Pieśń III

Translated from English by Jan Kasprowicz

Wędrówki Rycerza-Harolda

Do matki, Ado! podobne masz lice,Dziecię w mym domu i sercu jedyne?Uśmiechem lśniły twe jasne źrenice,Kiedym cię żegnał — nie jak w tę godzinę,Ale z nadzieją...Zbudzony, głębinęUjrzałem wokół; górą wicher nuciłDzikie swe pieśni... Nie wiem, gdzie zawinę,Alem odjechał; lecz ten czas nie wrócił,Gdy Albjon, ginąc z oczu, cieszył mnie lub smucił.

Znowu na wodach, znowu płynę daléj.Wały pode mną pną się, jak rumaki,Poznawszy jeźdźca. Witaj, ryku fali!Gdzie chcesz, lecz szybko, wiedź mnie temi szlaki!...Niech maszty gną się, jak trzcinowe krzaki,Wiatr niechaj żagle podrze na łachmany,Ja precz stąd muszę, bo jestem dziś taki,Jak krzew, oderwan od skał i na pianyPorzucon, choć dmie orkan, choć się rwą bałwany.

W lecie młodości o człowieku-m śpiewał,Co przed swą duszą biegł, okrytą w zmroki,Dziś plan podejmę, co we mnie dojrzewał —Który nosiłem, jak dźwiga obłokiWicher szumiący: W téj pieśni głębokiŚlad dawnych myśli zjawił się mym oczom,Łez, co, opadłszy, odkryły opokiDróg, gdzie wędrowne lata gnuśnie tocząŻwir życia, a kwiat twarzą nie błysnął uroczą.

Od dni, gdy radość i ból wrzały we mnie,Serce i lutnia w strunach mają stratyI w obu rozdźwięk jest pewnie: daremniePróbuję może śpiewać, jak przed laty;Jednak zanucę, choć w smutek bogaty;Jeśli od ciężkich snów własnéj boleściI własnych uciech oderwę się na téjDrodze, gdy tu się zapomnienie mieści,To pieśń ta będzie dla mnie pożądanéj treści.

Kto się zestarzał na téj cierpień ziemiW czynach, nie w latach i wnikł w głąb żywota,Że go nie wzruszy nic i nie oniemi;W kim miłość, sława i działań ochotaWciąż topi w serce ostrze swego grota,By go nie stępić; ten powiedzieć umie,Czemu do jaskiń wiedzie go tęsknota,Pustych, acz rojnych: znajdzie tam się w tłumieTych widm, co władną w duszy wnieosłabłéj dumie.

Ażeby tworzyć i tworząc wieść życieSzersze, dlatego obłóczym jedynieFantazją w kształty, wiedząc, że w tym bycieZysk się nasz mieści, tak jak mój tu ninie.Czém jestem? niczém! lecz nie w téj godzinie,Gdy z tobą, duszo mojéj myśli, wodzęOkiem, niewidzian, po ziemskiéj krainie!Twą skrą się palę, wraz z tobą się rodzęI czuję, choć uczucia zdeptano mi srodze.

Dziś trzeba myśleć mniéj dziko... Zbyt czarnoI długo-m myślał, aż mój mózg gorącyPod własném wrzeniem zamienił się w parnąBezdnię widziadeł, w ogni rozdół wrzący...I oto życie nie to zdrój trujący,Bom z młodu kiełzać nie umiał swych chuci.Dziś duch mój, zmienion, lecz jak dawniéj chcącyDźwigać ciężary, których czas nie zrzuci,Za gorycz przeciw losom z skargą się nie zwróci.

Lecz dosyć o tém: doba ta przebyta,A czar pod własną pieczęcią się kryje.Ot zapomniany Harold znów was wita,Z piersią, co dziś już weselem nie żyje,Z raną w swém sercu, która nie zabije,Lecz i nie zaschnie. Czas, co wszystko zmienia,Zmienił i jego: świeżość z warg mu pije,Duszę pozbawił ognistego tchnienia —Już czara życia tylko po brzegach się spienia.

On swą zbyt prędko wychylił i mętyZnalazł piołunne; raz wtóry skosztowałZ źródła czystszego, w ziemi bardziéj świętéj,Sądząc, że zdrój ten wciąż się będzie chował!Próżno! na wieki łańcuch go okował;Wgryzł się, niewidny; nie dzwoniąc żelazem,Ciężko mu zwisał; katuszą dojmował,Co, milcząc, chwili nie puściła płazem —Ogniwa z każdym krokiem ścieśniały się razem.

Pod strażą chłodu, tak sobie uroił,Można bezpiecznie iść znów między ludzi;Puklerzem serca tak ducha uzbroiłPrzeciwko ranom, że — tak Czajld się łudzi —Jeśli nie radość, troska się nie zbudziZe swéj kryjówki... I była w nim złuda,Że w onéj ciżbie, która tylko brudzi,Myśl, godną siebie, znaleść mu się uda,Jak w obcych krajach Boga i natury cuda!

Lecz któż się różą rozkwitłą zachwyca,Nie chcąc jéj zerwać? Gdy się mu zaśmiejePrzesłodki urok cudownego lica,Któżby nie uczuł, że się nie starzeje?Gdy sława w chmurach nad przepaścią siejeBlask swojéj gwiazdy, któż ku niéj nie skoczy?Harold raz jeszcze na szałów koleje,Goniąc w ślad czasu, swe koła zatoczy,Lecz cel już szlachetniejszy wskazują mu oczy.

Niebawem uczuł, że jemu przystawaćWielce jest trudno do téj ludzkiéj trzody,Z którą nic nie miał wspólnego. PoddawaćNie umiał myśli pod innych przewody,Choć od swych myśli cierpiał, gdy był młody,Nie chciał swéj duszy giąć pod hegemonjęDuchów, z któremi wszczynał żar niezgody:Dumny samotnik, umiał w własném łonieZnaléść życie, oddychać, choć nie w ludzkiém gronie.

Tam, gdzie gór szczyty, jego przyjaciele,Jego ojczyzna, gdzie grzmią oceany;Gdzie błękit niebios swoje blaski ściele,Tam chciał i umiał bujać: niekiełzany,Pustynie, lasy, pieczary, bałwanyTo jego druhy, a słodszą ich mowa,Niż dźwięk ojczysty, w książnicach zebrany:Zapomnieć o nich dusza jest gotowaPrzy dziełach, które w lustrze wód Przyroda snowa.

Jak ów Chaldejczyk śledził gwiazd gromady,Zaludniał byty, jak ich blask, jasnemi;I wnet zapomniał ziemię i jéj zwady.I ułomności mieszkańców téj ziemi.Byłby szczęśliwy, gdyby skrzydły swemiMógł się utrzymać w tym locie. Lecz kruchaGlina jest w sporze z skry nieśmiertelnemi;Zazdrości światła, nie da rwać łańcucha,Co zdala od niebiosów zakuwa nam ducha.

Ale śród ludzi stawał się jak w sidłach:Był niespokojny, cierpki i ponury,Smutny jak sokół o obciętych skrzydłach,Któremu gniazdem były wolne chmury,A przezwyciężyć gdy chciał rozpacz, w któréjTonął, wnet stawał się jak ptak, co dziobemBije i piersią o klatkę, aż z skóryKrew mu się sączyć zacznie: tym sposobemMyśl się rwała mu z piersi, co była jéj grobem.

I dobrowolny szedł daléj wygnaniec;Stracił nadzieję, troska się zmniejszyła;Wiedział, że na nic tego życia taniec,Że ponad wszystkiém panuje mogiła,Więc mu się Rozpacz w uśmiech przystroiła,Co, chociaż dziki — tak jak na okręcie,Gdy ma pójść na dno, majtków czerń opiłaPochłania wódkę, by przetrwać tonięcie —Dodawał mu otuchy i sił w tym zamęcie.

Stój! — po cesarstwa kroczysz tu popiele!Trzęsienia ziemi łup tu pogrzebiony!Czyż, aby głosić tryumfu wesele,Żaden zwycięstwa znak tu nie wzniesiony?Nie! prawdy tutaj prostsze głoszą tony,Aby, jak było, pole to zostało.Jakiż deszcz krwawy żyźnił te zagony!Więc z ciebie zysku dla świata tak mało,Ty pierwsze i ostatnie z pól, co królów dało?

I Harold stanął na czaszek równinie,Pod Waterlo, na Francji mogile!Na innych sławę przeniosła w godzinieMoc, co rok rocznie siała darów tyle.Raz jeszcze orzeł wzleciał w dumnéj sileI — krwawym szponem wpił się w zagon zryty:Strzał sprzymierzeńców położył go w pyle!Znikł żywot, z pychy i trudów uwity,Za sobą łańcuch świata powlókłszy rozbity.

Godziny odwet! Gal niech jęczy z bólówW więzach — czyż ziemia więcéj ma swobody?By zgnieść jednego, nie by uczyć królówPrawdziwéj władzy, walczyły narody?Ma znów ciemięstwo święcić swoje gody —To światłych czasów bezkształtne bożyszcze?Czyż dwa ubiwszy, mamy pójść w zawodyZ hołdem dla Wilka, co świat zmienia w zgliszcze?Badajcie wprzód, nim nowy bóg wasz pokłon zyszcze,

Lub się nie chełpcie, że upadł despota!Darmo gorące łzy orały lice,Że tyran kwieciem Europy miota,Że bezlitośnie depce jéj winnice.Czas śmierci, strachu, co niszczył ziemicę,Darmo za zgodą milijonów zginął!Największa chwała temu, kto prawicęWzniósł i miecz wieńcem mirtowym owinął,Czém niegdyś ów Harmodjusz w Atenach zasłynął.

W nocy jak głośne szumi ucztowanie!W stolicę Belgii ściągnęła biesiadaWalecznych mężów i nadobne panie.Z lamp na ich lica blask smugami pada;Tysiąc serc bije szczęśliwych nielada!A gdy muzyka zdrój rozleje miękki,Oko miłością oku odpowiada.Jakby weselne rozbrzmiewały dźwięki!Wtém — cyt!... te tony głuche... to pogrzebne jęki!

Czy wy słyszycie? nie! to wicher wieje,Lub po kamieniach pędzi wóz z turkotem!W tańcu niech radość bez końca szaleje!Cóż sen, gdy Młodość i Rozkosz za złotemChwil rannych światłem puściły się lotem?Lecz cyt!... to znów ten ciężki dźwięk! tam wyżéjJakgdyby obłok odpowiadał grzmotemCoraz wyraźniéj, straszniéj, coraz bliżéj —Pod broń! — pod broń! — to huk jest — huk armatnich spiży.

W wysokiéj sali, tam! w okiennéj niszy,Brunświcki książę, siedząc, pierwszy w głuchemBiesiadujących kole dźwięk ten słyszy...Śmierci proroczém pochwycił go uchem.Tamci się śmieli, gdy on ujrzał duchem,Jak się śmierć zbliża... Znał, co huk ten prawi:Ojca mu krwawym zwaliwszy obuchem,Wołał, że pomsta tylko w krwi się pławi:I pójdzie — w polu żywot waleczny zostawi.

Co za bieganie! jak te tłumy płyną!Jakie łez zdroje i przestrachu drżenia!Jak zbladły lica, które przed godzinąPochwała wdzięków tak jeszcze zrumienia!Życie z serc młodych, widać, pozdrowieniaWyrwie ostatnie! Jęki, jak obroże,Zdławią snać gardła! Wzajemne spojrzenia,Czy znów się złączą, któż przypuścić może,Po pięknéj jeśli nocy tak okropne zorze?!

Na koń siadają co żywo! W szereguSą już szwadrony, turkoczą już bryki —Wszystko się naprzód w strasznym zlewa biegu!Już się bojowe sformowały szyki;W oddali głuche dział śpiżowych ryki,A tu huk bębna budzi z snu żołnierzy.Zanim poranne zabłysną promyki,Przestrach i zgroza śród tłumów się szerzy,A wargi drżą: „wróg idzie! i tuż tuż uderzy“...

W górę się wzbiła pobudka Kamrona,Pieśń Lochjela, w Albynie tak grzmiącaI wrażym Sasom tak znajoma ona!Już w noc miesięczną drga przerażającaNuta pejbroku... A jak pierś gorącaW kobzę góralską swe tchnienia przelewa,Tak w gór mieszkańcach pamięć lat tysiącaZuchwałość przodków i dumę rozgrzewa:Klan każdy cześć Ewana i Donalda śpiewa!

Ku przechodzącym las ardeński szumiLiśćmi i łzami Przyrody się łzawi,Co, choć bezduszna, żalów swych nie stłumiNad walecznemi, których nic nie zbawi:Zdeptani będą, nim się wieczór zjawi,Jako ta trawa, co zazieleniejeZnów — ponad niemi, gdy ten tłum, co pławiW świeżém się życiu, straci swe nadziejeI, padłszy z ręki wroga, na wieki skruszeje.

W południe — w życia zanurzeni zdroju,W wieczór — w piękności szalejącém gronie,W północ — dzwon zabrzmiał, wzywając do boju,Rankiem ruszyli, pochwyciwszy bronie,A w dzień już walki straszliwe pogonie!Piorunna chmura gdy pęknie w swym pędzie,Ziemia śród prochu nowego utonie,Co dawny proch jéj znów okrywać będzie:Jeździec z koniem, wróg z druhem w jednym spoczną rzędzie.

Cześć ich niech głoszą harfy więcéj śpiewne;Jednegom wybrał z walecznych roiska,Raz stąd, że rody nasze są pokrewne,Raz, żem mu ojca lżył, przyczyna blizka,A raz, że godne pieśni cne nazwiska:On z najmężniejszych był!... Gdzie śmierć straszliwaSwe strzały w szranki przerzedzone ciska,Gdzie burza walki największa się zrywa:Howardzie! — czyjaż pierś się zacniejszą nazywa?

Tyle łez lano nad tobą, że mojeByłyby niczém, choćby szły obficie!Lecz pod zielonem gdy tu drzewem stoję,Co życiem szumi, gdyś ty stracił życie,Gdy patrzę wokół, jak znów łan w rozkwicieBogate kłosy i owoce wróży,Gdy wiosna śpieszy wszczynać radość w bycie,Duch mój od tego, co wśród niéj tak płuż ,Ku temu dziś się zwraca, czem mi nie usłuży.

K’tobie się zwraca, ku owym tysiącom,Co straszną pustkę śród rodziny kołaPozostawiły; łaską zbawiającąDla niéj, gdy w sobie niepamięć wywoła.Przedmiot jéj pragnień trąba archanioła,Nie sława wskrzesi: choć swym dźwiękiem ona,Sława, na chwilę zgłuszy ból, nie zdołaŻaru tęsknoty stłumić, a imionaIm w większéj czci, tém większy budzą żal śród łona.

Człek w łzach się śmieje, śmiejąc się, łzy roni:Drzewo schnie długo, zanim się powali!Statek bez masztów, a jeszcze nie w toni;Wiązanie dachu runęło, a z haliPróchno się sypie powoli; trwa daléjMur, choć mu orkan koronę rozbije;Więzień umiera, łańcuch się ocali;Dzień jest, choć burza słońce w chmury skryje,I serce boleść łamie, a złamane żyje.

Właśnie, jak owo stłuczone zwierciadłoW każdym kawałku swe odbicia mnoży,I jeśli w tysiąc cząstek się rozpadło,Tyleż obrazów w swéj powierzchni tworzy:Tak téż i serce, gdy bólu nie złożyW grób zapomnienia... Więdnie i niszczeje,Kiedy w niém troska bezsenna się sroży,Aż mu się wszystko wokół zestarzeje,A milczy, bo słów nie ma na to, co się dzieje.

Lecz życie także w ludzkiéj jest rozpaczy;Jad siłodajny, korzenia potęga,Co zwiędłe żywi gałęzie... Cóż znaczyBól, gdy zabija?... Życie z czasem sięgaNawet po owoc, co się z trosk wylęga,W jabłkach z nad morza Martwego smakuje,Choć są z popiołu... Byt nasz to mitręga —Na chwile uciech niech człowiek rachuje,Czas życia, czyż lat wówczas sześćdziesiąt wysnuje?

Psalmista ongi ludzkie lata zliczył:Dość ich; lecz — wierne obliczenia twoje,Waterlo, wrogu, coś ludziom nie życzyłTych chwil znikomych, to zadość... twe bojeWspominać będą milijonów roje,I z ust ich dzieci echem wieść popłynie:„Miecz sprzymierzonych wylał krwi tu zdroje,I nasi w onéj walczyli godzinie!“To wiele i to wszystko już, co nie zaginie...

Tu padł największy, nie najgorszy z ludzi;Duch jego, zlepion ze samych sprzeczności,To się ku wielkim rzeczom mężnie trudzi,To przy błahostkach z równą siłą gości.Idąc po środku, z tronu wysokościPatrzałbyś dotąd, lub na takie szczytyNigdy się nie wspiął; wzlot twój w zuchwałościI twój upadek!.. I dziś, choć pobity,Snać światem znów chcesz wstrząsnąć, ty gromów niesyty!

O ty zwycięsco i więźniu téj ziemi!Drży ona jeszcze i twe imię wrzawyWięcéj dziś sprawia między tłumy temi,Choć jesteś niczém — pośmiewiskiem sławy,Ongi lenniczki twéj odwagi krwawéjI pochlebczyni, ażeś sobie BogaOgłosił z siebie: sługą téj ustawyStała się nawet rzesza królestw mnoga —Zdumienie ją do tego popchnęło i trwoga.

Więcéj niż człowiek i mniéj — w dole, w górze,To bijesz ludy, to z pola uchodzisz;Karki monarchów zmieniasz w swe podnóże,To od zaciężnych mniéj odważnie godzisz;Druzgocesz państwa, rządzisz, nowe płodzisz;Niezdolny własnéj rozkazywać chuci;W głębi dusz ludzkich ostrym wzrokiem wodzisz,A swéj nie każesz, niech chęć wojn ukróci,Nie pomny, że los gwiazdy i najwyższe zrzuci.

Ale zwrot fali zniosła dusza cichaZ tą filozofją, co w księgach nie stoi;Czy to rozsądek, rachuba lub pycha,Wrogów twych żółcią i piołunem poi...Naokół ciebie w nienawiści zbroi,Tłum, co urąga i strzeże, ty przeciePatrzałeś okiem, co się w uśmiech stroi;Szczęście odbiegło swe złupione dziecię,A ono nieugięte, choć jarzmo je gniecie.

Mędrszyś, niż w szczęściu; w onéj bowiem, dobieW wnętrzu, bywało, żar dumy ci płonie,Co gardzić ludźmi rozkazywał tobie...Takie uczucia trza jednak kryć w łonie,A nie dobywać na wargi i skronie!Źle nieużyte odpychać narzędzie,Aby zwróciło przeciw nam swe bronie;Świat naszych starań nigdy wart nie będzie:Poznają to i inni w twoich śladów pędzie.

Gdybyś, jak wieża na pochyłéj skale,Paść, lub samotnie stać miał przeznaczenie,Ciosy z tą wzgardą znosiłbyś wytrwale;Lecz myśli ludzkie to stopni kamienieDo twego tronu; ludzkie uwielbienieMiecz twój staliło; Aleksandra toremIść, a nie szydzić (królewskie odzienieJeśli pominiem) Dyjogena wzorem:Zbyt wielki świat, by dla cię beczki był otworem.

Spokój dla wrzących serc to piekieł władza —On go téż zgubił... Mają tutaj bytyTaki żar w sobie, który wciąż rozsadzaSwą ciasną klatkę i rwie się na szczytyPrecz ponad dążeń „środek przyzwoity“,Nie zgaśnie on już, gdy raz rozżegnięty —Jedynie spokój ściąga niespożytyOgień z wyżyny... Płomień w sercu wszczętyNiszczy tego, kto był nim i kto jest przejęty.

On to szaleńców stwarza, w których żarzeNowych szaleńców zaród: wodze zbrojne,Króle, systemów twórce i sekciarze,Ministry, wieszcze — duchy niespokojne,Co w tajniach łon swych taką niecą wojnę,Że ma w nich głupców ich głupiec... UpartaŚciga ich zazdrość, lecz ich dole znojneGodneż zazdrości? Jedna pierś otwartaNauczy nas, co sława i co władza warta...

Ich dech jest ruchem, a ich życie burzą,Na któréj pędzą, by paść ostatecznie;Ale te boje tak ich siłom służą,Że gdyby dni ich, przebywszy bezpiecznieTor, zlały w zmierzch się łagodny, bezsprzecznieZmarliby z ciszy — tak jak niesyconyPłomień, co musi strawić się koniecznieW własnym migocie, tak jak miecz rzucony,Co zjada się bez chwały, własną rdzą gryziony.

Ten, kto na góry szczyt najwyższy pnie się,W chmur go zobaczy i śniegów koronie;Kto ludzkość zgniecie lub się nad nią wzniesie,Ujrzy pod sobą nienawiści tonie;Chociaż ponad nim słońce chwały płonie,Pod nim jest ziemia i ocean siny,Wokół lodowce, a o nagie skronieBiją mu wichry téj saméj godziny:To trudu jest zapłatą, co wwiódł na wyżyny.

Lecz precz z tém wszystkiém! Mędrzec świat swój złożyłW swych własnych dziełach, lub do ciebie kroczy,Matko Przyrodo! któż tym równe stworzył,Jak te na niwach, gdzie Ren wały toczy?W bożych utworach Harold topił oczy,Oślepion czarem, co się z gór wyłania,Z liści, zbóż, winnic, skał i wód przezroczy,Z zamków, co smutne ślą nam pożegnania:Zniszczenie mieszka w murach, które darń osłania.

Stoją jak wielkie, choć złamane, duchy,Co między nizkie nie zejdą rozumy;Puste — wiatr tylko przekrada się głuchyI czarne chmury chodzą do nich w kumy.I one miały czas młodości, dumy;Proporce w górze, a dołem rycerzy;Dziś w krwawych grobach zapaśników tłumy,Prochem sztandary, które wiały z wieży,I w zimne bastyjony taran nie uderzy.

Tu, gdzie te mury, gdzie tych baszt ułamki,Włada potęga śród swych żądz... Tu srogiDzierżył rozbójnik zbrojne swoje zamki,Dumny, jak zastęp bohaterów mnogi,Którzy kroczyli śród przeszłości drogi...Dla tych najezdców cóż potrzeba było,By ich wielbiono, jak owe półbogi?Szerszego pola, kolumn nad mogiłą?Z nadzieją wrzało męstwo w nich z tą samą siłą!

W ich pojedynkach, barońskich zapasachJakiéż odwagi zginęły dowody!Miłość, swém godłem zdobiąca w tych czasachTarcze herbowe, dzieląca nagrody,Żelaznych zbroic przeszywała lody.Lecz nieraz w serce z tą żądzą się wkradła,Która nieciła burzące niezgody:Dla pięknéj pani wówczas baszta padłaNiejedna w tego Renu zmącone zwierciadła.

Obfite wody rozpienionéj rzeki,Błogosławieństwo dokoła lejecie!Czar waszych brzegów zostanie na wieki,Gdy wy ich, ludzie, zmienić nie zechcecie,Jeżeli z płonnéj powierzchni nie zmiecieSierp waszych wojen tych zadatków chleba!...Patrzeć na głąb tę, zda się, że po świecieZiemskim rozlały się błękity nieba,Że Letą jesteś, Renie — bo czegóż ci trzeba?

Walk zdobywało tysiąc twoje brzegi!Z połową sławy gdzież jest pamięć bojów?Rzeź tutaj kładła walczących szeregi,Czém oni dzisiaj? gdzie mogiły wojów?Krew dni wczorajszych zmył już prąd twych zdrojów,Ni plamki niéma, a tu głębie drgająPośród słonecznych skier tańczących rojów,Tylko czczych sławy snów nie zabierająTwe wody, chociaż wszystko unosić się zdają.

Tak dumał Harold, gdy kraj ten przebiegał,Czuły na wszystko, co ptaki na łanieBudzi, by śpiew ich ranny się rozlegał,Że nawet drogiém staje się wygnanie...Z czoła, choć zmarszczki wystąpiły na nie,Surowa cisza choć miejsce zajęłaŻarów, co miały nad nim panowanie.Radość mu nieraz dawny smutek zdjęła —Bo nieraz jéj rumieńcem twarz mu zapłonęła.

Tu szła i miłość śladem jego kroku...Choć w nim już żądza na popiół zgorzała;Trudno mu było chłodem płacić okuZa jego uśmiech. Przyjaźnią zapałaDusza za przyjaźń, chociażby jéj całaZiemia obrzydła: I z nim tak się składa —Wiarą mu słodką jedna pierś zadrżała,Na to pierś jego biciem odpowiada,W jéj łonie, w tkliwszych chwilach tak zamieszkać rada.

A umiał kochać — w takim, jak on bycieDziwny to kaprys — niewinne spojrzeniaDziecka, gdy w pierwszym zaledwie rozkwicie.Ale co serce, które rozpłomieniaNienawiść ludzi, tak od razu zmienia —W poznaniu tego korzyści nie wiele.Dość, że tak było; wśród osamotnieniaŻądze tłumione nie wyrosną w ziele:Ta jeszcze w nim płonęła, gdy inne w popiele.

Tu go do siebie jedna pierś przykułaSilniejszą spójnią, niż kościelne śluby,Miłość, aczkolwiek nie znając, co stuła,Czystą tu była, wolną od rachuby;Ludzkiéj zawiści wszystkie zniosła próby,A to ją węzły łączyło trwalszemi,Co w oczach kobiet jest obawą zguby,Dziś pozdrowienie ślę jéj z obcéj ziemi —Wylało się ze serca dla niéj dźwięki temi:

Z skał Drachenfelsu zamek dumnySpogląda chmurnie w Renu wody;Pieni swe nurty strumień szumny,Winne obsiadły brzeg ogrody,Wzgórza kwitnący las porasta,Pola obfite wróżą płody,Licznie rozsiane wokół miastaPośród słonecznéj lśnią pogody:Podwójna rozkosz w tym widoku,Gdybyś ty była przy mym boku!

Tłum wiochn z modremi tutaj oczy,W ręku trzymając bukiet świeży,Po rajskich niwach z śmiechem kroczy;Nademną baszty gniazd rycerzyW zielonych liściach kryją mury,Niejedna skała w przepaść bieży,Łuk się niejeden pnie do góry,A tuż winnica u stóp leży —Tu, gdzie czarują Renu wdzięki,Brak mi uścisku twojéj ręki.

Danych mi lilij ślę ci kwiaty:Nim się dostaną do twéj dłoni,Wiem, że utracą czar bogaty:Ty nie gardź niemi, choć bez woni!...Pieszczotą zlałem je dokoła.Wiedząc, że na nie wzrok swój rzuciszI że na schnące patrząc zioła,Ku mojéj duszy swoję zwrócisz:Rwane, gdzie toczy Ren swe zdroje,Twemu je sercu niesie moje.

Pędzi w szumiących fal odmętachStrumień, téj ziemi cud prawdziwy,I wciąż w tysiącznych swych zakrętachOdsłania nowe, piękne niwy;Choć najdumniejsza pierś, tu przecieMogłaby stanąć z życiem w zgodzie,I czyż się znajdzie kąt na świecieMnie równie drogi i Przyrodzie?Twojéj źrenicy tu potrzeba,By kraj ten milszym był od nieba.

Koło Koblencji, z łagodnego wzgórzaSkromny pomniczek ku niebu spoziera,Pod nim mogiła w zieleni się nurza:Spoczęły tutaj prochy bohatera,Naszego wroga — lecz niech nie zamieraW nas cześć dla Marceau... Po żołnierza twarzyNa grób ten ściekła niejedna łza szczera:Płacząc z zadrością o człeku on marzy,Co broniąc prawa Francji, zginął w walce wrażéj.

Krótkim lecz sławnym jego żywot zwie się,Po nim w dwóch wojskach żałoba się szerzy:W wrogach i w swoich. Wędrowiec niech wzniesieModły za spokój męża, co tu leży:Był on z nielicznych swobody szermierzy,Co przywileju kary nie nadużył,Danego temu, kto jéj oręż dzierzy;Nigdy on duszy w kale nie zanurzył,Dlatego téż na ludzkie łzy sobie zasłużył.

Ehrenbreitsteinu w gruzach mur zębaty,Czarny od dymu dział, wskazuje, srogi,Czém był, jeżeli bomby i granatyBez skutku biły w jego skalne progi.Twierdzo zwycięstwa! widziałaś ty mnogiTłum nieprzyjaciół, jak pierzchał doliną!Co bój oszczędził, temu Pokój — wrogi:Nie od kul gradu zamek ten ruiną,Od deszczów lata szczyty te potężne giną.

Żegnam cię, Renie uroczy!... Szczęśliwy,Jakżeżby chętnie został tu wędrowiec!Dla dusz złączonych, ty drogie masz niwy,Dla kontemplacji — samotny manowiec.Jeśli nie tutaj, sęp, niesyty łowiec,Gdzież swoję zdobycz, pierś, porzucić zdoła?Gdzież tak Przyroda się miarkuje, powiedz?Ona, ni smutna zbyt, ni zbyt wesoła,Dla ziemi tém, czém jesień jest dla roku zgoła.

Żegnam raz jeszcze, lecz żegnam daremnie!Bo czyż tak można żegnać twe przestrzenie?Każdą twą barwą lśni się dusza we mnie;A gdy mam rzucić ostatnie spojrzenie,Choć tak niechętne, na ciebie, mój Renie,To niechaj płonie w niém dziękczynność prawa:Są większe kraje, jaśniejsze promienie,Lecz nigdy oczom tak razem nie stawaI czar i wdzięk i krasa i dni dawnych sława —

Ta prosta wielkość, to kwiecie, brzemienneNadzieją sprzętów, te miast białe mury,Te szumne rzeki, przepaście bezdenne,Lasy, w nich zamki gotyckiéj struktury;Skały, jak wieże, pnące się do góry,Urągające dziełom ludzkiéj dłoni;Ludzie, jak kraj ten, bez twarzy ponuréj —Ciżba po brzegach z wesołością goni,Nie troszcząc się, że państwa padają koło niéj.

Lecz Ren już znika... Przyrody nademnąSterczą pałace, Alpy, śnieżne głowyOtulające w chmur powłokę ciemną,Wieczność tu w każdéj jaskini lodowéj,Na zimnych szczytach, królując, śniegowyPiorun, lawinę, tworzy i w dół ciska...Co duchem wstrząsa i rwie mu okowy,Woła z tych wyżyn: Niebiosów tu blizkaJest ziemia, a tam ludzi droga jakże nizka!

Lecz nim odważę piąć się na te szczyty,Moracie, k’tobie zwrócę swe koleje,Ty patryjotów łanie niespożyty:Spoglądających na śmierci trofejeWstyd za zwycięsców tutaj nie obleje.Tutaj Burgundczyk na wieki pomnikiemUczcił swe bufy: stos kości bieleje!Niepogrzebionym w Styks pomknąwszy szykiem,Każdego ducha strasznym witają okrzykiem.

Jak rzeź pod Waterlo razem z Kannami,Tak Morat stoi tuż przy Maratonie;Prawdziwa zwycięstw ich sława nie plami;Nie pycha krwawe wszczęła tu pogonie,Lecz bratnie serca i szlachetne dłonieObywateli po laur tutaj sięgły,I kraj nie płakał, że w prawa obronie,Które bluźnierczo zwie boskiém wyległyW drakońskim mózgu statut, ich ręce się sprzęgły.

Gdzie mur samotny, samotniejszy jeszczeSłup tutaj stoi, boleścią złamany,Dni tych zabytek, co przeszły; złowieszczeRzuca spojrzenia, jak ktoś obłąkany,Z strachu w głaz zmienion, ale nie obranyZe świadomości; stoi i nie umiePojąć, że jeszcze z ziemią nie zrównany,Gdy w Awentyku, téj rówieśnéj dumieRąk ludzkich, gruzów tylko został tłum przy tłumie.

Tutaj — o imię chwalebne i święte! —Julja — kapłanka, córka — w lat swych dobieWiosennéj niebu służyła.. PrzejętaMiłością nieba, serce jéj na grobiePękło ojcowskim... Przeciw łez żałobieGdy sprawiedliwość stanęła, umarłaZ życiem, co życie jéj mieściło w sobie...Żadna się statua o grób ich nie wsparła,Gdzie urna jedno serce, jeden proch zawarła.

Lecz to są takie imiona i czyny,Że się ich sława nigdy nie spopieli,Choć ziemia państw swych zapomni ruiny,Uciemiężonych i ciemiężycieli...Cnota w górnego majestatu bieliPrzeżyje bóle i w twarz słońca będzieZ swéj nieśmiertelnéj patrzała pościeli:Jak wiecznie czysty śnieg, co Alp krawędzieOtula, spraw padołu nie mając na względzie.

Leman się ku mnie zaleca swą falą,Lustrem, gdzie gwiazdy na niebieskim szczycieI góry patrzą, jak się tu krysztaląWszystkie ich rysy i barwy w błękicie.Lecz zbyt tu ludzi, aby należycieTym wielkim cudom dusza była rada;Ale samotność wnet zedrze pokrycieMyśli, co czarem dziś tym samym włada,Jak wtedy, nim się w ludzkie zamieszałem stada.

Nie gardzi ludźmi, kto od nich ucieka —Nie każdy wespół z niemi walczyć może;Nie z nienawiści ku nim duch człowiekaKryje się w źródeł swych najskrytsze łoże,Aby nie wezbrać i nie paść w ferworzeOfiarą własnéj słabości, śród tłokuŚwiata bojować i płakać w złéj porzeTu, gdzie bezprawia spotykasz co kroku,Gdzie silnych brak, a każdy ma chęć sporu w oku.

Tu wnet swe lata zanurzymy w skruszeI krew nam wszystkę w łzy niebawem zmieniTa śniedź, co naszę będzie żarła dusze;Wnet barwa nocy przyszłość nam zacieni,Życie się w biegu beznadziejnym spieni,Mknąc ku ciemnościom. Najśmielsi sternicyPłyną ku portom, żeglugą znużeni:Tu są Wieczności tacy wędrownicy,Co pośród burz nie mogą zarzucić kotwicy.

Czyż to nie lepiéj zostawać samotnymI kochać ziemię li dla saméj ziemi?Żyć nad Rodanem, jako strzała lotnym,Lub nad jeziorem, co go wody swemiKarmi, jak matka, troski serdecznemiOtaczająca swe kapryśne dziecię,Łzy spijająca całunki słodkiemi?Czyż tak nie lepiéj, niż na tłumnym świecieGnieść innych, albo znosić, gdy nas inny gniecie?

Nie żyję w sobie, lecz się cząstką stajęTego, co widzę naokół..! Te góry —To nie uczucie, zato ludzkie zgrajeMoją katuszą... Nic mi wśród naturyNie budzi wstrętu — w tém mój żal ponury,Żem cielesnego ogniwem łańcucha:Pełzam śród stworzeń, kiedy tam, gdzie chmury,Gdzie gór wierzchołki, gdzie gwiazdami buchaToń niebios, nie nadarmo rwą mnie skrzydła ducha.

W tém cały jestem, w tém jest treść żywota;Patrzę na ludną, przebytą pustynię,Jako na miejsce, gdzie bój i zgryzota,Gdzie los mnie rzucił, jakbym w jakiéj winieSerce zanurzył, bym cierpiał... Lecz ninieLecę na skrzydłach, co, acz młode, czuję,Że rosną — razem z powiewem. Niech płynieDuch mój z tym wiatrem, niech górą szybuje,I zrzuca precz tę glinę, która go krępuje!...

A gdy się wreszcie duch z więzów wybawi,Kiedy tę wstrętną powłokę utraci,Gdy z cielesnego bytu to zostawi,Co lśni w owadzie i w płazie bogaciéj,Gdy żywioł pójdzie do żywiołów — braci,Proch ten do prochu, nie odczuję-ż potémCiepléj wszystkiego? Bezmięsnéj postaciMyśli nie ujrzę-ż? duchów, z których lotemI wiecznym — jak w téj chwili — łączę się żywotem?

Jak ja ich cząstką, nie są-ż cząstką mojąI mojéj duszy szczyty, chmury, wody?Nie jest-że dana mego serca zdrojomCna miłość ku nim? Wszystkie inne płodyNie godne-ż wzgardy, gdy się bez swéj szkodyChcą równać z niemi? Raczéj cierpieć wolę,Niż to uczucie zamienić na lodyTych, których oko zawsze błądzi w dole,A myśl się nie obraca w płomienistém kole.

Lecz to nie moje zadanie... Na nowoPodjąwszy wątek, wzywam tych, co w pyleUrn dla swych dumań mają treść gotową,Aby stanęli przy męża mogile,Co tu się zrodził, gdzie ja, choć na chwilę,Pielgrzym przelotny, wdycham czyste zdroje,Męża, co dążył w wyprężonéj sileKu jednéj sławie: błazeńskie przeboje!Dla nich ciszę poświęcił, wybrał niepokoje.

Tu dziki Rousseau, kat swéj własnéj duszy,Apostoł bólu, co żądzę odziewałW cudowne piękno, co z głębin katuszyPrzemagającą wymowę wylewał,Dech, co mu takie nieszczęście przywiewał,Pierwszy raz wchłonął... W urok ten sofistaUbrał szaleństwo i dla grzechu miewałSłowo, rażące, jak moc blasków lśnista,Źrenicę, że z nich płynie struga łez rzęsista.

A jego miłość to esencja chuci:Eterycznemi żary płomieniący,Był on jak drzewo, gdy się grom w nie rzuciI zajmie... Życie z miłością łączący,Nie kochał żadnéj kobiety żyjącéj,Ani téż zmarłéj, co w sny nam się wbija:Ideał piękna, w nim swój byt mający,W tych jego księgach ogniem się przewijaI, chociaż urojony, zdrowie z żył wypija.

Z tych tchów powstała Julja, przyodzianaW wszystkie dzikością czarujące wdzięki;Tym tchem uświęcon ten każdego ranaNa jego wargach pocałunek miękki —Od téj, co uścisk przyjacielskiéj rękiMiała dla niego. Ale to dotknienieW piersi miłosne rozżegało męki:I więcéj szczęścia jedno mu westchnienieDawało, niż prostaczym duszom żądz spełnienie.

Przez cały żywot z wrogami wojował,Których sam szukał; cios niejeden zadałSwym przyjaciołom: Podejrzliwość chowałW przybytku serca — jéj w ofierze składałTych, których z ślepą wściekłością napadał...Był oszalały... lecz dlaczego? wątkuPrzyczyn dotychczas nikt jeszcze nie zbadał —W chorobie szukać czy w bólach początku —Najgorsza, że szał jego miał pozór rozsądku.

On był natchniony: z jego wnętrza buchał,Jak ongi z Pytji groty tajemniczéj,Głos, który żagiew nad światem rozdmuchał —Aż państwa padły w jéj pożarów dziczy...Czyliż się do nich i Francja nie liczy?Zgięta pod jarzmem tyranji wiekowéj,Złamana, drżąca pod razami bieży,Dopiéro jego płomiennemi słowyRozżegła w swojém wnętrzu gniew aż zbyt surowy.

I sama wzniosła straszny pomnik sobieZ gruzów wiar dawnych, co padły, zmiażdżoneW nowego czasu świtającéj dobie,Dla oczu świata zdarła z spraw zasłonę,Lecz zło i dobro zburzywszy, zwalonePozostawiła ze wszystkiego szczęty:W téj saméj chwili posłużyły oneKaźniom i tronom jako fundamenty,Bo tego chciał byt, sławy pragnieniem przejęty.

Lecz to nie potrwa i potrwać nie może,Ludzkość uczuła, że jest w niéj potęga,Lecz świeży rozkwit sił tych na rozdrożePopchnął człowieka: srogość się rozprzęgaŚród jego łona. Litość, co wylęgaMiłość ze siebie, znikła... Kto się chowałW ciemnéj jaskini, gdzie włada mitręgaNiewoli, orłem kto w dzień nie szybował —Czyż dziw, że się po zdobycz fałszywą skierował?

Z głębokiéj rany blizna pozostaje,Serce zranione krwawi się najdłużéj,Choć je wyleczysz, wspomnieniem się kraje...Kto z nadziejami w wojennéj jest burzy,Kto padł zwyciężon, o, ten się zanurzyW ciszę, lecz karku nie nagnie. Swe żaryTłumi namiętność, aż jéj dzień posłuży,W którym odetchnie swobodnie... Trza wiary:Nadejdzie przebaczenia chwila albo kary.

Jasny Lemanie! z światem, w którym żyję —Z jego burzami sprzeczne wody twojeKażą tą ciszą, którą głąb ich kryje,Zmienić wir ziemi na czyściejsze zdroje —Skrzydłem, co ducha ponad niepokojeWznosi, ten cichy jest żagiel... Ja rykiemMórz zachwycałem się ongi, dziś pojęTwym się poszumem: siostry on językiemWyrzuca, żem dotychczas brnął w szaleństwie dzikiem.

Przyszła noc cicha — i zlewa się w zmrokuTo, co od brzegów twych oddziela góry,W obraz przeciemny, lecz wyraźny oku.Przepaścią tylko wydają się JuryStrome wierzchołki, skryte w mgieł kaptury...Od lądu z kwiatów płynie zapach świeżyA z wiosła czasem o fali ponuryBłękit leciuchno kropelka uderzy,Po rosie na dobranoc ćwierkot świerszcza bieży.

Nocny biesiadnik, świerszcz ten, całe życieSpędza jak dziecko i do syta nuci;W przerwach czasami jakiś ptak ukrycieKrzewów, śpiewając, na chwilę porzuci...Tam! na pagórkach, zda się, ciszę kłóciJakowyś szelest... Ale to pozory:Gwiaździsta rosa łez miłosnéj chuciNie poprzestaje ronić do téj pory,Aż wnikną w pierś Natury wszystkie jéj kolory.

O jasne gwiazdy, wy poeci nieba!Jeżeli człowiek w waszych blaskach czytaLos państw i ludzi, to darować trzeba,Że, kiedy żądza wielkości go chwyta,Już się o ziemskie swe drogi nie pyta,Tylko do waszéj drużyny ucieka.Tajemna piękność u was jest ukryta,A taką cześć w nas budzicie zdaleka,Że „gwiazdą“ zwiemy sławę, szczęście, życie człeka.

Niebo i ziemia ciche, lecz nie śpiące:Bez tchu, jak człowiek, nadmiernie wzruszony,Jak on, gdy w myślach zatopion, milczące,Niebo i ziemia ciche: gwiazd miljony,Turnie nadbrzeżne i Leman uśpiony —Wszystko to życiem jaknajgłębszém dyszy:Tu każdy promyk, powiew, liść zielonyJest cząstką bytu, człek w nich moc tę słyszy,Co stwórcą jest wszystkiego i panem téj ciszy...

Nieskończoności uczucie się rodziW nas, najmniéj samych w samotnéj ustroni;W bytu naszego wnętrze prawda wchodzi,By nas oczyścić: dźwięk, dusza téj toni —Źródła muzyki, co wiecznéj harmonjiDaje poznanie; urok, co rozwity,Jak Cyterei przepaska (tak o niéjBaśń opowiada) spaja pięknem byty —Cień śmierci-by rozbroił, gdyby ranił, skryty.

Nie darmo wzgórza dawnych Persów plemięNa swego bóstwa zmieniało ołtarze;Bez ścian, na szczytach, wyrosłych nad ziemię,Wznosiło kościół w modlitewnym żarzeDla tego Ducha, co w rąk ludzkich darze,W murach, czyż godną znalazłby świątynię?Przybytki twoje mogą-ż stanąć w parzeZ tumem Przyrody, Gocie i Greczynie? —Twych modłów zdrój niech w ciasnych obrębaahobrębach nie płynie!

Niebo się zmienia!... lecz jakież to zmiany!Potęgę macie nocy! burzo! mroki!Ale tak słodką, jak ten czar świetlanyW czarnych źrenicach kobiety... OpokiDrżą, kiedy skacze grom żywemi krokiZ turni na turnię... Nie z jednéj on chmuryTutaj wypada: każdy wierch wysokiWłasny ma język... Grzmi odpowiedź Jury,Radosny gdy podniosą ryk alpejskie góry...

To w noc się dzieje! Przechwalebna nocy!Czas twój nie na to, aby usnąć, służy:Niech zakosztuję twéj ognistéj mocy,Niech będę cząstką ciebie i téj burzy!Tam snać się całe jezioro zanurzyW blaskach fosforu, a stąd deszcz się zrywa,Tańcząc, na ziemię... Ciemno znów... W tem z wzgórzyNa gór wesele radość się odzywa:Snać gdzieś trzęsienia ziemi poród się odbywa.

Gdzie wartki Rodan rozdarł bieg topieliPomiędzy skały, obraz doli srogiéjDwojga kochanków, których dawny dzieliGniew, że już zejść się nie mogą ich drogi,Choć miłość źródłem téj zawiści wrogiéj —Nienawiść przeszła, ale życia kwiatyNa nagie, zwiędłe przemieniła głogi:I dzisiaj oni, zimowemi latyZgnieceni, toczą walkę w duszy, w żal bogatéj. —

Gdzie bystry Rodan rozdarł się na dwoje,Tu z burz największa ma swój żleb widomy;Bo tu się tłumią tych nawałnic roje,Z ręki do ręki wciąż rzucając gromy,Płonąc i skacząc naokół; gdzie złomyTe rozdzielone, rozszczepił w dwa kleszczeGrom błyskawiczny swój pocisk. Znać z stroméjBezdni, gdzie pustka ma gniazdo złowieszcze —Chce wygnać, jeśli coś tam pozostało jeszcze!

Niebiosa, turnie, rzeki i jeziora!O nocy, wichry, grzmoty, błyskawice!Duszo, coś wszystko to zrozumieć skora,Przez was umieją czuwać me źrenice!Zamierający huk wasz, nawałnice!Po oddźwięk tego, co mi sen odbiera!Ale powiedzcie, gdzie wasze granice?Czyście jak burza, co człeka rozpiera?Czy lot wasz, jak lot orłów, do gniazda dociera?

Gdybym, co we mnie największego gości,Mógł odziać w ciało i wyrzucić z łona;Gdybym dla myśli, uczuć, namiętności,Dla serca, duszy — silna czy zwątlona —Gdybym dla tego, k’czemu dąży ona,Co znosi, czuje, zna, a przecież żyje,Miał jedno słowo — piorun: myśl, zrodzonaWe mnie, byłaby jak ten grom, co bije,I ja nie byłbym mieczem, który pochwa kryje.

Znów się rosisty poranek wyłania —Z wonią w oddechu, z kwiatami na twarzy;Żartowniś, śmiechem obłoki rozgania;Jakby nie było na ziemi cmentarzy,Tak życiem tryska... Już się dzionek jarzy,My znów pójdziemy swoim trybem daléj...Na twoich brzegach duch nasz znów pomarzy,Cichy Lemanie! a wszak u twéj faliDość treści, byśmy tylko treść tę wyzyskali.

Cudna Klarencjo! miłości kolebko!Twoje powietrze to żądz młodych tchnienie!Z miłości drzewa tu swą siłę krzepką,Lodowce czerpią swoje zabarwienie;Zachód je widzi, odziane w promienie,Co tutaj drzemią tak lubo! UrwiskaMiłość tu głoszą, dawszy jéj schronieniePrzed onym światem, który w dusze ciskaNadziei grot i potém ma z nich swe igrzyska.

Niebiańskie kroki zna każda twa ścieżka —Miłość, Klarencjo, siadła tu na tronie,Co ma za stopnie te góry: w nich mieszkaBóg, co skrą życia przenika twe błonie...Ale nietylko na tych gór koronie,Nietylko w lasach i grotach on bawi:Z każdego kwiatka twą źrenicą płonie,W oddechach lata twoje łany pławi,Łagodząc klęski burzy, gdy się moc jéj zjawi.

Tu wszystko jego: ta czarna sośnina,Co cień mu daje; te głośne potoki,Których poszumów on słucha; te wina,Które się wiją po ścianach opoki;Fala, co gnąc się, wita jego krokiI stopy, szemrząc, całuje; las, brudnąZgniłych pniów warstwą pokryty, lecz sokiŚwieżego liścia mający, w swą ludnąSamotność przywołuje boga postać cudną.

W samotność, ludną rojem pszczół, ptakami,Tłumem przebarwnych stworzonek, co głosząOd słów milszemi jego cześć dźwiękami,A których uciech niewinnych nie spłosząŻadne przestrachy... Tu strumienie rosząKrzewy naokół, tu szemrze kaskada,Tu się gałązki gną i znów podnoszą,Pączek o wonném pięknie rozpowiada —To wszystko Miłość w wielki jeden cel układa.

Tu, kto nie kochał k’miłości się nagnie,A kto tajemnéj rozkoszy skosztował,Ten jeszcze bardziéj kochać tu zapragnie!Tutaj się Amor w tém ustroniu schował,Gdy świat mu bole i klęski gotował —Bo miłość naprzód kroczy lub umiera,W miejscu nie stoi; jéj wdzięk się zepsował,Albo się ona ku tym szczytom wdziera,Gdzie światłość nieśmiertelna jéj się nie opiera.

Nie z jakiéjś fikcji Rousseau w onéj dobieZaludniał tłumem uczuć to zacisze:Poznał, że kąt ten upatrzywszy sobie,Żądza dusz czystych tutaj się kołysze.Tu młody Amor zdjął przepaskę PsyszeI grunt uświęcił miłością..! SchroniskoCudne, samotne! twoich czarów słyszęGłos tu i oddech. Tutaj nieba blizkoTron Alp i Rodan usłał swe łożysko.

Lozanno! Ferney! wszak to wasze domyGniazdem tych imion, co wam dały imię —Tych śmiertelników, co po drodze stroméjDoszli, gdzie sława wiekuista drzémie...Duchy potężne, tytany olbrzymie,Co znowu z nieba chcieli ukraść płomię,Na myślach zwątpień pnąc się w pychy dymie:Karę na siebie mogli ściągnąć w gromie.Lecz niebo z ludzkich dążeń śmieje się widomie!

Jeden kapryśny i zapalnéj głowy,Chwiejny — lecz dowcip miał, co się nie starzał:Wesoły, dziki, rozumny, surowy,Dziejopis, mędrzec — a i pieśni stwarzał,Protej w zdolnościach, sam siebie rozmnażałPomiędzy ludźmi... Ale ośmieszanieGłówną w nim siłą: na nic nie uważał:Jak wiatr, co wszystko wywraca na łanie,Wali głupców, to znowu przeciw tronom stanie!

Drugi — głęboki, myśli wyczerpywał,Do źródła wiedzy po swą mądrość chodził,Zastanowienie, tworząc, w pomoc wzywał,Mieczem, powagą wyostrzonym, wodził;W solenny dogmat grotem szyderstw godziłRównie solennym. Arcymistrz ironji,W wrogach gniew wzbudzał, co się z strachu rodziłI wnet go strącał do piekielnych toni,Na wszystkie wątpliwości téj najlepszéj broni.

Spokój ich prochom! już oni w téj chwiliZa swe przewiny doznają pokuty,A my nie to, byśmy ich sądzili...Przyjdzie czas taki, że na jaw wysnutyBędzie czyn wszelki, albo przestrach lutyRazem z nadzieją, jako jedna mara,Zmieni się w popiół, a ten, choć rozsuty,Gdy znów odżyje, jak nas uczy wiara,Łaska spadnie na niego, lub téż słuszna kara.

Lecz od dzieł ludzi pójdę czytać dziełaStwórcy i potém dam już należytąOdprawę pieśni, co treść z snów mych wzięła,Niech się nie ciągnie bez końca... RozwitąWidzę tam chmurę! sunie ku Alp szczytom!Ja ją przeszyję! jak wzrok sięga chyży,Ma być przezemnie kraina przebytą,Gdzie się wierzchołki piętrzą coraz wyżéj,Aż niebo do uścisków ku ziemi się zbliży.

Patrzę na twoje, o Italjo, łanyI oto w duszy blask wieków się pali,Gdy Kartagińczyk giął cię niekiełzany,Aż do tych mędrców i mężów ze stali,Co dziś twych dziejów kartę chwałą zlali:Państw byłaś tronem i grobem; w podróżyKu źródłom wiedzy, duch nasz u twéj faliGasi pragnienie: wieczny zdrój mu służy,Co tryska wciąż z cesarskich twego Rzymu wzgórzy.

Tu przerwa pieśni, któréj dobroczynnaGwiazda snać zgasła! Przeświadczenie miéwać,Że dusza nie jest tém, czém-by powinna,Ni tém, czém była; z serca wydobywaćOstrze, by niém serce krajać; ukrywaćMiłość, nienawiść, zapał, gniew i bole —To co zwykliśmy uczuciem nazywać,Własne swe myśli podawać w niewolę,To straszny trud... Nie szkodzi.... trza przebyć to pole...

Lecz z tych, w pieśń moję wplecionych wyrazówPodstęp, być może, nieszkodliwy bije,Niby koloryt przelotnych obrazów;Może się dla mnie i dla innych kryjeW tém jaka złuda... Młodość rada pijeZ puharu sławy, lecz jam nie tak młody,Abym o śmiechy dbał i gniewy czyje,O sławnych losów korzyści lub szkody,O pamięć lub o zimne zapomnienia lody.

Świat mnie nie kochał, jam nie kochał świata;Tchów jego marnych nie byłem pochlebcą;Bożyszczy jego cześć mnie nie przygniata,Do ich ołtarzy nogi me nie drepcąI w uśmiech wargi ściągnięte nie szepcąW echu ich hołdów... Pośród tłumów stoję,Lecz tłumy dla mnie drogi nie wydepcąI nie z ich myśli idą myśli moje:Piłnję wciąż swój umysł, więc zgiąć się nie boję...

Świat mnie nie kochał, jam nie kochał świata,Lecz się rozejdźmy, jak grzeczni wrogowie;Wierzę, choć tego-m nie doznał, że strataNie wszystkim grozi nadziejom; że w słowieI czyn być może; że cnota na zdrowieBliźniego sideł nie zastawia; wierzę,Że z oczu ludzi człek się prawdy dowie,Że smutkiem drugich ktoś się smuci szczerze,ZeŻe dobroć i szczęśliwość nie ze snów się bierze.

Córko! imieniem twojém pieśń zaczętaNiech twém imieniem będzie zakończona!Nie widzę ciebie, lecz tobą przejętaCała ma dusza, do twojego łona,Ma przyjaciółko, wznoszą swe ramionaCienie lat przeszłych. Dźwięk mój w snach twych, dziecię,Choć mnie nie ujrzysz, będzie brzmiał; gdy skonaTo moje serce, on się w twoje wplecie:Zmarł ojciec, w córce został jego głos na świecie.

Wpływać na rozwój twoich pojęć; w pieczyMiéć złote uciech dziecięcych zaranie;Patrzéć, jak rośniesz, jak w twój umysł rzeczy,Które cię dziwią, wnika poznawanie;Twe wiotkie ciałko trzymać na kolanie,Całunek ojca wyciskać na twarzy —Tego nie stało i dziś mi nie stanie;A jednak we mnie chęć się taka żarzy,Lub coś, co snać z tą chęcią na równi się waży.

Nienawiść do mnie choć ci z cnotą zwiążą,Wiem, że mnie kochać ty będziesz; klątwamiChoć nie nazwisko w twych oczach obciążą,Że jest zniszczeniem i że zdradą plami;Choćby się rozwarł grób pomiędzy nami,Kochać mnie będziesz — wiem o tém niezbicie;Choć krew ojcowską chcianoby strugamiLać z twego ciała i lano obficie,Ty będziesz mnie kochała ponad własne życie.

Dziecię miłości, w goryczy zrodzone,Wzrosłe w konwulsjach: te są elementyTwojego ojca i twemi są one!Lecz żar w twém wnętrzu więcéj powściągnięty,A twe nadzieje górniejszéj ponęty.Niechaj w kolebce słodki sen cię pieści,Ja stąd, gdzie góry, gdzie tych mórz odmęty,Ślę ci życzenia wszak téj saméj treści,Jaka — mniemam — w twém sercu i dla mnie się mieści.

Comments

Loading comments…