poemat

Translated from English by Julian Korsak

Więzień Czyllonu

Włos mój już siwy, — lecz nie długie lata,Nie przez noc jedną tak go wybieliłyWidma bojaźni, gdy strach z całej siłyNagle w niemęskie serce zakołata.

5 Wzrost mój się chyli — lecz nie życia trudyCiało me zmogły, nie chorób cierpienia:Lecz ta rdza ciągła spoczynku i nudy,Co zwykle trawi ofiarę więzienia.Los me dzieliły niejedne ofiary,

10 Równie wygnani z powietrza i ziemi, —Lecz że cierpiałem dla mych ojców wiary,Lżej było walczyć z więzami długiemi.Ojciec dał głowę pod miecz na szafocie,Za to, że nie chciał zaprzeć zdania swego;

15 I z tej przyczyny wszystkie dzieci jegoJęczały długo w więzienia ciemnocie.Było nas siedmiu, — bracia młodsi byli:Moja przekwitła, ich młodość kwitnąca;I jak zaczęli oni, tak skończyli,

20 Z prześladowaniem łamiąc się do końca;

Jeden w płomieniach, dwóch na polu chwałyKrew swą przelało, — wszyscy równie stali,Śmiercią rodzica za Boga skonali,Któremu cześci wrogi zaprzeczały.

25 Z losu więzienie było trzech udziałem,Z których żyjący ja jeden zostałem.

Jest siedm kolumn gotyckiej struktury,Pośród starego Czyllonu więzienia;Jest siedem kolumn, których siwe mury

30 Jakieś pochmurne światło opromienia.Snadź promień słońca zbłąkał się w swej drodze,I wpadł w tę grotę przez szczelinę ściany;Tam, jak meteor na bagnach zbłąkany,Wciąż po wilgotnej czołga się podłodze.

35 W każdej kolumnie jest kruk zakrzywiony,Na każdym kruku łańcuch zawieszony,A każdy pierścień łańcucha, jak żmija,Żelaznym zębem do ciała się wpija.Ząb ten na nogach dotąd się czerwieni,

40 Choć już oddawna zdjęto z nich okowy;A dotąd jeszcze blask obraża dniowyWzrok mój, odwykły od słońca promieni!

Jak długie w więzach przecierpiałem lata,Nie wiem, — bo z żalu liczbę ich straciłem,

45 Odkąd po śmierci ostatniego brata,Żywy, z trupami w tym więzieniu żyłem.

Trzech nas do słupów, jak jakich zbrodniarzy,Wszystkich osobno uwiązano zrazu, —Żeśmy nie mogli, podobni do głazu,

50 Ni kroku ruszyć, ni widzieć swych twarzy,Chyba przy świetle, co idąc skroś ziemi,Tak strasznie blado, tak ciemno świeciło,Że w swoich oczach byliśmy obcemi.Ręce związane, — serce wolnie biło!

55 Jeszcze nas zrazu to jedno cieszyło,To, żeśmy mogli, brzękając okowy,Mówić, i słuchać wzajemnej rozmowy.Nieraz śpiewana pieśń rycerskiej treści,Lub z gminnych podań krajowe powieści

60 Ucho bawiły, za duszę chwytały,Lecz i te z czasem obmierzły, schłodniały,A głos nasz przejął ton dzikiego brzmienia,Niby ton echa od murów więzienia.Nie był to — może to było złudzeniem —

65 Głos pełny, brzmiący, jak niegdyś, przed laty,Gdyśmy, nie gorąc powietrza pragnieniem,Jeszcze nie znali tych murów i kraty.

Z pomiędzy trzech nas ja najstarszy byłem,Więc ich, jak mogłem, nadzieją cieszyłem.

70 I każdy, kryjąc boleść, co go tłoczy,Cieszył mnie wzajem, ua sam płakał skrycie.Najmłodszy, ojca ulubione dziécie,Że miał błękitne naszej matki oczy,Twarzą i głosem podobny był matce.

75 Jego los smutny czułem duszą całą:Zaprawdę, serce, patrzając, bolało,Takiego ptaszka w takiej widzieć klatce!A on tak piękny był jako pogodnyDzień dla sokoła, gdy wolny, swobodny.

80 Jak dzień polarny, co zachodu słońcaWprzód nie zobaczy, aż nim lato minie —Bezsenne lato, które dniem bez końcaPłonie, przyświeca północnej krainie:Taka pogoda była jego czoła,

85 Tak dusza czysta, taka myśl wesoła.On i łez nie znał; — szczęśliwe stworzenie,Co wciąż uśmiechem zbywa smutki swoje!Łzy tylko chował na drugich cierpienie,I wtedy tylko wylewał ich zdroje.

90  Drugi miał różną, więcej męską duszę,Zdolną się ćwiczyć w twardej losów próbie,Skłonną wycierpieć najsroższe katuszeI świat do walki wyzwać przeciw sobie.Lecz on-by wolał wprzód z orężem w ręku

95 Skonać, niż gnuśnie tak rdzewieć w kajdanach;

Umysł niezgięty w złych losu odmianach,W mych oczach wkońcu zwiędniał od ich szczęku.I jam też więdniał! — lecz cierpiąc kryjomu,Przez żal, przez litość musiałem w tych murach

100 Cieszyć te drogie relikwije domu.On z młodu pierwszym był łowcem na górach!Gdzie w skałach śliska wykręca się droga,Tam ścigał wilka, lub gonił za łanią;Dziś to więzienie było mu otchłanią,

105 A złem najgorszem uwięziona noga.

Jest przy Czyllonie Lemańskie jezioro;Tysiąc stóp w głębią jego wielkie wody

Idą, — z dna piasku swoje źrzódła biorą;Wracają, szumią, wrą, lecą w zawody,

110 A wał Czyllonu graniczy i leżyTak blisko krętych jeziora wybrzeży,Iż mur i woda podwójne więzienie,Zda się, dla ludzi tam budują sobie,By w niem mieszkali jak w żyjącym grobie;

115 Nad nami czarne wisiało sklepienie,Spodem błyszczały jeziora przestrzenie.A tam war wody, jak stróż naszej groty,I dniem i nocą szumiał nad głowami,Rażąc nam ucho ciągłemi łoskoty.

120 Raz wielki bałwan, wydęty wiatrami,Przez kratę cisnął bryzg wody przed nami,I szedł, szalejąc, szturmować o chmury.Wstrząśnione więzień pochwiały się mury,Zdało się, że się rozpadną na ćwierci.

125 Jam na tę scenę z uśmiechem spoglądał!Bo któżby w duszy wtedy nie zażądałMającej z więzów uwolnić go śmierci?

Słuchajcie! co się z moim bratem stało:Już wielkie jego serce upadało,

130 A głód mu siły ostatnie odbierał;Nie żeby w karmi jak dziecko przebierał,Gdyż, nieraz dzieląc łowieckie wyprawy,Smak nasz był przywykł do myśliwskiej strawy;

Lecz tam — nie z łani wydojonem mlekiem,

135 Spleśniałą wodą z fosy nas poili;A chleb nasz czarny, jakim nas karmili,Wyglądał jakby od stu lat, przed wiekiem,Już był moczony niewolników łzami,Albo od czasu, jak myśl zapamięta,

140 Gdy pierwszy człowiek własnemi rękamiW lochach zamykał ludzi jak zwierzęta.Lecz nie! — nie karmi brak go tak wychudził,Nie z ziemskiej treści wielka dusza jegoStworzoną była! — on w pałacach nudził,

145 Gardził powietrzem uwięzionem w murach;Uciekał w pola jedynie dlatego,By pełniej, wolniej odetchnął na górach.Pocóż odwlekać straszne prawdy słowo?On umarł... z żalu do reszty się zmogłem;

150 Jak trup zwieszony nad zmarłego głową,Drżałem, drętwiałem — i umrzeć nie mogłem.Chciałem — za słabe były siły moje —Rozbić mój łańcuch, rozłamać na dwoje.On umarł... wnet mu więzy otworzono,

155 I ciało jego ziemią przyrzucono,Tą samą ziemią z naszego więzienia!Ja ich żebrałem jak o dar, by ciałoJego gdzieś dalej pod oknem leżało,Gdzieby dochodził przecie blask promienia...

160 Śmieszna myśl! — lecz mnie tak się wtedy zdało,Że i po śmierci jego pierś, tak wolna,W takiem więzieniu spoczywać niezdolna!

Wolałbym milczeć, — bo gdy ich błagałem,Zamiast litości śmiech tylko słyszałem,

165 Zimno się śmieli — i trupa grzebali...Gorzko jest, komu tak nędzną się zdarzaWidzieć mogiłę tych, cośmy kochali! —I próżny łańcuch nad nią dłoń grabarzaZwiesiła. — Właśnie to pomnik zbrodniarza!

170  Lecz on, nadziei kwiat nad wszystkie kwiatki,Pieszczota wszystkich, najmilszy, jedyny,Wierny piękności obraz naszej matki,Kochanek ojca i całej rodziny,Cel mojej troski, nadziei ostatni!

175 Całe me życie ja w siebie zebrałem,Abym doczekał — ach nie doczekałem! —Chwili, gdy wyjdzie z tej żelaznej matni.On, co zachował do ostatniej chwiliTę myśl wesołą, cośmy w nim lubili, —

180 On też upadał ofiarą niewoli,W oczach mych więdniał i gasnął powoli.O Boże! straszny to widok sam w sobie,Gdy z ciała dusza uchodzi człowieka,W jakimbądź kształcie, w jakimbądź sposobie.

185 Ja ją widziałem, gdy ze krwią ucieka,Ja ją widziałem na przepaściach wody,Walczącą z szałem morskiej niepogody, —Aż ją w szaleństwie rozpaczy objęłyFale, i paszczą spienioną połknęły;

190 Widziałem chore, trupie Grzechu łoże,Gdy się pasował z widmami sumnienia, —

Okropne sceny! — lecz widok cierpienia,Łez, żalu, z temi mieszać się nie może!On konał, — smutek spokojny, łagodny,

195 Twarz jego lekką powlekał żałobą;Jakby się troszczył, a wzrok miał pogodny,Za tymi, których porzucał za sobą.Rumieniec, co wciąż jemu lica krasił,Był tylko śmierci szyderstwem — nic więcéj!

200 Bo wnet swą barwę gasił, i zagasił,Jak słaby promień pierzchającej tęczy,A takie światło z oczu jego biło,Że i w więzieniu, zda się, widniej było!Żaden jęk, żadne sarkające słowo

205 I żadna skarga nad niewczesnym skonemZ ust mu nie wyszła, — choć mdlejącym tonemMówił, a jeszcze cieszącą rozmowąGłaskał mą rozpacz; — wtem westchnął, i głucho,Pół-echem tylko, ozwały się mury;

210 Był to przedśmiertny słaby jęk natury!Na głos westchnienia wytężyłem ucho.Długo słuchałem — i nic nie słyszałem!Ja krzyczę, wołam, — mnie się jeszcze zdało,Że w moich uszach jego słowo brzmiało.

215 Chciałem biec, lecieć — lecz, ja zapomniałem,Że jeszcze łańcuch na nogach mi cisnął.Trąciłem nogą — i łańcuch mój prysnął!

Biegę, — przybiegam, — on umarł: — ja byłemJeden żyjący, z jedną duszą żywą;

220 Ciężkim oddechem jeden tylko piłemStęchłe, zatrute powietrze więzienia.Ostatnie, jedne najdroższe ogniwoMiędzy mną, między granicą stworzenia,Co mię do życia wiązało jedynie, —

225 Pękło, prysnęło w tej czarnej godzinie!Jeden na ziemi byłem od tej chwili,A bracia moi oba już nie żyli.Wziąłem za rękę, co zimna leżałaNa trupiej piersi, — oblałem ją łzami.

230 Lecz wnet i moja okrzepła, schłodniała,I zdało mi się, że już byłem w grobie;Lecz jeszcze, jeszcze czułem życie w sobie.Wściekłe uczucie, kiedy już poznajem,Że co kochamy, co nas kocha wzajem,

235 Więcej nie będzie już dla nas i z nami,Już nie ożyje... W rozpaczy zawarłemWszystkie dni moje; — czemuż nie umarłem?!Wiara, co weszła po nadziei skonie,Ta mi wstrzymała samobójcze dłonie.

240  A co się potem uczuło, myślłomyślało,Nie pomnę, — pamięć stępiała w żałości.Dla mnie powietrza i światła nie było,Wkońcu już czułem nawet brak ciemności.I żadnej myśli, uczucia żadnego

245 Nie było we mnie; — martwy jak ta skałaDzika, niepłodna, którą mgła obwiała,Żyłem nie wiedząc poco i dlaczego?Pośród kamieni sam jak kamień stałem.Wszystko, co tylko dotknąłem, widziałem,

250 Tak było białe, tak blade, tak siwe!Ni to noc była, ni dnia światło żywe;

Ni to blask dzienny od lampy promyka,Co w nocy drażni oczy niewolnika, —Lecz czczość, co całą przestrzeń pochłonęła,

255 Gdzie nieruchomość bez miejsca spoczęła.Był to kraj jakiś bez słońca pochodni,Bez gwiazd, księżyca, bez ziemi, — gdzie niémaCzasu, stworzenia, ni cnoty, ni zbrodni, —Lecz cichość, oddech, co z piersi olbrzyma

260 Wyszedł, i uwiązł na ustach zamarły,Morze, którego wody się zaparłyI stały, aż nim w jedne wielkie bryłyZlały się razem — zastygły, i gniły.

Raz, nagle, w głowie, w myśli rozwidniało:

265 Słyszałem ptaszka jakiegoś śpiewanie;Co kiedy ucho wdzięcznego słyszało,Wszystko w niem było! — znowu byłem w stanieRozpoznać dawne, znajome przedmioty;Znowu ujrzałem mur, kratę mej groty,

270 I ten sam promień słońca, co z swej drogiZbłądził i leżał śród mokrej podłogi.Raz, przez szczelinę, skąd się blask ten wlewał,Postrzegłem ptaszka: siedział w niej, i śpiewał;

Piękny, miał piórka błękitne z czarnemi,

275 Zda się był więcej swojski, jak na drzewie;Ja piękniejszego nigdy nie widziałem!On tysiąc rzeczy mówił w swoim śpiewie,Przynajmniej dla mnie, — ja go rozumiałem!Snadź on samotny był, jak ja, na ziemi,

280 Chociaż w połowie mniej smutny odemnie.On, gdym już nie miał nikogo na świecie,Coby mię kochał, — polubił mię przecie;Ja tego ptaszka lubiłem wzajemnie.On jakieś światło na duszę mą rzucił,

285 On mię uczuciu i myśli powrócił.Byłże on wolny? — może przez swawolęWybiegł z swej klatki, by śpiewać nad moją?Ptaszku mój! znając tak dobrze niewolę,Nie mógłbym tęsknić nawet i za twoją.

290 Może on tylko pod postacią ptakaBył gościem z raju? O Boże! myśl taka!...Przecież, gdym płakał i śmiał się zarazem,Myśl ta rozkosznym stała się obrazem:Że jeszcze do mnie dusza mego brata

295 Przyszła w gościnę, aż nie z tego świata!Lecz raz, gdy ptaszek w górę, w górę leciał,Postrzegłem błąd mój w złudzeniu stokrotnem:Gdyby był brat mój, onby nie odleciał,Tak mię nie rzucił podwójnie samotnym!

300 Samotnym, jak trup po swoim pogrzebie,Jak jeden obłok na ogromnem niebie,Jak w dzień słoneczny jedna chmura mglista,Gdy reszta nieba pogodna i czysta, —

Co Bóg wie poco zjawia się, gdy wkoło,

305 W niebie, na ziemi, tak jasno, wesoło!

Wtem nowa zmiana zaszła w moim losie.Widziałem litość w dozorcach więzienia;Oni, tak zimni na widok cierpienia,Już przy mnie dzikość miękczyli w swym głosie.

310 Przecież tak było; — więzy nie skruszoneGdzieś na podłodze bezczynnie leżały.Niby-to wolny, w tę i owę stronęChodziłem; nieraz dzień przechodzę cały,Odpocznę chwilę, znów wstaję na nogi,

315 I zbijam mokre więzienia podłogi;To siedem kolumn raz obejdę kołem,I znów powracam, skąd chodzić zacząłem.Lecz wciąż musiałem z jakąś stąpać trwogą.Bym grobów braci nie zdeptał mą nogą,

320 A ta myśl nieraz siły mi odjęła,Nieraz tak silno mój oddech ścisnęła,Iż go nie mogłem wytchnąć piersią całą;A chore serce drętwiało — i mdlało!

I raz przechadzką zaszedłem pod wały;

325 Nie żebym stronił od tych miejsc zdaleka,Gdzie ręce moje wszystko pogrzebały,Co mię kochało w postaci człowieka.Co mi z wolności? gdy ta ziemia całaSzerszem więzieniem tylkoby się zdała!

330 Gdzie krewnych, ojca, ni dzieci nie było,Nic, słowem, coby mię do niej wabiło! —

Lecz od lat tylu zamknięty w te mury,Byłem ciekawy, przez okno, z za kraty,Spojrzeć, i widzieć te olbrzymie góry,

335 Na które patrzyć lubiłem przed laty.

Spojrzałem, — już mi przed oczyma były!Zawsze też same, nic się nie zmieniły.I śnieg ten samy leżał na ich czole,Śnieg lat tysiąca; — a u stóp ich, w dole,

340 Błyszczy jezioro; — nurt tocząc wspaniale,Tuż za niem Ronu błękitnieją fale.Słyszałem dobrze, z jakiemi łoskotyDruzgotał drzewa, przesadzał przez groty.Biały mur miasta przeświecał się w dali;

345 Bielszy od muru lśnił żagiel na fali.Tam, pośród wielkiej jeziora odnogiWznosi się wyspa nad wodne topiele:Mała, zielona, zdała się niewieleSzersza od mojej w więzieniu podłogi.

350 Na niej widziałem trzy wysokie drzewa:Z gór wiatr wiejący ich liście powiewa;Przy nich tłum źrzódeł, tłum kwiatów na błoni,Tysiącznej barwy i rozkosznej woni.Wesołe ryby pod mur podpływały,

355 Grając swobodnie w wodach się pluskały;Orzeł, jak jeździec, pędząc wiatr po chmurach,Nigdy nie leciał na tak rączych piórach!

Leciał, i ku mnie swe skrzydła obrócił.Patrzałem — łzami oko się zalało,

360 Padłem na ziemię, — ach! bo mi się zdało,Żem jeszcze świeżych więzów nie porzucił!Rzuciłem okno; — z wstydem wyznać muszę,Że znowu ciemność mojego więzieniaJakby całunem padła na mą duszę.

365 Straszna, okropna, grobowa ciemnica! —Przecież w ciemności pragnęła spocznieniaŚwiatłem i łzami znużona źrenica.

Były tygodnie, miesiące, dni, lata, —Lecz ich rachuba wypadła mi z myśli,

370 A z nią nadzieja oglądania świata.Wkońcu dozorcę moi do mnie przyśli,I zwiastowali wolność! — Ich przybycie,Ich radość nawet dość zimno przyjąłem,Gdyż w moim stanie już mi jedno było,

375 W więzach, czy bez nich smutne płużyć życie.A serce tak się od bólów zdrętwiło,Że już w rozpaczy podobać zacząłem!Odkąd dozorce ze mnie więzy zdjęli,Nim od żelaza zamknęły się blizny,

380 Mnie się zdawało, że oni znów chcieliWyrwać mię z domu, z drugiej mej ojczyzny!Gdyż jak pustelnik nieznany nikomu,Żyłem tu, jakby w swoim własnym domu.

Z każdym pająkiem ja w przyjaźni żyłem.

385 Nieraz, pamiętam, z rozkoszą patrzyłem,Gdy mysz igrała przy świetle księżyca.I czemuż mogłem ja mniej czuć jak oni?Wszyscyśmy do tej przywykli ustroni.Ja, król ich rodu! człowiek, gąsienica,

390 Mogłem ich zabić! — a przecie jak w grobieMy z sobą w zgodzie, w pokoju-śmy żyli!Ja i mój łańcuch jak dwa druhy byli.Skutek nałogu! — z długiem nawyknieniemStajem się wkońcu, czem jesteśmy w sobie.

395 Jam wolność moję odzyskał z westchnieniem.

Comments

Loading comments…