Wenecja (Byron)

Translated from English by Jan Kasprowicz

Na moście westchnień, we weneckim grodzie,Stałem, tu pałac mając, tu więzienie:Z fal wyrastają gmachy, lśniące w wodzie,Jak na czarownej różdżki uderzenie;Lat tysiąc skrzydeł swych roztacza cienie,A uśmiech sławy, mrąc, ku dniom ulata,Gdy kraj niejeden, ujarzmion, spojrzenieWznosił, gdzie z głazu postać lwa skrzydlata,Gdy władła na stu wyspach Wenecja bogata.

Majestatycznie ta Cybela morza,Strojna w tyarę pysznych wież na skroni,W dal powietrznego spogląda przestworza,Królowa fali, pani morskiej toni.A taką była! Łup narodów trwoniNa wiano cór swych; płomienne klejnotyWschód dla niej sypał z nieprzebranej dłoni;Lśniła purpurą, królów stół jej złotyŚciągał, dumnych, że uczt jej dzielili ochoty.

Zmilkły w Wenecji już echa Tassowe,Niemi wiosłują dzisiaj gondoljerzy;Pałace starą pochyliły głowęI ucho rzadko muzyka uderzy.Dni te ubiegły — piękność jeszcze leży,Sztuki zginęły — natura nie pada,Pamięta ona czar Wenecji świeży,Gdy tu biesiadę goniła biesiada.Gdy szalał tu bal świata, Włochów maskarada.

Lecz dla nas jest tu coś, co więcej znaczy,Niźli jej imię, które w dziejach słynie,Niż szereg widm tych, jęczących z rozpaczy,Że znikła świetność w tej dożów dziedzinie!My tutaj pomnik mamy, co nie zginieRazem z Rialtem! — murzyna, SzajlokaI Piotra, węgły tych łuków! PrzeminieWszystko, brzeg cisza zalegnie głęboka,Oni znów go zaludnią dla naszego oka.

Bo twory ducha nie z gliny pochodzą;W nieśmiertelności suknię przyodziane,

Jaśniejszy promień w naszem wnętrzu płodząI dni gotują bardziej ukochane;To, co nam życie, przez los skrępowaneZiemską niewolą, w brudne skrywa szmaty,Wnet usunąwszy, te duchy wybraneSerca, co pierwsze utraciły kwiaty,Zraszają, by w ich pustce wzrósł ogród bogaty.

Młody i stary ma u nich oparcie:Tamten, że wierzy, ten, że mu się toczyŻycie śród próżni; na niejednej karciePełno tych uczuć, i moje się oczyKu nim zwracają; lecz nad kraj uroczyMarzeń cudniejszą rzeczywistość bywa;W czar ona kształty i barwy jednoczyNad nieba rojeń, ponad gwiazd tych dziwa,Któremi pusty świat ten muza naokrywa.

Jam o tych dziwach śnił, lub patrzał na nie:Przyszły, jak prawda, przeszły, jak sen hoży.Czemkolwiek były, dziś już ich nie stanie!I dziś, gdy zechcę, duch mój formy stworzy,Wyglądające od tych widm nie gorzej,Które jam gonił i znalazł na chwilę.Lecz cóż mi po nich! Baczny ci wyłożyRozum, że w nikłym przepadają pyle!Dziś innych kształtów głosy nęcą mnie w swej sile...

Obce znam mowy i obcym źrenicomNie jestem cudzy; żadne też przemianyDuszy, że zawsze sobą, nie zachwycą...Nie trudno wcale nowe znaleść łany —

Kraj, gdzie są ludzie, i niezamieszkany...Jam się urodził w ziemi, z której dzieciDumne — i słusznie; i choć z nieskalanejUszedłem wyspy, której wolność świeci,Na krańce gdzieś dalekie choć mój okręt leci,

Możem ją kochał; i jeżeli kościW ziemi, co nie jest moja, kiedy złożę,Duch mój powróci do ojczystych włości,Jeżeli schron swój duch wybierać może.Z tej ja nadziei wieniec sobie tworzę,Iż w mej rodzinnej ziemi będą pieśniMoje wspominać; lecz jeśli nie w sporzeZ szczęściem ma sława, jeśli tak się prześni,Jak ono, — wystrzeliwszy, pogrzebie się w pleśni,

Jeśli me imię wyrzucą z kościoła,Gdzie lud czci zmarłe — duch mój nic nie powie!Wawrzyn niech wieńczy znakomite czoła,Ma cześć w nagrobku spartańskiego słowie:«Bywali w Sparcie zacniejsi synowie»Nie chcę współczucia, kolce z tego drzewaRanią mnie dzisiaj, co się moim zowiePosiewem; serce dziś się krwią zalewa:Wiedziałem, że człek zbiera to, co sam zasiewa.

Dziś wdowa Hadria łzy po mężu lejeI do corocznych ślubów się nie stroi;Nie naprawiany Bucentaur próchnieje,On jej wdowieństwa dziś już nie ukoi;Ma święty Marek swego lwa: on stoiGdzie stał, lecz, widać sam urąga sobie

I temu miejscu, gdzie się cesarz w swojejUginał pysze, króle w przeszłej dobieZazdrosny wzrok topili w Wenecyi ozdobie.

Gdzie Szwab się korzył, Austryi dziś obuchy;Gdzie cesarz klękał, na kark cesarz siada;Prowincyami królestwa, łańcuchyKrępują miasta, co berło nieladaOngi dzierżyły! Narodów gromadaZe słonecznego swej potęgi pola,Jako lawina z szczytów gór, tak pada;Niech choć na chwilę ślepego Dandola,Byzancium zdobywcy, zawładnie tu wola!

Przed świętym Markiem spiżowe rumakiPalą się w słońcu grzywy złocistemi;Nie sprawdziły się Doryi groźne znaki?Nie w jarzmie one i Wenecja z niemi?Trzynaście wieków jej swobody z ziemiZnikło, jak rogóż, co w tem miejscu ginie,W którem nad wody wzrosła błękitnemi.Nie lepiej skończyć w zniszczenia głębinie,Niż gnuśnieć w jarzmie wrogów, w niewoli godzinie?

Z młodu, Tyr nowy, wszystka była sławą;Z zwycięstw przydomek dały jej narody —Pianta-leone, — bo lwa swego krwawąDzierżyła mocą nad lądy i wody;Wolna, choć brała niejednym swobody,Twierdza Europy przeciwko Osmanom:Rywalki Troi, Kandii świadczą grody,

I ty, Lepanto z nieśmiertelną pianą —Imiona, co się czasom oprą i tyranom...

Jak statuy ze szkła, strzaskane na szczęty,Tak szereg dożów dziś na popiół starty,Lecz ich pałaców przepych niepojętyTo wspaniałości dawnej głośne karty;Złamane berła, miecz ich, rdzą przeżarty,Dziś w rękach obcych. Gmachów puste mury,Próżne ulice, cudzoziemskie warty,Świadcząc, kto w dole tu, a kto u góry,Wenecyę piękną w obłok ubrały ponury.

Comments

Loading comments…