyska twierdzy téj zburzeniem,Że świętokradcy ochrzcą go strumieniem.Nie takim niegdyś laurem się wieńczyłyMęże, na których patrzy się mogiły.Tu na tych polach wiedli bój potężny,Z tych basz stawiali wrogom opór mężny,Legli, lecz wiecznie w swojéj żyją ziemi,Całe powietrze wciąż oddycha niemi,Wody wciąż szemrzą ich wielkie imiona,Sławą ich pustość lasów zaludniona;
Żyją po wszystkich Grecyi przestworzach,Duch ich po górach, a pamięć po morzachDrobna nić źródła, nurt potężnéj rzeki,Płyną z ich chwałą zmieszane na wieki.Mimo, że tyran ujarzmia go krwawy,Kraj ten należy do nich i do sławy!Grecya wiecznie światu hasłem będzie,I ten, co na czyn wielki się zdobędzie,Na nią się spojrzy, jéj wzorem zapali,Dłoń swą uświęci i tyrana zwali,Na nią się spojrzy i w ten bój się rzuci,Gdzie lub polegnie, lub téż wolnym wróci.
Alp wciąż nad morzem chodzi, duma, roi,Rzeźwiącém nocy powietrzem się poi.Wodom tym przypływ, ni odpływ nieznany,Toczą się wiecznie i toczą bez zmiany,Tak, iż choć orkan najsroższy szaleje,Mało co morze za swój brzeg wyleje,I czy się wzniesie, spadnie, znów powstanie,Księżyc żadnego nie ma wpływu na nie.Nigdy tam przez nią wyzywane wały,Nie dojdą groźnéj i warownéj skały;Od tylu wieków na krańcu nabrzeżyJeden pas ciągły morskiéj piany leży,Co wazko piasek bieli tam żółtawy,Ale zielonéj nie dosięga trawy.Błądząc Alp brzegiem, zbliżył się do wału,Jakżeby łatwo mógł poledz od strzału.Dziwna rzecz! żadne nie widzą go czaty,Skądże tak pewnéj uszedłby zatraty?Czyż i tam zdrajce wcisnąć-by się miały,Stęgłyż ich ręce, serca skamieniały?Z żadnéj panewki ogień tam nie błyśnie,Żadna ku niemu kula nie zaświśnie,A przecież stoi pod warownią samą,Pomiędzy morzem i obronną bramą.Słyszy głos straży, wszystkie słyszy słowa,Które ich nocna niesie mu rozmowa,
Słyszy ich wreszcie kroki stąpające,Ciężko i zgodnie po brukach tętniące.Pod samym murem tłuszcza psów zgłodniałaSzarpie ostatki leżącego ciała,Dławi się, juszy, wżarta i zaciekła,Zbyt zatrudniona, by na niego szczekła.Jak kiedy figę obłuszczamy wkoło,Tak muzułmańskie obdzierają czoło.Ślizga się, skrzypi, bielsza od kłów białych,Czaszka w paszczękach już wiekiem stępiałych,Twarde, oporne z mrukiem gryząc kości,Ledwie że mogą wznieść się od sytości.Taką to na ich ucztę sprosną, krwawą,Bój zeszło-nocny obdarzył je strawą.Alp z różnobarwnych szalów i turbanówNajtęższych swoich poznał muzułmanów,Poznał ich równie z tych głów wygolonych,I z ich czerepów długich i zwieszonych.Liczne psy sprośnie szarpią ich głowami,Owikłanemi w włosy drąc je kłami,A tam, gdzie w dali morze brzeg ów myje,Gniewny sęp wilka ciężkiém skrzydłem bije,Co do ciał ludzkich skradał się zgłodniały,Lecz kiedy od nich psy go odegnały,Dopadł rumaka ległego na piasku,I drze wśród kruków i kłucia i wrzasku.
Z odrazą oczy Alp odwraca swoje,Nigdy nim krwawe tak nie wstrzęsły boje,Wolałby patrzyć na rannych tysiące,W własnéj gorącéj jeszcze krwi leżące.Jak ich ból dręczy i wnętrzny żar pali,Niż na tych, którzy już cierpieć przestali.Jakąbądź śmiercią człowiek w boju ginie,Jest pewna duma w téj strasznéj godzinie.Honor nad jego męstwem się unosiI sława imię ginącego głosi.Lecz kiedy wszystko już przeminie z zgonem,Jakże się z czołem patrzym poniżonem,
Gdy płazy, ptaki, całe zwierząt stada,Wszystko na zwłoki obnażone wpada,Wszystko człowieka swoim mieni łupem,Wszystko nad jego raduje się trupem.
Jest tam świątynia, co się z wieków wali,Nikt już nie pomni tych, co ją stawiali.Sterczą trzy słupy wśród głazów rozbitych,Gruzów, marmurów już zielskiem pokrytych.Tak to czas wszystko w swoim niszczy pędzie,Zburzył, co było, i zburzy, co będzie;Tyle on tylko zwalisk nam zostawił,By w téj przeszłości przyszłość nam objawił.Cośmy widzieli, to znów nasze synyBędą widziały — gruzy i ruiny,Szczęty dzieł wielkich i tych głazów łomy,Które śmiertelnik wznosi tu poziomy.
Na jednym z słupów tych Alp siada, marzy,Dłoń swoję zwolna przeciąga po twarzy,Jakby bolesném wspomnieniem ciśnięty,Siedzi myślący i ku ziemi zgięty,Głowę swą spuszcza na pierś wrzącą żarem,Na walnych uczuć ciśnioną ciężarem.Wciąż on palcami szybko bieżącemiStuka po czole, a tak bije niemi,Jak gdy z klawiszów wyrywane dźwiękiPędzą pod lotem artystycznéj ręki,Która dopóty miesza je bezładnie,Aż wreszcie na ton zamierzony wpadnie.Ciężko mu, smutno, wśród téj nocnéj ciszy...Lecz cóż to? — wiatru-że on dęcie słyszy?Wiatr-że to świszcząc przez głaz wydrążony,Tak rzewniącemi odzywa się tony?Wznosi twarz nagle — patrzy się po morzu...Najmniejszéj zmarszczki na całém przestworzu.
Patrzy na trawy — żadna się nie chwieje;Coraz więc bardziéj na ten dźwięk dumieje.Żagle, sztandary, drzewa liściem strojne,Wszystko i wszystko tak ciche, spokojne:Najlżejszy wietrzyk twarzy mu nie chłodzi,Skądże więc, skądże taki dźwięk pochodzi?Zwraca się — patrzy — nie śmie wierzyć oku...Stoi dziewica cudnego uroku!
Zerwał się, zadrżał większym dreszczem trwogi,Jak gdyby nagle zbrojne ujrzał wrogi.Nieba! któż jesteś? — skądżeś tu przybyła?Kto cię pod samę twierdzę tu przysyła?Drżącą się ręką przeżegnać nie zdoła,Wzdrygła się dotknąć apostaty czoła:Podniósł ją mocą pierwszego natchnienia,Lecz ją odtrącił nagle głos sumienia.Patrzy się — widzi znane mu oblicze,Znaną mu postać i wdzięki dziewicze,Annę on, Annę widzi rzeczywiście,Annę, z którą się chciał łączyć wieczyście.Twarz się jéj zwykłym rumieńcem barwiła,Lecz ta jéj barwa już gasnącą była.Gdzież się ten ust jéj wdzięczny uśmiech podział,Co nieraz w żywszą czerwoność je odział?Błękit jéj oka, choć ciemniejszy może,Tak był spokojnym jak spokojne morze,Lecz jak te wody martwy, nieżyjący,A wzrok, choć czysty, lecz zimno patrzący.Szata jéj nakształt wiewnego obłoku,Ledwie że śnieżną pierś jéj kryła oku,A z przerwy włosów, co pasmy ciemnemi,Wdzięcznie z jéj czoła lały się ku ziemi,Biała i naga ręka się wznosiła,Która tak lekką i tak bladą była,Że tę jéj wątłość i przejrzystość ciała,JasnoććJasność księżyca przeświecać się zdała.
„Przyszłam tu, rzekła, z miłości natchnienia,Dla mego szczęścia, dla twego zbawienia.Tysiączne wojska, bramy, straże, wały,Słabéj dziewicy wstrzymać nie zdołały;Sam lew, jak mówią, drży na jéj spotkanie,Gdy przed nim w dumie swéj czystości stanie.Ta to moc wyższa, która cnotę słoni,Przed kłem leśnego tyrana ją broni.I mnie prawicą wiodąc potajemną,Przez tyle przeszkód przybyła tu ze mną.Przyszłam — lecz jeśli próżném przyjście moje,Już raz ostatni widzim się oboje.Spełniłeś zbrodnię, godną wiecznéj kary,Przez odstąpienie ojców twoich wiary;Lecz strąć ten zawój z chrześcijańskiéj głowy,Przeżegnaj czoło — wyrzuć jad sercowy,Tę czarną kroplę — a jutro nas spojąWieczne już węzły — wiecznie będą twoją.“— „Lecz gdzież małżeńskie łoże ci umieszczę,Wśród trupów, wśród krwi lejącéj się jeszcze?Jutro już bowiem idzie z ogniem, mieczem,Spalim świątynie i wszystkich wysieczem;Wszyscy, tak wszyscy, jak przysiągłem, zginą,Ty sama z twoją zostaniesz rodziną,Wkrótce do milszéj schronię cię zaciszy,Co naszych dawnych skarg już nie usłyszy.Tam cię poślubię — lecz niech wprzód to ramięRaz jeszcze dumę Wenecyi złamie,Niech wprzód dłoń moja tę jéj zawiść skarze,Co mię przez sprosne zniżała potwarze,Niech nad plemieniem mszcząca się zbrodniczem,Witym z padalców wychłoszcze je biczem.“Wzięła go za dłoń — lekko jéj dotyka —Cóż to za dziwny dreszcz mu w kości wnika?Czuje w swéj piersi jakiś pomróz skryty,Patrzy — słupieje — i stawa jak wryty.Tak słabo zimny uścisk go ujmuje,A przecież dłoń swą jak przykutą czuje.
Dziwna rzecz! ręka ściska go tak droga,A krew mu w żyłach nagła ścina trwoga,Te długie palce i tak wątłe, białe,Życie w nim prawie wymroziły całe.Skroń mu febrycznym już nie płonie żarem,Serce wciąż większym opada ciężarem.W miarę jak patrzy w jéj rysy mu znane...Jakże straszliwą spostrzega w nich zmianę!Piękna — lecz piękność ta w zwiędłości znika.Żadnego duszy nie widać promyka,Co tak gra każdą twarzą, piękną, młodą,Jak dzień słoneczny iskrzącą się wodą.Wyraz jéj zimny, postać jak grobowa,Usta bez ruchu, bez oddechu słowa,Pierś się nie wznosi skrytym uczuć bojem,I krew w jéj żyłach skrzepłym zda się zdrojem.Z stęgłych już powiek lśniącém błyszczy okiem,Ale z tak dzikim i niezmiennym wzrokiem,Z jakim marzący ciężko i boleśnie,Idzie lunatyk obłąkany we śnie,Lub jak ta postać z goblinu patrząca,Którą wiatr rusza, a lampa gasnącaCmiąco objaśnia — postać przeraźliwa.Bez iskry życia, a przecież jak żywa,Co zda się wryte oko gniewem mroczyć,Z ocienionego muru ku nam kroczyć.I w miarę jak nią rzuca wiatrów wianie,Lub się przybliża lub cofa ku ścianie.„Jeźli dla siebie zbyt wiele wymagam,W imię więc Boga raz cię jeszcze błagam,Zedrzyj ten turban z twéj niewiernéj skroni,I przysiąż twojéj nie obracać broniPrzeciw ojczyźnie — gdyż z grzechy takiemiZginiesz — nie ujrzysz — nie mówię téj ziemi(Gdyż z ziemią tobie już się rozstać trzeba,)Ale nie ujrzysz nigdy mnie, ni nieba,Jeźli usłuchasz Anny twojéj głosu,Choć już ciężkiego nie unikniesz losu,Niebo pół twojéj zbrodni ci przebaczy,I może kiedyś zlitować się raczy.Chwilę masz jeszcze, by ten grom odwrócić,Który na swego zdrajcę Bóg ma rzucić,
Spojrzyj raz jeszcze — spojrzyj ostatecznie,Na te niebiosa, co się zamkną wiecznie,Widzisz tę chmurkę, co tam w górze płynie,Wkrótce ten księżyc oćmi — przejdzie — minie,Jeźli w tym czasie, nim ten żagiel mglistyPrzejdzie, odsłoni krąg ten promienisty,Serce się twoje na lepsze nie zmieni,I Bóg i ludzie zostaną pomszczeni:Straszny los będzie zdrajcy kraju, wiary.Straszniejszą jeszcze nieśmiertelność kary!“Podniósł Alp oczy i ujrzał, jak w górzeChmurka po czystym płynęła lazurze,Ale zbyt krwawą była jego rana,A duma jak on niczém niezłamana.Ten to szał pychy jego pierś zapalał,I jak płomienny potok serce zalał.On błagać łaski! on się o nią korzyć!Wróżbą lękliwéj dziewicy się trwożyć!Onby swym wrogom — potwarcom przebaczył!On, co im zemstę, co im śmierć przeznaczył!Nie! — niech w téj chmurce jak w groźnym orkanieZagrzmią pioruny — śmiało czeka na nie.Nic jéj nie odrzekł — zimno się wpatrywałW drobny obłoczek — widział, jak przepływał,Płynął — przepłynął! — a gdy blask księżycaPełném znów światłem jego oblał lica,Rzeki: „Nie wiem, jaki los dla mnie wskazany,Lecz już zapóźno — i nie cierpię zmiany;Trzcina się w szturmie stokroć gnie, pokłada,I znów powstaje — dąb na zawsze pada.Jestem ja dziełem wrogów moich złości,Dla ciebie czuły — dla nich bez litości!Uszłaś im szczęściem — ujdź ze mną!“ zawoła...Lecz skądże nagle patrzy się dokoła?Znikła! — kamienne tylko słupy stoją...Dziwne się mary w głowie jego roją,MłałażbyMiałażby, miała w istocie mu zginąć?W ziemię się zapaść, lub téż w mgłę rozpłynąć?
Noc przeszła. Słońce tak świetnie jaśniało,Jakby radosny dzień oświecać miało.
Z każdą się chwilą, bardziéj rozwidniony,Ranek z swéj mglistéj dobywał osłony,Straszny skwar wróżąc. — Ciszéj! czy słyszycieTe grzmiące trąby i to bębnów bicie,Te dzikich rogów przeraźliwe dźwięki,Szelest sztandarów, strzelb i kordów szczęki,Ten gwar obozu i to rżenie koni,I to wołanie: do broni! do broni!Wznoszą buńczuki i zbrojno, gotowo,Stoją — na straszne oczekując słowo.Turcy, Tatarzy, spuszczajcie namioty,Spieszcie się wesprzéć szturmujące roty,A wy znów spahy na koń! — pędźcie — bieżcie,Okrążcie pola, każdéj drogi strzeżcie,By żaden starzec, dziecię wam nie zbiegło,I wszystko w twierdzy lub za twierdzą legło,Kiedy wtém pieszy hufiec swym ogromem,Krwią ubroczonym wedrze się wyłomem.Chrapią rumaki na kiełzna swe gniewne,Zgięte ich karki i grzywy powiewne;Żują wędzidła pianą ich zbielone,Wzniesione piki, lonty zapalone,Działa gotowe do celnego strzału,I do zwalenia wstrząśniętego wału.Alp swych janczarów w groźny zastęp ściska,W nagiém ramieniu nagi miecz mu błyska;Już chan, baszowie stoją na wojsk przedzie,Stoi i wezyr, co wszystkich powiedzie,Ruszy on z pierwszym strzałem własnych szańców,Wytnie, wysiecze wszystkich klas mieszkańców.Padną ołtarze, kapłan przy kapłanie,I z tylu gmachów kamień nie zostanie,Bóg sam i prorok! wszystkie rykną głosy.I dzikie Allah! będzie bić w niebiosy.„Oto jest wyłom, a drabiny macie,Macie i oręż — więc mi Korynt dacie.Kto pierwszy krzyż ów zwali i roztrzaska,Niech żąda nagród — żaden dar, ni łaska,Nie miną męstwa.“ Tak Kumurgi rzecze;Wzniosły się liczne na odpowiedź miecze,Wściekłość się krzykiem radości ozwała,Ciszéj! — słuchajcie — wystrzelono z działa!
Jak kiedy tłuszczą pędzące gromadną,Wilki groźnego bawołu opadną,Ryczy z wściekłości, wzrok ognisty toczy,Ostrzem je racic bije, krwawi, tłoczy,Największe śmiałki drażniące go zblizka,Chwyta za rogi i o skały ciska:Tak ku téj twierdzy muzułmanie biegli,Niejedne piersi pancerzem okryte,Tak się roztrzasły jakby szkło rozbite,Kule, które ich na ziemię waliły,Jeszcze tę ziemię po ich zgonie ryły.Rzędem ich trupy widziano leżące,Jak traw pokosy na ściętéj już łące.
Jak gdy wiosenny potok w skałę bije,I silnym prądem twardy spód jéj ryje,Walą się w nurty wód potężne łomy,Grzmiące i pianą zbielone ogromy,Podobne do téj śnieżystéj ławicy,Co na alpejskie zwala się doliny:Tak ciągle do niéj szturmując gwałtownie,Turcy nakoniec już wstrzęśli warownię,A jéj obrońcy upadali z znoju,Parci potęgą przemożnego boju.Na trud, na przemoc i na śmierć wytrwali,Stojąc jak skały, masami padali;Noga się z nogą, dłoń z dłonią ścierała,I wśród téj wrzawy — sama śmierć milczała.Cały war bitwy tak rozgłośny, dziki,Krzyki o życie i zwycięskie krzyki,Z hukiem dział grzmiących w jeden ryk się zlały,Z drżeniem dalekie miasta go słuchały,Nie wiedząc, komu losy się przeważą,Czy im się cieszyć, czy téż płakać każą.
Ryk ten okropny nigdy nieprzerwany,Przerażającém echem odbijany,Groźno po ciemnych rozlegał się górach,Grzmiał aż w Megary, Salaminy murach,I jeśli wieściom wiarę dać należy,Aż do pirejskich zasięgał nabrzeży.
Każdy tam miecz swój po rękojeść skrwawił,Lecz już zwycięski w mieście krok postawił:Na łup się tłuszcza rozlata zdziczała,Wszystko skończone — sama rzeź została.Gdzie tylko wpadną tłumy łupu chciwe,Słychać po domach krzyki przeraźliwe.Iluż to krwią się w swéj ucieczce bryzga,I po tych brukach zczerwienionych ślizga!Gdzie jeszcze można bronić się chwilowo,Tam chrześcijanie łączą się na nowo,W drobne, rozliczne tłumy się jednoczą,I jeszcze, jeszcze bój rozpaczy toczą,Każdy plecami o mur się opiera,Broni się zjadle i walcząc umiera.Zbielony wiekiem wśród nich starzec stoi,Lecz dzielny oręż silną dłoń mu zbroi,Ciągle on walcząc z samém wrogów czołem,Rozległém trupów ościelał się kołem,Drogo on każdy cal im ziemi przedał,Cofał się, ale oskrzydlić się nie dał.Liczne pod zbroją rany go zdobiły,Lecz te pamiątką dawnych wojen były.Dzisiaj i jednéj kropli krwi nie zronił,Jak gdyby Bóg sam swą go tarczą słonił.Starość w nim twardéj siły nie przemogła.I rzadko młodość z nią się mierzyć mogła.Więcéj od jego dziś zginęło ciosów,Niźli na głowie siwych liczył włosów.Iluż on matkom serca ich zakrwawił,Iluż swym mieczem synów ich pozbawił,A z których żaden jeszcze się nie zrodził,Gdy on już we krwi muzułmańskiéj brodził.
I jego niegdyś poległ syn jedyny,Lecz jakże liczne wrogów jego synyOdtąd pod mściwym ojca mieczem padły!Tak on był w zemście téj srogi, zajadły,Że żadna zbrojna dłoń żelaznéj siły,Takiéj z ciał ludzkich nie wzniosła mogiły!Jeźli krwi trzeba cieniom ległych w wojnie,Achill w swéj zemście nie lał jéj tak hojnie,Jak on po synie przez Turków zabitym,I zdawna grecką już ziemią pokrytym.Tam go złożono, gdzie ciągle walczące,Od lat tysiąca grzebano tysiące.Jakaż nam po nich pamiątka została?Wiemyż, jak padli? — gdzie leżą ich ciała?Niéma na grobach głazów, w grobach kości,Sam wieszcz ich chwałę utwierdza w wieczności.
Słuchaj! krzyk nowy — grzmi Allah potężne!Walczą jańczarów tłumy niezwyciężne.Wódz się ich nagiém ramieniem odznacza,Patrz! jak zabija — nigdy nie przebacza,Zawsze on, zawsze takie toczy boje,I zawsze ramię tak obnaża swoje.Jedni wyższemi celują turbany,Drudzy się w droższe stroją atagany,Trzecich po świetném poznają odzieniu,Alpa jedynie po nagiém ramieniu,Gdzie się najzjadléj wojsko ściera, łamie,Spojrzyj, a pewno nagie ujrzysz ramię;Żaden z sztandarów idących na przedzie,Daléj w głąb boju wojska nie zawiedzie,Jak ta prawica swą białością lśniąca,Błyska, jak gdyby gwiazda spadająca!Gdzie tylko straszne to ramię postrzegną,Tam najmężniejsi walczyć, umrzeć biegną,Tam wściekła zemsta na podły jęk głucha:Ni próśb, ni krzyków o życie nie słucha,Tam to bohater w ciężkim milcząc zgonie,Chciałby jęk śmierci w swojém stłumić łonie.
I jeszcze zdradnie swym sztyletem mierzyW swojego wroga, który przy nim leży,Ale śmiertelną osłabiony raną,Uderza tylko w ziemię krwią oblaną.
Walczył wciąż starzec niczém nieugięty,Alp go zoczywszy wstrzymał bój zacięty:„Poddaj się — woła — i nie walcz daremnie,Przez miłość córy, przyjm życie odemnie.“„Nie! nigdy! sprosna wiary twéj zakało,Choćby to życie wieczystém być miało!“„Lecz Anna, którą chciałem był poślubić,Czyż i ją także chce twa pycha zgubić?“„Anna bezpieczna.“„Gdzież jest? gdzież jest?“„W niebie.Skąd już jak zdrajcę odepchnięto ciebie,Uszła w świętości niezmazanéj cnoty.“Srogo się, mściwie uśmiechnął Minotti,Gdy Alp tą wieścią jak gromem przeszyty,Zachwiał się nagle i wzrok spuścił wryty.„Boże! i kiedyż?“„Dzisiaj w nocy zmarła,Ale i jednéj łzy mi nie wydarła,Nikt już z krwi mojéj ni w twych jeńców rzędzie,Ni Mahometa służalcem nie będzie;Przystąp i uderz!“Daremnie nań woła —Alp już zabity. — Strzał z wieży kościołaPowalił zdrajcę. — Jeszcze nikt nie zoczył,Ni krwi, ni rany, gdy się już potoczył.I upadł wiecznie. — Chwilę przed swym zgonem,Dziko się okiem spojrzał roziskrzonemI wraz wieczystéj nocy mrok głęboki,Drgające jeszcze jego okrył zwłoki.Na wznak go blizkie kładą muzułmany,Cały okryty kurzem, krwią oblany,Krew ta się lejąc z żył kulą rozdartych,Stęgła i zsiadła bucha z ust roztwartych.
Puls już nie bije — żaden głos, westchnienie,Żadne walczącéj piersi wysilenie,Żaden jęk zgonu ni ciężkiéj katuszyNie poprzedziły ujścia czarnéj duszy.Wprzód nim w swéj myśli pomodlić się zdołał,Wprzód nim do Boga o litość zawołał,Umarł już z wszelkich nadziei zatratą,W ostatniéj nawet chwili apostatą.
Grzmiącym tryumfem chrześcijany krzykły,A Turki zemstą i wściekłością rykły,I znów się oba sprzeczne starły szyki,Szczękają szable, krzyżują się piki,Kłują się, rąbią i z obu stron razemTrupy pod zbójczém padają żelazem.Wciąż się Minotti ściera z wrogi swemi,Każdéj ulicy, każdéj stopy ziemi,Jako ostatka już tych krajów broni,Których los mężnéj jego zdano dłoni.Szczupła go wspiera liczba dzielnych mężyI męstwem serca i gromem oręży.Jeszcze są zdolni bronić się w kościele,Gdy Alpa niéma już na wrogów czele.Zwolna więc z groźném ustępują okiemKrew swą za każdym zostawiając krokiem,Walczą i twarzą zwróceni ku wrogomCiągle ku świętym cofają się progomI tak uchodzą i łączą się z temi,Co już świątynię zajęli przed niemi.Tam choć na chwilę za murem potężnymOgromnych kolumn, wytchną piersiom mężnym.Krótkie spoczniecie! — nowe siły krocząI wciąż się mnożą, a tak cisną, tłocząW ciasnéj uliczce — że ten tłum zażartyCiągle rosnący i wciąż z tyłu partyNie da naczelnym hufcom się usunąćI muszą walczyć lub o ziemię runąć.Giną. Lecz wprzód nim zgasłe zawrą oczy,Już na ich ciałach nowy bój się toczy,
Świeższy tłum rzezie rozpościera krwawsze,Wciąż przerzedzany, przeciéż pełny zawsze.
Garstka chrześcijan zlana krwią i znojemSłabnie tym ciągłym zmordowana bojem,Turek do saméj bramy już dociera.Długo żelazny ciężar się opiera,Lecz choć się z murów ciągłe sypią strzałyI z wszystkich okien lecą kul nawały,Już jéj podwoje wstrzęsły się i jękły,Skrzypły zawiasy i zapory pękły;Chwieje się — pada brama rozwalona,Leży ostatnia Koryntu obrona!
Sam jeden — z twarzą groźnego wyrazuStoi Minotti na ołtarzu z głazu,A obraz Boskiéj Matki i Dziewicy,Urocze dzieło natchnionéj prawicy,Zda się na starca postać nieugiętąOkiem miłości zlewać jasność świętą.Na to pobożne Ją tam ręce wzniosły,By ciągle ku Niéj myśl i serca rosłyI każdy z rzewném widział to przejęciem,Chyląc się przed Nią i Bogiem-dziecięciem,Jak się uśmiecha naszym kornym głosomI zda się z modłą swoją słać niebiosom.Ciągłym był zawsze ów uśmiech uroczyI teraz nawet, gdy krew kościół broczy,Jeszcze ten uśmiech Jéj uwdzięcza lice.Minotti łzawe podnosi źrenice,Z ciężkiém westchnieniem żegna pierś i skronie,Świecę, co właśnie na ołtarzu płonie,Bierze i trzyma — gdy wtém wściekła tłuszczaZewnątrz i wewnątrz krwawy szturm przypuszcza.
W sklepach kamienną posadzką okrytych,Mieszczą się zmarli wieków już przebytych;
Są tam ich w głazach wyryte imiona,Lecz każda zgłoska we krwi zatopiona,Wyrznięte herby, dziwnych żył tysiącePo różnobarwnych marmurach krążące,Wszystkie tak ślizkie, wszystkie krwią zalane,Leżą i hełmy i miecze strzaskane.Trupy w kościele — trupy pod kościołem,Zamknięte w trumnach i złożone społem.Widać przy bladym światełka promyku,Jak tam za kratą w czarnym leżą szyku;Ale i do tych wojna doszła lochów,Groźne tam masy swych ukryła prochów;Tam to przez całe twierdzy obleganieSkład ich największy mieli chrześcijanie,Tam od ołtarza aż w ów loch podziemny,Ciągnął się kanał wązki i tajemny,Na Minottego rozkaz wyrobiony,Jako ostatni już środek obrony.
Nazbyt już siła chrześcijan zmniejszona,Daremne męstwo i próżna obrona.Idzie wróg liczny, a że już zamałoDla jego zemsty żywych pozostało,W trupich więc ciałach mściwe topi miecze,Odcina głowy zmarłych — rąbie — siecze,Zwala posągi i jak tłum zbrodniarzyBogate wota odziera z ołtarzyKłóci się, bije o kosztowne czary,Złote naczynia, poświęcone dary.Wreszcie na wielki ołtarz zwraca oczy,Iluż on razem blaskami go mroczy!Widzi tam, widzi na środku stojącyŚwiętych tajemnic kielich jaśniejącySpory i z złota czystego ulany:Z wrytém weń okiem lecą muzułmany.Ach! dziś w nim jeszcze przed zebranym ludemWino w krew boską przemieniono cudem,Dziś z niego ciało rozdawano Pańskie,By na bój wzmocnić męstwo chrześcijańskie.
Widzi nakoniec ów tłum rozbójnikówDwanaście srebrnych i wzniosłych świeczników,Co na ołtarzu w świetnym stoją rzędzie,Łup to ostatni i najdroższy będzie.
I już najbliższy z szturmującéj rotyW dłoń świętokradzką chwyta kielich złoty,Kiedy Minotti rękę swoję zniżaI do ukrytych prochów świecę zbliża.Ogień!Wieża — sklepienie, — dach — ołtarze — trupy,Święte naczynia — zgromadzone łupy,Żywi — umarli — Turki — chrześcijanyI cały gmach ten, rozdarty, strzaskany,Lecą z straszliwym ku niebu łoskotem,Rykiem i grzmotem!Walił się Korynt, mury zapadały,Na chwilę morskie cofnęły się wały,Góry się wstrzęsły, jak w trzęsieniu ziemi.Z tysiącznych łomów szczęty strzaskanemi,Wśród dymów, ogni niezmierzonéj chmury,Wybuch ten w górne zaryknął lazury!Popiół jak śnieżna sypie się nawała,Dzielnych rycerzy poszarpane ciałaCzarne jak węgle i na części zdarteLeżą po całym lądzie rozpostarte.Kilka z tych trupów aż w zatokę padło,Rozbite niemi morskich wód zwierciadłoW wielkie tysiączne zmarszczyło się koła;Lecz któż te ciała, kto rozpoznać zdoła,Któremi zdala ów nadbrzeg zasłany?Któż są? czy Turki, czy téż chrześcijany?Matek wołajcie, niech powiedzą matki!Ach! gdy swe jeszcze kołysały dziatkiI w ciszy patrząc na ich sen uroczy,Uśmiechające po nich wiodły oczy,Mogłyż przewidziéć, by te drobne ciałaDziś jedna chwila tak rozszarpać miała,Że już i miłość nie pozna matczynaPod sercem niegdyś noszonego syna,
I w tym tak sprosnym, zwęglonym potworzeLedwie człowieka domyślić się może.Głazy wybuchłe i lecące gradem,Ciężkim w głąb ziemi zaryły się spadem,Mnóstwo potężnych, rozrzuconych baliCzerni się, dymi i wciąż jeszcze pali.Trzęsącym ziemię przerażone grzmotem,Wszystko, co żyje, trwożnym znika lotem,Pierzcha ptak leśny, psy spłoszoną zgrająNawpół już zżartych trupów odbiegają,Wielbłąd się z ręki wyrywa człowieka,Wół jarzmo łamie, zrzuca i ucieka,Koń pierzcha, pędzi w przestrzeń nieprzejrzanąZ pękniętym pasem i uzdą zerwaną.Wilki dalekiem wyciem się ozwałyW górach, co ciągle hukiem twierdzy grzmiały.Orzeł się jeży, własne rzuca dzieci,Zrywa się z skały i ku słońcu leci,Czarne go kłęby dymów gonią, duszą,I do wyższego coraz lotu muszą,Wzbija się — pędzi — krzyczy strachem zdjęty...Tak to był Korynt stracony i wzięty.
Comments
Loading comments…