Sen (Byron, 1929)
Translated from English by Adam Mickiewicz
Dwoiste życie nasze: sen ma świat udzielnyŚród otchłani, nazwanych bytem i nicestwem,Nazwanych, lecz nieznanych, — sen ma świat udzielny,Z rzetelną władzą rządząc nad marnem królestwem.Mary i życie biorą i postaci noszą,Rozczulają i dręczą i łechcą rozkoszą.Troski dzienne ciężarem przywalają sennym,I ujmują ciężaru naszym pracom dziennym,One się do istoty naszej mogą wcielić,Zabrać połowę czasu i byt nasz podzielić.Jak posłańce wieczności, błysną i przepadną,Jako przeszłości duchy — często przyszłość zgadną,Jak wróżące Sybille — ciemność do ich rękiSkłada tyrańskie berło rozkoszy i męki.One, gdy zechcą, na to przerobić nas mogą,Czem nie byliśmy nigdy; one rażą trwogą,Wywołując cień z grobów. — Więc mary są cienie?Przeszłość nie jest-że cieniem? czemże jest marzenie?Robotą duszy! Dusza może wyprowadzićZ nicestwa światy nowe i na nich osadzićDoskonalsze od ziemskich kształty promieniste,Wlać im duch trwalszy, niźli w ciała rzeczywiste.Opowiem wam, co mi się dawniej przywidziało:Może we śnie. — Bo, kiedy sen uwięzi ciało,Duch wolny może obiec rozległą krainę,
I długie pasmo życia w jedną zwić godzinę.Zdało mi się, żem widział młodych ludzi dwoje:Chłopca i dziewkę; stali na wzgórku oboje,A wzgórek był zielony, pochyłej urody,Niby jaki przylądek; tylko zamiast wody,Wkoło żywy krajobraz i powiewna falaKłosów i sianożęci, i gdzieniegdzie zdalaPorozrzucane chaty; nad niemi dym buryUlotne snuł kolumny. Sam wierzchołek góryZdobiły zasadzone drzew i kwiatów wieńce:Nie przypadek je sadził, lecz umyślne ręce.Chłopiec i dziewka patrzą: ta na okolicePiękne jak ona sama, a ten na dziewicę.W nim rozwija się młodość, w niej: piękność rozwita,W obojgu młodość, ale młodość rozmaita,Jak wśród niebios jaśnieje wdzięczna twarz księżyca,Tak wpośród lat niewieścich jaśniała dziewica;Chłopiec był laty młodszy, lecz starsze nad lataSerce jego, wzrok jego w całym kręgu świataJedyne tylko widział swej kochanki lice,I widział ją przed sobą, w niej utkwił źreniceI nie mógł ich oderwać; nie było w nim ducha,Ona była mu duchem; głosu jej drżąc słucha,Ona była mu głosem; on swych oczu nie ma,Ona była mu okiem: bo ścigał oczymaJej spojrzenia i wszystkie oglądał przedmiotyW świetle od niej odbitem; on nie ma istoty,Nie ma żyda: w nią przelał całe życie swoje,W niej jako w oceanie wszystkie myśli zdrojePogrążył; za jej słówkiem, za ręki dotknieniemKrew w nim ścina się lodem, albo wre płomieniem.Twarz jego na przemiany goreje i bladnie.Serce boli i bolów przyczyny nie zgadnie.Lecz ona słodkich jego cierpień nie podziela,Wzdycha, lecz nie do niego — ma w nim przyjaciela,Ma brata, i nic więcej! On przestawał na tem,Że ją zwał przyjaciółką, że go zwała bratem.Teraz nie chce przestawać: Skądże ta różnica?
Czas rozwiązał zagadkę: kochała dziewica,I kochała innego; i właśnie w tej chwili,Gdy oboje na górze stali i patrzyli,Ona wzrokiem kochanka dalekiego nęci,Żeby leciał tak bystro, jak lecą jej chęci.
Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.
Widać gmach, starożytny — stoi u przedsieniaRumak z siodłem do drogi. W gotyckiej kaplicyU ołtarza był chłopiec — nie widać dziewicy.Chłopiec blady, samotny, przechodził się, myślił,U siadł, dobywa pióro, kilka słów nakryślił,I z pochyloną głową na ręku oparty,Wstał znowu, wstrząsnął głową, i pisane kartyNa części rozerwawszy, w drżącej ciśnie dłoni,I z gniewem w zębach szarpie; ale łez nie roni.U spokoił się nieco, zapalone licaOstygły i zmartwiały. — Wtem wyszła dziewica;Z obojętnym uśmiechem spotyka młodziana,Choć dostrzegła, że była od niego kochana,Że jej cień jako całun spadł na jego duszę,I zgadła, że on dla niej ma cierpieć katuszeDługie, straszne; — nie zgadła, że miał cierpieć wiecznie.Chłopiec wziął ją za rękę; obojętnie, grzecznie,Spojrzał — i w tej mu chwili na zwierciadło licaWybiła niewymownych uczuć tajemnica,I zagasła, i znowu czoło zaszło mrokiem,Znowu puścił jej rękę i powolnym krokiemOddalił się w milczeniu, nie żegnał dziewicy.Rozstali się z uśmiechem; on wyszedł z kaplicy,Raz jeszcze na ojczyste gmachy okiem rzucił,Dosiadł konia, pojechał — i więcej nie wrócił.
Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.
Chłopiec dorósł młodzieńca. W obce pokolenia,W dalekie zbłądził kraje, i pod wschodniem słońcem
Poił duszę płomieniem. On wiecznym był gońcemNa lądzie i na morzu. Dokoła postaciPodobne jemu krążą — przyjaciół, czy braci?
Tu mnóstwo scen okropnych snuło się odrazu,I ów chłopiec był cząstką każdego obrazu.Ujrzałem go nakoniec; dziwacznie przebrany,Gdzieś daleko, w obozie wschodniej karawany,Śród połamanych kolumn, na gruzie pomników,Co przeżyły imiona swoich budowników,Leżał; a przy nim wielbłąd żuł resztę obroku,Kilka arabskich koni pasło się u stoku.Podróżni, których znużył upał całodzienny,Drzemali w cieniu ruin; on jeden bezsenny,Na ręku wsparty, oczy na północ obrócił,Z twarzą natchnienia pełną — rozmyślał, czy nucił?Niebo czyste tak wszystkie chmury zdjęło z siebie,Że ledwie co nie widać Pana Boga w niebie.
Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.
Dziewica z oblubieńcem pierścionki zamienia.On ją pojął, mnogiemi obsypał dostatki.Widzę ją w cudzym domu, słyszę imię matki,Otaczają małżonkę wesołe plemiona,Nadobne syny, córki — ale zacóż onaJakąś tęsknoty chmurą wdzięczną postać mroczy,Zdradzając tajną boleść, co jej serce toczy?Źrenice, niegdyś jasne, zamgliła powłoka,Niby jakaś łza dawna przystygła do oka,Skądże to? — wszak z kochankiem złączona na wieki,Wszakże ten, co ją kochał, jest od niej daleki,Nie będzie myśli czystych złem życzeniem brudzić,Nie będzie jej westchnieniem nieumyślnem nudzić.Czegoż smutna? wszak darmo wzajemności żądał,Darmo w jej oczach zimnych nadziei wyglądał,Wzgardzony, nie jest pewnie sprawcą jej katuszy,Jest widmem dla pamięci, nie sępem dla duszy.
Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.
Młodzieniec znowu szuka domowego cienia.Widzę go przed ołtarzem, z nim oblubienicaMłoda, wdzięcznej postawy, nadobnego lica,Lecz nie była to owa najpierwsza kochanka,Owa gwiazda błogiego młodych lat poranka.Musiał o niej zapomnieć, — stoi zadumany,Rozpatruje kościelne sklepienia i ściany —Zadrżał, i w tej mu chwili na zwierciadło licaWybiła niewymownych uczuć tajemnica,I zagasła — i znowu czoło zaszło mrokiem.Pogląda na swą żonę, ale błędnym wzrokiem,Powtarza jej przysięgi, których nie rozumie,Z kim jest, gdzie jest, zapomniał w sprzecznych myśli tłumie.Widzi tylko swą młodość, stary gmach, kaplicę,I listek poszarpany i swoją dziewicę.Te przypomnienia kirem śmiertelnej zasłonyOddzieliły na wieki młodzieńca od żony; —Pocóż w takiej godzinie takie przypomnienia?
Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.
Widzę dawną dziewicę. Jakie w niej odmiany!Ona w suchotach duszy; — jej rozum znękanyOpuścił ster myślenia, wzrok jej dziko lata,Blask, co świeci w jej oku, nie jest z tego świata;Ona jest jak królowa nad państwami marzeń;Jej myśl stała się węzłem sprzecznych wyobrażeń;Kształty, niedotykalne zmysłom śmiertelnikaI niewidzialne, ona dostrzega, dotyka,I w poufałej wzywa do siebie rozmowie:Taką chorobę wiek nasz obłąkaniem zowie.Lecz nieraz mędrzec głębiej w obłąkanie wpada,Jeśli melancholii smutny: dar posiada,Bo wzrok melancholijny jak teleskop sięga,Dalekie widma zbliża, rozłączone sprzęga,I urok życia chłodną rozdarłszy uwagą,Rozkrywa rzeczywistość wystygłą i nagą. —
Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.
Młodzieniec był pielgrzymem, jak widać z odzienia;Kształty przy nim krążące znikły z senną marą,Lub wojnę z nim toczyły. On stał się ofiarąNienawiści swych wrogów; zewsząd zguby bliskiPostrzega sidła zdrady lub zemsty pociski.Stoły jego zgryzota jak harpija plami,On, jak dawny Mitrydat, karmił się jadami;A trucizna nie była szkodliwą dla niegoI służyła mu nakształt chleba powszedniego.Co innym śmiercią było, tem życie przewlekał;Zbrzydził społeczność ludzką, w pustynie uciekał,Żył w przyjaźni z górami, myślą do gwiazd lata,Wdał się w rozmowę z wielkim jenijuszem świata.Wzbogaconemu nauk czarodziejskich zbiorem,Tajemna księga nocy stanęła otworem.Jego klątwą wyzwane z głębokości ziemi,Duchy go otoczyły — i został się z niemi.
Niema więcej zmian w scenach mojego widzenia.
Zbudziłem się. — Jak dziwne wyroków zrządzenia!Mój sen dla dwojga ludzi smutny koniec znaczy:Jednemu w obłąkaniu, obojgu w rozpaczy. —
Wilno, roku 1824.
Comments
Loading comments…