Powieści poetyckie — całość

Translated from English by zbiorowy

the dark waterthat swiftly glides and gently swellsbetween the winding Dardanelles.

lone, wild and strange, he stood alike exemptfrom all affection and from all contempt;his name could sadden and his acts surprise,but they that fear’d him dared not to despise!

as all forgotten in that watchful trance —poić się niepamięcią w szale zachwycenia;

o’er each vain eye oblivion’s pinions wave —nad oczyma ich wieje skrzydło niepamięci;

and fit thy clay to fertilize the soil —nim je ziemia rozrobi w swoje żyzne soki.

Nieraz na licach wody promień słońca świeci,Choć spodem ciemna, zimna fala wre i pieni;Nieraz uśmiech słoneczny twarz nam opromieni,Choć już serce zbyt chłodne w przepaść zguby leci

Gdy jedna troska, jedno złowrogie wspomnienie,Rzuci swój cień na nasze szczęście, jak niedolę,Dla której, gdy nam duszę długie zdrętwią bole,Rozkosz nie jest balsamem, ni żartem cierpienie.

O, ta myśl pośród uciech, jak schorzałe zbytnieLatem bezlistne drzewo, świeci niewesoło.Próżno promienie słońca nad niem lśnią około:Uśmiechnie się w ich blasku, lecz już nie odkwitnie.

Zalśniony gniewem, złorzecząc obłudzie,Choć znał, zapomniał, że są lepsi ludzie.

Umilkły wiatry; ciche lśnią się falePrzy grobowcowej Temistokla skale,Która wyniosłem niebo czołem bodzie,I z góry patrząc na morza i smugi,

5 Najpierwsza wita lądujące łodzie.Kiedyż się zjawi Temistokles drugi?

Wyspy szczęśliwe, w każdej porze rokuZarówno miłe i sercu i oku!Gdy was przychodzień z gór Kolonny wita,

10 Wraz nagły urok źrenice mu chwytaI myśl pogrąża w dumy tajemnicze.Tu szklane morza cichego oblicze,Na falach drobnych, jak uśmiechu dołki,Gór okolicznych odbija wierzchołki

15 Strzegące brzegów, z któremi łagodnieZdają się igrać rajskie wody wschodnie.Jeśli się wietrzyk chwilowy prześliźnie,I złamie szyby na modrej płaszczyźnie,I kwiecie z brzegu przyniesione miota,

20 Jakaż w tym wietrze wonia i pieszczota!Tam, na skał wierzchu, u ścieku poników,Błyszczy się róża, sułtanka słowików;Jej brzmią pochwały kochankowie leśni,Ona rumieńcem dziękuje za pieśni;

25 Śliczna i skromna królowa ogrodów,Nie tknięta wichrem, nie zwiędła od chłodów,Nie znając naszych zim niebezpieczeństwa,Kwitnie świeżością wiecznego panieństwa.Balsamy, których niebo jej udziela,

30 W wonnych kadzidłach ku niebu odstrzela;Niebo wzajemnie codzień jej użyczaŚwietnych kolorów swojego oblicza.Tam w polu tyle jest kwiecia dla wianków,Tam w lasach tyle cienia dla kochanków,

35 Tam groty dla nich ciosane umyślnie!...Dziś morski zbójca w te groty się ciśnie,I nocą z małej czatuje galeryNa bezpiecznego żeglownika stery.Skoro miesięczna zabłyśnie pochodnia,

40 Zabrzmi gitara morskiego przechodnia...

Zbójca swój rudel zaraz na głąb pędzi:Zakryty cieniem nadbrzeżnych krawędzi,Zahacza statek, zdobycze rozdzieła, —Wrzask konających miesza pieśń wesela.

45 Dziwna, gdy kraj ten natura obrałaNa ogród bogów i hojnie nań zlałaTyle bogactwa, piękności tak wiele,Jakby we własnem zakochana dziele:Dziwna, że dzieła własnego się zrzeka

50 I dziś natura wpuszcza tu człowieka,Który, odwieczny miłośnik zniszczenia,Ogród Edeński na nowo wyplenia —I jako leśny dzik, kwiecie wytłacza,Niepokropione znojami oracza,

55 Ani znające ręki ogrodnika;Tu kwiecie samo dokoła wynika;Za tyle wdzięków, za taką obfitośćUprasza tylko człowieka o... litość.Dziwna! Tu ziemia oddycha pokojem,

60 A serce ludzkie chucią i rozbojem!Czyż kraje światła na nowo ogarnieNoc namiętności, rządzących bezkarnie?Patrząc, myśliłbyś, że tu zbuntowaniWojsko aniołów zwalczyli szatani,

65 I cherubinów trony dziś przywłaszczaTłum, który piekieł wyzionęła paszcza.Tak śliczny kraj ten, ojczyzna rozkoszy, —Tak brzydki tyran, co go dziś pustoszy!

Kto na śmiertelnem oglądał posłaniu

70 Piękne oblicze zaraz po skonaniu,

Nim dzień przeminął — pierwszy dzień nicestwa,Ostatni trudów i bólów jestestwa, —Nim śmierć, ostatniem przyciśnieniem ręki,Zgładziła rysy, gdzie chronią się wdzięki;

75 Kto pomni twarz tę anielsko-łagodną,Tak zimno piękną, tak smutnie pogodną!Zda się w letargu zasypiać głęboko,Zda się być żywą — gdyby nie to oko,Gdzie już nie świeci ni łza, ni namiętność,

80 Gdzie mieszka zimna, wieczna obojętność,I straszy widzów i serca im studzi,I z oczu trupa wpada w serca ludzi;Gdyby nie wzrok ten, nim pierwszy dzień minie,Nim ta godzina, — w tej jeszcze godzinie

85 Śmierć tak łagodnie, niewidomie władnie,Że jej tyraństwa nikt zrazu nie zgadnie!Dziś do tej twarzy Grecyja podobna:Martwa oddawna, lecz dotąd nadobna.Jej widok ziębi, jej wdzięk do łez wzrusza,

90 Bo już piękności nie ożywia dusza.Jej wdzięk jest tylko uśmiech, pozostałyNa chwilę w ustach, co ducha oddały,

A jej rumieniec chorowita krasa,Która na trupich licach nie zagasa;

95 Ostatni odbłysk zachodnich promieni,Co się wokoło ruiny czerwieni;Ostatnie czucie, co żegna nadzieję,Iskra niebieska, która dotąd tleje,Lecz już swej miłej ziemi nie rozgrzeje.

100  Ojczyzno mężów nieśmiertelnej chwały!Każda dolina, każdy wierzch twej skały,Jakże pamiętne! Bo każde z nich byłoKolebką swobód lub sławy mogiłą!Arko potęgi! Dziś, czyliż tak mało,

105 Czyż tylko tyle po tobie zostało?Wstań, niewolniku podły, wstań na chwilęPowiedz: ten wąwóz czy nie Termopile?Ty, z duchów orlich wyrodzony płazie,Na Leonida gnieżdżący się głazie,

110 Przypomnij, nazwij tych opok wyżyny,Zatokę, wyspy: — wyspy Salaminy!Powstań! Te dawne, zapomniane bojeOdnów i przywłaszcz: to dziedzictwo twoje!Z popiołów przodków może wróg rozdmucha

115 Iskrę, zarodek ich wielkiego ducha.A kto z was w boju żywota dokona,Wliczy swe imię pomiędzy imiona,

Na których wzmiankę pochlebstwem pijaniZwykli się trzeźwić, zwykli drżeć tyrani.

120 Kto z was ojczyzny z więzów nie wybawi,Zginie — lecz tyle synom swym zostawiSławy, nadziei, że staną się zdolniRozerwać jarzmo i umierać wolni!Walka o wolność, gdy się raz zaczyna,

125 Z ojca krwią spada dziedzictwem na syna;Sto razy wrogów zachwiana potęgą,Skończy zwycięstwem. Grecyja jest księgą,W której wiekami stoi wypisano:Że klęska wolnych jest świata wygraną.

130 Królowie, sławę kupując u cieśli,Gdzieś bezimienne piramidy wznieśli;Wolni nie dbają, chociaż czasu falaWszystkie grobowce i pomniki zwala;Większe pomniki zostały nad niemi:

135 Zostały góry ich ojczystej ziemi.Tam Muza oczom przechodniów ukażeGroby swobodnych, wolności ołtarze.Długoby mówić, przechodzić okropnieWszystkie od chwały do niewoli stopnie;

140 Dosyć jest wiedzieć, że nikt nie zagrzebieDucha swobobodyswobody, chyba on sam siebie!Bo własne tylko upodlenie duchaUgina wolnych szyję do łańcucha!

Mieszkańcy ziem tych! Macież wy powieści

145 Dawnym podobne i którychby treściNatchnęły Muzę do polotów szczytnych,W ślad muzy greckiej, wieków starożytnych,Gdy ludzie byli ziemi swojej godni?Dziś, do niczego nie zdatni, prócz zbrodni,

150 Z ognistą duszą, coby mogła siłyNatchnąć do dzieła godnego pomników,Dziś, oni pełzną z kolebek w mogiły,Niewolni, — gorzej: słudzy niewolników,Zmazani całą szkaradą, co brudzi

155 Niewiele wyższych nad zwierzęta... ludzi.Nie mają nawet tej dzikich odwagi,Piersi gotowej przyjąć oręż nagi, —Tylko rozwożą przez sąsiednie państwaZ nowym towarem... stare oszukaństwa:

160 W tem tylko widać Greków dowcip dawnyI z tego tylko Grek na Wschodzie sławny!Daremnie wolność tylekroć zaklina,Aby skruszyli jarzmo poganina,By kark podnieśli zgięty łańcuchami.

165 Nie, Grecy, nie mam litości nad wami!Przecież z Grecyji wziąłem te powieści,Z czasów niedawnych i żałosnej treści.

Zdala, śród morza pogodnego błyska,Szybko pod cienie nadbrzeżne się wciska

170 Statek. Rybacy poznali z obrotów,Że to piratów statek lub majnotów:

Chcą z barką swoją w cieniach się przewinąćI brzeg niepewny zdaleka ominąć.Choć im trud dzienny osłabił ramiona,

175 Choć rybim łowem barka przeciążona,Silnie wiosłują, rudel krzywią w stronę,Aż dopłynęli do Porto-Leone,Gdzie ich noc czeka, noc prawdziwie godnaKraju wschodniego, cicha i pogodna.

180  Kto tam grzmi konno po skalistej drodze?Wygięty naprzód, na wiatr puścił wodze.Kopyt tętenty, jak grzmoty po grzmotach,Wciąż budzą echa drzemiące po grotach.Koń jak kruk czarny, a na bokach piana,

185 Jak gdyby świeżo z morza zszumowana.Wieczór już uśpił fale morskich toni,Ale nie serce tej dzikiej pogoni.Groźnie na jutro niebo się zachmurza,Ale groźniejsza w sercu Giaura burza.

190 Nie znam cię, rodu twego nienawidzę:Ale w twych licach takie rysy widzę,Które w pamięci kiedy się raz wrażą,Z czasem się głębiej werżną, lecz nie zmażą.Tyś młody, blady, lecz namiętne bole

195 Gorzały długo na tem smagłem czole!Złe oko twoje, choć mię nie urzekło,Choć jak meteor błysnąwszy uciekło;Zgadłem, że Turek takiego człowiekaPowinien zabić — lub niech sam ucieka.

200  Tam... tam... poleciał. Śladem jego bieguSzły mimowolnie oczy me wzdłuż brzegu.A chociaż z taką szybkością prześcignął,Choć jak latawiec tylko w oczach mignął:Jego wzrok, jego twarz nakształt pieczęci

205 Wciśnione czułem w głąb mojej pamięci.I długo w uchu huk kopyt słyszałemCzarnego konia, lecącego cwałem.Spiął ostrogami, wbiegł na wierzch opoki,Ocieniającej głębinę zatoki;

210 Obleciał wkoło, znowu na dół gonił,Skałą od moich oczu się zasłonił.Zgadłem, dlaczego. Temu, co ucieka,Jest obrzydliwą źrenica człowieka;On najpiękniejsze na niebiosach gwiazdy

215 Klnie, że zdradzają ścieżki jego jazdy!Zbiegając z góry, nim konia nawrócił,Spojrzenie straszne, jak ostatnie, rzucił.I wybiegł znowu, znowu w góry skoczył,Wtem nagle stanął, konia w bok zatoczył,

220 I patrzy z góry, na strzemionach staje...Czegóż on patrzy, tam, w oliwne gaje?Księżyc na nowiu wschodzi z za gór grzbietów,Błyszczą nad miastem lampy minaretów,W mieście wre teraz Bajramu uciecha.

225 Tu, choć nie dojdą ni wystrzałów echa,Ni muzułmanów pobożne okrzyki,Przecież błysk widać każdej tofaiki,

Bo dziś zachodzi słońce Ramazanu,Dziś Bajram święcą wyznawcy Koranu —

230 Dziś... Lecz ty, Giaurze, kto jesteś? Co znaczyTwój ubiór obcy i twój wzrok rozpaczy?Co cię obchodzi Bajram? Poco czekaćNaszego święta lub przed niem uciekać? —

On stał. Wtem nagły strach lica mu ścisnął,

235 I strach ten nagle wściekłością zabłysnął.A blask ten nie był jak rumieniec nikłyGniewów, co wschodzić i przemijać zwykły,Ale jak bladość marmurowej bryły,Powiększająca ciemnotę mogiły, —

240 Brwi nasunione, osłupiałe oko!Wtem rękę dźwignął i podniósł wysoko,I na wiatr miotał, jakby groził gniewny.Stał: czy uciekać czy gonić, niepewny;A wtem koń zarżał niecierpliwy zwłoki,

245 I rżenie echem odbiły opoki!Giaur za miecz porwał i szczęk rękojeściWybił go nagle z tej niemej boleści,Jak zbójcę budzi krzyk sowy złowrogi.Znowu koniowi w bok wraził ostrogi:

250 Dalej, w cwał, koniu, tu idzie o życie!...Znowu koń czarny zagrzmiał po granicie,Chyży jak dziryt, leci wzdłuż zatoki,Dalej ku morzu, wpadł między opoki.

Nie widać twarzy, znikła strusia kita;

255 Na chwilę grzmiące ucichły kopyta.Raz tylko wstrzymał rumakowi wodze,I nieruchomy, chwilę stał na drodze,Chwilę; i znowu opoka zabrzmiała:Giaur poleciał, jakby go śmierć gnała.

260  Straszna to chwila, w której duch rozkręciZa jednym razem cały zwój pamięciI w jednę drobną kroplę czasu zlejeŻycia bolesne i zbrodnicze dzieje!Kto nienawidzi, kocha się, lub boi,

265 Temu za piekło jedna chwila stoi.Cóż on czuł wtenczas, gdy trapiące duszęWszystkie od razu wycierpiał katusze?Chwila spoczynku, śród potoku zdarzeń,Kto zliczy ile mieści wyobrażeń?

270 Bo choć dla czasu zdaje się nicością,Ona dla myśli jest całą wiecznością.Bo nieskończone, niezmierne cierpienieMoże w myśl jednę zgromadzić sumienie,I w jednej chwili wycierpieć od razu

275 Bole bez końca, nadziei, wyrazu!

Przeszła godzina. Giaur jak cień przeminął.Uciekł? czy zginął? czy sam tylko zginął? —W czarnej godzinie przybył, jak zesłanaOd niebios kara za grzechy Hassana;

280 Przyszedł i cmentarz zrobił z Baszy domu;Przyszedł i odszedł, jak wicher symomu,

Co wieje bożym obciążony gniewem,I za którego śmiertelnym powiewemCyprys umiera, choć jest śmierci drzewem,

285 Choć wiosną nawet nie zrzuca żałoby,Jeden, co wiernie opłakuje groby!

Niemasz rumaków na stajniach Hassana,Komnata jego od sług odbieżana;Pająk samotnik na ścianach się czepia

290 I szpary szarym całunem zasklepia;W twierdzy Hassana nie widać żołnierzy;W jego haremach gniazdo nietoperzy;Zamiast strażnika, puszczyk krzyczy z wieży.W ogrody czasem dziki pies przybieży,

295 Spragniony wyje na suchą fontanę;Stoją wód łoża z marmuru usłane,Lecz owdowiałe — bo zdroje wymarły,Zielska się dzikie na dnie rozpostarły.Niegdyś, jak wdzięcznie fontanny tu grały,

300 Łagodząc nieba wschodniego upały;Niegdyś tryskając srebrnej rosy tęczeI fantastyczne wirując obręcze,Rozkosznym chłodem rzeźwiły dokołaPowietrze, ziemię i spragnione zioła.Jak było mile, blaski gwiazd pogodnychWidzieć odbite na tych łukach wodnych,Słuchać muzyki tych szemrań łagodnych! —Tu często Hassan w niemowlęcym wiekuBawić się lubił u kaskady ścieku;

310 Tu drzemiącemu w matki swej objęciuPiastunka woda śpiewała dziecięciu.Hassan młodzieniec na te wodotryskiPoglądał, siedząc obok odaliski,

I Śpiew jej milsze zdawał się mieć tony,

315 Gdy był od szmeru kaskad nastrojony.Lecz Hassan stary nigdy sennej skroniWieczorem u tej kaskady nie skłoni;Z marmurów woda uciekła chłodząca,Z serca Hassana wyszła krew gorąca.

320 Tu nie usłyszysz już głosu człowieka;Nikt się nie śmieje, nie klnie, nie wyrzeka.Ostatni ludzki głos, echem odbity,Był to krzyk na śmierć ciągnionej kobiéty.Głos skonał. Odtąd milczą te pałace;

325 Wiatr tylko oknem otwartem kołace.Lecz choć wiatr szumi, choć się nieba chmurzą,Już tu nikt okna nie zamknie przed burzą.

Cieszy się pielgrzym, gdy w stepach odkryjeŚlady na piasku, chociaż nie wie czyje;

330 Tu gdyby ludzki jęk odbiły echa,W jęku tym jakaś byłaby pociecha,Ten jęk-by mówił: — nie wszytko skonało,Jedno tu życie ludzkie pozostało!...Jeszcze w tych gmachach znalazłbyś wspaniałe

335 Izby i sale puste, dotąd całe;Dach jeszcze cały, chociaż ząb zniszczeniaRoztacza ciągle ściany i sklepienia:Lecz zgroza siedzi przed bramą na straży,Sam fakir do wrót zbliżyć się nie waży;

340 Derwisz ubogi nie przestąpi proguZa chleb i za sól podziękować Bogu;Nędza i zbytek uchodzą na stronę,Niepowitane i nieugoszczone.Pałac, gościna wiernego narodu,

345 Stał się jaskinią zniszczenia i głodu.Gość płacze dobrodzieja, płaczą słudzy pana,Od czasu gdy miecz Giaura ciął w turban Hassana.

Słyszę dźwięk zdałazdala końskiego kopyta,Jadą podróżni, lecz mnie nikt nie pyta.

350 Już bliżej: Turcy, — już widzę turbanyI w srebrem kutych pochwach atagany.Wódz ich na przedzie w bogatym zawoju,Zapewne emir, bo w zielonym stroju.

»Ho! kto ty?« — »Salem! Waszej jestem wiary.

355 Emirze, widzę, że wieziesz towary;Widzę, że wóz twój jest ciężko ładowny,Ostrożnie wieziesz: musi być kosztowny.Może do portu śpieszysz dla noclegu?Jestem przewoźnik: mam łódkę u brzegu«.

360  »Zgoda, rzekł emir, pośpieszaj, czas nagli.Odbijem cicho; nie rozpinaj żagli,Niech leżą zwite; wiosłami uderzaj,I szybko, cicho, popod brzegiem zmierzaj,I wieź nas prosto, pomiędzy opoki,

365 Tam, na sam środek najgłębszej zatoki...Teraz odpocznij. Dobre masz ramiona:Podróż i zręcznie i prędko skończona.Lecz ona? zacznie podróż dalszą, z której...«............

Rzucili w wodę...............

370  Ciężko plusnęło i powoli tonie,Rozstąpiły się wkoło szklane błonie.Zważałem ciężar: dziwnie mi się zdało...Ruszył się — pewnie morze nim ruszało.

Może to było księżyca błyśnienie,

375 Nagle odbite o morza przestrzenie?Patrzyłem ciągle: i wodne obręcze,W mniejsze i większe ściskały się tęcze,Jakby ich środkiem kamień przepadł do dna;Nakoniec w środku wyszła bańka wodna,

380 Perłowe kółko... błysnęło... przepadło,Znowu zatoka gładka jak zwierciadło,I tajemnica usnęła w topieli.Genijuszowie morscy ją widzieli,Lecz drżąc z przestrachu w swych domach z korali,

385 Nic o tem z żadną falą nie gadali.

Jak król motylów, za wiosny powrotem,Na skrzydłach jasnych purpurą i złotemZ nad szmaragdowej Kaszemiru błoniWzlatuje, dzieci wabiąc do pogoni,

390 I z ziół na zioła i z kwiatów na kwiatyCiągnie myśliwców i myli ich czaty,Wreszcie uleci, i niknąc w obłoku,Zostawia żałość w sercu i łzy w oku:Podobnie piękność wabi starsze dzieci,

395 Tak bystro lata i tak wdzięcznie świeci.To łowców trwoży, to nadzieją mami;Gonią wesoło, — łowy kończą łzami.Lecz jeśli w ręce myśliwemu wpada,I motylowi i piękności biada!

400 Chcąc uciec, darmo skrzydełka natęża:Igraszka dziecka lub ofiara męża.Cacko, za którem żądza chciwie goni,Straciło urok, gdy je mamy w dłoni;A gdy wdzięk barwy i świeżość przeminie,

405 Rzucim, niech leci... lub samotnie ginie.Gdy skrzydła zranisz, gdy serce zakrwawisz,Czyli ofiarom swobodę zostawisz?Motyl odartym skrzydełkiem czy możeLatać jak dawniej z fijołków na róże?

410 Z pięknością w jednej uwiędłą godzinieCzyż razem pokój na wieki nie zginie?Zgraja motylów, co pod niebem lata,Nie szuka w dole zranionego brata;Płeć piękna dla nas ma litości tyle!

415 Lecz dla płci własnej ma serce motyle.Piękność nad każdem nieszczęściem łzy leje:Nad sióstr upadkiem... tylko się zaśmieje.

Dusza, brzemienna zbrodni swych ciężarem,Jest jak skorpijon opasany żarem.

420 Krąg coraz mocniej zwęża się i błyskaI więźnia coraz gwałtowniej dociska,

A gdy go zewsząd nawylot przepieka,Skorpijon cierpi, dąsa się i wścieka.Jeden mu został sposób wyjść z pożogów:

425 Ma żądło, które wyostrzył na wrogów,Które trucizną pewną rany poi,Jeden ból zada i wszystkie wygoi:To żądło więzień topi w głowie swojéj.Podobnie dusza zła kona w cierpieniach,

430 Lub żyje jako skorpijon w płomieniach;Bo kiedy ludzi zwiąże pamięć zbrodni,Światu niezdatni, a nieba niegodni.Rozpacz nad nimi, pod nimi noc gruba,Wkoło płomienie — a w pośrodku zguba!

435  Ponury Hassan z haremu ucieka,Pieszczot, widoku kobiet się wyrzeka.On w lasach trudy myśliwców podziela,Ale nie może dzielić ich wesela.Dawniej polować nie miał we zwyczaju,

440 Póki Leila mieszkała w seraju.Dziś, czy Leila uszła? czy nie żyje?Hassan wie tylko, lecz sam w sobie kryje.Różne powieści krążą między gminem:Słychać, że uszła z Wenecyjaninem.

445 W dzień Ramazanu, gdy zapadło słońce,A z minaretów jasnych lamp tysiąceBajram na całym obwieściły Wschodzie,Leila poszła kąpać się w ogrodzie,I nie wróciła; szukano daremnie.

450 Mówią, że z Giaurem zeszła się tajemnie,

Wsiadła z nim na koń za pazia przebranaI w noc Bajramu znikła z państw Sułtana.Oddawna Hassan miał ją w podejrzeniu,Ale w jej oczach i w jej uściśnieniu

455 Tyle wyczytał miłości i wiary,Że znowu brance zaufał pan stary.Wieczorem poszedł w meczet na pacierzeI w noc Bajramu jadł w kiosku wieczerzę,Tak powiadali czarni niewolnicy,

460 Niewierni pańskich haremów strażnicy.Lecz inni głoszą, że gdy padł mrok szary,Przy bladem świetle wschodzącej FingaryWidziano Giaura na czarnym rumakuW cwał lecącego po nadbrzeżnym szlaku,

465 Z cuglem spuszczonym, skrwawioną ostrogą;Lecz nie wiózł panny, ni pazia, ni kogo...

Oko jej czarne; i któż się ośmieliWzrok ten malować? te oczy gazeliWielkie i słodkie, ciemne i błyszczące!

470 Dusza z nich mówi przez iskier tysiące,Które ze źrenic lecą przezroczystych,Jako z Dżemszyda rubinów ognistych.

Dusza z nich mówi, wbrew słowom proroka,»Że postać niewiast jest ziemi powłoka«.

475 Allahu! dusza mówi z tego oka!I choćbym w drodze ku lepszemu światuPrzechodził ostre mosty Alsyratu,Wisiał nad piekła ognistym potokiemI cały rajski ogród miał przed okiem

480 I w nim wabiące hurysy dziewice,Powiem: kto widział Leili źrenice,Ten Alkoranu nauk nie usłucha!Czyż taka piękność jest prochem bez ducha?Jest cackiem, z którem bawi się mężczyzna?

485 Niech na nie spojrzy sam mufty, a wyzna,Że nieśmiertelność wygląda z jej źrenic!Na jej obliczu cudowny rumieniecWiecznym i świeżym błyszczy się szkarłatem,Jakby granatów posypany kwiatem.

490 Jej włosy jako hijacynty płyną,Gdy okolona rówiennic drużynąStanie, nad wszystkie głową wyniesiona,I da warkoczom płynąć przez ramiona;Włosem zamiata ślad swój na marmurach,

495 Ślad nóżki, bielszej niźli śniegi w górach,Kiedy z rodzinnych obłoków wylecąI ziemią jeszcze nie skalane świecą.Jako monarcha ptaków FrangestanuŁabędź podnosi głowę z oceanu

500 I pysznie skrzydłem uderza po fali,Skoro spostrzeże podróżnika w dali:Z taką powagą ona zwraca głowę,I śnieżne ramię i piersi perłowe,I z taką piękną dumą wzrokiem miota.

505 Gdy na nią oczy śmie zwrócić pustota,Cofną się, blasku wytrzymać nie mogą;Pochlebiać chciały, — upadają z trwogą.

Jak była oczom piękną Gruzyjanka,Tak miała serce czułe dla kochanka.

510 Kochanka?... Któż jej kochanek?... Hassanie,Ty nim nie jesteś, dziki muzułmanie!...

Ponury Hassan dał rozkaz podróży.Oddział wasalów, co mu w dworcu służy,

Jak orszak i straż pojedzie za panem,

515 Każdy z janczarką, z łukiem, z ataganem.Sam Hassan zbrojny jedzie na ich czele,Zwiesił na pasie krzywą karabelę,Wypróbowaną na albańskich głowach,Kiedy raz zbójców napotkał w parowachI tak rozgromił muzułman zwycięski,Że ledwo kilku uszło z wieścią klęski.Za pas dwa zatknął, bogato oprawneW perły i złoto, pistolety sławne:Hassan przed laty dostał je od baszy,

5525 Ich widok zbójców i wabi i straszy.Mówią, że Hassan jedzie pojąć żonę,Pocieszyć znowu serce, zakrwawioneZdradą Leili, co uszła z haremuI dziś, o zgrozo! służy niewiernemu.

530  Ostatnim blaskiem zachodniego słońcaZłocą się góry i kaskada grzmiąca,Żywiona czystym i świeżym gór śniegiem.Tu często kupiec Grek staje noclegiem,Znajdując pokój w ustroniu głębokiem

535 Pewniej, niż w mieście pod swych panów bokiem;Tu się nie lęka o całość swej skrzyni:W miastach niewolnik, wolny na pustyni;Tu, wesół, spróżnia czaszę pełną wina,Którem się brzydzą usta moslemina.

540  Najpierwszy jedzie Tatar, wódz orszaku,Zdaleka widny po żółtym kołpaku;Opodal konni ciasną jamy szyjąPo krętej ścieżce na skały się wiją.Nad nimi sterczą w górę czarne szczyty,

545 Gdzie sępy ostrzą dzioby o granity,

I lecą na dół, już zwietrzyli łupy:Nim zajdzie słońce, będą świeże trupy.U spodu rzeka, która w zimie buchaOgromną wodą, a w upały sucha,

550 Nagie i czarne łono swe odsłaniaI kilka kaskad srebrzystych pochłania.Wokoło ścieżki kawały granituLeżą bezładnie, strącone ze szczytu:Czas je pospychał, albo zbiły gromy.

555 Wierzch skały niknie we mgle niewidomy,Bo żaden z ludzi czoła Liakury,W pogodę nawet, nie widział bez chmury.

Już w gaj wjechali i po kilku chwilachDojdą wierzchołka: już krzyczą »Bismillach!

560 Tu już bezpiecznie, stąd już widać błonie;Wkrótce w dół zjedziem, na wiatr puścim konie«.Gdy czausz tak mówił — ogień z góry błysnął,Nad uchem ołów niewidzialny świsnął:Tatar przewodnik wyleciał z kulbaki.

565 Ledwie czas mając zatrzymać rumaki,Skoczyli z siodeł, janczarki odwiedli —Ale trzech spadło pierwej, niźli zsiedli.Z rąk niewidzialnych rany odbierają,I ginąc, darmo o zemstę wołają.

570 Dobyli szabel, na rumaków karkach,Na odwiedzionych wsparli się janczarkach,Napół wciśnieni między końskie boki;Inni uciekli pod ścianę opoki,I tam ręcznego czekają spotkania,

575 Nie lubiąc służyć na cel do strzelaniaWrogom, co bronią niewidzialną rażą,A wstępnym bojem spotkać się nie ważą.

Sam Hassan został; z konia zsiąść nie raczy,Spokojnie jedzie, aż z przodu zobaczyBlask ręcznej broni. Rozbójników zgrajaStrzela wzdłuż drogi, z przodu się zaczaja,I z tyłu słychać z janczarek łoskotu,Że mu przecięto drogę do odwrotu.Więc, wściekły, brodę od gniewu najeżył

585 I wkoło wzrokiem ognistym uderzył:»Choć wrogi wkoło, choć gęste wystrzały,Jam z krwawszych bitew nieraz wyszedł cały!«Zbójcy wychodzą, stają na skał szczycie:»Rzucaj broń — krzyczą — komu miłe życie!«

590 Ale Hassana oczy i rozkazyStraszniejsze, niźli nieprzyjaciół razy:I z garstki szczupłej, ale wiernej panu,Żaden nie rzucił swego ataganu,I żaden podle nie krzyknął »amanu!«

595 Nieprzyjaciele coraz bliżej godzą;Razem ze wszystkich zasadzek wychodzą,A z gęstwi lasu dowódca orszakuLeci sam przodem na dzielnym rumaku.

Któż ten dowódca? Strój nosi albański,

600 Ale miecz prosty, miecz to chrześcijański...»Znam go, znam Giaura — wściekły Hassan woła —Znam go, poznałem ze smagłego czoła,Poznałem czarne złowrogie źrenice,Jego nikczemnej zdrady pomocnice;

605 Konia czarnego znam, choć leci pędem,Chociaż nakryty arnauckim rzędem.Podły odstępco twojej podłej wiary!Teraz cię turban nie zbawi od kary.Gdziemkolwiek spotkał, w jakiejkolwiek chwili:

610 Dobrze, żem spotkał zdrajcę mej Leili!«

Jak się wezbrana rzeka w morze lejeI morską burzę spotkawszy, szaleje;Łamią się fale, drżą opoki brzegu,A nurty ryczą pod pianami śniegu:

615 Tak się spotkały wrogów zgraje obie,Losem i gniewem gnane przeciw sobie;Szable nad uchem grzmią, lecąc w kawały,Huczą po skałach dalekie wystrzały;Starcia się łoskot i karabel dźwięki,

620 Huk karabinów, konających jęki,Echo żałosne po dolinie szerzy,Przywykłej tylko do śpiewów pasterzy!Liczba niewielka, lecz bitwa straszliwa!Nikt przebaczenia ni daje, ni wzywa...

625 Paro kochanków, mocne są twe sploty,Gdy się ściskacie podzielać pieszczoty:Lecz nie tak cisną miłości ramiona,Gdy w nich spoczywa piękność ulubiona,Jako się barki zwiążą nienawiśnie,

630 Kiedy wróg wroga ostatni raz ściśnie!Przyjaźń ostygnie, pieszczota się skończy,Objęcia wrogów i śmierć nie rozłączy.

Z szablą po samą rękojeść uciętą,Krwią opryskaną i mocno ujętą

635 W sinej, od ciała odrąbanej dłoni,Co jeszcze drgała, nie puszczając broni;Obok turbana, którego zawojeMiecz Giaura zerwał i przerżnął na dwoje;W deliji długiej, zmiętej, rozpostartej,

640 Od mnogich razów na sztuki podartej,Zaczerwienionej, jak chmury przed burzą,Gdy po dniu jasnym burzliwą noc wróżą;

Krwią zlawszy piasek i gałęzie boru,Gdzie wiszą szmaty jego palamporu;

645 Z piersią przebitą i otwartą ciosom,Barkami na wznak, twarzą ku niebiosom: —Tak leżał Hassan. Oczy już zbielały,Jeszcze otwarte, Giaura wyzywały.Giaur stanął nad nim i w Hassana lice

650 Utopił równie straszne dwie źrenice.

»Tak! Tyś pochował w falach mą Leilę!Jam cię pochował w czerwonej mogile!Jej duch kierował mieczem, jej mordercaUczuł raz pierwszy, co to jest ból serca.

655 Proroka wołał — ale nadaremnie:Prorok twej głowy nie wyrwie z podemnie!Allaha wołał — wiatr prośbę rozdmuchał...Allah nie słyszał, albo nie wysłuchał...O psie pogański! czyż Opatrzność, głucha

660 Na krzyk Leili, twych krzyków usłucha?Zbójcą zostałem! Jeździłem na wzwiady,Aż w końcu zdrajca padł ofiarą zdrady.Jam spełnił swoje, zemścił się nad tobą:A teraz, dalej... w świat... jadę sam z sobą«...

665 Na polu słychać brzęk dzwonków wielbłąda:Matka w ogrodzie z altany wygląda.Na łąkach błyszczy już wieczorna rosa,Już ku wschodowi ciemnieją niebiosaI rozniecają drżących gwiazd ognisko.

670 Już wieczór: Hassan zapewne już blisko.Matka stroskana zstępuje i bieżyDo swych haremów, i pogląda z wieży:Nie widać!... Nie zwykł jeździć tak pomału,Nie zwykł popasać nawet w czas upału!...

675 Nie przysłał darów ślubnych: czy się lenił?Czy konie strudził? czy serce odmienił?Skarga niesłuszna! Już Tatar posłaniecWidny zdaleka; już na skały kraniecWstępuje zwolna; już zjeżdża z urwiska

680 I wąwozami na dół się przeciska.Koń nic nie winien; koń pewnie z ciężarem,Zapewne ślubnym objuczony darem;Tatara mile przyjmę i nagrodzęZa prędką jazdę po takiej złej drodze.

685  W bramie zsiadł Tatar; od siodła odpinaJuki niewielkie: czy to dary syna?Na twarzy smagłej bladość: czy to smutek?Czy podróżnego utrudzenia skutek?Odzież spryskana krwi świeżej kroplami:

690 Może poranił konia ostrogami?Rozwinął pakę... O aniele święty!O Azraelu! to zawój rozcięty!To syna szaty, całe krwią zbroczone!...»Pani, okropną twój syn pojął żonę.

695 Mnie oszczędziły ręce poganina,Bym ci pokazał krew twojego syna.Legł śmiercią mężnych, pokój Hassanowi!Przekleństwo wieczne zabójcy Giaurowi!«

Turban w kamieniu prostym wyrzezany

700 I słup, już dzikiem zielskiem opasany;

Na nim z Koranu modlitwa wyryta,Którą dziś ledwie podróżny wyczyta;To cały pomnik, w bezludnej ustroni,Gdzie Hassan zginął od niewiernej broni.

705 Zacny Osmanlis! nikt między wiernemiPrzykładniej świętej nie nawiedził ziemi,Nikt bardziej winem nie gardził wyklętém,I nikt pobożniej ku przybytkom świętymTwarzy nie zwracał, gdy na świątyń dachu

710 Słyszał wołanie: Illa-hu, Alla-hu!Z rąk cudzoziemca wziął śmiertelne rany,I śród ojczyzny leży jak wygnany,Zdala od domu, na bezdrożu dzikiem;Ani się pomścił nad swym rozbójnikiem.

715 Lecz duch Hassana już rajskie dziewiceWiodą w rozkoszy wiecznej okolicę;Okiem błyskają ku niemu jak słońcem,Wiecznie pogodnem i niezachodzącem;Biegą — zielone chustki wywijają,

720 Pocałunkami rycerza witają:Bo raj rozkoszy zgotowany temu,Kto zginął, walcząc przeciw niewiernemu.

Lecz ty, niewierny! ciebie anioł śmierciMonkir swą kosą rozerwie na ćwierci,

725 Potem zawlecze na nowe katuszePrzed tron Eblisa twą przeklętą duszę.Tam ogień, wiecznych męczarni narzędzie,Ciało twe palić, w duszy goreć będzie;Słuch nie obejmie, język nie obwieści,

730 Ile się piekła wewnątrz ciebie zmieści!...Lecz wprzód zostaniesz na ziemi upiorem:I trup twój, z grobu wyłażąc wieczorem,

Pójdzie nawiedzać krainę rodzinną,Powinowatych spijać krew niewinną.

735 Tam, na rodzeństwo własne zajuszony,Wyssiesz krew swojej siostry, córki, żony;Ścierw twój zasilisz cudzym życia zdrojem.Chciwie pić będziesz, brzydząc się napojem.A twe ofiary, rozstając się z światem,

740 Poznają, że ich ojciec był ich katem;Przeklną cię, twoje usłyszą przekleństwa,I na pniu wyschnie szczep twego rodzeństwaOstatnia twoja ofiara na świecieBędzie twa córka, najmilsze twe dziecię:

745 Ona, konając, krzyknie na cię: »ojcze!«I krzyk ten ściśnie usta dzieciobojcze,Ale ssać muszą, dopóki się żarzyOgień w źrenicach, rumieniec na twarzy;Aż ujrzysz wkońcu, jak szklana powłoka

750 Zamrozi, zaćmi ostatni blask oka.

Natenczas ręką przeklętą z jej głowyOderwiesz włosów warkocz bursztynowy;Z tego warkocza pukiel darowanyMoże na sercu nosi jej kochany;

755 A ty dziś w pukle złożysz jego szczątki,Jak samobójstwa twojego pamiątki.Krwią twoją własną najmilszą ociekły,Gryząc twe usta i zgrzytając wściekły,Wrócisz się znowu pomiędzy grobowce;

760 A tam upiory, twoi współwędrowce,Gule, Afryty, spotkają cię w mroku;I oni twego zlękną się widoku,I do podziemnych skryją się otworów,Spotkawszy widmo, brzydsze od upiorów.

765  Jak się ten zowie kalajor ponury?Twarz mi znajoma... Raz go napotkałemW ojczyźnie mojej. Leciał między góryNa dzielnym koniu, pominął mię cwałem;Leciał, jak tylko zdoła koń wyskoczyć,

770 Oblicze jeźdźca ledwie mogłem zoczyć:Lecz widać było z twarzy i wejrzenia,Że go opętał duch złego sumienia...Nie chciałbym nigdzie zdybać takiej twarzy,Bo złą jest wróżbą spotkanie zbrodniarzy!

775 I teraz strasznie wygląda ten człowiek,Jakgdyby śmierć mu patrzyła z pod powiek.

Sześć lat minęło, jak przybył w te strony.Wszedł do klasztoru; czy światem znudzony?Czy za grzech jakiś pokutę odprawia?

780 Ale przed nikim grzechu nie objawia.Nigdy on w ławkach podczas mszy nie siedzi,Nie chodził ani razu do spowiedzi,Ani się kłania przed Bogarodzicą,Ani przed ołtarz idzie z kadzielnicą:

785 Dni całe siedzi zamknięty w ukryciu.Nie wiem o jego przygodach i życiu;Słyszałem tylko, że przybył ze wschoduTureckim statkiem od stron Carogrodu.Żeby był Turkiem, z twarzy się nie zdaje;

790 Zna chrześcijańską mowę i zwyczaje:Pewnie skruszony jaki apostata,Dziś opłakuje przeszłe błędów lata.Tylko, że świętych obrazów się lęka,Przed Pańskim chlebem i winem nie klęka.

795 Dał wielki skarbiec, który może złupił,I tem gościnność w klasztorze zakupił,Lecz gdybym ja był na miejscu przeora,Albobym wygnał tego kalajora,Albo w pokutnej zamurował celi,

800 Tak, żeby o nim ludzie nie wiedzieli.Często on marzy, bezprzytomnie gadaO pięknej pannie, która w morze wpada,Słyszy szczęk mieczów, strzały nad opoką,I widzi Turka konające oko.

805 Ilekroć na tym wierzchu skały stawa,Grozi mu z dołu jakaś ręka krwawa:

On sam ją widzi i, czyja, pamięta;Ręka pałaszem od ciała odciętaWystaje z ziemi i kiwa nań w dali,

810 Ażeby skoczył ze skały do fali.

Z pod mnichowskiego czarnego kapturaŚwieci jak z grobu źrenica ponura.Czasem z ukosa błyskawice ciśnie,I całą burzą dawnych lat zabłyśnie.

815 Barwa tych oczu co chwila się mieni:Chcą ją uważać widzowie zdziwieniI wnet uczują ten urok spojrzeniaWymowny, trudny do wypowiedzenia,Cechę umysłu, co, niezgięty w dumie,

820 Zna swoję wyższość i pokazać umie.A jako ptaszek, gdy go wąż urzecze,Trzepioce skrzydłem, ale nie uciecze:Tak widz, ujęty w sidła jego wzroku,Chce i nie może rozerwać uroku.

825 Przed nim wpół-trwożny braciszek umyka,Kiedy samego przypadkiem spotyka;Bo on swym wzrokiem i gorzkim uśmiechemZaraża wszystkich boleścią i grzechem.Przecież zbyt rzadko uśmiechać się raczy;

830 Śmiejąc się, tylko urąga rozpaczy.Poruszy usta i drżące wnet przytnie:Widać, że radość już w nich nie zakwitnie,I że uczucie wzgardy i niedoliJuż nigdy szczerze śmiać się nie dozwoli.

835 I tak też było. Trupie jego śmiechyNie są poczęte z serdecznej uciechy.Okropne lica! Jakież być musiały,Kiedy za młodu namiętnie gorzały?Wiek jeszcze wszystkich rysów nie pozgładzał,

840 Tylko szpetnemi piękne poprzegradzał;

Jeszcze niekiedy rumieniec w nich pała:Znaczno, że dusza nie całkiem sczerniała.Gmin widzi tylko w tem posępnem okuŚwiadectwo zbrodni i pieczęć wyroku;

845 Pilniejszy badacz odgadnie z wejrzeniaWielkość umysłu, zacność urodzenia,Dary niestety zbyt źle umieszczone,Skalane zbrodnią, smutkiem przetrawione.Był to przybytek nie podły, nie mały,

850 Gdy w nim tak wielkie zalety mieszkały;Dziś został pustym, lecz poważnym gmachem:Ludzie nań lubią poglądać ze strachem.Chaty bez dachów w pustkach widzi codzień,I rzadko do nich zagląda przechodzień, —

855 Lecz wieża legła w szturmie albo w burzy,Co się czarnemi ruinami chmurzy,Wzbudza podróżnych dumania i żale:Złamane luki, opuszczone saleWiele o dawnej powiadają chwale.

860  W długiej kapicy, w fałdy obwiniętyZcicha przez kolumn przesuwa się rzędy;Straszy patrzących, i sam strachem zdjętyStaje i patrzy na święte obrzędy;Lecz gdy się ozwał u ołtarza dzwonek,

865 Księża uklękli, — cofa się w przysionek.Tam, przy niepewnym pochodni promieniu,Twarz jego blada połyska się w cieniu,Tam będzie czekał, aż się nieszpór skończy;Słucha śpiewania, lecz głosu nie łączy.

870 Patrz, tam cień rzuca na bielone ściany;Kaptur opadły i włos rozczochrany,

Gęsty i czarny bezładnie się wije,Jakby Gorgona swe najbrzydsze żmije,Wyrwawszy z głowy, splotła mu na skronie.

875 Bo ten kalajor, choć mieszka w zakonie,Ślubu nie zrobił, więc nie strzyże głowyI nosi włosy jak człowiek światowy.Kapicę przywdział jako inne mnichy;Dał skarb na kościół — lecz zapewne z pychy,

880 Nie z pobożności: hojnie kościół nadał,W którym ni razu pacierza nie gadał.Tam — patrz na niego — w dzwonek uderzono:Wszyscy uklękli, sakrament wzniesiono,Stoi jak posąg, i widać z postawy

885 Wyraz rozpaczy, wzgardy i obawy.Ratuj nasz kościół, o święty Bazyli!Bośmy na karę bożą zasłużyli,Żeśmy takiego grzesznika wpuścili.Jeżeli zły duch czasem sobie sprawia

890 Człowieczą postać, on tak się objawia.Te oczy jego, na słowo kapłańskie,Nie są niebieskie, ni ziemskie: — szatańskie!

Serce zbyt czułe, do kochania skłonne:Lecz nie zna, co to kochanie dozgonne;

895 Długie cierpienia dzielić siły nié ma,Długich z rozpaczą walek nie wytrzyma,A twarde serce gdy miłość skaleczy,Jej rany nigdy już czas nie uleczy!Jako rodzimy kruszec od płomienia

900 Wprzód się rozżarza, niźli zaczerwienia,

Wrzucony w pieca płomieniste jamyZgina się, miękczy, lecz zawsze ten samy;A potem, wedle sztukmistrza rozkazów,Służy do dania lub odbicia razów:

905 Albo pierś twoję przed śmiercią zastawi,Albo pierś wroga śmiertelnie zakrwawi;Lecz gdy raz śmierci ukuto narzędzie,Ten, kto je ostrzy, niech ostrożnym będzie! —Tak ogień uczuć i sztuka kobieca

910 Najtwardsze serce zmiękcza i roznieca:Lecz raz nagięte, zmianom nie ulegnie,I pierwej pęknie, niźli się odegnie.

Jeśli cierpiących samotność ogarnie,Przerwa mąk tylko powiększa męczarnie;

915 Pusta pierś, czując otchłanie dokoła,Chce je zaludnić — i o boleść woła.Bo nie dzielone każde czucie nudne,I szczęście samo do zniesienia trudne!Serce w cierpieniach, gdy samotność widzi,

920 Chcąc mieć pociechę, wszystkich znienawidzi,I jest to serce jak człowiek w mogile,Gdyby z letargu zbudził się na chwilę,I czuł z wzdrygnieniem, że robactwo toczyOdżyłe jego oblicze i oczy,

925 I nie miał siły bronić swych wnętrznościOd tych szkaradnych, niespodzianych gości.

To serce jest jak pelikan, gdy leciPrzez obszar pustyń do gniazda, do dzieci,Krew swą gotowy na żywność ich przelać,

930 Życie z głodnemi nieskąpy podzielać;Już dziobem piersi rozranił szlachetneI widzi tylko swe gniazdo — bezdzietne.Najsroższe męki, które nędzni znoszą,Samotnej duszy zdają się rozkoszą,

935 Sierocej, stepem otoczonej dzikim,Trawiącej czucia nie dzielone z nikim.Któżby był niebios ciekawy widokuBez słońca i bez żadnego obłoku?Lepiej jest płynąć, choć się niebo chmurzy,

940 Niż morskiej nigdy już nie doznać burzy,I gdy żywioły zakończyły wojnę,Być wyrzuconym na brzegi spokojne,W pustą zatokę, i bez towarzyszyPóźnego zgonu czekać w wiecznej ciszy.

945 Lepiej raz przepaść w zaburzone fale,Niźli żyć, gnijąc potrochu na skale.

»Tyś dni twe przeżył, ojcze spowiedniku,Licząc różańce, prawiąc msze bez liku,Za cudze zbrodnie błagając gniew boski,

950 A sam nie znając zgryzoty ni troski,

Prócz smutków krótkich, zwyczajnych w tem życiu!Siwy, — spokojny jak byłeś w powiciu!Przeraża ciebie walka uczuć dzika,Ilekroć zajrzysz w serce pokutnika,

955 Choć jego skargę, jego łzę żałośnąPrzyjmujesz w duszę czystą i litośną.Moje dni krótkie na płaczu padole,Obfite w rozkosz, lecz płodniejsze w bole...Przecież, pomiędzy rozkosze i trudy,

960 Przeszedłem życie nie doznawszy nudy;Na ucztach, w bojach, z kielichem, z kindżałem,Zawsze spokojność gnuśną pogardzałem.Dziś nic nie kocham, ani nienawidzę,Pychy nie czuję, nadziei nie widzę:

965 A dzisiaj jeszcze wolałbym być gademI pod klasztorem pełzać strasząc jadem,Niż być skazanym w cichym mniszym stanieNa modlenie się i na rozmyślanie...Przecież, spoczynku nadzieja mnie łechce:

970 Chciałbym mieć pokój, ale go czuć nie chcę.»Wkrótce się wszystko skończy, tak jak życzę:Zasnę w mogile, nie marząc, czem byłem.Choć moje życie zda się tak zbrodnicze,Gdybym mógł odżyć, żyłbym tak, jak żyłem.

975 Dziś w mej pamięci, jak w ciemnej mogile,Leżą już zmarłe mych rozkoszy chwile;Lepiejby dawno leżeć razem z niemi,Niż ciężką włóczyć tęsknotę po ziemi.Nigdy mój umysł nie upadł na męstwie

980 W długiem i strasznem żywota męczeństwie;Sam dobrowolnie w grób się nie położę,Jak dawni głupcy, lub dzisiejsi tchórze.Ze śmiercią nieraz spotkałem się zbliska;Chętniebym poległ śród pobojowiska,

985 Gdybym rycerskim mógł oddychać szałemI kochać sławę, jak piękność kochałem.

Lecz jam nie walczył dla oklasków gminu,Nie dbam o zdobycz lub stratę wawrzynu, —To innych dzieło: niech rżną się żołdacy,

990 Dla wielkiej sławy, lub nikczemnej płacy.Ale mnie dzisiaj jeszcze niech poruszyPrzedmiot prawdziwie godny mojej duszy,Niech mam przed sobą kochankę lub wroga:Choćby mi groził i miecz i pożoga,

995 Gdy serce mścić się lub bronić rozkaże,Na miecz i ogień jeszcze się odważę,Bo mężny na śmierć ze wzgardą poziera, —Nędzarz jej pragnie, tchórz się jej wydziera.Kto mi dał życie, niechaj je odbiera;

1000 Ja śmierć bez trwogi spotykałem nieraz,Gdym był szczęśliwy i dumny, — a teraz?...

»Kochałem, ojcze, o nie, ubóstwiałem,Lecz to są słowa, słowo często kłamie;Ja miłość moję czynem pokazałem;

1005 Przypatrz się rdzawej na tym mieczu plamie:To jest krew dawna, dotąd się nie starła,Przelana dla tej, co dla mnie umarła.Krew ta dobyta z serca mego wroga...Nie trwóż się, księże, nie wznoś rąk do Boga,

1010 Za grzech zabójstwa nie lękam się kary;Wróg mój był także wrogiem twojej wiary.Samo wspomnienie o Maryji synieJuż obudzało złość w tym poganinie.Głupiec niewdzięczny, bo jeżeli rana,

1015 Jeśli śmierć ręką chrześcijan zadana,

Jest Turkom kluczem rajskiego ogrójca:Tedy do raju wysłał go zabójca,I teraz może Hurys czarnookaWitać Hassana u bramy Proroka...

1020 Kochałem. — Miłość często drogę znajdzieTam nawet, kędy głodny zwierz nie zajdzie:A miłość taka, śmiała na przygody,Czyliżby miała zostać bez nagrody?...Gdzie? kiedy? Pocóż mam głosić przed światem?

1025 Byłem szczęśliwy w miłości: dość na tem.A przecież często żałuję, daremnie!Wolałbym nie być kochany wzajemnie.Ona umarła... Jak?... o to nie pytaj;Jeśli śmiesz, sam to odgadnij, wyczytaj:

1030 Bo tu wyryte noszę na mem czoleKaima pismem me zbrodnie i bole.Ale mnie nie klnij!... Posłuchaj: ja byłemPrzyczyną śmierci... lecz nie ja zabiłem.Mógłbym i śmiałbym to samo uczynić,

1035 Gdyby kochanka śmiała mi przewinić.Jemu niewierna; więc on ją pochował;Mnie była wierna: jam go zamordował.Choć śmierć jej była zasłużoną karą,Lecz jej niewierność była dla mnie wiarą,

1040 Bo mi oddała serce, skarb sieroty,Jedyny, którym nie rządzą despoty.Ach! późnom przybył, nie mogłem jej zbawić!Mogłem jej tylko małą ulgę sprawić...Mogłem w ślad za nią jej wroga wyprawić.

1045 Jego śmierć lekka. — Ale jej męczeństwoByło dla myśli mych takiem straszydłem,Że wkońcu sobie i ludziom obrzydłem.»On zginął słusznie, zrządzeniem wyroków.On wiedział o tem od swoich proroków,

1050 Których słuch wieszczy śmierć przeczuwa w daliI słyszy wystrzał wprzód, nim broń wypali;Zginął śród bitwy, zgiełku i hałasu,Bez mąk, bez bólu — cierpieć nie miał czasu.Raz tylko wezwać Mahometa zdołał,

1055 Raz tylko w niebo o pomstę zawołał.Poznał mnie w tłumie... lecieliśmy cwałem;On poległ — długo nad leżącym stałemI duszy jego ujścia pilnowałem...

Konał jak tygrys pokłóty od szczwaczy,

1060 Lecz nie czuł tego, co czuję: — rozpaczy!Szukałem w licu sinem, krwią nabiegłem,Znaków boleści: — żadnych nie dostrzegłem.Rysy, śmiertelną okryte ciemnotą,Jeszcze wściekłością tchnęły — nie zgryzotą.

1065 Cóżbym dał za to, gdybym w jego twarzyMógł widzieć rozpacz ginących zbrodniarzy!

Widzieć, jak późna, niedołężna skruchaZ konającego wywołuje duchaZbrodnię — i nie chce zbrodniarza rozgrzeszyć,

1070 Nie może zbawić, a nawet pocieszyć.

»W krainach zimnych i serca są chłodne,Uczuć prawdziwej miłości niegodne;W mojem gorącem sercu czucia mojeWrzały jak w Etnie płomieniste zdroje.

1075 Nie umiem nucić w żałosnych piosenkachO lubych więzach i okrutnych wdziękach.Jeśli krwi burza, oczu błyskawica,Ust nieme drżenie, mieniące się lica,Serca katownia i głowy szaleństwo,

1080 Śmiałość w zamiarach i w spełnieniu męstwo,Pierś chciwa zemsty, dłoń zbrojna kindżałem,Wszystko, co czułem i co dokonałem,Jeśli to znakiem kochania, — kochałem!Nie wiem, co wzdychać i skargi wywierać;

1085 Wiem, jak wzajemność zyskać i umierać.Umrę, lecz pierwej rozkoszy użyłem;Niech co chce będzie, szczęśliwy już byłem.Mamże kląć losom? — Jam sprawca mej doli:Ja chciałem cierpieć, nie zmieniłem woli.

1090 Dziś wróć mi dawne trudy i rozkosze,Jam gotów znosić, co zniosłem, co znoszę,Gotów żyć znowu, jakeśmy z nią żyli,Gotów na wszystko — prócz śmierci Leili.Życia mojego żałować nie warto,

1095 Żałuję życia, które jej wydarto.Ona śpi, falmi nakryta chłodnemi...Ach! czemuż grobu nie miała na ziemi!Czemuż to serce schorzałe nie możeZnaleźć i dzielić jej podziemne łoże?

1100 Ach! był to anioł życia i światłości!Widzę go dotąd, w oczach moich gości,

Krąży wkoło mnie, wabi mnie i nęci,Moja zaranna jutrzenka pamięci!

»Zaiste, miłość jest świętym pożarem,

1105 Iskrą zatloną w ogniach nieśmiertelnych,Aniołów dobrem, Wszechmocnego darem,Balsamem rajskim dla serc skazitelnych.Pobożność duszę w niebiosa porywa,Ale z miłością niebo w duszę wpływa!

1110 Uczucie, które bóstwem zapalamy,Które wytrawia wszystkie myśli plamy.Jest to promyczek wszechtwórczego słońca,Korona duszę wokoło wieńcząca.Wyznam, że moja miłość była inna;

1115 Była zbyt ziemska, ludzka, nawet gminna.Jam grzesznik, ojcze! — lecz ona niewinna.Ach! ona była mą gwiazdą polarną!Zgasła... Któż teraz oświeci noc czarną?Ach! gdyby jeszcze weszła mi pogodnie,

1120 Wiodła mię znowu, chociażby na zbrodnie!Bo cóż dziwnego, że kto wraz postradaI całe szczęście i wszystkie nadzieje,Pokornie głowy pod wyrok nie składa,Ale klnie losom i z bolu szaleje —

1125 I w zbrodniach szuka męczarniom ulżenia,A zwiększa tylko winy i cierpienia?Ach! serce chore na wewnętrzne ranyNie dba na żaden cios zewnątrz zadany!

Kto raz spadł z niebios, już się nic nie lęka:

1130 Mniejsza, gdzie spadnie, wie, — że wszędzie męka.»Widzę kapłanie, że tobie obrzydłem:Drżysz i odwracasz oczy pełne trwogi.I tegom dożył, żem stał się straszydłem!Jestem dla ludzi jako ptak złowrogi!

1135 Prawda, że miałem drapieżność jastrzębia,Żem latał niszcząc i lejąc krwi strugi;Alem się uczył kochać od gołębia, —Umrę, nie znając co kochać raz drugi.Dobrzeby było nieraz ludzi dumnych

1140 Uczyć przykładem ptaków bezrozumnych!Słowik, co w gajach nuci z wiosny porą,Łabędź, co zdobi błękitne jezioro,Małżonkę sobie jednę tylko biorą.Niechaj trzpiot z licznych miłostek się chwali,

1145 Niech tych wyśmiewa, co w miłości stali,Niech sobie cacek szuka coraz innych:Ja mu nie zajrzę tych uciech dziecinnych.Lecz u mnie człowiek lekki i przewrotnyMniej wart niżeli ów łabędź samotny,

1150 Stokroć mniej niźli nieszczęsna dziewczyna,Którą uwiódłszy zdrajca zapomina.Nie, ta na sercu mem nie cięży wina!Leilo! byłaś myśli moich treścią,Moją rozkoszą i moją boleścią;

1155 Tyś była cnotą, ty zbrodniami memi,Nadzieją w niebie — i wszystkiem na ziemi!Tak piękna, jak ty, nie była stworzona;A jeśli jest gdzie, już nie dla mnie ona.Nie chciałbym widzieć na ziemi i w niebie

1160 Podobnej tobie, chyba samą ciebie.Życia mojego okropne wypadki,Łoże śmiertelne przyzywam na świadki,Że ciebie dotąd kocham, jak kochałem...Ty jesteś lubym mego serca szałem.

1165  »I jej nie było... a jam z nią nie zginął!Żyłem, lecz ból mi oddychać nie dawał;Wąż pierś mą ścisnął, serce me obwinął,Myśli me kąsał i zemstą napawał.Odtąd świat cały miałem w obrzydzeniu;

1170 Nie śmiałem zajrzeć w oczy przyrodzeniu,Na wszystkie jego wdzięki i ozdobyPadł całun mojej wewnętrznej żałoby!Resztę, kapłanie, wiesz z mojej powieści,Wszystkie me grzechy i część mych boleści:

1175 Ale mi nie mów więcej o pokucie!Już późno!... bliskiej śmierci mam przeczucie.Chociażbym przyjął wiarę objawioną,Czy to odrobisz, co już raz zrobiono?Za łzy pociechy wdzięczen jestem tobie.

1180 Ksiądz nie pomoże nic w mojej chorobie;Tajnie mej duszy sam w milczeniu badaj,Jeśli masz litość nademną, nie gadaj.Gdybyś mógł wrócić życie mej Leili,Jabym pokutę zaczął od tej chwili,

1185 Kupiłbym zaraz i msze i odpusty,I modliłbym się stygnącemi usty.»Pójdź do jaskini, gdy strzelcy wychwycąZ gniazda lwię małe, i rozmów się z lwicą,Spróbuj ukoić jej żałosne jęki:

1190 Mojej nie ulżysz, nie rozdrażniaj męki...

»W młodości latach, w szczęśliwych godzinach,Gdym lubił dzielić smutki i wesela,

W mojej ojczyzny kwitnących dolinachMiałem — czy mam go dotąd? — przyjaciela...

1195 Daj mu ten pierścień. Przysięgliśmy na nimWspomnieć o sobie choć raz przed skonaniem.Wiem, że mnie kochał; chcę, by się dowiedział —O moim zgonie. On mi przepowiedział...Dziwno! on wzrokiem przeniknął proroczym

1200 Przed laty wszystko, co ma ze mną stać się!Śmiałem się... wtenczas mogłem jeszcze śmiać się...Gdy on ostrzegał — nie pamiętam o czém!Lecz teraz, myślą wyzywam na nowoWzgardzone niegdyś każde jego słowo.

1205 Powiedz, że zgadnął... Będzie mu niemiło,Że się proroctwo tak na mnie spełniło.Powiedz, że chociaż w tym wieku namiętnym,Gdyśmy wesołe przeigrali chwile,Lecąc pospołu w niebezpieczeństw tyle,

1210 Wtenczas bywałem często niepamiętnymI roztargnionym — może obojętnym...Powiedz, że dzisiaj językiem zdrętwiałymZa jego szczęście pomodlić się chciałem;Ale cóż taka modlitwa pomaga,

1215 Gdy winowajca za niewinnym błaga?...Przed ludźmi niech on sławy mej nie broni;On, wiem, że dobry: przebaczy, — a oniNiech, co chcą, mówią... Sława! — Cóż mi po niéj?Nie będę prosił, aby zgonu mego

1220 Nie opłakiwał, — nie jestem tak dumny, —Niemasz piękniejszej ozdoby dla trumny,Jak łza żałosna brata kochanego.

Pierścień ten — niech go z rąk twoich otrzyma,Wręcz mu i opisz, coś miał przed oczyma:

1225 Ciało uwiędłe, duszę zagaszoną,Łódź falą uczuć na step wyrzuconą,Zwój pism zatarty, liść z dalekiej stronyWichrem przygnany i mrozem zwarzony.

»Tylko mi nie mów o snu przywidzeniach...

1230 Nie, — to, mój ojcze, nie było w marzeniach!Kto marzy, ten śpi; ja wtenczas nie spałem...Jak teraz nie śpię, — i zapłakać chciałem,Ale nie mogłem. Źrenica łez głodna,Czułem, że była wysechła aż do dna;

1235 Chciałem wydobyć z niej łzę, łzę jedyną:Byłaby dziwną i miłą nowiną...Chciałem, i teraz chcę — lecz rozpacz wzbrania,Rozpacz silniejsza, niźli chęć płakania!Nie mów pacierzy, w skutek ich nie wierzę;

1240 Silniejsza rozpacz, niż twoje pacierze.Zbawienia nie wart jestem — i nie żądam;Nie raju, ale spoczynku wyglądam.Wtenczas — widziałem, ojcze, — tak — tu była!Widziałem dobrze... Powstała — odżyła!

1245 Białą, świecącą obwiana symarą;Jak widzę teraz, tam, nad falą szarą,Gwiazdę błyszczącą przez obłok zachodni:Ona świeciła jaśniej i łagodniéj.Dziś, gwiazda świeci słabiej i tajemniej;

1250 Jutro, wieczorem, wnijdzie jeszcze ciemniej;Ja, nim doczekam jej promieni drżących,Nieczuła bryła i postrach żyjących,Ja — umrę, ojcze. Już, kończąc cierpienie,Zbiera się dusza w ostatnie westchnienie...

1255 Tu ją widziałem, ojcze, — i powstałem,I wszystkich naszych nieszczęść zapomniałem,

I porwałem się z łoża i objąłem..I cóż do mego serca przycisnąłem?Cień był w objęciu, bez tchu i bez życia,

1260 Sercem nie czułem wzajemnego bicia!Lecz to Leila! — to jej postać była!Kochanko moja, jak się ty zmieniła!Spojrzałaś tylko, słowa nie wyrzekłaś,Byłaś tak blisko, i z rąk mi uciekłaś!...

1265 Lecz choć tak zimna, tak dla mnie zmieniona,Obym cię tylko przycisnął do łona,Całe me szczęście ująłbym w ramiona.Niestety, marę ująłem ulotną!Ręce opadły na mą pierś samotną...

1270 Lecz patrz! to ona! to jej szata długa,Jej ręka śnieżna! — Patrz, jak na mnie mrugaTem czarnem okiem, — włosy rozpostarła...Nie — jam nie wierzył, — ona nie umarła!Ale on umarł — jam go sam obalił —

1275 Jam go pochował, kamieniem przywalił:On tu nie wróci, bo ciężka mogiłaCiśnie go z góry. — Ty! pocoś wróciła?Oni mówili, że ta twarz jak zorze,Ta postać śliczna już zapadła w morze

1280 I że się nad nią fala szumna leje!Rybacy mówią — szkaradne to dzieje...Chciałbym powiedzieć — język mi drętwieje.Ach! jeśli prawda, że ty wyszłaś z morzaSzukać dla siebie spokojnego łoża:

1285 Ach! przesuń mokrą dłoń przez me powieki —Niech już ostygną, zamkną się na wieki,Lub rękę połóż na me serce wdowie!Czy ciebie marą, czy duchem świat zowie:Zostań, oświecać chorego wezgłowie,

1290 Odchodząc, weźmij z sobą mego ducha —Potem niech wyje szturm, niech morze bucha!

»Takie me imię, takie są me dzieje,Samemu tobie powierzam wyznania,Wdzięcznie przyjmuję łzę politowania;

1295 Suche me oko już łez nie wyleje!Gdy skonam, pogrzeb ubogi mi sprawisz,Krzyż tylko prosty na grobie postawisz —Bez żadnych liter, — nie chcę by wędrowiecNapisy czytać szedł na mój grobowiec«.

1300  Umarł. Nie doszedł nikt po jego zgonie,Jak się nazywał, w jakiej świata stronieJego ojczyzna. Ostatnie wyznaniaMnich tylko słyszał we chwilach skonania.

Tyle zostało o Giaurze podania,

1305 I o Leili, którą on postradał,I o Hassanie, któremu śmierć zadał.

Znacie kraj, gdzie laur chwały i cyprys żałobyGodłem są dni obecnych i wieków minionych?Gdzie żałośna turkawka i sęp krwawo-dziobyPowtarza dzikość panów i jęk zwyciężonych?

5 Kraj cedrów wnieborosłych i winnic nektaru;Kraj niewiędnącej wiosny i wiecznej pogody;Kędy skrzydła Zefirów od woni ciężaruSłabieją, przelatując różane ogrody?Gdzie śród gajów zieleni błyszcząca cytryna

10 Dziś jeszcze hesperyjskie sady przypomina;W jagodach złoty balsam oliwy dojrzewa,A w cieniu drzew jej słowik nieprzestając śpiewa?Kraj, gdzie ziemi zieloność i niebios lazuryWalczą o piękność barwy przed słońcem bez chmury,

15 A ocean gra ogniem najżywszej purpury?

Gdzie dziewice jak kwiaty, co noszą do tańców?Gdzie wszystko piękne, boskie — oprócz serc mieszkańców?Kraj to Wschodu! kraj słońca, co mu naprzód świecił...Może-ż się tak uśmiechać na zbrodnie swych dzieci? —

20 Dzikie, jak krzyk wiecznego rozstania boleści,Są ich serca — i czyny... i o nich powieści.

Otoczon tłumnem niewolników gronem,Lśniący od złota, i z kornym pokłonemGotowych służyć dworaczo czy zbrojnie,

25 Za orszak w domu, lub za straż na wojnie,Jak się podoba ich Baszy i Panu, —Zasiadł Giaffir śród swego Dywanu.Z brwi nasępionych i groźnego okaZnać, że go trapi jakaś myśl głęboka.

30 I choć niełatwo z twarzy muzułmanaWyczytać duszę — nawykłą przed tłumyKryć wszystkie swoje uczucia, prócz dumy, —Twarz Giaffira mroczna, zadumana,Zdradza coś więcej, niżby wydać żądał,

35 Więcej, niż ścierpi, aby dwór oglądał.

»Chcę być sam!« — skinął; skinieniu pańskiemuPosłuszni, tłumem ku drzwiom się cofali.— »Zawołać do mnie dozorcę haremu!«...Już w głębi sali sam na sam zostali

40 Basza z swym synem; i w progu zdalekaWezwany murzyn na rozkazy czeka.»Słuchaj, Harunie! skoro tłum ten całyWyjdzie z pałacu za bramę i wały —Bo biada głowie, którejby źrenice

45 Śmiały wzrok podnieść na Zulejki lice! —Córkę tu moję przywiedziesz z haremu.Dziś chcę na przyszłość ustalić jej dolę.Mów, niech pośpiesza, lecz nie mówiąc: czemu? —Sam chcę jej pierwszy objawić mą wolę.«

50 »Baszo! mem prawem są rozkazy twoje!«Niewolnik innej odpowiedzi nié ma. —I już wychodził za sali podwoje,Kiedy go ramię wstrzymało Selima.Selim z potrójnym, głębokim pokłonem

55 Wrócił ku Baszy, i z okiem spuszczonem,Nieśmiałym głosem rzekł, stojąc przed tronem, —Bo muzułmana nie ośmielić niczem,Aby śmiał usieść przed ojca obliczem:»Bojąc się, ojcze! abyś się nie gniewał,

60 Czy na Haruna, czy na siostrę moję,Jeśli tak rychło, jakbyś się spodziewał,Nie zdąży przybyć na rozkazy twoje:Wyznam mą winę — jeśli w tem jest wina, —Że we mnie jednym tej zwłoki przyczyna.

65 »Słońce dziś rano wschodziło tak jasno,Że — chyba starcy, ujrzawszy to, zasną.Jam zasnąć nie mógł; lecz w tak pięknej porzePatrzeć samemu na niebo, na morze,Gdy nikt nie słucha i nikt nie podziela

70 Natchnionych myśli i uczuć wesela,Smutno jest — zwłaszcza mnie, com od powiciaNie nawykł znosić samotności życia.Zulejkę zatem namówiłem z sobą. —Tyś sam dozwolił, aby każdą dobą

75 Wstęp do haremu był dla mnie otwarty. —I nim wpółsenne ocknęły się warty,

Już my, ukryci w cyprysowym gaju,Pojąc się wdziękiem natury i kraju,Zapominali o obecnej chwili

80 W rymach Sadego i pieśniach Leili!Aż usłyszawszy głos bębna, postrzegłemŻe się zbliżyła godzina Dywanu,I wnet, pamiętny twej woli, przybiegłemZłożyć cześć winną i ojcu i panu.

85 Ale Zulejka dotąd błądzi w gaju. —O! przebacz, ojcze! nie nasrożaj czoła!Wszakże prócz niewiast i stróżów seraju,Nikt się tam przedrzeć ni zajrzeć nie zdoła.«

Gniew zawrzał w Baszy: »Synu niewolnika,

90 Z niewiernej matki! — bo próżno od młoduSzukałem w tobie godnych mego roduUczuć człowieka albo wojownika! —Ty zamiast wprawiać do boju twe dłonie,Zawstydzać strzelców, wyzywać szermierze,

95 Ciskać dzirytem, lub ujeżdżać konie;Ty, Greku w duszy, jeżeli nie w wierze!Gotów iść wzdychać całe dni i noce,Gdzie jakaś woda w strumieniu bełkoce,Kwiat jaki pachnie, albo ptak świergoce!...

100 »Niechbyż przynajmniej to słońce promienne,Co tak twe oczy zachwyca bezsenne,Wlało ci swego choć iskrę płomienia,By i twą duszę obudzić z uśpienia! —

Lecz nie! ty okiem patrzałbyś nieczułem,

105 Choćby tu przyszły psie wojska pogańskie,Choćby ich działa grzmiały pod Stambułem;Nie! choćby wszystkie państwa ottomańskieZależeć miały od wsparcia twej dłoni,Nie śmiałbyś dotknąć zaostrzonej broni!...

110 »Precz! — niech twa słabsza od niewieściej rękaKręci wrzeciono, gdy się szabli lęka! —A ty, Harunie! śpiesz do córki mojej!Ten raz przebaczam — dla starości twojej,Lecz niech Zulejka raz jeszcze na nowo

115 Wyjdzie z nim kiedy, — odpowiesz mi głową!«

Selim nie wyrzekł słowa — ale z twarzy,Lecz z oczu jego łatwo myśli dociec.Wyrzuty Baszy i słowa szyderczePrzebodły duszę, jak włócznie mordercze;

120 »Syn niewolnika! — O podłość mię skarży! —Chce mię poniżyć! — najgrawać się waży!...Syn niewolnika!... Któż więc jest mój ojciec?«Temi myślami wrzał w duszy, a licePałały ogniem, a groźne źrenice

125 Błysły z pod powiek jak dwie błyskawice.

Giaffir spojrzał — i zląkł się widokuGniewnego syna; poznał, jak go drasłoUrągowisko, i w tym jego wzrokuDostrzegł lub przeczuł pierwsze buntu hasło.

130 »Pójdź, chłopcze! — Cóż to? nie chcesz odpowiadać?O! ja znam ciebie, umiem myśl twą zbadać —Szkoda, żeś bronią nie uczył się władać.Lecz niechno męska urośnie ci broda,A wiek odwagi albo siły doda,

135 Doczekam jeszcze pociechy, jak wróżę,Ujrzeć cię zbrojnym — albo spotkać może!...«I gdy to mówił z szyderczym przyciskiem,Wzrok dumnej wzgardy utopił w Selima.Selim nie zadrżał — i z urągowiskiem

140 Tak go nawzajem przejmował oczyma,Że Basza z trwogą obejrzał się wkoło,I ogniem wstydu oblało się czoło.Dlaczego? — Basza dobrze czuł i wiedziałPrzyczynę trwogi — lecz jej nie powiedział.

145 »Nie próżne — myślał — przeczucia, jak widzę,Żem nigdy jego nie ufał przyjaźni!Zrozumiał, odgadł, że go nienawidzę, —I... lecz dłoń jego nie warta bojaźni!Na łowach ledwo można go ośmielić

150 Potkać się z sarną, lub strzelbę wystrzelić;Cóż gdyby z ludźmi miał toczyć bój krwawy,Narażać życie dla zemsty lub sławy?...Tak! — gdyżbym zwierzchniej nie ufał pokorze,Tem mniej krwi związkom... krwi, co kiedyś może...

155 Ha! lecz on nie wie o tem!... Nic nie znaczy!Muszę podwoić czujność dostrzegaczy!...Giaur, pies pogański. Arab memu okuZnośniejszy stokroć od jego widoku!

»Lecz otóż słyszę głos Zulejki mojej! —

160 On mi wzburzoną duszę uspokoi:Miły mym uszom jak hurysek pienia!W niej widzę moje najsłodsze wspomnienia,Pierwszej, jedynej miłości zadatki:Droższa mi nawet, milsza od swej matki!

165 Moja nadzieja, chluba, szczęście moje!Jedna, co kocham, — i co się nie boję!

»Witaj, ty moja! ty Peri, bogini!Chłodna fontanna w piaszczystej pustyniMniej miła ustom spragnionym pielgrzyma,

170 Niż tyś jest zawsze przed ojca oczyma! —Pielgrzym nie może czuć wdzięczności więcej,Ni Prorokowi dziękować goręcej,Jak ja dlań w duszy za ciebie ją czuję,Jak ja mu zawsze, i teraz dziękuję.«

175 Piękna, — jak pierwsza ze stworzonych w raju,Gdy z zaufaniem, z weselem dziewiczemŚmiała się, patrząc w zakazanym gaju,Jak ją wąż okiem urzekał zwodniczemI blask swych oczu zaszczepiał w jej wzroku —

180 Źródło obłudy jej płci, i uroku!...Miła — jak sennej pociechy widzenie,Co łzy na jawie płynące osusza,Gdy w nieśmiertelne ubrana promienie,Duszę płaczących cieszy zmarłych dusza;

185 Tkliwa — jak pamięć miłości niewinnej;Czysta — jak wiara modlitwy dziecinnej

Była dziewica, cel ojca miłości,Który ją witał ze łzami — radości.

Któż nie doświadczył, jak trudno słów dźwiękiem

190 Dać uczuć piękność, z jej blaskiem i wdziękiem?Kto nie czuł patrząc — nim niesyte oczyMgła upojenia albo łza zamroczy, —Jak wzbudzający cześć i jak zwycięskiJest niewinności urok czarnoksięski!

195 Ona je łączy: w niej jednej zebraneKwitną powaby — jej tylko nieznane:Niebieskiej łaski świętość tajemnicza,Pogoda myśli, swoboda dziewicza,Dusza — muzyka tchnąca z jej oblicza!

200 I czułość, którą lada myśli wzruszą,I ach! oko, co samo już zda się być duszą! —

Skromnie na piersiach krzyżując ramionaI pierwszem tkliwem słowem ośmielona,Na szyję ojca zarzucając ręce,

205 Co jej wesołe pieszczoty dziecięceDzielił i wzajem odpłacał słowamiBłogosławieństwy i całowaniami, —Zulejka przyszła. — Giaffir czuł w duszy,Że zamiar jego miękczy się i kruszy.

210 Nie, by się troskał o przyszłem jej szczęściu,Czy je mieć może w wybranem zamęściu;Lecz myśl rozstania zamysłem zachwiała...Miłość ją wlała, — Duma pokonała.

»Zulejko moja! dziecię mej miłości!

215 Dziś się przekonasz, jak cię kochać muszę,Gdy, niepamiętny tęsknot samotności,W jakiej twa strata pogrąży mą duszę,Sam się ojcowskiej pociechy wyrzekę,Aby ci męża zapewnić opiekę:

220 Męża — którego, prócz chyba Padyszy,Nikt w państwach jego w niczem nie przewyższy.Bo choć moślemin mało o ród bada,Godna jest względu krew Kara-Osmana,Której potęga, z przodków przekazana,

225 Dzierżonym krajem jak dziedzictwem włada,

I w razie wojny ma na swe skinienieTymaryjotów dzielne pokolenie. —Z tej krwi Osmana wybrałem na zięcia:Dziedzic i bliski Oglu-Beja krewny.

230 O wiek nie będziesz dbała — jestem pewny, —Dziecku-bym mego nie zwierzył dziecięcia!Bogactwo twemu odpowiada wianu;A temi śluby złączona moc nasza,Urągać będzie ze śmierci firmanu,

235 Którego widok tak drugich przestrasza!I gdy najśmielszy, najmożniejszy baszaŚmie wprzód dać szyję, niż się oprzeć Panu, —My uczyć będziem sułtańskie Tatary,Jakiej nagrody warte takie dary! —

240  »Teraz, Zulejko! wiesz o woli mojej,Wiesz wszystko, co płci twej wiedzieć przystoi. —Do posłuszeństwa ojciec córkę skłania;Sam mąż niech żonę nauczy kochania!«...

Zulejka, milcząc, skłoniła oblicze —

245 Czy żeby ukryć zmieszanie dziewicze,Czy łzy, któremi czuła, że nie władła,I twarz, co w kolej płonęła i bladła,Gdy słowa ojca, jak strzały, przez uszyŚwiszcząc leciały i więzły w jej duszy.

250 Lecz ten rumieniec, ta bladość, ta żałość,Co oznaczają? — czy wstręt? czy nieśmiałość?Łza w pięknem oku tak słodko porusza,Że nawet miłość z żalem ją osusza;Skromny rumieniec tak twarz piękną krasi,

255 Że nawet litość niechętnie go gasi! —Czy to Giaffir czuł, czy nie obaczyłŁez i rumieńca, czy zważać nie raczył, —Trzykroć w dłoń klasnął — konia podać każe,Rzucił z rąk cybuch oprawny w klejnoty,

260 I szedł, gdzie zbrojne czekały go straże:Janczarów, spahów, mameluków roty.I śród nich śpieszy na pole gonitwy,Widzieć ich zręczność i wprawiać do bitwy. —

Sam Kizlar-Aga, na czele rzezańców,

265 Został na straży haremu i szańców.

Selim na dłoni wsparł czoło, i okiemZdawał się toczyć po morzu szerokiem,Gdzie, prąc się między Dardanelskie skały,Z szumem w pieniste popiętrza się wały.

270 Nie widział jednak ni morza, ni brzegów,Ni nawet Baszy wojennych szeregów,Co bliżej przed nim tocząc bój udany,To z koni twarde płatają turbany,To na dwie zręcznie rozbiegłszy się roty,

275 Biją na siebie stępionemi groty,A wrzask ich: »Ollah!« powietrze rozdziera;Selim nie słyszy, nie widząc spoziéra..W myśli mu tylko — córka Giaffira.

Zulejka nie śmie przerywać milczenia,

280 Lecz smutek myśli zdradzają westchnienia.Selim wciąż z okna patrzał zamyślony,Niemy, i blady, i nieporuszony.Próżno nań siostra spogląda ciekawie:Nic nie wyczyta w tej zimnej postawie!

285 Smutek jej równy, ale go pokrywa.W sercu dla brata tchnie miłość tak tkliwa,Że wstyd dziewiczy, sama nie wie czemu,Nie dał jej dotąd wyznać — nawet jemu.Teraz-by chciała — chce mówić... daremnie!

290 »Tak smutny! tak się odwraca odemnie! —Nie tak bywało za każdem spotkaniem;Czyż się raz pierwszy tak zimno rozstaniem?«...Trzykroć komnatę obeszła dokoła,Patrząc na niego; — on nie zwrócił czoła;

295 Ledwo nie płacząc, pochwyciła dłoniąUrnę stojącą z róż arabskich wonią,I wonnym deszczem prysnęła z niej wkołoNa strop, na ściany — i Selima czoło!...Krople po twarzy stoczyły się zbladłéj,

300 I z szat złocistych na pierś jego spadły;

On się nie wzruszył, nie zwrócił baczenia,Jakgdyby lice i pierś miał z kamienia.»Co? jeszcze smutny? — ach! któż to wytrzyma!Taka nieczułość i — to od Selima!...«

305  Wkrąg gmachu kwiaty najrzadsze na WschodzieKwitły w naczyniach, jak w sztucznym ogrodzie.»On lubi kwiaty! — może z rąk mych przyjmie?...Musisz się rozśmiać, mój luby Selimie!«Ledwo dziecinna myśl przyszła do głowy,

310 Kwiat był zerwany, i bukiet gotowy:Z nim się pocichu zbliża niewidziana,I u stóp brata ugięła kolana.»Słowik tę różę przysyła za posła,By ci pociechę i radość przyniosła;

315 I sam prócz tego, jak jej obiecywał,Będzie noc całą dla Selima śpiéwał.I z wszystkich piosnek, co umie na wiosnę,Wybierze same wesołe i głośne,Z miłą nadzieją, że, jak on swe tony,

320 Odmieni myśli Selim zasmucony. —

»Co? nie chcesz nawet przyjąć mego kwiatu? —Jest-że gdzie siostra bardziej nieszczęśliwa,Coby nie mogła ulgi przynieść bratu,Którego smutek serce jej rozrywa?

325  »O! nie patrz na mnie oczyma takiemi! —Któż cię nademnie kocha na tej ziemi?...Bracie mój drogi! — obym droższe imięWynaleźć mogła! — mój luby Selimie!Podziel twój smutek ze mną! lub przynajmniej —

330 Jeśli się gniewasz — powiedz, że nie na mnie.Pójdź, usiądź! głowę skłoń na piersi moje!Ja całowaniem twą boleść ukoję,Gdy cię ni płochy żart mój nie rozśmieszył,Ni mój zmyślony słowik nie pocieszył.

335 »Wiem, że nasz ojciec niekiedy zbyt ostry:Aleś ty takim nie bywał dla siostry!Wiem, wiem, że ciebie nie kocha jak syna:Ale czyż Selim o mnie zapomina?...»Ach! może zgadłam? — tyś jest nierad z planu

340 Owego związku z Bejem Karasmanu?...Może ku niemu masz powód urazy?...Powiedz mi tylko! Pomimo rozkazyOjca — przysięgam na Mekki ołtarze,Jeśli się na nie przysięgać odważę, —

345 Że bez porady, bez woli SelimaNikt mnie — sam nawet sułtan nie otrzyma!»Myślisz, że zniosę oddalenie twoje,Lub mogę serce rozedrzeć na dwoje?Któżby nam został — jeśli się rozdzielem —

350 Mnie przewodnikiem, tobie przyjacielem?Nie, nie! dzień taki nie błyśnie na niebie,Coby mą duszę oderwał od ciebie!Nie! — sam Azrael — on, którego ramięWszystko na świecie rozrywa i łamie,

355 Gdy się na jedno z nas dwojga zamierzy,Uczuje litość, — oboje uderzy!«

Ożył — odetchnął, — z lic ogień wytrysnął...Podniósł dziewicę, do piersi przycisnął.Gniew, boleść znikła...

360 Z oczu niezwykłaRadość, jak jasność, błysła spojrzeniem,Myśli promieniem,Uczuć płomieniem.Jak woda z gór lecąca,

365  Gdy ją ciasny brzeg zwęzi,Wyrywa się iskrzącaZ pod wierzbowych gałęzi;Jako piorun, gdy z góryOgniem błyśnie w obłoku:

370  Tak z pod brwi tej ponuréjDusza błyszczy w tem oku. —Na dźwięk trąby koń wrzący,Na wrzask łowów lew śpiący,Na krzyk buntu szalony

375  Tyran ze snu zbudzony,Mniej gwałtownie się wzruszy,Mniej uczuje sił w duszy,Jak Selim, słysząc przysięgę dziewicy,Słysząc wyznanie uczuć tajemnicy! —

380  »Teraz tyś moją! tyś na wieki moją!Bóg sam nas chyba, nie ludzie rozdwoją.Mojąś na wieki! — ta święta przysięga,Coś ty wyrzekła, oboje nas sprzęga. —Dobrze zrobiłaś! bo przez to wyznanie

385 Niejedna głowa na karku zostanie!...

Lecz ty się nie trwóż! — póki miecz w mej dłoni,Żaden włos nigdy nie spadnie z twej skroni;Strwożyć cię nawet nie miałbym zamiaruZa wszystkie skarby pieczar Istakaru!...

390  »Z innych się przyczyn gniew w sercu mem warzył:Giaffir dzisiaj zelżył mię, znieważył,Nikczemnym prawie nazwać się odważył!...Ha! teraz pora okazać mu w czynie,Jaka krew w synu niewolnika płynie! —

395 Drżysz?... On tak nazwał! — lecz serce Selima,Choć się nie chełpi przed ludzi oczyma,Jeszcze mu w słowach i czynach dotrzyma!»Ja synem jego?... Lecz ukój twą trwogę! —Przez ciebie jestem nim, — albo być mogę;

400 Tymczasem pomnij, by przysięgi naszejNiebaczne słowa nie zdradziły Baszy! —»Znam ja nędznika, co u GiaffiraRęki się twojej i wiana napiéra;Podlejszej duszy i skarbów niezmiernych

405 Gorzej zebranych nie ma kraj niewiernych:Chciwszy od Greka, trwożliwszy od Żyda!Gorszego nadeń Egripo nie wyda!...»Lecz dosyć o tem! — Okiem ni językiemPomnij tajemnic nie zdradzić przed nikim!

410 Na resztę środek znajdziemy w potrzebie.Osmana Beja ja biorę na siebie! —»Słuchaj, Zulejko! — raz pierwszy wyznaję...Słuchaj! — nie jestem, czem się być wydaję.

Tyś mi do szczęścia otworzyła drogę...

415 Mam broń, przyjaciół, — zawady znieść mogę!«

»Co? ty nie jesteś, czem się być wydajesz?...Dziwne mi dzisiaj zagadki zadajesz! —O! mój Selimie! skąd ci ta odmiana?Byłeś tak dobry, tak wesół dziś z rana! —

420 Czem cię tak mogły wzruszyć moje słowa?...Że ja cię kocham — czyż to rzecz ci nowa?Kocham! jak kochać nie można goręcej,Zawsze jednako — bo nie umiem więcej!Innego szczęścia, nie wystawiam sobie,

425 Jak by cię widzieć, słyszeć, być przy tobie, —I stąd dzień lubię, a nocą się brzydzę:Że noc nas dzieli, a we dnie cię widzę. —I gdybym mogła na przyszłość wybierać,Z tobą chcę tylko i żyć i umierać;

430 Ciebie pocieszać, doglądać, piastować,Bawić, usypiać, uściskać, całować...Tak, tak! jak teraz — jak teraz!... Już dosyć!Dosyć, Selimie! — w twych ustach żar tleje! —Nie, nie! nie mogę! — ach! przestań mię prosić!...

435 Ja sama nie wiem, co się ze mną dzieje!...Obym tak zawsze być mogła przy tobie;Strzec twego zdrowia, doglądać w chorobie,Rządzić twym domem — nie trwoniąc ci mienia,Lub dzielić nędzę — bez łez, bez cierpienia,

440 I wszystko czynić i pełnić z pośpiechem,I wszystko cierpieć i znosić z uśmiechem!...Jednej ci tylko nie oddam posługi:

Oczy twe kiedyś niech zamknie ktoś drugi!...Bo wiem, że umrę, mając to oglądać. —

445 Mogęż co więcej — ja zrobić, ty żądać?...

»Lecz, mój Selimie, powiedz mi, dlaczegoTy się tak ojca obawiasz naszego,Aby się naszych uczuć nie dowiedział? —Ja milczeć będę — boś ty mnie powiedział,

450 Lecz czemużbyśmy ojcu nie ufali?...I to mi także powtórz zrozumialéj,Coś wprzód namienił o sobie, o broni,O przyjaciołach. — Kto są? gdzie są oni?

»Jabym wolała ojcu się otworzyć!

455 Gniew-by mię jego nie zdołał zatrwożyć. —Lecz za cóż gniewy? — Ach! nie! on pozwoli,On mię zostawi panią mojej woli! —Cóż w tem dziwnego, jeślibym życzyłaByć dla cię zawsze, jak-em dotąd była?

460 Że odłączoną od ludzi i świata,Świat i mąż obcy przeraża mnie trwogą?Że nieznająca nikogo prócz brata,Prócz niego kochać nie mogę nikogo?...Czyżby te dotąd uczucia bez winy

465 Grzechem dziś były? — lub z jakiej przyczynyMybyśmy dzisiaj prawdy się wstydzili,Cośmy jak cnotę kochali i czcili?...

»Wiesz sam, Selimie, jak za fraszkę ladaOjciec wnet na cię w zapalczywość wpada:

470 Cóż, gdybyś słuszne dał do niej powody?...Strzeż nas, Allahu! od takiej przygody! —Ta tajemnica, nie pojmuję czemu,Jakby grzech jaki cięży sercu memu!...Tyś ją narzucił — miej litość nademną!

475 Zdejm ją, lub rozwiąż tę zagadkę ciemną,Lecz nie zostawiaj w tych myślach i trwodze!...

»Ach! Czokadera już widzę na drodze;Ojciec nasz wraca!... Jak mi serce bije!Czuję, że wszystko z mej twarzy odkryje...

480 Nigdym nie drżała na spotkanie jego —Dziś drżę — i nie wiem... ty powiedz, dlaczego?«

»Odejdź! ja sam tu spotkam Giaffira.Będziem, jak zwykle, rozmawiać przy świadkachO dżumie, wojnie, firmanach, podatkach,

485 I o złych wieściach z obozu Wezyra:Jak stojąc mężnie nad brzegiem Dunaju,Czas nieczynnością, a lud głodem traci,Za co mu kiedyś giaur złotem zapłaci,Jeśli wprzód jeszcze, za tę miłość kraju,

490 Sułtan mu stryczka nie przyśle z seraju...To zwykły przedmiot rozmów — i w tej chwiliO niczem innem nie będziem mówili.

»Ale pamiętaj! że skoro o zmrokuBęben na hasło spoczynku uderzy,

495 Selim cię czeka u drzwi twojej wieży! —Zakryci nocą od dozorców wzroku,Możem bezpiecznie do jutra, do wschodu,

Błądzić samotnie wśród wałów ogrodu.Strome, — szpieg na nie nie wedrze się snadnie,

500 A choćby wdarł się, — mam sposób, że spadnie.Wtedy się dowiesz o losach Selima,Czego nikt o nim ani wie, ni mniéma. —Ty się mnie nie bój! zawierz sercu memu!Wiesz, że mam klucze tajnych drzwi haremu...«

505 — »Ja się bać ciebie?... Z twych ust taka mowa?...»O! mój Selimie!...«— »Nie trać chwil na słowa!Mam klucz haremu — straż rygle odsunie.Umiałem wzbudzić przychylność w Harunie.On nas nie zdradzi — zaufaj mu śmiele!

510 Dziś ci odkryję mój los, moje cele. —Ale, Zulejko! — pomnij, że nie taję,Żem rzekł: nie jestem, czem się być wydaję«.

Wiatr, hucząc, wzdyma Hellespontu wody,Jak w owej strasznej i pamiętnej nocy,

515 Gdy, urągając z fal i niepogody,Piękny, szlachetny, odważny i młodyKochanek w bogów zaufał pomocy,I sam zwiedziony nadzieją opieki,Nadzieje lubej omylił na wieki!

520  Lecz ach! gdy ujrzał, że z wieży jej wierzchuHasło jej, lampa, połyska się w zmierzchu:Cóż, że mógł widzieć, jak niebo się chmurzy,Że go krzyk ptastwa ostrzegał o burzy?Że wiatry w górze, ryk wałów u dołu,

525 Zdały się grozić i radzić pospołu?On, pełen uczuć i nadziei błogich,Nie baczył znaków, ni głosów złowrogich;Na światło tylko kochanki spoglądał,Gwiazdę miłości! — i innych nie żądał;

530 Kochanki tylko śpiew słyszał zdaleka:»Śpiesz się, mój luby! kochanka cię czeka!«...Stara to powieść, lecz zawsze i wszędzieMiłość ją lubić i powtarzać będzie.

Wiatr dmie od morza, i w paszczę ciaśniny

535 Prze wał po wale, pieniący się, siny,I noc ponurą rzuciła zasłonęNa pola, niegdyś tylą krwi zbroczone,Gdzie stare grody Pryjama świeciły: —Dzisiaj pustynia, gruzy i mogiły!

540 Jedna znikłej potęgi i chwały oznakaPrócz nieśmiertelnych marzeń ślepego żebraka!

Oby mi jeszcze dano na te brzegi wrócić,Gdziem raz już proch ich święty deptał stopą młodą;Łamać się, jak-em łamał, z Hellespontu wodą,

545 I z tobą, wieszczu grecki! cieszyć i smucić!

We wszystkiem widzieć ślady dzieł dawnych rycerzy,Wierzyć, że w każdym grobie proch półboga leży;Myśleć, że jako przed ich, przed memi oczymaTeż góry błękitnieją, toż morze się wzdyma;

550 Żyć ich myślą, ich czuciem, ich wiekiem! — Któż z ludzi,Raz tak marząc, dla wieszcza wiecznej czci nie wzbudzi?

Pomrok okrywa ziemię i morze, — nim wznidzie,Hako dziewicza jego bogini na Idzie,Ów księżyc, co stąd niegdyś, patrząc skróś ciemnoty,

555 Przeglądał mury Troi i Greków namioty.

Nie klną mu dziś na zdradę śpieszący rycerze,Lecz błogosławią dotąd spokojni pasterze.Na zielonym pagórku pasą się ich trzody —Grób to jest Achillesa! ołtarz jego chwały!

560 On, przed którym bił czołem Macedończyk młody!Który króle wieńczyły, sławiły narody!Grób, pomnik bohatera! — jak ciasny, jak mały!...Dzieł jego i imienia zapomniał lud płochy,Przez rozpadłe kamienie wiatr wydmuchał prochy;

565 Obcy chyba przychodzień, dumając w milczeniu,Westchnie nad nim — i ducha wezwie po imieniu!...

Późno dziś, późno księżyc rozweseliSmutny pasterza nocleg, i ośmieliBłędną rybaka łódź, który inaczéj

570 Brzegów, ni drogi do niej nie zobaczy.Chmurą się gwiazdy zakryły przewodnie,Wzdłuż brzegów morskie pogasły pochodnie;Z Zulejki tylko samotnej komnatyMdłe światło lampy miga się przez kraty.

575  W złotym kagańcu ta lampa się pali,Z góry u stropu zwieszona śród sali;Na sofach z tkani perskiego przędziwaLeżą w nieładzie, ale pełnym wdzięku,Tu bursztynowe różańca kaliwa,

580 Z których woń cudna rozlewa się w ręku,Ówdzie, w szmaragdów promienie objęty(O! jak zła wróżba, że go zapomniała!),Z tekstem Koranu amulet jej święty,Co go jej matka przed skonaniem dała,

585 By słów wyrytych mocą tajemnicząŚwiecił jej duszy gwiazdą przewodniczą.I bliżej przy nim — Alkoran otwartyZłotem barwnemi połyska się karty;

I dalej nieco, zwoje lżejszej treści,

590 Perskich poetów pieśni i powieści;I na nich wsparta, brzmieć niemi lubiąca,Spoczywa lutnia — rzadko tak milcząca.Śród izby kwiaty, świeżą tchnące wiosną,Z japońskich naczyń jak ze śniegu rosną,

595 I wszystkie zmysły czarują od razuBarwą Kaszmiru i wonią Szyrazu. —Wszystko, co tylko natura i sztukaPięknego stworzy, miłego wyszuka,Wszystko się zbiegło w tej wdzięków świątyni —

600 I wszystko tylko smutniejszą ją czyni,Gdy w niej nie widać kapłanki — bogini!Gdzież ona? — mogłaż rzucić ją w tej porze,Gdy taka noc, wiatr taki, i burza na dworze?...

W szacie czarniejszej niż tej nocy cienie

605 (Żadna z cór gminu równej nie używa),Którą ramiona i pierś swą okrywa,Pierś, Selimowi droższą nad zbawienie;Po krętych ścieżkach, krzewami zarosłych,Drżąc na świst wiatru, na szum drzew wyniosłych,

610 Co wkoło z skrzypem chylą się ku ziemi;W ciemności, mgłami zwiększonej morskiemi,Z wytężonemi przed siebie oczyma,Niepewnym krokiem szła obok Selima.I chociaż serce do powrotu radzi,

615 Choć w niem złych przeczuć potłumić nie może,Czyż go samego zostawi w tej porze?Czyż się ma lękać, gdy on ją prowadzi?

Doszli do groty, którą w łonie skałySztuka z naturą wspólnie wykowały;

620 Gdzie nieraz w chwilach wieczornych lub rannych,Lub w skwar, świeżego szukając powiewu,Słuchała morza harmoniji szklannych,Lub głos swej lutni budziła do śpiewu;Albo się ucząc z Koranu miejsc świętych,

625 W marzeniach, wiary prostotą natchniętych,Roiła obraz rozkoszy niezmiernych,Jakie raj przyszły gotuje dla wiernych, —Gdzie duszom niewiast przybytek oznaczył,Prorok im o tem powiedzieć nie raczył;

630 Lecz jeśli Selim miejsce w nim otrzyma,Czyż raj ten byłby rajem dla Selima,Czyżby go przyjął, i w nim się weselił,Gdyby z nią jego rozkoszy nie dzielił?...Jest-że huryska, któraby zdołała

635 Kochać go tyle — jak ona kochała?...

Od ostatniego niewidzenia grotyZda się w niej jakąś spostrzegać odmianę;Może to ciemność odmienia przedmioty,Przy świetle tylko dnia dotąd widziane? —

640 Z wpół przygasłego na środku ogniskaMdłe ledwo światło na ściany odbłyska.Patrzy ciekawie, — lecz czegóż tak zbladła? —Na dziwny widok źrenica jej padła!W głębi stos broni! — nie broń muzułmanów!

645 Zamiast jańczarek, łuków, ataganów,Znać strzelbę obcą z kształtu i oprawy!Proste pałasze... przebóg! jeden krwawy!...Blask się od niego odbija czerwono.Na stole widzi czarę postawioną,

650 Ach! nie sorbetem zda się napełnioną!...Strach ją ogarnął — chce pytać Selima,Zwraca się... On-że to przed jej oczyma?...

Szat swych zasłonęRzucił na stronę —

655 Na skroniach jego, zamiast turbanu,Szal okręcony,Jak krew czerwony,Dwoma końcami zwisa do stanu.W pasie z rzemienia, z obojej strony,

660 Zamiast nagłowia złotych sztyletów,Zdobnych w kamienie godne korony,Błyszczy żelazo dwóch pistoletów.U boku prosty miecz przypasany;Z ramienia krótki, w fałdy zebrany,

665 Z rozwieszonemi na dół wyloty,Powiewa śnieżny płaszcz Kandyjoty.

Na piersiach kaftan — lecz z pod kaftana,W srebrzyste łuszczki zręcznie łamana,Zbroja od pasa sięga kolana;

670 Dalsza w poziomem świetle ogniska,Greckim koturnem stopa połyska. —Gdyby nie wyraz oczu i twarzy,Gdyby nie ogień, co się w nich żarzy,Rzekłbyś, że prosty galjongi grecki,

675 Lub że na lądzie arnaut zbójecki.

»Widzisz! nie jestem, czem się być zdawałem! —A teraz mojej posłuchaj powieści!...Jeżeli smutna, nie ja ją pisałemOgniem mych wstydów i łzami boleści;

680 Moja rzecz tylko: prawdę jej okazać,I krwią mych wrogów dopisać — i zmazać!»Tyś pierwsza na jej słuchaczkę wybrana. —Przysięgłaś nie być małżonką Osmana;Lecz gdyby usta twe dziś nie zdradziły

685 Tajemnic serca, jak ci jestem miły, —I jabym strasznych nie rozwarł skrytości.Nie bierz słów moich za dowód miłości!Nie! — ja-ć jej czynem dowiodę w potrzebie,Życiem dla ciebie, lub śmiercią za ciebie!

690 Tyś mi przysięgła nawzajem... dość na tem! —Ha, — ja, Zulejko! — nie jestem twym bratem«...

»Ty nie mym bratem?... Boże! — O! ja biedna!...Lecz nie! — ty możesz... jeszcze czas zaprzeczyć!...Milczysz?... Więc mam-że pozostać tak jedna,

695 I żyć, by płakać, bo nie śmiem złorzeczyć,Że się sierotą na świat narodziłam?...Ale się zlituj nad niedolą moją!Mnie pozwól zostać przynajmniej, czem byłam,Siostrą, Zulejką, przyjaciółką twoją!...

700  »Lecz ty mnie kochać nie zechcesz już dłużéj!Zdawna mi serce coś jakby śmierć wróży. —Może ty nawet masz zemsty zamiary?Może mię zabić chcesz śród tej pieczary?Ach! dobrze! zabij! — lepiej raz być w grobie,

705 Niż żyć tak obcą, nienawistną tobie!...Ach tak! — bo teraz pojmuję, dlaczegoGiaffir zawsze był z tobą tak ostry;On cię obraził, a jam dziecię jego! —Nie! ty nie możesz kochać mnie jak siostry.

710 Ale miej litość nad biedną dziewicą!Pozwól przy sobie choć być niewolnicą!«

»Ty niewolnicą? — O! nie! mnie to raczéjTwym niewolnikiem pozostać na wieki! —Ale pohamuj ten zapęd rozpaczy!

715 Klnę się na świętość Medyny i Mekki:Nikt cię, nikt z mojej nie wydrze opieki!I niech tak święty tekst na mem żelazieNa twą obronę, w niebezpiecznym razie,Ramieniu memu dodaje potęgi,

720 Jak ja tej święcie dochowam przysięgi!»Tak! bądź spokojna! — choć odmieniam imięKtóre tak twemu sereu było drogiem,Miłości brata nie tracisz w Selimie.Choć ojca twego zwać muszę mym wrogiem,

725 Bliższe, niż myślisz, łączą nas ogniwa:Słuchaj, i zadrżyj! — bo powieść straszliwa.»Abdalla było imię mego ojca,Giaffir jego brat — i bratobójca!

Brat zajrzał bratu potęgi — i zabił,

730 By urząd jego i skarby zagrabił!Lecz mnie, sierotą zrobiwszy w powiciu,Mnie — nie wiem czemu — zostawił przy życiu,I dotąd zdradą uwodząc nikczemnie,Czegóż prócz zdrady ma czekać odemnie? —

735 Kazał mi zwać się — i sam zwał mię synem,Fałsz słowa każdym okazując czynem.Strzegł mię, jakgdyby potomka Kaima,Lub jak lwię młode, co kto w klatce trzyma,Upokorzeniem gnębiąc siłę ducha,

740 By ją uczuwszy nie zerwał łańcucha! —»Krew ojca mego wre we mnie i wołaO pomstę w duszy, jakby głos anioła!Mógłbym się pomścić, lecz uśmierz twą trwogę!Dla ciebiem wszystko przebaczyć gotowy,

745 Wszystko — krew ojca i moje okowy, —Lecz już w nich dłużej pozostać nie mogę.Nie! — Lecz wprzód słuchaj! — choć wbrew twej boleści,Muszę dokończyć ciąg strasznej powieści. —

»Skąd się w nich bratnia zawzięła nienawiść?

750 Co ją zrodziło? — łakomstwo czy zawiść?Nie wiem; — lecz często pożar nieprzyjaźniW gwałtownych sercach lada skra rozdrażni.»Abdalla w męstwie nie znalazł równego.W Bośniji dotąd brzmi sława dzieł jego,

755 Gdzie, mieczem jego zwycięsko ścigana,Pierzchała przed nim dzicz Oglu-Paswana.Lecz o tem zinąd możesz się dowiedzieć —Śmierć tylko jego ja muszę powiedzieć,I jak to rodu mojego odkrycie

760 Dało mi wolność, — choć zatruło życie.

»Gdy Paswan Oglu, z buntownemi tłumy,Naprzód z obawy śmierci, potem z dumy,Wszczął bój z Padyszą i po latach wieluMorderczych bitew, bez skutku i celu,

765 Twierdze Widdynu owładał nareszcie, —Bracia baszowie obiegli go w mieście.Równi znaczeniem i z władzą podobną,Każdy swem wojskiem dowodził osobno.Z dwóch stron do szturmu iść miały ich roty;

770 Już obu wojskom plac bitwy wskazano;Dla obu wodzów rozbito namioty:Lecz ach! napróżno Abdalli czekano!...

Cóż mówić więcej? — Puhar z ręki brata,Z jadem ukrytym, jak myśl jego serca,

775 Posłał Abdallę do lepszego świata, —Dóbr tego tylko zazdrości! morderca!»Abdalla nie czuł podejrzeń bojaźni,Znać, że o bratniej nie wątpił przyjaźni.I gdy po łowach, po dniu skwarnej spieki,

780 Wieczorem w łaźni orzeźwiał się z znoju, —Brat przysłał czarę chłodnego napoju...Skosztował kroplę — i zasnął na wieki!Jeśli ci trudno zawierzyć mej mowie,Spytaj Haruna! — on świadek! on powie!

785  »Czyn raz spełniony — i władza PaswanaZachwiana z gruntu, choć niepokonana:Urząd, paszalik, i skarby AbdalliMordercy brata jak bratu oddali!...»Nie wiesz, co w naszym Dywanie niecnota

790 Dokaże mocą intrygi i złota!Wprawdzie zbyt drogo tę łaskę opłacił:Rozsypał wszystko, czem go mord zbogacił,Ale wnet umiał odzyskać, co stracił!Jak? — spytasz może! — Patrz na te pustynie,

795 Patrz na te ludy konające z nędzy!Z krwi, z łez ich tyran ładuje w swe skrzynieStosy klejnotów i wory pieniędzy!

Ale dlaczego mnie życie ocalił?Czemu nie wygnał? z ócz swych nie oddalił?...

800 Nie wiem — i nawet zgadywać daremnie.Może zgryzota dręcząca tajemnie,Może nadzieja przebaczenia winie,Gdy krzywdę ojca poprawi na synieI wzięte jemu mnie wróci bogactwa,

805 Może cel jaki, lub powód dziwactwa,Złączone z małem ważeniem mej siły,Uśpiły bojaźń, i mnie ocaliły:Nie wiem. Lecz przyszedł dzień zdawna żądany,Że nas łączące czas zerwać kajdany!

810 Mściciela we mnie czuć musi zabójca,I ja nie mogę przebaczyć krwi ojca!

»W pałacu jego, śród haremu progów,Z między tych nawet, z którymi chleb łamie,Znam wielu tajnych Giaffira wrogów:

815 Mógłbym do zemsty uzbroić ich ramię.Dość, bym rzekł słowo, i ród mój powierzył,Każdyby mieczem lub nożem uderzył.Lecz Harun dotąd jeden wie, lub wiedział,Tę tajemnicę; — on mi ją powiedział;

820 Nie dość — o prawdzie słów swoich przekonał.Z młodu w pałacu Abdalli sprawowałTen, co tu, urząd. Harun mię wychował,Kochał Abdallę — widział go, gdy konał!

Lecz cóż mógł biedny niewolnik poradzić?

825 Zemścić się pana? — czyn już był spełniony;Czy mnie ocalić, chronić i prowadzić?Wybrał ostatnie; i gdy otoczonyNiewolnikami, którzy przed nim drżeli,Lub pochlebcami, co łask jego chcieli,

830 Giaffir łupy rozdzielał zbrodnicze, —Przyniósł mię dzieckiem przed jego oblicze.I nie napróżno znać że się domagałŁaski, o którą na kolanach błagał.Przysięgą tylko związał się wzajemną,

835 Kryć mnie przed światem, i ród mój przedemną.

»Wkrótce Giaffir paszalik swój zmienił,I z Rumeliji, z nad brzegów Dunaju,Gdy ją swem zdzierstwem wyssał i wyplenił,Jak sęp przeleciał do świeżego kraju,

840 Tu, gdzie jesteśmy, w ten ogród rozkoszy,Co go dziś własny lud klnie, on pustoszy!Sam Harun, z dawnej niewolników zgrai,Przybył z nim tutaj — zyskał ufność pana:Widząc, jak święcie tajemnicę tai,

845 Przestał się lękać, że mu była znana.Lecz tajemnica zbrodniarza i zbrodniCięży jak łańcuch na sercu człowieka;By się jej pozbyć, pory tylko czeka.Skorom wzrósł, Harun uwolnił się od niéj.

850 Tak Allah nieraz zbrodniarzom udzielaSług, wykonawców, — nigdy przyjaciela.

»Com rzekł, Zulejko, dziko razi uszy,Lecz dzikszą jeszcze być musi ma powieść.

Nieradbym głębiej rozraniać twej duszy,

855 Ale ci muszę szczerości mej dowieść.»Widziałem drżenie, gdyś strój mój spostrzegła;Noszę go zdawna, długo muszę nosić!Ten, komuś dzisiaj na wiarę przysięgła,Co cię o trwałość przysięgi śmie prosić:

860 Jest... hordą morskich korsarzów dowodzi;Bez praw — prócz miecza; bez domu — prócz łodzi;A których czyny i o nich powieściNie są dla uszu i duszy niewieściéj!»Broń tę, co widzisz, ich dłoń tu przyniosła,

865 Na znak mój blisko czekają ich wiosła, —I na nich czeka ta czara na stole.Z niej krzepią męstwo — mniejsza! jakim płynem;Pijąc, nie pomną na Proroka wolę: —Ach! gdybyż tylko kalali się winem!

870  »Jestem ich wodzem; — czemże miałem zostać?Gnębiony w domu niewolą i sromem,Znikąd pociechy niemogący dostać,Wyśmiany, gdym jej chciał szukać za domem:W gnuśnej się nudzie młody wiek mój trwonił.

875 Giaffir miecza i konia mi wzbronił!Choć nieraz — Allah! ty wiesz, ile razy! —W pełnym Dywanie śmiał tyran urągać,Jakbym ja ostrza lękał się obrazy,Lub nie miał siły wędzidła zawściągać!

880 Na wojnę nawet brać z sobą nie raczył:Na wieczną nicość, na wzgardę przeznaczył,Bym bez nadziei, bez siły, bez chwały,Śród niewolników przegnuśniał wiek cały!Gdy ty — ty! której przychylność i wdzięki

885 Choć słabiąc duszę, słodziły jej męki —

Na zamek Brusy zasłana spokojny,Gościć w nim zwykłaś do skończenia wojny!...»Harun naówczas, widząc, jak mię nękał,Jak mię bezczynny każdy dzień przywalał,

890 Wzruszył się, — kary, śmierci się nie lękał,Więźniowi użyć swobody pozwalał;Puszczał samego, ufny memu słowu,Że wprzód niż Basza — w pęta wrócę znowu.Próżnoby mówić, com czuł, com doświadczył,

895 Gdym po raz pierwszy na wolnym przestworzeWolnem powietrzem odetchnął, obaczył,Błękitne niebo i szerokie morze!Nawskróś ich dusza leciała jak strzała,Wszystkie ich cuda pojęła, zbadała!...

900 Do czegóż wtedy nie czułbym się zdolny?Silny, szczęśliwy, równy bogom — wolny!...Znikł z myśli obraz cierpień i katuszy...Świat — o! nie! — niebo czułem w mojej duszy!

»Harun naraił sternika murzyna,

905 Biegłego w sztuce i wiernego panu;Ster nasz zwabiła wysp greckich drużyna,Pas szmaragdowy szaty oceanu!

Każdą z kolei zwiedziłem tajemnie.Lecz gdzie, jak hordę spotkałem, i kiedy

910 Obrany wodzem, przysiągłem wzajemnieŻyć nim lub zginąć, — opowiem ci wtedy,Gdy wszystko dzisiaj zamierzone skończym,Odetchniem wolno, i z nimi się złączym.

»Wprawdzie, Zulejko! są to rozbójnicy,

915 Równie w uczuciach, jak zwyczajach dzicy,I każda wiara, i różne plemiona,Mają, lub mogą mieć wstęp do ich grona, —Lecz dzielna ręka i otwarta mowa,I dusza śmiała, na wszystko gotowa,

920 Co na nic strachu nie spojrzy oczyma,I przyjaźń, którą jeden z drugim trzyma,I wspólna ufność i wierność bez skazy,I posłuszeństwo na wodza rozkazy,Łatwoby mogły otworzyć im drogę

925 Do wyższych celów, niż ja wskazać mogę.Wielu z nich nawet — a wszystkich zbadałem,Znaczniejszych czucia lub myśli zapałem:Chociaż do rady tych raczej przyzywam,W kim większą Franków przebiegłość odkrywam. —

930 Wielu z nich nawet roi wyższe cele:Są to greckiego Lambra przyjaciele.

Dusza ich, zamiast używać swobody,Jakiej im żadne nie dadzą narody,Niewolą tylko Grecyji zajęta:

935 I czy wkrąg masztu legną na pokładzie,Czy wkrąg ogniska zasiądą w gromadzie,Rozmowa zawsze: jak skruszyć jej pęta?Jak wskrzesić z grobu ducha dawnych GrekówI w krwi tyranów zmyć wstyd tylu wieków?...

940 Pozwalam gwarzyć i słucham zdaleka,Jak rozprawiają o prawach człowieka,I o wolności, której świat wygląda,I o równości, której próżno żąda!...Słucham z uśmiechem, i marzę sam w sobie:

945 Ach! i ja kocham wolność, choć w różnym sposobie!

»Obym mógł bujać jak ów patryjarcha morza,Lub koczować jak Tatar śród pustyń przestworza!Lekki namiot na brzegu, lotna łódź nad wody,Milsze mi są nad wszystkie pałace i grody.

950 Na grzbiecie wzdętej fali, na dzikim rumaku,Na otchłaniach bez brzegu, na stepach bez szlaku,Nie dbam, gdzie wiatr popędzi, gdzie koń zwróci wodze,Ty tylko, gwiazdo moja! przyświecaj mej drodze!

Ty, gołąbko pokoju! przodkuj mojej łodzi

955 I gałązkę oliwną przynieś z nad powodzi!Lub, gdy dla niej pokoju niema, prócz rozbicia,Świeć mi przynajmniej tęczą w burzach tego życia!Promieniem, który pomrok nocnych chmur rozganiaI proroczo jutrzejsze zwiastuje zarania!

960  »Święte, jak muezzina wołanie z wież Mekki,Na które ze czcią pielgrzym przyklęka daleki;Miłe, jak nuta pieśni znana z lat dziecinnych,Wspomnieniem ich słodząca gorycz wszystkich innych;Drogie, jak wygnańcowi dźwięk ojczystej mowy,

965 Będą mi wszystkie twoje słowa i rozmowy!Dla ciebie na tych wyspach wynajdę schronienie,Kwitnące jako w nowo stworzonym Edenie;Tysiąc rąk, tysiąc piersi, tysiąc serc uzbroję,By cię strzegły, służyły na skinienia twoje!

970 Na ich czele, przy tobie, zbiegłszy ląd czy morze;Łupy krajów i ludów u stóp twoich złożę!Czyż się pieszczot haremu, gnuśnych i jednakich,Zrzec nie warto dla trudów, dla rozkoszy takich?Cóż, że patrząc w mą dolę, widzę, lecz nie blednę,

975 Niebezpieczeństw tysiące, szczęście tylko jedne:Miłość twoję? — ach! ona wszystko mi nagradza!Niech mię los prześladuje, niech przyjaciel zdradza,Najczarniejszy mrok duszy ta myśl rozpromieni:Wszystko się odmieniło, jej nic nie odmieni;

980 Niech tylko moc twa — mocy duszy mej dotrzyma,Niech twa miłość dorówna miłości Selima,Potrafim zdwoić rozkosz, smutek rozweselić,Pokonać lub znieść wszystko, byle się nie dzielić!

»Raz stargawszy me pęta, z przyjacioły memi,

985 Bez trwogi wojnę całej wypowiemy ziemi,Wojnę ludziom! — bo wojna przeznaczeniem ludzi,Bo sama w nich natura żądzę wojny budzi.Patrz! gdzież się nasycili łupem i rozbojem?Kraj zamienią w pustynię, i to zwą — pokojem!

990 A ja-ż nie miałbym ufać mej sztuce lub sile?Nie, by ziemie zdobywać, — dość, gdy jej mam tyle,Ile mi wkrąg potrzeba na zamach mej broni, —Lecz, by nie być ich łupem, muszę być jak oni!Chcę władzy — nie co z trwogą przez niezgodę włada,

995 Której dwoistem berłem jest moc albo zdrada:Nie! ja w moc tylko ufam! — podstęp przyzwię wreście,Jeśli się kiedy w ludnem zniewolniczym mieście.Tam-to niebezpieczeństwo godne naszej trwogi!Tam twa nawet-by dusza mogła zboczyć z drogi.

1000 Ileż serc nierozdzielnych w niebezpieczeństw faliObłudnicy zwaśnili, zdrajcy rozerwali!A niewiasta im łacniej niźli mąż ulegnie:Gdy los lub świat kochanka poniży i zegnie,Gdy szyderstwo lub potwarz utopią weń miecze,

1005 Trwożna o siebie próżność wyprze się go, zrzecze,I wstydzić się go będzie! — Precz te podejrzenia!Nie skażą one mojej Zulejki imienia!»Lecz życie jest grą losu! — Pocóż zwlekać dłużéjTu, gdzie nam nic wygranej, wszystko zgubę wróży;

1010 Tak, zgubę! — czyż mi jutro nie masz być wyrwanaWyrokiem Giaffira, przemocą Osmana?Lecz dziś jeszcze na wieki zbędziem tej obawy.Niech tylko wiatr swe skrzydła przypnie do mej nawy!Raz złączonych na zawsze o cóż bojaźń wzruszy?

1015 Błądząc bez odpoczynku, pokój znajdziem w duszy.

Przy tobie, silny w czynach, śmiały w przedsięwzięciach,Ląd, morze dla mnie jedno! — świat mój w twych objęciach!

»O! niech wre wściekła fala, niech grom w maszty bije!Skoro ty mi tem tkliwiej rzucisz się na na szyję!

1020 Każda myśl, każde słowo, każde me westchnienieBędzie tylko modlitwą za twe ocalenie!Najdziksza waśń żywiołów mniejszą trwogę wzbudzi,Niżbyśmy tu drżeć mieli przed przemocą ludzi:Tu skały, wpośród których nie ujdziem rozbicia;

1025 Tam chwile niebezpieczne, — tu każdy dzień życia!...Precz, złowrogie przeczucia! — ta chwila rozstrzygnie,Czy nas los wtrąci w przepaść, czy miłość podźwignie?...»W niewielu słowach skończę powieść mojej doli,Twoje jedno wnet z mocy wrogów nas wyzwoli.

1030 Tak! wrogów! — Czyż Giaffir nie jest wrogiem moim,Lub Osman, co nas chciałby rozłączyć, nie twoim? —

»Głowę Haruna by ustrzec od kary,Wróciłem na czas, wierny słowu memu;Mało kto wiedział, nikt nie złamał wiary,

1035 Żem się śmiał wykraść za progi haremu.Odtąd, choć zdala od wiernej gromady,Rzadko omylić mogę czujne straże,Wszystkie ich czyny, zamysły i radyJa rozporządzam, kieruję i ważę;

1040 Ja daję plany, ja wskazuję cele,Ja godzę spory i zdobycze dzielę.Czas, bym sam wreszcie walczył na ich czele!...»Skończyłem powieść. — Zulejko! czas nagli;Łódź moja blisko — w chwili ją mieć mogę;

1045 I wnet pod skrzydłem opiekuńczych żagliRzucim za sobą nienawiść i trwogę!Jutro przybywa Osman, — my tej nocyUjść stąd musimy — lub uleć przemocy.Jeśli więc pragniesz oszczędzić krwi Beja,

1050 Krwi droższej może, — nie zwlekaj daremno!W pośpiechu dla nas jedyna nadzieja:Zulejko moja! bądź moją! pójdź ze mną!...»Lecz jeśli, słysząc tajemnic wyznanie,Żałujesz przysiąg wyrzeczonych z rana:

1055 Zostań! — lecz wtedy i Selim zostanie,Ale cię żoną nie ujrzy Osmana!«

Rzekł, — ona blada, bez ruchu i tchnienia,Jako ów posąg i pomnik cierpienia,Gdy wszystko tracąc, wszystko czując razem,

1060 Matka z rozpaczy skamieniała głazem:W równej postawie i lica żałobie,Stała i sercem podobna Niobie.Lecz wprzód nim usty, nim nawet oczymaWydać zdołała myśl — wyrok Selima, —

1065 Brzękły wrzeciądze u bramy ogrodu,I z mrocznej głębi sklepionego wchoduWybiegła jasność pochodni iskrząca;Druga i trzecia — i szereg bez końca!W różne się strony rój ogniów rozlata: —

1070 »Uchodź, mój... ach! nie bracie! — lecz droższy od brata!«

Śród drzew w ciemnościach, iskrzące czerwono,Rozpierzchłe światła migają się, wioną:Nie same światła; — w każdej prawej dłoniLśni od ich blasku ostrz dobytej broni.

1075 Dzielą się, plączą, zbiegają się razem,Świecący ogniem, grożący żelazem.Wśród nich Giaffir zżyma się i dąsa,Miecz bratobójczy nad głową potrząsa. —Już w głąb jaskini sięgają oczyma...

1080 Maż ona stać się grobem dla Selima?

On czekał śmiało: — »Co ma stać się, stanie! —Zulejko! uścisk i pocałowanie!Może ostatnie nasze pożegnanie!...Blisko gdzieś jednak łódź mych towarzyszy;

1085 Może da pomoc, gdy hasło posłyszy!...I tak nas mało! — lecz ujrzym, co znaczyZłączona siła męstwa i rozpaczy!«Rzekł, i ku wyjściu groty skoczył śmiało.Echo wystrzału w powietrzu zagrzmiało.

1090 Zulejka, z żalu jak martwa opoka,Ani zadrżała, ni zmrużyła oka! —»Nie słyszą może, — lub, chociaż przybędą,Śmierci mej chyba mścić się tylko będą!Strzał zwabił ku mnie nieprzyjaciół roje.

1095 Teraz, mój mieczu, pokaż dzielność twoję!Ty, ojca mego spuścizno jedyna,Dziś za krew jego daj pomstę dla syna!»Bądź zdrowa, luba! — uchodź! albo raczéjSchroń się w głąb groty! — Chroń się! już są blisko. —

1100 Ojciec cię kocha, i wszystko przebaczy. —Chroń się! na krwawe nie patrz widowisko,By czasem kula zbłąkana lub strzałaNiewinnej piersi za cel nie obrała! —»Nie drżyj o niego! — choć mego zabójca,

1105 Wolałbym zginąć, niż ci wydrzeć ojca!Nie! — choćby z mieczem sam na mnie nastawał,Choćby mi podłość na nowo zadawał! —Ale się zgrai nie poddam tak snadnie;Prócz głowy jego — każda inna spadnie!«

1110  Skoczył ku morzu; — jak błysk piorunowy,Miecz jego z pochew na powietrzu błysnął.Drgająca głowa i tułów bez głowyPadł mu pod nogi z tłumu, co się cisnął;Padają drudzy — lecz nakształt mrowiska

1115 Ruchoma ciżba otacza go, ściska.On, w lewo, prawo, tnąc ścieżkę krwawą,Z falą już prawie spotyka się w biegu:O strzał już ledwo towarzysze z nawą —Łódź bliżej jeszcze: — jak szybko, jak żwawo

1120 Z rozpaczną siłą wiosłują do brzegu!Ach! chwila jeszcze — a zbawić go mogą!...On już fal morskich dotyka się nogą, —Korsarze z czółna rzucają się w morzeZ szablami w zębach, ze strzelbami w górze:

1125 Zapamiętali, rozżarci, zajadli,Już skaczą na brzeg — na bitwę przypadli...Ach!... Zemsta chyba teraz sił im doda! —Krwią serca jego rumieni się woda.

Śród kul i mieczów i grotów miotanych,

1130 Bez ran, lub wcale nie czując zadanych,Przedarł się Selim — i ku morskiej toniBiegł spotkać odsiecz, lub ujść od pogoni.Już wpław ku łodzi miał rzucić się bratniéj,Już podniósł ramię na zamach ostatni —

1135 Czegóż się wstrzymał? — nieszczęsna przewłoka!Próżno w głąb groty chciał sięgnąć oczyma...Ta jedna chwila, ten jeden rzut oka,Może go zgubić, lub w więzach zatrzyma!O! smutny dowód, jak serce człowieka

1140 Trudno ostatniej pociechy się zrzeka!!...U stóp się jego już fala rozpryska —Pomoc tuż przed nim — już widna, już bliska!...Wtem razem wystrzał i głos zagrzmiał srogi:»Tak giną wszystkie Giaffira wrogi!« —

1145 Czyj głos, czyj wystrzał? czyja, śród tak wielu,Kula, zbyt bliska, by chybić do celu,Świsła w powietrzu i plusła do fali? —Twoja to, twoja, morderco Abdalli!W mękach trucizny ojciec życie kończył,

1150 Prędszą z nim śmiercią sierota się złączył!Wrząca krew pluszcząc wylewa się z rany,Śnieżne nią wkoło zbroczyły się piany!On padł bez jęku, — próżno usty ruszył:Głos śmierć stłumiła, lub szum fal zagłuszył.

1155  Ranek, — wiatr w kłębach rozwiewa mgły nocne...Gdzież ślady bitwy, co tak krwawą była?

Strzały, co echa budziły północne,Groźby, błagania, jęki niepomocne,Ścichły — dym opadł — krew woda obmyła...

1160  Powietrze, morze spokojne.Na piasku tylko gdzieniegdzie rzuconeSzczątki orężów, lub w nim wytłoczone,W rozpacznej z wrogiem czy ze śmiercią walce,Ślady stóp zbrojnych, i rąk krwawe palce

1165  Świadczą człowieka czyn — wojnę.

Z brzegu na wodzie — znać ledwo co zniosła —Pływa pochodnia i łódka bez wiosła,I dalej nieco, w zielska zaplątany,Okryty pleśnią i morskiemi piany,

1170  Z falą się biały płaszcz wznosił:Z rozrzuconemi na wodzie wyloty,Zwykła greckiego odzież Kandyjoty...Gdzież jest ten, który ją nosił? —Widzisz tę plamę? — czerwona, straszliwa!

1175 Morze jej dotąd nie zmyło, — nie zmywa!...Lecz kto chcesz płakać nad ciałem ofiary,W kim los jej litość ocuca:Idź, kędy płócząc Sygejskie pieczary,Podwodnym nurtem morze swe ciężary

1180  Nad brzegi Lemnu wyrzuca! —Tam czarne ptaki nad swoją zdobycząCiężkiemi skrzydły podlatują, krzyczą,Ilekroć fala, co ku brzegom dysze,Leżącą na niej głową zakołysze;

1185 Ilekroć, jakby strasząca ptastw chmury,Stężała ręka, dłoń bladaZ silniejszym wałem wzniesie się do góry,I znów z nim razem opada!Cóż ma obchodzić, czyli go w swem łonie

1190 Ziemia pogrzebie, czy morze pochłonie?Czy że szarpiące już go dzioby ptakówPozbawią pastwy ryby lub robaków?...Jedyne serce, coby się krwawiło,Jedyne oko, coby łzę wylało

1195 Nad jego ciałem, lub jego mogiłą, —Serce to pękło, oko się zaćmiłoWprzód, niż śmierć jego ujrzało!...

W haremie Giaffira płacz i narzekanie;Oko niewiast zroszone, i mężczyzn twarz blada.

1200  Czyjże to okrzyk rozpaczy?»Zulejko! córko moja!« — daremne wołanie!Biada ci, tyranie, biada!Ona ci nie odpowie — ha! i nie przebaczy!

Zapóźno, oblubieńcze, przybywasz na gody!

1205 Nie widziałeś, nie ujrzysz narzeczonej wdzięków!Czyżeś nie słyszał, wjeżdżając w te grody,Smutnych pieśni derwiszów i płaczennic jęków,Że się przybliżasz tak śmiele?Czyż te skupione przy bramach haremu

1210  Tłumy niewieście,

Ta niewolników postać nieruchoma,Z założonemi na piersiach rękoma,Żal w mieście, —Nie dosyć jeszcze mówią sercu twemu,

1215  Jakie cię czeka wesele?

Pokój sercu dziewicy! — Allah twemu oku,Duszy twej, najsroższego oszczędził widoku:Śmierci twojego Selima!W chwili, gdy z objęć twoich wydarł się, i w mroku

1220  Znikł przed twojemi oczyma:Rozpacz twe serce strętwiła.On ci był wszystkiem! — szczęściem, nadzieją i chlubą;Myśl, że go tracisz, ustrzec nie możesz przed zgubą,Ta myśl — zabiła!

1225 Usłyszano krzyk jeden — głośny, niedaleki...Czyj? — On zgadł! — wstrzymał się chwilę;Słucha, próżno! — Już wszystko ucichło... na wieki.Pokój dziewiczej duszy, i wczesnej mogile!

Szczęśliwaś! — jak kwiat w pełni rannego rozwicia,

1230 Serce zwiędło, nie piło gorzkich mętów życia!Ból ten, srogi, śmiertelny, był pierwszy, jedyny!Nie doznałaś, co gorycz żalu, wstydu, winy,Pychy, zemsty, zgryzoty! ach! ni tej katuszy,Co jak wieczne szaleństwo wre w mózgu i w duszy:

1235 Jak robak lęgnie w sercu i nawskróś je wierci,I nie śpiąc sam, nie daje zasnąć, prócz snem śmierci;Każdą myślą, jak żądłem zatrutem, kaleczy,Obawia się ciemności, a światłu złorzeczy;Jak ogień w suchem oku i we krwi się pali,

1240 I aż w popiół obróci, wprzód się nie oddali!

Biada tobie, morderco! na dni i na lata,W życiu i w wieczności biada!Darmo tarzasz się w prochu i sinemi ustyKlniesz siebie i z przestrachem błagasz o odpusty, —

1245  Pokuta, rozpacz nie nada!Dłoń, z której legł Abdalla, Selim, — brat, syn brata,Próżno będzie targała włos i szaty darła:Zbrodni nie minie zapłata!Chluba twoja, rękojmia przyjaźni Osmana,

1250 Godna, gdyby ją poznał, dzielić tron Sułtana,Córka twoja — umarła!

Zgasła u wschodu gwiazda dziewiczej czystości,Której blask noc twej chmurnej duszy rozweselał:Jutrzenka twych nadziei, zorze twej starości!

1255  Któż ją zagasił? — Krew, którąś Ty przelał!Biada ojcu-zabójcy! tyranowi biada!Słyszysz ten okrzyk rozpaczy?»Gdzie dziecię moje?« — Echo mu: »gdzie?« odpowiada.Ona mu nie odpowie — ha! i nie przebaczy!

1260  Między pomników i grobów tysiące,Lśniących się spodem, gdy z boków i z góryCyprysy mroczne, choć zieleniejąceZimą i latem, ścielą cień ponury,Jak myśl rzucona na groby:

1265 Jest jedno miejsce, osobne, kwitnące,Wiecznie zielone, rozweselająceNawet te gaje żałoby.Tam jedna tylko, tchnąc samotną wonią,Róża rozkwita, posępna i blada,

1270 Rzekłbyś, rozpaczy zasadzona dłonią:Tak mdła, tak słaba, że, zda się, wiatr ladaLiść jej po polu rozproszy.Jednak choć wicher, choć burza się wścieka,Kwiat jej trwa cało; choć ręka człowieka,

1275 Co wszystko piękne w tym kraju pustoszy,Kwiat jej oberwie, — niepojęta władzaKwiat ten nazajutrz na nowo odradza:Jakby duch jaki miał ją w swojej pieczy,Który jej rany łzami niebios leczy,

1280 I czarodziejską mocą swego śpiewuCo noc kwiat nowy wykołysze z krzewu!

Nie dziw, że dotąd helleńskie dziewiceWierzą, że kwiat ten nie jest z tego świata,Co mu ni szkodzić nie śmią nawałnice,

1285 Ni szrony zimy, ani skwary lata;On zawsze smutny, lecz piękny jak w maju,Zdaje się tęsknić po kraju swym — raju.

Nad kwiatem co noc ptaszek jakiś śpiewa,Ukryty w liściach pobliskiego drzewa:

1290 Sam dotąd ludzkiem okiem niedojrzany,

Lecz głos ma wdzięczny, jak hurysek lutnie.Nie jest to słowik w róży zakochany, —Słowik nie śpiewa tak czule, tak smutnie!Ci, którzy słyszą śpiew ten tajemniczy,

1295 Doznają w duszy tak rzewnej słodyczyI czują w sercu taką tęskność tkliwą,Jakgdyby czuli miłość nieszczęśliwą,I choćby chcieli, łez wstrzymać nie mogą.Lecz te łzy same tak słodko im płyną,

1300 Żal ten tak z żadną nie zmieszany trwogą,Że się im zdaje rozkoszą jedyną,Że się lękają promienia poranku,Chcieliby słuchać, płakać bez przestanku...Taki jest urok w tym śpiewie!

1305 Lecz skoro pierwszy świt niebo zapłoni,Ptaszek, nie wiedzieć, znika, czy się chroni,I śpiew zamilka na drzewie.

Są nawet — może urok przesłyszenia —(Lecz ci, co czują, nie będą się śmieli),

1310 Są, którzy mówią, że śród jego pieniaW najtkliwszej jego nucie dosłyszeliBrzmienie Zulejki imienia!

Bo dla niej, zda się, ten ptaszek tak śpiewaZ cyprysowego nad jej grobem drzewa;

1315 Bo z jej to właśnie mogiły dziewiczéjWykwita róży ów kwiat tajemniczy.

Niegdyś kamienny grób stawiać jej chciano,Lecz postawiony wieczorem, znikł rano.Ni dłoń to ludzka, co go w nocnej porze,

1320 Wyrwawszy z miejsca, przeniosła nad morze, —Bo go tam właśnie ujrzano o świcie,Gdzie Selim w boju dał za nią swe życie,I skąd go fale uniósłszy, zbawiłyCzci pogrzebowej i ziemskiej mogiły.

1325  I odtąd co noc, gdy księżyc lśni w górze,Widać na białym pomnika marmurzeWspartą, jakgdyby dumającą z żalem,Głowę czerwonym okręconą szalem.Powieści o niej lud z trwogą powtarza,

1330 I pomnik zowie »Wezgłowiem Korsarza«.A na Zulejki mogile, jak pierwéj,Zakwitła róża — i kwitnie bez przerwy:Smutna i blada, jak lice piękności,Gdy słucha dziejów nieszczęsnej miłości!

Nessun maggior dolore,Che ricordarsi del tempo feliceNella miseria.......Dante

»Na modrych głębiach jasnej morskiej wody,Jak ona z wiatrem, buja duch swobody;Jak burza nad nią, grzmi nasza potęga.Gdzie wiatr, gdzie fala, gdzie miecz nasz dosięga,

5 Tam dom nasz, państwo, łup naszej odwagi!Mórz i flot berłem jest maszt naszej flagi.»Nam w dzikiem życiu czuć wciąż, niespodzianie,W każdym dniu nowość, rozkosz w każdej zmianie!O! i któż pojmie? — nie ty, zniewieściały!

10 Cobyś mdlał, patrząc na wzburzone wały;Nie ty, pieszczochu! co wiek w zbytkach trawisz,Śpiąc nie spoczywasz, bawiąc się nie bawisz;O! i któż pojmie — prócz tych samych, którzyPląsali z falą rozigranej burzy —

15 Tę pełność życia, ten war krwi, co paliSerce żeglarza na bezdrożnej fali?

Tę żądzę bojów, tę pewność zwycięstwa,Ten szał, tę rozkosz śród niebezpieczeństwa?...Gdzie trwożni rozpacz, my tryumf znajdujem;

20 Gdzie słabi mdleją, my żyjem i czujem:Czujem, jak w piersiach krzepi się i wzmagaDuch i nadzieja, siła i odwaga!...»Nie strach nam śmierci — byłe wprzód lub razemWróg u stóp naszych skonał pod żelazem:

25 Byle wprzód z życia rozkosz wyssać w życiu!Gdy ginąć — cóż stąd, w bitwach, czy w rozbiciu?Niech bojaźliwy zakochaniec świataWoli w niemocy długie jęczeć lataI w puch przed śmiercią kryje się, nim skona, —

30 Nam łożem piasek lub trawa zielona.Gdy strach zeń duszę dzień po dniu wywleka,Nam cios, strzał jeden, — duch wolny ucieka!»Jemu niech dziedzic pyszną złoci trumnę,Radzi, że umarł, niech stawią kolumnę:

35 Po nas łzy płyną — krótko, ale szczerze,Gdy nas w swe głębie ocean zabierze.Nam ku czci nawet w biesiadniczem kolePuhar pamięci zaiskrzy na stole;Nagrobkiem dla nas zabrzmi chwała męstwa,

40 Gdy pozostali, dzieląc łup zwycięstwa,Wspomną poległych i rzekną ze łzami:Szkoda, że mężni nie dzielą go z nami!«

Taka pieśń brzmiała na wyspie korsarzy,Wkrąg przy ogniskach ponadbrzeżnej straży, —

45 I bijąc echem o chropawe głazy,Jak one twardy był ton i wyrazy.Leżąc na piasku rozrzuconą zgrają,Ci ostrzą bronie, ci piją lub grają,Próbują strzelby, handlują łupami, —Nie patrząc nawet na krew, co je plami.

Brzmią szczęki siekier ciosających łodzie;Ów, marząc, patrzy po dalekiej wodzie,Ów czyha, rychło ptak mu w sidła wleci.Mokre na słońcu rozwieszają sieci, —

55 A każdy coraz pogląda ku morzu,Czy gdzie nie dojrzeć żagla na przestworzu,Lub, wspominając ostatnią wygraną,Radzą, skąd znowu świeży łup dostaną.Skąd? wódz niech myśli! — im tylko przystało

60 Ufać, iść za nim, i uderzać śmiało.Któż jest tym wodzem? Od brzega do brzegaImię się jego jak piorun rozlega,To dość, — o resztę nie troszczy się rzesza.W bitwach on tylko z ich tłumem się miesza;

65 Zresztą sam zawsze; — krótkie jego słowa,Lecz wnet, co wyrzekł, dłoń spełnić gotowa.Nie lubi gwaru; nigdy z nimi społemNie zasiadł wesół za biesiady stołem,Śmiech ni żart nigdy ust mu nie umili:

70 Lecz mężny, — męstwu hardość wybaczyli.Próżno go kolej pełnego kielichaWabi w przechodzie: on z wzgardą odpycha;A jego uczta! — najlichsi z czeladziWzajem-by z wzgardą odepchnąć ją radzi.

75 Jadło — chleb suchy; napój — czysta woda;Zbytkiem nie częstym — owoc lub jagoda,A i tych nawet ze wstrętem dotyka,Jakby związany ślubem pokutnika.Ale im żądze zmysłów trzyma srożéj,

80 Rośnie w nim dusza i siła się mnoży.»Płyń tam!« — wnet płyną; — »rób to!« — wnet zaczęto;»Za mną, i naprzód!« — poszli, i łup wzięto.Tak skory rozkaz, skorsza jego ręka:Każdy drżąc słucha, lecz pytać się lęka.

85 Szyderczy uśmiech, wzrok i twarz surowaKarcą zuchwalca za niewczesne słowa.

»Patrz! żagiel, żagiel! — Nastawcie lunety! —»Skąd? — czyja flaga? — czy zdobycz?« — Niestety!Nie zdobycz, — jednak cieszą się weseli:

90 Z masztu czerwoną chorągiew ujrzeli.»Nasza łódź, nasza! powraca z wyprawy!Dmij w pełne żagle, dmij, wietrze łaskawy!Nim słońce zajdzie, zawinie do brzegu. —»Patrz, patrz, jak lekka! zda się pląsa w biegu.

95 Jak wzdyma skrzydła! — jak buja wspaniale!Z szumem przed sobą prze kipiące fale.Weszła w zatokę — patrz! idzie jak żywaZda się żywioły do walki wyzywa!Możeż się lękać burz, bitew lub trudu,

100 Pan takiej łodzi, wódz takiego ludu?

Skrzypią powrozy, krzyczą robotnicy,Opadły żagle, — łódź drga na kotwicy.Spuszczają czółno: w podwójnym szereguSiedli wioślarze i pędzą do brzegu.

105  Wkoło na piasku tłum zebrany czeka,Poznaje, woła i wita zdaleka.O! słodkie głosu przyjaznego dźwięki!O! słodki uścisk przyjacielskiej ręki!Gdy wita w porcie żeglarza z wyprawy,

110 Gdy na bezpieczny brzeg wiedzie go z nawy;Słodkie łzy, uśmiech, słodkie zapytania,Gdy pocałunek odpowiedzi wzbrania!...

Wieść się rozbiegła, tłum rośnie z pośpiechem,Gwar, ciżba, wrzawa, przerywana śmiechem,

115 I głosy kobiet znać w cichszej rozmowie:Imię kochanka, męża w każdem słowie.»Czy zdrów? czy żyje? czy na brzeg wysiądzie?Czy dziś, czy jutro zabawi na lądzie?Gdzie był? co robił? czy bił się walecznie? —

120 Mniejsza, co zyskał, gdy wrócił bezpiecznie!Lecz czy nie ranny? dlaczego nie z wami?Czyż on nie wiedział, że czekam ze łzami?«

»Gdzie jest wódz? — ważne przywozim nowiny.Spieszmy! czas nagli, drogie są godziny...

125 Dzięki wam, bracia, żeście braciom radzi,Lecz niech nas Żuan do wodza prowadzi.Wrócim za chwilę, — zostańcie tu bliscy,Wnet, co kto zechce, dowiecie się wszyscy«.I poszli, kędy na najwyższej górze

130 Zamek ich wodza wzbija się nad morzeŚród bujnych krzewów i kwiatów pachnących,Gdzie tysiąc zdrojów, świeżością dyszących,Srebrzy się szemrząc po złomach granitu.Poszli pod górę, — dochodzą do szczytu.

135  Któż to nad brzegiem przepaścistej skały,Wsparty na mieczu, spogląda na wały? —To on! wódz! Konrad! — sam, jak zwykle — myśli.»Idź naprzód, Żuan! powiedz, żeśmy przyszli.

Okręt nasz widzi; — powiedz, że go prosim

140 O posłuchanie, ważną wieść przynosim.Idź! my nie śmiemy; wiesz, jak się wnet zżyma,Gdy mu kto nagle stanie przed oczyma«.

Przystąpił Żuan, — Konrad spojrzał srogo,Wysłuchał, skinął, że się zbliżyć mogą.

145 Przyszli, — ukłonem witają zdaleka.Powitał wzajem, na słowa ich czeka.»Wodzu! przynosim list od Greka szpiega,Co nas o łupach i wrogach ostrzega.Ważność tych wieści sam wódz niech oceni.

150 My też...« — »Już dosyć!« — Zmilkli zawstydzeni.Wziął list, — ciekawi poglądają z boku,Wrażenia wieści dojrzeć w jego oku.Zgadł myśl, — czytając, twarz zwrócił na stronę,Może, by ukryć uczucia wzburzone.

155 Skończył — na świstku coś pisze. — »Żuanie!Gdzie jest Gonzalwo?« — »W łodzi«. — »Niech zostanie!Nieś mu ten rozkaz! — Wy nie stójcie dłużéj;Każdy na miejsce, gotów do podróży!Na waszej nawie sam z wami dziś płynę«.

160 — »Dziś, wodzu? w nocy?« — »Dziś w dzień, za godzinę.Wiatr będziem mieli. — Minuty nie zwlekać!Wziąć mój płaszcz, pancerz, — u portu mię czekać!Ty weź mą trąbkę i strzelbę opatrzyj!Zamek źle spuszcza, — oczyść go i natrzyj!

165 Wezwać płatnerza! niech mój miecz bojowyNatoczy ostro i da mu hart nowy.

Rękojeść zwłaszcza niech szerzej rozkuje:Ta broń mię gorzej niż bitwa morduje.Spieszcie! — Na hasło, że czas już odpłynąć,

170 Dać ognia z działa i żagle rozwinąć!«

Kazał, — posłuszni odeszli w pokorze.Nie w smak im znowu puszczać się na morze,Gotowi jednak: — Konrad sam prowadzi.Dokąd? — któż pyta, gdy on co uradzi?

175 Dziwny ten człowiek dumy i milczenia,Którego nigdy śmiechu ni westchnieniaNikt z nich nie słyszał; którego zdalekaSam widok twarz ich bladością powleka:Rządzi ich duszą, z tą sztuką władania,

180 Co zmusza, mami, lecz sądzić zabrania.Cóż jest ten urok, że mu nikt z korsarzy,Choć szemrze, zajrzy, oprzeć się nie waży?Co w nich dlań wzbudza tę cześć, posłuszeństwo? —Potęga myśli, duszy czarnoksięstwo!

185 One go wzniosły, gdy i los mu sprzyja.Tem on ich wolę pod rząd swój podbija.Walczy ich ręką, sam jak mistrz sprężyny:Gmin dziełem jego własne mniema czyny.Jest, było, będzie — to bieg świata tego:

190 Wielu pracować musi dla jednego.Lecz niech nieszczęśnik, co w trudach umiera,Nie zajrzy temu, co owoc z nich zbiera!Niechby znał ciężar, co wielkość nań zwala, —O! jakże lżejsza niższych cierpień szala!

195  Nie na wzór świata dawnego mocarzy,Szatanów w czynach, lecz bogów na twarzy, —Konrad nic w sobie nie ma nad człowieka.Blask czarnych oczu ćmi smutna powieka,Twarz ogorzała, skroń wzniosła i blada,

200 Włos kruczy bujno pierścieniami spada;Krzepki w ramionach, lecz kształt nie olbrzymi,Ani się wzrostem wyniósł nad innymi.We wszystkiem jednak biegły wzrok badaczaZnajdzie coś, co go od gminu odznacza.

205 Patrząc nań, wszyscy dziwią się i śledzą;Że tak jest, czują, — lecz czemu? nie wiedzą.Nieraz z brwi groźnych, z drżenia ust lub z czoła,Znać dumę, której poskromić nie zdoła.Głos jego wdzięczny, serce jednak ziębi:

210 Więcej, niż mówi, znać, że tai w głębi.Szybka gra rysów, nagle się mieniących,Wabi ciekawość, lecz miesza patrzących,Jakby w tym duszy posępnym pomrokuKryły się czucia zbyt straszne dla wzroku. —

215 Tak o nim sądzą — prawdy nieświadomi.Wzrok jego śmiałość dostrzegacza gromi,A i któż wzajem oka mu dotrzyma,Gdy nań raz w pełni zaiskrzy oczyma?Umie on sztukę — gdy ciekawość skryta

220 Mniema, że z twarzy myśl jego wyczyta, —Umie on sztukę, że wnet zamiar zgadnie,I sam w ciekawca duszy brodzi na dnie,Aż zadrżeć musi, by go wzrok KonradaNie przejrzał całkiem, niż on coś w nim zbada.

225 W szyderczym jego, chociaż głośnym, śmiechu,Jakby sam szatan śmiał się w jego echu,

Jest coś, co w sercu słyszących go ludziI gniew, i trwogę, i nienawiść budzi.Wzrok jego gniewny zabija Nadzieję,

230 Przed groźbą jego Miłosierdzie mdleje.

Wstręt ma iść na jaw złej myśli katusza!Wewnątrz to, wewnątrz — tam pracuje dusza!Miłość jest szczera, śmieje się, czy wzdycha, —Ale nienawiść, lecz zbrodnia, lecz pycha,

235 Drgnieniem ust chyba, uśmiechem goryczy,Zdradzą ci przepaść głębi tajemniczéj.Z gry chyba rysów, z mieniącej się twarzy,Poznasz namiętność, gdy się w piersiach żarzy,

Lecz kto chcesz dojrzeć jej pełnię lub zmiany,

240 Wtenczas patrz chyba, gdyś sam niewidziany! —Patrz! gdy wódz w nocy, z rozognionem czołem,Załamał ręce, szybkiem chodzi kołem,I nagle stanie, i zadrży — czy w ciszySiedzącej zdrady kroków nie dosłyszy? —

245 Patrz, jak się dziko groźna brew nachmurza,Gdy każdym nerwem wnętrzna miota burza.Patrz w jego wzroku na szaleństwo ducha!Iskrzy, mgli, krzepnie, i znów ogniem bucha.Patrz — jeśli zniesiesz widok tej katuszy, —

250 Jaki los jego! jaki pokój duszy!Jak, cel zawiści gminu, śród ukryciaPożywa owoc występnego życia!Patrz! tam go poznasz; — lecz któż tak z badaczyPrzejrzy człowieka? — któż ducha obaczy?

255  Lecz nie natura stworzyła w KonradzieSrogiego wodza zbójeckiej gromadzie.

Zmienił on duszę, wprzód nim czyny swemiWyparł się nieba, wojnę wydał ziemi.Z młodu pan siebie, więzów świata jeniec,

260 Mędrzec w swych słowach, lecz w czynach szaleniec,By drżeć, zbyt mocny, by ulec, — zbyt hardy;Za chęć być dobrym — cel szyderstw lub wzgardy:Zamiast nawzajem wzgardzić zgrają podłą,On przeklął cnotę, jak swych cierpień źródło.

265 Z urągowiskiem wbrew stając obłudzie,Choć znał, zapomniał, że są lepsi ludzie,Dla których lepiej darów swych używszy,Znalazłby szczęście i stał się cnotliwszy.Lżony, gardzony, bez zgryzot nawzajem

270 Serce swe z ludzkim rozbratał rodzajem,I obrał sobie za swój cel na ziemi —Za winy kilku mścić się nad wszystkiemi.Czuł się występnym — lecz, dumny, rozumiał,Ze nikt nie lepszy, choć nim zdać się umiał;

275 I gardził dobrym, jak tym, co w obawieCzyni to skrycie, co mężny na jawie.Nienawidzony, wiedział, że u ludziNienawiść jego strach i grozę budzi:Przestawał na tem; — zimny, dziki, hardy,

280 Nie dbał o miłość, gdy nie bał się wzgardy.Stronić, drżeć przed nim, potępiać go, skarżyć,Kląć, może każdy, — lecz nikt lekceważyć!Depcą robaka, — lecz któż bez bojaźni,Kto nie pomyśli, nim węża rozdrażni?

285 Robak się zwinie, i nie mszcząc się, kryje,Wąż zginie, ale i wroga zabije,Sam się nań rzuci, łamie się, pasuje, —Choć nie pokona, krew jadem zatruje.

Nikt nie zły całkiem: — i w duszy Konrada

290 Jedno tajemnie słodsze czucie włada.Szydzi on z drugich, że ich wikła w sieciNamiętność godna szaleńców lub dzieci;Sam, próżno rozum przeciw niej wytęża, —W nim nawet miłość wolę przezwycięża.

295  Tak! jest to miłość — wzajemna, płomienna,Jedyna dotąd i niczem nie zmienna!Tłum się mu branek na oczy nawija:On ich ni stroni, ni szuka — lecz mija.Niejednę piękność w mocy swojej trzyma,

300 Żadnej słodszemi nie uczcił oczyma.Tak, jest to miłość! — jeżeli myśl tkliwa,Stateczna w próbach, w każdej chwili żywa,Której samotność, świat, szyderstwo ludziAni, co większa, sam czas nie ostudzi, —

305 Której ni zmienne fortuny igrzyskoNie zaćmi smutkiem — póki Ona blisko;Która w boleści, w gniewie, ni w niedoli,Cierpkiego na Nią słowa nie dozwoliI bez pociechy woli znieść katusze,

310 Niż ich podziałem zasmucić Jej duszę, —Jeśli myśl taka, niezmienna, niepłocha,Jest tem, co zowią kochaniem: — on kocha!Występca, zbrodzień, z każdej cnoty zboczył,Przeciw tej jednej w niczem nie wykroczył;

315 Ona, gdy wszystkie zgasły po kolei,Świeci mu jeszcze, jak gwiazda nadziei.

Zaczekał nieco — brew marszczy ponuro,Aż, śpiesząc z braćmi, Żuan znikł za górą.»Straszna wieści — tylem niebezpieczeństw przebył,

320 Cóż jest, żem nigdy jak dziś smutny nie był?Źle wróży serce, ale się nie boi,Ni mnie tak ujrzą towarzysze moi. —»Idziem śmierć spotkać: — lecz gdybym tu zwlekał,Pewniejbym śmierci i hańby doczekał, —

325 Dziś, gdy plan pójdzie, los wzmoże w potrzebie,Przybędzie płaczu na naszym pogrzebie! —»O! niech spokojnie, niech śpią rozmarzeni,Przyśpieszę dla nich świt takich promieni —Wiej tylko, wietrze! — tak jasnych i ciepłych,

330 Że aż krew zawre w ich sercach zakrzepłych!»Czas do Medory! — Milcz, milcz, serce moje!Nie mogąc siebie, czyż ją uspokoję?Jednak jam śmiały! — Lecz tu wszyscy śmieli,Gad, gdy się broni, równą śmiałość dzieli.

335 Zwierząt, nie ludzi, godna jest odwaga,Gdy ją strach śmierci lub chęć łupu wzmaga.Gardzę jej chwałą! — Cel godny mej dumyBył: uczyć garstkę, jak zwyciężać tłumy.Wódz ich, nie dałem krwi ich marnie płynąć.

340  »Lecz dziś! — dziś trzeba zwyciężyć lub zginąć. —Ha! to los wojny! — i nie to mnie smuci,Lecz wieść tam wszystkich, skąd żaden nie wróci,Albo tu, drzemiąc, dać się ująć w pęta?...»Czyż pamięć wodza nie będzie przeklęta,

345 Co przywiódł na to, że, aby się zbawić,Na jednę kartę trzeba wszystko stawić?...Losie mój, losie! czuję dłoń twą groźną;Zbaw, jeśli możesz, — jeszcze nie zapóźno!«

Tak dumał w sobie, aż idąc ponury

350 Doszedł do wieży na wierzchołku góry.Wstrzymał się u drzwi: — głos się ozwał w ciszy,Głos, co, choć często, zawsze on rad słyszy, —I taką piosnkę posępnej czułościNucił z za kraty jego »Ptak piękności«.

355  »Żyje w mej duszy myśl-tajemnica,Drży mi na ustach, gore w spojrzeniu,Gdy, obok ciebie, patrzę w twe lica,I znów się w dawnem kryje milczeniu.

Jak lampa w grobie, skryta przed okiem,

360  Myśl ta w mem sercu błyska i tleje,Smutek jej blasku nie ćmi swym mrokiem,Choć sam jej blaskiem nie rozjaśnieje.

Przyjdź, gdy ja umrę, do mej mogiły,Pomódl się za mnie, łzę wylej po mnie!

365  Tej tylko myśli znieść nie mam siły,Że ty, mój luby, zapomnisz o mnie!

Nie wstyd jest płakać zeszłych ze świata.Raz pierwszy proszę — łzy i wspomnienia.Będzie to pierwsza, jedna zapłata

370  Mojej miłości, mego cierpienia!«

Porwał się Konrad, pchnął drzwi i z pośpiechemWszedł, — struny arfy brzmiały jeszcze echem.»Smutna, Medoro, jest twoja ballada!«— »Chciałżbyś wesołej, gdy niema Konrada? —

375 Gdy ciebie niema, a żal miota duszą,Tęskne się myśli w pieśniach zdradzić muszą.Każdy ton — serca uczucia wydaje;Lecz choć pieśń milczy, boleść nie ustaje.»Ach! ileż nocy na bezsennem łożu

380 Marzę, jak we śnie, o skałach, o morzu!Zmierzcha — ja myślę, że niebo się chmurzy;Wiatr ledwo szemrze, — mnie słychać szum burzy.Cóż, gdy posępnem odezwie się wyciem?Zda się, że jęczy nad twojem rozbiciem! —

385 Zrywam się, patrzę, czy stróże niekarniNie dali zgasnąć portowej latarni,I o pogodę gwiazd pytam oczyma.»Nastał poranek — ciebie jeszcze niéma!...Jak wtedy zimno na nie serce wiało,

390 Jak przez łzy słońce mgliste się zdawało! —Patrzę i patrzę dzień cały — daremnie.Konrad gdzieś jeszcze daleko odemnie!Wreszcie — postrzegam maszt, okręt... tu płynął!Witam go, czekam; — zbliżył się — i minął.

395 Znów drugi! — twój był. Powróciłeś z boju...»O! mój Konradzie! mam-że w niepokoju

Zawsze tak czekać? — nigdy serca twegoNie ujmie powab szczęścia spokojnego? —Masz dosyć skarbów — ach! więcej niż trzeba;

400 Znajdziem kraj milszy, pogodniejsze nieba,Pójdźmy! — O siebie, wiesz, że się nie boję,Lecz twoje szczęście — lecz ach! życie twoje!...Dziwne twe serce! gdy dla mnie tak tkliwe,Tak razem srogie dla drugich, tak mściwe«...

405  — »Tak, moja luba! dziwne jest to serce.Zwiedli je zdrajcy, zelżyli oszczerce;Jak płaz zdeptane, lecz mści się jak żmija:Ludzie w nie wieli jad, co ich zabija! —»Bez żadnej znikąd pociechy, prócz ciebie,

410 Bez celu w życiu, bez nadziei w niebie,W duszy się mojej tak wiąże i splataMiłość dla ciebie z nienawiścią świata,Że gdy się jedna, wnet druga ostudzi:Przestałbym ciebie, gdybym kochał ludzi!

415  »O to się nie bój! — przeszłość moja całaRęczy, że przyszłość nie będzie się chwiała.Lecz uzbrój serce! — raz jeszcze, Medoro!Dziś — muszę jechać, ale wrócę skoro«.

— »Jechać! dziś jeszcze? — ach! jam to przeczuła!

420 Tak znikły wszystkie sny, com sobie snuła,Sny moje złote!... — Lecz dziś? — być nie może!Łódź ledwo przyszła, ma-ż znów iść na morze?Nie czekać drugiej?... Znużeni jej ludzieMuszą choć chwilę odpocząć po trudzie!...

425 Nie! ty, mój luby, chcesz przez to udaniePoznać, nauczyć, jak nam znieść rozstanie.Igrasz z mem sercem! — ono ci wybaczy,Lecz z takich żartów blisko do rozpaczy!

— »Milcz, milcz, Konradzie! — nie jedziesz dziś, — wierzę.

430 Pójdź dzielić ze mną twą skromną wieczerzę!Nikt prócz mnie nie śmiał tknąć jej, ni zastawić.Lekki trud wprawdzie ucztę ci przyprawić!Owoc ten rwałam z najwyższego drzewa:Im bliższy słońca, tem prędzej dojrzewa.

435 Trzy razy górę obiegłam, nim w cieniuNajświeższą wodę znalazłam w strumieniu.Pójdź! niech cię sorbet orzeźwi po skwarze:Patrz, jak się iskrzy w kryształowej czarze!Wina ty nigdy skosztować nie raczysz,

440 Drżysz jak muzułman, gdy puhar obaczysz.Nie sądź, że ganię — o! nie! — to mnie cieszy,Że i w tem nawet różnisz się od rzeszy.

»Lecz pójdź! stół gotów; ja okna zasłonię.Srebrna ta lampa, patrz, jak jasno płonie!

445 Wezwę mych dziewic — niech zaczną wokołoLub raźny taniec, lub piosnkę wesołą! —Lubisz mą arfę... czy chcesz? — wnet nastroję.Lub, jeśli wolisz, będziemy obojeCzytać z Arjosta Olimpiji żale,

450 Gdy zdrajca śpiącą zostawił na skale.Po tobie jednak mnie byłoby smutniej!Gdybyś dziś jechał, zrobiłbyś okrutniej,Okrutniej nawet niż Tezeusz zdradny!

»Wiem, ty się śmiejesz, gdy ci Aryjadny

455 Wyspę niekiedy wskazuję z wysoka, —A mnie myśl smutna łzy pędzi do oka:Gdyby mnie kiedy Konrad tak porzucił?...Aleś ty lepszy I tyś do mnie powrócił!« —

— »Wróciłem, luba, i powrócę znowu,

460 Zawierz miłości i Konrada słowu.Wrócę, i rychło; — lecz teraz już chyżaChwila rozstania na skrzydłach się zbliża.Gdzie? po co jadę? — szkoda chwil na słowa,Gdy je ma skończyć najgorsze: bądź zdrowa!

465 Odkryłbym jednak... lecz już czas zbyt drogi...Nie bój się! wcale nie straszne są wrogi.Tu ci zostaje straż silna, podwójna,Będziesz bezpieczna — o mnie bądź spokojna!Nie baw samotna, gdym ja oddalony.

470 Jadących ze mną poruczam ci żony.W tem miej pociechę, że po tem zwycięstwieNagrodę trudów znajdziem w bezpieczeństwie.»Słyszysz! dźwięk trąbki? — ha! łódź już gotowa —Jeden wzrok, uścisk! — raz jeszcze! — bądź zdrowa!«

475  Łkając, na szyi zawisła rękami,Drżące w nim serce czuje pod ustami.

On nie śmiał podnieść, nie śmiał znieść widokuBladości w twarzy i rozpaczy w oku.W całej dzikości bezładnego wdzięku

480 Włos jej po jego rozesłał się ręku;Stłumiony oddech i mdłe serca bicieŚwiadczą w niej tylko cierpienie i życie...Zagrzmiał huk działa — odjazdu godzina!Słońce zachodzi — on słońce przeklina.

485 Strzał drugi, trzeci; — ścisnął z uniesieniemNiemą od żalu, proszącą milczeniem,I drżącym krokiem zaniósł ją na łoże.Spojrzał z rozpaczą... raz ostatni może!Dreszcz przebiegł serce; uczuł, że dla niego

490 Prócz niej na świecie nic niema miłego.Dotknął ust: zimne; — spotkał wzrok wpół-zgasły.Zwrócił się nagle, — drzwi z łoskotem trzasły.

»Co? już go niema?« — straszliwe pytanie,Gdy kto tak nagle samotnym zostanie!

495 Myśl nie śmie wierzyć, że oczy nie mylą...Przed chwilą jeszcze tu stał — był przed chwilą...Gdzież jest? — Wybiegła obłąkanym krokiem,Aż łzy jej wreszcie lunęły potokiem,Bujne, gorące; myślą za nim woła:

500 »Bądź zdrów!« — wymówić nie śmie i nie zdoła.Ach! bo w tem słowie — choć się chcą uśmiéchaćWiara, Nadzieja — Rozpacz tylko słychać.W bladych jej rysach, jak w twarzy z kamienia,Tchnie dziki wyraz wiecznego cierpienia;

505 Oczy jej modre, szkliste, bez promieni,Jak gwiazdy we mgle błądzą po przestrzeni.I — ach! dostrzegły: to on! — już daleki!...Wtedy raz jeszcze z pod łzawej powiekiBłysły, jak słońce z za deszczowej chmury.

510 Próżno! nie spojrzał, znikł w zaroślach góry.»Poszedł!« — Jak posąg blada, nieruchoma,Łkające piersi przyciska rękoma.Spojrzała jeszcze — port przed jej oczyma:Bielą się żagle i morze się wzdyma.

515 Nie patrzy więcej, — w drzwiach błysła jej postać...»Prawda więc! — jedzie! — samej kazał zostać!«

Szybko, wprost z góry, na głaz skacząc z głazu,Biegł Konrad, — nazad nie spojrzał ni razu.Lecz drżał, ilekroć ścieżka przed nim boczy,

520 By na zakręcie nie wpadła mu w oczySamotna jego, lecz miła mu wieża.Zawsze go pierwsza witała z nadbrzeża,Jak on ją z morza! — i ona w niej, ona!Burzliwej duszy gwiazda niezamglona! —

525 Jeden wzrok jeszcze, — a moc w nim rozbroi.Nie śmie go ujrzeć; pomyśleć się boi,Że mógłby zostać; — chciałby... któż mu broni? —Zostać? — by zginąć od katowskiej dłoni?Nie, nie! — Raz jednak chciał stanąć, chciał wrócić,

530 Na los zdać wszystko, zamiar na wiatr rzucić...Nie! — myśl niegodna! — nie! — prawego mężaPłacz niewiast miękczy, ale nie zwycięża.

Ujrzał swą nawę — zważa wiatr przychylny,Zwrócił myśl ku nim i znów w sobie silny,

535 Znów chyżej naprzód; i gdy z brzegu słyszyWesołą wrzawę mężnych towarzyszy,

I łoskot fali, co pod wiatrem rosła,I hasła majtków, i szybki szum wiosła:Gdy widzi okręt — maszt niebu urąga,

540 Rozskrzydlił żagle, kotwicę wyciąga, —Gdy widzi czółna, w których ludzie zbrojniPłyną na okręt — jak wszyscy spokojni,Choć jak śnieg biało i gęściej od śnieguChustki żon ku nim powiewają z brzegu, —

545 Gdy widzi zwłaszcza, jak z masztu zwieszonaIgra z wiatrami chorągiew czerwona: —Sam się zadziwił, że był słabym tyle,W wielkim zamiarze zachwiać się na chwilę.Żar w jego oczach, dzikość w jego duszy;

550 Uczuł sam siebie, — nic go już nie wzruszy.Pośpiesza, bieży, — aż zbiegł, gdzie równina,Co skałę kończy a brzeg rozpoczyna.Tam zwolnił kroku; świeżość bliskiej głębiKrzepi znużenie, ogień lica ziębi;

555 Lecz stanął raczej, by zimną odwagęWrócić swej twarzy, swym krokom powagę,Wprzód nim go ujrzą. — Konrad sztukę umie,Jak, tając dumę, tłum shołdować dumie.Wyniosłość lica i zimną postawę,

560 Co, stroniąc niby, obudzą obawę;I wzrok i uśmiech, co choć serc nie zraża,Hamuje płochość i śmiałość przeraża, —Wszystko ma w mocy, by zgraję zaślepić,Rozbroić opór i władzę ukrzepić.

565  Lecz gdy chce ująć, — z ufnością przyjaźniKażdy wnet pierwszej zapomni bojaźni,

Niewolnik, z duszą na rozkaz gotową.Nad dary drugich, droższe jego słowo,Gdy jakby z serca głębi tajemniczéj

570 Zagra do serca głos tęsknej słodyczy.Lecz rzadko słodycz w parze z jego duszą:Nie dba, czy zechcą, gdy, co każe, muszą.Czy podłość drugich, czy dumy szaleństwo:On depce miłość, by mieć posłuszeństwo.

575  Wkoło broń straży brzękła czcią wodzowi.Zbliżył się Żuan: »Czy wszyscy gotowi?« —— »Już są w okręcie; ostatnie przy lądzieCzółno to czeka, póki wódz nie wsiądzie«. —»Miecz mój, płaszcz, trąbkę!« — Miecz przyjął z niechcenia,

580 Trąbkę ma w dłoni, płaszcz zwiesił z ramienia.»Zawołać Pedra!« — Przyszedł, — Konrad wita;Pierwszemu z wodzów grzeczność należyta.»Weźmij ten papier! — zawiera rozkazyWażne, — bacz pilnie na wszystkie wyrazy.

585 Anzelmo także, jak skoro przybędzie,Ma je wykonać. — Straż podwoić wszędzie!Za trzy dni, jeśli... jeśli wiatr posłuży —Powrócę. Bądź zdrów!« — i nie zwłócząc dłużéj,Podał dłoń, ścisnął, — skinął na wioślarzy,

590 I skoczył w czółno z wyniosłością w twarzy.Ruszyły wiosła; jak gwiazd droga mlécznaIskrzy za niemi jasność fosforyczna.Dopłynął nawy, stoi na pokładzie,Gwiznięto z góry, — ruch w całej gromadzie.

595 On zważa okręt, jak lekki na fali,Jak słucha steru, — uważa i chwali.»Gdzie jest Gonzalwo?« — Zbliżył się młodzieniec;W skłonionej twarzy radości rumieniec.Uprzejme słowo wódz już w ustach trzyma...

600 Czegóż się wezdrgnął? — czy się gniewem zżyma?Ach nie! — on ujrzał swą wieżę na skale,Wspomniał rozstanie, zgadł Medory żale,Jeśli na okręt spogląda w tę chwilę, —Nigdy on, nigdy nie kochał jej tyle!...

605 Lecz nim noc minie, wiele zrobić trzeba.Odwrócił oczy, spojrzał w błękit nieba,I wnet z Gonzalwem zszedłszy na spód nawy,Odkrywa cele i środki wyprawy.Przed nimi mapa i lampa na stole,

610 I kompas; w ręku cyrkiel i półkole.Północ... czuwają; twarz obudwu groźna.Bezsennym oczom któraż chwila późna? —Tymczasem w żagle dął wiatr pożądany,Okręt jak sokół leci przez bałwany;

615 Sto wysp minęli sterczących granitem:Cieszą się, — celu dopłyną przed świtem.Już przez szkła nocne liczą bez obawyW ciasnej zatoce natłoczone nawyBaszy Seida; widzą, jak niedbali

620 Stróże przy ogniach gasnących czuwali!...Okręt ich kołem obiegł czaty przednie,Wszedł, gdzie bezpieczny skryłby się choć we dnie.Przy pustym brzegu, za skałą wysoką,Straży ni szpiega nie dojrzy go oko.

625 Konrad na pokład zgromadził swych ludzi, —Do powinności, lecz nie ze snu, budzi.Wsparł się na poręcz, rozkazy objawia,Rozmawia zimno, choć o krwi rozmawia.

Conosceste i dubiosi desiri?Dante

W zatoce Koron las masztów się jeży,

630 Na zamku Koron lampy błyszczą z wieży;Tam Seid basza częstuje żołnierzy.Święci swój tryumf — jutro spodziewany,Gdy zbójców zgromi i pojmą w kajdany.Tak na Allaha przysiągł swemu Panu.

635  Wierny przysiędze i słowom firmanu,Zwołał swe nawy; coraz w liczbę rosną,Tłum, coraz większy, tryumfuje głośno.O łup, o branki, przed wzięciem się kłócą.Jeszcze nie wyszli, — już pewni, że wrócą.

640 O świcie dosyć niech pod żagle wsiędą,Przed zmrokiem zbójców port i łup zdobędą!Tymczasem straże mogą spać bezpiecznie.Nie dość jest bić się, — niech marzą walecznie!Lub gdy sen komu nie cięży w powiekach,

645 Może ramienia próbować na Grekach!...O! godne czyny barbarzyńskiej dłoni!

Katować więźnia, gdy się sam nie broni;Napaść dom Greka, sprzęt skruszyć pod nogą,Bić — byle tylko nie zabić nikogo!..

650 Dziś są łaskawi, — nie chcą, czy nie mogą;Gdzieniegdzie tylko słychać jęk i razy.Lecz to żart! — Basza zakazał obrazy.Wzdłuż brzegu wszędzie śmiech, muzyka, wrzawy;Kto kochasz głowę, śmiej się, dziel zabawy!

655 Bo dziś muzułman wesół — choć bez wina,Wytężył dowcip, — łaje i przeklina.

W biesiadnej sali, w lśniącym złotogłowiu,W białym zawoju, wsparty na wezgłowiu,Seid śród gości spogląda wesoły.

660 Skończona uczta, odstawione stoły.Twarz jego płonie, ogień iskrzy z oka:Pije on, mówią, napój nie Proroka.Nie śmieją drudzy: prawowierni, trzeźwi;War wonnej mokki myśl w nich tylko rzeźwi.

665 Z długich cybuchów dym bucha wokoło,Gdy almy w środku tańcują wesoło.Jutro na bitwę! — lecz dziś, w nocnej porze,Nie dość bezpiecznie puszczać się na morze!Na wzdętych falach sny nie tak powabne,

670 Jak gdy ich łoże kołysze jedwabne!Więc się dziś bawią; — jak błyśnie świtanie,Pójdą, bo muszą; — nadzieja w Koranie!Choć widok floty i gwar tłumnej rzeszyZiemską nadzieją niemniej dumę cieszy.

675  Ze czcią bojaźni od wnętrznych podwoiIdzie niewolnik, co w nich stróżem stoi.Schylił się, czołem uderzył podłogę,Nim w drżących ustach głos rozwiązał trwogę.»Derwisz podróżny, zbieg z więzów korsarzy,

680 Przybył i czeka, czy się wejść odważy?« —W skinieniu baszy zgadł znak jego woli.Odszedł... Wszedł derwisz, — zbliża się powoli,Skromnie na piersiach krzyżuje ramiona,Krok jego słaby, źrenica spuszczona.

685 Trudów, nie wieku, starość znać z postawy,Twarz jego blada z postów, nie z obawy.Poświęcon Bogu, włos spada szeroko,Okryty czapką okrągłą, wysoką.Długa, powiewna, rozpuszczona szata

690 Obwija piersi — oziębłe dla świata.Pokorny, jednak pan siebie, bez strachuSpotyka oczy iskrzące wzdłuż gmachu.Nikt nie śmie pytać, lecz wszyscy ciekawi,Co wnet spytany przed baszą objawi.

695  »Skądeś, derwiszu?« — »Przez zbójców pojmany,Uszedłem z więzów«. — »Gdzie? kiedy zabrany?«

— »Do wyspy Scio z portu SkalanowyPłynął nasz okręt, wiózł towar handlowy,Nie szczęścił Allah — wola jego święta! —

700 Napadli zbójcy, nawa nasza wzięta,Towar złupiony... myśmy poszli w pęta.Nie miałem bogactw, śmierci się nie bałem,Lecz tracąc wolność, straciłem, co miałem.Długo mię gniotła przemoc świętokradzka;

705 Aż dziś noc ciemna i łódka rybackaTu mię zbawiły; — tu, w opiece twojéj,Potężny baszo! któż się zbójców boi?«— »Jakże ci zbójcy? jak zbrojni? czy śmieli?Myślisz, że opór stawićby mi chcieli?

710 Czy wiedzą o mnie, że z jutrzejszą gwiazdąMam zniszczyć ogniem skorpijonów gniazdo?«— »Baszo! wzrok we łzach niewiele dostrzega,Trudna więźniowi przenikliwość szpiega.Słuchałem tylko morskich fal łoskotu,

715 Ptactwu morskiemu zazdroszcząc przelotu;Widziałem tylko, ach! przez kraty ciasne,Niebo — zbyt czyste, słońce — zbyt mi jasne;I żeby innem czem zająć mą duszę,Czułem, że wolność wprzód odzyskać muszę.

720 Lecz z mej ucieczki znać, że się nie strzegą,Że się nie muszą obawiać niczego.Sposobność ujścia próżnoby mi znikła,Jeśliby brzegów strzegła czujność zwykła.Niebaczność straży, jak mojej podróży,

725 Równie zbliżeniu twej floty posłuży.

»Lecz baszo! głosu i sił mi już braknie,Trud odpoczynku, głód posiłku łaknie.Pozwól, bym odszedł. — Pokój, pokój z wami!Odchodzę za was modlić się ze łzami«.

730 — »Stój, stój, derwiszu! mam cię jeszcze badać.Stój! — słyszysz? każę! — musisz odpowiadać!Usiądź! wieczerzę przyniosą ci słudzy,Nie będziesz pościł, gdzie ucztują drudzy.Powiesz mi potem, jak naoczny świadek,

735 Krótko i jasno; nie lubię zagadek«.Nie wiedzieć czemu, derwisz drgnął i srogoZ pod brwi zmarszczonych spojrzał, jakby z trwogą.Łaska w nim baszy nie budzi wdzięczności,Ni go snadź wzrusza cześć obecnych gości,

740 Bo przygryzł wargę, i bladość niezwykłaJak błysk po licu przebiegła i znikła.Usiadł w milczeniu, i wrychle na nowoPrzybrał wzrok zimny i postać surową.

Przynieśli ucztę — wykwintne potrawy.

745 Jakby w nich jadu lękał się zaprawy,Zadrżał na widok, ze wzgardą odpycha...Dziwna w zgłodniałym wstrzemięźliwość mnicha!— »Co ci, derwiszu? — jedz! — ust ci nie splamiPsie jadło giaurów; tuś nie ze zbójcami.

750 Co? sól odpychasz? — zgody zakład święty,Co podzielona koi gniew zawzięty,Sprzysięgłe na się łączy pokoleniaI serc nieprzyjaźń w braterstwo przemienia?...«

— »Sól jest przysmakiem; pożywieniem mojem

755 Są polne zioła, woda mym napojemPrawa zakonu i ślub mój przed BogiemBronią mi łamać chleb z bratem, czy z wrogiem.To cię zadziwia — i może obruszy,Lecz względy ziemskie nie zbawią mej duszy.

760 Ty, ni sam sułtan nie zmusi mię niczem,Bym dotknął uczty przed ludzi obliczem,Bo gdy raz zgrzeszę, gniew mi MohammedaDo świętej Mekki pielgrzymować nie da«.— »Dobrze, derwiszu, gdyś tak bogobojny;

765 Powiedz mi tylko — odejdziesz spokojny —Ilu ich? — Cóż to? ha! to nie jest zorze!Co za meteor? co za blask na dworze!Patrzcie! nad portem jakby ognia morze! —Pożar! Do broni! śpieszcie! Pożar! zdrada!

770 Flota się pali! a jam tu! — o! biada!Przeklęty derwisz! — przyszedł w sidła zwabić,Giaur, szpieg przebrany! — Pojmać go i zabić!«

Porwał się derwisz na wybuch płomieni;Nagłą w nim zmianą zbledli przerażeni.

775 Porwał się derwisz — nie już w mniszym stroju,Lecz jak wojownik gotowy do boju.Rozdarł swą szatę, czapkę zerwał z skroni:Pancerz na piersiach, szabla błyszczy w dłoni!Hełm niski, lśniący, nad nim czarne pióro;

780 Twarz się sczerniła, oczy ogniem gorą.Jak na zjawisko piekielnego duchaPierzchły z serc Turków męstwo i otucha.Tłoczą się, biegną, śród zgiełku, śród gwaru...Tu blask pochodni, tu łuna pożaru!

785 Krzyk, hałas, groźby, przekleństwa i jęki,Huk trąb i bębnów, i oręża szczęki

Grzmią po powietrzu — jakby z mocą wściekłąCałe na ziemię wyparło się piekło.Zlękłe, zdumione, obłąkane straże,

790 Patrząc na morze, na niebo w pożarze,Nie widzą pana — nie słyszą, co każe.Próżno wre baszy wściekłość rozdąsana:»Pojmajcie szpiega! pojmajcie szatana!« —On ujrzał popłoch, — cofnął krok rozpaczny,

795 Którym się na śmierć miotał nieobaczny,Gdy pośpiech braci, wcześniej niż zalecił,Niż wydał hasło, pożarem zaświecił.On ujrzał popłoch — trąbkę do ust złożył:Dźwięk krótki, ostry, trzykroć się powtórzył.

800 Odpowiedziano. — »Wy tu, bracia mili!Mógłżem posądzać, w niebezpiecznej chwili,Że mię umyślnie samym zostawili?...« —Rzekł, miecz i ramię puścił w krąg szeroki,Jakby chciał pierwszej powetować zwłoki.

805 Przestrach we wrogach męstwo w nim podwaja. —Pierzchła przed jednym rozpłoszona zgraja.Toczą się głowy po krwawej podłodze,Nikt nie śmie dostać: żołnierze i wodze,Nieufni w dłoni, zaufali w nodze.

810 Seid, ostatni w pierzchających tłumie,Grozi, klnie, błaga, — wstrzymać ich nie umie.Mężny — sam jednak spotkania unika:Strach uolbrzymił siłę przeciwnika.

Spojrzał z rozpaczą, gdzie flota się pali,

815 I rwąc swą brodę, wściekły wybiegł z sali.Nie czas już czekać; przełamano wartę,Bramy pałacu runęły wyparte.Wpadają zbójcy. — Próżno trwoga blada,Próżno pokora na kolana pada,

820 U nóg zwycięzców próżno składa miecze:Przeszli — krew wrząca strumieniami ciecze.Pędzą, gdzie znowu brzmi trąbka Konrada,I jęk ginących tryumf zapowiada.Wpadli, — okrzykiem witają weseli:

825 Śród stosu trupów zwycięzcę ujrzeli!Miecz trzyma w górze, ogniem iskrzą oczy,Jak syty tygrys w krwi rozlanej broczy.Krótka rozmowa: »Flota już w perzynie!« —— »Dobrze! Lecz Seid musi zginąć«. — »Zginie!« —

830 »Za mną, i naprzód! z ogniem i żelazem!Płonie port, — czemuż i miasto nie razem?«

Skorzy na rozkaz — każdy żagiew chwyta,Miasto i zamek jedną łuną świta.Z dziką rozkoszą Konrad się uśmiecha, —

835 Wzdrygnął się nagle... jakież słyszy echa?Ha! to jęk niewiast! — jak dzwon na pogrzebieWstrząsł sercem jego, tak twardem w potrzebie.»Harem się pali! — za mną! do obrony!Śpieszcie! pomnijcie — i my mamy żony.

840 Na nie, ach! spadnie krew niewiast: — pomnijcie!Nie krzywdzić żadnej, kto stoi o życie!

Śmierć nieść mężczyznom, — lecz pomoc kobiecie!Ach! jam zapomniał! — lecz czyż Bóg przebaczySprawcy niewinnych śmierci i rozpaczy?

845 Idź, kto chcesz, za mną! ja, choćby sam, idęOdeprzeć od nas tej zbrodni ohydę!« —I skoczył w ogień po wschodach runących.Wyłamał otwór we drzwiach gorejących;Po rozpalonych kamieniach podłogi,

850 Śród kłębów dymu i iskier z pożogi,On, i w ślad za nim śpieszący bez trwogi,Wpadli, porwali — każdy na swych rękachUnosi jednę — nie myśląc o wdziękach!Ośmiela, cieszy, błaga, uspakaja.

855 Zna cześć piękności Konradowa zgraja.Nie iść w ślad wodza najdzikszy się sroma,Ratuje słabość krwawemi rękoma.Lecz któż jest? któż jest ta piękna i blada,Ta najpiękniejsza w objęciach Konrada?

860 Postać niebianki, tronu godne lica,Anioła godne! Któż jest ta dziewica?...Pani haremu, baszy niewolnica.

Krótko wódz spojrzał na wdzięki Gulnary,Krótko ośmielał niosąc przez pożary,

865 Krótko pożegnał; — nie czas stać spokojnie!Gdy litość chwilę sfolgowała wojnie,Wróg nieścigany zaczął się ozierać,Zwalniać krok, stawać, zwracać się, opierać.

Widzi to Seid, widzi i poznaje,

870 Przed jaką garstką pierzchły jego zgraje.Wstydzi się błędu — wstyd wściekłość w nim drażni,Gdy widzi dzieło zbyt skorej bojaźni.»Alla il Alla!« okrzyk zagrzmiał w gminie,Każdy jak wściekły, pomści się lub zginie.

875 Ogień za ogień, krew za krew niech płaciłLecą do boju po trupach swych braci.Znów szczęk, wrzask, ciżba — wre bitwa straszliwa.Szczęście, jak nagle wezbrało, — odpływa.Zwycięzcy, tłuszczą ściśnieni zuchwalczą,

880 Już nie o tryumf, — o swe życie walczą.Ujrzał wódz, — pojął, zgadł niebezpieczeństwo:Słabnie przed tłumem siła — choć nie męstwo.»Jeszcze raz, za mną! rozbić zgraję trwożną!«Kupią się, biegną, uderzyli, — próżno!

885 Wszystko stracone! wróg ciaśniej otacza;Nikt ujść nie zdoła, lecz nikt nie rozpacza.Jeszcze są w szyku! — ha! już przełamani,Już rozpierzchnieni, ujęci, zrąbani!...Kto został, milcząc pasuje się w gminie,

890 Aż z trudu raczej, niż z rąk wroga zginie;Aż choć raz jeszcze w konwulsyjnej pięściNa czaszce wroga mściwy miecz zachrzęści.

Lecz nim tłum dziki, wszcząwszy bój zażarcie,Sam się na wstępne odważył natarcie,

895 Wraz ze swą panią dziewice Gulnary,W domu mieszkańca jednej z niemi wiaryZ rozkazu wodza umieszczone skrycie,Przestały bać się o sławę i życie.Z łez i Gulnary oschło czarne oko,

900 Lecz smutna, milczy i duma głęboko.

Tkwi w jej pamięci wybawca z płomienia,Dźwięk jego głosu, blask jego spojrzenia.Dziw jej, że zbójca, śród boju dzikości,Zdał się być czulszym, niż Seid w miłości.

905 W pieszczotach nawet baszy niewolnicaCzuć musi łaskę, jaką pan zaszczyca;Korsarz niósł pomoc, osłodę boleści,Jak hołd należny godności niewieściéj!...»Źle jest — co gorsza, wiem, że próżno żądać:

910 Chciałabym jednak — muszę go oglądać!Winnam mu życie moje i tych branek!Zapomniał o niem mój pan — mój kochanek!«

I wnet go widzi, gdzie bój najzaciętszy,Jęk najgłośniejszy i tłok coraz gęstszy.

915 Sam, wpośród trupów szczęśliwszych już braci,Cofa się, groźny w licu i postaci.Każda piędź ziemi krwią za nim przesiękła.Miesza się pogoń, ustaje zalękła, —Aż w krwi ślizgocie krok się jego zwinął,

920 Zachwiał się, upadł... chce zginąć, — nie zginął,Wzięty! — Ha! zbrodnia nie ujdzie bezkarnie,Niech tylko zemsta wymyśli męczarnie!Tamują rany; śmierć nie czyni zadość;Kroplą po kropli przelać krew, to radość,

925 Jęki po jękach słyszeć, gdy je wyda,To będzie rozkosz dla baszy Seida!Obyż mąk rodzaj wynaleźć, wykonać,By wciąż w nich konał, nigdy nie mógł skonać!

Widzi Gulnara: — Tenże to syn męstwa,

930 Przed chwilą jeszcze wódz i pan zwycięstwa,

Którego słowo lub ręki skinienieTysiącom niosło śmierć lub przebaczenie?On to! — bezbronny, lecz mężny w złej doli,Życie go tylko, że je ustrzegł, boli.

935 Rany ma lekkie, choć sam ciosy wabił,Choćby całował miecz, coby go zabił.Nikt-że z tysiąców — jednego potrzeba —Nie chce go posłać, mniejsza — czy do nieba?Sam-że on z braci ma zostać na ziemi,

940 On, co śmierć spotkać śpieszył przed wszystkiemi!...Czuł on, co człowiek czuje, gdy na czołoZe szczytu upadł pod Fortuny koło:Czuł złe, co zbroił, czuł bliskie katownie,Czuł hardość wroga, czuł gorzko, gwałtownie;

945 Ale taż duma, co go w głąb strąciła,Wzmogła w nim serce, i boleść pokryła.Wzrok pogardliwy i twarz obojętnaW jeńcu zwycięzcy jeszcze noszą piętna.Ranny, znużony, — lecz gdzież są w tej chwili,

950 Coby spokojniej i mocniej patrzyli?Słucha bez gniewu, jak stojąc zdalekaPodła nań tłuszcza urąganiem szczeka;Mężni, co zbliska w boju go widzieli,Szanują w więzach dłoń, przed którą drżeli.

955 Ledwo nań który z wiodącej go straży,Żaden beze czci spojrzeć się nie waży.

Posłany lekarz — nie litość posyła —Ma rzec, co w mękach zniesie jeńca siła.Znalazł jej dosyć, by dźwigać kajdany;

960 Znalazł dość czucia, by czuć ból zadany;Jutro więc, jutro, gasnąc na gór szczycie,Słońce obaczy pierwsze na pal wbicie,

A rano, z morza w zwykłej wstając mocy,Ujrzy, jak dotrwał w mękach całej nocy.

965  Z mąk to najsroższa, najdłuższe z cierpienia:Z bólem konania łącząc żar pragnienia,Śmierć, jednę ulgę, z dnia na dzień oddala,Gdy już ćma sępów kracze wkoło pala.»Ach! wody! wody!« — Zemsta się naśmiewa,

970 Wskazuje puhar, zbliża, i rozlewa.Próżno nieszczęśnik usta ku niej kwapił:Skończyłby cierpieć, gdyby się raz napił. —To wyrok jego. Odeszli strażnicy,On został — jeden, w kajdanach, w ciemnicy.

975  Któż uczuć jego pojąłby męczarnie,Gdy on, ofiara, sam ich nie ogarnie?Noc, wojna, zamęt w myślach jego duszy:Wszystkie w niej siły mdleją od katuszy,Wszystkiemi jego uczuciami miota

980 Nieżałująca, rozpaczna zgryzota,Ów wróg nasz mściwy, co, milcząc w potrzebie,Po czasie woła: »Ostrzegałem ciebie!« —Próżno! — pierś mężna, jadem jej zatruta,Klnie albo milczy, dla słabych pokuta!

985 Przed chmurą ciosów czyż obwód tej tarczyOkryciu serca wielkiego wystarczy?W tej nawet chwili, gdy nawpół jak w grobie,Całe swe życie czuje, widzi w sobie,

Żadna w niem zbrodnia nad inne grożąca,

990 Żadna namiętność, ni myśl panująca,Nie ćmi się przed nim tak, aby swym cieniemResztę przynajmniej skryła przed wspomnieniem.Nie! — okiem ducha patrzy on odrazuNa całą przestrzeń dzikiego obrazu:

995 Widzi rozpierzchłe sny dumnej wielkości,Skażoną chwałę, łzy, rozpacz miłości,Znikłe nadzieje szczęścia, czcze zamiary,Tryumf swych wrogów, kaźń swej bliskiej kary!...Przeszłość się czerni jak otchłań bezdenna,

1000 Przyszłość jak chmura gromami brzemienna;Czyny i słowa, złe myśli i chęci,Co jak ćma nocna kryły się w pamięci;Błędy wesołe lub miłe w swym czasie,Lecz z których dzisiaj każdy zbrodnią zda się;

1005 I wszystkie krzywdy, któremi przewinił,Co, choć utaił, sam wie, że uczynił,Których naprawić nie ma już sposobu, —Wszystkie, jak duchy z otwartego grobu,Wznoszą się z serca, okryte żałobą,

1010 I groźnym palcem wołają za sobą...Wszystko on widzi, nim zwierciadło duszyOckniona duma porwie i rozkruszy.Tak! duma pokryć, odwaga znieść śmiałoPotrafi wszystko, wszystko, co się stało;

1015 Lecz któż bez trwogi? — cóż stąd, że ukryta?Godzien jest tylko chwały hipokryta:Nie nędznik, co się wprzód chełpiąc, ucieka,Lecz ten, co nawet widzi śmierć — i czeka;Lub gdy weń godzi grot niechybny losu,

1020 Bieży w pół drogi na spotkanie ciosu.

W warownej izbie, na najwyższej wieży,Okuty Konrad na posłaniu leży.Pałac spalony; ta wieża zamykaBaszę, kobiety, dwór i niewolnika.

1025  Nie wini Konrad o srogość zwycięzcę:Sam mu los równy gotował po klęsce.Duma sam w sobie: — strach, zgryzotę przemógł,Lecz jest myśl jedna, której uśpić nie mógł,Której pomyśleć nie śmiał: jak te wieści

1030 Przyjmie Medora? jak zniesie boleści?...Wtenczas, raz tylko wtenczas, z cichym jękiemPorwał się z miejsca i z kajdanów brzękiemWzniósł nagle ręce, jakby zerwać żądałWięzy, na które z wściekłością poglądał.

1035 Lecz udał męstwo, czy się w nie uzbroił:Zaśmiał się gorzko, i gniew uspokoił.»Teraz niech przyjdą! niech znajdą katuszeGorsze! niech znajdą!... Lecz odpocząć muszę«.Rzekł, padł na łoże, zamknął skrzące oko,

1040 I co bądź marzy, znać, że śpi głęboko.

Noc jeszcze, — północ już była minęła,Gdy pożar floty i bitwa się wszczęła.Jak Konrad w planach, godna wodza rzeszaSkora w pełnieniu i w pracy pośpiesza.

1045 Nie było złego, choć w tak krótkiej chwili,Coby go, mogąc, wrogom nie zrobili.W godzinie Konrad — korsarz na pokładzie,Na lądzie rycerz, derwisz na biesiadzie,Odkryty, bliski śmierci, ocalony,

1050 Zwycięzca, tyran, zbawca, zwyciężony,Jeniec, w kajdanach jak zbrodzień, po wojnie,Skazany na śmierć... i usnął spokojnie!

Śpi, — uśmiech w ustach, łza lśni z pod powieki,Oddycha lekko... oby spał na wieki!

1055  Któż się to zbliża z łzawemi oczyma?Wrogi odeszli, przyjaciół tu niéma!Seraf-li, niebios utaiwszy blaski,Niesie mu we śnie zwiastowanie łaski?Nie! — choć anielska w licu piękność świta,

1060 Ziemski to tylko jest anioł, — kobiéta!Wzniesioną lampę w jednej trzyma dłoni,Drugą jej światło przed uśpionym chroni,By blask niewczesny nie padał na oczy,Co z snu otwarte, wnet znów śmierć zamroczy.

1065 W powiewnej bieli, postać jej w milczeniuJak duch wiejący posuwa się w cieniu.Lekka, wysoka, — pierś tylko i licaMdłe światło lampy zaledwo oświéca.Włos, rozpuszczony na białej odzieży

1070 Jak smug ciemności, wpół na piersiach leży,

Wpół spływa z ramion; stopa jak śnieg biała,I jak śnieg cicho na ziemię spadała.Któż ona? Sama, w nocy, mimo straży,Jak tu wejść mogła? jak się wchodzić waży?

1075 O! spytaj raczej, przed jaką przeszkodąZadrży kobieta, gdy jej duszę młodąCzułość i litość, jak Gulnarę, wiodą?Nie mogła usnąć, i gdy basza we śnie,Marząc o klęsce, klnie, jęczy boleśnie,

1080 Marząc o jeńcu, nakazuje męki, —Wstała, i sygnet zdjęła z jego ręki,Znak jego woli, który gdy okaże,Wszelkie wnet przed nią rozstąpią się straże.Przeszła bezpiecznie, nikt o nic nie bada.

1085 Znużeni bojem strażnicy Konrada,Zazdroszcząc więźnia spoczynkowi, samiWpółsenni ziemię zalegli przed drzwiami.Ujrzeli pierścień, mało się kłopocą,Kto go przynosi, gdzie idzie i po co?

1090  Patrzy zdumiona — »On śpi? — gdy z rozpacząTysiące po nim, lub na niego plączą?...Ja sama nawet!... Jakaż czarów siłaTak mi go nagle drogim uczyniła?Zbawił mi życie, poświęcił sam siebie;

1095 Mam-że go wzajem opuścić w potrzebie?Nie! chcę mu pomóc, nie dbam o sąd ludzi.Lecz cicho! — westchnął, poruszył się, budził«Podniósł wzrok, blaskiem zaślepione oczyZdają się wątpić, czy sen ich nie mroczy,

1100 Lecz ruszył ręką, głuchy brzęk okowuDowiódł, że żyje, i cierpieć ma znowu.»Któż jest ta postać? Anioł stróż z wejrzenia!Zbyt zda się piękny na stróża więzienia«.

— »Nie znasz mnie? jestem z tych, co czują wdzięczność

1105 Za czyn, do jakich rzadkoś miewał zręczność.Patrz! czyż nie pomnisz, żeś sam swą odwagąWyrwał mię z ognia, ustrzegł przed zniewagą?...Przyszłam... nie pytaj poco? — lecz nie szydzić.Ja cię nie mogę, nie chcę nienawidzić«.

1110 — »Jeśli tak, pani! jesteś więc tu jedna,Której śmierć moja uciechy nie zjedna.Tem gorzej! — smutku nie radbym ci sprawić.Lecz dziś ich pora! — chcą, mogą się bawić.Słuszna im jednak wdzięczność niewolnika,

1115 Że tak pięknego ślą mu spowiednika«.Z najgłębszym smutkiem niekiedy się mieszaDziwna wesołość: serca nie pociesza,Choć błyszczy w oczach, łza z nich nie osycha;Uśmiech jej gorzki, jednak się uśmiécha,

1120 I nieraz światu, zamiast pożegnania,Żart płochy rzuca z wierzchu rusztowania,Co choć nie radość, jak zda się, go budzi,Ułudza drugich; — lecz któż siebie złudzi?Cobądż czuł Konrad, jak łuna z ogniska

1125 Dzika wesołość w rysach jego błyska.Mówił z uśmiechem, z szyderstwem napoły:Wesołe słowa, i ton ich wesoły —Znać, że mu obcy: w burzliwem swem życiuRzadko miał porę miewać go w użyciu.

1130  »Korsarzu! pal twój gotów, lecz ma władzaCzęsto gniew baszy i wyrok złagadza.Chciałabym, — tak jest, chcę, muszę cię zbawić.Dziś nie! — dzień bliski mógłby nas wyjawić.Lecz dość zyskamy, jeżeli, jak wróżę,

1135 Czas twojej kaźni do jutra przedłużę.Dzisiaj nic więcej nie żądaj odemnie,Gdyżbyśmy tylko zginęli daremnie«.— »Ja nic nie żądam, niech się kres mój zbliży!Spadłem zbyt nisko, bym się bał spaść niżéj.

1140 Więc oszczędź sobie trudu, mnie życzenia,Bym jak zbieg podły uchodził z więzienia.Gdym nie zwyciężył, mam-że z braci całéjSam, nie śmiąc umrzeć, powracać bez chwały?...»Jest wszakże jedna, o której duch marzy,

1145 Której łzę, zda się, że czuję na twarzy!...W życiu mem dotąd jedyne pociechyByły: mój okręt, mój miecz, jej uśmiechy, —I Bóg mój niegdyś!... przeszłość to daleka!Jam się Go z młodu, dziś On mnie wyrzeka.

1150 Za niecześć ojca mściwy karze sędzia.Zwycięzcy moi Jego są narzędzia!Nie czas już wszakże, bym, rozpacznik podły,Samolubnemi znieważał Go modły!Nie! nie mam prawa prosić, i nie proszę;

1155 Co zesłał, cierpię; co znieść mogę, znoszę.Miecz mój z niegodnej wytrącono dłoni,Niegodnej dźwigać, jak on, wiernej broni.Okręt mój wzięty, lecz ta, tak mnie droga!...Ach! za nią jeszcze chciałbym prosić Boga.

1160 Ona jest wszystkiem dla mnie, a te wieściSkruszą jej serce ogromem boleści!Ta myśl jest dla mnie nad śmierć sroższą karą.Ona tak tkliwa, tak piękna! — Gulnaro!

Nimem cię ujrzał, przeszły lata długie,

1165 Żem nie pomyślał, czy są piękne drugie«.— »Ty więc już kochasz? Ty już kochasz inną?Cóż mi to znaczy? — nic, nic nie powinno!Jednak — ty kochasz!... ach! ja zajrzeć muszęDuszy, wzajemną kochającej duszę,

1170 Która nie czuje i nigdy nie czułaTej czczości serca, co moje okuła«.— »Twoje? — sądziłem, że z ogniów haremuJam cię ratując, zachował lubemu«.— »Seid mój luby? — ach, nie! nie mój luby!

1175 Niegdyś to serce, dziś już wzięte w kluby,Długo się niegdyś ubijało we mnie,By czuć wzajemność, — niestety: daremnie!Pragnęłam kochać, kochać jestem zdolną,Lecz czułam, czuję: wprzód trzeba być wolną!

1180 Jam niewolnica, — cóż, że z łaski panaNa panią innych niewolnic wybrana?Gorzkie pieszczoty, gdy je przyjąć każą,Podląca wierność pod dozorców strażą;Lecz trudniej jeszcze, gdy wstręt serce mrozi,

1185 Udawać czułość, bo pan gniewem grozi!Stokroć w dzień muszę w duszy mej złorzeczyćZimnym »czy kochasz?« — nie śmiejąc zaprzeczyć.Bierze mą rękę: ni daję, ni bronię, —Krew w niej jak martwa, ni krzepnie, ni płonie.

1190 Patrzy mi w oczy, — niezmieszana stoję;Ust jego żarem nie palą się moje.Sama się sobą muszę tylko brzydzić.Nie dość kochałam, by choć znienawidzić.Nie, nic nie czuję!... Odchodzi, — nie pytam

1195 Gdzie? kiedy wróci? — Powraca, — nie witam,Nie widzę prawie. Straszliwa rozwaga!Czuję, jak coraz wstręt i sytość wzmaga,

O! gdybyż wreszcie, nasycon wzajemnie,Chciał sobie milszą wynaleźć odemnie,

1200 I mnie zostawił, przed godziną bojuMogłabym jeszcze powiedzieć: w pokoju!Lecz już się stało! Dzisiaj jeszcze muszęUdawać czułość, nim twe więzy skruszę.Za smutne życie ocalone brance,

1205 Zbawcę mojego chcę zwrócić kochance;Wrócić jej sercu szczęście i wesele,Jakiego sama z nikim nie podzielę.Bądź zdrów! — dzień świta, straże zejść nas mogą,Nie umrzesz dzisiaj, — okupię cię drogo«.

1210  Rzekła, i ręce okute KonradaZ tkliwą pokorą do serca przykłada.Poszła, jak przyszła, jako sen przelotny.Byłaż tu ona? — znów-że on samotny?Jakaż to kropla, jak brylant promienny,

1215 Lśni na okowach od jasności dziennéj?Łza to najświętsza, niewieściej czułościNajdroższa perła, co z morza litościNim tkliwa dusza na świat ją uroni,Już wygładzona w cherubina dłoni!

1220  O! jak urocza, jak silnie zwycięska,W oczach kobiety jej łza czarnoksięska!Broń jej słabości, razem miecz i tarcza,Jak do obrony, do zwycięstw wystarcza.O! nie patrz na nią! Cnota z drogi boczy,

1225 Mądrość się zbłąka, gdy w nią wlepi oczy.

Jedna łza w oku egipskiej królowéj —Pierzchnął bohater, świat poszedł w okowy.Lecz nie potępiać błędu triumwira!Tylu się nieba na ziemi wypiéra,

1230 Rzuca się w piekło, wieczność w mękach pędzić,By zalotnicy kilku łez oszczędzić!

Ranek; przez kraty na twarz więźnia padaDzień, co kres wszystkich dni mu zapowiada.Dzień już bez jutra! a w nim pamięć wczora,

1235 Straszniejsza stokroć, niż widok upiora!Wczora pan morza, wódz dzielnych zastępów!Dziś jeniec wrogów, może pastwa sępów,Kiedy to słońce, co wschodzi tak jaśnie,Okiem już jego niedojrzane zgaśnie,

1240 Gdy wkoło świeżość chłodu wieczornegoOżywi wszystko — wszystko, oprócz niego!...

Zwolna — piękniejsze niż w dziennej kolei —Zniża się słońce za wzgórza Morei,Nie w mgle, jak indziej, blade, bez promieni,

1245 Lecz jak ognisko żyjących płomieni.Po śpiącej głębi smugiem złota ciska, —Wre zda się woda, gdy z drżeniem połyska.

Nad wyspą Hydry, nad Eginy czołem,Bóg wesołości spojrzeniem wesołem

1250 Po raz ostatni luby kraj swój darzy,Choć w nim już dawnych nie widzi ołtarzy.Słupem z gór wierzchu cień zstępując siny,Port niepodbitej zaległ Salaminy.Przez głąb wąwozów, we zwierciadłach fali,

1255 Krwawą purpurą horyzont się pali,Gdy na gór szczycie, jak złota korona,Lśni jeszcze słońca jasność zawieszona;Aż wreszcie blaski zagarnąwszy całe,Utonie do snu za delficką skałę.

1260  Taki był zachód dnia, w którym przed wiekiNajmędrszy z Greków miał zawrzeć powieki.Jak wtedy jego uczniowie płaczącyDrżeli o każdy promień konający,Gdy, jak to słońce, z niem razem, przed niemi

1265 Mądrość ich mistrza zajść miała na ziemi!»Jeszcze nie! — jeszcze! — słońce zachód zwleka,Chwila rozstania jeszcze jest daleka!« —Lecz słońce, patrząc w konające oczy,Blask swój przed niemi i swe barwy mroczy;

1270 Żałobę zda się po kraju rozlewać,Gdzie dotąd Febus nie umiał się gniewać.I nim Cytery zakryła go skała,Puhar stał próżny... duch uleciał z ciała, —Duch, co dla prawdy śmierć i trwogę przemógł,

1275 Co żył i umarł — jak nikt drugi nie mógł.

Lecz patrz! milcząca z za Himetu szczytówWzbija się nocnych królowa błękitów.Ni mgła, ni obłok, zapowiednik burzy,Nie ćmi jej kształtu, ani lic nie chmurzy.

1280  Ówdzie śród ruin, pełnym wzrostem dumna,Blaskiem jej dawna bieleje kolumna;Tam, z okrągłego minaretów wierzchu,Młody jej obraz połyska się w zmierzchu.Gajem oliwne rozsadzone drzewa,

1285 Gdzie skromny Cefiz wąski nurt przelewa,Między cyprysy gronami stojące,Letnich kijosków wieżyczki błyszczące,I owa palma, samotna stróżyniPrzy Tezeusza zwalonej świątyni, —

1290 Wszystkie koleją przynęcają oczy;Ślepą ma duszę, kto, idąc, nie zoczy!

Wojną z wiatrami Neptun zmordowany,Do snu Egejskie uciszył bałwany.W pręgach jasności złota i błękitu

1295 Leżą zwierciadłem u stóp ścian granitu.Prócz gdzie cień wysep czerni się na wodzie,Wszystko się w nocnej uśmiecha pogodzie!

Czas do mej treści — czyż myśl od niej boczy?O! ziemio grecka! o kraju uroczy!

1300 Któż, gdy cię poznał, o czemkolwiek pienia,Nie rad w nich twego uświęcić wspomnienia?Kto, widząc z Aten zachód twego Feba,Ich wieczornego mógł zapomnieć nieba? —Nie ten, co z gościa jakby syn twej ziemi,

1305 Niezmienny miejscy, ni laty długiemi,Myślą po tobie dawne licząc ślady,Żyje zaklęty między twe Cyklady,Ni hołd ten obcym pieśni swej uważa.Twą była wyspa mojego korsarza, —

1310 Wyzwól ją z jarzma, którem wróg znieważa!...

Słońce już zaszło — i, jak wyspa cała,Z ostatnim jego blaskiem pociemniałaDusza Medory; — trzeci dzień przeminął.Dziś on miał wrócić: — zbłąkał się? czy zginął?...

1315 Burzy nie było, wiał wciąż wiatr łaskawy.Anzelmo wczoraj powrócił z wyprawy,Lecz wieść jedyna, którą opowiada,Jest, że nie spotkał okrętu Konrada.O! gdyby spotkał! — chociaż krwawszych w treści,

1320 Innychby w skutku doczekano wieści!Noc, wiatr dmie zimny; — ona przez dzień całyZ okna swej wieży patrzyła na wały,Łudząc się widmem to masztów, to żagli.Nie może dłużej, — niespokojność nagli.

1325 Zbiegła nad morze, i w lekkiej odzieżyBłądzi niebaczna wzdłuż płaskich wybrzeży.Próżno ją fala pryskająca z brzegaOblewa rosą, o burzy ostrzega:

Nie dba, nie zważa, wtył kroku nie ruszy,

1330 Nie czuje zimna — jej zimno w jej duszy! —Aż straszna pewność tak myśl jej obległa,Że gdyby wtedy kształt jego postrzegła,Lub-by ją rozum, lub dusza odbiegła.

Wtem łódka jakaś weszła do przystani.

1335 W niej kilku ludzi, — wszyscy krwią oblani,Wszyscy Konrada towarzysze śmieli.Uszli — jak?... sami prawie nie wiedzieli.Widzą Medorę, poznali zdaleka.Zbliża się, — milczą, — każdy zda się czeka,

1340 Aż drugi zacznie, sam w duszy niewieściéjBojąc się zbytniej obudzić boleści.

Ona nie pyta, — ona wszystko zgadła,Jednak nie blednie, nie drży, nie upadła.W dziewiczej piersi wielkie czucia żyły,

1345 Dotąd swej własnej nieświadome siły:Póki nadzieja, — bała się, płakała;Straciwszy wszystko, — czułość skamieniała.I głos się w sercu z dziką ozwał mocą:Kto wszystko stracił, bać się nie ma o co!

1350 Nadludzkie męstwo! jakie w sercach ludziSzał chyba tylko, albo rozpacz budzi!»Milczycie? — dobrze! — ja nic nie chcę wiedzieć.Nic, — jedno tylko — ktoby mógł powiedzieć?..

Nie patrzcie na mnie z twarzą obłąkaną!...

1355 Prędko i krótko: gdzie go pochowano?«— »Pani! nie wiemy; — zaledwośmy samiZ życiem ujść mogli. Lecz jest między nami,Co utrzymuje, że wódz nie zabity,Że jest w niewoli; że go, sam ukryty,

1360 Widział pod strażą: — ranny, ale żywy«.Nie słucha więcej; wieści przeraźliwéjNie zniosło serce: przytomność i siłaRazem krzepnącą duszę opuściła.Chwieje się, padła, — i nawpół umarłą

1365 Możeby morze mogiłę wydarło,Lecz wnet ze łzami, choć dłońmi twardemi,Skorzy w ratunku podnieśli ją z ziemi.Nie ma sił stąpić, — na rękach ją niosą;Skroń, piersi, morską oblewają rosą,

1370 Aż barwa życia wróciła na lice.Posłali zbudzić śpiące służebnice,I wnet matrony zostawiwszy przy niéj,Odchodzą szukać Anzelma jaskini,Smutnej wyprawy oznajmują skutki:

1375 Zbyt długa powieść na tryumf tak krótki!

Złożono radę; słowa się zatliłyGroźbą i zemstą; nie patrzą na siły.Powinność woła! — zda się, że KonradaDuch jeszcze z niemi na radzie zasiada.

1380 Cobądź go czeka poprzysięgli zgodnieAlbo go zbawić, albo pomścić godnie.Biada niewiernym! — bo jeszcze zostaliŚmieli na wszystko i o nic nie dbali!

W haremu swego głębi niedostępnéj

1385 Zamknął się Seid i duma posępny.

Miłość, nienawiść naprzemian nim włada,Gdy lub Gulnarę wspomni, lub Konrada.U stóp mu siedzi piękna niewolnica,Wzrokiem obawy patrząc w jego lica

1390 Mroczne; — daremnie jej piękność i sztukaIskry uczucia w sercu jego szuka;On, licząc niby kaliwa różańca,Kroplami w myślach przelewa krew brańca.

»Baszo! dniem chwały dziś cię Allah darzy,

1395 Bitwa wygrana w więzach wódz korsarzy.Ma umrzeć — słusznie! — wart twej nienawiści.Lecz czyżbyś większych nie osiągł korzyści,Gdybyś pozwolił — sam to rozważ ściśle,Ja radzić nie śmiem, lecz mówię, co myślę, —

1400 By on wszystkiemi skarby, które złupił,Ten raz, na krótko, z więzów się wykupił.O skarbach jego wieść cuda rozgłasza,Radabym, żeby posiadł je mój basza!On znów, osłabion klęską poprzedniczą,

1405 Z resztą swych łatwą stałby się zdobyczą.Lecz gdy tu zginie, tamci zdjęci zgroząUciekną z wyspy i skarby uwiozą«.— »Słuchaj, Gulnaro! gdyby mi za każdąKroplę krwi jego dyjamentu gwiazdą

1410 Zapłacić chciano, za każdy włos jegoDawano sztabę złota dziewiczego,Gdyby, jak plotą arabscy bajarze,Skarb w Salomona zamknięty pieczarzeU stóp mi sypał: — za te wszystkie dary

1415 Jednąbym chwilą nie zwlókł jego kary,

Gdybym nie wiedział, że, raz w mojej mocy,Ujść z niej nie zdoła, ni znajdzie pomocy.Tymczasem myśleć kazałem w seraju,Nad wynalazkiem nowych mąk rodzaju,

1420 I sam rozmyślam, jakich środków użyć,By ból powiększyć, a życie przedłużyć«.— »Źleś sobie, baszo! myśl mą wytłumaczył:Nie chcę, nie radzę, abyś mu przebaczył.Nie! — chciałam tylko wskazać ci sposoby

1425 Zyskania skarbów; gdyż co do osoby,Choćbyś go puścił — w tym, w jakim jest stanie,Nigdy on całkiem wolnym nie zostanie.Sam ranny, banda zmniejszona połową...Byleś chciał, pojmać mógłbyś go na nowo«.

1430 — »Móglbym go pojmać? — i chcesz, bym dlategoMiał go dziś puścić? — dziś, już pojmanego?Puścić psa giaura, zbójcę, wroga mego?...Puścić? — i może powiedzieć, na czyjeProśby? i komu zawdzięcza, że żyje?..

1435 Chcesz, bym go może nagrodził, pochwalił,Że mnie chciał zabić, lecz ciebie ocalił?...Mądrze doiadzasz! Słuchaj, ja też radzę,Co powiem, zapisz w sercu i uwadze:Nie wierzę tobie, kobieto! — w tej chwili

1440 Stwierdziłaś sama, co drudzy mówili.Mów! czy, gdy ciebie unosił z pożaru,Ujść z nim natenczas nie miałaś zamiaru?...Lecz nie! — milcz raczej! — ten ogień na twarzySam już cię więcej, niżbym żądał, skarży.

1445 Więc strzeż się, piękna! rada innych zbawiać!Patrz, czy za tobą będzie się kto wstawiać?»Rozumiesz? — dosyć! Przeklęta godzina,Gdy cię uniosło ramię poganina!...Wolałbym, gdybyś!... — Lecz nie! wtedy pewnie

1450 Łzami kochanka płakałbym cię rzewnie.Dziś pan ostrzega. — Próżne twe mamidła!Wiesz, że zbyt lotne umiem obciąć skrzydła;

Nie w słowach tylko grożę, i nie próżno!Wejdź w siebie dobrze! — pomnij! bądź ostrożną!«

1455  Powstał, i dumnym oddala się krokiem,Szyderstwo w ustach, gniew wisi nad okiem.Nieznany jemu hart niewieściej duszy,Że go surowość ni groźba nie skruszy.Nie zna Gulnary, nie wiedział, co ona

1460 Czuje, gdy tkliwa, — śmie, gdy obrażona.W niewiarze, mniema, że krzywdę poniosła;Nie wie, skąd litość w sercu jej tak wzrosła.Zbawca — więc słusznie, że wdzięczność dlań czuje;Branka — nad losem więźnia się lituje.

1465 Nie śledzi dalej; — niepomna na groźby,Na niebezpieczne znów się waży prośby.Znów pogardzone; — aż w głębi jej duszyZawziął się zamiar... nic go już nie wzruszy:Ujdzie z nim z więzów — lub zginie w katuszy!

1470  Tymczasem długie, tęskne, jednostajne,Dzień i noc przeszły. Konrad męki tajneZniósł, w strasznej walce zwątpień i bojaźni, —Gdy każda chwila zda się chwilą kaźni,Gdy się krok każdy, co u drzwi rozlega,

1475 Zdaje być krokiem oprawcy lub szpiega,Kiedy głos każdy, co się ozwie w ciszy,Mniema ostatnim, co przed śmiercią słyszy;On zniósł to wszystko, — mężnie i spokojnieDotrwał w najsroższej z sobą samym wojnie.

1480  Gorącość bitwy, groza, wściekłość burzy,Dręczącą wewnątrz myśl tępi lub nuży:

Lecz być samotnym, wtrąconym w okowy,Być, czuć się pastwą każdej myśli nowéj;Patrzeć w swe serce, i drżeć lub przed marą

1485 Zbrodni swych przeszłych, lub przed przyszłą karą:Tamtych naprawić, tej nie móc odwrócić;Kląć każdą chwilę po każdej się smucić;Bez przyjaciela — coby słabość wspierał,Coby rzekł ludziom, żeś mężnie umierał;

1490 Śród nieprzyjaciół — co wiesz, że potwarzą,Jak całe życie, śmierć twoję znieważą;Wobec mąk, które, choć duch widzi śmiało.Nie wiesz, nie zgadniesz, jak je zniesie ciało,A jednak czujesz, że jęk, że łza jedna,

1495 Skazi twe męstwo, wrogom tryumf zjedna;Gdy ci zbyt sroga surowość człowieczaNadziei nawet zbawienia zaprzecza,A raj twój ziemski, pewniejszy niż w niebie,Ta, którą kochasz, daleko od ciebie: —

1500 Oto są myśli, w których duch KonradaMiota się błąka — ale nie upada!To są męczarnie, które musiał znosić...Zniósł, — źle czy dobrze? nie uległ, — już dosyć.

Przeszedł dzień pierwszy — on miał być dniem kary;

1505 Zszedł drugi, trzeci, — nie widać Gulnary.Lecz co przyrzekła, stado się; nie wróżył,By w mocy baszy jutra nawet dożył.Idzie dzień czwarty — przeminął! a z nocąCiemność i burza przyszły z całą mocą.

1510 O jak mu luby szum, ryczenie morza,Gdy zapienione wre u ścian podnoża!Porwał się, — słucha — jakby z wiatry społemDuch jego bujał nad dzikim żywiołem.W takich on nocach, na wzdętych bałwanach,

1515 Po rozhukanych latał oceanach,Zawisał w chmurach i z dumnym uśmiechemSpadał w otchłanie — ciesząc się pośpiechem!...Dziś głos tak znany, jak na pośmiewisko,Woła, niestety, próżno, choć tak blisko!

1520 Świszcząc dmie wicher; ponad dachem domuToczy się w chmurach huk ciągłego gromu,Bucha nań łuna błyskawic tysiąca:Blask ich dla niego weselszy od słońca!Wdarł się ku oknu, — przez kraty wyciąga

1525 Okute ręce; błaga czy urąga?Wzniósł je ku niebu, ku chmurom — i razemPrzyzywa gromu klątwą i żelazem.Próżno! — kłębami chmura się przewala,I poszła dalej. Ucisza się fala,

1530 Huk coraz słabszy, oddala się, głuszy,Ustał, — ucichło... martwość w jego duszy!Uczuł samotność i serce zatwardził,Jakby ostatni przyjaciel nim wzgardził.

Północ... przed drzwiami usłyszał stąpanie.

1535 Krok lekki — coraz pomknie się i stanie,Skrzypła pod kluczem klamka zardzewiona.»Ona!« — przeczuło serce; — tak, to ona!Anioł stróż jego! jakiebądź jej grzechy,Miła mu, piękna, jak anioł pociechy!

1540 Lecz dziś w niej zmianę widzi wzrok Konrada:Krok bardziej drżący, twarz jej bardziej blada.Spojrzała dziko... w tym wzroku wyczytałTo słowo: »umrzesz!« — i o nic nie pytał.»Tak! dziś masz umrzeć — lecz jest sposób, który...

1545 Który nie gorszy niż pal i tortury!«— »Ja go nie widzę, — umiem znieść cierpienia,Com rzekł, powtarzam, — Konrad się nie zmienia.Lecz skąd chęć w tobie ocalić zbrodniarza,Gdy go świat cały potępia, spotwarza,

1550 Gdy, jakbądź srogie ma być ukaranie,Sam wiem, że słusznie zasłużyłem na nie?«— »Skąd ta chęć we mnie? — ty mię pytasz o to?Któż mię wybawił, ustrzegł przed sromotą?Skąd ta chęć we mnie? — Tak ci więc z mąk długich

1555 Oślepła dusza na uczucia drugich,Że chcesz, bym sama, chociaż wstydem płonę,Zrywała z serca skromności zasłonę?Tak jest! — pomimo twych zbrodni,ja czujęWielkość twej duszy; dziwię się, lituję,

1560 Kocham cię! — Nie mów! ja wiem, że daremnie,Że kochasz drugą, że kocha wzajemnie,Że może czulsza, piękniejsza odemnie!Lecz gdzież jest? — czemu cierpień twych nie dzieli?Czemu się na to, co ja, nie ośmieli?

1565 Gdybym ja była twoją, o tej dobieByłbyś już wolny, albo ja przy tobie!Żona korsarza! samym go wyprawić!...Czemże ta pani ma się w domu bawić?»Nie marszcz brwi! nie czas gniewać się za słowo,

1570 Gdy miecz na włosie wisi nad twą głową.Jeśli chcesz działać, — jeśliś działać zdolny,Masz, weź ten sztylet — pójdź, a będziesz wolny!«— »Mam iść? — zaprawdę, w brzęczących okowachPiękniebym stąpał po ich sennych głowach!

1575 Patrz! zapomniałaś, widzę, o mym stroju.A z tem narzędziem cóżbym zrobił w boju?«— »Nieufny człeku! — przekupiłam straże;Chciwe zapłaty, uczynią, co każę.Dość wyrzec słowo, a więzy twe spadną,

1580 Myślisz, że sama przyjść tu mogłam snadno?Czas, choć był krótki, użyłam go godnie,Na twój ratunek — choć może na zbrodnię.Zbrodnię?... nie! — nigdy zbrodnią się nie wydaŚmierć prześladowcy. — Pójdź, zabij Seida!

1585  »Cóż to? tyś zadrżał? — skąd ci ta obawa?Jam też nie była ni dzika, ni krwawa,Aż on sam jeden zatruł moję duszę!Skrzywdził mię, zelżył, — pomszczoną być muszę.Obwinił o to, czem dotąd gardziłam:

1590 Tak, choć pod strażą, ja mu wierną byłam.Śmiej się! ty możesz, — on nie miał przyczyny,Nie! — jam się jeszcze nie czuła do winy.Chciałam cię zbawić, krwią-bym okupiła,Lecz nie wiedziałam, że to miłość była.

1595 On to rzekł pierwszy — zawistny szyderca!Sam on myśl zdrady rzucił mi do serca.Jam nie kochała jego, lecz nikogoKochać nie śmiałam... Kupił mię — zbyt drogo,Bo niekupione serce biło we mnie.

1600 Znosiłam jednak — aż mi sam nikczemnieUrągać, wmawiać nie zaczął zamiaru,Żem chciała z tobą ujść podczas pożaru.To fałsz, wiesz dobrze; — lecz wróżby zawiściSkrzywdzone serce prędzej później ziści.

1605  »Nie sądź, że dla mnie spóźnił twe męczarnie,Nie! — prosić nawet nie mogłam bezkarnie.Na to on tylko czas tej zwłoki łożył,By tobie cierpień, mnie żalu przymnożył.Mnie też on grozi! — czas jakiś łaskawie

1610 Ku swej mię pańskiej zatrzyma zabawie,

Lecz, nasycony, dość by skinął wzrokiem:Wór się rozdziawi — śmierć w morzu głębokiem!»Jaż mam za cacko służyć do pieszczoty,Nim czas łudzącej nie zetrze pozłoty?

1615 Nie! kocham ciebie, — poprzysięgłam zbawić,By ci choć wdzięczność w pamięci zostawić.Lecz gdyby Seid nie był mię znieważał,Nie krzywdził sławy, życiu nie zagrażał,A wiem, do czego okrutnik jest zdolny,

1620 Wtedy!... i wtedy musiałbyś być wolny,Tak! — lecz krwi jego nie chciałabym przelać.Teraz, jam twoją! — chcę twój los podzielać,Słuchać, co każesz, i pełnić w pokorze.»Ty mię nie kochasz, nie znasz, gardzisz może;

1625 Nie przetom jednak gorsza, żem jest szczersza!Pierwsza to miłość — i nienawiść pierwsza!O! gdybyś kiedy wiary mej doświadczył,Wtenczas-byś może pojął i obaczyłMiłość, co płonie w sercach niewiast wschodnich!

1630  »Ona ci świeci blaskiem gwiazd przewodnich,Ona wskazuje wolność! — Jeśliś gotów,Pójdź, — w porcie na nas czeka łódź majnotów.Lecz w izbie, którą przejść nam trzeba właśnie,Śpi Seid... uderz! niech na wieki zaśnie!

1635 Bledniesz?«...— »Gulnaro! przed śmiercią nie bladłem,Nie czułem dotąd, że tak nisko spadłem!Seid jest wróg mój; mściwie i zażarcieŚcigał nas, szkodził, — lecz walczył otwarcie.Myśmy też przyszli moc jego osłabić,

1640 Pomścić się braci, i zabójcę zabić.Przyszliśmy z mieczem, nie z nożem; ten, czyjaDłoń niewiast broni, śpiących nie zabija!

»Nie natom, pani, z ognia cię ratował;Nie chciej, bym czynu dobrego żałował!

1645 Odejdź! — bądź zdrowa! — uspokój swą duszę!Dzień wnet zabłyśnie, — ja wprzód spocząć muszę«.— »Śpij, śpij! o wschodzie ockniesz się na palu!Umrzesz jak zbrodzień: cel wzgardy, nie żalu.Słyszałam rozkaz, widziałam zebrany

1650 Lud, rusztowanie, pal już zaciosany,Reszty nie ujrzę... nie zdołam cię przeżyć.»Korsarzu! trudnoż wznieść dłoń i uderzyć?Rozmyśl się! — miłość, nienawiść, zniewaga,Twe bezpieczeństwo tej śmierci wymaga.

1655 Bez niej ucieczka na nic się nie przyda,Ujść nie zdołamy pogoni Seida.»Pójdź! niech go słuszna nie minie zapłata,Za moje młode, pohańbione lata,Za krzywdy twoje, za krew braci twojej!

1660 Pójdź, pójdź! — cios jeden wszystko zaspokoi.»Co? — jeszcze nie śmiesz? — Więc ja się odważę!Ujrzysz, co ręka kobiety dokaże.Straż przekupiona... wychodź stąd czem prędzej!Ujrzym się wolni, — albo nigdy więcej!«

1665  Rzekła, — nie czeka, nie chce odpowiedzi.Znikła, — on drżący oczyma ją śledzi.Wlokący łańcuch w węzeł zebrał w ręku,By i szedł wolno, i nie wydał brzęku.

Drzwi otworzone, — wyszedł; straże zdjęte,

1670 Pusto i ciemno; przejście wąskie, kręte:Nie wie, gdzie idzie; ręką ścian się trzyma.Blask jakiś mglisty mignął przed oczyma;Czy światło dzienne? — wierzy i nie wierzy.Iść, czy nie? — poszedł; — chłód rzeźwiący, świeży

1675 W twarz mu powionął: czuje woń poranku.Wnet na otwartym ujrzał się krużganku.Odetchnął wolno, spojrzał wkoło siebie.Ostatnie gwiazdy bledniały na niebie,Wschód się zajmował brzaskiem; — wtem z uboczy

1680 Blask, jakby lampy, uderzył go w oczy.Z samotnej izby blask się ten przeciska,Drzwi wpół przemknięte... wpatruje się zbliska:Światło jest wewnątrz, lecz przy niem nikogo.Usłyszał szelest, i cofnął się z trwogą.

1685  Szybkiemi kroki, bielą otulonaPostać wybiegła, — stanęła... to ona!Dłoń jej bezbronna, krew szat nie plamiła,Dzięki jej sercu! dzięki! — nie zabiła!Spogląda na nią: obłęd w jej spojrzeniu,

1690 Jakby je w jakiemś utkwiła widzeniu!...Stanęła, — bacznem nasłuchuje uchem:Cichość dokoła! — konwulsyjnym ruchemWtył odrzuciła włosy, co po całéjTwarzy i piersiach w nieładzie spadały:

1695 Znać, że musiała nachylać się nisko,Na jakieś straszne patrząc widowisko.Zwraca się, — wzrok jej spotkał się z Konradem.Cofnął się przed nią. Na jej czole bladem,

Nad brwią — nieznaczna, której pewno sama

1700 Dojrzeć nie mogła, jedna mała plama!Ujrzał jej barwę, — mdłość mu wzrok zaćmiła,Pojął, zgadł wszystko: to kropla krwi była!

Bywał on w bitwach; w niewoli bezbronnejCzuł bliskie męki śmierci nieuchronnej;

1705 Wykraczał, cierpiał, i jeszcze nie zgadnie,Czy to okucie z rąk jego opadnie: —Lecz nigdy bitwa, niewola, zgryzota,Która nim kiedy miotała lub miota,Żadne cierpienie w całej swojej sile

1710 Nie przeraziło, nie wstrzęsło go tyle,Jako ta plama, ta kropla zbrodnicza!W niej zgasł mu urok pięknego oblicza.Widok krwi nieraz męstwo w nim zagrzewał,Lecz gdy ją w boju mężczyzna przelewał!

1715  »Stało się!... pójdźmy!« — Porwał się był z trwogą,»Lecz już się stało! — kosztujesz mi drogo!Pójdźmy stąd, pójdźmy! — nie tu czas na słowa!Patrz! dzień już świta, — łódź czeka gotowa.Kupione straże wnet za mną pośpieszą,

1720 Wszyscy chcą z twoją połączyć się rzeszą.Czyn mój w wolniejszej uniewinnię porze,Gdy już bezpieczni wypłyniem na morze«.

Klasnęła w dłonie: skryci, niedalecy,Wbiegli jej słudzy, Murzyni i Grecy,

1725 Zdjęli okowy na rozkaz władczyni.Znowu on wolny jak wiatr na pustyni!Lecz w sercu jego taki smutek cięży,Jakby z rąk na nie przełożono więzy.Skinęła, — drzwi się otwarły tajemne;

1730 Wiodą ku morzu przez przejścia podziemne.Wyszli za miasto, przyśpieszają biegu,Gdzie fala szemrząc srebrzy się po brzegu...Konrad szedł zwolna, nie dba i nie bada,Co go ma spotkać? swoboda, czy zdrada?

1735 Czuje, że opór na nic się nie przyda,Jakgdyby jeszcze był w mocy Seida.

Łódź czeka, wsiedli; rozdęły się żagle,Pękł sznur, łódź w pianach zaryła się nagleI poszła z wiatrem. Cieszy się gromada!

1740 Ileż tu wspomnień dla duszy Konrada!Dumał sam w sobie, aż głaz nad zatoką,Gdzie wysiadł na ląd, spotkał jego oko.Ach! od tej nocy, on, choć czas tak krótki,Wiekowe przeżył trwogi, zbrodnie, smutki!

1745 I gdy cień głazu posępny, olbrzymi,Sięgając łodzi czernił się nad nimi,On wzrok odwrócił, twarz płaszczem obwinął,I stał dumając, aż ten cień przeminął.Przypomniał wszystko: Gonzalwa, swą nawę,

1750 Braci swych, tryumf, klęskę, więzy krwawe,

I onę, tkliwą, kochaną jedynie!...Wzniósł wzrok, i ujrzał — Gulnarę, zbójczynię.

Długo w milczeniu spoglądała z trwogąNa odwróconą twarz, zimną i srogą.

1755 Spojrzał, — nie zniosła oczu jego mroźnych.Dzikość jej wzroku zgasła w łzach, zbyt późnych!Uklękła przed nim, dłoń łamie w rozpaczy:»Przebacz mi! — Allah może nie przebaczy,Aleś ty sądzić powinien łagodniéj!

1760 Cóżby się z tobą stało bez mej zbrodni?Karz mię, gdy zechcesz, lecz ach! nie w tej chwili,Nie dzisiaj jeszcze! — dziś pozór cię myli.Nie jestem taką, jak-em się być zdała.Ta noc straszliwa, ta mię obłąkała!

16751765 Gdyby nie miłość, niewinną-bym była,Lecz ty-byś nie żył! — Karz, gdym przewiniła!«

Krzywdzi go: siebie, a nie ją on winił.On źródłem zbrodni, choć jej sam nie czynił!Lecz mroczne, nieme, w duszy tylko na dnie

1770 Krwawią te myśli, — któż myśl jego zgadnie?

Pod lekkim wiatrem pełny żagiel wzdycha,Mknie łódź swobodna; woda jasna, cicha.Na widnokręgu, z trwogą niespokojną,Widzą punkt, plamkę, maszt, żagle, łódź zbrojną!

1775 Znać, że ich łódkę postrzegła zdaleka:Wszystkie swe żagle z pośpiechem nawleka,

Olbrzymia, nakształt morskiego straszydła,Pędzi, nadbiega, nastawiwszy skrzydła.Półkolem w pianach zarywszy się chyżo,

1780 Iskrzącą ku nim zawróciła spiżą.Błysnęło, kula świszcząc przeleciała,Plusnęła w wodę, — woda zasyczała.Porwał się Konrad na znajome echo,Oczy się jasną zaśmiały pociechą:

1785 »Mój strzał! mój okręt! widzę flagę moję!Jam znów pan morza, i nic się nie boję!«Dał znak, — poznali; z okrzykiem, weseli,Spuszczają czółno, i żagle zwinęli.»To Konrad! Konrad!« — ciżba na pokładzie.

1790 Próżny głos wodzów! W niesfornej gromadzieTłoczą się, patrzą, jak z dumną postaciąWchodzi na okręt, stanął między bracią!...Każdy go wita usty i oczyma,Dłoń się ich ledwo od uścisku wstrzyma.

1795 On, wpół niepomny swej straty i klęski,Wita nawzajem jakby wódz zwycięski;Ścisnął Anzelma dłoń, i znowu czuje,Że może walczyć, i że rozkazuje.

Umilkła radość, żal im niepomału,

1800 Że wódz na wolność wrócił bez wystrzału.Szli szukać zemsty, i gdyby wiedzieli,Że dłoń kobiety spełniła, co chcieli,Cześć jej królewską niosłaby gromada.Mniej oni trudni, niż duma Konrada;

1805 Wszystkie im drogi dobre, gdy u celuŁup albo zemsta na nieprzyjacielu,

Kryjąc uśmiechy, z podziwieniem w okuSzepcą, i ku niej spoglądają z boku;A ona, wyższa, niższa od płci swojéj,

1810 Krwi się nie bała, ich wzroku się boi!Milczy — i na dół spuściwszy źrenice,Gęstą zasłonę nawlokła na lice;Ręce na piersiach złożone z pokorą.Konrad bezpieczny, — w piersiach tych nie gorą

1815 Gniew ni nienawiść, i cobądź w nich wrzało,Serce kobiety tkliwem pozostało.

Pojął to Konrad, i czuł mimowoliWstręt dla jej zbrodni, lecz żal dla niedoli.Co uczyniła, żadna łza nie zmaże,

1820 W dzień gniewu swego niebo ją ukarze.Lecz już się stało! on karać niezdolny.Wielka jej zbrodnia, lecz on przez nią wolny!Ona dla niego poświęciła siebie,Wszystko na ziemi, i wszystko swe w niebie!...

1825  Z żalem ku brance spojrzał czarnookiej.Skroń jej schylona od myśli głębokiej,Bladość marmuru piękną twarz okrywa, —I tylko jedna ta plama straszliwa,Krew zabitego, co barwy nie mieni,

1830 Śród tej bladości jedna się czerwieni!...Ujął jej rękę: drżała, — już za późno!Tak trwożna teraz, mogłaż być tak groźną?Ścisnął jej rękę: drżała, — i dłoń jegoOsłabła; uczuł drżenie głosu swego.

1835 »Gulnaro!« — Milczy. — »Kochana Gulnaro!«Podniosła oczy z bojaźnią, z niewiarą,Wzrok jej rozjaśniał, i jakby zemdlonaNagle się w jego rzuciła ramiona.Gdyby odepchnął, — on, jedna opieka, —

1840 Byłby coś więcej lub mniej od człowieka.Pozwolił zostać; i gdyby nie ciemnePrzeczucia serca, straszne, choć tajemne,Może w tej chwili ostatnia na ziemiCnota-by jego poszła za drugiemi.

1845 Lecz przed nią nawet grzechem się nie stanieJedno tak pięknych ust pocałowanie!Pierwsze, co płochość wykradła wierności;Jedna nagroda tak wielkiej miłości!

Brzegi swej wyspy ujrzeli o zmroku.

1850 Każda się skała uśmiecha ich oku!U portu słychać zgiełk, wrzawę stłumioną,Strażnicze ognie na swych miejscach płoną.W zatoce szybkie ślizgają się łodzie,Skacząc delfiny igrają po wodzie;

1855 Krzyk nawet ptactwa, co się wkrąg rozlega,Brzmi dla nich wdzięcznie, zwiastowaniem brzega.Pizy każdem świetle chcą dojrzeć postaci,Każdy swej żony, kochanki lub braci!...Ach! któż tak czuje wdzięk własnej ustroni,

1860 Jak błędny żeglarz na burzliwej toni?

Palą się światła wzdłuż całych wybrzeży,Lecz Konrad światła nie widzi na wieży.Dziwią się wszyscy, i patrzą, daremno:W jednej Medory oknach tylko ciemno!

1865 W nich zwykło jaśnieć powitania hasło:Może i teraz śćmiło się, nie zgasło!...Rzucił się w łódkę: leniwo zbyt niosła,Z niecierpliwością pogląda na wiosła.Ach! on-by pragnął sokolemi pióry,

1870 Wiatrem zalecieć na wierzchołek góry!..Słabną wioślarze; znużenie ich zoczył,Nie czeka dłużej, i w morze wyskoczył.Łamie się z falą, dopłynął do brzegu,I biegł, na chwilę nie zwalniając biegu.

1875  U drzwi zamkniętych wstrzymał się i słucha:Wszystko uśpione, wkoło ciemność głucha!Puka, i głośno, echo się rozlega;Nikt nie otwiera, i nikt nie przybiega.Puka, lecz zcicha, bo dłoń jego drżąca,

1880 Bo w duszy jego myśl przerażająca!...Drzwi się otwarły, lecz przy nich nie ona,Na której uścisk gotował ramiona!A sługa milczy: on dwakroć próbował,Dwakroć chciał spytać, i słów nie znajdował.

1885 Porywa lampę; — w pośpiechu i trwodzeZ rąk mu wypadła i zgasła przy nodze.Poszedł w ciemności, lampa tylko drugaZ głębi mrocznego kurytarza mruga.Rozemknął izbę, — wszystko się odkryło,

1890 Co serce jego czuło, nie wierzyło.

Nie wyszedł, nie padł, nie płakał, — wzrok wlepił,Zimny dreszcz serce ścisnął, nie pokrzepił.On patrzał, boleść wzrastała tajemnie;Czuł, lecz pomyśleć nie śmiał, że daremnie!...

1895  Za życia ona piękniejszą nie była.Śmierć ją jak dziecię do snu utuliła.Zimny kwiat, tkwiący w jej zimniejszem ręku,Trzyma z ujęciem tak żywego wdzięku,Że, zda się, żartem utaiła we śnie,

1900 Że jeszcze budzić i płakać za wcześnie!Śnieżne powieki rzęsami długiemiĆmią, myśl się wzdryga na to, co pod niemi!...Tam-to się naprzód pastwi śmierć niszcząca,Gdy duszę z tronu światłości wytrąca

1905 I promieniste gwiazdy życia gasi,Choć blask ich jeszcze, jak w niej, usta krasi!Zda się z uśmiechem zmordowane mileDrzemią, nim znów się uśmiechną za chwilę!...Lecz biała, lekka, przejrzysta zasłona

1910 Żadnym na piersiach tchem nieporuszona;Lecz włos jej długi, utrefiony, lśniący,Martwo na śnieżnych ramionach leżący,Co kiedyś w pasma rozwiany promienneWonnością wiatry napawał wiosenne;

1915 Lecz twarz jej blada, nieruchoma postać!...Ona umarła! — Maż on sam tu zostać?

Nie pytał o nic, — cóż nada pytanie?Umarła, — widzi, wie, że nie powstanie.Miłość lat młodych, nadzieja następnych,

1920 Źródło chwil miłych, osłoda posępnych,Jedyna, którą między żyjącemiNie nienawidził, kochać mógł na ziemi:Wszystko mu wzięte! — On zasłużył na to.Ach! i tem srożej czuł boleść nad stratą:

1925 Czuł bez pociechy. Cnota ulgę znajdzieTam, kędy zbrodnia ni dojrzy, ni zajdzie.Źli, dumni, cel swój co tu założyli,Tracąc go, wszystko tracą w jednej chwili,Choćby rzecz błahą, lecz wszystko, co mieli!

1930 Któż się bez żalu z swem szczęściem rozdzieli!Niejedno czoło stoickie i okoMaskują tylko ranę zbyt głęboką;Niejedna rozpacz stroi się w uśmiechy,Aby daremnej nie żebrać pociechy

1935 Na niewetowne straty, albo grzechy!

Któż z tych, co czują, wysłowi katusze,Gdy chaos cierpień zwali się na duszę?Gdy tysiąc myśli plącze się i miesza,A wszystkie dręczą, żadna nie pociesza?

1940 Gdy sercem coraz szarpią czucia nowe,A ból ich ustom odbiera wymowę?...

Któż to wysłowi? Pod takiem brzemieniemDusza Konrada łamie się z cierpieniem;Aż, zda się, czułość straconej na świecie

1945 W serce mu weszła, i płakał jak dziecię!...Słabość to tylko, nie pociecha była:Wydała boleść, ulgi nie sprawiła.Nikt łez nie widział, i w tej nawet porzePrzy świadku z serca nie wyszłyby może.

1950 Sam je wnet otarł; znów długo spoglądał,Wyszedł, — pociechy ni szukał, ni żądał.Czy słońce wejdzie, — ciemny mu blask słońca;Czy noc zapadnie, — noc jego bez końca!Niema ciemnoty, jak smutku pomroka,

1955 Niema ślepoty, jak ponurość oka,Co na nic patrzeć nie chce, i unika,I idzie w ciemność, ach! bez przewodnika!

Serce w nim było tkliwe: lecz skrzywdzone,Strute zbyt wcześnie, zbyt długo drażnione,

1960 Poszło ku złemu; czucia były czyste,Lecz jako rosy krople przeźroczysteW głębi grot zimnych, niedostępnych słońcu,Ścięły się skrzepły, skamieniały wkońcuGrom kruszy skały: serce w nim jak skała,

1965 Śmierć je Medory jak piorun strzaskała.W cieniu się skały jeden kwiat rozwijał!Cień, groźny innym, jemu służył, sprzyja:Nadeszła burza, — grom zniszczył od razuLiliji piękność i wytrwałość głazu.

1970 Żadnego liścia nie zostało z kwiatu,By jego życie, śmierć przypomnieć światu;A strzaskanego głazu zimne szczątkiLeżą — już tylko grobowe pamiątki!...

Ranek, południe, — nie widać Konrada.

1975 Samotność jego szanuje gromada.Poszli nakoniec. — Pusta była wieża,Wódz znikł! Przebiegli wyspę i nadbrzeża.Noc, — jego niema; szukali noc całą,Imię Konrada echa zmordowało.

1980 Góry, doliny, jaskinie przebiegli,Próżno! Dzień nastał, — przy brzegu postrzegliZerwany łańcuch, gdzie barka stać zwykła.Uszedł! — z nim piękna niewolnica znikła.»Ha! a więc w pogoń! wiatr ten sam, co wczora!«

1985 Żeglują w pogoń. — Mylna, czy nieskora!Minęło wiele tygodni, miesięcy;Konrad nie wrócił, nie powróci więcéj!Śladu ni wieści, gdzie swój żal tułaczyUkrył przed światem, lub zginął z rozpaczy.

1990  Długo się wierna smuciła gromada;Świetny grób wznieśli kochance Konrada;

Jemu nikt grobu, pomnika nie święci:Zostało tylko w długich lat pamięciImię Korsarza i powieść smucąca

1995 Jedynej cnoty, a zbrodni tysiąca.

Niewolnik w państwach Lary, swobodny do woli,W połowie zapominał swej lennej niewoli.Pan ich, niespodziewany, lecz niezapomniany,Powrócił, — i weselem brzmią zamkowe ściany.

5 Na baszcie sztandar błyska a puhar na stole.Gościnny płomień, w szersze roztoczon półkole,Po szybach malowanych migocąc połyska.Weseli goście gwarzą wokoło ogniska.

Lara znów się rozgościł na ojczystym dworze;

10 Lecz poco Lara zwiedzał i lądy i morze?Gdy go ojciec odumarł, jeszcze nadto młody,Pan swej woli, na życia ważył się przygody;Smutne dziedzictwo władzy! a kto ją posiadał,Nieraz własne swe serce z pokoju okradał.

15 Nikt mu widać nie wskazał przy świetle pochodniTysiąca błędnych ścieżek wiodących do zbrodni.Właśnie gdy mu konieczną rada drugich była,Już wrząca młodość Lary drugimi rządziła.Małej wagi, z lat młodych jak, gdzie był, i kędy?

20 Pośledzać wszystkie morskie i zamorskie błędy;Choć krótkie jego były wędrówek przegony,Dość długie, by był przez nie w połowie zgubiony!

Lara młodo porzucił swego ojca progi,Lecz od chwili, pielgrzymi gdy wziął kij do drogi,

25 Z dniem, tygodniem, miesiącem, ci, co go żegnali,Zapomnieli odjazdu, wspominać przestali.Ojciec Lary był prochem, — jeden wasal trzyma,I to wszystko, co wiedział, że pana tu niéma!Cały zamek zapomniał o Lary imieniu,

30 Jego portret na ścianie czerniał w zapomnieniu.A ta, którą był poznał, pokochał na żonę...Inny mąż już pocieszał Lary narzeczonę.Młody o nim zapomniał, stary już był w grobie,A dziedzic niecierpliwy rozmawiał sam w sobie:

35 »On żyć musi!« — choć radby głos ten w duszy przemógł,I wzdychał do żałoby, której nosić nie mógł.

W części zamku, gdzie Lara miał komnaty swoje,Z posępnym wdziękiem ściany poubierał w zbroje.Lecz jednej zbroi niema, — stąd go zawiść pali,

40 Bo radby dziś ją witał w tej gotyckiej sali.

Lara przybył — i wasal pańską twarz ogląda;Skąd? nikt nie wie, — dlaczego? nikt śledzić nie żąda.Po skończonych witaniach każdy się zdumiewał,Nie, że przybył, lecz czemu dotąd nie przybywał?

45 Jeden paź służby pańskiej cały orszak składa,Cudzoziemskiej postaci, — twarz dziecinna, blada.Lata lecą i równą pędzą czas pogoniąTym, co siedzą, i dla tych, co po świecie gonią;Lecz z krajów zagranicznych brak wieści zapasu

50 Opóźnił rącze skrzydło zdrożonego czasu.Widzą go i poznają, lecz wszakże złudzeniemTeraźniejszość być sądzą, a przeszłość marzeniem.On żyje, choć sterany trudami i latem,Jeszcze męskością wieku słynąć mógł przed światem.

55 Jego błędy, występki, jakiekolwiek były,Różnym losem zwikłane w zagadkach się kryły;

Gdy znudzona wieściami czujna zawiść drzémie,Sprostać sławie ojczystej mogło Lary imię.Z dumną duszą w młodości, wszakże jego grzechy,

60 Jak rozkosze, cel miały swawolnej uciechy;A dla tych, jeśli w zbrodni nie płużył z kolei,Wymodlić rozgrzeszenie mógł nie bez nadziei.

Jakkolwiekbądź, widz bystry łacno odgadywał,Jakim dziś jest, — że nie jest tem, czem kiedyś bywał.

65 Czoło coraz wyraźniej marszczki mu zorały,Ślad przeszłych namiętności; niedbałość pochwały,Zimna postać, chód pewny, — gdy oczyma ciskał,Dumą, lecz już nie ogniem lat młodzieńczych błyskał.Wzrokiem bystrym, któremu żaden wzrok nie sprostał,

70 Drugich myśli do razu aż z głębi wydostał;I szczypiąca języka lekkość, jaką bawił,To żądło serca, które wprzódy świat zakrwawił, —Co zwykle, grając humor wesela udany,Rani tych, co nie radzi przyznać się do rany.

75 Wszystko to w nim i jeszcze coś w nim więcej było,Czegoby głos nie wybrzmiał, oko nie wykryło.Honory, sława, miłość, cel społeczny ludzi,Jaki niewielu zgoni, w wielu żądze budzi: —Zda się że z piersi swojej wszystkie wygnał szały,

80 Choć widać, że niedawno jeszcze nią wstrząsały.I jakieś czucie, czego usta nie wyrażą,Czasami przełyskało nad wybladłą twarzą,

Zapytań o przeszłości słuchać nie ochotny,O krajach, ziemiach, które przebłądził samotny,

85 O cudownych pustyniach, stepach, co zwędrował,Nic nie mówił, jakgdyby na to słów żałował.

Wszakże czasem, być może skutkiem nieuwagi,Rozpowiadał podróżne dzieje małej wagi.Lecz gdy drugich ciekawość ostrzyła ta mowa,

90 Spostrzegał się i rzucał coraz rzadsze słowa;Zbyt śledczo badających skroś okiem przenikał,Wnet mu czoło ciemniało i usta zamykał.

Choć przyjazd Lary żywej radości nie budzi,Przecie żądanym gościem był dla ciżby ludzi.

95 Wysoko urodzony, szczodry z obyczaju,Wiązał się ze wszystkimi magnatami kraju.Czasem licznił ich tłumne uczty i zabawy,I widział ich uśmiechy i nudzące wrzawy; —Tylko widział, bo Lara sercem nie podziela

100 Gminnej, powszechnej troski, wspólnego wesela.Lara za tem nie goni, za czem wszyscy gonią,Zwodzeni nadziejami, męczeni pogonią;Za nic miał ziemskie zyski, honory, urzędy,Gminną zawiść, rywali i piękności względy.

105 Od świata tajemniczem odgrodził się kołem,Nudził z ludźmi, — samotność była mu żywiołem.W nim jakaś myśl szydząca wygląda oczyma,Co karci śmiałą płochość i zdaleka trzyma.Bojaźliwsze stworzenia z trwogą nań patrzały, —

110 Szepcąc wzajemną bojaźń, w głos mówić nie śmiały;Drudzy, mędrsi, łaskawiej o Larze mówili,Niż postać wyrażała, lepszym go sądzili.

To rzecz dziwna! w młodości cały czynny, żywy,Polujący rozkosze, do walk nie leniwy;

115 Kobieta, oręż, morze, wszystko to, co dajeNiebezpieczeństwo grobu, obiecane raje,Naprzemiany doświadczał! W nadziejach bez skutkuSzukał nagrody w samej radości lub smutku.Gardzący gminną miarą rozkoszy, cierpienia,

120 W nieskończoności uczuć chciał zbiec od myślenia.Burzą serca i duszy wstrząsany pospołu,Z wzgardą patrzał na burze słabszego żywiołu;Często w niebo posyłał zachwycone oko,I pytał, czy Wszechmocny mieszka tam, wysoko!

125 Uwiązany do zbytku, niewolnik zapałów,Jakże Lara się zbudził z tak marzących szałów?Sam nie mówił, lecz z duszą zbudzony wylękłą,Musiał kląć zwiędłe serce, że dotąd nie pękło.

Książki, bo wprzódy żywą księgą był mu człowiek,

130 Odtąd podobał czytać do znużenia powiek, —A często, jak zamkowi słudzy mówią sami,Zamykał się od ludzi nocami i dniami,I nieraz wielkim krokiem, kiedy wszystko spało,Po ciemnych kurytarzach błąka się noc całą,

135 Gdzie jego przodków długi szereg malowanyŻałobny na podłogę rzucał cień ze ściany.Czasem była słyszana północna rozmowa,Lecz w niej był głos nie Lary i nie ziemskie słowa.Ci coś słyszą, ci widzą, jedni z drugich szydzą,

140 Że nad to, co być mogło, oni więcej widzą.

Poco swój wzrok tak często w trupią czaszkę wraża,Gdzieś świeżo wykradzioną z trumny lub cmentarza?Która wciąż przy otwartej jego książce leżyI patrzącym, prócz Lary, włos na głowie jeży.

145 Czemu nie śpi, gdy drugich noc usypia głucha?Czemu gości nie sprasza, muzyki nie słucha?Wszystko to źle w nim widzą! — co ma pan ze sługą?Gdzie obraza? — lecz powieść byłaby przydługą,Gdyby chcieli, coś wiedzieć mogli... Tak, za stołem

150 Siedząc, Lary wasale rozprawiali społem.

Noc była, — strumień Lary szumi po ogrodzie,Gwiazdy patrzają w strumień i kąpią się w wodzie.Tak cicho! żadnej fali, zda się, wiatr nie wzruszy,A przecież upływają, jak szczęśliwość z duszy.

155 I nieśmiertelne światła, co wzdłuż nieba żyją,Naokoło z traw, z liści nocne rosy piją.Bieg dzierzgany krzewami, najpiękniejszym kwiatem,Na jakich pszczoła lubi bankietować latem;Takie dzieckiem Dyjana wplatała w swój wianek,

160 Takie chciałby dać w darze kochance kochanek.Tak strumień wciąż ubrany, schodząc ku dolinie,W lśniących skrętach, zakrętach, jak wąż jaki płynie.

A tak cicho, spokojnie na ziemi i w niebie,Że nie zadrżałbyś, gdyby sam duch spotkał ciebie,

165 Pewny, że złe podobać nie miałoby mocyPrzechadzki w takiem miejscu, ach i w takiej nocy!Taką chwilę, noc taką, Bóg dla dobrych sprawił —Tak Lara myślił w duchu, dłużej tam nie bawił,I ku bramie zamkowej zwracał krok powolny;

170 Lara na takie sceny patrzeć już niezdolny,W nim pamięć dni minionych budzi myśl marząca,Nieba więcej słoneczne, mniej zamglone słońca,Noce, serca piękniejsze, co kochał namiętnie,A teraz... dziś-by Lara patrzał obojętnie,

175 Czy nad nim burze huczą, czy huragan głuszy;Lecz noc piękna dziś z takiej urąga się duszy.

Lara powrócił w swoje samotne mieszkanie,Za nim cień jego wielki przemknął wzdłuż po ścianie,Na której malowane wciąż jeden za drugim

180 Giermki, damy, barony stoją rzędem długim.Cnota, zbrodnia, niesława przemieszana z chwałą,To wszystko, co nam po nich z ich życia zostało,Przytem ciemne podania, nagrobne kolumny,Kryjące ich popioły, ich słabości trumny,

185 I pół karty zmieszanej nagany, pochwały,Którą w późną potomność brzmi ich żywot cały;Gdzie historyja zwykle swoje pióro łamie,Kłamstwo ubiera w prawdę, i jak prawda kłamie.Lara chodził i marzył; tylko światłość blada

190 Księżyca kratą okien na podłogę pada,Oświecając gotyckie sklepienia i szyby,Na których święci klęczą i modlą się niby.Kształty ich w fantastyczne przechodzą postaci:Żyją, lecz każdy z twarzy barwę życia traci.

195 Włos ich czarny, zjeżony, twarz ciemna, ponura,I szeroko rozwiane, migające pióra,Ich postać strojąc w całą okropność mogiły,Jako godła upiora straszliwie świeciły.

Już północ; wszystko spało, — stojąc gdzieś na boku,

200 Jedna lampa się pali i ćmi się we zmroku.Słyszysz! czy kto wybija drzwi z Lary mieszkania:Łoskot, dźwięk, krzyk, i za nim straszliwe wołania,Znów jęk głośny, przeciągły, to znów cicho, głucho.Czy to echo zbudziło ich zaspałe ucho?

205 Słyszą, budzą się ze snu, bojaźliwie śmieli,Bez tchu, gdzie jęk ich wzywał, na pomoc lecieli.Z rapierami bez pochew, z pochodniami w rękuPrzychodzą, wytężają ucho na głos jęku.

Zimny jak marmur, blady jak światło księżyca,

210 Co w tej chwili igrało wkoło jego lica,Lara, pan ich, jak długi leży na podłodze, —Przy nim pałasz dobyty w nadzwyczajnej trwodze.Dość silny, — choć go nagłe domęczyły bole,Jeszcze wzgarda brwi Lary marszczyła na czole.

215 Mdłość zmieszana z przestrachem; choć sam jak bez życiaNa ustach jego żyje jakaś chęć zabicia,

Jakaś klątwa zranionej dumy, i w połowieWidna groźba, przed chwilą co skonała w słowie.Oko jemu ściemniało, — lecz jeszcze uderza

220 W samych męczarniach dumnem spojrzeniem szermierza.Służba chwyta z podłogi i podnosi Larę.Czy słyszycie? — oddycha przemówił słów parę,I rumieniec twarz, usta sine zarumienia.Oczy patrzą mu dziko; iskrzą się spojrzenia;

225 Członki rzeźwią się z mdłości, ale dziwne słowaBrzmią z ust Lary: w nich, zda się, nie ojczysta mowa.Ci, co słyszą, poznają głos nie swojej ziemi,I rzeczywiście były te słowa obcemi.Pocóż niemi przemawia Lara na swym dworze,

230 Gdy ten, z kimby rad mówić, słyszeć ich może?

Wtem paź Lary przychodzi, — i paź jeden umiałPojąć pana i słów tych całą treść zrozumiał,Choć, coby w drugiej mowie mogły one znaczyć,Ni Lara chciałby wyznać, ani on tłómaczyć.

235 Przecie z mniejszem zdziwieniem od tych, co tam wkołoStali, paź nań poglądał, przechylił mu czoło,I swym własnym językiem Larze odpowiada;Lara dźwięków tej mowy pilnem uchem bada:Ta mowa łagodziła okropność marzenia,

240 Jeśli mogły marzeniem być Lary cierpienia.Ach! kiedy rzeczywista męczy nas katusza,Czyż idealnych cierpień potrzebuje dusza?

Cobądź marzył w gorączce, lub widział oczyma,Wszystko to, jak zaklęte, na dnie serca trzyma.

245 Zwyczajny ranek przyszedł, z nim wstał zdrowszy Lara,Ni księdza, ni lekarza rady się nie stara.I znów ten sam, jak zwykle, w ruchach i w rozmowie,Ni mniej zimny w uśmiechu, ni mniej skąpy w słowie,Ni więcej zamyślony, — choć noc nadchodząca

250 Dziś mniej mu się podoba i klnie zachód słońca,Śledzenia gminnych oczu uchodzi ta zmiana,Wasale nic nie zgadną z twarzy swego pana.Przytem sami wylękli od tej strasznej nocy,Poosobno na zamek chodzić nie są w mocy;

255 I tylko w drżących parach snują się tam czasem,Ściskając się i blednąc za lada hałasem.Szum chorągwi na baszcie, okna, drzwi skrzypiące,Głośne echo podłogi, obicia wiejące,Wielki cień drzew, co zamek wokoło obiegły,

260 Dziki świst wiatru, łoskot spadającej cegły, —Co słyszą, widzą, wszystko mnoży przestrach nowy,Zwłaszcza gdy zmrok zaczyna czernić mur zamkowy.

Czcza chęć! druga noc taka nie przyszła po chęci,Lub sam Lara grał tylko pozór niepamięci;

265 Co budzi więcej dziwu między wasalami:Czy mu pamięć zwietrzała z zdrowszemi zmysłami?Czy im kłamał niepamięć tej pamiętnej pory,Tych marzeń gorączkowych jego duszy choréj?Byłże to sen? czy była własna jego mowa,

270 Gdy z ust wyrzucał dzikie, jakieś dziwne słowa?Byłże to własny Lary ów wzrok obłąkany,Kłócący sen wasali krzyk i jęk słyszany?

I serce, co do walki z własnym bólem staje,Aż walką spracowane wkońcu bić przestaje?

275 Mógłże ten, co tak cierpiał, zapomnieć cierpienia,Gdy ci, co je widzieli, dziś drżą od wspomnienia?Czy tem ciągłem milczeniem sam Lara próbowałUwięzłą pamięć w słowach, jakie radby chowałW trawiącej go skrytości, co serce przejada,

280 Gdzie widny skutek, lecz nikt przyczyny nie zbada.Lara jedno i drugie krył, zamykał ściśléj, —Gminny wzrok nie wypatrzy ziarna wszystkich myśli,Na jakie często niema głosu w żywej mowie:Jeśli się wyrażają, to ledwie w połowie.

285  O nim wciąż sprzeczne sądy ścierają się, dwoją:Ci go lubią, szukają, drudzy się go boją.Dziwne zdania o Lary tajemniczym losieW pochwałach lub naganach krążą w ludzkim głosie:Jego skrytość podaje treść bajania drugim,

290 Ci śledzą, — nic nie wiedzą po śledzeniu długiem.Czem on jest, czem był kiedyś? radzi wiedzieć przecie,Co to za nieznajomy chodzi po ich świecie?Wróg, nieprzyjaciel ludzi, — wszakże na tej ziemiCzasem wesół ucztował, śmiał się z wesołemi.

295 Lecz ten uśmiech widziany, uważany zbliska,W wesołości miał jakiś pozór pośmiewiska.Nie był to uśmiech, w którym świt wesela dnieje,Co całą twarz oświeci i oczy rozśmieje.Wszakże czasem uderzał słodyczą spojrzenia,

300 Dając znać, że ma serce miękkie z przyrodzenia.Lecz jeśli jaką słabość drugim okazował,Jak niegodną swej dumy zaraz ją strofował.Wątpliwych zdań o sobie gardząc odkupieniem,Wymykał się sam sobie, dręczył się myśleniem.

305 I sam pokuty cierpień na swe serce wkładał,Które niegdyś czułością z pokoju okradał;I duszę zmuszał gonić nienawiści cele,Za to tylko, że niegdyś kochała za wiele.

W nim samym jest na wszystko jakaś wzgarda żywa,

310 On sam wiąże stworzenia i życia ogniwa:Cudzoziemiec w tym świecie, z nikim się nie brata,Zbłąkany duch, strącony aż z drugiego świata,Twór dzikich wyobrażeń, co tworzyć przywykaNaumyślnie nieszczęścia, którym sam umyka.

315 I napróżno, bo często płacił mimo chęciPół rozkoszą, pół smutkiem haracz ich pamięci.Z większem czuciem miłości od żyjących wielu,Zacność ludzi za nadto może miał na celu;Jego sny często prawdę za piękniejszą brały,

320 Tak młodość oszukaną zajął wiek dojrzały.Na pogoni widziadeł lata mu schodziły,Do lepszych skłonne celów własne trwonił siły.Namiętne burze duszy, ogniste marzenia,Co na młodość wywarły cały szał zniszczenia, —

325 Wszystkie lepsze uczucia w polu walk zostawił,A sam ich przypomnieniem dręczył się i bawił.Lecz dumny, od skarżenia siebie będąc zdala,Swój błąd i podział wstydu na naturę zwala;A w cielesnej powłoce, jaką śmierć nam kruszy,

330 Widzi karm dla robaków, lub klatkę dla duszy.

Tak dobre i złe biorąc za jedno, powoliZ dziejami przeznaczenia zmieszał dzieje woli.Wyższy nad samolubstwo gminnego człowieka,Swego dobra dla drugich czasem się wyrzeka.

335 Lecz nie, że był powinien, nie przez współuczucie,Raczej przez dziwne myśli zwichnienie, zepsucie,Czem wciąż tajemną dumę duszy swej sposobiłRobić to, co niewielu, — coby nikt nie zrobił.I taż skłonność, gdy w żyłach krew gorętsza wrzała,

340 Na rozdroża występku nieraz go zbłąkała,I stąd wyżej się wznosił, albo niżej spadałLudzi, z którymi wspólny dar życia posiadał.Wszystko, co żyje, żądze w nim rozdziału budzi,Dobrem czy złem, by tylko różnił się od ludzi.

345 Dusza, gardząc tym światem, z myślami wszystkiemiZamknęła się w świat własny, zdaleka od ziemi.Wszystko zimno przechodząc, co po ziemi chodzi,W nim krew coraz to więcej ziębi się i chłodzi;Szczęśliwszy! gdy w nim nigdy zbrodnią nie paliła,

350 Jeśli wciąż równie chłodną, równie zimną była!Wprawdzie napozór z ludźmi chodzi ich drogami,Robi, co drudzy robią, mówi ich słowami.Ni szał jemu rozumu więzi w swe okowy,Jego szaleństwo było serca, lecz nie głowy,

355 Obłąkać się w rozmowie rzadko mu się zdarza,Myśli bijących w oczy słowem nie wyraża.

Przy całej tajemniczej, ziębiącej postaci,Pozornej wesołości Lara nic nie traci.

On zna sztukę, gdy nie był to dar przyrodzenia,

360 Jak wiązać, jak narzucać na drugich wspomnienia.I ci, co jego widzą, niedarmo widzieli,I raz widząc, już o nim wciąż-by pytać chcieli.A ci, do których mówił, rozmową ujęci,Wszystkie słowa rozmowy mają na pamięci.

365 Gdy w domysłach się gubi ciekawość prostacza,On gwałtem obejmował za duszę słuchacza:W niej za pierwszem spotkaniem, cobądź z dwojga zyskał:Miłość albo nienawiść, swój obraz wyciskał,Choć krótko przyjaźń, litość lub jej wstręt podziela,

370 On tam w najgłębsze myśli na zawsze się wciela.Ktokolwiek jego duszę bliżej zbadać żąda,Jak naprzekór w badacza duszę sam zagląda.Ciągle myśli przytomny, w piersi drugich ludziMusowy, mimowolny wzgląd na siebie budzi;

375 A jeśli raz uwięznął w czyję sieć myślenia,Ten nadaremnie będzie wołał — zapomnienia!

Brzmi uczta, ciągle płyną przez zamkowe bramyDumne krwią i bogactwem rycerze i damy.Wkońcu gość pożądany, pan szerokiej ziemi,

380 Lara w zamku Otona zawitał z drugiemi.Tysiąc świateł, pochodni na zamku się pali,Wszyscy goście wesoło ucztują po sali;W tańcu orszak piękności zwinnym, lekkim ruchem,Wdzięku i harmoniji wiąże się łańcuchem.

385 Szczęśliwe młode serca i młodzieńcze dłonie,Co się łączą, zbiegają w tanecznym przegonie!Jest to widok, co może zgładzić troskę z twarzy, —Patrząc, starość z uśmiechem młode lata marzy,I młodość zapomina, że swój wiek uroni.

390 Tak chciwie myśl wesoła za uciechą goni!

I Lara wpół wesoły wzrok na wszystko trzyma,Każdą piękność pośledza pilnemi oczyma,Jak ta, lekkim poskokiem w tańcu latająca,Nawet echa nie budząc, podłogi potrąca.

395 Wsparty o słup stojący na pośrodku sali,Ręce na pierś skrzyżował — i poglądał daléj.Ni uważał, jak ktoś go trzymał wciąż na oku,Że nie połknąłby Lara tak śledczego wzroku.Wtem spostrzegł: — był to jakiś nieznajomy człowiek,

400 Zda się, jakby szpiegował tylko jego powiek;Cudzoziemiec z postaci, stojący od ściany,Wciąż aż dotąd na Larę patrzał niewidziany.Wkońcu z sobą wzajemne spotkali spojrzeniaNatrętnej ciekawości, niemego zdziwienia,

405 I Lary w słup stanęła szydząca powieka,Jakby wzgardzał spojrzeniem cudzego człowieka.Cudzoziemca od głowy aż do stóp rozmierza,Spojrzał mu oko w oko — i wzrokiem uderza.

»To on!« — na całe gardło cudzoziemiec woła, —

410 Głos ten w ustach słyszących rozległ się dokoła.»To on!« — »Kto on?« wtórzony głos po sali głuszy,Dalej, bliżej, aż obił się o Lary uszy

Tak dziko, że niewielu z tłumu było w stanieUkryć przestrach powszechny, powszechne zmieszanie.

415 Lecz Lara niewylękły, — choć zdziwienie w okuZrazu błysło, wnet zmierzchło w nieruchomym wzroku;Na tłumy obojętnie pogląda z wysoka;Ale wciąż cudzoziemiec nie spuszcza go z oka,I poskoczywszy bliżej, z urąganiem pytał:

420 »To on! Co on tu robi? Skąd on tu zawitał?« —

To za wiele, i darmo ukryć się sam stara,Tak widnego szyderstwa nie mógł ścierpieć Lara.Z wrokiem pewnym, choć w ruchach, w mowie zimny całyWięcej łagodnie męski, niż gorąco śmiały,

425 Odwrócił się i wołał: — »Groźby się nie boję,Na imię jest mi Lara! — gdy dasz poznać twoje,Mam gotowe żelazo, co słuszność domierzy,Za odpowiedź dworności podobnych rycerzy.Jam Lara! dalszych badań oszczędzaj mi, proszę;

430 Ja pytań nie unikam, ja maski nie noszę!«— »Ty pytań nie unikasz! — Jest jedno pytanie, —Choć uchem stronisz, w sercu masz odpowiedź na nie.Ty mnie zwiesz nieznajomym! Spójrz i wpatrz się we mnie,Przynajmniej twoja pamięć dana niedaremnie,

435 Nigdy twa chęć w połowie długu jej nie zmaże,A zapomnienia nawet wieczność ci zakaże«.Lara po nieznajomym pociągnął oczyma,Lecz w tych oczach wyrazu, żadnej myśli niéma.Nie raczył odpowiedzieć obojętnym wzrokiem,

440 Tylko głową potrząsa, i powolnym krokiemPoprzed tłumem przechodząc, ku drzwiom sali kroczył,Ale wtem nieznajomy drogę mu zaskoczył.

— »Słowo! stój i odpowiedz mi zaraz, któremuByłbyś równy, jeśli masz równą zacność jemu.

445 Czem byłeś, jesteś? — niech cię nie gniewa ta mowa!Gdy ja kłamię, — wszak łatwo zabić kłamne słowa.Czem byłeś, jesteś? spojrzyj sam w siebie, — na nowoKłam drugim swe uśmiechy, lecz nie wstrząsaj głową.Ty sam, którego czyny!...« — »Czem ja jestem, byłem?...

450 Twe słowa, groźby twoje za długo znosiłem.Nie słucham dłużej! — drudzy, których nowość pieści,Mogą dosłuchać końca cudownej powieści,Jaką im bezwątpienia język twój dopowie,A którąś dla mnie zaczął w tak zalotnej mowie.

455 Niechaj Oton ucztuje gościa tak grzecznego,Cześć moja Otonowi, a wzgarda dla niego!«I wtem Oton im przerwał, omawiając zdala:»Cokolwiekbądź was obu do gniewu zapala,Nie czas, miejsce po temu, by ucztę spokojną

460 I wesołość jej mieszać gadatliwą wojną.Jeśli baron Ezzelin ciskane potwarzeDowieść i udowodnić chce hrabiemu Larze, —Jutro, tu lub gdziekolwiek, rano, z wschodem słońca,Czekam was obu, życząc waszych sporów końca.

465 Ja sam, jak za znajomym, za ciebie się ręczę.Chociaż i hrabia Lara swe lata młodzieńczeSpędził w dalekich krajach, z nich jak obcy wrócił,Lecz Lara od swych przodków krwi się nie odrzuciłI nie zechce sam przeczyć sławie swego domu,

470 Powinności rycerskiej chybiąc aby komu«.— »Jutro! — odrzekł Ezzelin, — dobrze, jutro razemBędziem siebie doświadczać słowem i żelazem.Ja w zakład życie daję, że mój miecz w potrzebiePoświadczy słowa moje, tak jak chcę być w niebie!«

475  Co Lara odpowiedział? Dreszcz go wzgardy ziębił,I w oderwaniu myśli duszę swą zagłębił.Tymczasem wszyscy goście zebrani na saliSłowami i oczyma na Larę rzucali.On milczał, — zda się, jakby myślą i powieką

480 Zbłąkał się w niepamięci daleko, daleko!Ta niedbałość na wszystko, wszystkiego niechcenie,Niestety! zdradza czegoś silne przypomnienie.

»Jutro! — tak, jutro«. Lara tylko dwa te słowaWyrzekł, i na nich cała skończyła się mowa.

485 Żadnej myśli nie wydał twarzą i źrenicą,Ani w oczach zaiskrzył gniewu błyskawicą.Ale w tych słowach brzmiała jakaś myśl niezłomna,Ważenie się na wszystko i śmiałość przytomna.Płaszcz na siebie narzucił, zlekka głową skinął,

490 Szedł koło Ezzelina i wśród tłumu zginął.Lecz przechodząc, z uśmiechem spotkał mars barona,W czem była ni wesołość, ni duma gwałcona,Co się zgina, gdy siebie długą walką zmoże,Do pogardy wściekłości, której skryć nie może.

495 Raczej pycha człowieka, co pewny jest w duszyWszystkiego, co mógł zrobić, wytrwać dla katuszy.Maż-li to być spokojność i ta cisza cnoty?Lub zbrodnia zestarzała z rozpacznej zgryzoty?Niestety! często obie człowiek w dobrej wierze

500 Ze wzroku i ze słuchu za podobne bierze.Z czynów, i z czynów tylko szukaj prawdy klucza,Co serce nieznajome czytać nas poucza.

Lara skinął na pazia — i paź w okamgnieniuZbiegł, posłuszny pańskiemu słowu lub skinieniu,

505 On z nim z krajów dalekich jedynym był gońcem,Gdzie dusza rośnie, gore pod gorętszem słońcem.On dla Lary porzucił rodzinne zagrody,Cierpliwy w służbie, cichy, choć jeszcze tak młody.Jak pan jego milczący, wiarą swą u świata

510 Słynął nad stan swej służby i nad swoje lata.Choć mowa kraju Lary nie obca dla ucha,Paź w niej pańskich rozkazów mniej ochotnie słucha.Lecz wnet nogi uskrzydlał ochotniejszy cały,Kiedy słowa rodzinne z ust Lary zabrzmiały.

515 Dźwięk tych słów jak ojczyste góry miły w duchu,Ich echa nieprzytomne budzi w pazia uchu.Nieraz mu przypomina dźwięk rodzinnej mowy,Dawne przyjaciół, krewnych, rodziców rozmowy;Dziś to wszystko! swych wszystkich związków, swojej wiary

520 Wyrzekł się i odprzysiągł dla jednego Lary.Paź prócz pana nikogo nie widział na ziemi, —Co za dziw, że mu wierniej służył przed drugiemi.

Sam kształtny, smukły, — z czoła barwa płci bijąca,Przypalona promieniem ojczystego słońca;

525 Lecz słońcem nie nadpsuta białość lica świeci,Gdzie często niewołany rumieniec się kwieci.Lecz nie był to rumieniec, jakim zdrowie darzy,Gdy całą serca barwę maluje na twarzy;

To raczej skrytej troski róża chorowita,

530 Co w chwilowej gorączce na licu wykwita.Dziki połysk spojrzenia, wzięły gdzieś wysoko,Wciąż elektryczną myślą oświecał mu oko.Wszakże bijącą czarność swych powiek czasamiŁagodził i ocieniał długiemi rzęsami.

535 Był to smutek, czy duma, którą w oko wcielił? —Raczej tęsknota, jakiej niktby nie podzielił.Jego żadne zabawy nie wyciągną w pole,Gry, zalecanki chłopców i paziów swawole.Lecz czasem radby, z Lary nie zdjąwszy spojrzenia,

540 Poić się niepamięcią w szale zachwycenia.Gdy się z zamku wychylał, rad chodził samotny,Zwięzły w swych odpowiedziach, pytać nie ochotny;Jego przechadzką lasy, zabawą czytanie,Darniowy brzeg strumienia stawał za posłanie.

545 On, jak ten, komu służył, zdał się żyć zdalekaOd wszystkiego, co łechce wzrok i myśl człowieka;Żadnych darów od ziemi nie przyjąć z powicia,Prócz jednego gorzkiego daru; — oprócz życia!

Jeśli mógł sercem przylgnąć — to tylko do Lary,

550 Czcią jedną i czynami dowodząc swej wiary;Jego troska, chęć pańską lubiąca pośledzać,Wprzód nim w słowach zabrzmiała, zwykła ją uprzedzać.Lecz w tem, co robił, była jakaś duma mała,Jakaś myśl, coby groźby ścierpieć nie umiała.

555 Choć pilniej niż niewolnik wolę wykonywał,Czynem tylko jej służył, twarzą rozkazywał.Jeśli pańskie rozkazy wypełniał z ochotą,Łatwo zgadnąć, że Larze służył nie za złoto.

Lekką służby powinność pan na pazia wkłada,

560 Miecz nosić, trzymać strzemię, gdy konia dosiada,Stroić lutnię, lub z panem w chwili wolnych wczasówŚlepić wzrok nad księgami starożytnych czasów.Lecz sam nigdy nie licznił domowników tłumy, —Wszakże im znać nie dawał ni wzgardy, ni dumy.

565 Lecz dobrze wzgląd użyty, czem chciał dać dowody,Że sercem lgnąć nie umiał do służalców trzody.Jakibądź stan, ród pazia, mógł się sercem zbliżyć,Duszą zgiąć się do Lary, nie do nich się zniżyć!Mógł mieć przeszłość szczęśliwszą, żyć w lepszym orszaku:

570 Z jego rąk gminnej pracy nie pośledzisz znaku;A tak niewieścio białe, że przy wdzięku licaPodobieństwem płci drugiej uderza, zachwyca.Lecz z ubioru, ze wzroku, co sam udać żąda,Więcej dziko niż oko piękności wygląda.

575 Surowość, z jaką drugim wydawać się boi,Więcej krajom gorącym, niż jemu przystoi;Wprawdzie nigdy z ust pazia gniewami nie wrzała,Lecz jego własna postać zgadnąć ją kazała.Paź miał Kaled na imię, choć rozgłos wieść rzucił,

580 Że inne imię nosił, nim swój kraj porzucił.Bo czasami to imię, choć go zbliska słucha,Niesłyszane, jak obce, wpadało do ucha.Czasem nagle się zrywał, jakby mimo chęciDźwięku tego imienia szukał po pamięci.

585 Przynajmniej tem imieniem wołał go głos Lary,Co mu słuch, wzrok i serce więził swemi czary.

Kaled rzucił oczyma wzdłuż biesiadnej sali,Spostrzegł nagłe zmieszanie i gniewem się pali.I gdy tłum wkoło pazia zdaleka i zbliska

590 Gwarzył, dziwił się, ciskał żarty, pośmiewiska,Jak mógł ścierpieć spokojnie Lara dumny, hardy,Pogróżki cudzoziemca i szyderstwo wzgardy? —Twarz młodego Kaleda naprzemian się mieni,To mu usta sinieją, lice się czerwieni,

595 I na czole ściemniałem zimna rosa świta,Kropla chorego serca, wilgoć chorowita,Co wschodzi, gdy upada czynna pierś człowieka,Pod myślami, od których rozwaga ucieka.Są rzeczy, które musim lęgnąć, marzyć w głowie,

600 I działać, nim myśl nasza przewidzi w połowie.Lecz cobądź Kaled dumał, coś takiego było,Co mu usta zamknęło i czoło ściemniło.Właśnie na Ezzelina poglądał z uboczy,Gdy mu Lara, przechodząc, rzucił śmiechem w oczy.

605 Lecz gdy śmiech taki spostrzegł, opuścił źrenice,Jakby poznał, rozwiązał śmiechu tajemnicę.Pamięcią w pańskiej woli, zda się, czytał z trwogąTo, czego drudzy w Larze wyczytać nie mogą.Skoczył naprzód, — paź z panem ucztę pożegnali,

610 I wszystkich jak samotnych rzucili na sali.Każdy wraził wzrok w Larę z czujnością niemałą;Wszystko tak swe uczucia z tą sceną zmieszało,Że gdy cień jego długi przemykał wzdłuż sieni,W świetle lampy ze stropu bijących promieni, —

615 Ich pulsa żywiej biły, w gorączce zdziwieniaZa prawdę brali widmo czarnego marzenia.

W każdej trwodze rojonej jest bojaźń prawdziwa,Bo zwykle, co najgorsze, bliższe prawdy bywa!Wszyscy goście odeszli, Ezzelin z natłoku

620 Jeden tylko pozostał, z zamyśleniem w oku.Poco dłużej miał bawić, gdy uczta skończona?Wkońcu ręki ściśnieniem pożegnał Otona.

Wszystkich noc nadchodząca do spoczynku skłania,Każdy się rad wykrada na senne posłania,

625 Gdzie wesołość gwarzącą ciche więzi łoże,Gdzie smutek wzdycha do snu — i zasnąć nie może,A człowiek dniem zmęczony, rad ze snu przybycia,Cofa się w to rozkoszne zapomnienie życia.Tam drzemią gorączkowe nadzieje miłości,

630 Nienawiść, wola dumy, wybiegi chytrości;Nad oczyma ich wieje skrzydło niepamięci,I byt kona pod godłem grobowej pieczęci.Dla snu łoża któż nada jakie lepsze imię?Mogiła, cmentarz nocy, gdzie świat cały drzémie.

635 Słabość, siła, występek i zbrodnia leniwieW puch tonie i w niemocy nagiej śpi szczęśliwie.Tak ludzie snu oddechem na chwilę weseli,By walczyć z trwogą śmierci, budzą się z pościeli.Choć każdy dzień im nowe oświeca cierpienia,

640 Stronią od snu, że może być snem bez marzenia.

Noc pierzcha, mgły poranne, wkoło gór wiejące,Topią się w dziennym blasku, i świat budzi słońce.Ciągle jutrem powiększa swoję przeszłość człowiek,Choć już ostatni świeci dzień dla jego powiek.

645 Lecz natura wciąż młoda, jak wyszła z powicia,Na niebie i na ziemi tyle światła, życia!Kwiaty na błoniach, ciepło w słonecznym promieniu,Wiatr w powietrzu i napój rzeźwiący w strumieniu.Człowieku! wpatrz w jej wdzięki swoich oczu dwoje

650 I wykrzyknij z radości: »Oto wszystko moje!«Póki możesz, poglądaj żywemi oczyma;Jutro przyjdzie, lecz może tobie jutra niéa.I sam naucz się płakać na swoim pogrzebie,Jednej łzy nie zasłużysz u ziemi i w niebie,

655 Wiatr w dzień zgonu nie westchnie za wszystkich, za ciebie,Nie więcej chmur się zbierze, silniejsza ulewa,Nie więcej jak zwyczajnie, spadnie liści z drzewa.Dla jednych gadów ucztę twoje sprawią zwłoki,Nim je ziemia rozrobi w swoje żyzne soki.

660  Już ranek — już południe, — na zamkowej saliZwołani przez Otona rycerze czekali.Właśnie w zamku godzinę wybiły zegary,Która miała rozstrzygnąć śmierć lub życie Lary,

W niej Ezzelin miał zeznać, co mógł o nim wiedzieć,

665 I jakabądź jest powieść, musi ją powiedzieć.Swoję wiarę dał w zakład, i Lara przyrzekaSpotkać go tutaj w oczach nieba i człowieka.Gdzież on jest? kto miał drugim prawd powiedzieć tyle, —Nie zniosą, by miał zwłoką spóźnić aby chwilę.

670  Już godzina wybiła, i Lara przybywa;Postać jego spokojna i zimno cierpliwa.Gdzie Ezzelin? czy taka jego słowność była?Szmer powstał, i Otona twarz się zasępiła.— »Ja znam mojego druha! wiarę ma na względzie,

675 I jeśli jest na ziemi, wkrótce tu przybędzie.Jego dachy błyszczące na dolinie stojąPomiędzy włością Lary a dzielnicą moją.Gość taki zawsze zaszczyt robił w moim domu,I mnie baron Ezzelin nie przyczyni sromu,

680 Będę ręczył za druha, póki tylko żyję,Lub mu rycerską plamę sam krwią własną zmyję«.Wtem Lara głos mu przerwał: — »Rano, z wschodem słońca,Jak kazałeś, przychodzę dosłuchać do końcaPowieści cudzoziemca, jaką wczora prawił,

685 Choć już dość jego język serce mi zakrwawił.

Widać zmysły niezdrowe w słowach go uwiodły,Lub, co gorsza, wróg z niego nieszlachetny, podły.Ja go nie znam... on może znał mię w krajach... kędy...Lecz poco nam te słowa jałowej gawędy;

690 Jak widzę, język słabo zakład ubezpiecza;Dowiedź mi jego wartość ostrzem swego miecza«.Dumny Oton na ziemię rękawiczkę cisnął,Sczerwienił się — i nagim mieczem z pochwy błysnął.»Rad cię chwytam za słowo ostatnie, albowiem

695 W nieobecności gościa ja ci sam odpowiem«.Niezmieniony na twarzy, choć gniew był w ich obu,Choć niemniej bliski swego, jak drugiego grobu, —Z ręką, którą pokazał od szabli ujęcia,Że równie do odbicia wprawna, jak do cięcia, —

700 Z okiem chociaż spokojnem, lecz co w krwi podoba,Lara pociągnął miecza, — i zwarli się oba.Nadarmo ich ściskają i wołają w tłumie,Nikt wściekłości Otona oprzeć się nie umie;Jeszcze sam, jak na wzgardę, te słowa powiada:

705 »Tego miecz u mnie lepszy, kto nim lepiej włada!«

Niedługa była walka — próżny, ślepy, wściekłyOton, w pierś szablą cięty, upadł krwią ociekły.Lara, zręcznem podejściem podciąwszy mu nogę,Zranionego Otona rzucił na podłogę:

710 »Proś o życie!« — Ten milczał, i padłszy na nogi,Już odtąd ze skrwawionej nie powstał podłogi.Lara pali się w gniewie i twarz jego całaW swojej szatańskiej barwie na węgiel sczerniała.I wścieklej blaskiem miecza okrążył go wkoło,

715 Niż wtedy, gdy jak śmiałek wręcz mu stawił czoło.

Całej sztuki szermierstwa doświadcza niezwłocznie,Kryty wstręt jego serca budzi się widocznie.A tak zapamiętale z wroga się urąga,Że gdy go tłum zbliżony za ramię odciąga,

720 Z szału ostrze spragnione ku tym mierzy, celi,Co przez litość odciągnąć, oderwać go chcieli.Po chwili ich zamiaru niechętny się ima,Lecz na niego wciąż patrzy takiemi oczyma,Jakby walka bez skutku jakiś wstręt w nim sprawia,

725 Co wroga po zwycięstwie przy życiu zostawia,Jakby w ranę śledzącą zaglądał powieką,Jak ofiarę do grobu zbliżyła daleko?

Rzeźwią, niosą Otona — i lekarz zamkowyZakazuje mu wszelkich pytań i rozmowy.

730 Ciekawy tłum się zbiera do przyległej sali.Lara, tłumem gardzący, szedł za nimi w dali;Po walce ze zwycięską palmą zapaśnikaW dumnem milczeniu zwolna ku drzwiom się pomyka.Dosiadł konia i drogą jak strzała puszczona

735 Leciał — i ani spojrzał na zamek Otona.

Lecz gdzie był ów meteor nocy, który sennymOczom przegraża, aby zniknął z blaskiem dziennym?Gdzie Ezzelin? Czy przyszedł, poszedł — i nie wrócił,Aby sam żadnych śladów za sobą nie rzucił?

740 Ezzelin — jeszcze ciemno, gdy dzień w zmroku świta, —Rzucił zamek Otona, — droga prosta, bita,Nie mógł zbłądzić, a przytem bliskie miał mieszkanie;Przecie zbłądził; — i ledwo dniało na świtanie,

Zaczęto śledzić, — goniec za nim w trop wysłany,

745 Nic nie wie, prócz, że zginął gdzieś ich pan szukany.Zamek pusty, nieczynny stoi koń przy żłobie,Giermki płaczą po panu i chodzą w żałobie.Ci rozbiegli się szukać po drodze, za drogą,Krwawych znaków morderstwa — i znaleźć nie mogą.

750 Ani kropla krwi świeci przez ciernię i wrzosy,Płaszcz pański poszarpany, ni wyrwane włosy.Wciąż po błoniach powiewa niezdeptana trawa,Ani śladu, czy była jaka walka krwawa.Ni palce czyjej ręki, gdy krew tryska z żyły,

755 W mękach zgonu murawę zgniotły lub splamiły,Gdy ręka nawpół trupia, słaba do obrony,Cały gniew swój wywiera na trawnik zielony.Takie znaki być muszą, kto gdzie krew przeleje, —Lecz tych niema; zostały wątpliwe nadzieje,

760 I dziwne podejrzenia poszepty i gwaryMiędzy tłumem czerniły codzień sławę Lary.Gdy Lara się pokaże, wnet zawiść oniemi, —Ci życzą, pragną, aby dłużej nie był z niemi,By z nałogu znów szerzyć czerniące go zdanie

765 I czarniejszym kolorem barwić domniemanie.

Dni lecą, i Otona zgoiły się rany,Ale nie jego duma; zawiścią wstrząsanyBył pan możny, bogaty, zawziętszy niż Lara,Przyjaciel tych, kto temu wręcz szkodzić się stara;

770 I w imię prawa kraju sam wołać poczyna:»Niech Lara zda na gardło sprawę z Ezzelina!Któż, jeżeli nie Lara, trwogi mu użycza,Że tak stroni od jego i drugich oblicza?Samby Cierpiał, więc winien, że Ezzelin zginął,

775 Gdyby nań swoje skargi szeroko rozwinął.

Zwykle rozgłos powszechny niewiadomość szerzy,Ciekawość gminu rada tajemnicom wierzy.Widoczna obojętność, zimny wstręt do ludzi,Co stroni spoufaleń, miłości nie budzi;

780 Duma pomiatająca i zręczność nielada,Z jaką ostrem żelazem po szermiersku włada.Gdzie swe ramię przyuczył do bitwy rzemiosła,Gdzie i kędy ta duma w sercu mu urosła?Bo nie była to wściekłość przypadkowa, cudza,

785 Jaką słowo zapala i słowo przystudza,Lecz właściwa, głęboko wyrobiona w duszy,Co gdy raz w co uwięźnie, samę litość zgłuszy.Podobnie długa władza i szczęście zbyt głośneZestrzela się w to wszystko, co jest bezlitośne.

790 Te więc, budząc nagany raczej, jak pochwały,Z czasem na Larę wielką burzę zgromadzały.Lara musi dać gardło, tak się chmury zwarły,Temu, co go wciąż ściga, żywy lub umarły.

W kraju wszyscy wasale zniechęceni żyli,

795 I przeklinali władzę, której czołem bili.Ziemia długo jęczała pod rózgą niewoli,Gdzie w imię prawa rządził humor pańskiej woli.Częsty w domu niepokój i wojna za domemSerce do krwi i zbrodni robiły łakomem.

800 Ludzie tylko czekają hasła albo słowa,I wnet mordem, zniszczeniem wre wojna domowa.Ta nie zna kto nijaki: cały kraj rozdzielaPomiędzy dwa nazwiska: — wroga, przyjaciela.Zamknięty w lennym zamku, każdy sam był panem,

805 Czynem, słowem poddany, z sercem niepoddanem.

Tak Lara odziedziczył swoje właści nowe,Z niemi ręce leniwe i serca tchórzowe.Lara, długo za krajem będąc, to miał w zysku,Iż był wolny od plamy ciemięstwa, ucisku.

810 W jego rządach łagodnych wasale powoliJęli odwykać jarzmu ciężącej niewoli.Jedna służba domowa w dawnej trwodze trwała,Chociaż więcej o niego niż o siebie drżała.Dziś nad nim się litują, chociaż z pierwszej chwili,

815 Złe sądy tworząc o nim, na gorsze wróżyli;I niemy humor pana, każdą noc niespaną,Zwyczajnie za chorobę samotności brano.A choć w pańskiem mieszkaniu żyła cichość samą,Ponurość, — lecz wesoła jego zamku brama:

820 Od niej nędzarz nie odszedł nigdy bez ofiary,Dla nędzy litość przecie znała dusza Lary.Zimny z równym, na dumnych patrzący z wysoka, —Wieśniak obojętnego nie uchodził oka:Mało mówił, lecz skoro wszedł pod dach zamkowy,

825 Często znalazł przytułek, a nigdy obmowy.I co dzień, co godzina, do zmroku od ranaJakiś nowy przybyłec licznił orszak pana.Od straty Ezzelina częściej, jak się zdarza,Lara grał gościnniejszą grzeczność gospodarza.

830 Może Oton w nim budził wciąż bojaźni noweZasadzki zgotowanej na zbrodniczą głowę.Cobądź myślił, ze swojej gościnności plonówWiększy wzgląd zyskał ludu, niż swych współbaronów.Wasal, grozą barona z swych siedzib wygnany,

835 Przyszedł, wołał przytułku, — i wnet mu był dany.

Żaden wieśniak nie płakał zagrabionej trzody,A niewolnik zaledwo tęsknił do swobody;Stara chciwość bezpiecznie swe skarby zbierała,Przy nim wzgarda z ubóstwa urągać nie śmiała.

840 Obiecanej nagrody nie zmylił nikomu,Gość na zamku rad gościł, jak w swym własnym domu.Nienawiści gdy niemoc tępiła sztylety,W pomoc zemsty spóźnionej ciężkie niósł odwety.Miłość, wciąż pomiataną przez nierówne śluby,

845 Cieszył, i w jej objęcia wracał przedmiot luby!Wszystko gotowe, — Lara tylko chwili czeka,W której ma zdjąć lenniczą niewolę z człowieka.Przyszła chwila — i Oton, co mu groził, fukał,Stronił od zemsty, której wprzódy sam tak szukał.

850 Tłocząc się tysiącami lud na zamku gwarzy, —Między tłumem jest wielu odważnych zbrodniarzy;Radzi jarzmo baronów że zrzucili ze siebie,Z wzgardą chodzą po ziemi, z nadziejami w niebie.Lara wolność ogłasza, nastręcza sposoby,

855 Już nie kraj dla tyranów, lecz jak kopać groby!Taki krzyk, takie hasło, brzmiąc na wojnę krwawą,Musi szerzyć nieprawość, a hamować prawo,Wiara, wolność i zemsta — co chcesz? dosyć słowa,A ludzkość wzajem siebie zabijać gotowa!

860 Jedno zdanie stronnictwa wtórzone w zapaleDa tron zbrodni, nakarmi gady i szakale.

Tak wasal swym baronem pomiatał po kraju,Rządzącego następcy słuchał ze zwyczaju;W stronnictwach do obłowu szukając sposobu,

865 Niewolnik gardził jednym, nienawidził obu.Czekają tylko wodza z imienia, ze sławy;Znaleźli, — wódz się wiąże sercem do ich sprawy.Przypadkowo zmuszony we własnej obronieWalczyć i znowu z ludźmi wspólne krwawić dłonie;

870 Dziwnym losem od wszystkich odcięty tej chwili,Co mu po krwi i sercu wrogami nie byli, —Od tej nocy przeklętej dla siebie sam LaraZ najgorszem, choć nie jeden, wręcz spotkać się stara.Choć gorąco poczynał, sam go rozum skłania

875 W czynach zdala snowanych unikać badania.Nim sam ze swoją własną sprawą wszystkich zmieszał,Gdy upadał, przynajmniej swój upad zawieszał.Troska, co długo w myśli więziona czuwała,Burza, co sama siebie strawiła i spala, —

880 Budziła się, a ciągnąc na wypadków pole,Zda się gwałtem zbliżała jego czarną dolę.Znowu Larę po świecie tenże sam los żenie,Znów ten sam, — tylko mała zaszła zmiana w scenie.On mało dba o życie, mniej jeszcze o sławę,

885 Niemniej ważyć się zdolny na rozpaczną sprawę,

Stworzony, by na siebie klątwę drugich ściągał,By ktobądź z nim los dzielił, nieszczęściu urągał.Co mu z wolności tłumu, — cel, nagroda jaka?On, by tylko zgiąć pana, podźwigał żebraka.

890 Myślał, że w swej zagrodzie spędzi dni spokojne,Lecz mu tam los i człowiek wypowiedział wojnę.Nawykły łowom, nie mógł siebie trudem słabić,Kto chce zdobycz ułowić, wprzód go musi zabić.Surowy, a nie dumny, milczący z powicia,

895 Aż dotąd był spokojnym widzem sceny życia.Lecz znów pchnięty do szranków, stanął w walce nowejJak wódz nieporównany do wojny domowej.Głosem, twarzą, postacią, gdy wzrokiem uderza,Oczyma zdradza dzikość i męstwo szermierza.

900  Co dadzą walk tak często powtarzane dzieje,Każdej bitwy i wojny tak zmienne koleje?Uczta sępów, krwi przelew, szczęk i dźwięk oręża, —Ten słaby, że przegrywa, dumny, że zwycięża;Wciąż dymiące ruiny, w gruz runące mury...

905 I ta była jak wszystkie podobnej natury,Prócz, że biorąc szał siły za rycerską cnotę,Z piersi swojej wygnali litość — i zgryzotę.Nikt nie błagał, bo litość już nie miała ucha,Na trupie zabitego jeniec zionął ducha,

910 I dla obu zwycięzcy równie wściekli byli;I ci, co się za wolność lub za władzę bili,Rozmyślali, że było im zabitych mało,Gdy jeszcze do zabicia więcej pozostało.

Daremnie ktoby szałom wojny się opierał, —

915 Mord i głód naprzemiany cały kraj pożerał:Palą ognie — i pożar szerzyć się zaczyna,Nad swym czynem codziennym śmieje się ruina.

Zrazu wszystkich do bitwy świeży popęd żenie,Szło za tłumami Lary pierwsze powodzenie.

920 Lecz wygrana sprawiła ich zagubę całą:Rozpasane żołnierstwo wodza nie słuchało.Bez szyku nacierają na wroga bezładnie,Myśląc: przy tym wygrana, kto pierwszy napadnie.Łakomstwo krwi, łupieży, nieporządek szyków,

925 Nadawały żołnierstwu postać rozbójników.Darmo, co wódz powinien robić, robi Lara,Darmo wściekłość walczących zawściągnąć się stara.Głos wodza nie przystudzi w nich do krwi pragnienia,Ta ręka, co zapala, nie zgasi płomienia.

930 Przezorny nieprzyjaciel, szkodząc niepomału,Otwiera obłąkanym ślepe oczy szału.Zmyślony odwód, nocne wycieczki na stronę,Zasadzki, trud codzienny i bitwy spóźnione,Brak zapasów, stąd częsty głód i niewygody,

935 Obozy bez namiotów, nieba niepogody,Wał twierdzy, co związkowym urąga z kolei,I drażniona cierpliwość zwodzonych nadziei, —O tem oni nie myślą: kiedy wróg uderza,Oni walczą z odwagą starego żołnierza;

940 Lecz wolą śmierć obecną, całą wściekłość boju,Niż powolnie się męczyć od trudów i znoju.Głód dokucza, skwar pali gorącego lata,W szeregach tysiącami gorączka wymiata.Zrazu tryumf niewczesny nowe budzi wstręty;

945 Jeden Lara klęskami zda się być niezgięty,Alę niewielu idzie w swego wodza ślady,Tysiące podrobniały na szczupłe gromady.

Mężni, chociaż nieliczni, najlepsi zostali;Sami gardząc porządkiem, teraz go płakali.

950 Jeden środek pozostał: — granica dość bliska,Umknąć nieprzyjaciela, który ich naciska.I muszą wstyd i rozpacz ponieść w kraj sąsiedni,Pomiatane włóczęgi, lub wygnańce biedni,Smutnie żegnać, porzucać swe ojczyste pola!

955 Lecz ginąć lub się poddać — to smutniejsza dola!

Uradzili, — już idą; zakrytych mrokamiNoc prowadzi i z góry przyświeca gwiazdami.Już widzą, jak ich promień zimny i dalekiŚpi spokojnie na falach pogranicznej rzeki.

960 Już widzą... Co tam świeci? czy porzeczne brzegi?Nie, — to wrogów nad rzeką czernią się szeregi.Odwrót albo ucieczka! z poza drzew szumiącychŚwieci sztandar Otona i włócznie goniących.Czy to płoną na wzgórzach pasterskie ogniska?

965 Niestety! ognia łuna za dziko im błyska.Widzą — i wszystkich zrazu owiał przestrach trupi,Może mniej krwi bogatszy choć raz łup okupi.

Wstrzymali się, — znużona wytchnęła gromada:Czy mają naprzód pomknąć, czy im stać wypada?

970 To mniejsza; — gdy uderzą na nieprzyjaciela,Co im broniąc przechodu od rzeki przedziela,Jakich niewielu, mimo wspólną obietnicę,Może złamie szeregi i przejdzie granicę.»Natarcie będzie nasze! — ich napadu czekać,

975 Jedno co po tchórzowsku mężną śmierć odwlekać«.Każdy koń okiełzany, każdy miecz dobyty.Na łękach siodeł błyszczą tarcze i dziryty.

W tych kilku słowach Lary, brzmiących w nocnej ciszy,Niejeden może tylko głos śmierci posłyszy?

980  Miecz ma w ręku, — twarz Lary jakiś smutek znaczy,Lecz zanadto spokojna na wyraz rozpaczy.Ziębiąca obojętność wciąż mu duszę chłodzi,Jakiej mężni nie mają, gdy krew lać przychodzi.Pogląda na Kaleda, w jego oczach bada

985 Jakiejś troski; twarz pazia zasępiona, blada;Może nocą przyćmiony sam promień księżycaRzucał bladość niezwykłą na Kaleda lica?Bladość strasznej białości, jak kość od cmentarza,Co wiarę jego serca, lecz nie strach wyraża.

990 Lara spostrzegł — i ręki pazia dotknął dłonią,Lecz mu ręka nie drżała, oczy łez nie ronią,Usta były milczące, serce ledwo biło,Lecz: »My się nie rozdzielim« spojrzenie mówiło.»Lud wyginie, związkowi odbiegną w potrzebie,

995 Życie moje pożegnam, — ale nigdy ciebie«.Wtem cwałem się kopnęli — śmiało, naprzód, daléj!Uderzają w kolumnę, — szeregi złamali.Każdy koń dobrze słuchał kolącej ostrogi,Skrzyżowały się miecze — i był pobój srogi!

1000 Mniej liczni, lecz mężniejsi, wśród kolumny skaczą,Rąbią się, pomagając odwadze rozpaczą.I krew była w strumieniu z falami zmieszana,I strumień, wciąż czerwony, płonął aż do rana.

Sam na czele walczących, całą bitwą włada;

1005 Gdzie więcej wróg naciska lub przyjaciel pada,Grzmi głos Lary; wciąż miecza błyskawicą wieje,I choć sam bez nadziei, obudzał nadzieję.Nikt nie pierzcha, bo wiedzą, że pierzchać daremnie;Chwiejącego się śmielszy zachęca wzajemnie;

1010 Tam, gdzie ogień najgęstszy nieprzyjaciel trzyma,Rzucają się i walczą, pod wodza oczyma.Wódz, tłumem okolony, sam jeden się ściera,To lamie ich szeregi, rozproszone zbiera,Nie szczędzi siebie — wszędzie strach lub śmierć roznosi.

1015 Właśnie był czas, — do cięcia rękę w górę wznosi,I ciął, — wtem na szyszaku kita się zachwiała,Pocisk celu nie chybił, w bok uwięzła strzała.Ten gest odkrył na ranę miejsce mniej bezpieczne,A śmierć z szyi strąciła ramię tak waleczne!

1020 Jeszcze słowo tryumfu na ustach mu kona...Ręka dzielna, a teraz tak martwo zwieszona!Przypadkiem zatrzymany miecz po pochwie dzwoni,Cugle słabo ujęte wyciekły mu z dłoni.Wtem Kaled miecz i cugle pochwycił do ręku;

1025 Wpół omdlały, na siodła pochylony łęku,Lara ani spostrzegał, że paź, cały w znoju,Uprowadza go pilnie z krwawego poboju.Goniących za nim straszy, odbija, naciera,I śmierć niesie w obronie tego, co umiera.

1030  Nad rannym i zabitym świeci gwiazda dniowa:Tu pancerz porąbany, tam bez hełmu głowa;Tu koń bez jeźdźca pada, pod nim ziemia jękła,Odetchnął tchem ostatnim — i popręga pękła.Tuż przy nim ostatkami jeszcze życia drgała

1035 Noga, która go bodła, ręka, co kiełznała.Drudzy, z gorączką w ustach, leżą przy strumieniu,Co szmerem konających urąga pragnieniu;To pragnienie pierś pali, gorączkę rozszerzaTym, co śmiercią gwałtowną konają żołnierza,

1040 I zmusza nadaremnie szukać dla ochłodyUst spalonych — ostatniej, jednej kropli wody.Wciąż konwulsyjnem drganiem, odrętwieli prawie,Swoje członki skościałe wleką po murawie.Ostatki życia trwoniąc mocowaniem siły,

1045 Już dopadli strumienia, — usta się schyliły,Czują świeżość nadwodną, chłód rzeźwiący zdroju,Czekają! — widać, że już nie pragną napoju.Pragnienie niezgaszone... skądże ta odmiana?Ach, była to męczarnia — lecz już zapomniana!

1050  Pod lipą, na trawniku ponadbrzeżnym rzeki,Leży rycerz, od sceny poboju daleki,Leży Lara i śmierci wygląda godziny.Niegdyś jego towarzysz, a dziś stróż jedyny,Kaled klęczy przy panu i ze łzami w oku

1055 Pogląda, jak krew tryska z rany jego boku.Radby ją zatamować szarfy swej ściśnieniem,Co z każdem drganiem lała czarniejszym strumieniem,A gdy słabszym oddechem pierś robić zaczęła,Powolniej, lecz wielkiemi kroplami płynęła.

1060 Sam ledwo mówić może, lada jedno słowoDech więzi, boleść rany powiększa na nowo.

Ściska dłoń, coby chciała umniejszyć mu męki,I paziowi ponuro wyśmiechnął swe dzięki.Paź nic sercem nie czuje, nie widzi oczyma,

1065 Prócz czoła, które pilnie na kolanach trzyma,Prócz oczu, co choć zaszły mrokami ciężkiemi,Jeszcze świecą mu światłem jedynem na ziemi.

Nieprzyjaciel nadbiega goniący od rana:Póki Lary nie schwycą, niczem ich wygrana.

1070 Nadaremnie z rąk pazia oderwać go żąda,Lara na nich ze wzgardą spokojną pogląda,Co na surowość swojej doli nie narzeka,Wprost z żywej nienawiści do śmierci ucieka.Oton z konia zeskoczył, pogląda na wroga,

1075 Co w krwi jego się broczył, — i pyta, przez Boga,Jak się ma rana? Lara nic nie odpowiada,Jak na twarz nieznajomą zimne oko pada.Przemówił do Kaleda — przerywać nie śmieją,Wyraźnie słyszą słowa, słów nie rozumieją.

1080 Jego głos konający brzmi w tej drugiej mowie,Do której dziwną pamięć wiązał w swej rozmowie.Rozmawiają — lecz o czem? tylko Kaled umiałZgadnąć — i słów znaczenie sam jeden rozumiał.Kaled mu odpowiada, Lara ciągnie daléj,

1085 A wszyscy wkoło z niemem zdziwieniem patrzali.Oni zdają się, swoją przeszłością zajęci,W połowie teraźniejszość gubić w niepamięci,Między siebie podzielać jakiś los oddzielny,Za któryby nie przejrzał żaden wzrok śmiertelny.

1090  Rozmowa była długa, cicha; z tonu mowy,Kto słyszał, mógłby sądzić ważność ich rozmowy.Lecz wierzyłbyś z oddechu, z mdlejącego tonu,Że Kaled, a nie Lara, więcej bliski zgonu.Tak smutny, przerywany, drżący był głos cały,

1095 Że blade usta słowa zaledwo jąkały.Głos Lary czysty słuchacz rozpoznać był w stanie,Nim pierś zaczęła dziko chrypać na skonanie,Lecz z twarzy mało zbadasz, tak wciąż obojętna,Taka nieżałująca i tak beznamiętna!

1100 Prócz, gdy czasem przedśmiertny jego ból obejmie,Uśmiechał się, na pazia spoglądał uprzejmie;Gdy Kaled odpowiada, gestem mu dziękuje,Podnosi rękę w górę — i na wschód wskazuje!Może, właśnie gdy słońce wschodziło z za góry,

1105 Złowił okiem blask dzienny z przedporannej chmury.Może ręką krajobraz wskazał przypomniany,Gdzie był ten sam, podobny, prócz miejsca odmiany.Kaled zaledwo widzi i patrzy niechcący,Jakgdyby wstręt w nim budził ten dzień nadchodzący,

1110 I od słońca odwrócił źrenice omdlałe,By patrzeć w oczy Lary, gasnące, ściemniałe.Lecz jeszcze zmysł widzenia nie zamierał w oku,Choć lepiej gdyby umarł: — bo gdy jeden z bokuŻegnał go i rozgrzeszał świętym znakiem krzyża,

1115 I święcony różaniec do ust mu przybliżą, —Śmiał się, i patrzał na to jak bezbożnik hardy;Boże przebacz! jeżeli był to śmiech pogardy!Kaled, choć nic nie mówił i łzawe źreniceWciąż zatapiał w zmartwiałe swego pana lice, —

1120 Gwałtownym gestem rękę odpychał od Lary,Jakgdyby miał go mieszać dar świętej ofiary

W ostatnich chwilach zgonu; nie wiedział widocznie,Ze właśnie odtąd Lara drugie życie pocznie:To życie nieśmiertelne, gdy zgon ciało skruszy,

1125 Obiecane wierzącym w nieśmiertelność duszy.

Lary oddech był ciężki, — wtem westchnął głęboko,Martwą błoną ściemniałe zamgliło się oko.Członki się wyprężają, twarz siniała, bladła,Zimna głowa paziowi na kolana spadła.

1130 Pochwycił rękę pazia i do serca ciśnie, —Serce nie bije, stygnie; — Kaled, jak umyślnie,Choć czuje zimno, ręką w sercu życie bada,Lecz dłoni serce biciem już nie odpowiada.Marzący! precz uciekaj z żywemi oczyma,

1135 Pan, na którego patrzysz, skonał... już go niéma!

Wciąż nań patrzał, jakgdyby jego duch wysokiJeszcze nie uszedł z swojej cielesnej powłoki.Obecni z obłąkania budzą pazia z trwogą,Lecz wpatrzonej źrenicy oderwać nie mogą.

1140 I gdy z kolan bezwładne podnosili ciało,Co już w jego objęciach zastygło, schłodniało, —Pańska głowa, co widział oczyma własnemiStoczyła się na piasek, jak ziemia do ziemi.Nie rzucał się, swej piersi nie zadawał ciosów,

1145 Ani szarpał swych lśniących, swoich kruczych włosów,Starał się stać i patrzeć — ale padł zachwiany,Zaledwo więcej żywy, niż pan ukochany.Kochany! nigdy w piersi ludzkiej nie spoczywaMiłość podobnie szczera, podobnie prawdziwa!

1150 Ta chwila próbująca zarazem wykryła,Tajemnicę, co długo wpół tajoną była:Gdy, rzeźwiąc omdlałego, rozpięto ubrania,Zdradzając płeć nie swoję, śnieżną pierś odsłania;Kaled rzeźwi się, — z wstydu nie spuszcza źrenicy;

1155 Czem dla niej teraz sława lub honor kobiécy!...

Z prochami ojców Lary nie spoczęły zwłoki,Lecz grób ma wykopany zarówno głęboki.I śpi snem nie mniej twardym, życia współ-wędrowca,Choć ksiądz nie żegnał, marmur nie pokrył grobowca.

1160 I płakał go żal jednej, choć mniej głośny może,Lecz ten przetrwał żal ciżby na barońskim dworze.Daremnie była ciągle o przeszłość pytana,Daremne były groźby, — milczała jak ściana.Gdzie powód? — wszystko swoje, serce mu oddała;

1165 Taki zimny, ponury! za co go kochała?Ciekawy głupcze! — zamilcz, — korz się przed powodem,Czyliż jest ludzka miłość ludzkiej woli płodem?Dla niej mógł on być czułym! zwykli są surowiGłębszych uczuć, mniej widnych gminnemu wzrokowi;

1170 I gdy kochają, myśli nie pojmą niczyje,Choć ich usta mniej mówią, jak ich serce bije!...Łańcuch był niepowszedni wzajemnej ofiary,Wiążący mózg i serce Kaleda do Lary.

Do wykrycia tych dziejów niczem jej nie zmogli,

1175 A ci w grobie, co o niej powiedziećby mogli.

Spuszczają go do ziemi — lecz na jego ciele,Prócz rany świeżej widzą blizny i ran wiele!Rany w ciało wszczepione, nie w ostatniej wojnie;Widać, że młodość życia spędził niespokojnie.

1180 Choć ich sława lub zbrodnia zakryta, nieznana,Dość świadczą, że gdziekolwiek była krew przelana.Ezzelin, coby jeden ich prawdę rozwinął,Od tej nocy, jak poszedł, nie wrócił — i zginął.

Tej nocy (taka powieść krążyła po gminie)

1185 Niewolnik, przechodzący jak świt po dolinie,Właśnie gdy księżyc pierzcha przed idącym rankiemI twarz wybladłą kryje mglistym wschodu wiankiem, —Niewolnik w gęste bory śpieszył, jako trzeba,Drwa rąbać, za co dzieciom swym dostawał chleba;

1190 I przechodząc wzdłuż rzeki (marząc zysk zdobyczy),Która ziemię Otona i Lary graniczy,Słyszy tętent: — koń, jeździec przemknął poza drzewa,Od łęku jego siodła czarny płaszcz powiewa;Tym płaszczem jakiś ciężar obwijał wokoło,

1195 Głowę miał pochyloną i zakryte czoło.Tknięty nagłym widokiem w tak niezwykłej porze,I wróżąc, że bądź jaka w tem zbrodnia być może,Ciekawy, co to będzie? w ślad za jeźdźcem kroczył:Jeździec stanął nad rzeką i z konia zeskoczył;

1200 Z siodła ciężar pochwycił i w naglonym bieguPotoczył na brzeg rzeki — i cisnął go z brzegu.

Staje, patrzy i pilnie wciąż oczyma tropi,Kędy jaki wir rzeki ciężar ten zatopi, —I ciągle szedł za falą, co z nurtem płynęła,

1205 Gniewny, że fala ciężar niedobrze ujęła.Nagle zadrżał — i stanął; z zimowych strumieniZwalone wkoło stosy sterczały kamieni:Z nich co najcięższe zbiera, a sam, co miał mocy,Za ciężarem do wody cisnął je jak z procy.

1210 Wtem niewolnik przypełznął popod krzak nadrzeczny,By, niewidzialny, wszystko mógł widzieć bezpieczny,I schwycił okiem białość płynącego ciała;Na sukni niby jakaś gwiazda przełyskała.Lecz nim dojrzał wyraźniej, już wir ciężar schłonął:

1215 Legł pod ogromnym głazem i na dno utonął.Znów wzniósł się na powierzchnię, robiąc krąg daleki,Nurt za sobą czerwienił i znikł w wirach rzeki;Jeździec w wodę poglądał drżący i wybladły,Aż ostatnie jej kręgi znikły i przepadły.

1220 Odwrócił się, w tej chwili poskoczył na konia;Bodąc ostrogą, pędził przez góry i błonia.Twarz jeźdźca maskowana, — oblicze zmarłego,Jeśli to był umarły, umknęło od niego.Lecz jeśli z trupiej piersi widać gwiazdę było,

1225 To jest znak, jaki zawsze rycerstwo nosiło, —I taki pierś barona zdobił, jak wiadomo,Tej nocy, gdy z Otona uczty znikł kryjomo.Jeśli tak zginął, — Panie świeć nad jego duszą!Jego zwłoki spoczywać w oceanie muszą.

1230 Oby litość krzepiła nadzieję niewiary,Ezzelin taką śmiercią nie zginął z rąk Lary.

Kaled, — Lara, — Ezzelin, zniknęli pospołu,Kamień, marmur nagrobny nie krył ich popiołu.Pierwszy sam nadaremnie oderwać się stara

1235 Od miejsca, gdzie był ranny, kędy skonał Lara.Dumną duszę domęczył smutek bezlitośny:Jej łzy były liczone, jej płacz nigdy głośny.Jej z miejsca niktby ludzką nie odciągnął siłą,Gdzie zaledwo wierzyła, że już go nie było!

1240 Żywy ogień rozpaczy błyskał z jej źrenicy,Jaki w gniewie niesilnym gra w oczach tygrzycy.Godzinami czas trawiąc na żal pogrobowy,Z postaciami powietrza wdaje się w rozmowy,Jakie czynny mózg tworzy w obłąkania szale,

1245 I wzywa ich uwagi na swe czułe żale.I pod tem samem drzewem wciążby siedzieć chciała,Gdzie głowa Lary na jej kolanach leżała.I jakim był, gdy konał, w pamięci go chowa,Z nim uścisk konający, jego wzrok i słowa.

1250 Choć swój warkocz ostrzygła, dziś go, nieszczęśliwa,Często przez zapomnienie z za piersi dobywa;Zwija, ciśnie do ziemi — tak w szaleństwo wpadła, —Niby ranę tamując jakiegoś widziadła.Pyta go i za niego sama odpowiada,

1255 Czasem zrywa się, w drżenie konwulsyjne wpada,I ucieczkę mu radzi skinieniem swej dłoni,Od rojonych widziadeł, w rojonej pogoni.

To pod tą samą lipą znów siada na ziemi,I twarz swoję zakrywa rękoma chudemi,

1260 Lub dziwne charaktery wciąż na piasku kréśli.Lecz długo trwać nie mogła ta gorączka myśli.Jej zwłoki spoczywają, gdzie jej leży Lara.Życie jej tajemnicze, — doświadczona wiara.

Lata i wieki z burzami, wojnami.Ponad Koryntu przemknęły murami,A jednak stoi wśród zniszczeń okolnychStworzona twierdzą dla obrońców wolnych.

5 Trzęsienie ziemi, huraganu szały,Nie tknęły jego niepożytej skały;Rzekłbyś, kamienny klucz do kraju, któryChoć upadł, dumnie pogląda z tej góry:

Graniczna miedza dwoistego morza!

10 Pieniąc się, cieką przeciwległe tonie,Wkońcu, hamując prąd u jej podnoża,Łamią się, ścieląc po obojej stronie.Gdyby krew, jaką ta ziemia oblana,Odkąd legł pierwszy brat Tymoleona,

15 Aż do ucieczki perskiego tyrana,Wsiękła w tę ziemię, wytrysła z jej łona:Jednejby chwili krwawym oceanemTo międzymorze mogło być zalanem.Lub gdyby wszystkie kości, co tu legły,

20 Wszystkich zabitych, w jeden się stos zbiegły,Tej piramidy wznioślejsze-by szczytyPrzebodły jasne greckich nich błękity,

Niż Akropolis spiętrzone opoki,Co — patrząc — zda się trącają obłoki.

25  Na Cyteronie mignęło żelazemWłóczni dwadzieścia tysięcy zarazem.Schodząc ku morzu, od brzega do brzega,Wzdłuż, jak Moślemin obozem zalega,Stoją namioty, półksiężyce świecą.

30 Brodaty pasza gdzie buńczukiem skinie,Rotami naprzód smagłe spahy lecą,A wzrok, jak spojrzeć, wzdłuż, wszerz po dolinie,W tłumie turbanów gubi się i ginie;Wielbłąd Araba przyklęka na błoniu,

35 Tam zwinny Tatar harcuje na koniu;Dziw, i Turkoman, cichy skotopasaOdbiegłszy trzody, wiąże miecz do pasa.I tam, od morza, brzmią wystrzałów grzmoty,Głusząc zhukanych bałwanów łoskoty.

40 Tu szańce kopią, — z burzącego działaŚwiszcząca śmierci kula wyleciała;Mur ze ścian twierdzy kawałami pada,I z tejże twierdzy, wśród dymów niezmiernych,

Z dział, karabinów, na wystrzał niewiernych

45 Wróg nieustannym ogniem odpowiada.

Bliżej, gdzie działa wciąż dymią i błyszczą,Bliżej, gdzie twierdzy mur łamią i niszczą,Mędrszy od Turka w czarnej sztuce wojny,Dumniejszy wodza, gdy pułkami zbrojny

50 Na polu bitwy uszczknie liść wawrzynu;Z miejsca do miejsca, i z czynu do czynuPędząc i bodąc rumaka ostrogą,Gdzie twierdza wyłom, broniony załogąLiczną i mężną, jak paszcze rozwiera,

55 I co mężniejsze Moślemy pożera;Lub gdzie reduta, jeszcze niezdobyta,Działowym ogniem szturmujących wita, —To pierwszy śmiało do szturmu uderza,To budzi zapał stygnący żołnierza:

60 Z tłumnego wojska, jakiem się przechwalaStambulski sułtan, pierwszy, bez rywala,Co umie razem lunetą celowaćI włócznią cisnąć, działo nakierować, —Stał Alp, renegat wenecki!

65  Z ojców i dziadów krwi Wenecyjanin,Dzisiaj wygnaniec, podniósł miecz zdradzieckiPrzeciw współziomkom; i — zgrozo! — poganin,Skroń podgoloną opasał turbanem.Korynt koleją z rąk do rąk odpadał,

70 Przez długie lata Grek jego był panem,Wkońcu Koryntem Weneta zawładał.Dzisjaj, o wstydzie! pod jego murami,Z temiż Wenety i Greka wrogami,Stoi Alp z całą żarliwością serca,

75 Jaką ognisty czuje nowowierca,W którego piersi wre zemsta gorącaPamięcią krzywdy i obelg tysiąca.Niegdyś cel chluby — »Wenecyja wolna«Dziś w nim współczucia obudzić nie zdolna.

80 Na zamku Marka świętego, pociemnie,Ręką oszczercy szpiega nakreślonąSkargę na Alpa w paszczy lwa złożono!Sąd go tajemny potępia daremnie:Alp umknął w porę i życie ratował,

85 By resztę lat swych na walce zmarnował.Kraj poczuł stratę bohatera, któryPrzeciw Krzyżowi jął zwycięstwy słynąć;Dziś na Krzyż patrzą półksiężyce z góry,Bo Alp poprzysiągł zemścić się, lub zginąć.

90  Głośny Kamurdży, którego mogiłaEugenjusza tryumfy zdobiła,

Gdy na skrwawionej karłowickiej błoniLegł wódz ostatni z walecznej pogoni,Który konając na śmiertelną ranę,

95 Klął i przeklinał chrześcijan wygranę! —Kamurdży! miałbyż czas twe sławne śladyZatrzeć, ostatni zdobywco Hellady?Nim jej wywalczą chrześcijańskie dłonieWolność, do której dusza Greka płonie,

100 Za którą bił się Weneta przed laty.Sto lat już temu!... dziś wódz pełen dumyŚlę na Helladę muzułmańskie tłumyI Alp prowadzi przednie wojska czaty.Alp położonej ufności nie zdradzał,

105 Miasta rozburzał i z ziemią zagładzał,I rad dowodził krwią ofiar tysiąca,Jak nowa wiara w nim żywa, gorąca!

Mur twierdzy słabnął; gęsty, nieprzerwany,Rwąc ze ścian cegłę bił grad ołowiany,

110 Z niezmordowaną wściekłością od szańców,W fosę, na wały, sypiąc z dział pohańców.

Częstym wystrzałem rozpalone działo,Jak grzmot daleki, głuchem echem grzmiało.Wśród twierdzy widać i tu i tam zdala,

115 Jak pęka bomba i dachy zapala;Zaledwo pożar zajął się prochowy,Jakby z wulkanu, z płonącej budowyKłębiąc się w górę kolumna płomieniCzerwono świeci, — po chwili, w przestrzeni

120 Na meteorów rozbita tysiące,Swe ziemskie gwiazdy cisnęła pod słońce.Wtem, jakby słońca stało się zaćmienie,W ćmach dymu światła uwięzły promienie;I całe niebo wkrąg, jak zajrzeć okiem,

125 Jednym siarczystym pożółkło obłokiem.

Ale nie jedną zwłoką zemsty grzany,Alp Mośleminy wiódł pod murów ściany,Ucząc, jak przebić wyłom obiecany.W tych murach była dziewica zamknięta,

130 Nadziei Alpa i serca ponęta.Jej ojciec, z duszą zimną i surową,Choć widział we łzach gasnące jej wdzięki,Dumę kochanka zadrasnął odmową,Gdy — chrześcijanin, pod swem dawnem mianem —

135 Sercem młodzieńca czystem, nieskalanem,Alp ją pokochał, zapragnął jej ręki.Alp, w rańszym wieku wesoły i pusty,W salach, gondolach, z dziecinną swawoląSzalał przez całe weneckie zapusty,

140 I serenady śpiewał co najsłodsze,Do jakich Włoszki piękniejsze i młodszeNawykły, w północ gdy płyną gondolą.

Franczeska sercem dziewiczem wzajemnieKochała, — taki był rozgłos dokoła;

145 Tłum się dobija jej ręki daremnie,Chociaż nie skuta więzami kościoła.I gdy popłynął przez weneckie wodyKu greckim brzegom Lancioto młody,Wyraźnie gasła świeżość jej oblicza,

150 Znikła jej dawna wesołość dziewicza,Częściej się modli, szuka spowiednika,Od gwarnych masek, od zabaw unika;Na ucztach siedzi ze spuszczonem okiem,Które nie liczy, ile serc urokiem

155 Wzroku podbija; wśród tłumu samotna,Jej strój niedbały, głos mniej żywy w pieśniZ ust się wyrywa smutniej i boleśniéj.Stopa, choć lekka, ale mniej polotnaW kole tancerzy, którym świt poranny

160 Oświeca jeszcze taniec nieustanny.

Minotti, posłan jako rządca kraju(Który wyrwawszy z muzułmanów dłoni,Kiedy Sobieski ich dumę hamowałPrzy murach Budy, nad brzegiem Dunaju,

165 Weneta sobie swobodniej zhołdowałOd granic Patry do Eubejskiej toni),

Twierdzę Koryntu zajął w imię doży;Nim ją zda wrogom, wprzód głowę położy!Podczas gdy pokój całą ziemię grecką

170 Tulił jak dawno niewidziane dziecko,Niewierny sojusz nim prysnął zdradziecko,W którym po jarzmie odetchnęła Turka;Z wodzem przybyła jego piękna córka, —I odkąd wietrzna Menelaja żona,

175 Odbiegłszy męża i kraju, dowiodła,Ile jej zdrada klęsk za sobą wiodła, —Nigdy pięknością cudniejszego licaNie zasłynęła do dzisiaj ta strona,Jaką jaśniała wenecka dziewica.

180  Z dział mury tłuką, — jutro, na brzask rano,Szturmem uderzą i zamku dostaną.Tymczasem ostrząc kindżały i groty,Z Turków, Tatarów najśmielsi młodzicńce,Przodowa czata szykuje swe roty, —

185 Pełni nadziei, przezwani »Straceńce«.U nich w pogardzie myśl o śmierci; w tłumieKażdy z nich szablą drogę wyciąć umie,A szlak swój gęsto naścielać trupami.Dadzą się wybić, a nie pierzchną sami;

190 I w kolej służą, padając bezładnie,Szczeblem do grobu, aż ostatni padnie.

Już północ: księżyc na gór ciemnym wierzchuOkrągłą tarczą w nocnym świeci zmierzchu.Cicho błękitne fale morza płyną,

195 I niebo ciche nad wody równinąWkrąg naciągnęło błękitne obsłony,Jakby ocean w górze zawieszony,W którym się kąpią światłych wysp tysiące,Dzikim, duchownym blaskiem pałające!

200 Któżby, puszczając oko z ich promieniem,Nie spuścił wzroku na ziemię z westchnieniem?I nie zapragnął skrzydła, by z tej ziemiWzlecieć pod gwiazdy i zmieszać się z niemi?Fala po brzegach leży cicha, czysta,

205 Jako powietrze modra, przezroczysta;Zaledwo pianą kamyki potrąca,Cicho, łagodnie jak strumień szemrząca,Fala kołysze do snu wiatry senne;Wiotkie, fruczące sztandary wojenne

210 Wzdłuż swoich drzewców spadły, i w ich zwojeZłote księżyce kryją rogi swoje.Czasami ciszę przerwie nocna czata,A głos jej hasła w powietrze ulata;Czasem koń zarży stęskniony do stada,

215 A z gór przyległych echo odpowiada.Gwar obozowy szmer daleki niesie,Jak szeleszczący suchy liść po lesie.Gdy głos Izanu zdjętych snem żołnierzyPrzeciągłym śpiewem budził do pacierzy,

220 Śpiew ten posępny w północnej godzinieJak duch samotny wionął po dolinie.Była to nuta muzyczna, lecz dzika,Jak wiatr, gdy strunę arfy napotyka,

I z niej dobędzie jakiś ton urwany,

225 W całej śmiertelnej muzyce nieznany.Zamkniętym w murach (choć mur twierdzy gruby)Zdał się być krzykiem proroczym ich zguby,Z serc oblężonych wyganiał nadzieję!Oblegających nawet zatrząsł dreszczem,

230 Jakiemś przeczuciem strasznem i złowieszczem,Pod którem serce na chwilę drętwieje,I znowu bije żywszemi pulsami,Wstydząc się wrażeń, jakie roim sami.Tak trwoży nagły, przechodni jęk dzwonu,

235 Zwiastun chociażby cudzoziemca zgonu.

Stał namiot Alpa na morskiem wybrzeżu;Gwar i śpiew zamilkł, było po pacierzu, —Straże zajęły miejsca wyznaczone,Wszystkie rozkazy wydane, spełnione;

240 Noc Alpa była burzliwa, bezsenna,Szczęśliwsze jutro tę mękę złagodzi,Wszystkiem, czem zemsta, czem miłość tak cennaDrażnioną zwłokę hojnie wynagrodzi.Już noc nie długa, Alp chce snu skosztować,

245 Na bój jutrzejszy chce się snem hartować;Lecz w jego duszy, jak fale zmieszane,Ciągle falują myśli rozigrane.Wojsko śpi, Alpa wciąż czuwa źrenica!W nim niema głośnej fanatycznej chluby,

250 Żeby nad Krzyżem utkwić znak księżyca,Lub ważyć życie nad przepaścią zguby,

By spocząć w raju i rajskie huryskiNa całą wieczność objąć w swe uściski.W nim niema wrzących uczuć patryjoty,

255 Co niezrażony trudami ciągłemi,Pierś nastawując na miecze i groty,Z rozpaczą walczy na ojczystej ziemi.On, jak renegat, sam wrogów prowadziłPrzeciw ojczyźnie, którą klął i zdradził.

260 Alp wśród swych pułków jeden nowowierca,Bez wiernej dłoni, bez wiernego serca.Tłum ciągnie za nim, bo był mężny, śmiały,A z nim walczących czeka łup niemały;Czołga się przed nim, bo on jeden w tłumie

265 Zawładać, rządzić wolą gminu umie.Lecz wobec wodza zdjęci czcią i trwogą,Krwi chrześcijańskiej ścierpieć w nim nie mogą;W zabobonnego w oczach MośleminaByła to prawie równa z grzechem wina;

270 A sławę, jako głośny był skróś świata,Głuszyła cierpka nazwa renegata!Gmin nie wie, duma jak działa zapędnie,Gdy w nas draśnięte czucie schnie i więdnie;Gmin nie wie, jakim nienawiść wre szałem

275 W sercu wprzód czułem, a dziś skamieniałem.Nie zna, co może gorliwość fałszywa,Gdy nowowiercę do zemsty wyzywa,Alp rządził, — człowiek może rządzić gminem,By sam być pierwszym śmiał wolą i czynem;

280 Tak lew szakala w posłuszeństwie trzyma:Szakal wytropi, a lew zdobycz ima;

Wkońcu przewodnik gminny z głodu krzyczy,Krwawiąc paszczękę ostatkiem zdobyczy.

Dzikie sny, mary, paliły mu głowę,

285 Pulsa wstrząsają dreszcze gorączkowe;Próżno spoczynek wyzywając nocny,Koleją z boku na bok się przerzucał;Jeżeli zdrzemał, jeden dźwięk, szmer mocny,Z wylękłem sercem ze snu go ocucał.

290 Turban skroń cisnął jak twardem wezgłowiem,Zbroja na piersi ciężyła ołowiem, —Choć pod jej wagą i często i długoPrzespał bez przerwy noc jedną i drugąNa twardszej ziemi, bez dachu, posłania,

295 I pod ostrzejszem niebem jak dzisiejsze;Dziś ma darń miękką na rycerskie łoże,Sklepi się nad niem niebo pogodniejsze.Alp spać nie może, wygląda zaraniaBezsennem okiem, — czeka i nie może

300 W swoim namiocie doczekać dnia brzasku;Wyszedł, — tłum śpiących czerni się po piasku;Cóż ich uśpiło? Wodza sen nie bierze,Gdy śpią snem twardym najlichsi żołnierze?Przed krwawą bitwą, ze spokojną twarzą

305 O trudach, ranach, o zdobyczy marzą, —Gdy Alp samotny, gdzie tysiące ludziMoże ostatnim snem na ziemi spało,W chorem czuwaniu błąka się noc całą,A każda senna twarz w nim zawiść budzi.

310  I chodząc długo, świeże, nocne chłodyOddychał, — poczuł, jak w duszy ulżyło,I niebo chłodne, choć cichej pogody,Skroń mu powietrznym balsamem rzeźwiło.

Za nim obozy, przed nim na rzut oka

315 Leżała piękna Lepanty zatoka,W liczne zakręty łamiąca swe brzegi;Z Delfickiej góry srebrzyły się śniegi,Nietknięte, wieczne, dziś w tej samej krasie,Jaką świeciły tam przed lat tysiącem,

320 Nieuszkodzone letnich dni gorącem,I nie ponikły jako ludzie w czasie!Pan i niewolnik, dożywszy dni końca,Bez śladu zeszli precz z przed oczu słońca, —A płachta śniegu, co z przelotnej chmury

325 Spadła na czoło tej olbrzymiej góry,Gdy drzewa, zamki runęły w doliny,Jak biały obłok świeci z jej wyżyny!A z kształtu zda się całunu zasłona,Przez odchodzącą Wolność narzucona,

330 Gdy odbiegając swój kraj ukochany,Skryła się na czas między gór tych ściany,Gdzie długo w pieśni wiał jej duch proroczy!Jeszcze jej stopa, zda się, czasem kroczyPo zgliszczach wiosek, przez świątyń bezłady;

335 W złamanych duszach słabe echo budzi,Wskazując ludziom wielkich czynów ślady.Lecz głos jej będzie daremnym dla ludzi,Póki dni lepsze, dni słonecznej chwałyNie błysną, jakie dotąd Grek wspomina,

340 Które wojsk Persa ucieczkę widziały,Konającego uśmiech Spartanina.

XVAlp w duszy, mimo zbrodnicze jej skazy,Przeglądał wielkie tych czasów obrazy,I chodząc nocą, gdy dumy zamierzchłe

345 Pogrążał w czasy obecne i przeszłe.Marząc o sławnym umarłym, co zginąłBroniąc tej ziemi, i w pieśniach zasłynął,Poczuł z goryczą, jak s-aby, jak mdławyOdblask bić może z jego przyszłej sławy;

350 Że, zdrajca, naszedł z tłumem muzułmańskim,Że szturmem twierdzę wziął mieczem pogańskim,Jakaż go za to spotkać ma zapłata? —Czyn świętokradzki i pogarda świata!Nie tak on widział wodzów dawnej chwały,

355 Których popioły wkoło niego spały.Ich to zastępy dla ojczystych progówByły niezłomnem przedmurzem od wrogów,A każdy poległ śmiercią bohatera,Pamięć ich czynów w czasie nie umiera.

360 Lada wiatr, cichym westchnąwszy powiewem,Zda się ich imię szeptać między drzewem,Fale potoków szemrzą ich imiona,Ich sławą każda puszcza zaludniona;Tu każdy kamień, jak pomnik ich męstwa,

365 Z świętym ich prochem szuka pokrewieństwa.Ich duch na góry schodzi gwiazd promieniem,Ich pamięć błyszczy nad każdym strumieniem:Najlichszy strumień i największe rzekiPłyną zmieszane z ich sławą na wieki.

370 Naprzekor jarzma i cudzej grabieży,Ten kraj do chwały i do nich należy,Kraj ten jest hasłem strażniczem dla ziemi!Kto chce się wsławić czyny szlachetnemi,Zwiedza Helladę, i wraca natchniony

375 Deptać, jak szczeble, tyranów korony;

Pogląda ku niej, i czuje się zdolnymZdobyć tam wolność, albo umrzeć wolnym.

Stojąc na brzegu, Alp usty spiekłemiWciągał chłód nocy rozlany po ziemi;

380 Morze tam ciche, jak jeziora łoże, —Pójść wstecz i z brzegu wystąpić nie może.Najdzikszy z wałów w szale swego prądu,Zaledwo skoczy na wybrzeże lądu.bezwładny księżyc pogląda niedbale

385 Na nieposłuszne swojej władzy fale:Cicha, wzburzona, w brzegach, na głębinie,Każda samopas gwoli wiatrom płynie;Nadbrzeżne skały w suchych żwirach brodzą,Patrzą na fale, lecz te nie przychodzą.

390 I widać w dole, jak zastygła pianaLeży od wieków w brzegu zszumowana:Żółtego piasku wąski pas przestrzeniDzieli ją tylko od brzeżnej zieleni.

Alp błądził dalej; pod zmierzchu zasłoną

395 Zaszedł, dumając, na metę wystrzału,Aż pod mur twierdzy; lecz doń nie strzelono.Czy sam Alp wroga wzrok omylić umie,Czy zdrajca krył się w chrześcijańskim tłumie?Czy im drętwieje dłoń od samopału? —

400 Nie wiem; lecz z twierdzy strzelające działaPrzestały błyskać i strzelba nie grzmiała!Chociaż pod murem stał narożnej wieżyI słyszał hasła ponocne żołnierzy,Jak brzmią po bruku ich stopy mierzone,

405 Gdy chodzą nocą w tę i ową stronę.Pod murem widział chudych psów gromadę,Wlekącą trupa na dziką biesiadę;Warcząc i skomląc, szarpią go w kawały, —Zbyt były czynne by nań szczekać miały!

410 Z czaszki Tatara drą pasy od góry,Jak świeżą figę obierasz ze skóry.Białe ich zęby po czaszce zgrzytały,Której kość, od nich jeszcze więcej biała,Z krwawej paszczęki wciąż się wyślizgała;

415 Ostrza ich zębów snadź były stępione.Leniwo żując kości zakrwawione,Psy, ciężkie ucztą, na ziemi usiadły,I ledwo z miejsca powstały, gdzie jadły.Alp po turbanach leżących na błoni

420 Poznawał mężnych towarzyszów broni;Szale zielone i jasnej czerwieni,Porozrzucane błyszczały w przestrzeni:Włos z każdej czaszki podgolonej wkoło.Długim kędziorem opadał na czoło;

425 Tu i tam czaszka w psiej paszczęce błyska,A pies jej włosy skręca wkoło pyska.Wilk z gór do trupów skrada się zdaleka;Spłoszony psami, znów w góry ucieka.Lecz łup swój wilcza zwietrzyła natura:

430 Wpadł na ścierw koński, dziobany ptakami,A sęp, tuż siedząc, nastrzępiwszy pióra,Krakał i straszył i bił go skrzydłami.

Alp tak dzikiego nie mógł znieść widoku;Nigdy nie zadrżał wśród bitew natłoku,

435 Prędzej rad widział żołnierza na darniW bolach skonania, gdy napoły skrzepłaZ otwartej rany krew tryskała ciepła,Jak po śmiertelnej ostatniej męczarni.Jest coś dumnego w niebezpieczeństw chwili,

440 Gdy szalą życia śmierć waży i chyli:Tam sława imię poległych wymówi,Chwała da poklask śmiałemu czynowi.Lecz już po bitwie, jest co serce ściska,Deptać po trupach wśród pobojowiska;

445 I widzieć ptaki i robactwo ziemi,Bestyje leśne stadami wielkiemi,Jak na swą zdobycz zbiegłe tam zdaleka,Wszystko wesołe z upadku człowieka!

Tam jest świątynia, — dziś w ruinie stoi.

450 Ręce ją dawno zapomniane wzniosły;Dwie, trzy kolumny wśród krzaków powoi,Marmur i granit mchem, trawą porosły.

Czas wszystko niszczy! ni więcej zostawiNad to, co strawił i co jeszcze strawi:

455 Czas wszystko niszczy! lecz przeszłego wiekuPłacząc, znów przyszły zapłaczesz człowiekuNad tem, co było, być musi koniecznie,Co widzą ojce, zobaczą ich syny:Szkielety istot zaginionych wiecznie,

460 Ułamki głazów z sterczącej ruiny,Dźwiganych kiedyś przez stworzenia z gliny.

Alp pod kolumną na odłamie głazuSiada, i dłonią pociągnął po twarzy!Twarz rozogniona, wzrok pełen wyrazu;

465 Jak ten, co w dzikich myślach się rozmarzy,Cały się naprzód pochylił i głowęZwiesił na piersi wzdęte, gorączkowe;To znowu, jakby głąb myśli rozmierzał,W pochyłe czoło palcami uderzał

470 Szybko, jak ręka muzykaWlot po słoniowej kości przemyka,Aż nim ze struny w muzycznym zapędzieTonu, jakiego szukał, nie dobędzie.Alp, siedząc, dumał; nocny wiatr z ruiny

475 Westchnąwszy, powiał przez cegieł szczeliny.Wiatr-że to słodkie, tak czułe westchnieniePrzez wydrążone przewiewał kamienie?

Zrywa się, wstaje, pogląda na morze:Gładkie, szkło nawet gładsze być nie może.

480 Na swych łodygach śpią trawy nadwodne, —Więc skądże wyszły dźwięki tak łagodne?Patrzy na sztandar: flaga nie powiewa,Na Cyteronie ciche stoją drzewa.Nie czuje wiatru, by mu wiał na lica;

485 Skądże tak nagły dźwięk, i w takiej chwili?Spojrzał na lewo, — czy go wzrok nie myli?Tam stoi piękna i młoda dziewica!

Alp zbladł i zadrżał, wkrąg oczyma błyska,Jakby nań zbrojny wróg nacierał zbliska.

490 »Boże mych ojców! — Ktoś ty jest, mów! poco?Tu, za mur twierdzy, kto cię przysłał nocą?«W krzyż chciał i nie mógł drżącej złożyć ręki;Lubo nie wierzył w godło Boskiej męki:W tej chwili błysło w nim krzyża wspomnienie,

495 Chciałby, lecz siły odjęło sumienie.Alp patrzy, widzi, poznaje, — to ona!Postać, twarz pełna wdzięku i uroku!Patrzą na siebie, oko tonie w oku...Tak, to Franczeska, Alpa narzeczona.

500  I jeszcze róża na jej licu była,Lecz dojrzewając, blask farby zgasiła;Ale gra życia dziś jej ust nie pali,Znikł uśmiech, zbladła krasa ich korali.Spokojne morze ma błękit uroczy,

505 A mniej błękitne jak Franczeski oczy.Ale te oczy, niegdyś promieniste,Jak fale morza chłodne są, choć czyste.Postać jej cienkim rąbkiem osłoniona,Z pod rąbka świeci cudna białość łona;

510  Przez rozwiane czarne włosySpadającej do stóp kosyWidać krągłe jej ramiona!Nim Alp odpowiedź posłyszał, w nim okoUtkwiwszy, rękę podniosła wysoko;

515 A ta tak była przeźroczysto lśniąca,Że skroś jej mógłbyś przejrzeć blask miesiąca.

»Przychodzę z mogiły do ciebie, mój miły,By moje przestrogi mnie z tobą zbawiły.

Ja jedna, przez mury i bramy i straże

520 Przechodząc, dla ciebie na wszystko się ważę.Przed cichą, przed czystą dziewczyną lew srogi,Jak mówią, wzrok spuści i zejdzie jej z drogi.Ta władza, co strzeże niewinność od grozyLeśnego tyrana, mnie słabą, bez broni,

525 Pod tarczą swej łaski przez wrogów obozyPrzewiodła, zmyliwszy straż czujnej pogoni.Przychodzę, lecz jeśli przychodzę daremno,O nigdy, już nigdy nie spotkasz się ze mną!Tyś zbrodni dokonał i jesteś wart kary,

530 Odpadłszy od świętej, od ojców swych wiary.Lecz ciśnij ten turban o ziemię, — uzbroimPierś krzyżem, i będziem ja twoją, ty moim!Zmyj z serca, mój Alpie, zmyj czarny znak plamy,A jutro się z sobą na wieki spotkamy«.

535  »Gdzież, kto nas ślubnem ugości weselem?Pościel godową wśród trupów pościelem.Chrześcijan jutro, ich domy, świątynie,Mieczem, płomieniem zagrzebię w ruinie,Prócz ciebie jednej; przysiągłem, że słońca

540 Żywi nie ujrzą! lecz ja twój obrońca,Ja cię uniosę w samotne ustronie.Gdzie wolni troski połączym swe dłonie;Tam nam wesele, tam godowe łoże!Lecz wprzódy dumę Wenetów ukorzę,

545 Ród ich naznaczę piętnem niewolniczem;Zadam im chłostę skorpijonów biczem,A wtedy podli poczują oszczercę,Co może w zemście rozranione serce!«

Franczeska ręką dłoń Alpa dotknęła,

550 Lekko, lecz dreszczem do kości przepadła;Mrożącem zimnem aż w serce wionęła,Alp stał skośniały, jak wobec widziadła.I od jej ręki mdłej, zimnej, swej dłoniNie mógł oderwać, jakby przystygł do niéj.

555 O! nigdy uścisk kochanki nam drogiéjNie wstrząsa pulsu takiem czuciem trwogi,Jako jej palce, co chłodem mogiłyTej chwili krew mu po żyłach zmroziły.Serce przestało bić, i gorączkowy

560 Żar z czoła lodem ustąpił do głowy,Gdy na twarz spojrzał i ślady zniszczeniaDopatrzył na niej: — Franczeska, to ona!Twarz jej taż sama, lecz o, jak zmieniona!Piękna lecz mdława, bez duszy promienia,

565 W której odblasku świeci twarz żyjąca,Jak fala wody przed słońcem iskrząca.Na bladych ustach zastygł blask uśmiechu,Z ust jej wychodzą słowa bez oddechu,Pierś nieruchoma przestała oddychać,

570 Żadnego pulsu w żyłach jej nie słychać;Chociaż jej oko patrzało, lecz skrytaW rzęsach źrenica stoi jak przybita,A nad nią dziko rozwarta powieka,Jak chodzącego w chorym śnie człowieka.

575 Równie figury malowane w sieni,Kiedy ich płótna wzruszy wiatr jesieni,Gdy lampa światło wpół zgasłe roztoczy,Kłamanem życiem tylko rażą oczy;

Zda się, że cały szereg malowany

580 Figur, postaci, wychodzi ze ściany,Chwiejąc się dziko tam i sam w pomroce,Gdy wiatr obiciem płótna zaszamoce.

— »Jeśli nie przez miłość dla mnie, błagam ciebie!To przez miłość Boga żywego na niebie,

585 Mój Alpie, posłuchaj, zrzuć ten turban z głowy,Przysięgnij, że twoję ojczyznę tą rażą,Współziomków, twej zemsty oszczędzi żelazo;Lecz jeśliś me prośby odrzucić gotowy,Zgubiony na wieki! — nie ziemi, co minie,

590 Lecz niebu, — mnie w niebie nigdy nie obaczysz.Jeżeli, mówiłam, obrazę przebaczysz,Choć smutny twój koniec, w ostatniej godzinieOn grzech twój rozwiąże, i dusza bez plamyUleci w otwarte miłosierdzia bramy!

595 Lecz gdybyś choć chwilą później się nawrócił,Sam Bóg ciebie przeklnie, boś Go sam odrzucił!Konając, poglądaj w niebo, jak zamykaBramę swojej łaski przed pychą grzesznika.Patrz! obłok jak lekki kryje twarz księżyca,

600 Przechodzi, za chwilę wionie z jego lica;Nim mglisty swój żagiel po błękitów toniRozwinie i tarczę księżyca odsłoni:Gdy twoje w tej chwili serce się nie zmieni,Bóg wtenczas i ludzie zostaną zemszczeni.

605 Los będzie twój czarny, czarniejsza od niegoTwoja nieśmiertelność złego!«

Alp spojrzał, zoczył na tarczy księżycaObłok, o którym wspomniała dziewica;Lecz serce w grzechu przestrogę odpycha,

610 Bo niem rządziła nieugięta pycha,Jedyna jego namiętność fałszywa,Co wszystkie inne jak potok porywa.On ma o litość błagać! — on, syn pychy,Ma się ustraszyć słów dziewczyny cichéj!

615 On, obrażony, miałżeby poślubićZbawić Wenetów, gdy zaprzysiągł zgubić?Nie, — choćby obłok ten był piorunowy,Niech piorun bije! — nie uchyli głowy.

Alp jej nie daje żadnej odpowiedzi,

620 Tylko na obłok pogląda i śledzi,Jak rychło wiatr go przepędzi; już prysnął..Księżyc mu w oczy całą pełnią błysnął.»Choć mi — zawołał — wróżysz przyszłość groźną,Ja się nie mogę zmienić, — już za późno!

625 W burzy pozioma nachyla się trzcina,Drzewo się złamie, ta się znów odgina;We mnie Weneta zapragnął mieć wroga,Niechże więc ginie! Lecz ty, moja droga,Nie wracaj do nich! idź, uciekaj ze mną!«

630 Spojrzał, wtem znikła jako mara senna, —Tylko tam stoi kolumna kamienna...Czyli się we mgłę zmieniła nadziemną?Poszła skróś ziemi? — Daremnie oczymaŚledził, wie tylko że już nic tam niéma.

XXII635  Noc przeszła, — słońce, odkryte napoły,Wschodzi pogodnie jak na dzień wesoły.Poranek lekko otrząsa płaszcz mglisty,Ale południe zamgli dym siarczysty.Już słychać surmy, i wrą bębny wrogów,

640 Brzmi dźwięk ponury barbarzyńskich rogów;Słychać fruczenie w powietrzu sztandarów,I rżenie koni, hałas tłumnych gwarów.Gęsto, jak lasem, błoń się jeży dzidą,Głos, krzyk się szerzy: »Już idą, już idą!«

645 Z ziemi podjęte błysnęły dżeryty,Połyska z pochew atagan dobyty,Tłum czeka hasła, ruszą na znak dany.»Spahy, Tatary, i wy Turkomany!Nogi w strzemiona, zwińcie swe namioty,

650 A prędzej w gęste ściskajcie się roty!Jeździec doliną niech cwałem zabiegaOd bramy miasta, łowić, imać zbiega;Ktoby był, byle chrześcijańskiej wiary,Rąbać, zabijać, młody on czy stary;

655 Groźnym zastępem niech idzie piechotaPod wyłom twierdzy i wciąż ogień miota!«Konie parskają wędzidłami spięte,Powiewne grzywy, szyje ich zagięte, —Bielą się pianą munsztuki stalowe,

660 Sterczą dżeryty, lonty zapalono;Stanęły działa, zaryczeć gotoweI burzyć twierdzę już napół zburzoną.Janczar się ściska w szyk prosty, łamany,Alp ich prowadzi, — ręka zakasana

665 Błyska żelazem nagiem atagana.Przy rotach stoją baszowie i hany,

Sam wezyr stanął przed armiją całą;Wnet ruszą z miejsca, gdy hasło da działo;Kto żyw w Koryncie, niech od miecza zginie,

670 Ludzi, kamienie, zagrzebać w ruinie.W niebiosa biją dzikiemi wrzaskami:Alla hu! krzycząc, Bóg i prorok z nami!»Jest wyłom do przejścia, drabina ze sznurów,Wpadnijcie, szczeblujcie na wierzchy tych murów!

675 Kto pierwszy tam wpadnie, krzyż łupem zdobędzie,Co sercem zapragnie, niech pyta, mieć będzie!«Mówił Kamurdży, wezyr mężny, śmiały,Wtem za odpowiedź szable zaszczękały,Tysiące głosów w dzikim gniewie wrzasło,

680 Zapalić działo! — Słyszycie? — to hasło!

Jak głodne wilki, szczujące pospołuNiestrwożonego ich liczbą bawołu, —Ten strasznie ryczy, żarem oczu błyska,To bodąc boki krzywym rogiem toczy,

685 To kopytami miecie piasek w oczy,W górę podrzuca, to o ziemię ciska,A śmielszych trupem ściele jako snopy:Z takim zapędem poszli na okopy,Skąd śmiałki żywej nie unieśli stopy,

690 Niejedne piersi miedzią powleczoneZasłały ziemię jako szkło stłuczone.Kula w poskokach, niosąc pocisk śmierci,Środkiem poległych piasek rwie i wierci,I — jak padali — leżą szeregami,

695 Jak trawy świeżo podcięte kosami,Gdy przy dnia schyłku z łąk schodzą kosarze;Trup leżał gęsto, tuż przy twarzach twarze.

I jak kaskada, ze stromej skałyZ ciężkim łoskotem wciąż spadająca,

700 Podmyte wodą głazów kawałyZ pianą ze grzmotem w dół strąca;Jako śnieżne lawinyNa alpejskie doliny, —Tak parci tłumem Koryntu synowie

705 Wstecz się cofali za szańcowe ściany;Szturm był zbyt długi i często wznawiany,A tłum Moślemów naciskał w parowie.Wkrąg oskoczeni niewiernych nawałą,Gromady padły, — niewielu zostało!

710 Ściśnięci w garstkę, nie rzucają broni,Noga przy nodze, dłoń była przy dłoni.Zgiełk, pocisk, wystrzał, zmieszane języki,Rannych, wpółżywych, zwycięzców okrzyki,Z działowym grzmotem razem się zlewały.

715 Dalekie miasta z podziwem słuchałyTej głośnej bitwy, wątpiąc, czy swych wrogów,Czy ziomków ujrzą u drzwi swoich progów,I czy się smucić, czy się cieszyć miałyTym niezwyczajnem chaosem hałasów,

720 Który przepadał w głębie gór i lasów,Pobudził wichry na morskiej topieli,I pędził echem przez błonia i jary,Od Salaminy aż do Megary;Nawet, jak mówią, w ciszy głębokiéj

725 Hałas tej bitwy słyszeliW brzegach pirejskiej zatoki.

Miecze i szable, w boju wyszczerbione,Aż po rękojeść w krwi były zbroczone.

Szańce zdobyte, i żołnierz w rozwięzi

730 Oddał się cały łupieży i rzezi.Przez okna domu, w którym wróg bezcześci,Przebił krzyk dziki i lament niewieści:Z pośpiechu stopa lecąca dziewicyPlusnęła we krwi na bruku ulicy;

735 Tam i sam jeszcze, śród zgiełku i jęku,Naprzeciw wrogów stoi z bronią w rękuRozpaczna garstka z dwunastu, dziesięciu:Wszyscy przysięgli w przedśmiertnem objęciuNie złożyć broni, aż polegną sami!

740 O ścianę muru oparci plecami,Z groźną postawą wroga na cel brali,I mieczem siekli, lub walcząc, padali.Wśród nich stał starzec, — włos jego był biały,Lecz krzepką dłonią jeszcze oręż imał,

745 Honor tej bitwy na swej szabli trzymał,A trupy przed nim w półkole leżały.Jeszcze się ścinał z wrogiem, niezraniony,Cofający się, lecz nieoskoczony.Wprawdzie pod połą świetnego kaftana

750 Kryły się blizny, ale każda ranaDawniej, nie dzisiaj, szablą kresowana.Starzec był krzepki, silny, że w te czasyMałoby młodych poszło z nim w zapasy.W pierś jedną więcej miał zwróconych ciosów,

755 Niż na swej głowie białych, rzadkich włosów.W prawo i w lewo szabla starca świeci, —Gdy w krwi ją broczył, wiele matek WschoduOpłakiwały przyszły owoc płodu,Że swoich ojców nie ujrzą ich dzieci.

760 W rozpacznej walce wiek mu sił nie słabił,Choć mógł być ojcem tych wszystkich, co zabił.Starzec, oddawna bezdzietny na ziemi,Radby swych wrogów widzieć bezdzietnemi,

I od dnia, w którym przy obronie szańców

765 Syn mu ostatni poległ z rąk pohańców,Cieniom synowskim starca żal surowyPoświęcał więcej jak ludzkie stugłowy.Gdy cienie zmarłych krew koi wylana,Sam duch Patrokla mniej doznał słodyczy,

770 Niźli poległy ciałem duch młodzianaTam, gdzie Europa z Azyją graniczy,I pogrzebiony, gdzie przed nim tysiącePrzed lat tysiącem pogrzebli swe ciała;Gdzie, i jak zmarli, prochy ich milczące

775 Nic nie powiedzą; a po nich zostałaDarń bez kamienia, bez kości mogiła, —Lecz żyją w pieśni, co wieki przeżyła.

Słychać krzyk: Allah! — z szablą cwałem pędziRota janczarów; znana ich odwaga!

780 Ich wodza ręka, żylasta i naga,Wywija mieczem i razów nie szczędzi;Aż po ramiona dziko zakasana,Wśród bitwy iskrzy stalą atagana.Inni strój noszą ponętny dla łupu,

785 Naszyty złotem, droższy do okupu:Tych rękojeści lśnią ogniem kamieni, —Żelazo Alpa tylko krew czerwieni.

Ci z szalów wiążą wznioślejsze turbany, —Skromny strój Alpa w całem wojsku znany;

790 Znajoma jego ręka obnażona, —Spojrzyj w najgęstszy ścisk bitwy: tam ona!Niema sztandaru, coby na tym brzeguŚmielej wiódł naprzód szereg po szeregu;Ta ręka moc ma chorągwi proroka,

795 Tłumy pociąga, gdy skinie z wysoka,A świeci jako gwiazda spadająca!Gdzie się pokaże to potężne ramie,Nic nie dostoi, wnet się szereg złamie;Tam przebaczenia okrzyk się roztrąca

800 O dzikie ucho Turka lub Tatara;Tam żołnierz ranny, leżący na ziemi,Jęk swój w skonaniu zatłumić się stara;Wytęża siły, rękami słabemiJeszcze swój pocisk ostatni wymierza

805 Na leżącego tuż wroga żołnierza;Choć obaj słabi, w ostatniej męczarniPełzną do siebie po krwią zlanej darni...

Jeszcze stał starzec w swojej krzepkiej sile,I Alpa zapęd hamował na chwilę.

810 — »Zdaj się, Minotti, zdaj na łaskę moję,Przez wzgląd na siebie i na córkę twoję«.

— »Nigdy, nigdy, odszczepieńcze!Życiem z twej łaski prędzej się domęczę«.

— »Franczeska! gdy dziś miecz zamiata tłumy,

815 Maż-li być ona ofiarą twej dumy?«

— »Ona bezpieczna«. — »Gdzie jest? mów, gdzie?« — »W niebie,Podły zbrodniarzu, zamkniętem dla ciebie,Zdala twych oczu, i bez ziemskiej zmazy«.Wtem usta starca dziko się rozśmiały,

820 Gdy ujrzał Alpa, jak nim te wyrazy

Straszne, tajemne, jak ciśnięte strzałyZ ciągłego łuku, wstrząsły i zachwiały.

— »Boże! umarła? Kiedy?« — »Nocy przeszłej.Nie żal mi córki z tego świata zeszłej, —

825 Z czystej krwi mojej nikt splamić się nie da,Jak ty, fałszami wiary Mahomeda.Broń się, lub zginiesz« — Daremne wyzwanie:Alp padł na ziemię i już nie powstanie.Kiedy Minotti gorzkiemi słowami

830 Raził go więcej jak szabli cięciami,Z poza krużganku bliskiego kościoła, —Który, choć wróg już tłumami nachodził,Zalał dziedzińce i ściskał dokoła,Ostatnia garstka z rozpaczą broniła, —

835 Wyleciał wystrzał i w Alpa ugodził.W chwili nim starzec ranę Alpa zoczył,Co mu przez czaszkę mózgami strzeliła,Alp w kłąb się zwinął i na dół potoczył.Kładną go na wznak; pierś, czoło nad brwiami

840 Czarny kurz ziemi i posoka plami;Jeszcze krew życia sączy się ustami,Lecz nim po żyłach ścichło pulsu drganie,Westchnienie, słowo, sam jęk na skonanieNie zabrzmiał; usta zastygły bez głosu,

845 Taki był nagły, śmiertelny raz ciosu!Nim mógłby myślą zapragnąć zbawienia,Bez namaszczenia, bez rozgrzeszenia,Nie pojednany z Bogiem, ze światem,Skonał — renegatem!

850  Na nowo zawrzał bój srogi:Ci jak mściciele Alpa, ci jak wrogi,Społem z radości, z wściekłości krzykamiZwarli się z sobą wśród zgiełku i wrzasku;Bodąc włóczniami, szczękając szablami,

855 Krzyżując wzajem pociski i razy,Żywi i ranni tarzają się w piasku.Jeszcze Minotti śmie dawać rozkazyJak rządca kraju, gdyby ocalałaOd wrogów choćby jego cząstka mała,

860 Zachęca, walczy, — znów się zapał wzmaga,Hufiec mu sercem i ręką pomaga.Nie wzięty szturmem jeszcze kościół stoi,Z którego napół przymkniętych podwoiSądzona kula zniosła Alpa głowę,

865 Ruiny twierdzy mszcząc się przez połowę.Tam się cofając wstecznym, wolnym krokiem,Twarzą do wrogów, z pełnem dumy okiem,I miecąc na nich ogień nieustanny,Trafny, gdzie strzelą, padał trup lub ranny,

870 Garstka walecznych i ich wódz na czeleŁączą się z hufcem, zamkniętym w kościele.Tam choć na chwilę pod muru zasłonąOdetchną, wzmocnią pierś bojem znużoną.

Krótka to chwila! już moślemskie śmiałki

875 Z dodanym hufcem, z wściekłemi przechwałki,Cisną się naprzód: tak żwawo natarli,Że własnym tłumem swój odwrót zaparli;Bo ich tam wiodła ciasna, wąską droga,Skąd chrześcijanin jeszcze raził wroga.

880 Trwożliwsi pierzchać daremnie się kusząPrzez gęstwę kolumn; wszyscy gwałtem musząBić się, lub ginąć; — i ginęło wiele!Lecz z krwi ich nowi powstają mściciele,Krzepcy i wściekli, padając baz liku,

885 Zaledwo czują zwężenie się szyku.Już przerzedzona chrześcijan gromadaSłabła, wróg świeżym hufcem wciąż napada,Osmanin do drzwi szturmuje nawałą,Lecz drzwi żelazne jeszcze stoją cało.

890 Z każdej strzelnicy przez kratne otworyJeszcze się sypie ogień gęsty, spory;Z bezszybnych okien dobrze celowanyMorderczych strzałów lał deszcz ołowiany;Wtem drzwi się chwieją, podważone młotem;

895 Wrzeciądze skrzypią, zawiasy z łoskotemZ drzwiami runęły razem: szturm skończony, —Kościół zdobyty, Korynt bez obrony.

Smutny, lecz z dumą, co wrogów przeraża,Minotti stoi na stopniu ołtarza:

900 Nad głową starca świeci twarz Madony,Cudnemi barwy pędzla malowana,Oczy Jej światłem i miłością gorą!Lud przed obrazem pada na kolana,I zabrukane myśli prochem ziemi

905 Oczyszcza, rzeźwi modły gorącemi.Gdy klęcząc przed nim, korzym się z pokorą,Podniósłszy oczy w pobożnym zachwycie,Widzim, jak do Niej tuli się Bóg-dziécie,Jak słodki uśmiech ich lica powleka,

910 Unosząc w niebo modlitwę człowieka.I teraz, zda się, boska twarz się śmieje,Choć w jej przybytku rzeź i krew się leje.

Minotti podniósł w brwi zapadłe oko,Przeżegnał piersi i westchnął głęboko!

915 Wtem porwał głownię iskrzącą się żaremI stał spokojny, gdy z krzykiem i gwaremNa śród kościoła, i tu i tam razem,Moślemin wpadał z ogniem i żelazem.

W sklepach, pod rzeźbą zdobionym kamieniem,

920 Leżą umarli wiecznem odpocznieniem;W podłogach rznięte nagrobne napisy,Lecz krew w tej chwili zatarła ich rysy;Rzezane dłótem ich godła herboweI różnobarwe żyły marmurowe,

925 Dziś, zarzucone szablami, hełmami,Wróg ściera, brudzi krwawemi śladami.A spodem, zmarli przed laty i świeżoChłodni, rzędami w ciasnych trumnach leżą.Przy bladem świetle, co wpada przez kraty,

930 Widać ich twarze i pogrzebne szaty.Sen ich spokojny, ale niespokojnaIch ciche sklepy zagarnęła wojna,I obok kości odpadłych od ciałaSwoje siarczyste skarby tam schowała.

935 Tam oblężonych był główny skład prochu,Łącząc się z miną skrytą w szyi lochu:Ostatni środek, rozpaczna obrona,Jaką Minotti swych wrogów pokona.

Wróg zalał kościół, — niewielu zostało

940 Bronić im wstępu, i ci giną z chwałą!W braku żyjących, żołnierz rozjuszony,Gasząc pragnienie zemsty obudzonej,Po barbarzyńsku siekł trupie tułowy,Lub od nich martwe precz obcinał głowy.

945 Posągom świętych okaleczał twarze,Odzierał z ofiar pobożnych ołtarze;Jeden drugiemu z rąk wyrywał szczętySkruszonych naczyń i kościelne sprzęty.Pod wielki ołtarz cisną się w natłoku,

950 Pasąc wzrok blaskiem świetnego widoku!Na środku stołu ołtarza stał złotyKielich, święcony, kosztownej roboty,Miąższy, głęboki, połyskiem zdobyczyPrzynęcał oczy rabującej dziczy.

955 Poranu winem jeszcze się czerwienił,Które sam Chrystus w swoję krew przemienił,Gdy w świt przed bitwą, w pokucie i skrusze,W kolej ugaszczał swych wyznawców dusze.Jeszcze jej krople błyszczały w kielichu!

960 W głębi ołtarza, rzędem, od przepychuDwanaście srebrnych świeczników płonęło,Zdobycz najdroższa, sztuki arcydzieło.

Tak blisko przyszli, — bliższy rabującąRęką już sięgał po zdobycz błyszczącą...

965 Wtem Minotti szyją lochuCiska głownię w skład prochu.

Buchnęło!Ołtarze, sklepienia łuki,Marmurowych kolumn sztuki,

970 Chrześcijanie i pogany,Krzyże, turbany,Żywi, umarli, pomieszani społem,Lecą w powietrze z runącym kościołem; —I wszystko w jednym, dzikim ryku kona!

975 Miasto w ruinie, potrzaskane mury,Na chwilę wzdęte, wzburzone wód łona, —Choć nie rozpadłe, chwiejące się góry,Jakby trzęsienie ziemiPrzeszło pod niemi;

980 Razem bezkształtnych przedmiotów tysiąceW dymach, płomieniach ciśniętych pod słońce,Straszliwem zgliszczem świadczą, jak skończonySzturm twierdzy, los jej rozpacznej obrony!Wszystko zmieszane, z ziemskiego padołu,

985 Jak race w niebo, wzleciało pospołu.Niejeden człowiek rosły i barczysty,Na piędź skurczony przez pożar siarczysty,Z węglem, żarzewiem spadający społem,Dolinę tylko posypał popiołem.

990 Popiołem lały, jak deszczem, obłoki;Wielu padało na głębie zatoki,Co chłonąc szczątki tonące falami,Swe wody w kręgi znaczyła zmarszczkami.Ci na brzeg padli, lecz jak kiście śniegu

995 Rozwiane, zrzadka polegli na brzegu.Kto Grek, kto Turek? — darmo oczy śledzą,Niechaj ich matki spojrzą i powiedzą!Gdy jeszcze dziećmi w kolebce leżeli,A każda matka z uśmiechem patrzała,

1000 Jak śpi snem wdzięcznym jej dziecię w pościeli,Wtenczas o dniu tym, co prochy ich ciałaRozwiał na wiatry, żadna nie myślała!

Lecz dziś i matki — żal tylko zachodu —Pewnoby swego nie poznały płodu,

1005 Gdy w mgnieniu oka nie było i śladuCzłowieczej twarzy, ich kształtu i składu,Prócz jednej kości i czaszki skruszonéj!Napowrót spadał stos drew zapalony,Sypał żarami, — kamienie gorące,

1010 Spadając z góry, ogromnemi bryłyZ szumem głęboko w piasku się zaryły,Jak zgasłe głownie, czarne i dymiące!Słysząc to ziemi okropne wstrząśnienie,Zniknęło każde żyjące stworzenie.

1015 Ptastwo precz leci, zgłodniała psów kupaWyjąc odbiegła nietkniętego trupa;Wyrwał się wielbłąd z rąk swego strażnika,Wół jarzmo złamał i od pługa zmyka;Koń w pole kopnął, rwąc kopytem ziemię,

1020 Wlecze zerwaną poprzęgę i strzemię.I żaba z bagna wylazłszy nieśmiała,Podwójnie dzikim głosem zaskrzeczała;Wilk w gór wąwozach wył na paszczę całą,Gdzie jeszcze echo jak piorunem grzmiało;

1025 Szakal zdaleka przeraźliwie krzyczy,Jako pies bity, gdy z bólu skowyczy.Orzeł na skale, spłoszony dymami,Zrywa się, gniazdo okrążył skrzydłami,

Bliżej pod słońce lot pomyka w górę;

1030 Pod nim się wlokły chmury czarne, bure,A że w dziób orli ich dym dolatywał,Orzeł, wciąż kracząc, co wyżej się zrywał,Wyżej nad chmury, pod niebios błękity. —Tak był zburzony Korynt i zdobyty.

Oto godzina, gdy z pośród drzew cieniaNajuroczniejsze słowik leje pienia,Gdzie tysiąc zaklęć miłosnej osnowyZdają cichemi rozpływać się słowy.

5 Głośniej zdrój płynie, wiatr milej szeleści,Dźwiękiem ich ucho samotne się pieści,Każdy kwiat lekko wonna skrapia rosa,Pierwszemi gwiazdy iskrzą się niebiosa,Wszystko ciemniejszą przybiera osłonę,

10 I błękit wody i drzewo zielone, —A na lazurze to światło pół mgliste,Tak mile ciemne i tak ciemno-czyste,Co po skonaniu dnia jeszcze jaśnieje,Gdy księżyc wschodzi, a zorza blednieje.

15  Ale nie zdroje spadające nęcąZ złotych jej gmachów małżonkę książęcą;Nie nato nocnym powierza się cieniom,Aby gwiaździstym dziwić się sklepieniom.Do gajów Esta Paryzyna wchodzi,

20 Ale nie kwiatów woń ją tam przywodzi:

Słucha i czeka — nie słowiczych jęków,Choć równie słodkich oczekuje dźwięków.Ktoś się w gęstwinę śmiałą wciska nogą, —Lica jej bledną, serce bije trwogą...

25 Wtem ciche słowo wsuwa się miłośnie,Wraca rumieniec i pierś szczęściem rośnie;Chwila już tylko — jedna chwilka mała,Ujrzy kochanka... Stało się, ujrzała.

I czemże dla nich świat, ziemia, niebiosy,

30 I wszyscy ludzie, wszystkie zmiany, losy!Martwi, jakgdyby już byli zmarłemi,Na wszystko wkoło — nad niemi — pod niemi,Jakgdyby wszystko już znikło w tej chwili,I oni tylko wzajem w sobie żyli.

35 Ileż to ognia w ich westchnieniach pała!Ach! gdyby radość ta zwolnieć nie miała,Wkrótceby, szczęścia zniszczone nadmiarem,Serca ich własnym spłonęły pożarem. —Mogliż, sen marząc tak ognisty, luby,

40 Pomnieć na zbrodnię lub lękać się zguby;Któżby w tej burzy, tej uczuć nawale,Hamował wrzące namiętności fale?Któż wówczas myśli, jak czas ten przelotny? —Przecież już uszedł, i uszedł niezwrotny.

45 Tak się to człowiek ze snu szczęścia cuci,Wprzód nim się dowie, że już mu nie wróci.

Smętnem się, rzewnem żegnają obliczemZ minionej winy miejscem tajemniczem.Mają nadzieję — przyrzekli, że wrócą,

50 Przecież jak wiecznym rozdziałem się smucą.

Ileż to westchnień i uścisków długich...Jak jedne usta przyrosły do drugichWówczas, gdy pełnem światłem blask księżycaZ grożących niebios na jej spada lica,

55 A każda gwiazda, świadek jej niewiary,Zda się ją winić i przyzywać kary.Ten nawał westchnień, ten uścisk tak czuły,Silnie do miejsca zbrodni ich przykuły.Lecz już czas nagli i rozstać się muszą:

60 Z drżącą więc, ciężką rozchodzą się duszą,Skryty dreszcz trwogi krew ich lodem ścina,I pierwszy zbrodnię już karać zaczyna.

Hugo na łoże samotne się schronił,Skąd tęskną myślą za kochanką gonił;

65 I ona także swe niewierne skronieNa ufnem męża złożyła już łonie.Lecz jakaż sen jej kłóci tajemnica,Jakaż to burza uczuć barwi lica?Cicho się sennem odzywa imieniem,

70 Którego we dnie wyrzecby nie śmiała,Miłosnem męża przyciska ramieniem,Do serca, które nie dla niego pała.Zrywa się Azo, uściskiem zbudzony, —Poi go widok sennych marzeń żony;

75 Jakże się mile tą pieszczotą łudzi,Która w nim tyle dawnych wspomnień budzi,Jakże rozrzewnia go ta miłość tkliwa,Która się nawet i w snach jej odzywa.

Lekko do swego przytula ją łona,

80 Sennym się słowom przysłuchuje w ciszy...

Lecz skąd ta nagła bladość, dreszcz Azona?Rzekłbyś, że trąbę archanielską słyszy...Mniej ona strasznym grzmotem go przeniknie,Kiedy nad jego grobowcem zaryknie,

85 I gdy na całą wieczność zbudzonego,Przed niebios, ziemi wezwie go Sędziego! —Jeden dźwięk cichy sennego wyrazuCałe mu szczęście rozproszył odrazu,Jedno to imię świadczy zbyt dowodnie

90 I jego hańbę i małżonki zbrodnię.Czyjeż to imię? — Jak gdy groźne wałyNagle w wzburzonym zagrzmią oceanie,I tak rozbitkiem uderzą o skały,Że gdy raz padnie, już nigdy nie wstanie:

95 Taką to sromu i hańby nawałąImię to wstrzęsło jego istność całą.Czyjeż to imię? — Ach! krew się w nim ścina...Imię Hugona, imię jego syna,Syna zwiedzionej młodych lat kochanki,

100 Zdrajcy, z nieszczęsnej zrodzonego Bianki,Co się tak płocho dała wieść do zguby,Nigdy prawemi nie złączona śluby.

Chwyta za sztylet, — napół go dobywa...I znowu zwolna w głębię pochwy spływa.

105 Niegodna życia! — lecz czyjejże rękiTe tak urocze nie rozbroją wdzięki?Jakże ją zabić? — jak zwłaszcza w tę chwilę,Kiedy się we śnie uśmiecha tak mile?

Nie budzi żony — ale tak w jej lice

110 Ostrzem piorunu gniewne wrył źrenice,Że gdyby nagle roztwarła powieki,Mrozem-by śmierci ścięły się na wieki.Światłem wiszącej lampy objaśniona,Lśni się kroplistym potem skroń Azona,

115 Kiedy wtem cichszy sen ujmuje żonę...Nie wie nieszczęsna, że jej dni zliczone!

I z rannem słońcem Azo śledzi, pyta, —Lęka się, przecież wieść za wieścią chwyta,Aż wreszcie wszystko już widzi dowodnie:

120 Przyszłość mąk swoich i małżonki zbrodnię.Długie wspólnice przestępstw Paryzyny,Chcąc przed Azonem oczyścić się z winy,Na nią zwalają zbrodnię, wstyd i karę.Wszystko już, wszystko odkryte nareszcie, —

125 Jasne i zgodne wyznania niewieściePełną Azona uzyskały wiarę.Zaprzestał badań, — dosyć już z tych wieściSerce i ucho wypiły boleści!

Nie cierpiał zwłoki. W radnych panów gronie

130 Strażą, rycerstwem, dworem otoczony,Władca ich berła i dziedzic korony,Na starożytnym Estów zasiadł tronie.Stoją przed sądem Hugo, Paryzyna;Jakże jest piękną — jak oboje młodzi!

135 Hugo... o Boże! — ojciec-że to synaW takiej postaci przed siebie przywodzi?Odjął mu oręż, ręce okuł w pętaI sam swój straszny wyrok mu ogłosi; —Hugo, choć milczy, lecz dusza niezgięta

140 Zbroi się w dumę i nad los swój wznosi.

Stoi i ona, niema, blada, drżąca,Stoi na straszny wyrok czekająca;Nie taką była gdy w świetność godowąPo lśniących salach wdzięczną ócz wymową

145 Radość i szczęście rozsyłała wszędzie,Gdy dumą było stawać w sług jej rzędzie,Gdy każda piękność, chcąc piękniejszą zostać,W słodkie jej głosu wuczała się dźwięki,W jej chód, w jej układ, jej uroczą postać,

150 I w jej królewskie i godność i wdzięki.Ach! gdyby wówczas jednę łzę zroniła,Krzywda jej wszystkich serc-by krzywdą była,Tysiąc rycerskich powstałoby męży,Tysiąc błyszczących wzniosło się oręży, —

155 A dzisiaj jaka w niej i drugich zmiana!Możeż co kazać? — i będzież słuchana?Damy — rycerze — cały dwór dokoła —Spuszczają oczy — milczą — marszczą czoła,Sroży się dumna na ich ustach wzgarda,

160 I każda z twarzy tak zimna i twarda!Ten Hugo nawet, co do jej pomszczeniaZwykł tylko czekać na błysk jej spojrzenia,Co gdyby więzy swe na chwilę zrzucił,Lub-by sam poległ, lub jej wolność wrócił, —

165 Ten Hugo nawet, tak drogi, kochany,Stoi ciężkiemi obarczon kajdany,Nie patrzy na jej łzy w oczach wezbrane,Bardziej dla niego, niźli dla niej lane...

Ach! wczoraj jeszcze błękit żyłek drobnych

170 Krążył po śniegu tych powiek nadobnych,A które były tak miłej białości,Że się zdawały wzywać ust miłości;Dziś, tak palące, zżółkłe i zwiędniałe,Nietyle słonią, ile cisną oczy,

175 Których spojrzenie, łzami ociężałe,Coraz się bardziej tłumem łez tych mroczy.

Byłby i Hugo nad nią łzę uronił,Gdyby tak licznych świadków się ochronił.Całą męczarnię w swojem zawarł łonie,

180 Dumne, posępne w górę wznosił skronie;Umarłby z wstydu, gdyby swej katuszyPrzed okiem świata nie mógł ukryć w duszy,Na nią jednakże nie śmiał rzucić wzroku;Stała mu w myśli okropność wyroku,

185 Zbrodnia — wstyd — miłość — pamięć dni tak świetnych,Straszny gniew ojca — wzgarda serc szlachetnych,Ziemska, wieczysta kara ciężkiej winy,A zwłaszcza, zwłaszcza przyszłość Paryzyny!Nie, — nigdy jego nie mogły źrenice

190 Spojrzeć się na jej trupioblade lice,Ryknąłby z żalu i przeklął tę chwilę,Przez którą na nią ściągnął nieszczęść tyle!

»Wczoraj się jeszcze — tak Azo zaczyna —Z chlubą patrzyłem na żonę i syna;

195 Dziś z tak drogiego marzenia ockniony,Dziś jeszcze będę bez syna i żony.Czeka mię ciężar dni pustych, samotnych...Lecz niechaj losy spełnią się zacięte.Któżby nie karał przestępstw tak sromotnych?

200 Nie jam to zerwał te węzły tak święte.Stało się, — Hugo, wyrok twój wydany,Wszystko gotowe — kapłan przywołany,Pójdziesz zapłatę zbrodni twej odebrać,Nim pierwsze w górze gwiazdy zajaśnieją;

205 Staraj się w niebie łaskę twą wyżebrać, —Tam tylko możesz sięgać twą nadzieją,Gdyż na tej ziemi nigdzie się nie zmieściTwoja sromota przy mojej boleści.Żegnam cię, — nie chcę patrzyć na śmierć syna...

210 Lecz ty — ach! gniew mi krew i usta ścina —Ty, której sercem sama płochość władnie,Kobieto, czarną niewiarą splamiona,Ty patrzeć będziesz, jak ta głowa spadnie:Nie ja, — ty sama zabijasz Hugona

215 Jeśli nie skonasz w tak okropnej dobie,Ciesz się twem życiem, — zostawiam je tobie!«

Skończył, twarz zakrył. — W każdej czoła żyleZ taką potęgą bije krew wezbrana,Jakgdyby z żył tych ciągle wypierana,

220 Ciągle w zdwojonej powracała sile.

Zwolna nad okiem drżącą ciągnie rękę,Jakgdyby swoję chciał ukrywać mękę,Kiedy wtem Hugo dłoń okutą wznosi,Ojca o wolność przemówienia prosi, —

225 A gdy ten milczy, ozwać się nie wzbrania,Rzecze: »Nie bojaźń do tych słów mię skłania.Widziałeś nieraz, jak na polu chwałyKrwią twoich wrogów zbroczałem się cały,I jak ten oręż w każdej działał walce,

230 Który mi twoi wydarli służalce.Dłoń ta w twej sprawie więcej krwi przelała,Niż twój kat z mego wytoczy jej ciała.Dałeś mi życie i odbierz je, panie,Żadnych ja dzięków nie składam ci za nie.

235 Dar ten był źródłem ciągłego cierpienia,Wszystkie mi krzywdy matki przypomina,Zdeptaną miłość i hańbę imienia,Smutne, okropne dziedzictwo jej syna.Lecz grób ją schłonął — w którym już niezwłocznie

240 Ten syn jej, a twój współzalotnik, spocznie...Wiecznie tam będą z swych mogił świadczyłyKrwawe łzy matki, moja krew przelana,Czem tu dla ciebie wszelkie węzły były,I czułość ojca i miłość młodziana!

245  »Skrzywdziłem ciebie, — słuszna zemsta, kara —Krzywda to tylko krzywdę odpłaciła.Ta nowa, druga dumy twej ofiaraMnie, jak wiesz, wprzódy przeznaczoną była.Ledwieś ją ujrzał, uwielbił jej wdzięki,

250 Jużeś niegodnym uznał mnie jej ręki,I tak mię podłym wyszydzałeś rodem,Jakgdyby nie był zbrodni twej dowodem.Nie mogłem wprawdzie, zbyt nisko zrodzony,Do świetnej Estów zasięgać korony,

255 Kilka lat przecież, a ten syn nieprawyW wiecznejby wówczas zajaśniał ozdobie,I wszystkie laury, wszystkie wieńce sławySamemu tylko byłby winien sobie.Mając mój oręż — przy tem sercu, dłoni,

260 Bałbym ja hełmu takiego się dobił,Jaki monarszej tylu Estów skroniPrzez cały ciąg ich wieków nie ozdobił.Niezawsze rycerz rodem znamienityNajzaszczytniejszych ostróg się dobijał, —

265 Dzielny mój rumak, ostrzem bodźca bity,Ileż to wodzów i książąt przemijał,Gdym z zwycięskiemi uderzając krzyki,Z imieniem Esta spadał w wrogów szyki!»Nie bronię zbrodni — nie będę cię wzywał,

270 Byś dla mnie kilka dni, godzin odrywałOd tego czasu, co już w krótkiej dobiePo moim zimnym ma przepłynąć grobie.Znikły te krótkie dni młodzieńczych szały:Jak trwać nie mogły, tak też i nie trwały.

275 Podłym był ród mój, podłe imię moje, —Mogłeś je podnieść, uzacnić oboje,Lecz byłbyś mniemał, że poniżasz siebie;Przecież twarz tego podłego HugonaNiejednym z twoich rysów zaszczycona,

280 A dusza jego cała wzięta z ciebie.Z ciebie to wziąłem ten umysł niezgięty...Lecz skądżeś zadrżał? — tak jest, z ciebie wzięty.Z ciebie to we mnie przeszła nieodmiennaTa dzielność w boju, ta dusza płomienna.

285 Nie samo tylko życie mi nadałeś, —Całego siebie w moję istność wlałeś;Patrz, jakim zbrodnia owocem obdarza:Zbrodniąś mię spłodził, i masz też zbrodniarza.

Prawy to płód twój, co, jak ty, w swym szale

290 Najświętsze węzły potargał zuchwale.Co zaś do życia, któreś mi tu nadałNato, abym je tak wcześnie postradał,Tylem je cenił, ile ty sam twoje,Gdyś zwieńczon hełmem rzucał się na boje,

295 I gdyśmy, jak dwa złączone pioruny,Grzmiące po trupach puszczali bieguny.Niczem już wprawdzie jest ta przeszłość cała,Przyszłośćby nawet przeszłością się stała, —Żałuję przecież, żem nie legł ówcześnie:

300 Gdyż mimo, żeś mię skrzywdził tak boleśnie,Wydarł kochankę, a matkę zabiłeś,Dla serca mego zawsze ojcem byłeś.Wyrok twój dla mnie, acz srogi, straszliwy,Choć z twych ust wyszedł przecież sprawiedliwy,

305 Tak kończę życie, jak było zaczęte,Zbrodnią nadane, a hańbą zamknięte:I syn i ojciec zgrzeszyli wzajemnie,Obu więc razem musisz karać we mnie;Świat zbrodnię moję w wyższym stawia rzędzie,

310 Ale Bóg jeszcze rozsądzać nas będzie«.

Skończył i ręce na piersiach zakłada,Tłuką się dźwięczne kajdan ich ogniwa;Ciężko na serca wodzów brzęk ten spada,Którym wstrząśnięty łańcuch się odzywa, —

315 Kiedy wtem wszystkie spojrzenia porwałaNieszczęsna piękność małżonki Azona.Słoi z wybladłem licem, oniemiała,Żyjące źródło niedoli Hugona.Oczy jej w całej pełności roztwarte,

320 I jakby w jedno tylko miejsce wparte;Nigdy spuszczeniem powiek nie ocieniaPrzykrej jasności strasznego spojrzenia.Dziwnie się białość roztacza szerokaWkoło ciemnego błękitu jej oka,

325 Które tak zimne, martwe, osłupiałe,Jakby w niem życie wymarło już całe.Niekiedy tylko z wezbranej źreniceTak wielka kropla spuszcza się na lice,Że każdy z widzów dziwi się, zdumiewa,

330 Skąd oko ludzkie taką łzę wylewa.Chce się odezwać — boleść głos przydusza,W bezkształtnym jeszcze wydobyty dźwięku;Przecież w tym głuchym, nieforemnym jękuCała nieszczęsnej wylała się dusza.

335 I znów ucicha, — znów usta otwiera,A głos jej długim krzykiem się wydziera.I w tejże chwili tak runie o ziemię,Jak kolos z swojej podstawy zwalony,Nie jak żyjące, lecz bezwładne brzemię,

340 Marmur — grobowy posąg Esta żony!Któżby w niej poznał tę wdzięczną grzesznicę,Ten war miłości, tę żądz nawałnicę?...

Ślepo się w zbrodni rzuciła bezdroże,A swej rozpaczy, wstydu znieść nie może.

345 Lecz jeszcze, jeszcze żyje i oddycha —Ach, czemuż nawet i śmierć ją odpycha;Jakaż w niej ciemność — jak okropna zmiana!...Pękła nić myśli, boleścią zerwana!Jak ów łuk silny, deszczem rozwolniony,

350 Zdala od celu błędne strzały ciska,Tak i jej umysł, męczarnią zburzony,Dzikiemi tylko marzeniami błyska.Zmarła jej przeszłość — a przyszłość sczerniałaTakiem niekiedy światłem się rozświeci,

355 Jak kiedy nocna zaryknie nawała,A błysk jej czarną pustynię przeleci.Czuje, że dusza jej jak lodem ścięta,Że ciężar jakiejś tłoczy ją boleści,Że się w tem jakiś wstyd i zbrodnia mieści,

360 Że ktoś ma umrzeć, — lecz kto?... nie pamięta.Żyjeż? — nie żyje?... istotnież to ziemi,Ziemi tej stopy dotyka się swemi? —Nieboż to widzi? — ludzież to tym wzrokiem,Czy też szatani grożą jej dokoła?

365 Jej — co niedawno śmiejącem się okiemTysiączne wkoło rozjaśniała czoła?Wszystko w obłędnej duszy powikłane,Zmącone czucia i myśli stargane,Kłócą się dziwne bojaźni, nadzieje,

370 To się rozrzewnia, to znów dziko śmieje,Radość jej w burzę, boleść w szał się zmienia,Walczy z widmami strasznego marzenia,Zda się, że jakiś czarny sen ją łudzi...Sen to szaleństwa, — już się nie przebudzi.

375  Smętno-ciężkiemi z wieży jęcząc tony,Zwolna klasztorne kołyszą się dzwony.

Jakże boleśnie dźwięk ich serca rani...Słuchaj! hymn śmierci śpiewają kapłani.Śpiew ten się zwykle za umarłym wznosi,

380 Lub też żyjącym bliską śmierć ich głosi.Hugo to, Hugo spełnia los swój smutny,Jemu to nucą — jemu spiż ta jęczy...Przykre odgłosy i widok okrutny...Na gołej ziemi przed kapłanem klęczy,

385 Przed nim pień sterczy — a wkoło żołnierze,Kat obnażoną ręką topór bierze, —Nad dzielnem, szybkiem przemyślając cięciem,Lekkiem po ostrzu przeciąga dotknięciem;Liczne się widze w niemy tłum gromadzą,

390 Patrzyć, jak syna z woli ojca zgładzą.

Mile wieczornym przyglądać się wdziękom,Gdy się do zajścia zbliża słońce letnie.Nad tym dniem krwawym wzniosło się tak świetnie,Jakby się tylu urągało mękom.

395 Zlewa się jasno światło zachodoweNa potępioną winowajcy głowę,Gdy ten, przy swoim klęczący kapłanie,Win się swych zwierza, i żałując za nie,W całej świętości skruszonego ducha

400 Tych słów tak błogich i wszechmocnych słucha,Których dźwięk z Boskiem przebaczeniem spływaI wszystkie plamy duszy ludzkiej zmywa.Żywem się światłem ta głowa promieniI ten włos wdzięcznych i ciemnych pierścieni,

405 Który tak białą osłania mu szyję, —Lecz stokroć żywszy odstrzela się promień

Z topom kata, co jak groźny płomieńStrasznym, okropnym wkoło blaskiem bije!Gorzką jest, gorzką ta krwawa godzina,

410 Twarde się nawet serce trwogą ścina:Słuszny jest wyrok i zbrodnia straszliwa,Wszystkich jednakże wstręt i dreszcz przeszywa.

Skończył już wszystkie modły i pokutyŚmiały zwodziciel zdradnej Paryzyny;

415 Zliczone wszystkie różańce i winy,Życie ostatniej dobiega minuty.Zdjęty na rozkaz płaszcz na ziemi składa,Pod ostrzem nożyc gęsty włos odpada, —Wszystkie przy samej głowie mu ucięto.

420 Miłe mu szaty i pamiątki zdjętoTej szarfy nawet, drogą szytej dłonią,Do grobu z sobą zabierać mu bronią.Wszystko już, wszystko na zawsze złożone...Kładą nakoniec na oczy zasłonę —

425 Ale nie! — nigdy! — zniósł on obelg tyle,Lecz tej ostatniej krzywdy znieść nie umie,Wszystkie uczucia, stłumione na chwilę,W tej obrażonej zbudziły się dumie.Jemuż to będzie, jemu kat ubliżał?

430 Jegoż to męstwo tą zasłoną zniżał?Zadrżał-że kiedy przed śmierci widokiem?»Nie! nie! — zawoła — krwi życia nie bronię,Jużeście moje skrępowali dłonie.Niechże przynajmniej z wolnem ginę okiem.

435 Uderz!« — zakrzyknie i w tej samej chwiliKlęka i śmiało nad pinem głowę chyli —

»Uderz!« — i ledwie tego dorzekł słowa,Spadł topór, ścięta potacza się głowaKrwią buchający kadłub na wznak runął

440 I z każdej żyły silny deszcz krwi lunął,Usta chwilowym bólem się skrzywiły,Zadrgnęły oczy — i już wiecznie wryły.

Umarł, jak umrzeć występnemu trzeba,Ni się wynosił, ni też trwogą podlił;

445 Wyznał swą zbrodnię, korzył się i modlił,I nie rozpaczał o litości nieba;A gdy tak święta chyliła go skrucha,I z ziemskich uczuć już oczyścił ducha,Czemże dlań były wśród owej godziny

450 Straszny gniew ojca, miłość Paryzyny?Żal skargi, rozpacz — wszystko Bóg przemagał;Każdą Go myślą, każdem słowem błagał,Prócz tych słów kilku, które z jego łonaWydarła nagle duma obrażona,

455 A które, jak na pożegnanie świata,Wyrzekł już prawie pod toporem kata.

Jak martwe trupy, tak bez tchu i głosuStały dokoła świadki jego losu,Kiedy wtem nagle przeszył tłum ten liczny

460 Mroźnego dreszczu piorun elektryczny,Gdy na tę miłość i tak młode lataZ szybkością błysku spadał topór kata.

Tysiąc się drących z piersi jęków ścięło,Nagle urwało, w głębię serc cofnęło,

465 Najsłabszy nawet wykrzyk przerażeniaNie skłócił ciszy strasznego milczenia, —Sam topór głuchym przerwał je odgłosem,Gdy się aż do pnia silnym wrąbnął ciosem.Cóż to był za krzyk — tak dziki, nieznośny —

470 Tak przeraźliwy — tak boleśnie głośny?Takim to bólem ryczy pierś matczyna,Gdy niespodziana śmierć jej wydrze syna;Tak okropnemi w niebo sięga jękiDusza na wieczne potępiona męki.

475 Wszystkie się oczy zwróciły w przestrachuKu górnym oknom książęcego gmachu,Lecz wszystko nagle w głuchej znikło ciszy:Nikt nic nie widzi i nikt nic nie słyszy.Krzyk ten okropny, był to krzyk niewieści,

480 Wyraz tak srogiej, nadludzkiej boleści,Że każdy w niebo korne wznosił ręce,By śmierć tak strasznej chciało zesłać męce.

Nigdzie i nigdzie od owej godzinyJuż nie ujrzano znikłej Paryzyny,

485 Nigdy i nigdy wspomnianą nie była,Jakgdyby nigdy na świecie nie żyła.Jakby słów strachu, przekleństw lub zhańbienia,Tak się lękano dźwięku jej imienia. —Wiecznie dla syna i dla żony zdradnej

490 Usta Azona stały się niememi,Nie mieli grobów, ni pamiątki żadnej,W niepoświęconej złożono ich ziemi.Taki przynajmniej był udział Hugona, —Skryty los bowiem małżonki Azona

495 Tak był przed każdym tajony człowiekiem,Jak proch grobowem przywalony wiekiem.

Poszłaż w klasztorne schronić się ukrycie,Nieba przez twarde dobijać się życie,Przez lata cierpień, przez modły i posty,

500 I łzy bezsenne i pokutne chłosty?Sztylet-że skarał zbrodnię jej niewiary?Czy też z zatrutej śmierć wypiła czary?Czy też Bóg zrządził tak przez litość swoję,Aby cios jeden zgładził ofiar dwoje,

505 By, uderzając wspólnika jej winy,Uderzył razem w serce Paryzyny,I tak gwałtownem rozdarciem jej duszyOd długiej życia uwolnił katuszy? —Nikt tego nie wie, nikt wiedzieć nie będzie,

510 Zwodne-by tylko łudziły go wieści;Lecz nacóż w płonnym gubić się obłędzie;Życie zaczęła, skończyła w boleści.

I Azo inną żonę wybrał sobie,I znowu hoże syny mu wzrastały,

515 Lecz żaden nie był tak piękny, tak śmiały,Jak ten, co zdawna w swoim więdniał grobie.Zimnem on wzrost ich przymierzał spojrzeniem,Lub też z tłumionem patrzył się westchnieniem,Lecz nigdy łzą mu nie błysła źrenica,

520 Uśmiech chmurnego nie rozjaśnił lica,Czoło mu piękne, wzniosłe i szerokieCzarna myśl wnętrznym pokrajała bojemW brózdy przedwczesne, liczne i głębokie,Gorącym cierpień wyorane krojem

525 Zarosłe blizny rozkrwawionej duszy,Skutki zbyt długiej i ciężkiej katuszy!Żal, boleść, radość — wszystko w nim zamarło,Długie mu tylko, ciężkie dni zostały,

Oko, co nigdy snem się nie zawarło,

530 Martwość na wszelkie wzgardy i pochwały,Serce, które się samo siebie bało,Zmilczeć nie mogło — ustąpić nie chciało,I kiedy postać przybrało spokojną,Najgłębszą myśli, uczuć wrzało wojną.

535  Najgrubsze nawet i najtwardsze lody,Powierzchnię tylko każdej zetną wody, —Żywy nurt ciągle spodem pruje łoże,Płynie i nigdy upłynąć nie może.Twardego hartu był umysł Azona,

540 Nie mógł on nigdy z swego wydrzeć łonaDręczącej myśli wrosłej zbyt głęboko.Próżno, ach! próżno nasza tłumi pychaŁzę, co się silnie w nasze ciśnie oko!Rosa ta serca nigdy nie wysycha:

545 Każda łza, której oko nie wyroni,W głąb swego źródła cofa się i chroni;Nic tam jej pierwszej czystości nie zmącą,I chociaż nigdy na jaw nie dobyta,Nie wypłakana, przecież żywa, wrząca,

550 Tem droższa nawet, im bardziej ukryta.Musiał on często w swojem tłumić łonieŻal się budzący po synu i żonie;Nie mógł ten krwawy dwóch ofiar mordercaZapełnić czczości pustego już serca;

555 Żadnej nadziei spotkania się z temi,Co już duszami złączyli się swemi. —

A chociaż widział tak jasno, dowodnie,Że słuszną karą życia ich pozbawił,Że własne na nich ściągnęły ją zbrodnie, —

560 Przecież jad ciągły jego starość trawił.Tak gdy roztropne żelaza użycieDrzewo z schorzałych gałęzi oczyści,Drzewo to w nowe wysila się życie,I majem bujnych ozielenia liści; —

565 Lecz kiedy nagły piorun w nie ugodzi,I ogień żywe strawi mu ramiona,Pień pozostały usycha i konaI już żadnego listka nie urodzi.

Wieczysty duchu niespętanej duszy,najjaśniej świecisz, Wolności, w więzieniu!bo tam mieszkaniem twojem jest to serce,które twa miłość jeno spętać może.

5  A gdy synowie twoi w więzach giną,w wieżach i celi wilgotnej pomroku,ojczyzna ich zwycięża ich męczeństwemi z każdym wiatrem płynie sława wolnych!

O Chillon! cela twoja jest świątynią

10 a twa posadzka ołtarzem — bo po niejchodził, aż kroki jego ślad wybiły,

jakgdyby zimny bruk był miękką gliną,Bonnivard! — Niechaj nikt go nie usuwa,bo od tyranów woła on do Boga!

Włos mój już siwy, — lecz nie długie lata,Nie przez noc jedną tak go wybieliłyWidma bojaźni, gdy strach z całej siłyNagle w niemęskie serce zakołata.

5 Wzrost mój się chyli — lecz nie życia trudyCiało me zmogły, nie chorób cierpienia:Lecz ta rdza ciągła spoczynku i nudy,Co zwykle trawi ofiarę więzienia.Los me dzieliły niejedne ofiary,

10 Równie wygnani z powietrza i ziemi, —Lecz że cierpiałem dla mych ojców wiary,Lżej było walczyć z więzami długiemi.Ojciec dał głowę pod miecz na szafocie,Za to, że nie chciał zaprzeć zdania swego;

15 I z tej przyczyny wszystkie dzieci jegoJęczały długo w więzienia ciemnocie.Było nas siedmiu, — bracia młodsi byli:Moja przekwitła, ich młodość kwitnąca;I jak zaczęli oni, tak skończyli,

20 Z prześladowaniem łamiąc się do końca;

Jeden w płomieniach, dwóch na polu chwałyKrew swą przelało, — wszyscy równie stali,Śmiercią rodzica za Boga skonali,Któremu cześci wrogi zaprzeczały.

25 Z losu więzienie było trzech udziałem,Z których żyjący ja jeden zostałem.

Jest siedm kolumn gotyckiej struktury,Pośród starego Czyllonu więzienia;Jest siedem kolumn, których siwe mury

30 Jakieś pochmurne światło opromienia.Snadź promień słońca zbłąkał się w swej drodze,I wpadł w tę grotę przez szczelinę ściany;Tam, jak meteor na bagnach zbłąkany,Wciąż po wilgotnej czołga się podłodze.

35 W każdej kolumnie jest kruk zakrzywiony,Na każdym kruku łańcuch zawieszony,A każdy pierścień łańcucha, jak żmija,Żelaznym zębem do ciała się wpija.Ząb ten na nogach dotąd się czerwieni,

40 Choć już oddawna zdjęto z nich okowy;A dotąd jeszcze blask obraża dniowyWzrok mój, odwykły od słońca promieni!

Jak długie w więzach przecierpiałem lata,Nie wiem, — bo z żalu liczbę ich straciłem,

45 Odkąd po śmierci ostatniego brata,Żywy, z trupami w tym więzieniu żyłem.

Trzech nas do słupów, jak jakich zbrodniarzy,Wszystkich osobno uwiązano zrazu, —Żeśmy nie mogli, podobni do głazu,

50 Ni kroku ruszyć, ni widzieć swych twarzy,Chyba przy świetle, co idąc skroś ziemi,Tak strasznie blado, tak ciemno świeciło,Że w swoich oczach byliśmy obcemi.Ręce związane, — serce wolnie biło!

55 Jeszcze nas zrazu to jedno cieszyło,To, żeśmy mogli, brzękając okowy,Mówić, i słuchać wzajemnej rozmowy.Nieraz śpiewana pieśń rycerskiej treści,Lub z gminnych podań krajowe powieści

60 Ucho bawiły, za duszę chwytały,Lecz i te z czasem obmierzły, schłodniały,A głos nasz przejął ton dzikiego brzmienia,Niby ton echa od murów więzienia.Nie był to — może to było złudzeniem —

65 Głos pełny, brzmiący, jak niegdyś, przed laty,Gdyśmy, nie gorąc powietrza pragnieniem,Jeszcze nie znali tych murów i kraty.

Z pomiędzy trzech nas ja najstarszy byłem,Więc ich, jak mogłem, nadzieją cieszyłem.

70 I każdy, kryjąc boleść, co go tłoczy,Cieszył mnie wzajem, ua sam płakał skrycie.Najmłodszy, ojca ulubione dziécie,Że miał błękitne naszej matki oczy,Twarzą i głosem podobny był matce.

75 Jego los smutny czułem duszą całą:Zaprawdę, serce, patrzając, bolało,Takiego ptaszka w takiej widzieć klatce!A on tak piękny był jako pogodnyDzień dla sokoła, gdy wolny, swobodny.

80 Jak dzień polarny, co zachodu słońcaWprzód nie zobaczy, aż nim lato minie —Bezsenne lato, które dniem bez końcaPłonie, przyświeca północnej krainie:Taka pogoda była jego czoła,

85 Tak dusza czysta, taka myśl wesoła.On i łez nie znał; — szczęśliwe stworzenie,Co wciąż uśmiechem zbywa smutki swoje!Łzy tylko chował na drugich cierpienie,I wtedy tylko wylewał ich zdroje.

90  Drugi miał różną, więcej męską duszę,Zdolną się ćwiczyć w twardej losów próbie,Skłonną wycierpieć najsroższe katuszeI świat do walki wyzwać przeciw sobie.Lecz on-by wolał wprzód z orężem w ręku

95 Skonać, niż gnuśnie tak rdzewieć w kajdanach;

Umysł niezgięty w złych losu odmianach,W mych oczach wkońcu zwiędniał od ich szczęku.I jam też więdniał! — lecz cierpiąc kryjomu,Przez żal, przez litość musiałem w tych murach

100 Cieszyć te drogie relikwije domu.On z młodu pierwszym był łowcem na górach!Gdzie w skałach śliska wykręca się droga,Tam ścigał wilka, lub gonił za łanią;Dziś to więzienie było mu otchłanią,

105 A złem najgorszem uwięziona noga.

Jest przy Czyllonie Lemańskie jezioro;Tysiąc stóp w głębią jego wielkie wody

Idą, — z dna piasku swoje źrzódła biorą;Wracają, szumią, wrą, lecą w zawody,

110 A wał Czyllonu graniczy i leżyTak blisko krętych jeziora wybrzeży,Iż mur i woda podwójne więzienie,Zda się, dla ludzi tam budują sobie,By w niem mieszkali jak w żyjącym grobie;

115 Nad nami czarne wisiało sklepienie,Spodem błyszczały jeziora przestrzenie.A tam war wody, jak stróż naszej groty,I dniem i nocą szumiał nad głowami,Rażąc nam ucho ciągłemi łoskoty.

120 Raz wielki bałwan, wydęty wiatrami,Przez kratę cisnął bryzg wody przed nami,I szedł, szalejąc, szturmować o chmury.Wstrząśnione więzień pochwiały się mury,Zdało się, że się rozpadną na ćwierci.

125 Jam na tę scenę z uśmiechem spoglądał!Bo któżby w duszy wtedy nie zażądałMającej z więzów uwolnić go śmierci?

Słuchajcie! co się z moim bratem stało:Już wielkie jego serce upadało,

130 A głód mu siły ostatnie odbierał;Nie żeby w karmi jak dziecko przebierał,Gdyż, nieraz dzieląc łowieckie wyprawy,Smak nasz był przywykł do myśliwskiej strawy;

Lecz tam — nie z łani wydojonem mlekiem,

135 Spleśniałą wodą z fosy nas poili;A chleb nasz czarny, jakim nas karmili,Wyglądał jakby od stu lat, przed wiekiem,Już był moczony niewolników łzami,Albo od czasu, jak myśl zapamięta,

140 Gdy pierwszy człowiek własnemi rękamiW lochach zamykał ludzi jak zwierzęta.Lecz nie! — nie karmi brak go tak wychudził,Nie z ziemskiej treści wielka dusza jegoStworzoną była! — on w pałacach nudził,

145 Gardził powietrzem uwięzionem w murach;Uciekał w pola jedynie dlatego,By pełniej, wolniej odetchnął na górach.Pocóż odwlekać straszne prawdy słowo?On umarł... z żalu do reszty się zmogłem;

150 Jak trup zwieszony nad zmarłego głową,Drżałem, drętwiałem — i umrzeć nie mogłem.Chciałem — za słabe były siły moje —Rozbić mój łańcuch, rozłamać na dwoje.On umarł... wnet mu więzy otworzono,

155 I ciało jego ziemią przyrzucono,Tą samą ziemią z naszego więzienia!Ja ich żebrałem jak o dar, by ciałoJego gdzieś dalej pod oknem leżało,Gdzieby dochodził przecie blask promienia...

160 Śmieszna myśl! — lecz mnie tak się wtedy zdało,Że i po śmierci jego pierś, tak wolna,W takiem więzieniu spoczywać niezdolna!

Wolałbym milczeć, — bo gdy ich błagałem,Zamiast litości śmiech tylko słyszałem,

165 Zimno się śmieli — i trupa grzebali...Gorzko jest, komu tak nędzną się zdarzaWidzieć mogiłę tych, cośmy kochali! —I próżny łańcuch nad nią dłoń grabarzaZwiesiła. — Właśnie to pomnik zbrodniarza!

170  Lecz on, nadziei kwiat nad wszystkie kwiatki,Pieszczota wszystkich, najmilszy, jedyny,Wierny piękności obraz naszej matki,Kochanek ojca i całej rodziny,Cel mojej troski, nadziei ostatni!

175 Całe me życie ja w siebie zebrałem,Abym doczekał — ach nie doczekałem! —Chwili, gdy wyjdzie z tej żelaznej matni.On, co zachował do ostatniej chwiliTę myśl wesołą, cośmy w nim lubili, —

180 On też upadał ofiarą niewoli,W oczach mych więdniał i gasnął powoli.O Boże! straszny to widok sam w sobie,Gdy z ciała dusza uchodzi człowieka,W jakimbądź kształcie, w jakimbądź sposobie.

185 Ja ją widziałem, gdy ze krwią ucieka,Ja ją widziałem na przepaściach wody,Walczącą z szałem morskiej niepogody, —Aż ją w szaleństwie rozpaczy objęłyFale, i paszczą spienioną połknęły;

190 Widziałem chore, trupie Grzechu łoże,Gdy się pasował z widmami sumnienia, —

Okropne sceny! — lecz widok cierpienia,Łez, żalu, z temi mieszać się nie może!On konał, — smutek spokojny, łagodny,

195 Twarz jego lekką powlekał żałobą;Jakby się troszczył, a wzrok miał pogodny,Za tymi, których porzucał za sobą.Rumieniec, co wciąż jemu lica krasił,Był tylko śmierci szyderstwem — nic więcéj!

200 Bo wnet swą barwę gasił, i zagasił,Jak słaby promień pierzchającej tęczy,A takie światło z oczu jego biło,Że i w więzieniu, zda się, widniej było!Żaden jęk, żadne sarkające słowo

205 I żadna skarga nad niewczesnym skonemZ ust mu nie wyszła, — choć mdlejącym tonemMówił, a jeszcze cieszącą rozmowąGłaskał mą rozpacz; — wtem westchnął, i głucho,Pół-echem tylko, ozwały się mury;

210 Był to przedśmiertny słaby jęk natury!Na głos westchnienia wytężyłem ucho.Długo słuchałem — i nic nie słyszałem!Ja krzyczę, wołam, — mnie się jeszcze zdało,Że w moich uszach jego słowo brzmiało.

215 Chciałem biec, lecieć — lecz, ja zapomniałem,Że jeszcze łańcuch na nogach mi cisnął.Trąciłem nogą — i łańcuch mój prysnął!

Biegę, — przybiegam, — on umarł: — ja byłemJeden żyjący, z jedną duszą żywą;

220 Ciężkim oddechem jeden tylko piłemStęchłe, zatrute powietrze więzienia.Ostatnie, jedne najdroższe ogniwoMiędzy mną, między granicą stworzenia,Co mię do życia wiązało jedynie, —

225 Pękło, prysnęło w tej czarnej godzinie!Jeden na ziemi byłem od tej chwili,A bracia moi oba już nie żyli.Wziąłem za rękę, co zimna leżałaNa trupiej piersi, — oblałem ją łzami.

230 Lecz wnet i moja okrzepła, schłodniała,I zdało mi się, że już byłem w grobie;Lecz jeszcze, jeszcze czułem życie w sobie.Wściekłe uczucie, kiedy już poznajem,Że co kochamy, co nas kocha wzajem,

235 Więcej nie będzie już dla nas i z nami,Już nie ożyje... W rozpaczy zawarłemWszystkie dni moje; — czemuż nie umarłem?!Wiara, co weszła po nadziei skonie,Ta mi wstrzymała samobójcze dłonie.

240  A co się potem uczuło, myślłomyślało,Nie pomnę, — pamięć stępiała w żałości.Dla mnie powietrza i światła nie było,Wkońcu już czułem nawet brak ciemności.I żadnej myśli, uczucia żadnego

245 Nie było we mnie; — martwy jak ta skałaDzika, niepłodna, którą mgła obwiała,Żyłem nie wiedząc poco i dlaczego?Pośród kamieni sam jak kamień stałem.Wszystko, co tylko dotknąłem, widziałem,

250 Tak było białe, tak blade, tak siwe!Ni to noc była, ni dnia światło żywe;

Ni to blask dzienny od lampy promyka,Co w nocy drażni oczy niewolnika, —Lecz czczość, co całą przestrzeń pochłonęła,

255 Gdzie nieruchomość bez miejsca spoczęła.Był to kraj jakiś bez słońca pochodni,Bez gwiazd, księżyca, bez ziemi, — gdzie niémaCzasu, stworzenia, ni cnoty, ni zbrodni, —Lecz cichość, oddech, co z piersi olbrzyma

260 Wyszedł, i uwiązł na ustach zamarły,Morze, którego wody się zaparłyI stały, aż nim w jedne wielkie bryłyZlały się razem — zastygły, i gniły.

Raz, nagle, w głowie, w myśli rozwidniało:

265 Słyszałem ptaszka jakiegoś śpiewanie;Co kiedy ucho wdzięcznego słyszało,Wszystko w niem było! — znowu byłem w stanieRozpoznać dawne, znajome przedmioty;Znowu ujrzałem mur, kratę mej groty,

270 I ten sam promień słońca, co z swej drogiZbłądził i leżał śród mokrej podłogi.Raz, przez szczelinę, skąd się blask ten wlewał,Postrzegłem ptaszka: siedział w niej, i śpiewał;

Piękny, miał piórka błękitne z czarnemi,

275 Zda się był więcej swojski, jak na drzewie;Ja piękniejszego nigdy nie widziałem!On tysiąc rzeczy mówił w swoim śpiewie,Przynajmniej dla mnie, — ja go rozumiałem!Snadź on samotny był, jak ja, na ziemi,

280 Chociaż w połowie mniej smutny odemnie.On, gdym już nie miał nikogo na świecie,Coby mię kochał, — polubił mię przecie;Ja tego ptaszka lubiłem wzajemnie.On jakieś światło na duszę mą rzucił,

285 On mię uczuciu i myśli powrócił.Byłże on wolny? — może przez swawolęWybiegł z swej klatki, by śpiewać nad moją?Ptaszku mój! znając tak dobrze niewolę,Nie mógłbym tęsknić nawet i za twoją.

290 Może on tylko pod postacią ptakaBył gościem z raju? O Boże! myśl taka!...Przecież, gdym płakał i śmiał się zarazem,Myśl ta rozkosznym stała się obrazem:Że jeszcze do mnie dusza mego brata

295 Przyszła w gościnę, aż nie z tego świata!Lecz raz, gdy ptaszek w górę, w górę leciał,Postrzegłem błąd mój w złudzeniu stokrotnem:Gdyby był brat mój, onby nie odleciał,Tak mię nie rzucił podwójnie samotnym!

300 Samotnym, jak trup po swoim pogrzebie,Jak jeden obłok na ogromnem niebie,Jak w dzień słoneczny jedna chmura mglista,Gdy reszta nieba pogodna i czysta, —

Co Bóg wie poco zjawia się, gdy wkoło,

305 W niebie, na ziemi, tak jasno, wesoło!

Wtem nowa zmiana zaszła w moim losie.Widziałem litość w dozorcach więzienia;Oni, tak zimni na widok cierpienia,Już przy mnie dzikość miękczyli w swym głosie.

310 Przecież tak było; — więzy nie skruszoneGdzieś na podłodze bezczynnie leżały.Niby-to wolny, w tę i owę stronęChodziłem; nieraz dzień przechodzę cały,Odpocznę chwilę, znów wstaję na nogi,

315 I zbijam mokre więzienia podłogi;To siedem kolumn raz obejdę kołem,I znów powracam, skąd chodzić zacząłem.Lecz wciąż musiałem z jakąś stąpać trwogą.Bym grobów braci nie zdeptał mą nogą,

320 A ta myśl nieraz siły mi odjęła,Nieraz tak silno mój oddech ścisnęła,Iż go nie mogłem wytchnąć piersią całą;A chore serce drętwiało — i mdlało!

I raz przechadzką zaszedłem pod wały;

325 Nie żebym stronił od tych miejsc zdaleka,Gdzie ręce moje wszystko pogrzebały,Co mię kochało w postaci człowieka.Co mi z wolności? gdy ta ziemia całaSzerszem więzieniem tylkoby się zdała!

330 Gdzie krewnych, ojca, ni dzieci nie było,Nic, słowem, coby mię do niej wabiło! —

Lecz od lat tylu zamknięty w te mury,Byłem ciekawy, przez okno, z za kraty,Spojrzeć, i widzieć te olbrzymie góry,

335 Na które patrzyć lubiłem przed laty.

Spojrzałem, — już mi przed oczyma były!Zawsze też same, nic się nie zmieniły.I śnieg ten samy leżał na ich czole,Śnieg lat tysiąca; — a u stóp ich, w dole,

340 Błyszczy jezioro; — nurt tocząc wspaniale,Tuż za niem Ronu błękitnieją fale.Słyszałem dobrze, z jakiemi łoskotyDruzgotał drzewa, przesadzał przez groty.Biały mur miasta przeświecał się w dali;

345 Bielszy od muru lśnił żagiel na fali.Tam, pośród wielkiej jeziora odnogiWznosi się wyspa nad wodne topiele:Mała, zielona, zdała się niewieleSzersza od mojej w więzieniu podłogi.

350 Na niej widziałem trzy wysokie drzewa:Z gór wiatr wiejący ich liście powiewa;Przy nich tłum źrzódeł, tłum kwiatów na błoni,Tysiącznej barwy i rozkosznej woni.Wesołe ryby pod mur podpływały,

355 Grając swobodnie w wodach się pluskały;Orzeł, jak jeździec, pędząc wiatr po chmurach,Nigdy nie leciał na tak rączych piórach!

Leciał, i ku mnie swe skrzydła obrócił.Patrzałem — łzami oko się zalało,

360 Padłem na ziemię, — ach! bo mi się zdało,Żem jeszcze świeżych więzów nie porzucił!Rzuciłem okno; — z wstydem wyznać muszę,Że znowu ciemność mojego więzieniaJakby całunem padła na mą duszę.

365 Straszna, okropna, grobowa ciemnica! —Przecież w ciemności pragnęła spocznieniaŚwiatłem i łzami znużona źrenica.

Były tygodnie, miesiące, dni, lata, —Lecz ich rachuba wypadła mi z myśli,

370 A z nią nadzieja oglądania świata.Wkońcu dozorcę moi do mnie przyśli,I zwiastowali wolność! — Ich przybycie,Ich radość nawet dość zimno przyjąłem,Gdyż w moim stanie już mi jedno było,

375 W więzach, czy bez nich smutne płużyć życie.A serce tak się od bólów zdrętwiło,Że już w rozpaczy podobać zacząłem!Odkąd dozorce ze mnie więzy zdjęli,Nim od żelaza zamknęły się blizny,

380 Mnie się zdawało, że oni znów chcieliWyrwać mię z domu, z drugiej mej ojczyzny!Gdyż jak pustelnik nieznany nikomu,Żyłem tu, jakby w swoim własnym domu.

Z każdym pająkiem ja w przyjaźni żyłem.

385 Nieraz, pamiętam, z rozkoszą patrzyłem,Gdy mysz igrała przy świetle księżyca.I czemuż mogłem ja mniej czuć jak oni?Wszyscyśmy do tej przywykli ustroni.Ja, król ich rodu! człowiek, gąsienica,

390 Mogłem ich zabić! — a przecie jak w grobieMy z sobą w zgodzie, w pokoju-śmy żyli!Ja i mój łańcuch jak dwa druhy byli.Skutek nałogu! — z długiem nawyknieniemStajem się wkońcu, czem jesteśmy w sobie.

395 Jam wolność moję odzyskał z westchnieniem.

Długie lata!... Na taką nieludzkość się skarżyMdła postać i duch górny wychowańca Pieśni, —Długie lata przemocy, zniewagi, potwarzy,Wpieranego szaleństwa, niewolniczej cieśni,

5 I żrącego frasunku, raka mojej duszy;Kiedy mi płuca górą powietrza pragnieniem,A nienawistna krata ohydnej katuszy,Psując słoneczny promień jadowitym cieniem,Bez końca mordowaną źrenicę mi drażni

10 Niepozbytym widokiem więzienia i kaźni;Kiedy mi ciągle mara niesłuszności krwawaWe drzwiach wiecznie zawartych snując się najgrawa,Gdzie żywność tylko wchodzi, którą żuję nudnyTak dawno, żem już stracił niesmak jej odludny;

15 I jużem dzikich zwierząt przywykł żyć sposobem,Niemy, samotny, tłocząc zbutwiałe rogoże,Co są mojem posłaniem i podobno grobem.To wszystko dość mię zmogło, i do reszty zmoże.Lecz wytrwam. Bo w rozpaczy nie ugiąłem czoła,

20 I statecznie się z moim mocowałem skonem,Sprawiłem sobie skrzydła, i nad ciasne kołaJamy mojej uciekłem piórem nieścignionem:I duch mój roztoczyłem w błoniach Palestyny,Głosiłem boskie męże i niebieskie czyny,

25 Na cześć Tego o świętej mówiąc wojny losach,Tego, co był na ziemi, i co jest w niebiosach.On mię sam krzepił w męstwie i dotąd posila.Oby przyjął ofiarę moich smutków tyla,Jak dla mnie między ludźmi głosić trud był luby

30 Solimskich wież zdobycie i spełnione śluby.

Lecz i to mię opuszcza, — skończył się trud miły:Tylu lat nieodmienny przyjacielu stały!Jeśli nie łzy ostatnie karty ci broczyły,Wiesz, że zmartwienia jednej mi łzy nie wyrwały.

35 O ty młody mój tworze! duszy mojej dziécie,Coś koło mnie igrało twojemi uśmiechy,I na twój widok w słodkim trzymało zachwycie!Znikłoś zbyt wcześnie, — znikły z tobą nie pociechy:Ach na to rzewnie płaczę, jak na ostrość rany,

40 Na cios, który dokruszył trzciny nadłamanéj.Znikłoś zbyt wcześnie! — Cóż mi zostało po tobie?Jam bied moich nie skończył, — jak zniosę? co zrobię?Nic nie wiem, — jeśli jedno we wrodzonej mocyWłasnego ducha mego nie znajdę pomocy.

45 Walczyłem, — bom niewinien, ni dostępny złemu;Oni mię zwą szaleńcem, obłąkańcem... czemu?Ach Leonoro! na to nie rzeczesz Ty słowa?było, zaiste, serca mego obłąkanieDo szczytu, gdzie ty stałaś, śmiałe nieść kochanie,

50 Lecz tym szałem rażona nie była mi głowa.Znałem mój błąd i czułem kary los zaciętyNie przeto mniej dotkliwie, żem cierpiał niezgięty.To przestępstwo, żeś piękna, że ja oczy miałem,Ten grzech płacę niezbożnym od ludzi rozdziałem;

55 Lecz niechaj co chcą robią, niech się jak chcą srożą,Tem bardziej twe obrazy w mem sercu rozmnożą.Fortunna miłość, syta, stygnie na ostatku, —Gardzeni są stałymi; to ich przeznaczenie,Czuć w nędznem sercu wszystkie czucia, prócz niestatku,

60 I wszystkie żądze skupić, by karmić cierpienie,Jak rzeki karmią morze śród wieczystych biegów;Lecz ocean łez moich nie ma dna, ni brzegów.

Nademną — słyszysz? — tłumny wrzask, okrzyki wściekłeDusz obłąkanych, smutnych mieszkańców więzienia,

65 I słyszysz?! słyszysz?! chłosty i wycia przewlekłe,I te pół wymawiane klątwy, złorzeczenia.Dręczyciele, wścieklejsi niż ci, co w niewoli,Tak się radzi pastwicie nad duszą schorzałą?I bawiąc się katownią w nieludzkiej swywoli,

70 Ćmicie resztę światełka, które im zostało.

Z tymi, z ich ofiarami, ja tu mieszkać muszę,Śród tych dręczeń i wzdychań przeżyłem lat tyle;Śród tych wzdychań i dręczeń dokonam me chwile;Niech dokonam co prędzej, — skończę me katusze!

75  Cierpiałem! i stałością resztę mych dni wzmogłem;Zapomniałem połowę, co zapomnieć mogłem;Lecz żywy ból mię szarpie, — przecz mi los nie danyŻebym mógł tak zapomnieć, jakem zapomniany!Ja mam odpuścić ludziom, których mię gwałt mieści

80 W tym okropnym szpitalu rozlicznych boleści?Gdzie śmiech nie jest weselem, myśl nie jest uwagą,Mowa jest nierozumem, i nie-ludźmi ludzie;Gdzie krzyk tłumią przekleństwa, płacz śmierzy się plagą,Każdy wrzeszczy zamkniony w piekielnej swej budzie.

85 Bośmy tu zgromadzeni w osobne samoty,Tłum, a każdy w oddzielnej dręczony katuszy,Ściany się rozlegają dzikiemi bełkoty;Jeden drugiego słucha, żaden się nie wzruszy...Żaden — ja tylko jeden; ach! ja się wzruszałem!

90 Nieszczęsny, nie stworzony dla nich na wspólnika,Ani miotany między chorobą i szałem!Jaż zapomnę tym, których złość mię tu zamyka?Którzy na mnie przed światem rzucili niesławy,I zdrowego poznania przecząc mi użycia,

95 W najpiękniejszym zawodzie zatruli dni życia,Malując mię jak przedmiot stronień i obawy?

Niechciałżebym wet za wet oddać im cierpienia,Wzajem do łez tłumionych przyuczać ich żałość?Smutek do spokojności, rozpacz do milczenia

100 W razach, którym stoicka nie wydoła stałość? —Nie! — Wyższy, niżbym zemstą serce moje śmierzył,Darowałem im krzywdy — i radbym już nie żył.Tak jest! siostro Alfonsa! dla twej tylko doliZ piersi mych wypłakałem wszystko, co mię boli.

105 Nie mieszka żal, gdzie twoje wdzięki zamieszkały;Brat więzi, lecz go wielbię; — srogaś, lecz ja stały.

Spojrzyj na wierną miłość, która nie rozpacza,Lecz się niezgasłą wiecznie siłą swą otacza,I kryje się w cichego serca mego mroku,

110 Jak zgromadzony piorun mieszka w swym obłoku,Chmurami i całunem zamknięty ruchomem,Aż błyśnie i powietrzny bełt wyleci z gromem!Tak na każde dotknięcie twojego nazwiskaSkróś przezemnie całego żywy ogień błyska,

115 I wszystek świat na chwilę z przed oczu utracam,Uciekają mi rzeczy — przechodzą, — powracam.

Znałem mój stan, twój stopień; widziałem, niestety!Że księżniczka kochanką nie jest dla poety;Wyniosłość nie władała miłości mej szałem:

120 Nic o niej nie mówiłem nigdy, nie wzdychałem,Smutek tylko tajemny i niewola miłaSama sobie dosytem i nagrodą była.A jeślim kiedy wzrokiem wydał mą namiętność,Ciężko mię twych karała oczu obojętność —

125 Na ich nieczułość przecie wyrzekać nie śmiałem.Byłaś dla mnie świętością, okrytą kryształem,W kornem ci oddaleniu niosłem pokłon czoła,Czciłem i całowałem błogi proch dokoła:Nie przeto, żeś księżniczka, lecz że przed mem okiem

130 Miłość ciebie odziała świetności urokiem.Ubrała ci twarz w piękność i powabów mnóstwo,Co straszy... ach! nie straszy, — zachwyca jak bóstwo;A dziwną tę wspaniałość coś takiego słodzi,Coś takiego, co wszelkie ponęty przechodzi.

135 Nie wiem, jak twój genijusz doli włada mojéj —Przed tobą gwiazda moja uwięziona stoi, —I chociażem pokochał tak niebacznie śmiały,Choć mi drogo te zgubne ognie kosztowały,Tyś mi zawsze najdroższa! — chętnie się zagrzebię,

140 Czuję się zdolnym cierpieć w tym lochu dla ciebie.Prawdziwa miłość, która kuła me kajdany,Ujęła mi połowę okrutnej ich wagi,A do dźwigania reszty, mimo srogość rany,Sama mi użyczyła statku i odwagi.

145 I serce przywiązała do ciebie tak ściśle,Że o wykwintnych moich męczarniach nie myślę.

Cóż za dziw?! — Już w kolebce czary potężnemiUpoiła mię miłość, tchnęła swe pieszczoty,I wmieszała we wszystko, com widział na ziemi;

150 Z niemych tworów działałem czci mojej przedmioty,Raj tworzyłem w odległych skałach i zieleniach,Albo, śród lasów leżąc, w powiewnych drzew cieniach,Nieliczone godziny drzemałem swobodnie,Choć nieraz mi te wczasy karcono niegodnie;

155 Mędrcowie, śnieżne głowy wstrząsając nademną,Niedoli mojej przyszłość wróżyli mi ciemną:Błędny dzieciuch — mówili — na swą zgubę roście,I jedyne lekarstwo znajdowali w chłoście.Bili, a jam nie płakał, tylko śród narowu

160 Kląłem im w głębi duszy; i w puszcze codzienneBiegłem samotnie płakać i marzyłem znowuSnujące się dokoła widzenia bezsenne.Gdy mi się z lat mych wiosną pierś nagle poruszyJakąś nieznaną wrzawą i najsłodszem drżeniem,

165 Jedna mi żądza z całej wybuchnęła duszy,Ciemna wprzód i przelotna — aż dziwnem zdarzeniemUjrzę, com szukał: — Ciebie!... ujrzałem zdumiały,Natychmiast całe moje wionęło jestestwo,Pochłonęło się w twojem, — świat mi zniknął cały,

170 Dla ciebie cała ziemia poszła mi w nicestwo.

Zawszem lubił samotność — lecz mogłemże wróżyć,Abym miał w tym szpitalu lata me położyć,Odłączony od związku żyjących na ziemi,Prócz warjatów i którzy pastwią się nad niemi;

175 Ja ich brat? w tyloletniej widziano-li probieMyśl moją mi podobną, skażoną w swym grobie?Widział kto nie dziwactwa, słyszał kto nie krzyki?...Rozbit, rzucony falą na skały bok dziki,Mniej podobno odemnie cierpi w skonu bramie:

180 Cały świat ma przed okiem, — mój cały w tej jamie,W tej jamie ledwie szerszej od zimnego dołu,Gdzie pogrzebię me krzywdy i skargi pospołu.On, ginąc pod wolnego powietrza obłokiem,Może niebu wyrzucać konającem okiem; —

185 Ja na takie wymówki nie wzniosę źrenicy,I niebo mam zamknięte sklepem mej ciemnicy.

Lecz już niekiedy czuję, że mój umysł kona,Sam widzę, jak ustaje, — przed zgasłemi oczyBłyska mi wzdłuż więzienia niezwyczajna łona,

190 I jakiś duch okrutny, stawiając w poboczy,Trapi mię groźbą, męką i trwogą ustawną,Nieznaną może ludziom zdrowym i swobodnym,Ale okropną temu, co cierpi tak dawnoUcisk, nędzę, gorączkę w tym lochu niegodnym.

195 Z ludzi — myślałem dotąd — cierpień moich wina;Lecz się i biesy z nimi przeciw mię zmówiły —Ziemia mię opuściła, — niebo zapomina, —Nacierają mię wkoło napastnicze siły,I widząc bez opieki, odnoszą zwycięstwa

200 Nad zmęczoną istotą, co walczy bez męstwa.I zacóż, jak stał w harcie, duszę doświadczanąMorduję w tej czeluści do zawarcia powiek? —Żem kochał to, co kochać nie było mi dano?Co więcej, lub mniej może, niźli ja, niż człowiek.

205  Byłem tkliwy, — minęło: — ból mój stępiał z laty —Inaczej, jużbym głowę rozbił o te kraty,Kiedy w nich słońce światłem drażniło mię miłem...Jeśli cierpliwie wszystko znoszę i znosiłem,Com wyraził, i więcej, na co mi słów mało,

210 To tylko, że dni moich rwać mi się nie chciało,I samobójstwem wieńczyć potwarców mych chęci,Których mię podłe kłamstwa wparły do więzienia:Nie chciałem piętnem hańby kazić mej pamięciI błagać dla smutnego litości imienia,

215 Potwierdzając tym czynem fałsze ich bezczelne.Nie! próżno! — imię moje będzie nieśmiertelne!Późną świątynię zrobię z obecnej mej budy,Którą dalekie dla mnie zwiedzać będą ludy.I kiedy ty, Ferraro, w ruinach zagrzebana,

220 Przestaniesz być mieszkaniem udzielnego pana,

Ujrzysz smutny upadek nieludzkich twych dachów,A obcy się zadziwią nad dolą twych gmachów —Wieniec poety będzie twą ozdobą całąI więzienie poety najdalszą twą chwałą.

225 A ty, o Leonoro! coś się rumieniła,Że mniejszemu niż władcy mogłaś zostać miła,Pójdź, mów bratu, że umysł niczem nie zepsuty:Żalem, laty, ciężarem niesłusznej pokuty,Walczący z swą przepaścią, co się nie otwiera,

230 I z podłem obłąkaniem, które mi on wpiera,Zawsze cię kocha. Powiedz — że kiedy te wieżeI ten zamek, co jego chwil rozkosznych strzeże,Bezludny, opuszczony w nikczemnym śnie legnie,Kiedy stąd uczta, świetność, wesołość odbiegnie,

235 Ten — ten jedynie zakąt cześć wieczna poświęci...Wtenczas ty — gdy już wszystko, czem uroda nęci,Czem cię wielkość obleka, czary swe uroni —Weźmiesz połowę lauru, co mój grób osłoni.Żadna śmierć wtedy imion naszych nie rozdzieli:

240 Jak żywi mi cię z piersi wydrzeć nie umieli,Tak, Leonoro! nieba w tym samym tarasiePołączą nas na zawsze. Niestety! — po czasie.

Minął był właśnie straszny dzień Pułtawy,Gdzie od mocarza Szwedów szczęście zbiegło,I już do krwawej niezdolne rozprawySzerokim mordem całe wojsko legło.

5 Chwała, potęga i laury wojenne,Czczone przez ludzi i jak ludzie zmienne,Przeszły na cara zwycięskiego stronę,I mury Moskwy znowu ocaloneAż do dnia, roku krwawszego wspomnienia,

10 Gdzie większej mocy, wyższego imienia,Z całem swem wojskiem i sławą zwycięskąSroższy wróg nagle cięższą runął klęską,Cięższym upadem i większym ogromem,Zgubą dla siebie, a dla wszystkich gromem.

15  Taka kość padła w grze tej dla Karola;Musiał uciekać przez wody, przez pola,I dniem i nocą, mimo ciężkiej rany,Swoją i swego ludu krwią oblany.Tysiące padły w ucieczki obronie,

20 Nikt przecież nie śmiał w jego sarknąć gronieW tej strasznej chwili dumy poniżenia,Gdzie prawda może ozwać się bez drżenia.

Koń pod nim poległ... Gieta pędzi, zsiada,Daje mu swego, i sam trupem pada.

25 Koń ten pod królem kilka mil przesunął,Lecz i on wreszcie z przesilenia runął,A Karol w lasach, słoniących ogniska,Co zdala z wrogów tlały koczowiska,Wpośród snujące się podjazdów roje

30 Musiał na ziemi złożyć członki swoje.O takież łoże, takie wieńce chwały,Dwa mężne ludy tyle krwi przelały! —Leżał wśród puszczy, z głową o dąb wspartą,Z gasnącem życiem i duszą rozdartą;

35 Rany mu skrzepły, a znękane ciałoZimnem mu nocy i bólem stężało.Wrzący po żyłach ogień gorączkowySpędzał mu z oczu nawet sen chwilowy;Przecież pomimo wszystkie klęski, ciosy,

40 Król po królewsku swoje znosił losy,I choć pod gromem tak strasznej niedoli,Wszystkie boleści podbił mocą woli,Do tak niemego zmusił je poddaństwa,Jak niegdyś mieczem swym podbite państwa.

45  Orszak z nim wodzów, — niestety, jak małoZ tej strasznej rzezi przy nim pozostało!Lecz i w tym szczątku krew rycerska płonie,Wre honor, wierność, — wszyscy w niemem gronie,Smutni, posępni i trudem wybledli,

50 Króla i jego rumaka obsiedli,Bo tam, gdzie równa grozi im zatrata,Człowiek z zwierzęciem łączy się i brata.

W bliskości przy nich, spokojny i mężny,Hetman i równie towarzysz monarszy,

55 Zasiadł Mazepa, gdzie stał dąb potężny,Dąb jak on twardy i mało co starszy.Lecz pierwszą jego troską koń zziajany.Kozacki hetman oczyszcza go z piany,Mnogi i suchy liść pod nim gromadzi,

60 Głaszcze po grzywie, bok i krzyże gładzi,Zwalnia popręgu i uzdę odkłada,I rad się patrzy, jak mu smacznie zjada;Bał on się bowiem, że po takim pędzieZroszonej nocą trawy jeść nie będzie.

65 Lecz on z nim w wszystkich tak stwardniał wyprawach,Że nie przebierał ni w leżu, ni w strawach;Zmyślny, uczony i potulny razem,Wszystko za danym wypełniał rozkazem,Śmiały i silny, długogrzywy, dziarski,

70 Tak się dał wodzić, jakby koń tatarski.Posłuszny panu, przyszedł, gdy zawołał,I wpośród wszystkich rozpoznać go zdołał.

On wśród tysiączne koczujące wrogiW bezgwiezdnych nocach nie pomylił drogi,

75 A jak za matką swoją sarnię małe,Gotów był za nim latać przez dni całe.

Hetman na ziemi płaszcz swój rozpościeraOdkłada szablę, o drzewo opiera,Patrzy, czy w skutku tak długiej pogoni

80 Jaka część jego nie popsuta broni,Czyli z panewki proch mu nie wypada,Czy dość sprężysto zamek odpowiada, —Wszystko obziera po pułtawskim mordzie:Temblak, rękojeść i szczerby na kordzie;

85 Wreszcie się do swych juk, manierki bierze,Skromną i prostą rozkłada wieczerzę,Wszystkich przekąską, napitkiem uracza,Co najlepszego królowi przeznacza,Z mniejszą obawą, niźli w świetnem kole

90 Pochlebny dworak przy monarszym siole.Karol z uśmiechem i twarzą łaskawąNa chwilę skromną posila się strawą,Wreszcie, w zmuszoną wesołość przybranyI jakby wyższy na boleść i rany,

95 Tak się odzywa: — »Z wszystkich nas zarazem,Choć mężnych sercem i dzielnych żelazem,Nikt tak nie wytrwał, nie podszedł, nie pobiłNikt mniej nie mówił, a więcej nie zrobił,Jak ty, Mazepo. W całym kręgu świata,

100 Od Aleksandra aż po nasze lata,Nigdy dobrańszej nie widziano pary,Jak twój bucefał i ty, wodzu stary!

Ty wszystkie Scyty twą chwałą przechodzisz,Gdy jak grom pędzisz, lub przez rzeki brodzisz«.

105 — »Straszna, szatańska — tak hetman zawoła —Do takiej jazdy wprawiła mię szkoła«.— »Jakto? — król rzecze — jeśliś z jej naukiTak dzielnie twojej wyuczył się sztuki?«— »Długa to powieść — starzec mu odrzeka, —

110 A na nas tyle mil i bójek czeka,Gdzie nieraz jeszcze trzeba w kord uderzyć,Nieraz jednemu z dziesięciu się zmierzyć,Nim tam gdzieś nasze już bezpieczne konieBujne Zadnieprza będą spasać błonie,

115 Lepiej snem, panie, pokrzep siły twoje,A ja noc całą na straży przestoję«.— »Nie, nie — król rzeknie, — proszę cię, hetmanie;Może, iż nieco ulży mi słuchanie,I z łaski twojej dar ten zyskać zdołam,

120 Którego dotąd nadaremnie wołam«.»Kiedy tak, panie; a więc z całą chęciąSiedmdziesiątletnią cofnę się pamięcią:Dwudziesty-m pono rok miał w owej porze,Gdym, zdawna bawiąc na warszawskim dworze,

125 Już od lat sześciu służył w paziów gronie;Król Jan Kazimierz był wówczas na tronie.Nie był on, panie, podobny ci w niczem,Męstwem ci tylko zrównał wojowniczem, —

Lecz chociaż wiele przewojował czasów,

130 Przecież prócz sławnych na sejmie hałasówNie byłby innej pewno zaznał wojny,Tak był z natury słodki i spokojny;Z musu on tylko, lecz dzielnie wojował,I nie tak łatwo kord dobyty schował.

135  »Miał on i inne licznych trosk podniety,Lubił poetów i lubił kobiety,A te tak gryzły go przez zawiść swoję,Że i najsroższe byłby wolał boje.Szczęściem miał zawsze pociechę gotową:

140 Wziął nową książkę lub kochankę nową.Król często uczty wyprawiał wspaniałe,Do bram się zamku cisło miasto całe,By się przypatrzyć pięknościom WarszawyI groźnym panom książęcej postawy.

145 Z łaski on wieszczów wielkim mędrcem został, —Oprócz jednego, który nic nie dostał,Palnął satyrę i wciąż się przechwalał,Że nigdy dzieł swych pochlebstwem nie skalał.

Dwór ów naówczas świetnością celował,

150 Grami, teatrem, — a kto żył, rymował;Ja sam skleciłem jakiś wierszyk tkliwyZ smętnym podpisem: Tyrsys nieszczęśliwy.»I był tam pewien magnat nad magnaty,Jak pokład soli lub srebra bogaty,

155 Miał tytuł hrabi, godność wojewodyI wszystkie rodem swym przewyższał rody;Tak też był dumnym, jakby jego plemięProsto z niebiosów zstąpiło na ziemię;A że był z wszystkich przy tronie monarszym

160 I najbogatszym i ze krwi najstarszym,Tak w swe rodowe drzewo oczy wlepił,Tak się bogactwy, tak złotem oślepił,Że skutkiem dziwnej w głowie mieszaninySobie przywłaszczał świetne przodków czyny.

165  »Nie tego zdania jego żona była,Co lat trzydzieści mniej niż on liczyła,I stąd po różnych przykrościach codziennych,Nudach, dumaniach i nocach bezsennych,Kilku spojrzeniach na młodzież Warszawy,

170 Kilku nadziejach i nieco obawy,Po kilku tańcach i śpiewach rzewniących,Kilku łzach wreszcie, cnotę żegnających,Czekała tylko na owe szczęśliweChwile — wypadki, — które najmniej tkliwe

175 Serca dam miękczą — by, jak czuła żonka,Drogę do nieba złatwić dla małżonka,

A z której przecież w takiej mężów rzeszyNajnabożniejszy nawet się nie cieszy.

»Byłem ja wówczas w samym lat mych kwiecie.

180 Siódmy już krzyżyk przeżywszy na świecie,Mogę otwarcie pochwalić się, panie,Że czyto w wyższym, czy też niższym stanie,W tem, co tu młodych czyni tak dumnemi,Nikt się z zalety nie mógł równać memi:

185 Siłę ja, młodość i wesołość miałem,I nie tak, panie, jak dziś wyglądałem;Tak niegdyś gładkiem było czoło moje,Jak dziś jest zrytem przez czas, troski, boje,Co tak pierwotny z niego wyraz zdarły

190 I tak dawnego Mazepę zatarły,Że nikt mię pewno z własnych sióstr i braciJużby nie poznał w dzisiejszej postaci.Kwitnął mi jeszcze wiek mój młodociany,Kiedym tej strasznej w sobie doznał zmiany;

195 Lecz choć mię liczne lata przywaliły,Nie zmogły przecież ni męstwa, ni siły;Inaczej, bez tej dzielnej, twardej mocy,Nie byłbym dzisiaj wśród tej czarnej nocy,Pod gołem niebem, w głębi dzikich lasów,

200 Powieść wam starych opowiadał czasów.»Postać Teresy — ach! widzę ją jeszcze...W tej chwili nawet z jej widmem się pieszczę,Zda się, że w mroku owych drzew przepływa...Tak-to pamiątka serca żywą bywa!

205 A przecież nie wiem, czyli w ludzkiej mowieI ludzkim głosem piękność jej wysłowię.Urocze oko Azyjanki miała(Nieraz się bowiem krew polska zmieszałaZ bliskiemi granic sarmackich Turkami);

210 Tak czarnem było, jak niebo nad nami:Ciągle zeń strzelał taki promyk wdzięczny,Jak z chmur północnych pierwszy błysk miesięczny.Oko to płynnym promieniem się zdałoI niby w własnem swem świetle topniało,

215 Całe miłością — pół ognia, pół mdlenia,Jak te z pod miecza męczennic spojrzenia,Które ku niebu z takiem czuciem wznoszą,Jakgdyby dla nich śmierć była rozkoszą.Czoło, jak w lecie jezior kryształ czysty,

220 Z słońcem na głębi, a do dna przejrzysty,Gdy mruknąć nawet ciche nie śmią tonie,A niebo w całem odbijają łonie.Lecz nacóż tego wdzięków jej wywodu?Kocham ją zawsze, jak kochałem z młodu.

225 Taka, jak moja, miłość dzika, wrząca,Ni w złem, ni w dobrem granic nie znająca,W wściekłości nawet bojów nie ostyga,I cień przeszłości aż w starość nas ściga.

»Spotykam, — wzdycham. Spojrzała, — spojrzałem;

230 Nic nie wyrzekła, — przecież zrozumiałem.Ach! bo są znaków i dźwięków tysiące,Widzim je, — słyszym — lecz któż je określi?

Są to te iskry mimowolnej myśli,Z nagiej serc młodych burzy pryskające,

235 Co tworzą jakąś mowę dziwną, ciemną,Mowę ognistą, wszechmocną, tajemną,Łańcuch płomienny, co aż duszy sięga,I bez ich woli serce z sercem sprzęga;Rzekłbyś, że iskry elektrycznej siła

240 Nagle w dwie dusze razem uderzyła.Długom i długom z łzawem wzdychał okiem,Jednym się nawet nie śmiał zbliżyć krokiem, —Ażem się wreszcie dał poznać, przedstawił,I odtąd nieraz z nią rozmawiał, bawił.

245 Trudne mi było miłości wyznanie,Raz przecie chciałem odważyć się na nie;Ale zaledwie żem usta otwierał,Już mój trwożliwy głos na nich zamierał.Szczęściem, że wówczas pewna gra tam była,

250 Co wszystkich nieraz całe dni bawiła, —Stara już pamięć nazwać jej nie zdoła,Lecz wiem, że była pusta i wesoła.Do niej to, trafem, czy przez szczęście moje,Razem przy sobie siedliśmy oboje.

255 Żadną się ja tam przegraną nie smucił,Ni ku wygranej oczy moje zwrócił;Dość miałem szczęścia, żem jej głosu dźwiękiemI jej oblicza mógł się poić wdziękiem;Byłem jak czata przy niej przez czas cały

260 (O, gdyby nasze dziś tak czuwać chciały!),Gdym wreszcie spostrzegł jakieś zamyślanie,Ciągłość roztargnień, obojętne granie,Równą na zyski jak straty niedbałość,A przecież dziwną przy tej grze wytrwałość,

265 Jakby ją jakaś myśl skryta i czułaCałą potęgą do tej gry przykuła.Jak błysk piorunu, tak myśl nagła, śmiała,W tym ciemnym dla mnie mroku zajaśniała,

Że się w jej twarzy coś takiego mieści,

270 Co mię nie skaże na wieczność boleści...Szczęsny tą szczęścia mego przepowiednią,Cały-m war uczuć moich wylał przed nią,Wszystko wyznałem, — Bóg wie, co prawiłem,Słowa się w trwożnym plątały obłędzie,

275 Lecz że słuchała, a więc pewny byłem, —Bo kto raz słuchał, dalej słuchać będzie:Serce jej czułe, a pierwsza odmowaNie znaczy jeszcze ostatniego słowa.

»Kochałem, panie, i byłem kochany.

280 Mówią, że nigdy nie bywał ci znanyTen szał tak luby, — jeśli tak jest, panie,Próżnobym z mojem szczęściem się rozwodził:Z śmiechem-byś tylko wzgardy patrzył na nie;Ale nie każdy na króla się zrodził,

285 Nie każdy twojej duszy hart posiadał,Coś tak sam sobą, jak ludami władał.Jestem, lub raczej niegdyś księciem byłem,Tysiącznym w bojach szykom hetmaniłem,Wszystkom zgniótł, złamał; z sercem tylko mojem

290 Ciągle daremnym ścierałem się bojem.Kochałem, panie, kochano mnie wzajem, —O! każda miłość byłaby tu rajem,Gdyby jej koniec mniej bolesnym bywał...Skrycie-m się tylko z Teresą widywał,

295 Lecz jeśli szczęściem było to spotkanie,Szczęściem już dla mnie było czekać na nie.Za nic dni, noce. — W tej jednej godzinieCzułem, myślałem — i żyłem jedynie;Nigdym podobnej nie zaznał godziny,

300 I gdybym znów był panem Ukrainy,

Chętniebym na jej oddanie się zgodził,Bym tylko dawnym paziem się odrodził,Tym szczęsnym paziem, co wszystko posiadał,Gdy miał kochankę i kordem swym władał,

305 A w darach swoich natura wspaniałaZdrowie mu, męstwo, moc i młodość dała.»Zejścia się nasze bywały skrytemi:Mówią, że milej jest się kochać skrycie...Nie wiem — lecz setne byłbym oddał życie,

310 Gdybym raz usty mógł ją nazwać memiMoją, w obliczu i nieba i ziemi.Myśl ta mi bowiem ciągle truła duszę,Że ją ukradkiem tylko kochać muszę.

»Mnóstwo ócz patrzy na kochanków dwoje,

315 Mnóstwo i na nas patrzyło oboje;Niegrzeczny djabeł zdrajcę naprowadził...Lecz krzywdzę djabła, — nie djabeł nas zdradził!Pewno tam na ten związek cudzołożnyJakiś świętoszek wylał jad pobożny.

320 Czujne nas szpiegi nocną zeszły dobą,Zeszły, napadły i porwały z sobą.Wściekał się hrabia, — ja byłem bez broni,Lecz choćbym nawet i miecz trzymał w dłoni,Cały się wreszcie uzbroił żelazem,

325 Cóż mogłem począć przeciw tylu razem?Blisko to zamku pańskiego się działo,Zdala od miasta, — i ledwo że dniało;Znikąd ratunku — w tak straszliwej dobie,Kilka chwil tylko jeszcze licząc sobie,

330 Boga za grzeszne przepraszałem życie,Kilku się świętym polecałem skrycie,Pewny, że zginę, — gdy mię tłuszcza podłaZ krzykiem przed bramę zamkową przywiodła.

Wieczny z Teresą rozłączył nas przedział,

335 I jużem odtąd nic o niej nie wiedział.Okropną była wściekłość wojewody.I — prawdę mówiąc — miał do niej powody;Najbardziej przecież złościł się z obawy,By po nim jakiś tam owoc nieprawy

340 Imienia jego potomka nie zyskał.Nie mniej i na tę myśl się wzdrygał, ciskał,Że mu ta plama zbrudzi tarcz herbowąRodu, którego on właśnie jest głową. —W rzędzie on szczytnych sam się mieścił ludzi,

345 Myśląc, że wszystkich swoim blaskiem złudzi,Mnie zwłaszcza swoją wielkością omami, —A ta, o zgrozo! dla pazia się plami!Gdyby przynajmniej z królem przewiniła,Zbrodnia ta jakoś mniej-by straszną była,

350 Lecz z paziem! z paziem! — nie, nikt w ludzkiej mowieTak okropnego gniewu nie wypowie.

»Konia tu dajcie« — i przywodzą konia.O! wprawdzie takich rumaków niewiele!Ukraińskiego wychowaniec błonia,

355 Jakaś myśl w całem rozdrżała mu ciele.Dziki własnego obawiał się cienia,Dziki dzikością młodego jelenia;Nigdy ni uzdą, ni ostrogą tknięty,I przed dniem jednym dopiero ujęty.

360 Z zjeżoną grzywą i opornym krokiem,Z chrapiącem nozdrzem, zapienionym bokiem,Strachał się, złościł, wspinał, rzucał dumnieGroźny syn stepu, prowadzony ku mnie.Tłum mię sług porwał, na grzbiet konia cisnął,

365 Na dłuż rozciągnął, rzemionami ścisnął,I puścił nagle. — Lecim gromem, strzałą...Potok z tak nagłą nie spada nawałą.

XLecim i lecim, — dech się we mnie ścinał;Dzień wówczas ledwie bielić się zaczynał,

370 Poznać nie mogłem, w jakie pędzę strony;On leciał, leciał, pianą ubielony.Ostatnim dla mnie już głosem człowieka,Com go naówczas zasłyszał zdaleka,Był ten sług podłych śmiech dziki, nieznośny,

375 Co jeszcze z wiatrem doleciał mię głośny.Wścieklem się rzucał, twarz ku nim skierował,Gryzłem ten rzemień, co mi kark krępował,I choć ból straszny całą krew mi ścinał,Wzniosłem się napół i lżąc ich przeklinał.

380 Nie wiem, czy koń mój, takim pędząc lotem.Klątw mych nie zgłuszył kopyt swoim grzmotem.Myśl ta mię trapi, gdyż się zemścić chciałem, —Zemściłem później całym zemsty szałem.Niema tam, niema i jednego złamku

385 Mostów, bram, zapór, baszt i murów zamku:Wszystkom rozorał, wszystko zburzył, skrwawił,Na polach jednej trawki nie zostawił,Chyba, że gdzieś tam z gruzów się wyciska,W miejscu głównego murów tych ogniska.

390 Stokroć przejść można plac tej rzezi sławnej,A nie zamarzyć nawet twierdzy dawnej!Gmach się ten w oczach mych z wieżami palił,Z grzmotem rozpękły mur po murze walił,Z czarnych, gorzących dachów miedź stopniała

395 Naokół deszczem parzącym się lała;Największą siłę z najgrubszym ogromemStarłem silniejszym zemsty mojej gromem.Nie, — nie myśleli oprawce zuchwali,Gdy mię, jak błyskiem, na tę śmierć posłali,

400 Abym tam kiedyś, niepojętym cudem,Z dziesięćtysięcznym miał powrócić ludem,I tak w sowitej odpłacił nagrodziePrzejażdżkę moję panu wojewodzie.»Srogo mękami bawili się memi,

405 Ale ja srożej poigrałem z niemi.Czas wszystkie krzywdy spłaca nieomylnie:Potrzeba tylko ciągle czuwać pilnie,A żadna zręczność, żadna moc człowiekaNie ujdzie zemsty, co cierpliwie czeka,

410 W krzywdzie skarb widzi i codzień doń zcichaDolicza lichwę — a na porę czyha.

»Pędzim i pędzim, jakby wichry, gromy, —Znikły za nami wszystkie ludzkie domy;Pędzim i pędzim, jakby szturmy, burze,

415 Krwawy meteor na niebios lazurze.Nigdzie ni miasta, ni nędznej wioszczyny,Niezmierne tylko dzikich step równiny,Czarnemi wkoło opasane lasy, —I prócz tych gmachów, co się w dawne czasy

420 Przeciw Tatarom w groźnych wzniosły murach,A których ledwiem mógł dojrzeć po górach,Ni śladu ludzi. — Rok właśnie przed namiTurek z licznemi przeszedł tam wojskami,A gdzie koń spahów ziemię nogą zryje,

425 Grunt się skrwawiony trawą nie okryje.Pochmurno było. — Wietrzyk smętnym głosemZdawał nad moim użalać się losem.A koń tak w strasznym pędzie się zaganiał,Że mi i westchnąć i modlić się wzbraniał.

430 Na grzywę jego, którą wiatr rozwiewał,Pot się mój zimny gęstym deszczem zlewał;On zaś naoślep, bez celu, bez drogi,Pędził i chrapał ze złości i trwogi.Nieraz myślałem, że za krótką chwilę

435 Musi nakoniec już upaść na sile:Gdzie tam! — zbyt wątłe i spętane ciałoGniewnej jędrności igraszką się zdało.Każdy ruch, którym wyzwolić się chciałem,Wścieklejszym jeszcze rozogniał go szałem.

440 Na głos mój, z trudem z piersi wyciśnięty,Tak w bok uskoczył, jakby prętem cięty;Z każdym tym głosem rwał się tak szalenie,Jakby zasłyszał trąb wojennych grzmienie.Strumień krwi czarnej, co się z ran mych toczył,

445 Spływał po ciele i pęta mi broczył, —A jak piekielnym gorzący płomieniem,Język ognistem palił się pragnieniem.

Lecim do lasów, — czernią się dokoła,Dzikie, rozległe, okiem nieobjęte;

450 Sterczą potężne groźnych dębów czoła,Najsroższym nawet wichrem nieugięte,Co, wyjąc, stepy Sybiru przelataI grzmiącym szturmem całe bory zmiata.Rzadko tam stoją te pyszne ogromy,

455 Lecz gęsto wśród nich rośnie krzew poziomy,Przybrany w liście uroczej zieleni,Nim je oberwie mroźny wiatr jesieni,Nim je po lasach i borach rozwieje,W przykrą i trupią czerwoność odzieje,

460 Co tak wygląda, jakby krew stężałaNa placu bitwy leżącego ciała,Którego żadna ręka nie pochowa,A tak niejedna stwardzi noc zimowa,

Że i dziób nawet żarłocznego kruka

465 Po zmarzłem licu jak po lodzie stuka.Puszczę tę zarósł gąszcz młody, zielony, —Gdzieniegdzie stały dęby, sosny, klony;Szczęściem, że zrzadka, — gdyż w takim rozgonieStokroć-bym pewno roztrzaskał się o nie.

470 Gnące się krzewy ciała mi nie darły,A chociaż wszystkie rany się zawarły,Zimnem okrzepłe, — przecież ból przemogłem,A żem był w pętach, z konia spaść nie mogłem.»Szumiąc po liściach, z całej pędził siły

475 Wśród drzew, wśród wilków, co za nim goniły,A które ciągle tuż za naszym śladem,Mordem dyszące, całem biegły stadem, —Tym długim cwałem, co nieraz w manowcachI gniew i zapał znuży w psach i łowcach;

480 O kilka kroków, w dzień już prawie biały,Widziałem, jak się przez gąszcz przewijały,A w nocy-m słyszał, jak chrzęszcząc liściami,Zdradnym poskokiem suwały za nami.O, jakbym chętnie z niemi bój był toczył,

485 Rąbał, mordował, miecz mój krwią ich broczył,I gdym koniecznie już miał paść ich łupem,Przynajmniej licznym otoczył się trupem!Zrazu, gdy koń mój z takim pędził szałem,Chciałem, by ustał, — a teraz się bałem,

490 Czy ujdzie wilkom; — lecz próżnom się lękał;Dziki syn stepu twardych sił nie znękał,Pędził sążnistym lotnej sarny biegiem: —Ziemia tak szybkim nie ściele się śniegiem,Gdy zbłąkanego na polu wieśniaka

495 Nagle osypie, oćmi zawiej taka,Że już do chaty swej nie znajdzie drogi; —Tak pędził, chrapał, dziczał z gniewu, trwogi,

Dziczał, jak zwyknie krnąbrne dziecko dziczeć.Gdy chce swą fraszkę na matce wykrzyczeć,

500 Lub jak kobieta z silnej woli znana,Gdzie znajdzie opór i poczuje pana.

»Z południa było, gdym już przebył bory.Drżałem od zimna choć wśród letniej pory —Może, iż skryty w żyłach dreszcz mię ziębił,

505 Bo kogóż długi ból-by nie przygnębił;A jam zupełnie wówczas był odmienny:Silny, gwałtowny jak potok wiosenny;Jeszczem nie zbadał uczuć mych przyczyny,A już te czucia zmieniały się w czyny;

510 Cóż więc dopiero, gdy się zlały w duszęGniew, przestrach, wściekłość i wszystkie katusze,Głód, zimno, nędza, boleść tak samotna,I straszne pęta, i nagość sromotna.Byłem ja przytem z takiego plemienia,

515 Którego krew się łatwo rozpłomienia,A taką rozkosz w pomście krzywdy czuje,Jakby grzechotnik w chwili, kiedy kłuje.Nie dziw, że ciosów wytrzymawszy tyle,Pień ten się zachwiał i upadł na chwilę...

520 Ziemia się gięła pod końskich nóg grzmotem,Chmury mi wstecznym uciekały lotem, —Zdało się, żem miał już na ziemię runąć,Lecz dla pęt moich nie mogłem się zsunąć.Serce pękało, — skroń głazem ciężyła,

525 Krew w niej chwilami biła, — znów nie biła;Nieba się wielkiem kołem obracały,I, jak pijane, drzewa taczać zdały.Jakiś błysk ciągle z pod mych tryskał powiek,I znów ciemniało; konający człowiek

530 Bardziej nie kona, niźli ja konałem.Bity, miotany konia mego szałem,

Czułem, jak czarna już mię noc pokrywa,I znów czasami z oczu moich spływa.Chciałem się mocą duszy mojej cucić,

535 Lecz już nie mogłem zmysłom życia wrócić.Byłem ja w stanie morskiego rozbita,Co się ostatniej w burzy deszczki chwyta,To się z nią wznosi, to znów w wałach ginie,A wiatr go pędzi w wielką wód pustynię.

540 Drżące mu życie było jak te liczne,W głęboką północ światła fantastyczne,Które w malignach wzlatają przed nami,A z zamkniętemi widzim je oczami.Lekka to boleść, w krótkiej przeszła dobie:

545 Lecz sroższy po niej czułem zamęt w sobie.Bałbym się, przyznam, doznać tak straszliwejMęki, boleści, przy śmierci prawdziwej,A przecież myślę, że człowiek przy zgonieWięcej wycierpi, nim duszę wyzionie;

550 Lecz mniejsza o to: — kto tylekroć czołaNadstawił śmierci, ten zadrżeć nie zdoła.

»Wracam do zmysłów... Cóż to? skądżem całyTak odurzony, — tak zimny, — skościały?Słabe, leniwe serca mego bicie

555 Powolne w ciele mem rozbudza życie, —Gdy wtem ból straszny nagle krew mi całąNa wstecz odlunął, choć zimną, stężałą.Dziwny szum, szelest bije mi o uszyI jakiś mroźny przestrach czuję w duszy.

560 Widzę nakoniec... lecz cóż mi to oczyJakąś powłoką grubą, szklaną mroczy?Może ja marzę jaką wód nawałę?...W głębi pod sobą widzę niebo całe,Jasne gwiazdami. — Nie! — sen mię nie zwodzi!

565 Dziki mój rumak w dzikszych walach brodzi.

Szerokiej rzeki lśniące się bałwanySzumią, białemi warzące się piany.Pół ja dopiero byłem przebrnął rzeki,Od nieznanego brzegu tak daleki.

570 Czuję, żem ożył, że silniejszy jestem,Zimnym wód rzecznych orzeźwiony chrzęstem.Dzielny mój rumak, śmiało i zuchwale,Piersią rosnące wciąż przecinał fale,Płynął, — aż wreszcie całą szerz ich przebył;

575 Lecz brzeg ten dla mnie portem szczęścia nie był,Gdyż wszystko za mną mgłą się kryło ciemną,A noc i przestrach czerniły przedemną.Nie wiem, jak długo, i czy w nocy, we dnie,Te między życiem i śmiercią pośrednie

580 Trwały męczarnie. — W stanie, w którym byłem,Zaledwiem wiedział, że na świecie żyłem.

»Z ciekącą grzywą, lśniąc się, kurząc cały,Silił się, parskał rumak zadyszały;Chwiał się, a przecież potężnemi kroki

585 Wdzierał się na brzeg stromy i wysoki.Wdarł się nakoniec. — Przestrzeń nieprzejrzanaSzerzy się, grozą i nocą zalana,I tak wciąż naprzód szerzy się bezkreśnie,Jak czarna otchłań wymarzona we śnie.

590 Gdzieniegdzie tylko jakieś rozrzuconePlace, to białe, to ciemno-zielone,A które wszystkie oświecał bladawoKsiężyc, co właśnie wówczas wszedł na prawo;Lecz nigdzie żadnej wróżby, ni oznaki,

595 By gdzieś w pobliżu mieszkał wieśniak jaki;Żaden nam płomyk z siedziby człowiekaGościnną gwiazdą nie błysnął zdaleka.

Błędny się nawet ognik nie pojawił,Któryby z mojem nieszczęściem się bawił.

600 Zwodnem on wprawdzie światłem-by mię łudził,Miłeby przecież zawsze czucie wzbudził, —Byłbym przynajmniej doznał tej pociechy,Iżby mi ludzkie przypominał strzechy.

»Koń mój biegł ciągle, — lecz ta dzika siła

605 Z którą tak pędził, już złamaną była:Słaby, dyszący i z spienionem bokiem,Cięższym, leniwszym posuwał się krokiem;Każdy mu wówczas byłby mógł poradzić,Dziecięciu nawet dałby się prowadzić;

610 Lecz nic to mojej nie ulżyło męce:Miałem związane i nogi i ręce,A choćbym nawet i od pęt był wolny,Nie byłbym może sobą władać zdolny.Chciałem raz jeszcze z memi walczyć pęty,

615 Któremi byłem tak silnie ujęty,Lecz tyle-m mojem miotaniem się zyskał,Żem jeszcze mocniej węzły moje ściskał.Płonne więc odtąd porzuciłem boje,Co rozjątrzały tylko rany moje.

620 Zdało się, że koń mój już wkrótce legnie,Choć nie wiedziałem, gdzie jeszcze zabiegnie. —Pierwszy brzask ranny wschód słońca zwiastował,Lecz jakże długo z nocą się pasował!Zdało się, że mgła, ciężąca na zorzy,

625 Nigdy przed młodym dniem się nie roztworzy.Długo i ciężko dźwigała się w górę,Nim wschód w płomienną przybrał się purpurę,Nim wszystkie gwiazdy pogasił na niebie,Wszelką ich jasność przyciągnął do siebie,

630 I z tronu swojej potęgi i chwałyWłasnem swem światłem zalał okrąg cały.

»Błysnął dzień jasny, — mgłę rozproszył ciemną:Leży świat blaskiem rozświecony słońca,Tak pusty wkoło — za mną — i przedemną..

635 I pocóż pędzę przez ten step bez końca,Przez lasy, rzeki? Nikt tu stopy swemiŚladu w tej bujnej nie wytłacza ziemi,Ni zwierz, ni człowiek. W żadnej roku porzeNikt tu nie przejdzie, nikt nigdy nie orze;

640 W całem powietrzu cisza tak straszliwa:Ptaszek się ranną piosnką nie odzywa,Nie słychać nawet ni z trawy, ni z krzaczkaCichego brzęku drobnego robaczka.Koń mój werst kilka biegł tak zadyszały,

645 Jakby w nim wszystkie żyły pęknąć miały,Widocznie przecież w każdej słabiał chwili.Samiśmy tylko — ciągle sami byli...Aż gdy tak coraz bardziej słabiał, dyszał,Naglem gdzieś zdala rżenie konia słyszał.

650 Lecz nie! — z błędnego sądziłem pozoru:Wiatr to zapewne tak świszczał po boru...Nie! nie! — z tych puszczy całe stado tłumnieSypie się, — zwiększa, — tętni, — pędzi ku mnie,Wielkim, rozległym pułkiem rozwinięte!

655 Chcę krzyknąć, — próżno: usta na śmierć ścięte.Pędzą w swej całej wolności i pysze, —Lecz cóż to? — ludzi ni widzę, ni słyszę;Któż je prowadzi? — bez jeźdźca, tysiące!Rozwiane grzywy, kity pływające,

660 Nozdrza nawalnym oddechem rozwarte,Pyski ni uzdą, ni kiełznem nie darte,Boki kolcami nie kłute ostrogi,I nigdy podków nie znające nogi.Tysiączny hufiec, dziki. wolny, śmiały,

665 Pędzi jak morza goniące się wały;

Pędzi, grzmi, tętni, cały step przelata,Jakby chciał witać nieznanego brata.Widok ten chwilę krzepi go i cieszy,Zrywa się niby i, choć słabo, śpieszy, —

670 Sili się, cichem rżeniem odpowiada,Chwieje się — plącze — i nakoniec pada.»Leży i dyszy, z okiem już zmartwiałem,Z stęgłem, bezwładnem, kurzącem się ciałem.Skończył już bieg swój, pierwszy i ostatni.

675 Przybiegłe stada patrzą na zgon bratni:Dziwi je moja postać rozciągniętaI krwawe, z koniem wiążące mię pęta,Patrzą się, — stoją, — trwożnem mierzą okiem,Wietrzą — strachliwym przebiegają krokiem,

680 To się przybliżą, to znów pierzchną społem,To wkońcu wielkiem oblatują kołem,Aż wreszcie nagły na nie postrach pada:Pędzą za jednym, jakby królem stada,Który tak kruczą maścią lśni się cały,

685 Że jej nie plami i jeden włos biały.Pienią się — chrapią — rżą — od trupa stronią,Płoszą — pierzchają — i po lasach chronią.»Sam odtąd, z wszelkiej nadziei wyzutyZostałem w stepie — do trupa przykuty.

690 Leżał podemną, zimnem, martwem ciałem,Któremu wreszcie już ciężyć przestałem.Długom się z wspólnych nam więzów wydzierał,Teraz z nim leżał, — na zmarłym umierał.Nigdym nie myślał, że w tak strasznej doli

695 Bóg jeszcze jutra dożyć mi dozwoli.Tak przez dzień cały z memi leżąc pęty,Każdą godziną jak głazem ciśnięty,

Tylem żył jeszcze, abym widział słońceJuż raz ostatni dla mnie zachodzące.

700 W strasznej pewności, że już umrzeć trzeba,Zimnom się poddał był pod wyrok nieba,Pod tę śmierć, co nam rok za rokiem groziI serca trwogą już ostatnią mrozi;Co niezawodna — czasem darem bywa,

705 Nawet gdy nieco zbyt wcześnie przybywa,Od której przecież jak od sidła stronim,Myśląc, że naszą troską się obronim;Czasem naszemi wzywamy ją łzami,Czasem też sobie zadajem ją sami;

710 Lecz jakąkolwiek bywa tu śmierć nasza,W każdej postaci razi nas, przestrasza,I choć nam męki przerywa najkrwawsze,Zawsze jest groźną i okropną zawsze.Dziwna rzecz! — ludzie, co w rozkoszach żyli,

715 Nad miarę z pięknem pieścili się łonem,Ucztami, złotem i władzą opili,Spokojnym często umierają zgonem,Spokojniej, niźli ciągłych nędz ofiary:Gdyż ten, co wszystko wypił z życia czary,

720 Wszelki wdzięk, nowość, — czegóż już przy grobieMoże żałować, może życzyć sobie?Nędzarz nadzieją lepszej żyje doli,A choć śmierć sama z nędzy go wyzwoli,On na nią zwiędłem okiem się użala,

725 Że mu przyszłego raju drzewo zwala.Jutro-by może było dniem nagrodyZa wszystkie wzgardy, nędze i przygody,Jutroby pierwszy dzień mu życia błysnął,Któryby krwawych łez mu nie wycisnął,

730 Nie słyszał przekleństw: — dzień szczęściem brzemienny,Wróżbą lat długich tak jasny, promienny,Przez łzy niedoli oddawna widziany,Dzień, coby wszystkie mógł zagoić rany,Dzień, w którym naraz odzyskałby tyle

735 W władzy, świetności, chwale, szczęściu, sile...I dzień ten jego przyświeci mogile!

»Słońce w zachodnich już gasło obłokach,A ja na zimnych wciąż leżałem zwłokach,Pewny, że nasze tam pogniją ciała;

740 Wzrok mój się ściemnił, — śmierć potrzebą stała.Bez tchu, ratunku, bez nadziei cienia,Ostatnie w niebo wznosiłem spojrzenia.Lecz gdym tak patrzył okiem już gasnącem,Kruk mi przeleciał między mną i słońcem,

745 Co pewno na śmierć nie zaczeka moję,Ażeby na nas zacząć ucztę swoję.Latał, i siadał, i znowu się zrywał,I coraz, coraz bliżej oblatywał.Wciąż mi on lecąc czernił się na niebie,

750 A raz tak blisko ujrzałem go siebie,Żem mógł z łatwością silny raz mu zadać,Gdybym choć najmniej mógł był sobą władać.Słaba jednakże walka z pęty memi,Lekki ruch ręki, skrzyp drapanej ziemi,

755 Krzyk mój ochrzypły, z trudem wydzierany,Co nawet nie wart głosem być nazwany —Spłoszyły kruka: trwożnym pierzchnął lotem...Odtąd już nie wiem, co się działo potem.Sen mój ostatni był jak gwiazda lśniąca,

760 Co wdzięcznie zdala, znów bliżej krążąca,Wciąż mi się wolnem przemykała snuciem.Żyłem tem zimnem, płynnem, stęgłem czuciem,Co nas przy zmysłów ożywia powrocie: —Znów głębiej w śmierci tonąłem ciemnocie,

765 I znów na chwilę życie-m czuł na nowo,Chwilowo boleść i ulgę chwilowo,Znów zimna niemoc serce lodem ścisła,Raz po raz jakaś iskra z mózgu trysła, —Tchu mi zabrakło — dreszczem bólu drżałem,

770 Jeden puls, — oddech — i już czuć przestałem.

»Budzę się — gdzieżem? — cóż to za źreniceTak silnie w moje wpatrują się lice?Istotnież ja to pod dachem przebywam?Istotnież w izbie — na łożu spoczywam?

775 Ludzkież to oko? w ziemskim-że to wzrokuTyle jasności i tyle uroku?Zamykam oczy i jeszcze się boję,Czy w męcie myśli dawnych widm nie roję?Z długiemi włosy, hoża, wdzięczno-lica,

780 Czuwa siedząca przy ścianie dziewica;Już w pierwszej chwili mojego ocknienia,Silniem był uczuł iskrę jej spojrzenia.Dzikiem i czarnem we mnie wryta okiem,Rzewnym, litośnym zda się błagać wzrokiem.

785 Patrzę się — patrzę — i widzę nareszcieI twarz istotną i rysy niewieście.Czuję, że żyję, i że już na puszczyPastwą żarłocznej nie zostanę tłuszczy.Młode kozackie dziewczę, ledwie zoczy,

790 Że z trudem chore znów roztwieram oczy,Wdzięcznym swą radość objawia uśmiechem, —A gdy chcę mówić, zbliża się z pośpiechemZ palcem na ustach, daje znak milczenia,Abym wszelkiego strzegł się wysilenia,

795 Na słaby nawet ruch się nie zdobywałI do sił zwrotu w milczeniu spoczywał.Bierze mię za puls, szuka go i bada,Podgłówki moje dokładniej układa,

Z izby się kroki wymyka cichemi,

800 I drzwi odchyla i szepce za niemi.Żaden głos w życiu nie brzmiał mi tak miło;W jej chodzie nawet coś dźwięcznego było!Ale że wszyscy jeszcze w chacie spali,Wyszła więc z izby, i jeszcze raz z dali

805 Troskliwem na mnie okiem się spojrzałaI jeszcze drugi niemy znak mi dała,Bym się nie lękał, gdyż ludzie są bliscy,A wszyscy pewni i chętni mi wszyscy,Każdy z nich zaraz na mój głos się stawi,

810 I ona także niedługo zabawi.Wyszła, a wtenczas, gdy ją z ócz straciłem,Czułem dopiero, jak samotny byłem.

»Przyszła, rodzice przywodząc mi swoje...Ale już dłużej nudzić się was boję;

815 A jeszcze prawić byłoby nie mało,Co się tam ze mną wśród kozaków działo.W dzikiem mię, pustem znaleźli bezdrożu,W najbliższej chacie złożyli na łożu,Do zmysłów, życia, powrócili z trudem,

820 Nato, bym kiedyś ich zarządzał ludem.Dumny mnie głupiec i przemyślny w karzePognał w głąb dziczy w całym zemsty żarze,Bym w pętach, nagi, we krwi, bliski zgonu,Pędząc przez stepy, dobiegł aż do tronu!

825 Któż przejrzy w świecie, co mu los przeznacza?Niech więc nikt z naszych nie słabnie, rozpacza:Jutrzejszy ranek może nasze konieUjrzeć za rzeką, na tureckiej stronie.Nigdym tak żadnych nie uwielbiał fali,

830 Jak Dniepr uwielbię, gdy nas już ocali.Dobra noc, bracia!« — I wraz z słowy temiStarzec, jak długi, kładzie się na ziemi,

Naprędce liściem zasłanej dębowym, —Łożu dla niego ni twardem, ni nowem;

835 Na sen mu bowiem miły i swobodnyKażdy był zakąt, każdy czas dogodny.Tak spał i teraz. — Król się nie odwrócił,By mu choć jedno grzeczne słówko rzucił.Lecz się nie dziwcie! — Z zbyt prostej przyczyny

840 Karol tak milczał: — zasnął od godziny.

Nadeszła ranna na okręcie warta,Płynęła nawa lekko kołysana,A za nią fala połyska rozdarta,Jak w skiby pługiem olbrzymim orana.

5 Przed nawą tylko sinych wód przestworza,Poza nią wyspy australskiego morza.Cicha noc kona, jej cienie ruchomePo oceanie rozproszyła zorza;Delfiny, jakby przyjścia dnia świadome,

10 Pływały chyżo, promieni łakome.Gwiazdy, w błękicie wód odbite jasno,Już przed jaśniejszym świtu blaskiem gasną;Ciemne wprzód żagle znowu zabielały,I wiatry świeższym oddechem powiały.

15 Słońce zwiastował ocean czerwony,Lecz nim dzień błyśnie, — ma być czyn spełniony.

W swojej kajucie spoczął wódz waleczny,We wybór straży zaufał bezpieczny;We śnie Albjonu widział brzegi lube,

20 Trudów nagrodę i zapasów chlubę,

Bo swoje imię w tych umieścił rzędzie,Co śledzą drogi przez biegunów lody;Przebył najgorsze i resztę przebędzie,Dlaczegóż nie miał użyć snu swobody?

25 Ale niestety! na jego pokładzieNiechęć o czarnej już przemyśla zdradzie;Jego żeglarzy tęskni umysł młodyDo owych wysep słonecznego świata,Gdzie kobiet wdzięki równe żarom lata;

30 Oni, swych ojców rzuciwszy spuścizny,Zdawna od własnej odwykli ojczyzny,I napół dzicy, dzikich ludzi grotyNad fal niepewnych przenoszą kłopoty.Słodkie owoców dojrzałych syropy

35 I las, co ludzkiej jeszcze nie zna stopy,Pola zasiane z obfitości roga,Kraj, gdzie nie gniecie żadna przemoc sroga,Chęć, której wieki w ludziach nie wygaszą:Nie poznać pana, oprócz własnej chęci,

40 Te młode dusze do tych wysep nęci,Gdzie warstwy złota lice ziemi kraszą,Gdzie każda grota jest domem swobody,Każdy krok wolny, — gdzie ogrodem niwy,Gdzie cały naród jest dzieckiem przyrody,

45 Wesoły, wolny, dziki, lecz szczęśliwy.Tam muszla, owoc i czółenko małe,To wszystkie skarby, to bogactwo całe;Łowy, żegluga — jedynem igrzyskiem,A Europejczyk najnowszem zjawiskiem...

50 Taki był kraj ten, którego pragnęli;Drogo te żądze okupić musieli.

Wstań, śmiały Blaju! Wróg się stawia groźno!Wstawaj! o, wstawaj! — Niestety, za późno!

Już przy twym boku orszak buntowniczy

55 Obwieszcza bezrząd, miota się i krzyczy;Ty sam spętany; do twojego serca,Dłonią, co drżała na dźwięk twojej mowy,Przykłada bagnet zuchwały morderca.Już dziś twój rozkaz do pracy nie znagli,

60 Nie rządzi sterem, nie rozwinie żagli:Już cię na pokład wloką okrętowy,Chcą dziką wrzawą stłumić głos, co woła,Że swą powinność zdeptali niegodnie;Patrząc na wodza, w swoję własną zbrodnię

65 Zaledwie trwożny wzrok uwierzyć zdoła;Bo wprzód sumienia człowiek nie ukoi,Aż trunek zbrodni — wściekłość go upoi.

Nieustraszony, choć ci śmierć zagraża,Darmo tych wzywasz, co ci jeszcze wierni;

70 Ich liczba mała, przemoc ich zatrważa,Ulegać muszą rozhukanej czerni.Napróżno głos twój o przyczynę bada:Tylko przekleństwa krzyk ci odpowiada,Nad tobą szable błyszczące się jeżą,

75 Omal ci bagnet gardła nie przewierci,A wszystkie lufy w twoje piersi mierzą,I w każdym ręku tkwi narzędzie śmierci.Ty sam wołałeś: »Ognia!« — lecz ci twardzi,Choć już z litości swe serca wyzuli,

80 Jeszcze dla męstwa podziwienie czuli;Czy, że w człowieku, chociaż prawem wzgardzi,Pomimo woli jeszcze pozostanieDla dawnych władców swych uszanowanie, —Dość, że nie chcieli jeszcze rąk swych krwawić,

85 Wolą na pastwę falom cię zostawić.

»Odsadzić czółno!« zagrzmiał okrzyk głośnyKtóż: »Nie!« odkrzyknie w zgrai rozhukanej

W pierwszej zwycięstwa godzinie radośnej,Wśród saturnaljów władzy niespodzianej?

90 »Odsadzić czółno!« — i rozkaz się iściZ całym pośpiechem wrzącej nienawiści.Teraz cię tylko deska kruchej łodziDzieli od śmierci, — a jej przybór całyPrzyrzeka spełnić na morza powodzi,

95 Czego ich dłonie dokonać nie śmiały.Wreszcie na prośby tych, co nie widzieliŻadnej nadziei śród morza topieli,Tyle ci wody dodano i chleba,Ile do śmierci powolnej potrzeba;

100 Sznurów i żagli i płótna dodali —Och! to są skarby dla wędrowca fali! —Wreszcie bieguna drgającego sługę:Kompas, co duszą ożywia żeglugę.

Teraz naczelnik, co się sam okrzyknął,

105 Zawołał: »Pijcie!« i z kielicha łyknął,Bo nigdy gardła nie potrzeba suszyć,Cudze i własne chcąc sumienie zgłuszyć;»Wódki rycerzom!« Burke niegdyś wołał, —Zaprawdę, droga wilgotna do sławy!

110 I bohaterów zbuntowanej nawyWśród takiej mety któżby wstrzymać zdołał?

»Do Otahajty!« — głos łamie się w krzykach...Och! jakże zdziwią głos ten w buntownikach?...Pogodnej wyspy mieszkania gościnne,

115 Łagodne serca i święta bez pracy,Skarby prostacze, rozkosze niewinne, —Do tegoż tęsknić mogą ludzie tacy?Majtek, do trudu przywykły i znoju,Którym po fali każdy wicher miota,

120 Po świeżej zbrodni śmie pragnąć spokoju,Jaki w nagrodę ledwo zyska cnota?Takim jest człowiek! — Jedne wszystkich cele,Tylko do mety dróg prowadzi wiele;Kraj, urodzenie, obyczaj, majątek,

125 Nawet uroda kształtują nam życie, —Bardziej na czynów oddziałają wątekNiż cała wiedza o pośmiertnym bycie:Lecz jest głos jeden, który każdy słyszy,U jakichkolwiek świątyń klęka proga,

130 Wśród zgiełku sławy i wśród zysków ciszy, —Ten głos sumienia — to wyrocznia Boga.

Łódkę przepełnia ta garstka do zbytku,Co towarzyć chce wodza niedoli.Reszta pozostać musi mimo woli

135 W dumnym okręcie, moralnym rozbitku.Ze łzą litości ci los wodza widzą,Drudzy nikczemnie z jego nieszczęść szydząNa widok łódki lichego pozoru,Co, choć tak mała, tak pełna naboru,

140 Marny Nautilus, w skorupianej łodziStatkiem i majtkiem sam sobie być zdolny,

Jak jasna nimfa błękitnej powodzi,Mniej jest ułomny, ach! i bardziej wolny!On, kiedy burza na morzu szaleje,

145 Port swój bezpieczny znachodzi w głębinie,I szydząc, z ludziej armady się śmieje,Co światem wstrząsa, a od wiatrów ginie.

Gdy wszystko było już przygotowanemI już buntownik został nawy panem,

150 Majtek, wzruszony nieszczęścia widokiem,Okazał żal, co jeszcze bardziej drażni:W dawnego wodza łzawem utkwił okiem,Dając znak niemy bezwładnej przyjaźni,Wreszcie mu zwilżył pomarańczy sokiem

155 Usta spieczone przesileniem kaźni;Za to też przy nim pełnił straż niedługo,Reszta litośną nie zgrzeszy przysługą.Naprzód wystąpił zuchwały młodzieniec,Dawnego wodza niegdyś ulubieniec;

160 Wołał, na łódkę pokazując groźno:»Precz stąd! bo wkrótce być może za późno«!Jednak do gruntu czucia nie wyziębił,A słowem zdradził, co w sercu zagłębił;W ostatniej chwili, gdy się zbrodnią mazał,

165 Co krył przed mnóstwem, jednemu okazał:Gdy Blaj z surowem pytał go obliczem:»Gdzie twoja wdzięczność? Gdzie nadzieje śmiałe,Że twoje imię nieskalane niczemZapłonie jasno ojczyźnie na chwałę?« —

170 Jemu rozpaczą usta drgnęły wściekle:»Och! tak! — wykrzyknął — jestem w piekle! w piekle«!

Nic nie rzekł więcej, i wpychał do łódkiSwojego wodza i falom powierzał...To jego słowa, lecz choć dźwięk ich krótki,

175 W nich jego myśli cały ogrom leżał.

Północne słońce coraz okazaléjZ fal się podnosi; już się wiatr uciszał,Jak po eolskiej harfie tylko dyszał,I cichem skrzydłem popędzał po fali.

180 Samotna łódka do odległej skały,Co świeci tylko jak obłoczek biały,Po źwierciadlanej zwolna płynie szybie...Z swoim okrętem nigdy się nie zdybie!Lecz my nie będziem pieśnią nieszczęść głosić,

185 Które ma łódka skołatana znosić:Dni niebezpieczeństw i nocy niewczasów,I nadaremne męstwo śród zapasów,Gdy głód tak siły zniszczył do ostatka,Że jużby syna nie poznała matka, —

190 I innych jeszcze różnych klęsk tysiące,Co jak głód straszne i jak głód trawiące,Fale, co grożą raz pogrążyć na dno,To znów, łaskawsze, już się ciszej kładną,To ryczą groźnie, to zaszumią smętnie,

195 I tylko sile ulegną niechętnie;To już gorączka pragnienia, niemocy,Co każdą chmurę jakby źródło wita,I chciwie każdą kroplę deszczu chwytaSinemi usty, w burzą grzmiącej nocy,

200 I z mokrych żagli łakomie wyciskaWilgoć, co nowym życia zdrojem tryska;To znów wróg dziki, przed którego złościąChyba gościnne morza chronią wody, —Aż gdy do trupów podobni bladością,

205 Wrócą, namorskie rozprawiać przygody,

Których gdy dzieje wysłucha tułacze,Mąż się przelęknie, niewiasta zapłacze.

My ją własnemu zostawim losowi,Rychło się Albjon o jej krzywdzie dowié;

210 Złamana karność i zdeptane prawoWołają pomsty. — My powieścią nasząZa buntowników popłyniemy nawą;Dalekiej zemsty groźby ich nie straszą...Chyżo po fali — daléj! daléj! daléj!

215 Do lubych brzegów! Znów będą witaliKraj, gdzie praw niema, a gdzie rządzi zgoda,Gdzie tych zuchwałych przynęca przyroda,Wabi kobieta, przyrody bogini;Gdzie prócz sumienia nikt ich nie obwini,

220 Gdzie wszyscy dzierżą równe części ziemi,Gdzie chleb, jak owoc, na drzewie się plemi,Gdzie niema sporu o las, pola, rzeki,I gdzie bez złota złote kwitły wieki,Nim Europejczyk od północy śniegów

225 Z darem kultury przybył do tych brzegówI obyczaje dzikie ich uprawił,I w spadku swoje zbrodnie im zostawił.Precz z tym widokiem! Nam dzisiaj potrzebaZnać ich takimi, jacy przedtem byli.

230 »Do Otahajty!« — bije okrzyk w nieba;Ślizga się okręt, i właśnie w tej chwili

Wiatr się podnosi, — żagle, wprzód zwieszone,Już się jak łuki wzdęły naciągnione,I przy fal szumie i przy majtków gwarze

235 Okręt jak strzała sine pruje tonie.Tak niegdyś Argos do dziewiczem łonieEuksynu snuł się, lecz jego żeglarzeWstecz ku rodzinnej poglądali stronie...Ci od ojczyzny stronią swoją jazdą,

240 Jak kruk Noego, gdy wyleciał z arki, —A jednak dzielić chcą z gołębiem gniazdo,W jarzmo miłości dumne zgiąwszy karki.

Jak mile dźwięczy pieśń Toobanaju,Gdy słońce tonie w swem łożu z koralów!

245 Chodźmy do wyspy cienistego gajuSłuchać turkawki gruchających żalów;Dziewczęta mówią, że jej skargi rzewneJak z Bolotoo głosy bogów śpiewne.Narwiemy kwiatków, gdzie umarły leży...

250 Kwiat najpiękniejszy na grobie rycerzy!Siądziem o zmroku, aby patrzeć w laskuNa drzewo tua przy miesiąca blasku;

Pod drzewem westchnień samotnie usiędziemI smutnej skargi smętnie słuchać będziem;

255 Pójdziem na wzgórza, usiądziem na darnieI będziem patrzeć na walczące marnieBałwany morza z olbrzymiemi skały,Co odtrącają słupy z piany białéj.O! jak to pięknie! O! jak ci szczęśliwi,

260 Co z życia walki wyszli cali, żywi,I teraz lubią patrzeć na tę wojnę,Gdzie, oprócz morza, tak wszystko spokojne!Nawet ocean czasem lubi ciszę.Gdy księżyc fale do snu ukołysze.

265  Grobowe kwiaty będziemy zrywali,Będziem jak nieba mieszkance weseli;Potem w szumiącej zanurzym się fali,Potem na darniów wypoczniem pościeli;Potem na członki wilgocią błyszczące

270 Będziem olejki wylewać pachnące,I kwiecie z mogił rycerzy, grobowe,Spleciem na wianek i włożym na głowę.Lecz noc się zbliża, i Moa nas woła,Słychać już pieśni i widać już tańce;

275 Świecą na łące pochodnie, kagańce,Przy ogniach pląsa drużyna wesoła.I my też będziem w tym tańcu się kręcić,Będziem weselem pamiątkę dni święcić,Nim Fidżi w konchę zatrąbił, gdy w łodzi

280 Pierwszy raz fala nam wrogów przyniosła;Przez nich — o! biada — kwiat poległ nam młodzi,Przez nich nam niwa burzanem porosła,I znikła rozkosz, co serce zachwyca,Błądzić z kochanką przy świetle księżyca.

285 Lecz niech tak będzie. — My dzisiaj ich ucznie,Dzierżym maczugę, łuk, strzały i włócznie,Niech zbiorą plony nauki swej hojne...Hej! dzisiaj w pląsy! a jutro na wojnę!Z pełnych puharów dziś do dna wypijmy!

290 Jutro już może mogiła nas czeka.Dzisiaj lekkiemi się szaty okryjmy,Niech biały tapa nam biodra powleka;Dzisiaj w czerwone przystrójmy się róże...Na czołach kwiaty, — w sercach wojny burze!

295  Skończone pląsy. — Ach! jeszcze choć chwilaNiechaj ten uśmiech wam twarze umila!Na jutro Moa już wzywa rycerzy,Lecz ta noc jeszcze miłości należy!Raz jeszcze krasne podajcie nam wianki,

300 O wy, czarowne Likoo mieszkanki!Jak piękny kształt wasz, co kochać przymusza!Do was się zmysły, do was garnie dusza!Wyście jak kwiaty Mataloku błoni,Co ślą na morze fale swoich woni...

305 Hej! do Likoo! O, ty serce moje!...Ale cóż mówię? — Wszak jutro na boje...

Od takich pieśni gaje wyspy brzmiały,Nim tutaj wiatry Europę przywiały.Och! i tu wprawdzie lud miał wady swoje,

310 Lecz tylko te, co są dziećmi natury:To wady dzikich, — my mamy oboje,Kojarząc podłość obłudnej kultury

I barbarzyństwa grzech przedpotopowy.Kto widzi chytrość, co ster władzy trzyma,

315 I modły Abla przy czynach Kaima,Wyzna, że stary świat gorszy niż nowy,I ten nowego czcze już nosi imię! —Chyba gdzie owe bliźnięta olbrzymie,Dzieci wolności, Kolumbji narody,

320 Gdzie Czimborasso, co w chmury pomyka,Okiem Tytana widzi lądy, wody,Lecz nie obaczy nigdy niewolnika.

Takie tu brzmiały z dni dawnych powieści,Na zmarłych chwałę, ku rycerzów cześci,

325 Po których czynach, sławy świat jedyny,Zostały pieśni, co śpiewały syny.A pieśń swych dźwięków półboskim urokiemStrzeże pamiątek przed natrętnem okiemI całe dzieje melodji powierza.

330 Achil, chłonięciem gdy w struny uderza,Lutnią Centaura wielbiąc przodków czyny,Uczy się śmielsze zdobywać wawrzyny;Bo nuta gminnej pieśni lub ballady,Zwiana ze skały, ponad traw kobiercem,

335 Albo ze szmerem zmieszana kaskady,Więcej ma władzy nad słuchaczów sercem,Bardziej podnosi niż wszystkie kolumny,Które zdobywca stawia sobie dumny.

Bo kiedy martwe hieroglify trudzą,

340 Albo w domysłów plątają rozsnucia,Lub gdy historji grube tomy znudzą, —Wabi nas piosnka, pierwszy kwiat uczucia!Dzikie to pieśni — lecz taka pieśń dzikaTowarzyszyła w zdobywczym pochodzie

345 Niezwyciężonej broni Normandczyka;I takie pieśni w każdym są narodzie,Tam, gdzie miecz obcych nie zaniósł tyranów,Ani oświaty, ani też kajdanów...Wszakże i naszych poetów potęga,

350 Gdy serca wzruszy, już wyżej nie sięga.

Takie tam słodkie, nieuczone pieniePrzerywa niebios rozkoszne milczenie,Luby spoczynek przedwieczornej chwili,Gdy letnie słońce z południa się chyli,

355 Każdy krzew kwitnie, wonieje powietrze,I każda palmy gałązka się chwieje,I fala w cichym kołysze się wietrzeI do skalistej groty chłód swój wieje,Gdzie dźwięcznych pieśni nadobna królowa

360 Z obcym młodzieńcem przed skwarem się chowa,Ucząc się błogich kochania katuszy,Któremi serca najsilniej pałają,Co jeszcze końca miłości nie znają,I tak się cieszą nowym ogniem w duszy,

365 Jak męczennicy swym ofiarnym stosem;I zachwyceniem takiem się unoszą,Że śmierć im życia największą rozkoszą, —Szukają śmierci, toteż śmierć ich losem.

Bo nad te cudne wybuchy serdeczne,

370 Nic niemasz w życiu, ani nawet w myśli,Ni we śnie nawet, gdy nam nieba kreśli, —Nic nad miłości zachwycenie wieczne!

Tam w grocie dziewczę siedzi na murawie,Wzrostem kobieta, wiekiem dziecko prawie,

375 Jak to w tych zimnych krajach się nazywa,Gdzie nic prócz zbrodni rychło nie dojrzéwa.Młodziuchna córka młodzieńczego świata,Urocza, wrząca, dojrzała nad lata.Ciemna jak nocne niebo od gwiazd lśniące,

380 Lub jak jaskinie kruszcami iskrzące.W oczach czar jakiś niewypowiedziany...Piękna, jak Wenus, kiedy wyszła z piany!Taka lubieżna, jak przedsenne chwile,A jednak wrząca w pełnej życia sile,

385 Kiedy w jej ciemnej zwrotnikowej twarzyWymowny wstydu rumieniec się żarzy,I przez tę słońcem opaloną szyjęJej krwi jaśniejsza barwa się przebije.Tak błyszczy koral przez ciemne tło morza

390 I wabi nurka w czerwone swe łoża, —I taką była ta córka Australji,Szybka i zwinna, podobna do fali,Gdy cudze szczęście, niby łódkę, pławi,Nie znając troski, prócz drugich cierpienia...

395 Dla niej rozkoszą, kiedy rozkosz sprawi.Zimny, probierczy kamień doświadczenia,Co śliczne barwy ze wszystkiego ściera,Jeszcze jej żadnej złudy nie odbiera;Złe jej nie trwoży, ona nie zna złego,

400 Lub, jeśli znała, nie pamięta wcale;

Jej łzy i uśmiech bez śladu przebiegą,Jak wietrzyk, kiedy ciche zmarszczy fale:Głębi nie wzruszy, a gór źródła hojneZnów je wygładzą, znów cieką spokojne;

405 Aż gdy podziemny wulkan wstrząśnie lądyI do dna grotę rozedrze Najady,Źródła zasypie, i jeziora prądyZamieni w bagno, gdzie mieszkają gady!Takaż jej przyszłość? — Do zmian i zagłady

410 Wszystko, co ludzkie, wiecznym dąży ruchem,A człowiek pada tak, jak padną światy, —Lecz sprawiedliwy wstanie śród zatraty,By nad słońc zgliszczem wiecznie świecić duchem.

Lecz któż jest przy niej wśród skalistych ciemni?

415 Piękny młodzieniec, syn błękitnookiWysp więcej znanych, ale dzikich nie mniéj:Zimnej północy młodzian jasnowłosy,Dziecko Hebrydów, gdzie wartkie potokiDo ciemnych jezior toczą lodów stosy.

420 On, od powicia burzą kołysany,Duszą i ciałem przywyknął do gromu.Z dziecka na wzdęte poglądał bałwany,Z dziecka na morzu już czuł się jak w domu;Morze piastunem było mu młodości,

425 Morze towarzysz jego samotności,Z niem nieraz gwarzył na jałowej skale,Lub puszczał łódkę na wiatry, na fale!Góralskie pieśni w jego duszy grały;O los nietrwożny, wiódł żywot tułaczy,

430 Mężny w nieszczęściu, a w nadziejach śmiały,Wszystkich już uczuć doznał, prócz rozpaczy.

Gdyby był w puszczy arabskiej się chował,Byłby najśmielszym synem pokolenia,Byłby po piaskach z wielbłądem żeglował,

435 I jak Izmael znosił żar pragnienia;Na brzegach Chili zostałby kacykiem,Na greckich górach kleftem, buntownikiem;Zrodzon w namiocie, byłby Tamerlanem,Na tronie może zaś tylko tyranem;

440 Bo jak do władzy kto się przedrze steru,Gdy własnym żądzom już nie znajdzie żeru,W siebie się zwraca i trawi sam siebie,Aż z tortur duszy znów rozkosz wygrzebie.Nero, co Rzymu największą sromotą

445 I wiecznej hańby stał mu się pomnikiem,Zrodzony w niższym stanie, może cnotąByłby się zrównał ze swym imiennikiem;Zostaw mu nawet i złość jego całą,Jakże bez tronu mógłby szkodzić mało!

450 Ty się uśmiechasz, że ja w moim rymieNazbyt wysoko w porównaniach dążę,Kiedy do takich wielkich imion wiążęNieznajomego ci człowieka imię,Który nic nie wie o sławie, lub Rzymie,

455 Ani o Grecji, ni arabskiej puszczy...Śmiejesz się? Dobrze! Lepiej się uśmiéchać,Niżeli miałbyś płakać, albo wzdychać.Jednak on wyższy był od gminnej tłuszczy,On był z tych ludzi, którzy idą przodem,

460 I w innych czasach, z innych krajów rodem,Mógł bohaterem zostać lub despotą,Narodu chwałą, albo też sromotą...Lecz to marzenie! Nie mów, czem być zdolny,Lecz czem jest teraz? — To hoży młodzieniec,

465 Torkwil, buntownik, — jak fala tak wolny,Toobanajskiej córki oblubieniec.

On siedział z Neuhą i patrzał na wody;Zacnym się rodem piękna Neuha szczyci:Och! bo i tutaj są wysokie rody,

470 Chociaż na tarczy żaden herb nie świéci...Niech się szyderczo śmieją heraldycy!Lecz jej ojcowie, dzielni wojownicy,Słyną wśród nagich tej wyspy rycerzy;Ich groby dotąd stoją wzdłuż wybrzeży,

475 Gdy, Achillesie! twojego grobowcaNapróżno oko dziś szuka wędrowca...Gdy cudzoziemców, zbrojnych piorunami,Przyniosły łodzie wieńczone ogniami,Z drzewem, co jeszcze wyższe niż palmowe,

480 Korzeniem wrasta w spokojne lazury,A gdy wiatr fale zamąci perłowe,Szerokie skrzydła rozpuszcza jak chmury,

I niby miasta po morzu pływają,Aż same fale mniej wolne się zdają, —

485 Neuha się ślizga w swojej lekkiej łodziSzybko po falach, jak reny po śniegu;To białe piany wiosełkiem rozgrodzi,To jak Nerejda wypluśnie, to pierzchnie,Widzi olbrzyma, co wali do brzegu,

490 Patrzy, durnieje. — Okręt na kotwicyJuż się na fali położył powierzchnie,Jak lew na słońcu; wkoło niego dzicySuująSnują się w łodziach, gwarzy rój wesoły...Tak nad lwem śpiącym letnie brzęczą pszczoły.

495  Przybyli biali — i światu staremuNowy świat podał ogorzałe dłonie;Wprzód dziwowiskiem był jeden drugiemu,Nim podziw przyjaźń rozpalił w ich łonie;Dzicy ich mile przyjęli jak braci,

500 Uprzejmość dziewic jeszcze bardziej wróżyUczucia wspólność; już synowie burzyZnachodzą piękność w ich ciemnej postaci,Tamtym się bladość podoba ich lica.W krajach bez śniegu białością zachwyca.

505 Łowy, gonitwy, mieszkańców gościnność,Która w dom własny wszystkie zmienia strzechy,Nocny spoczynek i dzienne uciechy,Sieci rybackie i czółenek zwinność,Niedoścignionych pośród morskiej jazdy,

510 Gdzie z fal błękitu świecą wysep gwiazdy;Palma, najwyższa tych gajów Dryada,Karmiąca Bakcha u swojego łona,

(Orzeł tak chyżo gniazda nie zakłada,Jak jej wierzchołka winnica zielona);

515 Korzenie jamu i orzech kokosu,Co czarą, mlekiem i ziarnem jest razem,Chlebowe drzewo, nieżętego kłosuPlon nieposiany, w ziemi, co żelazemOracz nie kraje, bez pieca, piekarza,

520 Hojnym owocem zbieracza obdarzaI głód na zawsze od tych miejsc oddala;Co las udziela, co użycza fala,Luba samotność, rozkosz towarzyska,Ludzie szczęśliwi, chociaż mniej rozumni, —

525 Tak ich do tego przykuli siedliska,Że już się z nimi zbratali ci dumni;I tyle na nich sprawił wdzięk natury,Że ułagodził i syna kultury.

Tu, choć par wiele wije sobie gniazdo,

530 Neuha i Torkwil najpiękniejszą byli!Wysep mieszkańce, chociaż się rodziliZdala od siebie, lecz pod jedną gwiazdą,Morzu przyjazną, — oboje karmiłaJednych widoków czarująca siła,

535 A mimo losu późniejszych wydarzeń,Serce wciąż wraca do najrańszych wrażeń.Kto patrzał z młodu na gór sine szczyty,Każdej się skały widokiem rozczuli,Uściskiem duszy jej twarde granity

540 Jak przyjaciela do serca przytuli.Długo wśród obcej jam błądził krainy,Kochałem Alpy, czciłem Apeniny,

Wielbiłem Parnas, Olimp niebotyczny,Widziałem Idę Jowiszowi świętą, —

545 Lecz nie sam wieków urok historyczny,Ni wdzięk natury tu mi był ponętą:Tu mi w pamięci młodości początki,Tu mi odżyły szczęśliwsze dni moje!Wraz z Idą patrzał Loch-na-gar na Troję:

550 Z frygijską górą celtyckie pamiątki,Z kastalskiem źródłem szkockie mieszał zdroje.Przebacz, o Febie! Przebacz mi, Homerze!Przebaczcie, greckie wy góry i wody!Że was uwielbiać, że was kochać szczerze

555 Jam od północnej uczył się przyrody.

Miłość, co wszystko swym wdziękiem przystraja,Młodość, co tęcze po powietrzu ściele,Przebyta walka, co tak uspakaja,Że i niszczyciel spocznie w swojem dziele;

560 Piękność, co wzrusza najtwardsze umysły,Jak błyskawica, kiedy w stał uderza, —

To wszystko łączy w jeden związek ścisły,Napół dzikiego z tą zupełnie dziką,I w jednę duszę tych dwie dusz sprzymierza.

565 Już mu z pamięci krwawe znikły boje,Z walki rozkoszą i gromów muzyką;Nie trawią duszy wrzące niepokoje,I orzeł w gnieździe już nie ostrzy dziobu,I bystrem okiem i skrzydłem zuchwałem

570 Nie szuka łupu. On chciałby do grobuŻyć tem rozkoszy życiem zniewieściałem,Co urny męża laurem nie zaszczyci;Laur więdnie, jeśli krew go nie podsyci,Lecz gdy popioły złożą w padół ciemny,

575 Czyliż cień mirtu będzie mniej przyjemny?Gdyby, nie znając nic oprócz miłości,Cezar był tylko Kleopatrę ściskał,Rzym byłby swojej nie stracił wolności,A on nad światem berłaby nie zyskał.

580 Lecz cóż z tych wszystkich Cezara wawrzynów?Cóż-li dla świata przysporzą ci krwawi?Och! wstyd ludzkości, wstyd jej takich synów!Ich sława tylko kajdany nam rdzawi,Choć sława, rozum, wolność, przyroda, kazały

585 Czynić zbudzonym krociom, co ów Brutus śmiały.Zgoń te szydercze ptaki, dumnych władców sługi,Z konarów wzniosłych, gdzie już siedziały czas długi.ChoChoć ścigają nas sowy drapieżne, wyrodne,My bierzem za sokołów to ptastwo niegodne,

590 Kiedy wolności słowo tych straszydeł zgrajęWnet spędzi, jak ich bojaźń jawnie się wydaje.

Dziewica wyspy już siebie niepomna,Cała kobietą, cała jest miłością!Tu zimny świat jej nie rani zazdrością,

595 Ani ją rzesza otacza nieskromnaGłupich pochlebców, podłych zwodzicieli;Tu cnót przedrzeźniać nikt się nie ośmieli,Ani tu kiedy urągał szydercaWierności, szczęściu, lub czułości serca.

600 Naga w uczuciach, jak naga z postaci,Stała, jak tęcza wzbita ponad burze,Co mieniąc barwy, piękności nie traci,I jakbądź łuk swój rozpina na chmurze,Zawsze błękitu wyłoni przezrocza,

605 Wiecznej miłości zwiastunka urocza!

Gdzie o skał grotę łamały się cudnieBałwany morza, tam skwarne południeSpędzili razem; czas mijał z pośpiechem,Bo go zegara nie przerywa bicie,

610 Co na minuty codzień dzieląc życie,Szydzi z człowieka swym żelaznym śmiechem.Dla nich przeszłości, ni przyszłości niéma,Ich teraźniejszość w swoich więzach trzyma;Ich chwil obrazem, ich czasu wymiarem,

615 Piasek, co ciecze, lub fale, co płyną.Na niebios bani słońce im zegarem,Godzin nie liczą: dla nich dzień godziną,Słowików chóry — ich dzwony nieszporne —Śpiewają różom swe pieśni wieczorne.

620 Słońce zachodzi nie zwolna i blado,Jak się w północnych krajach słońca kładą,

Ale pełniejsze, gorętsze i krwawsze,Jakgdyby ziemię żegnało na zawsze;Jakby w grób skacząc bohaterskim zgonem,

625 W morzu się czołem zanurza czewonemczerwonem.Oni powstali, — wprzód po nieba globie,A potem w oczy popatrzyli sobie,Dziwiąc się, czemu słońce już nie świeci?Czy też doprawdy dzień tak szybko leci?

630  Cóż w tem dziwnego? — Pobożny nie zważa,Jak się świat wkoło niszczy i przetwarza:On nie na ziemi, lecz w marzeniach żyje,Nim umrze ciałem, duch w niebo się wzbije;Czyż mniejsza władza miłości? Jej droga

635 Prowadzi także do góry, do Boga.Kto po niej kroczy, w kochanej istocieLepszą połowę widzi własnej duszy,Ogień przy rzewnej tlejący tęsknocieBucha pożarem w uniesień katuszy,

640 A czułe serca, jak braminy, wkołoObsiędą stosy i giną wesoło.Często, samotni przy natury krasieZapominamy o sobie i czasie,Gdy wody, lasy w uroczej ustroni

645 Z naszym umysłem rozmawiają o niéj!Och! czyż nie żyją i gwiazdy i góry?Czyliż we falach także niema ducha?Czyż las nie jęczy? Czyż nie płaczą chmury?Czyliż jaskinia cichych łez nie roni? —

650 Dusza ogniwem jest stworzeń łańcucha,I nim proch jeszcze otrząśnie poziomy,Dąży tam, kędy wszechświata ogromy.

O! otrząś, otrząś ten pył, co tak ciężyłA duszą w górę! A coraz to wyżej!

655 Któż, kiedy w jasne niebo wzrok wytęży,Myśli o sobie? Któż, choć patrząc niżej,Myślał o sobie, póki umysł młodyNie uczuł wzgardy, bo nie doznał szkody?Sercu, w doświadczeń szkole nie ćwiczonem,

660 Natura państwem, a miłość jest tronem.

Wstali; zmrok spłynął do skalistej groty,Wieczorną rosą sperlone kamienieOdźwierciadlają złote gwiazd promienie;A kochankowie, wolni od tęsknoty,

665 Dzieląc spokojne natury, uciechy,Idą pod palmą swojej szukać strzechy.To milczą, to się mile uśmiechają,Jak te przedmioty, co ich otaczają.Cudny jak miłość był widnokrąg cały,

670 I fale morza tak cicho szumiały,Jak szumi muszla swoją skargą smętną,Kiedy za głębią wód zatęskni mętną;Kwili, jak dziecko za matką w oddali,I żąda piersi karmicielki: fali. —

675 Do gniazd wracają ptaki na skał szczyty...I była senna cisza w ciemnym borze,I wkoło niebios tak czyste błękity,Jakby spokoju rozlało się morze.

Ale przez palmy, przez gęste platany,

680 Słuchaj!... głos jakiś przerywa milczenie...Wcale kochankom dźwięk niepożądany!Bo to nie wiatru wieczornego drżenie,Co ciche struny natury potrąca,Nie szelest liści, nie fala szumiąca,

685 Ani chór echa; ni też krzyk bojowy,Lub gwar daleki wojennych hałasów,Ani posępnej też monolog sowy,Wielkookiego pustelnika lasów,Kiedy skrzydłami o skały łopoce

690 I smutne pieśni w ciemne huczy noce, —Ale świst długi, przenikliwy taki,Jakim nad nawą morskie świszczą ptaki...A potem pauza, wreszcie naostatku:»Hop! hop! Torkwilu! A gdzieżeś to bratku?«

695 — »Kto tam?« — rzekł Torkwil i oczymi śledzi...»Ktoś!« — głos doleciał krótkiej odpowiedzi.

I w tejże chwili, z tejże samej gęby,Tu, wśród powietrza woni zwrotnikowej,Dziwnych zapachów jakieś wieją kłęby:

700 Nie jakie z grzędy wznoszą się fjołkowej,Lecz jak nad elu szklenicą lub groguSnują się chmurą u szynkowni progu, —

Z krótkiej fajeczki, która dymy swojeNa hemisfery już wiała oboje,

705 Przy cichym wietrze, lub huku piorunów.Już od Portsmouthu do obu biegunów,Pośród nawałnic, pośród gromów blasku,Wśród fali wycia i okrętów trzasku,Niewyczerpanie swoje dymy szare,

710 Śle dla Eola na stałą ofiarę.Jej właściciela — być może, że błądzę,Lecz filozofem, lub majtkiem być sądzę.Sławny tytoniu! Ty, co na okręcieDzielisz trud majtka, jak dzielisz w orjencie

715 Turka spoczynek na miękkim kobiercu,I równieś jemu drogim niebios darem,Jak opjum, albo pełny dziewic harem;Boski w Stambule! w Anglji miły sercu,Przedni we fajce, kiedy dymek bucha

720 Z ozdobionego bursztynem cybucha;Choć bardziej nęcisz, nakształt zalotnicy,Pod strojnej szaty zazdrośną kotarą,Jednak prawdziwi wolą miłośnicyNagość twych wdzięków. — Dajcie mi cygaro!

725 Z ciemnych zarośli, po niedługiej chwili,Ludzka ma postać na jaw się wychyli;

Nowo przybyły ukazał się w strojuTak dziwacznego koloru i kroju,Jakby był owych igrzysk uczestnikiem,

730 Które, gdy okręt staje pod równikiem,Wyprawia majtek na twą cześć, Neptunie!Już rydwan bożka na pokładzie sunie,Król oceanu od żeglarskiej rzeszy,Ucichłe pewno w ojczystych Cykladach,

735 Imię swe znowu słyszy przy biesiadach,I stary bożek igrzyskiem się cieszy,Co, choć udane, jednak wyobrażaDawną potęgę wszystkich wód mocarza. —Naszego majtka kaftan był pstrokaty,

740 W różnych kolorów pozszywany łaty.W niezgasłej fajce węgiel dogorywał.Idąc, gdy w ruchu jak okręt się kiwał,Żeglarz dawniejszy stan swój okazywał;Głowę obwiązał pstrym chustki kawałkiem,

745 Szyję i kark miał obnażone całkiem,A zamiast spodni, co służyły wiernie,Ale — gdy każdy las ma swoje ciernie —Zdarły się teraz, miał słomianą matę;Również nagradzał kapelusza stratę.

750 Nogi miał bose, a twarz ogorzałą,Do każdej rasy mógł należeć śmiało;Na europejskiej nie zbywa mu broni,Która w rygorze oba światy trzyma,Pałasz bez pochwy przy boku mu dzwoni,

755 Barki szerokie, jakich niedźwiedź nié ma,

Choć zgięte służbą, lecz olbrzymiej siły,Na taśmie starą rusznicę nosiły,A pistoletów parę miał za pasem,O której możem powiedzieć nawiasem

760 (Nie przez szyderstwo czyniąc porównanie),Że za małżeńskiej jedności wzór stanie:Bo chociaż jeden nie dopisał gęsto,Zato znów drugi sam wypalił często;A przy nich rdzawy bagnet się najeżał,

765 Co nie tak stali połyskiem uderzał,Jak gdyby w szafie był zamknięty leżał.W takiej to zbroi i w takiem ubraniu,Majtek się w nocnem ukazał spotkaniu.

»Cóż tam, Ben Bunting! Czyli co nowego?

770 Zagadnął Torkwil, gdy poznał żeglarza.»Oj! — rzecze Bunting — wcale nic dobrego!Jakiś na morzu okręt nam zagraża«. —»To być nie może! Próżne przywidzenia!Na morzu żagli nie widać i cienia«. —

775 »Pewnieś go z twego nie mógł widzieć brzegu!Lecz ja na naszej nawie nocowałem,I sam z naszego pokładu widziałemJak się po fali w szybkim toczył biegu.« —»Nim słońce zaszło, czy żagli nie zwinął?«

780 »Nie, — nim wiatr ustał, prosto ku nam płynął«.»Jaką miał flagę?flagę?« — »Nie mając lunety,Nie mogłem z mojej dojrzeć jej wedety,Lecz mi ten okręt bardzo podejrzany«. —»Zbrojny?« — »Zapewne przeciw nam wysiany;

785 Czas nam do żagli!« — »Nie! ktobądź nas ściga,Dusza się moja przed ucieczką wzdryga,

Walczmy jak męże, póki życia stanie!« —»Tak! — rzecze Bunting, — i to moje zdanie!«»Chrystjan wie o tem?« — »Wie, o walce myśli

790 Strzec obowiązku kazał jak najściśléj,Czyścimy bronie, ciebie nam brakuje«. —»Och! lecę do was! zapał w duszy czuję!Jażbym miał braci opuszczać nikczemnieI dać wam walczyć i ginąć bezemnie?

795 Czemuż, o Neuho moja, piękna, tkliwa!Losów mych fala i ciebie porywa?!Och! tylko teraz, w rozstania katuszy,Nie chciej twym płaczem rozbrajać mi duszy!Cobądź nastąpi, i w każdej potrzebie,

800 Ja będę twoim! twoim tu i w niebie!« —»Dobrze! — rzekł Bunting, — walny majtek z ciebie!«

Walka skończona! — Działa już nie huczą,Błyskawic śmierci już ustał lot szparki,Już kłęby dymu i gęste mgły siarki,

805 Rzuciwszy ziemię, tylko nieba bruczą.Ani o skał już odbija się złomyEcho, co walki powtarzało gromy.I salwa salwie już nie odpowiada...Walka skończona — zwyciężonym biada!...

810 Wszystko ucichło. — Hardzi buntownicyZabici, ranni — albo niewolnicy;A ci, co jeszcze zostali przy życiu,Zazdrościć muszą tym, co legli w boju.Kilku uciekło błąkać się w ukryciu,

815 Na lubej wyspie żyć w tułaczym znoju;Z własnej ojczyzny sami się wyzuli,Dzisiaj już reszta ziemi im odjęta.Uciekli w puszcze, jak dzikie zwierzęta;Na łono matki tak dziecię się tuli.

820 Darmo do nory lew i wilk ucieka,Tem bardziej człowiek przed sądem człowieka.

Nad brzegiem skała sterczy granitowa,Wpół wychylona, pół w morze się chowa,

A o nią fala z wściekłością uderza,

825 Nakształt pierwszego we walce rycerza,Pada i ginie we fal hufcu szarym,Co ten bój stacza pod wiatru sztandarem.Lecz teraz było spokojnie i cicho:Tu się gromadzi swoją garstką lichą

830 Reszta pobitych, w krwi, znoju i trudzie,Jednak oręże jeszcze dzierżą w dłoniach,I dumę jeszcze widno na ich skroniach;Wiele nie lubią dumać tacy ludzie,A gdy im kiedy losy się sprzeciwią,

835 To z niemi walczą, lecz im się nie dziwią.Los ten przewidzieć mogli byli dawno,Kara przewiny wprzód im była jawną,Lecz w sercach mieli nadzieję do końca,Że ich występek wierności zgwałconéj

840 Już zapomniany, choć nieprzebaczony,Lub może okręt, wysłany za gońca,Nie znajdzie drogi po fali obszarzeDo wyspy, gdzie się ukryli zbrodniarze.Tak gdy od kary ich myśl już odwyka,

845 Praw ich ojczyzny zemsta ich spotyka.Zielonej wyspy rozkoszne wybrzeże,Zbrodnią zyskany raj, już ich nie strzeże;Wstecz już ich wszystkie cofnęły się cnotyI tylko grzechu zostały zgryzoty;

850 Oni, wygnańcy wśród lądu i wody,Wszystkie zaparte już widzą wychody;Darmo dziś za nich sprzymierzeńcy nowiPolegli w walce, — cóż pomogą łuki,Na cóż się pałka zda Herkulesowi,

855 Gdzie siarka dymi, gdzie dział ryczą huki?

Cóż włócznia nada tam, gdzie kule świszczą,Nierozwinięte jeszcze siły niszczą,I, jak zaraza, grób pełen przekleństwaKopią dla mężnych i razem dla męstwa?

860 Ich liczba mała okazała teraz,Jak przeciw mnóstwu garstka walczy nieraz;Lecz choć za wolność umierać tak mile,I Grek miał jedne tylko Termopile! —Aż dziś, w młodzieńczej odrodzony sile,

865 Przekuł kajdany na oręż i zbroje,I godne przodków znowu stacza boje.

Szczupła ich garstka wygląda w skał cieniuJak reszta trzody rozbitej jeleni,Zziajana trudem, z rozpaczą w spojrzeniu,

870 Lecz krwią myśliwca ich róg się czerwieni.Mały strumyczek z wysoka się ciska,Mile wśród ciszy i mruczy i błyska,I wodospadem ze skały na skałyLeci nieść morzu swe słodkie kryształy;

875 Tak bliski morza, jednak jasny, czysty!Tak jak niewinność, lecz bardziej bezpieczny,Świeci nad głębią srebrzysty, słoneczny,Jak oko gemzy z opoki skalistéj;A morze ćmi się alpejskim błękitem,

880 I igra falą ze skały granitem.Do tej źródlanej wszyscy biegną wody;Z mąk swych pragnienie poczuli najprzódy,Wszyscy ramiona na tył zarzucili,Piją, jakgdyby raz ostatni pili;

885 I w czystym zdroju z krwi obmyli rany,Które obwiążą już chyba kajdany!Spojrzeli wkoło, jakby ich dziwiło,Że jeszcze tylu ich przy życiu było,I wolnych dotąd! — wkoło była cisza;

890 Każdy z nich, patrząc w oczy towarzysza,Daremnie wzrokiem błagał o dźwięk słowa,Jakby z ich sprawą skonała ich mowa.

Nieco opodal od reszty swych braciChrystyjan stoi, surowy z postaci,

895 I ręce krzyżem na piersiach zakłada.Twarz, niegdyś życia świecąca rumieńcem,Dzisiaj jak ołów była brudno blada,I włos mu w miękkich puklach już nie spada,Ale nad czołem wężowym wstał wieńcem;

900 Jak głaz milczący, o skałę się wspierał,I jakby oddech chciał wstrzymać milczeniem,Zacisnął usta a groźnie spozierał,I gdyby lekkiem stopy uderzeniemPiaszczystych żwirów nie potrącał ciągiem,

905 To rzecby można, że stał się posągiem.O kilka kroków w głębokiem milczeniuTorkwil swą głowę oparł na kamieniu;Z ran krew się sączy, lecz najgorsza rana,Och! ta mu była na wewnątrz zadana!

910 Czoło pobladłe i wklęsłe miał oczy,Lecz krew, co złote kędziory mu broczyOkazywała, że jeśli pobladnął,To nie z rozpaczy, ale z sił utraty.Przy nim się Bunting na piasku układnął,

915 Szorstki jak niedźwiedź, lecz jak brat ochoczy.Do ran przyłożył zwilgotnione szmaty,I znów spokojnie dymem się ogarnia,Z fajki, co przeszło sto bitew przetrwałaI jak portowej strażnicy latarnia

920 Dziesięć tysięcy nocy rozjaśniała.Czwarty, ostatni w tych rozbitków rzeszy,Tam i sam chodzi, — to kroku przyśpieszy,Stanie, to krzemyk podniesie, to rzuci,To oczy ku swym towarzyszom zwróci, —

925 Znów szybko kroczy, znów o kamyk stuknie,To coś pod nosem pół gwizdnie, pół mruknie;Pół niespokojny, pół niedbały w duchu,Stan swój wewnętrzny okazywał w ruchu.Długi to opis, chociaż w jego treści

930 Zaledwie czasu pięć minut się mieści,Lecz w takich minut jednej drobnej chwiliCi ludzie wieki cierpienia przeżyli.

Nareszcie Skajskrep, człowiek krewki, rzutki,Co nie znał trosków, ni zważał na smutki,

935 Bardziej odważny niż stały i baczny,Wolał śmierć nagłą niźli bój rozpaczny,Zawołał: God damn! Ten wykrzyknik krótki,To non plus ultra wymowy brytańskiéj,Jak Proh Jupiter! Rzymiana pogański,

940 Włoskie Per Bacco! a tureckie Alla!Przygasłe życie wskrzesza i rozpala.Pomieszanemu trudno się wysłowić,A że się Skajskrep tak był zmieszał szczerze,

Jak tylko zmieszać mogą się rycerze,

945 I że nie wiedział, co i jak miał mówić,Klął, jako Anglik, w swych myśli odmęcie, —I niedaremnie, bo nim wyszła chwila,Ben Bunting fajkę od ust już uchyla,I — wzrokiem skończył zaczęte przeklęcie.

950  Ale wyższego był Chrystyjan ducha!Dziki, surowy, posępny, milczący,Był na wejrzenie jak wulkan gasnący;Z chmurnego lica namiętność wybucha,Podniósł źrenicę, co pożarem błyszczy,

955 I gdy Torkwila ujrzał koło siebie:»Do tegoż przyszło — jęknął, — że i ciebie,Nieszczęsny chłopcze, nie szaleństwo niszczy!«Potem przystąpił do młodzieńca zbliska,Gdzie piasek jego świeżą krwią przesięknął,

960 Wziął go za rękę, ale jej nie ściska,Drgnął, jakby własnej czułości się zlęknął;Lecz, gdy usłyszał, że rany TorkwilaLżejsze, niż sądził, wzrok mu się rozżarzy,I błogi uśmiech przeleciał po twarzy,

965 O ile taka dopuszcza go chwila:»Och! walczyliśmy — zawołał — daremnie!Ale nie podle, ale nie nikczemnie!Drogo okupić musieli nas, drogo!Resztę opłacić jeszcze drożej mogą...

970 Ja muszę ginąć; ale ty, mój miły,Czy masz dość jeszcze do ucieczki siły?Gdybym choć wiedział, żeś ty ocalony!Nas już za mało i tak do obrony.Och! gdyby czółno! Och! gdybym oglądał

975 Ciebie bezpiecznym! Mnie los już nie zdolnyNic dać w tem życiu! Ja mam, czegom żądał:Żyłem i ginę nietrwożny i wolny«!

Zaledwie skończył, na fali lazurzeZnać plamkę szarą, gdzie przylądku skała

980 Urąga falom i wyzywa burze.Zrazu jak skrzydło mewy wyglądała,A za nią druga taka plamka goni,To się wychyla, to znika wśród toni, —Aż kiedy bliżej fala je przyniosła,

985 Sercu znajomy widok się odsłoni:To dzicy płyną! — Oszumione wiosła,To się zanurzą, to z głębi wydźwigną,Snują się łodzie, a fala szeleszczeI w srebrnej piany rozpryska się deszcze;

990 Ani ich ptaki w polocie prześcigną,Bo dla nich morze to ojczyzna druga,A od dzieciństwa zabawą: żegluga.

Lecz któż najpierwszy, tak lekki w poskoku,Z fal jak Nerejda wypluska na piaski, —

995 O ciemnej twarzy, o wilgotnem oku,W którem miłości i nadziei blaski?Neuha! ta tkliwa, ta wierna, ta stała,Na pierś Torkwila jak strumień się zwiała.Śmieje się, płacze, — bliżej się nagięła,

1000 Jakgdyby jeszcze przekonać się chciała,Że to doprawdy jego uścisnęła.Zrazu się wzdryga, gdy rany obaczy, —Widząc, że lekkie, znów się uśmiechnęła,Bo do takiego widoku przywyka

1005 Już od dzieciństwa córka wojownika...Czuje żal, litość, lecz nie zna rozpaczy.Jej Torkwil żyje! Już losy i wrogiNiezdolne chwili zamącić tak błogiéj.Radość w jej płaczu, radość w jej westchnieniu!

1010 Radością tętni każde serca bicie!

I błogość rajska w każdem wionie tchnieniuDziecka natury, w natury zachwycie!

I harde dusze to spotkanie wzrusza,Bo serce serca do współczucia zmusza;

1015 Aż się rozczulił Chrystjan tym widokiem,I patrzał na nich, choć nie łzawem okiem,Ale z tą dziwną radością posępną,Co i dla gorzkich myśli jest przystępną,Gdy, choć już szczęście pierzchło nakształt tęczy,

1020 Jeszcze z dni lepszych pamiątka się wdzięczy.»A ja«!... wykrzyknął — i oczy odwrócił,Chmurny, milczący; lecz jeszcze raz rzucił,Na młodą parę spojrzeniem tak właśnie,Jak lew na lwięta popatrzy, nim zaśnie;

1025 I o kamienne znowu wsparł się stosy,Jakby o przyszłe niedbający losy.

Lecz krótka służy do dumania chwila;Gdzie sterczy skała przylądku wyniosła,Groźbą szumiące słychać wrogów wiosła.

1030 Na ich zagładę wszystko się wysila,A przeciw losom, ich jedyna tarcza,Czyż Tobanaju dziewica wystarcza?Ona przed nimi stanęła na straży,I zbrojny zdala gdy dostrzegła statek,

1035 Co chce tułaczów wytracić ostatek,Szybko na swoich skinęła wioślarzy, —I dwa czółenka już fala kołysze:W jednym Chrystyjan i dwaj towarzysze —Lecz jej z Torkwilem nic już nie rozdzieli:

1040 W drugiem oboje na morze pomknęli.Dalej a dalej! Po pianie, po białéj,Płyną, gdzie wieńcem czernieją się skały,

Gdzie ptak się gnieździ, gdzie łoże narwalaSama w kamieniu wydrążyła fala.

1045 Szybko po sinej szczeblują się toni,Szybko za nimi prześladowca goni:To grozi zdala, to naciera zbliska,To znów ich traci, to znowu naciska.Teraz, ażeby omylić pogonie,

1050 W przeciwną stronę każda łódka bieży.O! prujcie wiosła, prujcie w fali łonie!Od was tu życie i miłość zależy!O! raźno, szybko łódka Neuhy pędziSkrzydłem miłości, tam, do skał krawędzi!

1055 Bliski ratunek — zbliska wróg już godzi —Och! chwila jeszcze!... O! leć, lekka łodzi!

Jak biały żagiel na ciemnym lazurze,Kiedy widnokrąg pół w blasku, pół w chmurze,Pomiędzy niebem a morza topielą

1060 Z wiatrem się chwieje i miga się bielą:Tak i ostatnia nadzieja człowieka;Chociaż w przepaściach stracona kotwica,Za śnieżnym żaglem pomyka źrenica;Choć z każdą falą żagiel w dal ucieka,

1065 Samotne serce ściga go zdaleka.

Przy jasnych brzegach, Tobanaju blisko,Czarna opoka z fal wyrasta toni,Ludziom pustynia, a ptakom siedlisko,Gdzie chętnie narwal przed burzą się chroni

1070 I snem bezpiecznym w jaskini spoczywa,Lub się rozkosznie na słońcu wygrzéwa.Tutaj, gdy okręt sine pruje wały,Echo od czarnej przyniesie mu skałyChrypliwe krzyki ostrodzióbych ptaków,

1075 Tej okolicy skrzydlatych rybaków.Pomiędzy głazów sterczącemi kupyPrzesmyk żółtego wychyla się piasku;Tutaj żółw młody, pozbywszy skorupy,Lezie do morza szukać swej rodziny,

1080 Ten słonecznego wychowaniec blasku,A do tak ciemnej przeznaczon głębiny.

A zresztą wszędzie czarnych skał granity,Majtkom znak trwogi, a oraz ochrony,Gdzie może nieraz żeglarz ocalony

1085 Zazdrościł losu swej nawie rozbitéj.Ten dziki uchron dziewica wybrała,Tutaj przed wrogiem skryć kochanka miała;Wie ona dobrze, jaki skarb tajemnyPrzed ludzkiem okiem kryje głaz ten ciemny.

1090  Nim się rozbiegły łodzie, Neuha każe,Ażeby z łódki Torkwila wioślarzePrzeszli do łodzi, co Chrystjana niosła;Szybkości nowe dodadzą jej wiosła.Wzbraniał się Chrystjan, lecz Neuha, z uśmiechem

1095 Wskazując skałę, co z fal się wychyla,Jemu się każe ratować pośpiechem,A jej opiece powierzyć Torkwila, —I łódź przy nowej mignęła pomocySzybko, jak gwiazda po błękicie nocy.

1100 Ani jej w locie prześladowca sprostał:Zdaleka za nią jego statek został.Teraz ku skale leci pogoń chyża,Do której Neuha z Torkwiiem się zbliża;Pracują wiosłem, Neuhy dłoń, choć mała,

1105 Wprawna w żegludze, i gdy sił nie skąpi,Ledwie Torkwila ramieniu ustąpi.I tuż przed nimi już piętrzy się skała,Nieubłagana, naga, czarna, stroma,Wkoło niej fala zdobyczy łakoma;

1110 A wróg wiosłami namaga raźnemi,O długość ledwie stu łodzi za niemi.Już Torkwil pytać zdawał się spojrzeniem:»Czy takim Neuha ocala sposobem?Czy to jest miejscem ratunku, — czy grobem?

1115 A głaz ten fali nagrobnym kamieniem?«

Oboje ręce od wioseł odjęli;Ona, wskazując, na statek złowrogi,Woła: »Spiesz za mną, Torkwilu, bez trwogi!«I skacze z czółna i znika w topieli...

1120 Nie czas odwlekać! — Nieprzyjaciel zblizkaCoraz to silniej pracuje wiosłami,Urąga słowem, brzęczy kajdanami,I nazwę jego zbrodni w twarz mu ciska,I groźnym głosem wzywa do poddania.

1125 Skoczył na głowę. — On zręczność pływaniaMiał już wrodzoną, lecz gdzież będzie płynął?Skoczył, dał nurka, i z oczu im zginął,I nie wstał więcej. — Napróżno go śledziCiekawe oko zdumionej gawiedzi!

1130 Patrzą na skałę, — niema na nią wchodu,Stroma i śliska, jako bryła lodu;Czekają chwilę, a fala szeleści,Lecz żadnej o nim nie poda im wieści,I żadna brózda nie marszczy jej lica,

1135 Odkąd z młodzieńcem plusnęła dziewica, —A nad nią fala kręciła się wirem,I z białej piany nad ciemnym szafiremGrobowy pomnik wstał śród fal kobierca,Trwały, jak w żalu swoim spadkobierca;

1140 A próżna łódka gdzieś na fal obszarze,To ślad jedyny po kochanków parze.Gdyby nie ona, to przysiącby można,Że to sen tylko, albo mara próżna.Długo daremne szukanie ich trudzi,

1145 Aż się w umysłach zabobon obudzi,I dłużej w miejscu nie dozwala zostać.Ten mu upiora przypisuje postać,Tamten zaręcza, że rozwiał się dymem,

Jak błędny ognik, co świeci na grobie;

1150 Trzeci przysięga, że siał się olbrzymemI coś strasznego miał w całej osobie;A wreszcie wszyscy wyraźnie widzieli,Że twarz i czoło śmiertelnej miał bieli;A jednak, kiedy te miejsca rzucali,

1155 Jeszcze raz wkoło spojrzeli po fali,Czy nie dostrzegą śladu swej zdobyczy?...Ale daremnie. — Znikł, jak cień zwodniczy.

I gdzież jest teraz ten pielgrzym głębiny,Co w otchłań skoczył za śladem dziewczyny?

1160 Czyli już płakać przestali na zawsze?Lub wyżebrali gościnność u morza,Na koralowe przyjęci tam łoża?Czy może bogi tych głębi łaskawszeW orszak Trytonów oboje zabrali:

1165 On trąbi w konchę, a ona po fali,Trefione włosy rozwiewa i dzieli?Lub też oboje snem wiecznym zasnęli,Odkąd do sinej skoczyli topieli?

Skoczyła Neuha, Torkwil skoczył za nią;

1170 Jej krok tak śmiały, tak pewny w otchłani,Jakgdyby ona sama była paniąCałego morza szafirowej bani;A kędy nurek w głąb po perły sięga,Od stóp jej jasna rozwiała się wstęga,

1175 Jej ślad Torkwila krokom przewodniczył;W północnych morzach on nurzać się ćwiczył,A teraz lekko i szybko i śmiałoSzedł, kędy światło od nóg jej błyszczało.

Ona go wiedzie wciąż niżej, wciąż głębiéj,

1180 Aż nagle w górę na falach podskoczy,Wyciąga ręce i z ciemnych warkoczyOtrząsa pianę, co w puklach się kłębi,A potem głośnym zaśmieje się śmiechem,A śmiech jej skała powtórzyła echem,

1185 Znów są na ziemi, lecz dokoła ciemnie!...Drzew, pola, nieba, szukać tu daremnie;Neuha mu grotę wskazuje obszerną:Fala jedyną jej wchodu odźwierną,A słońca promień do niej nie doleci,

1190 Chyba przez morza zielonego szyby,Gdy fala w złote połamie się sieci,I święcą morską uroczystość ryby.I z ócz mu pianę swym włosem otarła,I w dłonie klaszcze nad jego zdumieniem!

1195 Wiedzie go dalej, gdzie ciemnem sklepieniemGrota się w chatę Trytona rozwarła;Zrazu im wszystko okryło się cieniem,Aż światłość dniowa szczeliną się wdarła,Taka niepewna, i drżąca, i blada,

1200 Jak gdy do świątyń przez kopułę wpada;Tak w tej jaskini podmorskie siedliskaPromień słoneczny ukradkiem się wciska.

Neuha z przepaski teraz wydobywaKawał smolnego z jedliny łuczywa;

1205 Platanu liść mu służył za obsłonki,I pod tym płaszczem sucho wyszedł z morza,

A Neuha z liścia okrusza korzonki,Dobywa krzemień, — Torkwil tylcem nożaKrzesze z nich ogień, i ciemne sklepienie

1210 Nagle rozwidnią pochodni płomienie.A przy tem świetle wewnętrze jaskiniNakształt gotyckiej wygląda świątyni...Gotyckim łukiem rozciąga się brama,Jej budowniczym jest natura sama:

1215 Tego kościoła kopuła wyniosłaMoże śród ziemi trzęsienia wyrosła,A te kolumny, podporę kopuły,Chyba dymiące wulkany wykuły,Póki świat gorzał i drżał na swej osi.

1220 Filar, co dumnie pośrodku się wznosi,Jeszcze z olbrzymiej wyrąbał się skały,Kiedy we wodach świat kąpał się cały;Gzymsy, babiniec i chóry i nawęŚwiatło pochodni olśniło bladawe,

1225 A ktoby trochę dodał wyobraźni,Może obaczyć w głębi najwyraźniéjOłtarz, krucyfiks i mitrę biskupią;W takie się kształty stalaktyty kupią,Tak się natura cudotwórcza bawi,

1230 I w głębiach morza kościół sobie stawi.

A Torkwil, ręką wiedziony kochanki,Co przed nim cienie pochodnią rozgania,Oglądał wszystkie framugi i ganki,I każdy kącik nowego mieszkania;

1235 Lecz nie dość na tem, — troskliwość dziewczynyI o osłodzie pomyślała losu:Tu na posłanie leżą maty z trzciny,Do jadła świeże orzechy kokosu,Owoc chlebowy i jamu korzonki; a

1240 A od wilgoci żeby chronić członki,Olej sandału, tudzież gnatu ziele;Tu liść platanu obrusem się ściele,Tu żółw, co mieści przysmaki w swej skrzyni,Własną skorupą służy za talerze;

1245 Tu słodka woda w wydrążonej dyni,Tu i z ogrodu banany są świeże,Przyczem wiązanka łuczywa w zapasie.A ona sama, jak noc w swojej krasie,Jemu mieszkanie w tym świecie podziemnym

1250 Czyni wesołem, słodkiem i przyjemnem.Odkąd przybyli prześladowcy biali,I zrozumiała, że to statek gończyI że ucieczka nawet nie ocaliPrzed zemstą ziomków, — wtedy dach ochrończy

1255 Przygotowała dla swego kochanka,I odtąd tutaj płynęła co ranka,Tutaj każdego wracała wieczoru,Znosząc owoce ze sadu i boru,A teraz przed nim swe skarby rozkrywa,

1260 Wysep miłości dziewczyna szczęśliwa!

A gdy wdzięcznością Torkwil się rozczula,Ona go ściska, — do serca przytula,I prawi dawną powieść o miłości!Bo miłość wiekiem wyrówna wieczności —

1265 Lecz, choć tak dawna, dotąd niezużyta,Bo w każdem sercu na nowo rozkwita.A Neuha prawi, jak raz rycerz młody(A będzie temu już tysiąc miesięcy)Na łówkę żółwi szedł nurka do wody,

1270 I goniąc swojej zdobyczy zwierzęcéj,Odkrył jaskinię, co im dziś schronieniem;Jak potem z drugiem wojował plemieniem,I córkę wroga, swoję ukochaną.Przez jego plemię w niewolę pojmaną,

1275 Skrył tu bezpiecznie w podmorskiej zaciszy;Jak, kiedy wojny przeminęła burza,On do tej skały swoich towarzyszyPrzywiózł na czółnach, — wtem sam się zanurza,Zniknął we fali i więcej nie wstaje,

1280 A towarzyszom wszystkim już się zdaje,Że on oszalał i że już utonął,Lub że go może morski wilk pochłonął;Około skały szukali go długo,Wreszcie spoczęli, znużeni żeglugą;

1285 W głębokim smutku głowy pozwieszali,Gdy raptem wstaje bogini wśród fali(Tak się zdawało zdumionemu oku),Roztrąca piany, — a tuż przy jej bokuIch rycerz młody dumnie się weseli

1290 Swą ulubioną, dziewicą topieli.Jak potem wszyscy w weselnym szereguTrąbili w konchy, wracając do brzegu;Jak młoda para w dalszym życia biegu

Była szczęśliwą; — i czemuż to szczęście

1295 I im-by przynieść nie miało zamęście?...Nie moją rzeczą opisać pieszczoty,Któremi Neuha w zaciszu tej grotySkończyła powieść. — Ta miłość serdeczna,Żywa, a jednak jak w grobie bezpieczna,

1300 Gdzie jej pośmiertne lata nie zatarły...Od lat dwudziestu Aberlard umarły,Gdy Heloizy trupa przy nim kładą,Wyciągnął jeszcze rękę martwą, bladą,Tuląc do serca kochanki popioły...

1305 Na zewnątrz groty darmo gwar wesołySkalistym brzegom fala wciąż powtarza:Nikt jej nie słucha i nikt nie uważa...Muzyki serca w grocie dźwięczą pienia:Stłumione szepty i ciche westchnienia.

1310  Lecz ten, co stał się ich wygnania sprawcą,Chrystjan i jego losu towarzysze,Och! gdzie są teraz? — Gonią przez fal cisze,Lecz czyliż morze będzie ich wybawcą?Czyż im da niebo, czego ludzie bronią:

1315 Miejsce przytułku? Och! daremnie gonią!Fala, co teraz pod ich wiosłem gnie się,Kędy ich niosła, i wrogów poniesie.Wróg, kiedy pierwszy połów go zawodzi,Skierował pogoń ku Chrystjana łodzi;

1320 Gniew go rozjątrzył i szybkość mu nadał,Jak skrzydłom sępa, gdy zdobycz postradał.

Już ich dościga, — ich nadzieja cała:Przystań ukryta, albo stroma skała...Czas już wyboru czynić nie dozwala,

1325 A więc płynęli, gdzie ich niosła fala,Ku stromej skale, nim wróg zdoła natrzeć.Z jej szczytu jeszcze raz na świat popatrzeć,Potem się poddać, lub, broniąc się, zginąć!Lecz wprzódy dzikim kazali odpłynąć,

1330 Choćby ci za nich chcieli życie łożyć, —Lecz Chrystjan nie chce darmo ofiar mnożyćCóż wreszcie łuki pomogą i włócznieWśród takiej walki, jak się tu rozpocznie?

Stali na skały urwisku wysokiem,

1335 Co jeszcze nie zna śladu stóp człowieka.Z nabitą bronią i z posępnem okiem,Każdy spotkania ostatniego czeka.Tu żadnej niema nadziei zwycięstwa,Ni żądza sławy dodaje im męstwa, —

1340 Na widok kajdan nie pociesza chwała,Nie doda hartu w przedskonania chwili.A ci trzej stali, jak tych trzystu stało,Co Termopile świętą krwią zbroczyli...Lecz jakże inna była tamtych sprawa!

1345 Sprawa jest wszystkiem! Ona zgon walecznyPrzekaże części, lub sromocie wiecznéj!Tych nie nagrodzi tysiącletnia sława,Ni ocalona od wroga ojczyznaZ uśmiechem szczęścia wielkimi ich wyzna!

1350 Ani ich poda wieszcz do potomności,Ni im bohater zgonu pozazdrości,Ni łzą narodu oczy zajaśnieją,Ich grób swą rosą opromieniać co dnia;Jakkolwiek mężnie swoją krew przeleją,

1355 Ich życie hańbą, ich nagrobkiem: zbrodnia!Czują to, wiedzą, jednak się nie chwieją;

Najbardziej Chrystjan czuł tę śmierć bezchlubną,Wódz, co ich wszystkich pchnął w tę przepaść zgubną.On może wyższe niegdyś cele marzył,

1360 Marzył o innej dla siebie przyszłości!Lecz na grę jednę całe życie ważył,Ta gra trwa dotąd, — teraz rzuca kości,Wszystko niechybną grozi mu przegraną,I jeszcze taką! — Jednak niezachwianą

1365 Zachował duszę śród nieszczęścia razów,Jakgdyby sam już stał się cząstką głazów,O które wsparty patrzał w lufek końce,Ciemny jak chmura, co zakrywa słońce.

Zbliża się statek, a jego załoga

1370 Pełni powinność i nie wie, co trwoga;Niebezpieczeństwo tyle sobie ceni,Co zwiędłe liście waży wiatr jesieni;Jednak obcego woleliby wroga,Niżli z tym hardym walczyć buntownikiem,

1375 Co przecie także niegdyś był Anglikiem.»Poddaj się!« — krzyczą; — odpowiedzi niéma...Mignęli bronią przed jego oczyma:»Poddaj się!« — głośniej niż wprzódy wołają,Lecz tylko skały im odpowiadają...

1380 I do poddania jeszcze raz wezwali,A głos ich echo pożegnało w dali,Potem błysł krzemień, ryknęły wystrzały,I kłęby dymu podniosły się wałem.Kule się z hukiem odbiły o skały,

1385 Padły daremnie, spłaszczone wystrzałem,A potem przyszła odpowiedź z koleiTych, co już żadnej nie mieli nadziei.Po pierwszym strzale, skoro się zbliżyli.Chrystjan zawołał: »Ognia!« — i w tej chwili,

1390 Nim jeszcze echem skonało to słowo,

Dwóch padło, — lecz już na skałę jałowąDrą się żołnierze; ich wrogów szaleństwoPodwaja wściekłość, gniew podwaja męstwo.Ale na skałę przystęp trudny, stromy,

1395 Co krok zdobywać muszą twierdzę nową,A między głazów sterczącemi złomy,Gdzie tylko orzeł zakłada siedlisko,Chrystjan dla swoich obrał stanowisko;A wróg, którego stąd strzałami wita,

1400 Spada ze skały, jak muszla rozbita.Lecz tych, co jeszcze pną się na urwisko,Dosyć na zgubę owej garstki dzielnéj:Choć do schwytania nie dosyć są blisko,Blisko aż nadto na wystrzał śmiertelny,

1405 A mężna trójca jeszcze broń podnosi,Chociaż już życie wisiało na włosi,Jak morska ryba, kiedy połknie wędkę.Jedne po drugich padły strzały prędkie,Ale jęk żaden przed wrogiem nie zdradził,

1410 Że już śmiertelnym ciosem dwóch był zgładził.Chrystjan ostatni ginął, — krwią był zlany,Wróg jeszcze raz go wzywa do poddania...Żyć już za późno, — nazbyt wielkie rany!Lecz nie za późno jeszcze do skonania,

1415 Choćby dłoń wroga miała zamknąć oczy!Z nogą złamaną jeszcze wlókł się kawał,Jak pozbawiony swojej dziatwy sokół,Sczerniałe głazy świeżą krwią swą broczy;Głos go obudził, lub budzić się zdawał, —

1420 Raz jeszcze żywszem okiem spojrzał wokół,Skinął na wroga, który stał najbliżej, —Nie miał już kuli, strzelbę podniósł wyżej,

Oderwał guzik od sukni i nabił,Wymierzył, strzelił, i śmiał się, gdy zabił.

1425 Jak wąż się czołgał na szczyt stromy, twardy;Straszny jak głębia, nad głębią zawisnął,Wtył się oglądnął, obie pięści ścisnął,I rzucił ziemi pożegnanie wzgardy,I skoczył w przepaść, i tak się rozprysnął

1430 Jak szkło, w kawałki, o twarde granity,Że już w tej bryle niekształtnej, rozbitéj,Ludzkiej postaci nie dopatrzeć znaków,Ani nakarmi sępów i robakówCzaszki czerepem i skrwawionym włosem,

1435 Co między gęstym czerwieni się wrzosem.Lecz dotąd widne krwawych dzieł pamiątki,Po skale broni rozrzucone szczątki;On do ostatka mężnie niemi władał,I tylko razem z życiem je postradał,

1440 A teraz błyszczą zdaleka na skale,Nim rdzą szumiące obrzucą ich fale,A rdza do reszty złamie i pokruszy...A reszta wszystko niczem — oprócz duszy!Lecz gdzie jest dusza? Kto jej los oznaczy?

1445 Do nas należy tylko grzebać zwłoki,Nie sądzić zmarłych. Ci, których wyroki

Spychają drugich W otchłanie rozpaczy,Ci pójdą sami pod piekielne rózgi, —Chyba, że Bóg ich złym sercom przebaczy

1450 Ze względu na ich jeszcze gorsze mózgi.

Czyn dokonany. — Z reszty buntownikówJuż oprócz samych tylko niewolnikówNie pozostało zresztą ani śladu;A do okrętu przykuci pokładu,

1455 Gdzie niegdyś stali w swych znaków zaszczycie,Dziś niedobitków nędzne wloką życie.Tylko ostatnią krwią zbroczona skałaŻadnych tej nawie trofeów nie dała:Leżą, gdzie padli; nad nimi się tłumią

1460 Zgłodniałe sępy i skrzydłami szumią,I pieśń pogrzebu chrypliwie im kraczą.A tam, u stóp ich, nieczule, niedbale,Wiecznym się ruchem chłodne toczą fale;Po nich delfiny rozigrane skaczą;

1465 Skrzydlata ryba, gdy słońce zaświeci,Znęcona blaskiem wesoło podleci,Aż gdy jej skrzydła oschną i opadną,Po świeżą wilgoć znów powraca na dno.

Zabłysnął ranek. — Neuha z morskiej groty

1470 Lekko wypływa witać dzionek złoty,I patrzeć, czyli ich mokremu łożuNic nie zagraża? Wtem ojrzy na morzuŻagiel, co łuk swój szeroko rozdyma...Tchu jej zabrakło, mgławo przed oczyma;

1475 Sercem jej miota straszliwa obawa,Kędy skieruje bieg swój wrogów nawa?Och! marna trwoga! Już żagiel daleki,Coraz się zmniejsza i pierzcha z jej oczu;

A ona z piany ociera powieki,

1480 Patrząc jak w tęczę na nieba przezroczu;Na widnokręgu maszty szarym szczytemW niedostrzeżoną prawie nikną bladość!Nikły i znikły, — pod niebios błękitemWszędzie już tylko ocean i radość!

1485 A Neuha w głębie znowu się zanurzy,Budzi kochanka i rączkami klaśnie,I opowiada, co widziała właśnie,I jakie szczęście stąd na przyszłość wróży,I znów wypływa nad morza otchłanią. —

1490 Wolny już teraz Torkwil płynął za nią;Płyną do skały, gdzie w szczeliny ciemnieNeuha swe czółno ukryła tajemnie.Wczoraj, gdy jeszcze ścigali ich wrogi,Łódka bez wiosła o skał tłukła progi,

1495 Lecz skoro okręt porzucił ich skałę,Neuha wypływa, i swe czółno małeKryje w szczelinę, gdzie go dziś znachodzi.Siedli weń razem, już pełni radości,I nigdy tyle szczęścia i miłości

1500 Nie niosła fala, jak w tej kruchej łodzi!

Znowu swe własne wybrzeża ujrzeli,Lecz wróg już blasków tej ziemi nie kazi,Ani ich oczu dumny okręt razi,Jak pływające więzienie topieli.

1505 Tysiąc wybiegło łodzi na odnogę:Brzęcząc muszlami, zwiastują ich drogę;Wyszli naprzeciw nich wodzowie z ludem,Witać Torkwila, zbawionego cudem!Potem niewiasty i krasne dziewice

1510 Czule ściskają Neuhę, jak siostrzycę...Wszyscy pytają, gdzie ich wróg zagonił?

I jak uciekli, lub kto ich ochronił?A Neuha całą opowiada powieść,A każdy klaszcze, podziwia i chwali!

1515 I odtąd wszyscy, aby czci swej dowieść,Jaskinią Neuhy tę grotę nazwali.A na pagórkach sto ogniów się pali:Jarzące światła owych nocnych godów,Na cześć gościowi, co po długim znoju

1520 Zyskał swobodę, wrócił do spokoju;A po tej nocy weselnych obchodówTakich szczęśliwych dni pasmo się plecie,Jakie w młodzieńczym tylko znaleźć świecie.

Comments

Loading comments…