Luzyady — całość

Translated by Zofia Trzeszczkowska

Może — po latach — jaki mały zuchZa elementarz weźmie książkę mą,I nagle iskrą zapali się duch,A dziecko pojmie, za co ludzie mrą.I chociaż po mnie zniknie wszelki ślad,Choć może z grobu wyrzucą już kość,Wyleci orlę w gronie bratnich stadI spojrzy w słońce — dla mnie tego dość!

1. Boje opiewam i tych mężów chwały,Co z luzytańskich zachodnich wybrzeży,Na nieznajomych mórz biegli kryształy,Gdzie się nad fale Taprobana jeży,I niebezpieczeństw zwalczali nawały,Jak na niezłomnych przystało rycerzy;Aż nowe państwo wznieśli sławnym trudemŚród obcych ludów męstwa swego cudem, —

2. I owych królów wiekopomnéj sławy,Co rozszerzając swoje panowanie,Azyi, Afryki podbili dzierżawy,Niewiernych kłoniąc pod krzyża władanie;Co rycerskiemi uwiecznieni sprawyJuż nieśmiertelność wzięli w posiadanie.Pieśń ma ich poda ludom dla nauki,Gdy ty mię wesprzesz, o gienjuszu sztuki!

3. Przestańmy sławić Trojanów lub GrekówMorskie wyprawy i rycerskie czyny,Macedończyka bohatera wieków,Albo Trajana zwycięskie wawrzyny:Was sławię, których śród śmałychśmiałych zaciekówWiódł Mars z Neptunem, was, — o Luza syny!Umilknij, Muzo, z pieśnią starożytnąPrzed tych wybrańców chwałą bardziéj szczytną. —

4. A wy, o nimfy srebrnéj Tagu toni,Co nowy zapał w piersi méj niecicie,Jeśli się ku mnie łaska wasza skłoni,Żem wasze brzegi opiewał w zachwycie,Zdarzcie, niech pierś ma męskiém tętnem dzwoni,Niech wzniosłym stylem władnie należycie,By — zachwycony sławą waszych dolin —Nad Hipokrenę przeniósł was Apolin!

5. Dajcie głos silny. — Ja od was, pasterze,Wiejskiéj fujarki, ni fletni nie chwycę,Lecz w głośną surmę bojową uderzę,Od któréj pierś drga, płomieni się lice:Niech z pieśni mojéj godną chwałę bierzeNaród, któremu Mars zbroił prawice;Bo w dźwięcznych rymach, wzdłuż przez ziemię całąTaką zasługę wysławiać przystało.

6. A ty, zrodzony jako zakład drogiOdwiecznych swobód luzytańskiéj ziemi,Gwiazdo niemylna nadziei tak błogiéj,Iż chrześcijaństwo wesprzesz czyny twemi;Że pod twym mieczem Maury zadrżą z trwogi,Że wiek nasz wsławisz między potomnemi,Którego sercu jedna żądza znana —Zdobyte światy skłonić do stóp Pana;

7. Nowa gałązko, w świetnym królów rodzieKwitnąca — z drzewa milszego Jehowie,Niż którykolwiek mocarz na zachodzie,Czy Cezar, czy się królem Franków zowie:Świadkiem twa tarcza, na któréj obwodzieRyte zdarzenia wspomniane w mém słowie,Gdy zbrojny krzyżem, Chrystus w swojéj chwaleKu Alfonsowi nagiął losów szale;

8. Królu potężny, w którego dziedzinachLegły te kraje, gdzie słońce się rodzi,Gdzie w południowych góruje godzinachI dokąd zdąża, gdy spocząć uchodzi,Dłoń twa wybrana, wkrótce w męstwa czynachW szeregi sprośnych Arabów ugodzi;Rozgromi Turka i ten kraj daleki,Kędy poganin pije z świętéj rzeki:

9. Zwróć ku mnie wzrok twój królewski łaskawy,I niech majestat twój oglądam ninieTakim, jak masz być kończąc ziemskie sprawyI w wiecznéj chwały wstępując świątynię;Zwróć ku mnie wzrok twój, bom ja pieśniarz prawy,Ani dbam, czy mię nagroda nie minie,Lecz rozmiłowan w dziejach mojéj ziemi,Walecznych Ojców sławię rymy memi.

10. Czci i miłości, co pieśń moję wiodą,Brudna chęć zysku nigdy nie skalała:I czyliż małą dla piewcy nagrodą,Gdy imię jego zna ojczyzna cała?O wielkich mężach słuchaj duszą młodą,Których Opatrzność twym rządom poddała:I — co chlubniejsze — niech głos twój stanowi,Światu — czy temu panować ludowi?

11. Słuchaj, bo treść mą oblekając w słowaFantazyi własnéj nie złożę na szali;Nie dla mnie zmyśleń kłamliwych osnowa,Niech się nią obca Muza jak chce chwali:Wielkość ta nasza rzeczywista, zdrowa,Przyćmiewa wszystko, co piewce bajali;Przyćmi Orlanda, Rodmonta, Rogiera,Jeśli w ich dziejach nawet prawda szczera?

12. Srogiego Nuna przed oczy ci stawię,Co niósł ojczyźnie tak wielkie usługi;Patrz — Egas, Fuas (ach ku ich to sławie,Chciałbym miéć lirę jako Homer drugi!)A miast dwunastu parów, w Anglii, w sprawieDam — tyluż Luzów prowadzi bój długi.Aż w końcu staje Gama znakomity,Co Eneasza przywłaszczył zaszczyty.

13. Może cię Karol król francuski nęci?Lub Cezarowi chcesz równego męża?Niech Alfons Pierwszy stanie w twéj pamięci:On sławą innych swą sławą zwycięża,I Jan, którego dłonią podźwignięci,Wzięliśmy spadek dzieł jego oręża;I tylu innych cisną mi się miana:Aż trzech Alfonsów i Wtórego Jana.

14. Czyżbym dozwolił zapomniéć méj lutni,Jak wszędy, dokąd świt sięga, duch męskiParł ich — jak z mieczem, krwi własnéj rozrzutni,Wysoko sztandar utkwili zwycięski?Silny Pacheco, Almejdowie butni,Których Tag śmierci płacze jako klęski;Albuquerque, Castro — tak straszni, tak dzielni,Choć dawno zmarli — w dziejach nieśmiertelni!

15. A gdy ja śpiew ten ku ich czci zawodzę,Nie śmiejąc ciebie dosięgnąć w méj pieśni,Ty śmiałą ręką ujmij losów wodzeI daj treść piewcy, o jakiéj świat nie śni;Każ wojsk twych rzeszy, niech zacięży srodze:(Aż się zadziwią i strwożą współcześni),Niech runą mężni zwartemi szeregi,Na morza Wschodu i Afryki brzegi!

16. Maur w oczach twoich czyta rażon trwogąSwą blizką zgubę, widzi chrześcijan szaniec,I nim do boju raczysz stąpić nogą,Już szyję w jarzmo nagina pohaniec.W państwie lazurów ustroń dla cię błogąGotuje Tetys, boś ty jéj wybraniec;Jéj serce wdziękiem twych lic zniewoloneChce państwo w wiano, córę-ć dać za żonę.

17. Na ciebie patrzą z Olimpu wyżynyDwa wielkie duchy, niegdyś dziady twoje.Jeden, pokoju anioł, swoje czyny,Drugi swe krwawe przypomina boje:Oba ufają, że — dziedzic jedyny —Wskrzesisz ich pamięć, ich wojenne znoje;I po skończeniu pielgrzymki dalekiéjPrzybytek szczęścia gotują-ć na wieki.

18. Lecz nim nadejdzie chwila upragniona,Gdy nad ludami obejmiesz rząd władczy,Śmiałego barda pieśń k’tobie zwróconaNiech twoich względów monarszych doświadczy. —Słuchaj, jak prują słone morza łonaTwe Argonauty; niech twój wzrok zaradczyCzują nad sobą; ucz się wcześnie, panie,Prośbom śmiertelnych dawać posłuchanie!

19. Już na szerokie wbiegli oceany,Wzruszona fala pieni się i zżyma;Już przychylnemi wiatry kołysanyStatek swój żagiel spuszczony rozdyma:Już obryzgany srebrzystemi pianyPiersią tnąc fale kierunek swój trzyma,I pędzi w przestrzeń, gdzie dotąd jedynaStadStąd Proteusza pląsała drużyna.

20. A z woli Jana, co w Olimpie włada,Gdzie ważą losy każdego narodu,Prześwietnych bogów zgromadza się rada,Aby rozstrzygnąć przyszłe losy Wschodu,Po drodze mlecznéj, co się z gwiazd układaI po kryształach niebieskiego grodu,Wnuk Atlasowy, (zręczność jego znana)Zwołał ich w imię gromowładcy pana.

21. Wszyscy, — powietrzne opuściwszy kołaSfer siedmiorakich, które Pan im zwierza,Ten Pan, co jedną myślą swego czołaWstrząsa świat, niebo, mórz gniewy uśmierza;W chwili stanęli kędy ich powoła,Z krain, gdzie północ swe lody najeża,I południowa wysyła ich strona,I kraj, gdzie słońce wschodzi — i gdzie kona.

22. Najwyższy Ojciec zasiada w ich gronie,Z gromem w prawicy dziełem Wulkanowém,Na roziskrzonym od gwiazd kroci tronie,Z postawą wzniosłą, obliczem surowém:Z oblicza tego taka boskość wionie,Że tym tchem tknięty śmiertelnik sam nowémStałby się bóstwem. — W berle i koronieNad brylant jasnych klejnotów blask płonie.

23. Bogate stopnie do tronu prowadzą,Lśniące od złota i drogich kamieni;Na nich, jak rozum i porządek radzą,Różni bogowie stają rozmieszczeni:Prym biorą starsi i znaczniejsi władzą,Młodzi na niższych stopniach zgromadzeni,Gdy z wysokości władca piorunowyTak do obecnych rzekł grzmiącemi słowy:

24. „Wieczni mieszkańcy niebieskiego grodu,I co gwiaździste zasiadacie trony,Jeżeli Luzów dzielnego naroduObraz w pamięci waszéj nie stracony,Winniście wiedziéć, iż jest do zawoduŚwietnego — ręką przeznaczeń wiedziony,Że wobec dzieł ich zapomni ziemianin,Czém był Pers, Assur, i Grek, i Rzymianin.

25. „Wyście patrzali, jak oddział maleńkiRzucił się, sił swych nie rachując wcale,Wydrzéć zbrojnemu Maurowi z paszczękiKraj, który kąpią lube Tagu fale;Kastalczyk strwożon doświadczył ich ręki,Bo zawsze niebo sprzyjało ich chwale;Zawsze wracali niosąc plon obfityRycerskiéj sławy, zasługą zdobytéj.

26. „Zamilczę, bogi, o walk starych sławieZ Romulowemi prowadzonych syny,Kiedy z Wirjatem w jednéj idąc sprawiePo nieśmiertelne sięgnęli wawrzyny:I te wspomnienia w cieniu pozostawię,Gdy wybran wodzem, na czele drużyny,Stał mąż, co aby zapał w ludzie zbudził,O wieszczéj łani powiastką go łudził.

27. Widzicie oto, jak pełni otuchy,W niepewnych morzach, lecz z męstwem bez miary,Nieznaną drogą na swéj łodzi kruchéjŚmieją opływać Afryki obszary;I z ziem Zachodu mkną szybkiemi ruchy!Gdzie palą słońca najognistsze żaryZamiar niezłomny — jedna dla nich droga —Kres — u kolebki słonecznego boga.

28. „Odwieczne Fatum dało obietnicę(Jego praw starych żadna moc nie zmieni),Że im na długo podda mórz dzielnice,Które wschód słońca najpierwéj rumieni.Oto przetrwali zimy nawałnice,Łódź skołatana, żeglarze strudzeni;Toż zda się słuszna po trudach tak wieluDać im dosięgnąć pragnionego celu.

29. „Pora zakończyć ich troski podróżne:Toć już przebyli losów próby srogie;Tyle klimatów i nieba tak różne,Straszliwe burze, wichry długo wrogie;Więc dziś ma wola: — Niech brzegi usłużneAfryki dadzą im schronienie błogieI niechaj statkom użyczą naprawy,By do dróg dalszych przysposobić nawy.“

30. Gdy Ojciec Jowisz dokończył swéj mowyInni bogowie mówią po porządku,Lecz ich życzenia nie jednéj osnowyA więc je kładą na szale rozsądku.Nie w smak Bachowi wyrok Jowiszowy,Więc nie przystaje. On znał od początku,Że jego sława zaćmi się na Wschodzie,Gdy tam zawiną synów Luza łodzie.

31. On słyszał wieszcze Przeznaczenia głosy,Iż z ziem Hesperyi lud wielki się zjawi,Z za mórz — a kiedy oddadzą mu losyTę Indyą, co się w oceanie pławi,Nad wszystkich imion największych rozgłosyOn bohaterskie imię swe postawi —Więc boli boga własnej czci utrata,Którą gród Nisy święcił długie lata.

32. Wié, że gdy Indyą raz miecz zwalczy śmiały,Już mu się druga sposobność nie zdarzy,Jako pogromca przyjmować hymn chwały,Jakim go dotąd cały Parnas darzy;Teraz się boi, iż lud tak zuchwałyTo imię cisnąć w nurt Lety się waży,Że ono zginie w zapomnienia fali,Gdy brzegów Indyi tkną Luzowie śmiali.

33. Przeciwko niemu Wenus pięknolicaWstaje — téj naród Luzytanów miły,Bo go niemało przymiotów zaszczyca,Co niegdyś Rzymian drogich jéj zdobiły.Płomienne męstwo, żelazna prawica,Któréj tyngicki brzeg doświadczył siły,I ten ich język skażony tak mało,Iż za łacinę wziąć-by się go chciało.

34. Dla tych pobudek Wenus przy nich stoi’stoi,A i Park szepty niemniéj ma na względzie,Że dokąd lud ten sięgnie w mocy swojéj,Bóstwo piękności ołtarze miéć będzie.Tak, gdy Bach ujmy swéj chwale się boi,Wenus zaś sądzi, iż jéj czci przybędzie,Spór się zaognił — i zgody już niéma —Stronę każdego tłum przyjaciół trzyma.

35. Jak gdy Boreasz lub Auster ponuryUderzą w puszczę — pod temi podmuchy,Śród rozpasania wściekłego naturyDrżą góry, słychać szum i łoskot głuchy;Trzeszczą gałęzie, lecą liści chmury,Gną się drzew wierzchy fal wrzącemi ruchy;Tak naraz zamęt zapanował srogiMiędzy Olimpu potężnemi bogi.

36. Sprawę bogini Mars popierać gotów,Z pomiędzy wszystkich bogów najzacięciéj:Czy wskrzesił pamięć swych dawnych zalotów?Czy dzielność mężnych serce jego nęci?Bo z chmurną twarzą, z okiem pełném grotów,Z pośród gromady wstał w gorzkiéj niechęci,I w tył odrzuca, gniewem zapalony,Swój mocny puklerz na piersi zwieszony.

37. Czoło mu słoni hełm dyamentowy.Aby głos podać, podnosi przyłbicę;Śmiało podąża przed tron JowiszowyW mocy i grozie; — ogniem pała lice,O stopnie tronu grzmi dziryt stalowy,Jak gdyby wkoło ciskał błyskawice,Zadrżało niebo — wszędy trwoga padłaI gwiazda Feba na chwilę pobladła.

38. „Ojcze nasz — rzecze — którego skinienieWszechświat przyjmuje z pokorą ochotną,Jeśliś w tych ludziach sam niecił pragnienie,By dalszych krain szukać nawą lotną,Jeśli ich męstwo i prace masz w cenie,Czyliż ich wydasz na hańbę sromotną?Niech sprawiedliwość posłuchu odmówiW tak podejrzanéj sprawie Bachusowi.

39. „Zważ, że on w gniewie, a gniew często myli;Zbytnia obawa umysł jego drażni;Bo przeciw komu Bach walczy w téj chwili?Wszak z Ojcem Luzem w bratniéj żył przyjaźni?Ale dozwólmy, niech się gniew przesili,O losy Luzów nie zadrżę z bojaźni;Nigdy zawiści Fatum nie dozwoliKrzywdzić zasługę wbrew niebiosów woli.

40. „A ty, w stałości nieugięty panie,Objaw, iż raz już rzeczonego słowaŻadna moc w świecie wstecz cofnąć nie w stanie,Bo słabość sprawy odstąpić gotowa,Każ, niech Merkury na twe zawołanie,Szybszy niż wicher, niż strzała grobowa,Ukaże ziemię, gdzieby można byłoZaczerpnąć wieści, nową wzmódz się siłą!“

41. Skończył bóg wojny. — Ojciec wszechmogącySkinieniem głowy dał znak przyzwoleniaNa treść Marsowéj przemowy gorącéj,I wonny nektar już czary zapienia;Po drodze mlecznéj, światłem gorejącéj,Oddawszy panu winne pozdrowienia,Promienna niebian rozprasza się rzesza;Do własnych siedzib każdy z nich pośpiesza.

42. Gdy tak potężny Olimp kipi gwarnie,Gdy radzą bogi w nadpowietrznym grodzie,Między Etjopją a Madagaskarem,Wschód mając w prawo a północ na przodzie,Garść mężnych w morza mknie, a słońce żaremOblewa „Ryby“, które lśnią w obwodzieZodyaku, odkąd przed tobą, Tyfonie,Wenus wraz z synem uszła w morskie tonie.

43. Łagodny wietrzyk muska żagiel biały,Jak gdyby Niebo z żeglarzami w zmowie,Niebo pogodne a jasne kryształy,Ani obłoczka — spokój co się zowie.Już mignął cypel Etyopskiéj skałyPrasso nazwany w starożytnych mowie,Gdy na odkrytém niezmierzoném morzuWieniec wysp nowych błysnął im w przestworzu.

44. Vasco de Gama, dzielny wódz drużyny,Co wziął w swe ręce los całéj wyprawy,Wzniosłéj odwagi na wodza jedyny,Którego niebo błogosławi sprawy,K’ pustym z pozoru wyspom bez przyczynyNie życzy chyżéj pokierować nawy,Gdy niespodzianie myśl swoję odmienia,Bo nowe przed nim jawią się widzenia.

45. Od brzegu wyspy na powierzchni faliTłum drobnych łodzi widać jak odcięty,Jeszcze ich więcéj widnieje w oddali,Rozpiąwszy żagle, lecą przez odmęty.Załoga kipi, radość serca pali,Któż im wyjaśni ten dziw niepojęty?Co to za ludzie? wykrzyka gromada,Ich ubiór? prawa? jaki król tu włada?“

46. Ich lekkie łodzie mają bieg skrzydlaty,Zwężone w poprzek a długie niezmiernie,Na żagle, zamiast płótna, mają matyZ liści palmowych plecione misternie;Ich cera nosi jeszcze z dawnéj datyŚlad Faetona przechowany wiernie,Śmiałka, co płocho świat palił: te dziejeZna Padus — siostra nad niemi łzy łejeleje.

47. Za całą odzież z bawełny tkanina(W paseczki białe przy czerwonym pasie),U jednych wkoło ciała się opina,Drudzy ją wdzięcznie zarzucają na się;Powyżéj bioder nadzy; broń jedynaPuklerz i szabla, co w potrzebie zda się,Turban na głowie — a gdy chyżo płyną,Dźwięk trąbek leci w dal ponad głębiną.

48. Wiewały płachty i dawano znaki,By Luzytanów powstrzymać w zapędzie,Lecz już kierunek wybrał swoje szlaki,Już się zawraca, gdzie wyspy krawędzie:Wszyscy pracują — widać zapał taki,Jakby wierzono, iż tu kres nędz będzie.Zwinięto żagle, reje opuszczono,Kotwica z pluskiem rozdarła fal łono.

49. Jeszcze nie mogli utwierdzić kotwicy,Gdy ów tłum obcy po linach się wspina,Ufny, wesoły. Z dobrocią w źrenicyWódz wita. Skinął — a majtków drużynaRozstawia stoły — przy nich biesiadnicy:Krążą w puharach kryształowych wina,Które Bach sadził, i radość się żarzyNa ogorzałych obliczach wyspiarzy.

50. Jedzą wesoło i w arabskiéj mowieSypią pytania, ciekawość ich pali:„Ktoście wy tacy! Jak wasz kraj się zowie?Z jakich stron morza tuście się dostali?“Wprzód obmyślawszy, nim się słowo powie,Dają odpowiedź wojownicy śmiali:„Z ziem Portugalii płyną nasze łodzieSzukamy krain na dalekim Wschodzie.

51. „Od stron północy do waszéj przystaniPrzez wielkie morza łódź nasza pędziła,Dokoła brzegów afrykańskich gnaniNiebios i krajów widzieliśmy siła;Wielkiego króla jesteśmy poddani,Którego postać tak ludowi miła,Że na głos jego każdy z nas ochoczy,Już nie w mórz głębie, lecz w Acheront skoczy.

52. „On nam rozkazał znaléźć nowe toryDo ziemi Wschodu, którą Indus zrasza,Gdzie dotąd morskie igrały potwory,Pędzi daleko śmiała nawa nasza.A jeśli zwodne nie mylą pozory,Jeżeli prawda u was się ogłasza,Mówcie, jak zową kraj pod waszą władzą?I jakie drogi do Indyi prowadzą?“

53. — „Myśmy tu obcy — rzekł jeden z wyspiarzy —I z obyczaju, i z prawa, i z mowy;A tłum krajowców, co tu gospodarzy,Żyje bezmyślny w dzikości surowéj.Nas zaś skarbami pewnéj prawdy darzyNasz świetny prorok, wnuk Abrahamowy,Co świat zhołdował i zmusił do danin:Matką Hebrejka, ojcem mu poganin.

54. „Całéj tej wyspy niewielkie rozmiary,Lecz pewna przystań, co nieraz ocali,Gdy mórz szerokie zwiedzamy obszary,Płynąc z Quiloi, Mombazy, Sofali.Tutaj krajowcom potrzebne towary,Za co nas cenią, przywozimy zdali.I — by wam cała prawda była znaną —Wyspa ta nosi Mozambiku miano.

55. „A gdy wam przyszło płynąć z tak dalekaW kraje Hidaspu i płomiennéj ziemi,Śród nas nie trudno odszukać człowieka,Co-by, jak sternik, wiódł was wody temi:Dobrze więc będzie, gdy statek zaczeka,Weźmie żywności — gdy oczyma swemiUjrzy was rządca, co tą wyspą władnie,On, czego trzeba, dostarczy wam snadnie“.

56. To powiedziawszy, tłum Maurów pośpieszaDo własnych łodzi — odpłynąć gotowy —Dają im przejście wódz i majtków rzesza.Wzajemnie sypiąc uprzejmemi słowy.Znużony Febus już bieg swój zawiesza,Zamyka w wodach dnia wóz kryształowy,I — pragnąc spocząć — siostrze zdaje rządy,By oświetlała i morza i lądy.

57. Zeszła noc cicha nad znużoną flotą,Dziwnie radośna, wolna wszelkiéj troski —Niedziw — o ziemi szukanéj z tęsknotąToć dziś już pewne doszły ich pogłoski.Nie jeden w sobie rozważa, jak otoRóżni są ludzie — i stąd robi wnioski,Ile się błędów i ile wiar plemiI bujnie krzewi po szerokiéj ziemi.

58. Księżyc blask srebrny posyłając z góryNa Neptunowéj fali pobłyskiwa;Wkoło gwiazdami usiane lazury,Jak stokrociami usypana niwa;Usnęły wichry — chyba czasem któryZ jakiéj się ciemnéj jaskini odzywa;Jednak na statku, jak ostrożność każe,Jak z dawna zwykli — czuwają żeglarze.

59. Lecz gdy jutrzenka po niebie idącaPromiennych włosów rozpuściła zwoje,Gdy przed zbudzonym młodym bogiem słońcaNiebo otwarło różowe podwoje,Błysły bandery — od końca do końcaNawy w barwiste oblekły się stroje,By uroczyście przyjąć na pomościeRządcę téj wyspy, co k’nim śpieszy w goście.

60. Już widać było, jak leciuchne łodzieKu statkom Luzów biegły przez głębiny,Wioząc zapasy. Rządcę traska bodzie,On bierze Luzów za dzikie drużynyZ ziem nadkaspijskich, co w srogim pochodzieSzerokie w Azyi podbili krainy;Aż opuszczony przez zbyt smutne losyGród Konstantyna uległ pod ich ciosy.

61. Wita wódz Maura z uśmiechem na twarzyA z nim i jego towarzyszy wielu:I kosztownemi tkaninami darzy,Które wiózł z sobą w tym jedynie celu:Daje słodycze i płyn, co krew żarzy,Maurom nieznany, służący k’weselu.Chętnie przyjmuje Maur te wszystkie dary,Spożywa ucztę i spełnia puhary.

62. Pnąc się po linach ponad biesiadniki,Mogli podziwiać luzyjscy majtkowieIch dziwne stroje; zwyczaje, nawyki,Mogli zawiłéj przysłuchać się mowie.Nie mniéj się chciwie przyglądał Maur dzikiIch cerze, strojom i statków budowie;Śród kroci pytań to rzuca drużynie,Czy nie z ziem Turcyi ich wyprawa płynie?

63. Z większą się jeszcze ciekawością zdradzaDo ksiąg wyznania, ustaw prawodawców,By się przekonać, czy się z niemi zgadza,I czy Chrystusa odgadł w nich wyznawców?Więc wszystko bada, i prosi, by władzaGamy — przez woli swojéj wykonawców —Dała mu poznać broń i wszelkie zbroje,W których Luzowie wychodzą na boje.

64. Na to wódz mężny rzecze przez drogmanaWyćwiczonego w ciemnéj Maurów mowie:„Prześwietny panie, poznasz nasze miana,Nasz kraj, ustawy, broń, którą LuzowieWiozą. Nam Turcyi kraina nie znana,Nie z tych ziem wstrętnych są moi ziomkowie;Silna Europa śle swoich wojakówDo sławnych Indyj nowych szukać szlaków.

65. „Boga, którego pełnimy wyroki,Świat niewidzialny i widzialny słucha;To Bóg, co słowem wywołał z pomrokiMartwą przyrodę i cały byt ducha;Co lał za grzesznych w mękach krwi potokiAż go śród zniewag zdławiła śmierć głucha;Co po to z Niebios zszedł i bóstwo złożył,By nam śmiertelnym niebiosa otworzył.

66. „Ale ksiąg Boga-Człowieka o wierzeWzniosłych, głębokich — nie wieziemy wcale:Bo pocóż kreślić na wątłym papierze,Co w duszach naszych mamy ryte stale?Do broni naszéj ciekawość cię bierze,Zadość uczynię téj chęci wspaniale,Jako druhowi: w tém nadzieja błoga,Że nie zapragniesz widziéć we mnie wroga“.

67. Zaledwo wyrzekł — wnet biegli rycerzeŚpieszą ukazać rynsztunki kosztowne:Naramienniki, i lśniące pancerze,Mocne misiurki, tarcze polerowne,Świetne barwami wytrwałe puklerzeI z czystéj stali muszkiety hartowne,Kule, kołczany, łuków krzywe łęki,I ostre szpady, i dzid groźnych pęki;

68. Ogniste bomby i stosy kartaczySilnie ciskanych niszczącemi działy;Jednak na rozkaz Wulkana wódz baczyI nie dozwala, by paszcze zagrzmiały;Szlachetne męstwo na tłum ten prostaczy,Trwożny, nieliczny nie pragnie swéj całéjWywrzéć potęgi — i słusznie tak działa:Być lwem śród owiec toć nie wielka chwała.

69. Pilnie Maur kroczy w ślady przewodnika,Na wszystko patrzy, baczném zważa okiem,W serce nienawiść wkrada mu się dzikaI podejrzliwość myśl powleka mrokiem:Lecz nic z tych uczuć na twarz nie przenika,Z obłudnym śmiechem a pogodnym wzrokiem,Łagodny w słowach — w głębiach duszy chowa,Jakie zamiary przeciwko nim knowa.

70. Wódz o sternika prosi do podróży,Coby do Indyj zawiódł bez przygody:Zaręcza wzajem, iż gdy mu usłuży,Może być pewnym sowitéj nagrody.Maur obiecuje, lecz żółć w nim się burzy,Taki jad w sercu, tak pragnie ich szkody,Iż gdyby siła, by zgnieść przeciwnika —Wnetby mu posłał śmierć zamiast sternika.

71. Tak pierś mu szarpią nienawiści prądyNa słowa wodza — i taka ohyda,Gdy się dowiedział, iż uznaje rządyPrawd nauczanych przez syna Dawida.O! Opatrzności, dziwne Twoje sądy!Śledzić je myślą na nic się nie przyda!Czyliż Twa święta opieka, o Boże,Wrogów w przyjaciół zmienić nam nie może?

72. W końcu nadchodzi odjazdu godzina,I Maur w orszaku całéj świty swojéj,Z wielką grzecznością żegnać się poczyna,W obłudny uśmiech twarz dla wszystkich stroi —Już stado łódek nurt piersią przerzyna,Po krótkiéj drodze stają u ostoi,A tłumna rzesza na brzegu zebranaAż do bram dworca odprowadza pana.

73. A z nadpowietrznych patrzący przybytkówWielki Tebańczyk, z ojcowskiego udaZrodzony, dojrzał dla siebie pożytków:Trwogę, wstręt Maura, które mu się udaZwalić na Luzów i zniszczyć rozbitków;Nowy mu podstęp poddaje obłuda.A gdy tą myślą zaprząta się stale,Takiemi słowy wynurza swe żale:

74. „Ha! wyrok Fatum wieści z dawnéj daty,Iż chwała zwycięstw — to los Luzów floty,Że ci zdobywcy, te śmiałe piratyMężne indyjskie mają złamać roty —A ja syn boga, co włada nad światy,Ja tak zacnemi obdarzon przymioty,Mamże dopuścić, by los im łaskawyDozwolił przyćmić promień mojéj sławy?

75. „Wszak już przed wieki za bogów przyczynąSyn Filipowy, Macedończyk śmiały,Szeroko Indyj zawładnął krainą,Pod jarzmo Marsa ukorzył świat cały:Lecz mamże scierpiéć, by dziś — sztuką inoI wytrwałością — los dał garstce małéjNad moje, Greka, i twoje, o Rzymie,Na ołtarz chwały stawić Luzów imię?

76. „Daremny zachód; nim łodzią najprędsząWódz tam dopłynie — podstęp go osaczy:Takie zasadzki zewsząd nań się spiętrzą,Iż nigdy krain Wschodu nie obaczy;Zstąpię na ziemię; w Maurze najzaciętsząWściekłość rozniecą słowa podżegaczy,Aby gniew jego do działania skoryUmiał skorzystać z tak sposobnéj pory“.

77. To mówiąc Bachus, nieprzytomny prawieOd gniewu, schodzi w afrykańskie kraje,Odmienia kształty — i w ludzkiéj postawieWnet się na Prasso przylądek udaje:I — by knuć lepiéj zdradę — on na jawiePrzybiera postać, rysy i zwyczajeStarego Szejka, co go dobrze znanoI w Mozambiku czczono i kochano.

78. Wszedłszy, dogodnéj upatruje poryDla zmyśleń swoich, aż przekładać zacznie:Jak wódz luzyjski do napadu skory,Choć dobrém słowem szafuje dwuznacznie;Jak po wybrzeżach już słyną zabory,Gdziekolwiek gości przyjęto niebacznie,Bo gdzie przybili ze słowy pokoju,Zostały ślady łupiestw i rozboju.

79. „Powiem ci nadto, iż jako wieść niesie,Nim tu przybyli chrześcijanie krwawi,Plądrując morza w szerokim zakresieZ ogniem, rozbojem i gwałtem bezprawi:Już przeciw tobie, jak im zdawna chce się,Uknuli spisek, co nas wszystkich zdławi:Kraj będzie zniszczon, a ludność wycięta,Żony i córy pójdą dźwigać pęta.

80. „Lecz wiedz, że jutro, gdy ranek zaświtaMają po wodę zejść ze swoich łodzi,Dokoła wodza będzie druhów świta,(Zły zamiar zawsze podłą trwogę rodzi);Więc uzbrój woje, niech zasadzka skrytaCzai się w ciszy, nim wroga ugodzi;By — gdy podejrzeń nic w nich nie roznieci, —Tém łatwiéj wpadli w zastawione sieci.

81. „A jeśli ujdą téj matni okropnéjI nie zostaną wybici do szczętu,Usnułem inną, k’twéj służbie pochopny,Chytrą, zdradliwą, — przyjmiesz ją bez wstrętu:Daj im żeglarza, któryby roztropnyI biegły w falszufałszu — tak wpośród odmętuZbłąkał ich łodzie w obłędnym kierunku,Iżby zginęli wszyscy bez ratunku“.

82. Zaledwie mowę Szejk skończył zdradliwą,Maur doświadczony, zestarzały w zdradzie,Powstał, — na szyję rzuca mu się żywo,Niosąc podziękę tak wytrawnéj radzie.Lecą rozkazy; walkę zapalczywąGotują Maury, zbroją się w gromadzie;I wodę, której szukają spragnieni,Krew portugalska wkrótce zarumieni.

83. I by tém pewniéj osnuć swemi pęty,Maur ma już majtka, co zna jego cele,Zręczny, przebiegły, w każdéj sprawie cięty,Jemu zaufać można w wielkiém dziele:„Pójdź — rzecze rządca — wiedź Luzów okręty.Po różnych brzegach, przez takie topiele,By już nie mogli, raz wpadłszy w sieć zdradną,Ani się wyrwać, ni ujść siłą żadną”.

84. Już Apolina płomień pozłoconyGór Nabotejskich zarumienił czoła,Gdy Gama powziął zamiar niecofnionyJechać po wodę — i swych ludzi woła:Siada do łodzi oddział — uzbrojony —Jakby przeczuwał, że zdrad ujść nie zdoła.Ta podejrzliwość w ważnéj życia chwiliŚwiadczy, iż serca przeczucie nie myli.

85. Są i ważniejsze do zwątpień powody:Bo gdy wódz posłał z prośbą o sternikaGroźną odpowiedź dano zamiast zgody,Z czego wyraźnie widna niechęć dzika.To téż chcąc wiedziéć, skąd czekać przygodyI jak chytrego sądzić przeciwnika,Wódz, nakazawszy baczność swéj drużynie,W trzy tylko łodzie ku brzegowi płynie.

86. Ale już widać Maurów wzdłuż wybrzeży;Bronią dostępu, gdzie źródeł kryształy:Ten dźwiga puklerz, ów oszczepem mierzy,Ci krzywych łuków napinają strzały,Ufni, iż dzielnych wytępią rycerzy.Silniejszy zastęp skryto między skały,Ta drobna garstka gra przynęty rolę,By łatwiéj rozbić, wywabiwszy w pole.

87. Bitni Maurowie już z krzykiem się zbiegliNad jasną rzeką, na piaszczystym brzegu,I byle w Luzach chęć boju zażegli,Nie szczędząc zniewag dzidy miecą w bieguScierpią-ż zniewagę męże niepodlegli?Już ściąwszy zęby Luzy mkną w szeregu:Tak się rzucili z zapałem najszczerszym,Iż nikt nie zgadnie, kto z nich skoczył pierwszym.

88. Jak na igrzysku — ku czci swéj kochanki,Śpieszy do boju młodzieniec ochoczy,Śmiało się rzuca w zakrwawione szranki,A kiedy zwierzę wypuszczone zoczy,Krzyczy i kłuje — wtém, drgnęły krużganki —Byk z łbem nagiętym, zmrużonemi oczy,Zwrócił się rycząc i rogi ostremiChwyta — już zdeptał, zgniótł, wbił go do ziemi.

89. Tak z naszych łodzi na lądu krawędzieSkoczyli męże. Działa ogniem zieją,Zioną kul grady, — jęk, krzyk, łoskot wszędzie,Lecą pociski i wkoło śmierć sieją, —Już męstwo Maurów złamane w zapędzie,Trwoga krew ścina, ich szyki się chwieją:Jedni nikczemnie ze stanowisk zbiegli,Inni trupami wybrzeże zalegli.

90. Takiém zwycięstwem oddział upojonyOgniem i mieczem ściele sobie drogę.Miastu, co nie ma murów ni obrony,Niesie zniszczenie, i mord i pożogę.O! pożałował ciężko Maur zgnębionySwéj zuchwałości! czuje ból i trwogę!Przeklina boje starzec i zlęknionaMatka, tuląca niemowlę do łona.

91. W szybkiéj ucieczce na nic łuk i strzały,Lecz wściekłym szałem Maur jeszcze szlak znaczy,Miotając głazy, drewna, złomy skały —Ostatni wybuch bezsilnéj rozpaczy!Wnet rażon trwogą, śpieszy na ląd stały,Opuszcza wyspę, już na nic nie baczy;Szybko przebywa pas morskiéj gardzieli,Co wyspę objął i od lądu dzieli.

92. Ale napróżno zbyt ładowne barkiDo brzegów lądu jak najprędzéj dążą,W krętém korycie nie łatwy bieg szparki:Już czerpią wodę, już ku głębiom ciążą;Armatnie kule gruchoczą im karkiI wątłe statki w topieliskach grążą.Tak to luzyjscy walczyli rycerze,Tak złość i podstęp z ich rąk karę bierze.

93. Płyną zwycięscy z bogatą zdobycząDo swych okrętów stojących w oddali;Mogą naczerpać wody, ile życzą,Nikt już nie broni kryształowéj fali.Maur straty swoje rozważa z goryczą,Większa niż kiedy nienawiść go pali: —Pamięć klęsk świeżych jedynie, niestety,Do nowéj zdrady doda mu podniety.

94. Upokorzony rządca już gotowyZ Luzytanami zawierać układy,I zręcznie kryje jedwabnemi słowyŻądzę odwetu, nienawiści jady.A więc sternika śle według umowy,Głęboko w piersiach tając zamysł zdrady,Iż ten, którego daje w zakład wiaryMa ich wieść na śmierć w te morskie obszary.

95. Właśnie miał Gama zwrócić się na wodyZwyczajną drogą — i nawy swojemiPrzy zmianie wiatru, za dobréj pogody,Szukać indyjskiéj upragnionéj ziemi;Więc chętnie przyjął zapewnienia zgody,Sternika witał słowy życzliwemi,Posłom łaskawéj udzielił odprawyI rozpiął żagle pod wiatr pędząc nawy.

96. Tak pożegnana — w państwo AmfitrytyNa wód kryształy płynie silna flota,Śród cór Nereja rozigranéj świty,Którą ożywia wesoła pustota:Wódz, który zdrady nie przypuszczał skrytéj,Jaką w swém sercu uknuł Maur niecnota,Pyta o kraje, wzdłuż których łódź bieży,O ziemię Indyj bada go najszczerzéj.

97. Ale Maur wprawny we wszelkie wykręty,Z natchnienia Bacha, którym zawiść władnie,Nim cel osiągną — zdradliwemi pętyOkuć ich pragnie lub pogrążyć na dnie;I tak im Indyj maluje ponęty,Każde pytanie tak rozstrzyga snadnie,ZeŻe słuchający w ufności i wierzeSwą podejrzliwość uśpili rycerze.

98. Nie użył tyle zręczności, obłudySynon przed laty, by zwieść Frygijczyków,Jak ten Maur wyspy malujący cudy,Gdzie Chrystus zdawna ma swych zwolenników.Wódz, co go słuchał uważnie i wprzódy,Teraz radośnych nie wstrzymał okrzyków:Przyrzeka dary, bogate nagrody,Gdy onéj ziemi dosięgnie bez szkody.

99. Do tego właśnie podły zdrajca mierzy,O co bezpieczni proszą chrześcijanie:Wié, że słynący z fałszu i łupieżyMuzułman wyspę objął w posiadanie:Że śmierć, że zguba czeka na rycerzy,Boć to nie słaby, co walczyć nie w stanie,Mozambik — ale głośna ze swéj sławyGroźna Quiloa powita ich nawy.

100. I już wesoło zwinna flota rusza:Ale bogini czczona na CyterzeWzburzyła morze, do odwrotu zmusza,Od pewnéj śmierci ulubieńców strzeże;Próżno łódź k’brzegom przystać się pokusza,Już coraz daléj i daléj wybrzeże:Tak wiatr przeciwny z drogi ją odsadził,Po któréj zdrajca ku zgubie prowadził.

101. Lecz Maur nikczemny, choć go niebo myli,W zamiarach swoich nie cofa się wcale,Na nową podłość wnet umysł wysili,Przy swym zamiarze obstaje wytrwale:„Patrz, wodzu — rzecze — patrz w morze w téj chwili,Wkrótce nas siłą w dal uniosą faleKu innéj wyspie, gdzie — jak wieść powziąłem —Chrześćjanie z Maury zgodnie żyją społem“.

102. Podłém oszustwem była mowa cała,Którą chciał swoje przeprowadzić cele:Wyspę, gdzie chrześćjan noga nie postała,Mahometowi zajmują czciciele.Ale się wodza ufność nie zachwiała,Rozpina żagle, k’wyspie zmierza śmiele,Lecz ich odpycha straż niebieskiéj paniI zmusza stanąć zdala od przystani.

103. Była to wyspa tak od lądu blizka,Że wązki kanał ledwo ją oddziela;A po jéj brzegu nakształt widowiskaSzerokie miasto oczy rozwesela;Rząd świetnych gmachów wzdłuż pobrzeża błyskaI swemi szczyty do góry wystrzela;Starzec obecnie jest królem narodu:Mombaza — imię i wyspy i grodu.

104. Z rozkazu wodza już statek zwrócono,A w jego serce dziwna błogość wnika,Ufa, iż spotka spółwyznawców gronoWedle zdradliwych zapewnień sternika;Lecz i od lądu łodzie dostrzeżono,Król śle poselstwo, wié, kogo spotyka.Bach nie zaniedbał przestrzedz go na czasie,Innego Maura postać wziąwszy na się.

105. Poselstwo zda się zwiastunem przyjaźni,Lecz w niém nienawiść ukrywa swe jady;Z zamiarów wroga widać najwyraźniéjPowtórny zamysł podstępu i zdrady.Życie, tyś pełne niebezpieczeństw kaźni!Tyś szlak niepewny, gdzie co krok zawady!Gdziekolwiek człowiek utkwi swe nadzieje,Nigdzie pewności — lada wiatr je zwieje.

106. Na morzu wichry, co wiodą k’rozbiciu,Kędy wzrok zwrócisz — masz śmierć przed oczyma;Na ziemi boje lub podstęp w ukryciu,Nędza i trwoga w okowach nas trzyma!Nigdzież spokoju tak krótkiemu życiu?Nigdzież śmiertelnym wypoczynku niéma?O niebo jasne! masz-że miotać gromyNa owad ziemi tak wątły, znikomy?

1. Właśnie w téj porze płomieniste słońce,Dzielące jasność dnia i nocne cienie,I ku swéj mecie powolnie idące,Już kryło ludziom niebieskie promienie;Przed niém bóg nocy w głębi wód leżąceZaklętych gmachów otwierał przedsienie,Gdy utwierdzeni ledwo na kotwicyPogan ujrzeli nasi wojownicy.

2. Jeden z poselstwa, téj podstępnéj sprawyJako dowódca świadom jak należy:„O! wodzu — rzecze — co lotnemi nawyPo państw Neptuna przebiegasz bezbrzeży,Król naszéj wyspy wielce wam łaskawyPełen radości ogłasza najszczerzéj,Iż nic nie pragnie jak ciebie oglądać —Przyjąć, dostarczyć, czego można żądać,

3. „Pragnienia króla nie tajna przyczyna,Zdawna o sławie nasłuchał się twojéj,Więc złóż obawę, król o to zaklina,I z całą flotą przybądź do ostoi:Niech długą drogą znużona drużynaTu się swobodnie odetchnąć nie boi;Niech odpoczynek gwoli przyrodzeniuPrzyjmie na lądzie w bezpieczném schronieniu.

4. „Towarów szukasz? Może u was w ceniePłody Lewantu, które my tu mamy?Cynamon, gwoździk, palące korzenieAlbo leczebne zbawczych ziół balsamy?Może cię wabią błyszczące kamienie?Kosztowny rubin? dyament bez plamy?Tu, w naszym kraju, jest wszystko, co nęci,Możemy wszelkie zadowolnić chęci.“

5. A na to Gama dziękczyni jak możeI śle odpowiedź na króla żądanie:„Patrz, oto słońce już zapada w morze,Więc się twéj woli dziś zadość nie stanie,Lecz skoro tylko błyśnie ranne zorze,Wnet z całą flotą wejdę w twe przystanieJako przystało, by była spełnianaWola takiego wspaniałego pana.“

6. I pyta jeszcze, czyli w saméj rzeczySą tam chrześćjanie, jako sternik mówi?Przewrotny poseł bynajmniéj nie przeczy:„Są śród nas — rzecze — chwalcy Chrystusowi“.W ten sposob wszystkich spokój ubezpieczy,Nieufność z serca usuwa wodzowi;Lecz wódz, pamiętny przygody tak świeżéj,Przezornie baczy, nim całkiem zawierzy.

7. Wedle zwyczaju na statkach w téj dobieByli skazańcy za zbrodnicze czyny,By w chwili klęski w jakowym sposobie,Mogli pozyskać odpuszczenie winy. —Dwóch najsprytniejszych przyzwawszy ku sobieWódz każe z Maury płynąć w ich krainy:Śledzić zdrad, gród ich przejrzéć okiem znawcówI upragnionych spotkać spółwyznawców. —

8. Każe monarsze złożyć drogie daryJako zadatek swych życzliwych chęci,Pieszcząc nadzieję, iż temi ofiaryOpornych dotąd ku przymierzu znęci.Żegna okręty tłum bez czci i wiary,Odpływa z posły, którzy wnet przyjęciNa brzegu, kędy wita ich zwodniczaKłamliwa radość i jasne oblicza.

9. Oddawszy dary, jak powinność każe,Z wdzięczną przemową stosowną do chwili,Wyszli gród zwiedzać dwaj nasi żeglarze.Niejednę błahą wiadomość schwycili;Lecz Maur przezorny nie wszystko pokaże,Niejednę prośbę wykrętem omyli:Bo gdzie fałsz władnie — strach na serce działa,Chociaż myśl zdrady w innych nie postała. —

10. Lecz ten, co posiadł młodość nieśmiertelną,Dwukrotnie zrodzon, co dał zgubną radęI tę zasadzkę ułożył piekielną,Aby oglądać żeglarzy zagładę,Wybrał śród miasta budowlę oddzielnąI twarz i szaty ludzkie wziął na zdradę;Chrześcijaninem zwie się, i bogatyOłtarz podźwignął i składa obiaty.

11. Na ścianach gmachu przez dziwne mamidłaDucha Świętego oglądasz źrenicą:On, jak gołąbka roztacza swe skrzydłaNad przenajświętszą, przeczystą Dziewicą;Daléj — Dwunastu kreślą malowidła,Zmieszanych, w chwili kiedy tajemnicąPrzedziwną bożą — wraz z ogniem płomykówDar otrzymali poznania języków.

12. Do téj świątyni Luzów wprowodzono,Gdy już zasadzkę Bach usnuł tak składnie;Ci gną kolana a myśl uskrzydlonąŚlą do stóp Pana, co światami władnie. —Kosztowne wonie w kadzielnicach płonąI płyną dymy, gdzie tylko wzrok padnie;Tak to bóg fałszu w téj świątyni proguMusiał prawemu pokłonić się Bogu.

13. Tam do wspaniałéj wezwani biesiadyI pomieszczeni w Bachowém schronieniu,Dwaj chrześcijanie nieświadomi zdradyNoc przepędzili w świętem omamieniu. —Lecz gdy jutrzenki zabłysnął świt bładyblady,A w chwili potém — promień po promieniu —Ogniste słońce nad ziemię się wzbiłoI widnokręgu krańce zróżowiło:

14. Wnet dano hasło do nowéj wyprawyZ poselstwem króla; śród gromady rzeźkiéjPłyną dwaj nasi dla złożenia sprawyI o szczerości świadczenia królewskiéj:Portugalczycy zbyli się obawy,Jakby już pewni bezpieczeństwa deski,Pewni, że chrześćjan spotkali siedliska,Rwą się na wody, by ich ujrzéć zblizka.

15. Daléj, skazańcy malują swą czynność:Że tam jest kapłan i ołtarz ofiarny,Kędy znaleźli i schron i gościnność,Gdy noc na ziemię rzuciła płaszcz czarny;Jako i króla i ludu uczynnośćDowód przyjaźni dała im nie marny;Grzechem więc będą podejrzenia dawneMając świadectwo tak pewne, tak jawne. —

16. To wszystko Gamę szlachetnego wzrusza.Wita poselstwo jak zgody zadatki;Łatwo pozorom ufa wzniosła dusza!A tu tak zda się pewne prawdy świadki. —Z przybyłych łodzi tłuszcza pogan rusza,Tłumnie napełnia chrześcijańskie statki:Patrzy na wszystko radośnie bez lęku,Wierząc, iż pewną zdobycz dzierży w ręku.

17. A tam, na lądzie, gotują oręże,Dźwigają kusze i groźne tarany;Niejeden pocisk okrętu dosięże,Co wszedł do portu śmiały, zaufany:Zewsząd straszliwy podstęp się sprzysięże,By wymordować biedne Luzytany;By zapłacili własną krwawą klęskąSwą na Mozambik wycieczkę zwycięską.

18. Szczękły kotwice oderwane od dnaPrzy zwykłych krzykach żeglarskiéj gawiedzi;Ster zwrócon, żagle wzdęte — i toń wodnaKołysząc statki w obręb portu wiedzie.Ale Eryksu pani, stróżka godna,Co zawsze swoich ulubieńców śledzi,Widząc sieć straszną, co ich oplątała,Z niebios na morze rzuca się jak strzała.

19. Wzywa Nereid wdzięczne korowodyI wszystkie morskich lazurów mieszkakimieszkanki;Pani, zrodzonéj z słonéj morskiéj wody,Wodne potęgi spełniają zachcianki,Ona swéj trwogi zwierza im powodyI chyże fale już niosą niebianki,Stawić przeszkody, by statki jéj lubeNie weszły w przystań na niechybną zgubę.

20. Znacząc po falach szlaki białéj pianyZ niezmiernym pędem zdąża niebian rzesza;Tu, rozcinając swą piersią bałwany,Ruchliwa Doto po przedzie pośpiesza,Pląsa Nerina, tu znów na przemianyNa fal wierzchołkach Nisa się zawiesza:Strwożone fale na barki je biorą,I dając przejście, chylą się z pokorą.

21. Z płonącą twarzą, z okiem pełném żaru,Mknie Afrodyte na grzbiecie trytona;Ten dyszy dumą, nie czuje ciężaruTak śliczne brzemię niosąc przez mórz łona:Już téż błysnęła z mglistego obszaruRozdętym żaglem flota uskrzydlona:I wnet się rzesza rozbiła w gromadki,I niewidzialna — otoczyła statki.

22. Na statku wodza, u rudla na przodzie,Sama bogini ster w swe ręce ima,Zawraca w stronę, wstrzymuje w pochodzie;Próżno dmie wicher i żagiel rozdyma:Śnieżne Nimf łona odtrącają łodzie,Ta drogę grodzi, ta je z boków trzyma:Krążąca wokół rzesza opiekunekZbija łódź z drogi i zmienia kierunek.

23. Jako przezorny, roboczy lud mrówekZ wysiłkiem pracy niezmiernéj się imie,Zwleka ciężary, uprzedza przednówekI przeciw mroźnéj uzbraja się zimie;I niespodzianie w obronie swych schówekRozwija męstwo i siły olbrzymie.Tak Nimf promiennych niestrudzona pieczaOd strasznéj śmierci Luzów zabezpiecza.

24. Zwrócił się statek wstrzymany opornie;Załoga, sądząc, iż wszystko stracone,Do lin, do żagli rzuca się niesfornie,Chcąc ster skierować w tę lub owę stronę:Wtém nagle, majtka, co baczył przezornie,Dały się słyszéć krzyki zrozpaczone:Z pod fal przed niemi wyzierał ząb skały —I serca mężnych od trwogi zdrętwiały. —

25. Wnet na pokładzie jak gdyby zawrzało:I zgiełk, i wrzawa rośnie zapalczywa;Stanęli Maury zdumieni nie małoJakby się walka toczyła straszliwa,I nie świadomi, co się Luzom stało?Skąd ten szał wściekły? Co ten ruch wyzywa?Sądzą, iż zdradne odkryto zamiaryI że ich podstęp nie może ujść kary.

26. Więc śpieszą tłumnie siąść na łodzie rączeI od pogoni ujść szybkiemi wiosły:Inni się w fale ciskają ochrończe,By na swych grzbietach ku brzegom ich niosły:Biegą w popłochu, bojaźń zmysły plączeI do ucieczki skoréj zmusza posły;Mniéj dla nich straszne czarne topieliska,Niż pomsta wroga, co się zda tak blizka.

27. Jak nad bagniskiem, w samotnéj zaciszy,Przez gniewne bóstwo w żaby zamienionyLudek Licyjski po wybrzeżach dyszyI nieroztropnie w różne pełznie strony,Lecz ledwo szelest najmniejszy usłyszy,Zewsząd się rzuca, szuka fal ochrony,Ukrywa w norach, we wspólnéj topieli,Ledwie się jaki łeb wybrnąć ośmieli:

28. Tak uciekali Maury. Z niemi razemSternik, co na śmierć pewną wiódł okręty,Sądzi się zgubion, drży przed kar obrazemI nie czekając rzuca się w odmęty. —Lecz rafa grozi — przed zdradzieckim głazemWódz zdwaja czujność, dodaje zachęty,Każe zwić żagle, kotwie w morze miota.Aż się w dno wgryzły i wstrzymana flota.

29. Uważa Gama te rozliczne dziwyI tę tak nagłą ucieczkę sternika,I barbarzyńców zamiar niegodziwyWyczytał z poszlak, do głębi przenika. —Lecz jak objaśnić ten wicher straszliwyNa cichém morzu? Skąd ta burza dzika,Co wstrzymywała statki? Któż dojść zdoła?Gama cud odgadł — i wzruszony woła:

30. «O łasko boża, coś błysła widomie!O niespodziany, niesłychany cudzie!Odsłaniasz spisek uknuty kryjomie.O! wy, w podłości zatwardziali ludzie,Toż nas, splątanych w waszych kłamstw ogromie,Na śmierć niechybną wiedliście w obłudzie,Gdyby najświętsza niebieska opiekaNie przyszła wesprzéć wątłych sił człowieka!

31. „Tyś nam wskazała, Opatrzności święta,Jak w tych przystaniach bezpieczeństwa mało:Twój jasny promień ukazał nam pęta,W które ujęto ufność naszę całą.Lecz mądrość ludzka słabo rozwiniętaI przezorności śród zdrad jéj nie stało:Więc, łasko niebios, tobie się powierzę,Niech twe staranie wiedzie nas i strzeże“.

32. „I jeśli litość porusza ci łono,Jeśli masz względy dla tułaczów nędzy,Jeśli przez dobroć twą niewysłowionąZ podstępnych sieci wyrwałaś nas przędzy;O! steruj flotę naszę utęsknioną,Do bezpiecznego portu wiedź co prędzéj;Lub ukaż ziemię, dokąd dążą woje,By na niéj uczcić święte imię twoje“.

33. Trafiły pięknéj bogini do uchaPobożne słowa pokory głębokiéj,Więc rzuca nimfy, na ich żale głucha,I szybkim pędem wzbija się w obłoki.Przez sfery, gdzie wre światów zawierucha,Nad gwiazdy światła lejące potoki,Aż w szóstą sferę leci niewstrzymanie,Gdzie ojciec bogów założył mieszkanie.

34. Ruch i wzruszenie rumienią jéj lica,I takim wdziękiem oblekają skronie,Iż kędy przejdzie ta czarnoksiężnica,Świat gwiazd i niebo miłością k’niéj płonie,Z jéj oczu bije światła błyskawica,Groty miotają z nich, jéj syna dłonie,A tych pocisków podwójna potęgaPali i mrozi wszystko, czego sięga.

35. A że jéj bardzo o wzgląd ojca idzie,Któremu zawsze była ulubioną,Stanęła, jaką ją Parys na IdzieUjrzał we wszystkie wdzięki obleczoną.O! biedny strzelcze, co cię ku ohydzieZa grzech spojrzenia w zwierzę zamieniono,Gdybyś ją spotkał, uszedłbyś twéj psiarni,Strawion wprzód ogniem miłośnéj męczarni.

36. Złociste włosy płyną na ramiona,Przy których śniegi wstydzą się swéj bieli:Gdy idzie, drżenie znać mlecznego łonaZ niego to drobny figlarz, Amor, celiAmor coeli,Niby dziecina drzemiąc przyczajona,I ostrząc groty, nim w pierś ludzką strzeli:A jak splot bluszczów wieńczących kolumnyLeci dokoła niéj żądz orszak tłumny.

37. Lekka zasłona boginię okrywaI wstydliwości zdobi ją urokiem;O! ty tkanino, o ty zazdrościwa,Nie wszystko jednak ukrywasz przed okiem!Piękność zdwojone pragnienia wyzywaWpółtajemniczym osłoniona mrokiem:Wzruszony Olimp drży przed boską gością,Zazdrości Wulkan, Mars płonie miłością.

38. Tak nawpół smutna, nawpół uśmiechnięta,Stanęła jasnym aniołom podobna,Niby kochanka, co boleśnie tkniętaŻartem młodzieńca w łzach tonie żałobna,Choć w chwilę uśmiech rozjaśni oczętaI w radość boleść zamieni się drobna;Tak Wenus, któréj nikt w sztuce nie zrówna,Smutek z czułością złączyła wymówna.

39. „Ojcze mój — rzecze — ja-m wierzyła zawsze,Żem ci nad wszystkie inne bogi miłą,Że serce twoje ku mnie najłaskawsze,Anim myślała, by inaczéj było;Dziś gniew twój rany sprawia mi najkrwawsze,Choć nie wié serce, czém cię obraziło;Dzieje się jednak, iż Bach bierze góręI ty dozwalasz, by nękał twą córę.

40. „Ten lud szlachetny, nad którym łzy ronię,K'przepaści wiodą niechętnych rachuby;Miłość to moja otwiera dlań tonie,Mógłby ocaléć, mniéj mi będąc luby:Błagam cię za nim, w łzach mi lice tonie,Ty szczęściu memu wbrew — wiedziesz do zguby.Ha! gdy uczucie moje tak zabójcze,Ja znienawidzę ich! lecz ty zbaw, Ojcze!

41. „Niech zginą z dzikich barbarzyńców ręki,Bom ich kochała“... Nie wytrwała dłużéj:Twarz łzy zalały podwajając wdzięki,Jak perły rosy, gdy skropią kwiat róży;Na ustach wrzących próśb skonały dźwięki,Jakby stłumione od wewnętrznéj burzy;Chce dobyć głosu, lecz Jowisz jéj broniI gromowładca sam przemówił do niéj.

42. Przyjął jéj boleść z wzruszeniem głębokiem,(Nie dziw, łzy takie pierś tygrysa zmiękczą),Więc po niebiosach powiódł jasném okiem,Co chmury płoszy, niebo stroi tęczą;Całuje, ściera łzy zwalczon urokiem,Tuli w ramiona jéj postać młodzieńczą;Ostrożnie! — chwili zdłużonéj w zachwycieNowy-by Amor mógł zawdzięczać życie!

43. Lecz kryjąc śliczną twarz na jego łonoWenus w żałości rozrzewnia się swojéj,Tak od piastunki dziecinę skarconąIm więcéj pieszczot, tém trudniéj się koi.Więc, by tchnąć spokój w pierś srodze wzburzoną,Widzeniem przyszłych dni jéj duszę poi;Wstrząsa przyszłości łono tajemnicze,I takich dziejów odsłania oblicze:

44. „O piękna córo moja, próżna trwogaO Luzytanów serce twoje tłoczy;Nikt cię nie ubiegł w mém sercu, o droga!Gdzież jest potęga nad twe łzawe oczy?Dziś ci przyrzekam — przyjdzie chwila błoga,Iż imię Greków i Rzymian się zmroczyPrzed świetném mianem Luzytanji synów,Którzy napełnią Wschód sławą swych czynów.

45. „Uszedł Ulises wymowny, ostrożnyZ wyspy Ogigji, z pęt wiecznych bez szkody;Zdołał przepłynąć Antenor nietrwożnyIlliryi morza i Tymawu wody;Między Charybdą a Scyllą — pobożnyEnej — swe łodzie przegnał bez przygody;Ci się o więcéj pokuszą wybrani,Staremu światu nowe niosąc w dani.

46. „W oczach ci wzrosną twierdze, miasta, wałyPobudowane skinieniem ich dłoni:Turek waleczny, ów Turek zuchwałyWnet rozbrojony do stóp im się skłoni:Królów indyjskich wolnych, w blaskach chwały,Pod jarzmo swego króla nagną oni:Aż zawładnąwszy do ostatnich krańców,Praw dobrodziejstwem obdarzą mieszkańców.

47. „Przed małą garstką, co dziś z takim trudemDo Indyj zdąża i którą los gnębi,Zadrży sam Neptun z swym podwładnym ludem,Morze bez wiatru gniewnie się zakłębi;I nigdy przedtém niewidzianym cudemŚród ciszy fale zawrą aż do głębi!O! bohaterów plemię wielkoduszne,Świat ci ulega, fale drżą posłuszne!

48. Ujrzysz ten skąpy kraj, co zamknął zdroje,Jak skromiony porty swe otworzy,By lud Zachodu wiódł w nie statki swojeNa odpoczynek z dalekiéj podróży.Brzeg, gdzie knowano zdradę na twe woje,Przed zwycięscami, w prochu się ukorzy,Zapłaci haracz, czując, iż o lepszeNie pójdzie z Luzy ani ich odeprze.

49. Czerwone morze wiekopomnéj sławyZżółknie od trwogi i fale zakłóci:Ujrzysz, jak silne Ormuzdu dzierżawyDwakroć oporne, dwakroć miecz ukróci:Ujrzysz, bój z Persy, gdy wśród wściekłéj wrzawy,Grad ich strzał przeciw swym strzelcom się zwróci;By znali, walcząc z ludem tobie drogim,Iż kto-ć się oprze — sam sobie jest wrogiem.

50. „Ujrzysz Diu, twierdzę potężnie warowną,Dwakroć ściśniętą w oblężnicze szańce;Tu, mając porę do czynów stosowną,Chwałą się twoi okryją wybrańce:Tu w Marsie zawiść obudzi gwałtownąSyn Luzytanii siekący pohańce;Tu Maur, śmiertelnym ulegając ciosom,Przeklnie proroka i zbluźni niebiosom.

51. „Patrz, oto Goa dwukrotnie zdobytaNa Maurytanach. Ona teraz władaNa całym Wschodzie — laurami okrytaRycerskich zwycięstw, — wszystko przed nią pada:Ona wspaniała, silna, pochwał syta,Twarde wędzidło na pohańców wkłada,Zdolna uśmierzyć każdy lud zuchwały,Co przeciw Luzom wzniósłby oręż śmiały.

52. „Ujrzysz w Cananor, jak oddziałek mężnyWstrzymuje wrogów olbrzymie nawały:Ujrzysz Kalikut dziś ludny, potężny,Jak przed zwycięscą otwiera swe wały;I Kochinchina zna twój lud orężny,Bitny, wyniosły, w przedsięwzięciach śmiały:Nigdy cytary, zwycięstw głosicielki,Nie opiewały sławy bardziéj wielkiéj.

53. „Takiego męstwa, zaciętości takiéjNie oglądały wody Leukatu,Kiedy pod Akcyum ze swemi żołdakiAugust zwyciężył — i na podziw światu,Pokonał wodza, co śmiałemi szlakiZabiegł w krainy Nilu i Eufratu,Szeroko władnąc nad ziemią i miasty,Aż sam wpadł w ręce bezwstydnéj niewiasty.

54. „Patrz, powstał Egipt, z Indyą bój się srożyI oto w ogniu pohańców okręty;Widzisz niesione śród morskich przestworzyZdobytych statków potrzaskane szczęty.Złoty Chersonez twym Luzom dań złożyI brzeg Chin będzie przez nich opłynięty,Do wysp odległych, gdzie świta blask zorzy,Wszystko ich uzna, wszystko się ukorzy.

55. „Takie są, córko, przeznaczeń wyroki:Nadludzkie męstwo w laur wieńczy ich głowy,Nikt im nie zrówna, za żadnéj epoki,Od wód Gangiesu po słup Herkulowy;Od lodów, do téj ciaśniny głębokiéj,Którą Magiellan opłynął świat nowy;Nikt, choćby nawet wyszli z grobów cieniBohaterowie wszechwieków zbudzeni!“

56. To wygłosiwszy syna Mai wzywa,Każe ku ziemi mknąć wszystkim po locieDo Luzów wodza, co cichy spoczywaPewien przytułku swéj znużonéj flocie:Przestrzedz, jak przyjaźń Mombaza zdradliwa,Jak tam czekają niebezpieczeństw krocie:„W śnie — rzecze — zjaw się Gamie — i zdalekaWskaż kraj przyjazny, gdzie go spokój czeka“.

57. Rzekł — już w powietrzu mknie posłannik boski,Leci ku ziemi stopy skrzydlatemi;Dłoń wstrząsa laską, którą koi troski,Śląc sny na oczy biednych dzieci ziemi.I z piekieł duchy zwie, wedle pogłoski,I rozporządza wichry burzliwemi:Tak coraz prędzéj, coraz niżéj płynieAż ku Melindy uroczéj krainie.

58. Z nim leci Fama i w głośnym rozgwarzeOpiewa Luzów czyny i przymioty;Wsławia ich imię i ukochać każe,Jako niezwykłe, szlachetne istoty.W ten sposób budzi przyjaźń — i żeglarzeJuż pożądani przed przybyciem floty:Już lud Melindy oglądać ciekawyMężów wsławionych tak zacnemi sprawy.

59. Stąd do Mombazy pędzą, kędy całaFlota spokojnie stoi na kotwicy,Szepnąć załodze, by zbyt nie ufałaObcéj przystani, nieznanéj ziemicy.O! przeciw piekłu nic sztuka nie zdziała,Ni mężne serce, ni dzielność prawicy!Dowcip, odwaga, rozum nic nie mogą,Gdyby głos niebios nie przybył z przestrogą.

60. Już noc ubiegła na swoim rydwaniePołowę drogi. Nad szerokim światemTylko gwiazd z góry świeci migotanie;Sen schodzi z cichym nocy majestatem.Samego Gamę znużyło czuwanieNa stanowisku do późna — a zatémKrótki spoczynek oczom się dać waży,Gdy inni męże czuwają na straży.

61. Nagle się przed nim sam Merkury jawi,Wołając: „Uchodź! mężu dzielny,Zdradnego króla nikczemnych bezprawi,Uknutéj na was zasadzki śmiertelnéj;Śpiesz: wiatr pomyślny, niebo-ć błogosławi,Ocean cichy, błękit tak weselny,Inny król sprzyja, przyzywa was zdalaI w portach spocząć bezpiecznie pozwala.

62. „Tu wam nie dadzą gościny, ni wsparcia,Chyba jak ongi ów Dyomed srogi,Co błagających o schron — dla pożarciaCiskał swym dzikim rumakom pod nogi:Lub jak Buzyrys, co dla klęsk odparciaPewnych przytułku na ołtarz złowrogiŚwięcił swych gości. Uchodź! Śmierć się czai —Uchodź z rąk dzikiéj, rozbestwionéj zgrai.

63. „Do drogi, wodzu! Płyńcie wzdłuż wybrzeży,Spotkacie naród lepszy, sprawiedliwszy,Tam, gdzie płonące słońce równą mierzyDługość dnia z nocą: — tam, flotę zoczywszy,Uprzejma radość spotkać was wybieży,I sam król, pełen przyjaźni najżywszéj,Obdarzy hojnie; — tam droższy nad daryCzeka was sternik biegły, dobréj wiary“.

64. Zaledwo skończył — już sen pierzcha z oczu,Budzi się Gama pełen świętéj trwogi;Jeszcze mu mignął w ciemności zamroczuZłoty smug światła, niebios promień błogi.Wódz czyta jasno w tego snu przezroczuRozkaz ucieczki z téj krainy wrogiéj,Pełen natchnienia przyzwawszy żeglarze,Skorzystać z wiatru przychylnego każe.

65. „Rozwińcie żagle, rozwińcie szeroko! —Woła ku swoim — jest to rozkaz boży:Posłańca niebios widziało me oko,Który łaskawie drogę nam otworzy“.Wnet ruch zakipiał nad morską zatoką,Śród dzielnych majtków — zapał siłę mnoży,Skrzypią kotwice wyciągane z toniŚwiadcząc o sile pracowitéj dłoni.

66. A nim do góry dźwigniono kotwicePoderznąć liny Maurowie się kuszą,Pewni, iż ciemność skryje tajemnicęI że się statki o brzeg skalny skruszą:Lecz czujne, rysie szyldwachów źrenicePrzenikły zamiar — Maury przestać muszą.Odkryci, gnani i pełni zwątpieniaW szybkiéj ucieczce szukają zbawienia.

67. Po płynném srebrze, po powierzchni wodnéjJuż znaczą bruzdy wązkie statków przody;Powiał wiaterek leciuchny, łagodnyI równym, pewnym ruchem pchnął na wody:I gwarzą męże o doli przygodnéj,Rozpamiętują swe trwogi i szkody,Z jakich to nieszczęść, jak dziwnemi drogiCudownie prawie uszli zguby srogiéj?

68. Już słońce dwakroć łuk swój nakreśliło,Gdy dostrzeżono dwie leciuchne łódki,Które wietrzyka popychane siłąPo morskiéj fali biegły na wyprzódki:A że w nich Maurów poznać można było,Więc Gama na nie obrócił ster rzutki:I wnet się łodzie strwożone rozbiegły,Jedna się na brzeg schroniła przyległy,

69. Druga niepewna chwilę się mitręży,Lecz się poddaje w ręce Luzytana.Nie trzeba było próbować oręży,Dzielności Marsa ni gromów Wulkana;Gubi ich własnych niedołęstwo męży,Własném tchórzostwem osada złamana;Czując, iż mężnie stawić się nie może,Łasce zwyciężców zdaje się w pokorze.

70. Gama, co ciągle nadzieją się pieściZnaléść sternika do Indyj wybrzeży,Myślał od jeńców dostać jakiéj wieści;Lecz i tu zawód spotyka go świeży,Bo jak wyraźnie znać z ich opowieści,Nie wiedzą nawet, kędy ów kraj leży?Tylko w Melindzie — wróżą jednozgodnie —Można sternika znaléźć niezawodnie.

71. I wszyscy króla wynoszą bez sporuZacny charakter i serce otwarte,Ludzkość, łaskawość i blask jego dworu,Wszystkie przymioty czci najwyższéj warte.Gama za prawdę uznał bez oporuWszystkie pochwały w ich słowach zawarte,Bo mu tak wróżył sen; — więc śpieszy razemZa Maurów radą i za snu rozkazem.

72. Był to wesoły czas, gdy w szybkim tokuDościga Febus zdobywcę Europy;Któremu łeb skrzy; gdy z Flory wyrokuRóg Amaltei sypie kwiecia snopy;I gdy dzień wielki odnawia co rokuSłońce idące przez niebieskie stropy:Dzień, w którym Stwórca, Pan wszego stworzenia,Zakończył wielkie dzieło odkupienia.

73. Więc aby uczcić uroczystość świętą,Gdy brzeg Melindy został dostrzeżony,Na statkach drogie namioty rozpięto,Nadając pozór wielce ożywiony:Drżały chorągwie, flagę rozwinięto,Widniały zdala szkarłatne opony;Huknęły bębny, dźwięknęły cymbały —Tak wesół w przystań wkroczył zastęp śmiały.

74. A brzeg Melindy pokrył tłum ciekawy,Żądny tak zdobną flotę ujrzéć zblizka;Lud bardziéj ludzki, szczerszy, bardziéj prawy,Niż których dotąd Luz zwiedzał siedliska.Stanęły przed nim luzytańskie nawy,Ciężka kotwica padła w topieliska:I wnet Maur jeniec do króla wysłanyZ wieścią, iż w porcie stoją Luzytany.

75. Król, co się zdawna wywiadywał chciwie,Czém w świecie imię portugalskie świetne,Przystań im swoję odkrywa skwapliwie,Jak zasłużyli przez swe czyny setne;I z tą czystością duszy, co prawdziwieCechuje umysł i serce szlachetne,Na ląd zaprasza i myśl jego szczeraDo bogactw kraju dostęp im otwiera.

76. Snać co przyrzeka, rad spełnić najszczerzéj,I w słowach jego ni cienia obłudy,Gdy tak przyzywa szlachetnych rycerzy,Co liczne morza poznali i ludy.Wełniste owce ze swoich wybrzeżyŚle Luzom w darze oraz drób’ nie chudyI owoc, jaki w onéj porze bywa:Wartość tych darów zdwaja chęć życzliwa.

77. Wesoło posła tak dobréj nowinyPowitał Gama, wysłuchał, co mówi,I różne płody dalekiéj krainyWzajemnym darem posyła królowi:Drogiéj purpury świetne karmazynyI cenny koral, co się w morzu łowi,Co miękkiém włóknem w głębiach rozrośniętyKrzepnie natychmiast, gdy z wody wyjęty.

78. Wnet tłómacz znany z swéj wymowy rzadkiéjWybrany gwoli zawarcia przymierza,I aby w sposób wytłómaczyć gładki,Czemu sam Gama nie zszedł na wybrzeża,W roli on posła z dary rzuca statki,Na ląd pośpiesza i przed króla zmierza,I wdzięcznym stylem z natchnienia PalladyTak rozpoczyna mowę i układy.

79. „Królu i panie, tobie Olimp jasnySprawiedliwości w dłoń powierzył wodze,Żeś przez nią ugiął hardy lud twój własny,Co więcéj uległ miłości niż trwodze;Sława twych rządów ma zakres nie ciasny,Bo już po całym rozniosła się Wschodzie,I my, tułacze, szukaliśmy ciebie,By znaléźć pewny ratunek w potrzebie.

80. „My nie jesteśmy zbójeccy korsarze,Co najechawszy bezpieczne osady,Kąpią się we krwi przy grodów pożarze,By drogie łupy unieść z ich zagłady:Myśmy Europy potężnéj żeglarze,I do bogatych Indyj na zwiadyPłyniem z dalekich krain — za rozkazemKróla, co budzi cześć i postrach razem.

81. „Czemu nas spotkał lud tak nieużyty?Co go tak dzikim, barbarzyńskim czyni,Że naszym statkom port każdy zakryty,Że nam przytułku bronią i w pustyni?Jaki w nas zamiar przypuszczali skryty?Co drobną garstkę w ich oczach wini,Że chcąc o zgubę przyprawić ostatniąTaką nas straszną otoczono matnią?

82. „Lecz tyś sprawiedliw, królu miłościwy,I w tobie ufność, co się nie zachwieje,Jak w Alcynoju Ulis nieszczęśliwyW tobieśmy nasze złożyli nadzieje;Ku twym bezpiecznym portom nas — o dziwy! —Wiódł niebios goniec — a gdy tak się dzieje,Toć, królu, dowód jasny a nie inny,Żeś rzadkiéj cnoty, żeś szczery, uczynny.

83. „Choć z winnym hołdem, coć należy słusznie,Wódz nasz w téj chwili przed tobą nie stoi,Nie sądź, o królu, iżby małodusznieŚmiał o szczerości powątpiewać twojéj;Wiedz, iż to czyni chcąc spełnić posłusznieRozkaz monarchy swego — by w ostoiŻadnéj — ni kraju — i dla żadnéj sprawyWódz floty swojéj nie opuszczał nawy.

84. „Stosunek króla ze swoim poddanymJest niby członków, gdy im panią głowa,Nie zechcesz przeto, ty, coś tutaj panem,By ktoś królewskie lekceważył słowa;Lecz za twe łaski, za litość nad stanemNaszym — wódz wdzięcznie w sercu cię zachowa:I póki k’morzu pęd rzek nie ustanie,Za to, coś sprawił, czcić cię będziem, panie!“

85. Tak mówił poseł. Wpośród zgromadzeniaSłychać szmer pochwał: „I jakaż to śmiałość!Jakże ci męże godni podziwienia!“Za tyle trudów, za taką wytrwałośćSam król w swém sercu życzliwie oceniaPortugalczyków i wierność i stałośćI czcią się wielką k’monarsze zapala,Co się tak umié kazać słuchać zdala.

86. Więc rozjaśniwszy uśmiechem oblicze,Rzecze do posła z szacunkiem widocznym:„Wyrzućcie z serca obawy zwodnicze,Zamknijcie dostęp podejrzeniom mrocznym:Już wasze trudy, czyny wojowniczeZnane są w całym świecie podobłocznym;I kto was krzywdzi, daje poznać łacnie,Iż sam nie zdolen czuć i myśléć zacnie.

87. „Boleję wielce, iż wedle zwyczajuWódz nie przybędzie wraz z całą załogąHołd przynależny oddać władcy kraju.Hołd bohatera cenię bardzo drogo:Lecz jeśli rozkaz był tego rodzajuI moje chęci inne być nie mogą,Ani dopuszczę, by mąż lwiego sercaDla mnie cześć zdradził, jako przeniewierca.

88. „Toż za to jutro gdy jutrzni brzask złotyBłyśnie nad światem — dosiędę méj nawy,Odwiedzę statki waszéj silnéj floty,Które oglądać zdawna-m już ciekawy:I jeśli wskutek burz srogich i słotyLub długiéj drogi — trzeba im naprawy —W tym szczerym kraju kończy się przeciwność:Znajdzie się sternik, i pomoc i żywność“.

89. Skończył; — w głąb morza w téjże chwili prawieZapadł ognisty wóz Latony syna;I poseł Gamy na swéj lekkiéj nawiePędzi radośnie, gdzie bratnia drużyna.Lżéj odetchnęli — już koniec obawie,Na statkach gwarna radość się poczyna;Czego pragnęli, znajdą w téj krainie,Słusznaż się cieszyć! niech noc w ucztach spłynie!

90. Wnet sztuczne ognie Gama zażedz każe.Jak drżące światło komet raca błyska:Ochotnie pełnią swą czynność puszkarze,Huk wstrząsa morze i niebios sklepiska.Skrzą kule ognia w szerokim obszarze:Rzekłbyś — Cyklopy rozpoczną igrzyska.Śpiewy, okrzyki, jak gędźba stugłosa,Z dźwiękiem wojennych trąb lecą w niebiosa.

91. A z brzegu lądu odpowiedź wesoła,Tysiąc rac strzela w powietrzne błękity:Wirem się kręcą płomieniste koła,Z hukiem wybucha proch siarczany zbity.Rosną okrzyki, lud klaszcze i woła;Rzekłbyś, iż w ogniu i morze i szczytyNiebios — i ziemia: a to wszystko razemKrwawego boju zdaje się obrazem.

92. Lecz już do pracy budzący nas co dniaŚwit zamajaczył na niebios bławatach:W rękach Jutrzenki zabłysła pochodnia,Goniąc sen z powiek, a mgłę nocną w szmatachJęła rozpraszać dnia gwiazda przewodniaI zimną rosą skraplać ją na kwiatach,Gdy król nad brzegiem stanął i łódź śmiałaPomknęła k’flocie, co śród morza stała.

93. Pędziły za nim tłumy niecierpliwe,Pragnąc oglądać widok tak jedyny;Na nich purpury skrzyły barwy żywe,Świeciły drogie jedwabne tkaniny:Zamiast oszczepów i łuków, co krzyweJak sierp miesiąca, wesołe drużynyGałązki palmy ujęły w swe ręce,Z których się plotą dla zwycięsców wieńce.

94. Łódź króla drogim namiotem okryta,Lśniącym jedwabiu różnemi kolory.Wsiadł w nią Melindy król — z nim liczna świta,Najpierwsze w państwie pany, senatory.Odzież królewska świetna, złotolita,W zwyczajach kraju biorąca swe wzory;Na głowie strojny turban bawełniany,Przybrany złotem, jedwabiem przetkany.

95. Z ramion płaszcz spada barwiony czerwono;Purpura Maurom droższą jest od złota;Bogaty łańcuch opada na łono,W którym nad kruszec cenniejsza robota;U boku zwiesił szablę wyostrzoną,Któréj kosztowna oprawa migota;Wkońcu sandały, co na aksamicieMają haft złoty i z pereł wyszycie.

96. Krąg baldachimu z jedwabnéj pokrywyNa złotém drzewcu trzyma w silnéj dłoniJeden z ministrów, by skwar dokuczliwyDrogiéj królewskiéj nie obraził skroni.Od przodu statku bije gwar wrzaskliwy,Co choć wesoły ostro w uchu dzwoni,Gdy krzywéj trąby huknie gardziel wzdęty,Chrapliwa surma leci przez odmęty.

97. Nie mniéj dbał Gama, by w sposób przystojnyKróla Melindy powitać w téj dobie,Więc zebrał orszak szlachetny, dostojnyI nawy wywiódł w bogatéj ozdobie.Sam Gama w kostium hiszpański był strojny,Ale francuskie sukno miał na sobie,Wenecki atłas szkarłatnie barwiony,Za świetność barwy niezmiernie ceniony.

98. Gorzały w słońcu pozłociste guzy,Które podpięły rękawów wyloty!Złotem wyszyte żołnierskie rajtuzy,Złotem, co tylu skąpi swéj szczodroty;Poły żupana, jaki noszą Luzy,Łączy rząd pętlic bogatéj roboty;U boku włoska pozłacana szpada,Świetny pióropusz z nad czoła opada.

99. I orszak wodza, jak i on ochoczy,Chętnie bogate przyobleka stroje,Gra barw rozlicznych rozwesela oczy,I każdéj prawie szaty inne kroje:A gdy się skupią — widok to uroczy,Jak gdyby wstęgi różnofarbne zwoje,Niby łuk tęczy, którą przetka chmuryDłoń pięknéj nimfy, Taumasowéj córy.

100. A trąb muzyka pod obłoki wzbita,Błogie wesele nieci w każdém łonie:Statkami Maurów powierzchnia pokryta,Ich lekkie flagi muskają wód tonie:Szczękły dział paszcze, spiż drgająca zgrzyta,Aż słońce w dymnéj mroczy się przesłonie.Grzmi grom po gromie — ten ryk Maurów głuszy,Więc pełni trwogi dłońmi kryją uszy.

101. Oto na statek luzyjski król wchodziI ku wodzowi wyciąga objęcia,Lecz ten — pamiętny, co się władcom godzi —Z uszanowaniem przemawia do księcia.Maur zachwycenia okiem wkoło wodzi —Podziwia Luzów. Wielkość przedsięwzięciaTych tak wytrwałych w swych dążeniach ludziW monarsze Maurów cześć głęboką budzi.

102. W szlachetnych słowach wznawia obietnice,Iż znajdą wszystkie potrzebne przedmioty,Iż czém bogate Melindy ziemiceNa ich usługi da z szczeréj ochoty:Co więcéj, świadczy, iż nim ujrzał w lice,Znał ich z rozgłosu rycerskiéj ich cnoty,Iż wieść mu niosła, jak — klęsk wielkich sprawcy —Walczyli Luzy z jego współwyznawcy.

103. Sam opowiada, jak w Afryce brzmiałaPo wszystkich krajach sława chlubnych czynów,Gdy w nich laurowe wieńce zdobywałaGarstka walecznych Hesperyi synów:Z ust jego płynie wymowna pochwała,Zna fakt najbłahszy, każdy liść wawrzynów,O wszystkiém słyszał, z wieści się dowiedział.Wzruszony Gama tak mu odpowiedział:

104. „Wspaniałomyślny panie, ty jedynieLitość nad naszą okazałeś nędzą,Nad flotą Luzów, co gdy zdala płynie,Wicher ją smaga, złe losy nie szczędzą;Niech więc Opatrzność, co zawsze i ninieRządzi gwiazd ruchem i dni ludzkich przędzą,Raczy nagrodzić swém zrządzeniem bożemTen dług, którego my spłacić nie możem.

105. „Ze wszystkich ludów, którym żar słonecznySpalił oblicza, tyś jeden łaskawieOd srogiéj burzy przytułek bezpiecznyI schron dał naszéj skołatanéj nawie.Więc póki gwiazdy nie pójdą w bieg wstecznyI póki słońce oglądam na jawie,Gdziekolwiek pójdę — i zawsze, i wszędzieGama twą pamięć czcić i sławić będzie“.

106. Gdy tak mówili, uderzono w wiosła,I wkoło floty, jak Maur sobie życzy,Łódź wodza śmiało, lekko się poniosła —Ślad w ślad za niemi, płyną Melindczycy:Z paszcz Wulkanowych brzmi salwa doniosła,Gardziel moździerzy głuchym hukiem ryczy,I trąb muzyka pod niebiosa leciZ dźwiękiem piszczałek afrykańskich dzieci. —

107. Gdy obejrzano wszystko jak należy,Szlachetny Maurów pan zdziwiony srodzeNieznaną bronią, co taki huk szerzy,Nie może przykréj obronić się trwodze;Widzi to Gama — skinął — ryk moździerzyMilknie — na kotwi łódź uwięzła w drodze,By mógł król z wodzem wieść długie rozprawyO tém, co ujrzał, albo znał ze sławy.

108. I Maur z rozkoszą w rozmowach rozlicznychZarzuca wodza zapytań krociamiO sławnych wojnach, o potyczkach licznych,Jakie z proroka toczył czcicielami:Pyta o ludy Luzów ziem dziedzicznychMiędzy Hesperyi zamkniętych krańcami:I o sąsiady, którzy im przylegli,I o przestwory mórz, które przebiegli. —

109. „Lecz najprzód, wodzu, opowiedz mi szczerze —Tak król uprasza, — bom wielce ciekawy —Gdzie twa ojczyzna? w jakiéj leży sferze?Określ wyraźnie, gdzie wasze dzierżawy?Skąd ród wasz stary początek swój bierze?Potęgi waszéj jakie są podstawy?Bitwy, zwycięstwa, kreśl wszystko z początku,Bym dzieje wasze, ocenił z ich wątku. —

110. „Maluj nam szlaki twéj wędrówki długiéjI jak-eś gniewne zwalczał nawałnice,Zwyczaje ludów, jakieś śród żeglugiW téj naszéj dzikiéj oglądał Afryce.Mów; oto chwila, gdy złotemi cugi,Rumakom lśniące rozpuściwszy lice,Z bram jutrzni słońce wychodzi promienne;Usnęły wichry, drzémią fale senne.

111. „I z każdą chwilą nie mniéj żądza rośnieZ ust twych usłyszéć te dziwne powieści;Komuż z nas sława nie niosła rozgłośnieO tak niezwykłych dziełach Luzów wieści?Ani nam słońce świeci tak ukośnie,By można wnosić, k’ujmie naszéj części,Iż piersi nasze, twarde jak ze skały,Nie zdolne uczcić wielkich czynów chwały. —

112. „Kusił się niegdyś olbrzymów ród śmiałyNa jasny Olimp wedrzéć wstępnym bojem,Poszedł Pirytoj, z nim Tezej zuchwały,Pluton ich ujrzał, w ciemném państwie swojém;W potężnych światach te rzeczy się działy,W piekle i niebie, — lecz nie z mniejszym znojemWyście walczyli — i niemniéj jest chlubnąWalka z Neptuna wściekłością zagubną.

113. „Pragnąc swe imię przekazać potomnym,Herostrat spalił świątynię Dyany,Ów cud struktury z wysiłkiem ogromnymPrzez Ktezyfona niegdyś zbudowany:A gdy tak wiedzie k’szałom bezprzytomnymŻądza rozgłosu, pomiędzy ziemiany,Stokroć godniejsze wiekuistéj sławyRycerskie dzieła, — wielkich mężów sprawy“.

1. Teraz, Kaliope, ty mi bądź natchnieniem,Jakie powieści wódz królowi snował,I nieśmiertelném racz napełnić pieniemPierś śmiertelnika, co cię umiłował:A ten, coć blizki Orfeja spłodzeniem,Ten, co lekarską sztukę ugruntował,Niech k’Dafnie, Klityi, ani żadnéj innéjNie zwróci czci swéj, tobie jednéj winnéj. —

2. O Nimfo jasna, zejdź na prośby moje,Gwoli zasłudze Luzów zejdź ochoczo;Niech świat się dowié, że Tagowe zdrojePłyn Aganippy poświęcony toczą.Niech Feb opuści kwietne państwo swojeI w tę mię falę pogrąży uroczą;Lub rzekę, iż cię wstrzymują obawy,By ktoś nie przyćmił Orfejowéj sławy.

3. W głuchém milczeniu, czekali MaurowiePowieści Gamy spragnieni widocznie;Ten chwilę duma, myśli skupia w głowie,W końcu wzniósł czoło i tak mówić pocznie:„Chcesz wiedziéć, królu, kto moi przodkowie?Ich świetne dzieje, mam głosić niezwłocznie?Wolałbym obce — zbyt ciężkie zadanieChlubę rodaków, opowiadać, panie. —

4. „Opiewać obcych i czyny i sławę,Jest rzeczą zwykłą, sercu pożądaną;Lecz ziomków chwaląc, już czuję obawę,Iż się pochwała wyda podejrzaną;Lękam się również, iż na tak ciekaweDzieje — za mało czasu mi tu dano:Lecz mi twój rozkaz najwyższą pobudką;Pójdę wbrew sobie; mówić będę krótko.

5. „I co mię wreszcie, pokrzepia w téj dobie,To, że fałsz dziejów mych nie skala wątku,Raczéj je przyćmię, niźli przyozdobię,Tak treść bogata zaraz od początku.Więc, by ci oddać, jako życzyszsobieżyczysz sobie,Wszystko dokładnie, wiernie i w porządku,Najpiérw określę Europy postawę,Potém jéj ludy i ich boje krwawe. —

6. „Między zwrotnikiem Raka, gdzie z obwoduNiebios żar słońca ziemię rozpłomienia,A tą krainą wieczystego chłodu,Któréj już słońce odmawia promienia,Legł ląd Europy. — Z północy, z zachoduSłony ocean brzeg jéj obramienia,Zaś od południa, u stóp się wylałyŚródziemno-morskie przejrzyste kryształy. —

7. „Od strony, kędy świta nam dnia zorza,Z Azyą się styka: — ale kręta rzeka,Co z gór Ryfejskich wypływa podnożaI do zatoki Meotyjskiéj ścieka,Dzieli je z sobą — i dzieli głąb morza,Które nosiło groźne łodzie GrekaW gniewnym zapędzie. — Dziś — Troja w ruinie;Lecz bez wspomnienia żeglarz jéj nie minie. —

8. „Niżéj bieguna, piętrzy się wyżyna,Hiperborejskich gór sterczą urwiska,Tu Eolowa burzliwa drużynaPo wszystkie czasy, ma swoje siedliska:A płomienista gwiazda Apolina,Co świat oświeca — tu tak słabo błyska,Iż w wiecznych śniegach stoją górskie czołaI krzepnie morze i wszystko dokoła.

9. „U stóp gór Scytów, liczne pokolenia,Onego ludu, co już przed wiekamiO starożytność swego pochodzeniaWiódł spór zacięty z Egipcyanami;Ale nie doszedł prawdy rozjaśnienia,(Tak sądy ludzkie lada błąd omami),Wzrok ich nie sięgnął Damaszku dolinyOwéj ludzkości kolébki jedynéj.

10. „Daléj, kolejno ujrzą oczy twojeZimną Laponię, Norwegię ubogą,I Skandynawię, któréj śmiałe wojeDotąd Italię napełniają trwogą.Tu, między Szwecyi, Danii, Prus, państw troje,Sarmackie morze wrzyna się odnogą,I skute w portach przez zimę zazdrosnąSzybują po niém rącze statki wiosną.

11. „Stąd — po Tanais w przestrzeni szerokiéj —Siedzą Rusiny, Moskale i Finy,Dawni Sarmaci; zaś Hercyńskie stokiTo Markomanów i Polski dziedziny,A Niemcom z dawnéj hołdowne epokiSaksony, Czechy i Panonii syny,I inne ludy — rozsiadły się w krajuEmsu i Renu, Elby i Dunaju.

12. „Pomiędzy Istrem a jasną cieśniną,Co utopionéj Helli nosi miano,Ujrzysz kraj Traków, co z dzielności słyną,Niegdyś ojczyznę Marsa ukochaną. —Dziś — Hemus, Rodop — wraz z całą krainą,Przed Ottomanem zginają kolano;Bizancyum w pętach — myśl się na to wzdraga —O! Konstantynie, jakaż ci zniewaga!

13. „Przejdź Macedonię, wzdłuż Aksu koryta,Co hojnie skrapia kraj swojemi wody:Witaj mi, Grecyo! — witaj ty obfitaW gieniusze dzielne, o ziemio swobody!W tobie wymowa wzrosła znakomita,Poezya z wiedzą, w tobie szły w zawody,Imię twe równie pod niebiosa niosłoI słowo mędrca i miecza rzemiosło. —

14. „Tu na wybrzeżu mieści się Dalmata;A nieopodal Antenora groduPysznie z mórz strzela Wenecya bogata,Niegdyś tak skromna w początkach zawodu. —A ten ląd, co się gwałtem w morze wgniata,Jest to Italia — kolébka naroduZdobywców, — co się wsławili na równiBlaskiem gieniuszu, dzielnością swéj główni.

15. „Za pas jéj służy państwo Neptunowe,Za naturalny wał — Alpejskie szczyty:Grzbiet Apeninów dzieli na połowęKraj Marsowemi dzieły znakomity:Z czasem rozpękły boskie wały owe,Znikła wojenna sztuka i zaszczyty:I dziś na gruzach, ma tron i owczarnięNamiestnik Boga, co pokornych garnie.

16. „Oto jest Galia, dobrze światu znanaZ Cezara zwycięstw, pamiętnéj epoki:Zrasza ją hojnie, Rodan i Sekwana,Chłodna Garonna, oraz Ren głębo kigłęboki:Krańcem jéj — góry, kędy pochowanaNimfa Pirene: tu, w głębiach opokiPożar, jak niesie wieść, stopił metale,Aż biegły z wnętrza gór, jak złote fale. —

17. „Z tych gór obaczysz Hiszpanię szlachetną,Co niby głową jest całéj Europy;Nieraz fortuna ją, z jéj chwałą świetną,To wywyższała, to gniotła pod stopy:Lecz żadne moce téj chwały nie przetną,Niestałość losu, podstępu pochopyNie wydrą męstwa i nic nie ochłodziKrwi bohaterów, jakich ten kraj rodzi. —

18. „Z krainą Maurów Hiszpania się styka,Jak gdyby chciała zawrzéć morskie łona,Zniszczyć ostatnią pracę Tebańczyka,Słynną cieśninę, co śród skał żłobiona. —Niemało ludów ziemia ta zamyka,Które ocean garnie w swe ramiona;Ludów tak głośnych z zacności i męstwa,Iż każdy godnym zda ci się pierwszeństwa.

19. „Z nich Aragończyk, co z męstwem niemałémGród Partenopy ukorzył burzliwy;I Asturyjczyk, co piersi swych wałemStał przeciw Maurów potędze straszliwéj;Chytry Galicyi syn — i ten, co całémPaństwem zawładnął — Kastylczyk szczęśliwy,Co dźwignął kraj swój i złączył u tronuZiemie Granady, Betyki, Leonu.

20. „Czém dla Europy Hiszpania — tém właśnieJest Luzytania dla niéj — jéj koroną;Tu ląd się kończy, a Febus nim zaśnieTonie powoli w oceanu łono.Nam niebo dało chwałę, co nie zgaśnie,Hordy pohańcze zgnieść i nie zwalczonąWyprzeć je ręką: aż w Afryki ziemieŻądne odwetu wbiegło nasze plemię.

21. „Jest to ojczyzna moja — kraj mój luby!O! jeśli niebo zguby mię ustrzeże,Jeśli spełniwszy zamierzone ślubyPowitam znowu rodzinne wybrzeże,Umrę szczęśliwy. Kraj mój, pełen chluby,Od druha czy téż syna Bacha bierzeImię — od Luza, co szedł w Bacha ślady —I tu najpierwszy założył osady.

22. „Stąd rodem pasterz, co już samém mianemWskazywał jako był silny i śmiały,I przed którego męstwem niezrównanémPotężne rzymskie legiony pierzchały.Starcowi, co swe dzieci niezbłaganémPożera gardłem — niebiosa kazałyW téj świata stronie wznieść w chwały ozdobieŚwietne królestwo; Czas tak począł sobie:

23. „W Hiszpanii władał król Alfonsem zwany,Który na Maury wiodąc swe szeregiZ życiem i mieniem rozdzielał pogany,Siłą oręża, mądremi wybiegi,I mknęła sława pomiędzy ziemiany,Od Gibraltaru po Kaspijskie brzegi,Pod jego sztandar śpieszyło niemałoSzukać zwycięstwa albo umrzéć z chwałą.

24. „Wiodło ich wiary poczucie gorąceWięcéj niż żądza rozgłosu i sławy,Z różnych stron biegły rycerzy tysiące,Rzucając drogi kraj, własne dzierżawy.Lecz gdy ich czyny wzniosłém męstwem tchnące,Gdy się wsławiły ich rycerskie sprawy,Król je ocenił — sam sławą okryty —I godne zasług zgotował zaszczyty.

25. „Drugi syn Węgier króla, Henryk dzielny,Waleczny w boju, do rządów wprawiony,Wziął Portugalię, co jeszcze oddzielnéjNie stanowiła ziemi ni korony:I wieńcząc miłość przez obrzęd kościelnyZ córą Kastylii króla zaślubiony,Uczynion hrabią i z Teresą w wianieZiemię Luzyjską objął w posiadanie.

26. „Nie ustał Henryk, oręża nie złożyłZ Izmaelity srogie tocząc boje,Kraje ościenne zdobył, upokorzył,Straszném uczynił wrogom imię swoje;To téż nagrody słodkiéj wkrótce dożył,Pan ich najwyższy obdarzył obojeSynem, któremu w przyszłości sądzonoWaleczne skronie ozdobić koroną.

27. „Wkrótce król Henryk śród krzyżowców rzeszyKu Palestynie zdąża stopą śmiałą,I nad Jordanu święte wody śpieszy,W których Bóg-Człowiek obmywał swe ciało;I wyzwoleniem Judei się cieszy,Gdy Gotfredowi miasto się poddało:Nim się z powrotem do kraju wybierze,W licznych potyczkach niesie pomoc szczerze,

28. „Gdy się spełniły wieku jego lataI dzielny Węgier doszedł śmierci proga,Spłacił dług życia a w niebo ulataDuch, tchnienie bóstwa, co je wziął od Boga.Syn młodziuteńki sam został śród świata,Portret ojcowski i nadzieja błoga,Iż bohaterom zrówna. Wieść śród gminu:Wielkiego ojca, wielkim będziesz, synu!

29. „Jest stara powieść, nie wiem, błędna może?(Trudno na prawdę starych podań liczyć),Że matka wkrótce w inne wszedłszy łożeSyna sierotę chciała wydziedziczyć:I wraz z małżonkiem w państwie i na dworzeNiczém swéj władzy nie da ograniczyć,Twierdząc, iż kraj ten jéj własność stanowiW posagu za nią dany Henrykowi.

30. „A książę Alfons (tém mianem po dziadkuNa chrzcie przed laty narzeczono dziecię),Nie ma udziału ani cząstki w spadku,Matka z małżonkiem włada, rządzi, gniecie;Burzy się młodzian i czeka wypadku,By wyrwać swoje — Mars w nim ogień nieci:Długo w swéj głowie waży zamiar cały —Z dojrzałéj myśli wystrzela czyn śmiały.

31. „Błoń Guimareńska cała krwią ociekłaBratnią, w domowéj przelaną rozterce,Gdy dziecku matka, co się czucia zrzekła,Przeczyła ziemi wprzód odjąwszy serce.Stanęła w polu tak w gniewie zaciekła,Iż ani baczy, co ma w poniewierce:Wbrew macierzyństwu, wbrew Bogu się stawia,Głos namiętności silniéj w niéj przemawia.

32. „Progne, Medeo, wy jędze szalone!Jeśliście w pomście przeniosły na synyKrzywdy, występki przez ojców spełnioneCięższe w mych oczach są Teresy winy.Rozwiązłość zmysłów i nienasyconePragnienie władzy — tamtych dzieł przyczyny:Miłość dłoń Scylli ojcobójczą wiodła,Téj przeciw syna grzech aż dwa ma źródła.

33. „Chybnęła szala, książę mści swe szkody,Ojczymie, matko wyrodna, wam biada!Kraj przeciw księciu podburzony wprzódyTeraz z pokorą do stóp mu przypada:Lecz gniew zaślepia — i zwycięsca młodyNa ręce matki twarde więzy wkłada:Niepomny kary, co z niebios uderzy,Bo cześć rodzicom bądź-co-bądź należy.

34. „Dumny Kastylczyk prowadzi lud mnogi,Mszcząc krzywd Teresy, wzywa do oręży,Lecz Luzytanin nie zadrży od trwogi,Bój mu nie straszny, trud żaden nie cięży.Aniołów piecza pośród walki srogiéjOsłania piersi bohaterskich męży;Przed ich naciskiem słabnie wroga męstwo,Wróg pierzchł w popłochu — Luz święci zwycięstwo.

35. „Lecz krótka radość: — wróg wzmógł się na siłyI w Guimareńskiéj warowni obronnéjLiczne zastępy księcia otoczyły,I już był blizki zguby nieuchronnéj,Kiedy go wierne służby ocaliłyEgasa — męża, co do ofiar skłonnyI na śmierć gotów-by sprawie przegranéjDać tą ofiarą obrót pożądany.

36. „Znał prawy wasal, że się nie ostoiTwierdza przed wrogiem, — więc w imieniu zmierzaSwojego pana do wroga podwoi,Hołd obiecuje i żąda przymierza.I wróg blokady cofnąć się nie boi,Tak ufa znanéj zacności rycerza,Co za młodzieńca ręczy swą osobą.Lecz książę? ścierpi-ż on pana nad sobą?

37. „Już bliski czas był, gdy wedle traktatuMógł król kastylski czekać, iż bezspornieSam książę Alfons u stóp majestatuStanie na rozkaz, hołd złoży pokornie,Lecz próżno czeka — wtém na podziw światu,Egas, co traktat zawarł nieprzezornie,Jak wiarołomca staje spłacić głowąNiewypełnione swe rycerskie słowo.

38. „Prowadzi z sobą i dziatwę i żonęI wszyscy stają jako zakładnicy;Stopy ich bose, szaty ich znoszoneNie pomstę budzą, ale łzę w źrenicy.— Królu i panie — rzecze — niespełnioneTraktaty. Śmiałość mojéj obietnicyDziś możesz pomścić. Oto ci w zamianęPrzynoszę życie za słowo złamane.

39. „— Niewinna dziatwa na twe zawołanieStanie wraz z matką w okupie ofiarnym,Jeśli szlachetna pierś, jak twoja, w stanieNasycać zemstę słabych skonem marnym:Ta dłoń, ten język zawinił, o panie;Mnie więc jednego ścigaj mieczem karnym:Wynajduj męki, nie zadrżę z bojaźniWobec Perilla ni Sinisa kaźni. —

40. „Jako skazaniec, co mękę konaniaJuż przebył w sobie — spokojny przed katemSzyję na płachę zakrwawioną skłaniaI czeka cięcia, które go ze światemRozdzieli wiecznie: — tak pełen poddaniaEgas przed groźnym króla majestatemStał: — lecz król w sercu ocenia tę prawośćI gniew w nim stygnie, budzi się łaskawość.

41. „O! wzniosła wierność dzieci méj ojczyzny,Co się na czyny niezrównane waży!Czyż więcéj zdziałał Pers, co srogie bliznyW podobnym razie własnéj zadał twarzy?Cenił go Daryusz śród swojéj starszyznyI nieraz jękiem bolesnym się skarży:Co mi po wszystkiém? Za Zopira życieDwudziestu grodów oddałbym zdobycie.

42. „Lecz książę Alfons rycerskiéj ochotyWojsko luzyjskie zbiera w swéj dziedzinie,Na karki Maurów szykuje swe roty,W kraj, gdzie uroczo Tag przejrzysty płynie;I wkrótce dumne rozbija namiotyW obliczu wroga, w Uriqui równinie,Ani się mocy saraceńskiéj lęka,Choć jego wojsko — to garstka maleńka.

43. „Luzyjskie książę nie w sile oręża,Lecz w Panu ufa, co na niebie włada;Więc nie drży, chociaż na każdego mężaChrześcijańskiego — stu pogan przypada.Owszem, niepewność wszelką przezwycięża,Jaką przezorna podsuwała rada,Wié, iż z pomocą bożą dzielne ramięRośnie w olbrzyma — jeden stu przełamie.

44. „Na czele Maurów pięciu królów stoi,Z nich najcelniejszy Ismarem się zowie;Każdy wytrawny, nawykły do zbroiŚród walk, gdzie sławę zyskują wodzowie.Z niemi rycerek huf, jak te, co TroiPomoc swą niosły, walcząc jak mężowiePod wodzą pięknéj i dzielnéj królowéj,Któréj ojczyzną brzeg Termodonowy.

45. „Wionął chłód ranny — weszła jutrznia chyża,Gwiazdy powoli gasły na błękicie,Gdy Syn Maryi przybity do krzyżaBłysł przed Alfonsem nowe budząc życie.Alfons padł na twarz, w prochu się uniżaI płonąc wiarą tak woła w zachwycie:— Niewiernym, Panie, cuda Twe przystoją,Ja — i tak wierzę w istność i moc Twoją. —

46. „Na wieść o cudzie zapał w wojsku rośnie,Zapał ogarnia drużynę rycerzy,Zasługi księcia wynoszą rozgłośnieI serca swoje święcą mu najszczerzéj:Wojsko go królem nazywa donośnie,I coraz daléj te okrzyki szerzy,I jedno hasło pod niebiosa bije:„W bój za Alfonsa! Król Alfons niech żyje!“

47. „Jak w górach, kiedy myśliwy dostrzeżeŻubra — i szczwaniem brytana rozjuszy,Ten pędzi wściekle na odważne zwierzę,Które rogami zda się wszystko skruszy;Nie siłą, ale zwinnością pies bierze,Szarpie za boki żubra to za uszy,Aż z przegryzioném gardłem, krwią zbroczony,Straszliwy olbrzym runie wysilony.

48. „Tak pierś nowego króla męstwem gore.Ku chwale Boga i narodu razem,Z zapału wojska chce skorzystać w poręI wroga dzielném rozgromić żelazem —Do dzid, do łuków śpieszą Maury skore,Król wciąż obecny zachęca rozkazem:Gwar, grają trąby, rośnie surma dzikiéj,Ogłuszającéj wojennéj muzyki.

49. „Jako gdy z iskry w trawę zaronionéjOgromny pożar Boreasz rozdmucha,I wiatr go niesie w pole na wsze stronyI morzem ognia goreje gąszcz sucha:Zrywa się ze snu pasterz przebudzony,Gdy trzask płomienia doszedł jego ucha,Zbiera swą trzodę i w żałośnéj trosceObraca kroki ku poblizkiéj wiosce:

50. „Tak szyki Maurów mieszają się, chwieją,W nagłym pośpiechu ledwo za broń chwycą;Stanęli — jeszcze rumaki nadzieją!I straszny atak ponieśli konnicą.Portugalczykom ramiona nie mdleją,By spotkać wroga dzidy, jak las świecą:Tysiące Maurów na ich ostrzach legły,Tysiące z krzykiem: Allach! z pola zbiegły.

51. „Tak było silne, tak śmiałe to starcie,Iż góry mogłoby ruszyć z podstawy;Na równi z panem koń walczy zażarcie,Koń — ów Neptuna dar ziemi łaskawy:Ze wszech stron ciosy lecą nieprzeparcie,Na wszystkie strony zakipiał bój krwawy:Zbroje, kolczugi Luz zwycięsko płata,Rąbie pancerze, tnie, siecze i zgniata.

52. „Skaczą po polu odsieczone głowy,Tam — nie wiész czyje martwe członki w kupie,Owdzie jelita drgają — tam tułowy,I lica sine, blade, straszne, trupie.Zasłało wojsko cały plac bojowy,Potokiem spływa krew, co z trupów chlupie,I pola barwa pokryła niezwykła,Pod krwi purpurą ich zieloność znikła.

53. „Zwycięża Alfons — milkną gwarne szumy,Wojsko trofea i łupy zdobywa:Legły rozbite Maurytanów tłumy,Trzy dni król wielki w polu wypoczywa.I na swéj białéj tarczy, pełen dumy.By pamięć chwały pozostała żywa,Jak w liczbie pięciu polegli mocarze,Niebieskich tarczy pięć malować każe.

54. „Na tarczach znaczą srebrników trzydzieści,Za które Zbawca świata był sprzedany:Tak barwny pędzel wysila się k’cześciBoga, co łaską swą wsparł Luzytany;W krzyż ułożono tarcze — każda mieściPo pięć srebrników; — cały zaś oddanyBędzie rachunek, gdy tarczę środkowąRaz przeliczywszy — przeliczysz na nowo.

55. „W niedługim czasie po wielkiéj wygranéjZnów król na czele swych zastępów śpieszy,Zdobywa Syrję, która w swoje ścianyPrzyjęła szczęty niedobitków rzeszy.Pada Aronchez silnie warowany.Po nim Skalabistr świetny, co się cieszyRozkosznym wdziękiem okolicznych ziemiSkraplanych Tagu kryształy jasnemi.

56. „Tak gród po grodzie, z zapasów w zapasy,Wkrótce zwycięsca bierze Mafry mury,Wnet po nich Cintrę słynną ze swéj krasyZdobiącą chłodne księżycowe góry;Tu Najad grono, przerwawszy swe wczasy,Kryje się w źródłach — przed miłością, któréjSłodkie, zdradliwe ścigają je sieciI grot, co w wodę sięga i żar nieci

57. „I ty, Lizbono zacna, co się samaNazywać możesz wszech grodów królową,Wzniósł cię Ulises, który gród PryamaZdobył podstępem — mąż słynny wymową:Tyś jest mórz panią, a jednak twa bramaBędzie rozbita ręką Alfonsową,Gdy z Boreasza stron, z zimnéj północySilna mu flota przyjdzie ku pomocy.

58. „Z nad brzegów Elby, z prowincji Nadreńskiéj,Z chłodnéj Bretanji ziem — pobożne wojeŻądne miecz skąpać we krwi saraceńskiéjWiążąc się ślubem, idą na podboje.Wchodzą w port Tagu, do armji zwycięskiéjKróla Alfonsa łączą hufy swoje,Alfons, co sławą wyrósł pod lazuryPod Ulisesa prowadzi je mury.

59. „Pięć razy księżyc skrywał się pobladły,Pięć razy w pełni ukazał oblicze,Nim bramy miasta zdobytego padłyWieńcząc zwycięstwem trudy oblężnicze,Rzeź była straszna, bój srogi, zajadły,Śmierć wkoło gęste zbierała zdobycze,Gdy raz ostatni starły się junaczoWściekłość zwycięsców z ginących rozpaczą.

60. „W ten sposób, w końcu upadł ukorzonyGród, co się kiedyś scytyjskiéj nawaleOprzéć potrafił — gdy srogie zagonyZ ziem swoich zimnych, ów lud pchnął zuchwaleNa skrzydłach zwycięstw, grozą poprzedzony,Aż po brzeg Ebru i Tagowe fale;I aż po ziemię, kędy Betys płynieImię Wandalji dał całéj krainie.

61. „A gdy Lizbonę zwalczył los ponury,Gdy paść musiały jéj obronne wały,Jakież-by jeszcze ustać mogły muryPrzeciw rycerzom tak rozgłośnéj chwały?Padł gród Obidos, kraj Estremadury,Alemquer, Torres, Vedras, gdzie kryształyWodne, płynące między głazów bryłySzemrzą łagodnie i dają chłód miły.

62. „I was, za Tagiem ziemie, w blizkiéj chwili,Was słynne plony Cerery złotemi,Nadludzka siła do jarzem nachyli,Weźmie wam grody, weźmie plony ziemi.O Maurze, jakże nadzieja cię myli,Iż kraj ten będziesz orał pługi twemi;W Alcacer, w Elwas, w Mourze Luzy władną,Wszystkie twe mury, wszystkie twierdze padną.

63. „Oto Ewora w wiekach starożytnychSchron Sertorjusza, gdy bunt Romie głosi,Gdzie zdala wiedzion, zdrój w falach błękitnychPoi mieszkańców i pola ich rosi,Kędy wodociąg na arkadach szczytnychNa setkach łuków, szlachetnie się wznosi,Ten gród wspaniały wpadnie w ręce wroga,W ręce Giralda, co nie zna, co trwoga.

64. „Podąża Alfons ku Bejów podbiciu,Za szturm Trankozy, chce wziąć odwet krwawy.Gardząc spoczynkiem, on krótkiemu życiuChce nadać trwałość wiekopomnéj sławy:Nie długo miasto broni się zdobyciu;Nastał dzień sądu, dzień strasznéj rozprawy,Alfons w swym gniewie srodze się zapędził,Cokolwiek żyło, nic miecz nie oszczędził. —

65. „Natychmiast potém Cezimbrę zdobywa,Z wód rybnych znaną — Palmella nie przeczyHołdu — tu gwiazda królewska szczęśliwaPotężne Maurów zastępy niweczy:Oto pan miasta na pomoc przybywa,Prowadzi hufy ku szybkiéj odsieczyI po gór stokach schodzi stopą śmiałą,Nie świadom zgoła, co się z miastem stało.

66. „Był to Badajoz król wyniosły, dumny,Na czele czterech tysięcy konnicy,Szły za nim mnogie piechoty kolumny,Świecący złotem dzielni wojownicy.Lecz jak w zazdrości szale bezrozumnéjW maju — rozognion przy swojéj samicy —Skacze byk srogi i wściekłość go dzikaNa niebacznego pędzi podróżnika:

67. „Tak król luzyjski spada niespodzianieNa zaufane zastępy Maurowe;Rąbie, morduje, sieje zamieszanie;Sam Maur w ucieczce ocalając głowęPociąga wojsko — postrach pada na nie,Biegą w nieładzie pod pociski nowe;A tę wygraną tak ważną, doniosłąKtóż? — sześćdziesięciu rycerzy odniosło!

68. „Król niestrudzony spoczynku nie znosi,Z całego państwa hufy wojowniczeZbiera — do zwycięstw z nim zwykłe — i głosiPochód po nowe laury i zdobycze.I wkrótce skutek swych życzeń odnosi,Badajoz ściśnion w szańce oblężniczeWzięty wysiłkiem gieniuszu i męstwa,Jak wszystkie inne Alfonsa zwycięstwa.

69. „Lecz Bóg Najwyższy, co zwykle odwlekaKarę na grzesznych w błędach zabłąkanych,Czyli to może poprawy wciąż czeka,Czy z innych przyczyn nam ludziom niez n any cnieznanychCo wciąż był z królem, by Niebios opiekaŚród niebezpieczeństw strzegła go doznanych;Dzisiaj ją cofa — i wnet go dościgaPrzekleństwo matki, która więzy dźwiga.

70. „W mieście Badajoz wnet sam oblężonyPrzez LeończykowLeończyków, co chciwi łupieżyWszystkie zwycięstwa chcą mu wydrzéć plony,Twierdząc, iż kraj ten im słusznie należy.Alfons w uporze, co drogo spłaconyBędzie porażką, jak zawsze zwykł, bieży,Lecz ściśnion w bramie śród walki zaciętéj,Strzaskawszy goleń, zwalczon — jeńcem wzięty.

71. „O! Pompejuszu, nie złorzecz twéj doli,Twym wielkim czynom zakończonym klęskGdy z sprawiedliwéj Nemezydy woliCezar nad tobą wziął palmę zwycięską.Znał cię Faz chłodny w twojéj aureoli;Skwarna Syena znalaznała moc twą męską,Zastygły Wolarz, równik rozgorzałyZarówno drżały na odgłos twéj chwały.

72. „Złotém swém runem Kolchida wsławiona,Można Arabja i Sarmacja sroga,I Kapadocja i Judea ona,Gdzie lud z miłością czcił jednego Boga,I zniewieściała Syrja, — i plemionaDzikiéj Cylicji i Armenja błoga,Kędy dwie rzeki źródły obfitemiZ pod świętéj góry wytryskają z ziemi;

73. „Od ziem kąpanych falą AtlantykuAż po kraj Scytów z Taurusem spiętrzonym,Świat cię zwycięscą znał, o wojowniku!Niedziw, iż w końcu raz ujrzał zwalczonym;Patrz, dumny Alfons swych łupów bez likuWprzód zrzec się musiał, nim był wyzwolonym. —Jeden padł wyrok w Niebios radzie jasnéj,Ciebie teść złamał a jego zięć własny.

74. „Lecz sądom bożym snać zadość się stało,Bo gdy król wrócił a Maur ośmielonyMiasto Santarem obiegł swą nawałą,Po próżnym szturmie odstąpić zmuszony.To téż świętego Wincentego ciało,Co jak męczennik oddawna był czczony,Z świętego cyplu, nieszczędząc zachodu,Przeniósł król Alfons do Ulissa grodu.

75. „I prace swoje w młodsze ręce zdajeStarzec — dzielnego przywołując syna,Który natychmiast w transtagańskie krajeWiedzie wyprawę, z nim bitna drużyna. —Sanchez w zapale, w męstwie nie ustaje,Rączo w bój leci, gromi poganina,I nurt, co objął w krąg Sewilli ściany,Wnet został Maura krwią zafarbowany.

76. „Nie spocznie młodzian, ani złoży zbroiPo tém zwycięstwie, zanim poraz wtóryW krwi barbarzyńców miecza nie napoiOblegających twarde Bejów mury. —Szczęśliwy książę niedługo tu stoi,Jego życzeniom dano skutek z góry;Lecz Maur rozbity nadziei nie traci,Iż swą porażkę krwamąkrwawą zemstą spłaci.

77. „Już Atlas, co go — by Nieba ramionyWsparł — w głaz Meduzy zmienił wzrok złowrogi,Tangier, gdzie Antej jako król był czczonyI Ampeluzy cypl śle naród mnogi.I kraj Abyli nie jest wyłączony:Wszędzie chrzęst broni, lud staje na nogi,Trąb maurytańskich dźwięk chrapliwy, gruby,Wstrząsł dawne państwo szlachetnego Juby.

78. „Mir-almuminin sam wiedzie swe szyki;Trzynastu królów doznanéj odwagiMiędzy swojemi liczy wojownikiPodległych berłu cesarskiéj powagi:Już w Portugalji szerząc popłoch dziki,I kraj bezbronny niszcząc nakształt plagi,Mknie pod Santarem w murach ścisnąć księcia,Lecz drogo spłaci śmiałość przedsięwzięcia. —

79. „Maur rozwścieklony nie szczędzi orężaPo raz tysiączny szturm wiodąc na ściany;Lecz próżno kusze straszliwe natęża,Próżne podkopy — grzmotliwe tarany:Bo jak przystało na dzielnego męża,Syn Alfonsowy wciąż trwa niezachwiany;Męstwem, bacznością przemagając wrogiNa wszystkich punktach daje odpór srogi. —

80. „Po długich trudach, dźwigając lat brzemięW mieście Coimbrze spoczywał król stary,Kędy Mondego w zieleń stroi ziemi꣹k okolicznych zraszając obszary,Gdy wieść dolata, że syn w SantaremieŚcieśniony srodze walczy z wrogiem wiary. —Porwał się starzec — rzuca swe komnaty,Znać dawny zapał nie przygasł w nim z laty.

81. „Zwoławszy męże w bojach posiwiałe,K’ obronie syna leci niewstrzymany;Luzyjskie męstwo bierze zwykłą chwałę,W dwa ognie wzięty wróg — wnet pokonany. —Zdobyczą pole zasłało się całe:Tu drogie płaszcze, tam barwne turbany,Konie i zbroje, stosy drogich łupów,I jak wzrok sięgnie — pełno krwi i trupów.

82. „Garść pozostałych dłużéj nie odwleka,Rzuca kraj Luzów i wraca do domu:Mir-almuminin tylko nie ucieka,Śmierć mu ucieczki oszczędziła sromu. —Hymnem dziękczynnym brzmi przestrzeń daleka,Luz wielbi Pana na polach pogromu:Boć ten bój dziwny wykazał widocznie,Że Bóg zwycięża a nie ludzkie włócznie. —

83. „Gdy tak okryty laury zwycięskiemiStary król Alfons stał u szczytu chwały,Przyszedł kres zwykły wszystkich dzieci ziemi,Wiek i bezsilność zgniotły go, złamały:I blada niemoc rękami chłodnemiDotknęła ciała powłoki zwątlałéj;I wedle losu, jaki wszystkich czeka,Wypłacił śmierci smutny dług człowieka.

84. „Wzniosłe przylądki płakały go rzewnie,I rzeki nagle wezbrały swe fale,W szerokie pola toczą wały gniewnie,Lejąc w nie łzy swe, szemrząc ciche żale. —Lecz stokroć szerzéj rozbrzmią w świecie pewnieCzyny królewskie w bohaterskiéj chwale.„Alfonsie“! woła państwo skargą trwożnąWtórzą mu echa — niestety — napróżno!

85. „Dzielny młodzieniec Sanchez spadkobiercaZa życia Ojca już go naśladował,Dając dowody rycerskiego serca,Kiedy krwią wroga Betys zafarbował;I barbarzyński poznał go wydzierca,Król Andaluzyi, którego zwojował,I wyzwalając Beja z oblężeniaDowiódł dzielności swojego ramienia. —

86. „Ledwo lat parę na tronie mu zbiegło,Gdy powziął zamiar, by w chwili niedługiéjZdobyć gród Sylwy wraz z ziemią przyległąBarbarzyńskiemi uprawianą pługi:Dzielni mu męże dali pomoc biegłą,Giermańska flota niosła swe usługi,Płynąca zdala w szlachetnéj nadzieiNa odzyskanie straconéj Judei. —

87. „Właśnie z pomocą śpieszył w czasy oneFryderyk Rudy, co swe wojownikiW potężne hufy zebrał na obronęGrodu, gdzie Chrystus cierpiał za grzeszniki;Wówczas to Gwido pragnieniem znużoneSaladynowi poddał swoje szyki:Straszna konieczność k’ temu go przywiodła,Maur w mocy swojéj trzymał wszystkie źródła. —

88. „Przeciwnym wiatrem w te strony zagnanyFryderyk, — widząc, iż król Sanchez zbrojnyDo walki staje — szedł z nim na pogany,Licząc tę walkę między święte wojny;I jak przed laty waleczne GiermanyWiódł na Lizbonę król Alfons dostojny,Tak syn z pomocą ich siły orężnéjZdobywa Sylwę, zwalcza jéj lud mężny.

89. „Niesyty zwycięstw Sanchez daléj sięga,Pogromca Maurów wyciąga prawicęW kraje Leonu, którego potęgaNiepokoiła luzyjskie granice:Pyszny gród Tui do jarzma zaprzęgaI z nim sąsiednie grody i ziemiceMiecz twój, o panie, dzielny w każdéj porze,Umiał i podbić i trzymać w pokorzepokorze. —

90. „Lecz palm zwycięskich, wawrzynów koronyŚmierć zapalczywa nie miała na względzie,Dziedzicem Sancha syn powszechnie czczony,Alfons to Drugi — trzeci w królów rzędzie. —Przezeń Alcacer k’ państwu przyłączonyI luzytańskim już na wieki będzie;Nieraz Maur srogi gościł w nim zwycięsko,Dziś swe tryumfy ciężką spłacił klęską.

91. „Umarł król Alfons, po nim Sanchez DrugiOtrzymał spadek — gnuśny niedołęga.Co na pochlebce zdał rządy, na sługi,Sam im podlega i wszystko rozprzęga.Toż za ich winy traci w czas niedługiWładzę, po którą inna ręka sięga;Po cóż się dawał rządzić tak niegodnie?Po co bezkarnie puszczał innych zbrodnie?

92. „Nie był król Sanchez w instynktach wyrodny,Ni go rozpusty chuć potworna bodzie,Wzorem Nerona, co to kazirodnyZwiązek z swą matką zawarł wbrew przyrodzie;Nie dręczył ludzi przez kaprys niegodny,Pożóg w rodzinnym nie rozniecał grodzie;Heliogabala nie plamią go szały,Jak Sardanapal nie był zniewieściały.

93. „Nie był tyranem nad własnym narodem,Jak ci, co gnietli sycylijskie kraje,Lub jak Falarys, co z wielkim zachodemNadludzkich tortur wymyślał rodzaje:Nie, lecz lud dumny nawykł, by mu przodemChadzali męże, którym cześć oddaje,Kornie czci króla, ale — w bohaterze,Lub gdy mądrością prym śród mędrców bierze. —

94. „Hrabia Bolonii do rządów wezwany,W króla a potém we własném imieniu,Gdy spoczynkowi gnuśnemu oddanyBrat jego, Sanchez, zmarł w odosobnieniu.Alfons to Trzeci, walecznym nazwany,Co ukoiwszy kraj — o rozszerzeniuGranic jął myśleć; — obręb ich za małyDla dzielnéj ręki, dla duszy wspaniałéj. —

95. „Ziem algarbijskich część znaczną odbija,Będących żony posażnym udziałem,I hufy Maurów, którym Mars nie sprzyja,Goni orężem i trudem niemałym.Moc sztukę, dzielność niezmiernie rozwija,By Luz nad krajem zapanował całym,By kres położyć uciskom naroduW ziemiach należnych dzieciom z Luza rodu.

96. „Syn, Dyonizy, swojemi przymiotyKrwi Alfonsowéj nie skłamał szlachetnéj;A chwała jego światła i szczodrotyCzas Aleksandra przyćmiewała świetny:Zeszedł na ziemię boży pokój złotyI kraj po walce zakwitł wieloletnéj,I mądre prawa z zacnym obyczajemNad odrodzonym zaświeciły krajem. —

97. „Najprzód w Coimbrze zatlił się świt blady,Zeszły Minerwy dzielne pracowniki;Wnet potém Muzy przybiegły w też ślady,Na brzeg Mendego, na bujne trawniki. —I jak w Atenach za czasów HelladyGród rósł w naukę i sztuki pomniki,I sam Feb dzielił między ulubieńceKorony złote i laurowe wieńce. —

98. „Zburzone miasta zakwitły budową,Potężne twierdze i zamki obronne;Jakby kraj cały król dźwignął na nowo,Piętrzą się mury i gmachy przestronne. —A gdy w starości długą nić życiowąPrzecięły Parki k’ litości nie skłonne,Został syn — ojcu za mało uległy,Lecz pełen męstwa i w rządzeniu biegły.

99. „Król Alfons Czwarty zaraz KastylczykówNieznośnéj pysze przytarł harde rogi,Aby nie śmieli dzielnych przeciwnikówLekceważeniem podbijać pod nogi:Lecz kiedy zgraje Maurów najezdnikówW pól hesperyjskich runęły rozłogiI zagroziły kastylijskiéj ziemi,Dumny król Alfons wsparł ją hufy swemi. —

100. „Semiramida nigdy hufów tyleW polach Hidaspu przed swojém obliczemNie oglądała; srogiego Attylę,Postrach Italii, co się bożym biczemSam zwał — w tak strasznéj nie widziano sile,Jak dziś Saracen mrowiem najezdniczemZ państwa Granady i z ziemi MarokoW pola Tartezji rozlał się szeroko.

101. „Zadrżał szlachetny Kastylji król trwogąPrzed tą potęgą — nie o siebie trwożny,Lecz że Hiszpanie po raz drugi mogąPójść w jarzmo, uledz nawale bezbożnéj;Więc śle w poselstwie małżonkę swą drogąBłagać luzyjskiéj pomocy przemożnéj;Wspaniała córa Portugalii królaLosem się państwa i męża rozczula. —

102. „Pośpiesznie staje prześliczna MaryjaW ojcowskim dworcu, w naddziadów stolicy;Śliczna, lecz radość z lic jéj nie przebija,Łzy przyćmiewają promienność źrenicy:Włos rozpuszczony w pierścienie się zwijaPo śnieżnych barkach młodéj krasawicy,A powitana radośnie i tkliwieTak ojcu z płaczem żali się rzewliwie:

103. „„Wszystkie narody, jakie mieści w sobieAfryka cała, dzikie, bitne zgraje,Wielki Maroku król wiedzie w téj dobie,Aby hiszpańskie zawojować kraje:Ani widziano na tym ziemskim globie,Odkąd mu słone morze kąpiel daje,Takiéj potęgi, wściekłości i siły,Co trwoży żywych i wstrząsa mogiły. —

104. „„A ten, którego dałeś mi za męża,Poszedł zasłaniać ziemię zagrożoną,Z nielicznym hufem siły swe natężaNa ciosy Maura odsłaniając łono;Gdy go nie wesprze moc twego oręża,Ujrzysz mię, Ojcze, państwa pozbawioną;Ujrzysz, jak straszna czeka na mię koléj,Wdowę bez męża, bez tronu, bez doli. —

105. „„Ty, coś postrachem jedynie imieniaWartkie Moluki nurty ścinał chłodem,Powstań, mój Ojcze, śpiesz bez opóźnienia,Zmiłuj nad nędznym Kastylji narodem. —Jeśli ta radość, coć twarz rozpromienia,Uczuć ojcowskich jest wiernym dowodem,Leć! — bo gdy prędko twoi nie wspomogąMoże już wspomódz nie będziesz miał kogo...””““

106. „Tak błagająca Marya lękliwaPodobną była smutnéj Afrodycie,Gdy za swym synem łaski ojca wzywa,By śród mórz szczędził Eneasza życie;Wzruszyła ojca Zeusa prośba tkliwa:Puścił grot z ręki, wstrzymał gromobicie,Spełnił łaskawie córy prośbę całą,Jeszcze zmartwiony, iż prosi zbyt mało.

107. „Lecz już hufami uzbrojeni mężeOkryli tłumnie równiny Ewory;Lśnią w ogniach słońca zbroje i oręże,Koń z pod czapraka rży ku walce skoréj:Dźwięk trąb donośnych gdziekolwiek dosiężeRozbudza męstwo śpiące zwykłéj pory,Miesza się z chrzęstem broni — i odbityW tysiącznych echach wstrząsa górskie Szczyty.

108. „Pomiędzy wszystkie pany i rycerze,Poprzedzon królów chorągwią bojową,Dzielny król Alfons przodkowanie bierze.Bo i tłum cały przenosi swą głową,I blaskiem oka ożywia szermierze,W najbojaźliwszych tchnąc odwagą nową:Tak do Kastylji wkracza z armją licznąRazem z królową jéj, z swą córą śliczną.

109. „Łączą się w końcu obaj AlfonsowieW polach Tarify — a przed niemi wrogi;Hord barbarzyńskich nieprzejrzane mrowiePokryło góry i równin rozłogi. —Nie było śród was, o mężni Luzowie,Śmiałka, co wówczas nie zadrżałby z trwogi,Gdyby nie pewność, iż w tak świętéj walceSam Zbawca walczy za swe wierne chwalce. —

110. „Prawnuk Agary wita pośmiewiskiemZastęp chrześćjański tak nieliczny, słaby;Naprzód wygranéj rozporządza zyskiem,Ziemię, jak własną, tnie między swe draby;I kłamnie obcém pyszni się nazwiskiemSaracenami zwąc się jak Araby;On, Maur koczownik, syn nagiéj pustyni,Tych ziem szlachetnych już się panem czyni!

111. „Jak ów barczysty olbrzym, co przed latyStał się postrachem Saulowych szyków,Widząc pastuszka, który miast bogatéjZbroi — niósł procę i kilka kamyków,Szydził z słabości i z ubogiéj szaty,Nie szczędził zniewag i wzgardliwych krzyków,Lecz szczękła proca i w czoło go sięga,Zwycięża wiara nie ludzka potęga:

112. „Tak Maur przewrotny lekceważy sobieChrześćjan siły, nieświadom, iż ramięWiernych moc wyższa wzmacnia w każdéj próbie,Moc, co piekielnéj giąć się każe bramie:Ona chrześćjańskie krzepi armje obie,Przez nią Kastylczyk Marokany łamie,A Luz wsławiony w wszelkich walk zakresieWojskom Granady postrach i śmierć niesie. —

113. „Już po puklerzach zatętniały ciosySzpad i dzirytów, zawrzał bój zacięty —I — wedle wiary — słychać hasł odgłosy:Ci grzmią: Mahomet! inni — Jakób święty!Jęki ranionych lecą pod NiebiosyI jak jezioro płyną krwawe męty,Gdzie grzęznąc giną pośród trupich stosówCi, co zdołali ujść z pod miecza ciosów. —

114. „Wysiłkiem męstwa Luz śród GrenadczykówW niedługiéj chwili srogie sprawił siecze,Złamana cała potęga ich szyków,Już rozproszone lub poszły pod miecze.Luzom zamało zwalczyć przeciwników,Załatwy tryumf — zapał znów ich wleczeNa pomoc dzielnym rycerzom Kastylji,Co jeszcze z syny Maroku walczyli.

115. „Już się dzień skwarny miał ku zachodowi,K’ dworcom Tetydy zwrócił się wóz słońca,Blednąc i dając drogę Wesperowi;Już dzień ów wielki zbliżał się do końca,Gdy przełamała moc pohańczych mrowiKrólów chrześćjańskich potęga krusząca:A takiéj rzezi, wiktorji tak sławnéjŚwiat nie oglądał późniejszy ni dawny. —

116. „Mniéj we trzy razy Cymbrów wyciął w bojuMiecz Marjusza, kiedy w dniu wygranéjKazał znużonym po bojowym znojuLegjom — pić z rzeki krwią wroga rumianéj:Mniejsząś rzeź sprawił, ty Kartagi woju,(Coś z dziecka przysiągł pomstę na Rzymiany)W dzień, kiedy Romy synowie zwalczeniDali-ć z rąk martwych trzy beczki pierścieni.

117. „A jeśli tyle dusz z krwawego plonuPoszło w otchłanie krainy piekielnéj,Gdy lud zacięty starego zakonuMusiał gród poddać po walce śmiertelnéj,Boży to dopust zgniótł mury Syonu,Nie twoje ramię, o Tytusie dzielny!Tyś spełnił tylko dawnych proroctw słowo,Stwierdzone smutną wróżbą Chrystusową.

118. „Kiedy tak trymf zwieńczył mężne chęci,Wraca król Alfons — pierś jego spragnionaCieszyć się chwałą, którą lud mu święciI co tak ciężkim znojem wysłużona;Lecz cios nań czekał — cios godny pamięci,Wróżki, co grobom wydziera imiona,I dziś mi wskrzesi tę, któréj spiknioneLosy — wprzód dały śmierć — potém koronę. —

119. „Tyś to był sprawcą, o srogi Kupidzie,Jéj ciężkiéj doli, tyś sam jéj morderca!Czy kto twój czciciel, czy cię ma w ohydzieWszystkich twój pocisk rani lub uśmierca.Niepróżno zdawna wieść o tobie idzie,Że łzy nie gaszą żądz twojego serca,Bo zawsze pragniesz, sroższy nad tyrany,Widziéć twój ołtarz w krwi ludzkiéj skąpany. —

120. „O piękna Inez, cicho i samotnieŚród uciech biegły słodkie dni twéj wiosny,Śród błogich ułud, co mkną tak przelotnie,Bo im trwałości skąpi los zazdrosny;Brzegi Mondego zraszały stokrotnieŁzy pięknych oczu w tęsknicy miłosnéj,Uczyłaś góry i każde ustroniePowtarzać imię wyryte w twém łonie.

121. „Twojego księcia miłość nie mniéj tkliwa,Zapadł mu w serce twój obraz uroczy;Przed okiem duszy stoisz mu jak żywaIlekroć znikniesz przed ziemskiemi oczy;Nocą w snów złudach przy tobie przebywa,W dzień każdą myślą z tobą się jednoczy;Cokolwiek słyszy, gdzie jest, w każdéj dobieMarzy o szczęściu, bo marzy o tobie.

122. „Odtrąca świetne związki, ślubne łoże,Wszelkie powaby dziś dlań obojętne;Czysta miłości, gdy nas liczko hożePodbije — już nam wszystko inne wstrętne.Nie długo taka miłość skryć się może,Doszły do ojca szemrania niechętneLudu — i stary król potępia srodzeSyna, co puścił namiętności wodze;

123. „Więc chcąc go wyrwać, zniszczyć ponęt czary,Na biédną Inez daje wyrok w gniewie,Sądząc, iż we krwi nieszczęsnéj ofiaryZbyt stałych ogni ugasi zarzewie.Snadź wściekły gniew był — jeśli miecz swój stary,Co hordy dziczy w nąjezdczym zalewieNa ostrzu trzymał — ów mieezmiecz sławny w świecie,Przeciw bezbronnéj dał podnieść kobiecie. —

124. „Wnet ją powlekła oprawcy dłoń dzikaPrzed króla — ten się już wzruszać poczyna;Lecz lud wzburzony przeciw niéj wykrzyka,O śmieć nieszczęsnéj w głos się dopomina. —A ona głosem, co w serce przenika,Skarży się rzewnie i losy przeklina,Nie zgonem własnym strwożona tak srodze,Lecz żal kochanka, żal dziatwy niebodze. —

125. „Już ku kopule Niebios kryształowéjPodniosła oczy łzą bólu zalane;Oczy — bo ręce twardemi okowyPrzez dzikich katów już były skowane:Potém na dziatek zwróciła je głowy,Na dziatki drobne a tak ukochane,Nad ich sieroctwem sercem matki biadaI do srogiego tak przemówi dziada:

126. „„Jeżeli zwierząt, które w puszcz gęstwinieInstynkt dzikości z przyrody dziedziczą,I ptaków, które w powietrznéj krainieŻywią się krwawéj łupieży zdobyczą,Widziano nieraz litość ku dziecinie,Jeśli zwierzęta opieki użyczą,Jak mamy przykład na Ninusa matce,Jak przyszli Romy świadczą nam zakładce:

127. „„Ty, coś człowiekiem i z uczuć i z ciała(Gdy tak zwać można kobiety mordercę,Któréj grzech cały, że zniewolić śmiałaTego, kto ujął i podbił jéj serce),Niech widok piskląt tych na cię podziała,Życia nieszczęsnych nie miéj w poniewierce:Litości dla nich! niech cię litość wzruszy,Gdy nie zmiękczyła niewinność méj duszy.

128. „„Jeśli zwycięsko hord wrogich zapędyOgniem i mieczem dłoń twoja zwalczyła,Umiéj okazać niewinności względy,Bom na tak stasznąstraszną śmierć nie zasłużyła:A gdy tak wielkie w twoich oczach błędy,Skarż mię wygnaniem wieczném, każ, bym żyłaW Scytji chłodnéj, lub w skwarnéj krainieLibji — niech życie me w łzach wiecznych płynie.

129. „„Wpośród lwów dzikich, tygrysów okrutnychŚlij mię, o panie; a może się zbudziW zwierzętach litość dla mych losów smutnych,Jakiéj daremnie szukałam u ludu:Tam z mą miłością o dniach niepowrotnychMarząc żyć będę, a ból mój ostudziWidok tych dziatek, ojca obraz żywy,Słodka pociecha matce nieszczęśliwéj.””““

130. „Już w sercu króla dobroć górę bierze,Wzrusza się skargą i tkliwemi słowy,Lecz opór ludu i los — w jednéj mierzeNieubłagane — żądają jéj głowy. —Dobyli z pochew ostrych szpad rycerze,Króla gniewnemi podniecają mowy.Hańba wam, hańba, żądni mordu męże,We krwi piękności hartować oręże! —

131. „Jak gdy skazanéj przez Achila cienieKrólewskiéj córze trojańskiéj dzieweczcePirrus zagroził śmiercią Poliksenie,Zgrzybiałéj matki jedynéj ucieczce:Ona zwracała swe jasne swojrzenie,(Podobna kornéj, cierpliwéj owieczce),Ku oszalałéj z bólu swéj macierzy,Czekając cicha, nim nóż w pierś uderzy:

132. „Taką się zdała Inez pod ciosami:Alabastrowe prześliczne jéj łono,To dzieło wdzięków, już krwi struga plami,I skroń, co będzie zwieńczona koroną,I białe lilje zroszone jéj łzamiI ostre szpady siepaczy w krwi toną,A oni wściekli, w dzikości nadmiarze,Nie patrzą w przyszłość, nie pomną o karze.

133. „O słońce, któreś niegdy odmówiłoKrwawéj Tyesta uczcie twych promieni,Jakżeś się ciemną chmurą nie okryłoPrzy téj posępnéj i okropnéj scenie?I wy doliny, w których się odbiłoJéj ust stygnących ostatnie westchnienie,Imie Don Pedro w ostatnim wykrzykuWyście rozniosły w swych echach bez liku!

134. „I jako świeża wiosenna stokrotkaLedwo rozkwitła, pełna barw i woni,Gdy się z dziewczęciem niecierpliwém spotka,Które ją uszczknie na wieniec swych skroni,Wnet więdną listki, ulata woń słodka:Podobną była zmarła Inez do niéj,Zblakły lic róże, szkarłat ust korali,Barwy wraz z życiem zagasły w krwi fali.

135. „I długo Nimfy Mondego płakałyPo pięknéj zmarłej w żałości głębokiéj,Aż zamieniły w źródlane kryształyK’ wiecznéj pamięci te łez swych potoki,A strugę „źródłem miłości“ nazwały:I dziś wędrowiec, gdy doń zwróci kroki,Ujrzy, jak rosząc kwiaty po dolinie,„Źródło miłości“ z łez powstałe płynie.

136. „Nie długo z pomstą za śmierć ukochanéjZwlekał Don Pedro; — ledwo siadł na tronieWnet za zbiegami, zemstą podżegany,Aż ku Kastylji rozesłał pogonie.Tu, drugi Pedro, Okrutnym przezwany,Dościgł ich, pojmał i zdał w mściwe dłonie;Dwaj władcę paktem związali się krwawymJak ongi Marek i Lepid z Oktawem. —

137. „Bezwzględnie Pedro karcił ludzkie zbrodnie,Mord, cudzołóstwo i podstęp wszelaki:Może stwardniawszy sam zranion niegodnieSzukał pociechy pociechy w surowości takiéj?Lecz pod nim grody wytchnęły swobodnie,Pysznym ciemięscom umiał dać się w znaki,Częściéj złoczyńcom z karków strącał głowy,Niż błędny Alcyd, niż Tezej surowy.

138. „Twardy hart ojca przez wybryk przyrodyNie zdołał w słabym odrodzić się synie!Gnuśny, niedbały Don Fernando młodyZwolna rozprzęga ład w całéj krainie:Kastylczyk niszczy i sioła i grody,Zda się kraj przyszedł k’ ostatniéj ruinie;Znikąd obrony — bezrząd i bezprawia.Tak słabość króla lud hartu pozbawia.

139. „Czy to był dopust boży na grzesznikaZa Leonory mężowi wydarcie,Którą, gdy żądza owładła nim dzika,Śmiał król zaślubić i żyć z nią otwarcie?Czy że występek, gdy do serca wnika,To już do zguby ciągnie nieprzeparcie?Zmiękcza, osłabia — aż w przepaść upadnieKażdy, kim nizka namiętność owładnie?

140. „A pomsta niebios dziś czy jutro przydzie,Nigdy bezkarną nie zostanie wina,Świadkiem Helena porwana Atrydzie,Skon Apjusza, wygnanie Tarkwina:Za coś osądzon, ty święty Dawidzie?Za co zginęło plemię Benjamina?Za Sarę Faraon ukarany srodze;Za Dynę — Sychem stanęło w pożodze.

141. „Duszę z najtwardszéj ukowaną staliMusi osłabić namiętność nieprawa:Świadkiem Alkmeny syn u stóp Omfali,Świadkiem przyćmiona Antoniusza sława,Gdy miłość złożył na dziejowéj szali;Świadkiem chybiona Annibala sprawa:Z pod Kann zwycięsca, mąż dzielnéj prawicyZgnuśniał w objęciach podłéj niewolnicy.

142. „Lecz któż z nas może ominąć te sidłaKiedy je miłość zdradliwa roztoczyNa lic różanych cudne malowidła,Łon alabastry i złoto warkoczy?Stokroć mniéj groźne piekielne straszydła,Co przerażały śmiertelników oczy:Widok Meduzy serca zmieniał w skały,Piękność zażega żądz wrzących upały.

143. Któż z nas się oprze czarowi wejrzenia,Słodkiéj twarzyczce, powabom anioła,Gdy cała dusza nagle się przemieniaI wielkim głosem o uczucie woła?Ktokolwiek doznał tego upojenia,Dla Don Fernanda srogim być nie zdoła:Ilekroć zechcą potępić go sędzie,Niech wielka miłość wymówką mu będzie“.

1. „Jako po burzy ryczącéj szalenie,Po mrokach nocy i orkanów świście,Wróżąca nawom przystań i zbawienieRanna jutrzenka wschodzi promieniście,A z duszy pierzcha trwoga i zwątpienieWraz z cieniem, który rozprasza dnia przyjście:Tak nowych rządów, lepszych losów sferaZe zgonem króla Luzom się otwiera.

2. „Wielu żądało z dawna kar surowychDla krzywd narodu i ciężkich nadużyć,Którym za słabych rządów FernandowychCiągła bezkarność dozwalała płużyć;Toż wkrótce wezwan do rządów krajowychMąż, co potrafił na ufność zasłużyć,Poboczny Pedra syn, z zacności znany,Don Juan prawym dziedzicem przyznany.

3. „Że się zgadzały z tém i sądy boże,To jasne znaki stwierdziły niebieskie,Bo oto mała dziecina w EworzePrzed czasem imię wykrzyka królewskie;Tak, niebo miało udział w tym wyborze,Z kolebki dziecię podniosło się rzeźkie,Złożyło rączki i słychać wołanie:O Portugalio, masz króla w Juanie!

4. „Zawrzało w kraju, podniosły się głowy,Długo tłumiona nienawiść wybucha;Za ciężką przemoc dzisiaj rwąc okowyLud wściekły tylko głosu zemsty słucha:Padli stronnicy i krewni królowéjI jéj kochanek, z którym na wstyd głucha,Bezecny związek, ukrywany dawniéj,W czasach wdowieństwa wiodła jak najjawniéj.

5. „W końcu nikczemnik pada pod jéj stopyZ łonem przeszytém ostrzem zimnéj stali,Niemało innych wyrznięto w też tropy,Szał ludu rośnie nakształt ognia fali;Tłum za kapłanem prze pod święte stropy,Ni stan, ni ołtarz, nic go nie ocali;Jako Astjanaks już strącon z wieżycy,A lud nad trupem pastwi się w ulicy.

6. „Wobec tych rzezi mogły w zapomnieniePójść, jakie widział Rzym, gdy go poskromiłOkrutny Marjusz, tocząc krwi strumienie,Lub Sylla, gdy swych przeciwników gromił.Eleonora, któréj poniżenieZgon ulubieńca światu uwidomił,Kastylskie hufy wzywa dla obrony,Córę swą czyniąc dziedziczką korony,

7. „Beatryks, króla kastylskiego żonę,Fernand za prawą córkę swą przyznawał;Lecz szły pogłoski (wierne czy zmyślone)?Naród jéj prawa w wątpliwość podawał...Kastylja bierze swéj królowéj stronę,W obronie praw jéj biegnie ludu nawał,Gdziekolwiek sięga jéj małżonka władzaZbrojne zastępy zwoływa, zgromadza.

8. „Więc ta prowincja, co swe miano bierzeOd Briga (jeśli żył on, jak wieść baje),Śle huf; więc one przez Cyda rycerzeZ pod Maurów jarzma wyzwolone kraje;Więc kraj Leonu, gdzie w jednakiéj mierzeLud włada szablą, pługiem skibę krajeI zdawna ramię zahartował swoje,Z najezdczym Maurem długie tocząc boje.

9. „Starych Wandalów bitni potomkowieAndaluzjanie słynni męstwem szczytném;Do bram Sewilli cisną się jak mrowieGwadalkwiwirem oblanéj błękitnym.I ty się zbroisz, o zacny ostrowie,Znany tyryjskim kupcom starożytnym,A na sztandarach, za godła bojowe,Dzieci twe wzięły słupy Herkulowe.

10. „Stare Toledo nie zostanie w tyle:Gród to szlachetny, Tagus go uroczyWkoło okrąża, wabiąc oko mile,Tag, co z gór Conca wody swoje toczy.I ty uboga, — lecz bezstraszna — w chwilęWyślesz, Galicyo, synów w bój ochoczy,Przeciw tym wrogom, których ciętéj staliNa własnych karkach nieraz już doznali.

11. „Już zawichrzyły czarne furje wojnyW ziemi biskajskiéj, gdzie lud prosty, gruby,Lecz nigdy zniewag nie znosił spokojnyI umiał bronić swéj wolności lubej.I z Guipuscoi, z Asturji dostojnéj,Która z żelaznych swych hut szuka chluby,Dumni mieszkance zbroją hufy żwawe,By niemi poprzéć panów swoich sprawę.

12. „Jan, w którym męstwo rośnie niezwalczone,Jak hebrajskiego Samsona kędziory,Choć z drobną garstką gotów na obronę,Przeciw wrogowi gotów każdéj pory:A choć zamiary jego niecofnione,Zbiera przedniejsze pany, senatoryNa wspólną radę, by poznać ich zdania,Myśl wyrozumiéć, pogodzić żądania.

13. „Nie brakło takich, co zręcznemi słowyPragnęli zachwiać ziomków swoich męstwo,W których duch przodków, ich zapał marsowyDziś w wiarołomne przeszły niedołęstwo;Pierś ich wystygłą strach bierze w okowy,Strach nad wiernością odnosi zwycięstwo:Zaprą się króla, kraju, a gdy trwoga,Gdy trzeba, — zaprą jak Piotr, — nawet Boga!

14. „Lecz był mąż dzielny, co przejrzał myśl braci:Nuno Alwarez zacności niezłomnéjśród zgromadzonych wstał w groźnéj postaci,Karcąc ich chwiejność, ich szał bezprzytomny,Gromiąc zwątpienie, co odwagę traci,Słowem potężném, na grzeczność niepomny,Dłoń wsparł na głowni, gniewem rozgorzały,Wyzywa groźnie ląd, morze, świat cały:

15. „ „Jakto? w téj ziemi, tak pełnéj wawrzynów,Ojczyznie zbraknie wiernego ramienia?Téj Luzytanii, co z rycerskich czynówPo całym świecie znajoma z imienia,Lud ku obronie odmówi swych synów?Wiary, miłości, odwagi, wspomnieniaDzielnych naddziadów Luz nie czci — i krajePod obce jarzmo sam chętnie poddaje?

16. „ „Więc nie jesteście, mówcie, potomkamiTych, których Henryk Wielki wodził w bojePod zwycięskiemi swemi sztandarami?Mężów hartownych na wojenne znoje?Co tyle znaków wzięli? co mieczamiZ pobojowiska gnali wrogów roje?I siedmiu hrabiów przywiedli w niewolę,Prócz mnóstwa łupów, co zaległy pole?

17. „ „Tych co was trwożą sąsiadów napady,Któż powstrzymywał przez opór stateczny?Wasze to ojce, wasze wodził dziadyDjoniz, a potém syn jego waleczny.A gdy do takiéj słabości i zdradyPrzywiódł was Fernand słaby i wszeteczny.Oto król nowy — idźcicidźcie jego śladem!Boć lud się zmienia za króla przykładem.

18. „ „Ten król tu śród was — przez was wyniesiony:Gdy dorównacie mu wielkością duszy,Wróg wasz przed wami pierzchnie rozproszonyMiecz wasz moc jego, jak niegdyś, w proch skruszyLecz jeśli piersi trwogą przepełnionéjZaklęcie moje nie wstrząśnie, nie wzruszy,Jeśli wam ręce skuła podła trwoga,Ja się sam jeden oprę jarzmu wroga!“ “

19. „To mówiąc, miecza dobył do połowy:„ „Z memi wasalmiwasalami i z tym wiernym mieczemKraj nienawykły nieść obce okowyOd niesłusznego gwałtu zabezpieczym:W obronie króla i czci narodowéj —Przez was zapartéj — tłum wrogów wysieczem,Nie tylko obcych, kto bądź jeno staniePrzeciw królowi, — ciskam mu wyzwanie!“ “

20. „Jak gdy kanneńską porażone klęskąSzczątki młodzieży w Kanuzjum zebranéj,Olśnione wroga fortuną zwycięskąMiały już uledz i przyjąć kajdany,Wtém, powstał Scypjon i wymową męskąZmusił zaprzysiądz na miecz, iż RzymianyNie ugną czoła, ni się z swém żelazemRozstać zdołają — chyba z życiem razem:

21. „Tak dzielny Nuno ostatniemi słowySprawił wzruszenie w zgromadzeniu calem,Rozgrzał wystygłych i ów strach lodowy,Co mroził duchy, stopił swym zapałem:Już rżą rumaki, ten dar Neptunowy,Lotne dziryty świecą w ręku śmiałem;Jeden grzmi okrzyk usty tysiącznemi:Niech żyje Juan zbawca naszéj ziemi!

22. „Ożył lud cały — cieszy się na boje,Które ojczyznie mają przynieść wsparcie;Więc ten oczyszcza, ów odnawia zbroje,Które spoczynek dał rdzy na pożarcie;Każdy przywdziewa wedle stanu stroje;Ów zdobi szyszak, ów doświadcza w harciePancerza — inny umieszcza na zbroiDewizy, godła, barwy lubéj swojéj. —

23. „Z tak świetnym pocztem dzielny król nie zwłóczyI pod Abrantes staje w czas niedługi,Gdzie zimną falą płynie Tag przezroczy,Pojąc mieszkańców obfitemi strugi.Na czele przedniéj straży rycerz kroczyGodzien być wodzem dla swojéj zasługi,Choćby tych hufów, co — by Grecją zdławił —Przez Helespontu głąb’ Kserkses przeprawił.

24. „Nun to Alwarez, co prawdziwym biczemZostał na pyszne Kastylji syny;Jak ów Hunn, który z tłumem najezdniczymPustoszył Galję i włoskie krainy.Na prawém skrzydle mąż nie niższy w niczémSławny wódz wiedzie Luzyjskie drużyny,Godzien dowodzić, godzien rządzić wielą,Rycerz Rodriguez z rodu Vasconcello.

25. „Na drugiém skrzydle, co od lewéj strony,Objął dowództwo Vasquez de Almada,Co wkrótce będzie tytułem uczczony,Hrabi Abranchez godność król mu nada.Nad tylną strażą sztandar podniesionyHerbami państwa zdala w oko wpada,Nad bohaterską powiewając głowąKróla, co przyćmić ma sławę Marsową.

26. „Na murach w trwodze, to nadziei lubéj,Matki i siostry, kochanki i żonyZa drogich sercu mnogie czynią ślubyPostów, pielgrzymek świętych w różne strony.Wściekły krzyk boju przyjął pełne chlubyNadbiegające luzyjskie szwadrony;I oba wojska niepewne w téj chwiliNa czyję stronę szala się przechyli?

27. „Z obu stron wrzawa — rosną bębnów gwary,Ryczą puzony, dmą fletnie świszczące;W rękach chorążych wiewają sztandaryA na ich polach grają barw tysiące.Był to czas, kiedy Ceres swemi daryNapełnia gumna rolników, — gdy słońceWchodzi w znak „Panny“ i skwarem dopiekaw tłoczniach z Bacha gron sok słodki ścieka.

28. „Kastylskie trąby pierwsze hasło dałyNiosące trwogę straszliwemi zgrzyty:Gwadjana trwożnie cofnęła kryształy;Dźwięk ten odbiły artabryjskie szczyty;Drgnął Tag ku morzu toczący swe wały,Kraj transtagański, Duera błękity;A biedna matka, strachem przepełniona,Tuli niemowlę do drżącego łona.

29. „Na chwilę zbladły wojowników twarze,Na chwilę k’ sercu spłynęła krew cała!Niebezpieczeństwo gdy zdali ukażeOblicze swoje — najpotężniéj działa:Z blizkiém walczymy: śród ciosów, w bitw gwarze,Tak żądza zwycięstw, tak unosi chwała,Że się nie pomni na miecze, bułaty,Nie pomni kalectw ni życia utraty.

30. „Już wstępnym bojem zwarły się drużyny,Szeregi piérwsze ślą w bój obie strony,Jeden lud broni swéj własnéj krainy,Drugi nadzieją podboju wiedziony:Śród najmężniejszych pierwsze rwie wawrzynyWaleczny Nuno męstwem zapalony:Łamie, wywraca i przywłaszczycielePraw swéj ojczyzny wkoło trupem ściele.

31. „Lecą w powietrzu pociski, dziryty,Pierzaste strzały i rozliczne groty;Drży grunt zorany rumaków kopyty,W dolinach echo powtarza łaskoty;Kruszą się lance, słychać zbroi zgrzyty,Tarcz w tarcz uderza, niby gromu grzmoty;Wróg wywarł całą moc na garść rycerzy,Z którą Nun dzielny spustoszenie szerzy.

32. „O straszny ciosie! o dopuście boży!Przeciwko niemu właśni bracia stoją:Nie dziw! Czyż śmiercią brata się zatrwoży,Kto zdradził króla, i Ojczyznę swoją?!Przy nich tłum zbiegów zajadłych najsrożéj,Co się najbliższyehnajbliższych mordować nie boją,Domowéj wojny zapaleni żarem,Jak ongi Wielki Pompejusz z Cezarem.

33. „O Sertorjuszu, o KoryolanieO Katylino, wszyscy dawni męże,Co na chwilowe bacząc zagniewaniePrzeciw ojczyznie wznieśliście oręże;Jeśli, strąconych w piekielne otchłanie,Chłoszczą was kary, drą sumienia węże,Powiedzcie panu tych podziemnych światów,Że i kraj Luza miał swych renegatów.

34. „Już pierwszy zastęp luzyjski złamany;Luzy przeważnéj sile uledz muszą:Zadrżał Alwarez — tak, gdy AfrykanyPól tetuańskich — ze wzgórz Ceuty rusząLwa, miejsc tych króla, mocarz opasanyDzidami łowców — zanim go rozjuszą —Staje, — źrenicą toczy wokół gniewną,Może zmieszany, lecz nietrwożny pewno.

35. „Ze strasznym wzrokiem — zwierz z przyrody dziki,Ani się cofnie, ani go uśmierzą;Szalonym skokiem rzuca się na piki,Co zwartym lasem dokoła się jeżą.Tak rycerz, gromiąc swoje przeciwniki,Trawę dokoła rumieni krwią świeżą:Lecz ach! i swoich traci; — cóż z odwagi,Z dzielności wobec liczebnéj przewagi?

36. „Dostrzegł i odczuł klęskę bohateraKról Juan, który sam jak wódz wytrawny,Wszędzie obecny, obiega i wspiera,Słowem ku walce rozpłomienia sławnéj.Jak lwica, w któréj piersi wściekłość wzbiera,Kiedy jéj pasterz masylijski wprawny,Podczas gdy była łupieżą zajęta,Pochwycił z gniazda zostawione lwięta,

37. „Pędzi szalona, wstrząsa i ogłuszaSiedem wzgórz Bliźnich swym straszliwym rykiem:Tak król z wyborem swoich w pomoc ruszaPiérwszym zastępom i zachęca krzykiem:„ „O wy rycerze, w których dzielna dusza,Nieustraszeni, niezrównani z nikiem!Brońcie ojczyzny: jéj wolność, jéj chwałaW waszym orężu jéj nadzieja cała!

38. „ „Król was prowadzi — za mną towarzysze!Za mną odważnie śród mieczów i zbroi!Gdzie świszczą strzały, gdzie sieką bardysze,Walczcie, jak Luzom prawdziwym przystoi!“ “Tak wzniośle mówiąc — sam oszczep kołysze,Mierzy, czterykroć wstrząsa w dłoni swojéj,W końcu go ciska tak silnie, tak celnie.Iż kilku naraz ugadza śmiertelnie.

39. „Ten widok męstwo na nowo podsyca:Szlachetnym wstydem młodzież rozognionaRośnie w olbrzyma, a każda prawicaRąbie na przebój, ufna, że pokona:Ich miecze skrzą się niby błyskawica;Kruszą pancerze, rozbijają łona:Rozdają ciosy i przyjmują chętnie,Jak gdyby całkiem na śmierć obojętni. —

40. „Nie mało przebódł miecz lub oszczep krwawy,Wiele dusz poszło nad brzegi Styksowe:Wielce zajadły do wojennéj sprawyMistrz Kompostelli dał waleczną głowę;Poległ i drugi wódz — mistrz Kalatrawy,Co srodze niszczył zastępy Janowe;I bracia Nuna legli klnąc swym losomI konający złorzecząc Niebiosom.

41. „Wiele dał ofiar gmin, wielu rycerzySzlachetnych rodów poszło w te otchłanie,Gdzie śród schodzących dusz strach wieczny szerzyPsa trójgłowego ustawne szczekanie:W końcu los karę najstraszliwszą mierzy,Pychę Kastylów łamiąc niezbłaganie,Wyniosły sztandar kastylski, o biada!Pod stopy Luzów powalony pada.

42. „Rzeź wciąż się wzmaga — wszędzie śmierć, zagłada,Wrzaski, szczęk ciosów, — krew się z ciał strumieni;A tyle ludu padło i wciąż pada,Że zieleń trawy znikła w krwi czerwieni;Wszystko stracone; — coraz słabiéj władaDłoń mieczem, tracą zapał zwyciężeni,I król Kastylji w rozpaczy bez miaryWidzi zniszczone wszystkie swe zamiary.

43. „Więc pole bitwy zwycięscy zostawia,Rad, że choć z życiem ujdzie ocalony;Za wojskiem zdąża, a strach mu przyprawiaZamiast stóp skrzydła w ucieczce szalonéj.W sercu ukrywa żal, jakim nabawiaUtrata wojska, skarbiec rozproszony,Hańba, zgryzota i ten widok srogi,Jak wróg zwycięski zabiera łup drogi.

44. „Bluźnią, złorzeczą tłumy nieszczęśliweTemu, kto pierwszy na świecie wszczął boje;Inny obwinia króla serce chciwe,Serce wyniosłe, żądne na podboje,Ze pragnąc cudze wydrzéć — on w staszliweMęki piekielne pchnął dusz nędznych roje;Tylu nieszczęsnych żon sieroctwo sprawiłI tyle matek potomstwa pozbawił. —

45. „Król Juan trzy dni gwoli zwyczajowiNa placu boju spędza z wielką chwalą,I ku czci Boga ofiary stanowi,Którego ramię zwycięstwo mu dało. —Ale zamało tego Alwarowi;On chce, by po nim wspomnienie zostałoTylko téj sławy, jaką oręż daje,Więc się przeprawia w transtagańskie kraje. —

46. „Z nim idzie szczęście — myśli błyskawiceNie są tak szybkie jak jego zamiary;Już Andaluzji złamane graniceNiosą mu laury i łupy bez miary;Już od Sewilli po całéj BetyceTłum panów do stóp mu chyli sztandary,Ani probując oporu, obrony:Tak oręż Luzów był groźny i czczony.

47. „Tak kraj kastylski był długo nękanyI luzyjskiemi pustoszon zagony;Aż zeszedł z Niebios pokój pożądanyI mogły w końcu wytchnąć obie strony;Kiedy Wszechmocny, w łaskach nieprzebrany,Zesłał królewskim wrogim domom żonyZ rodu Angielki — zgody pośredniczki,Dwie piękne, zacnéj krwi młode księżniczki. —

48. „Lecz cóż walecznym po spokojnym rządzie?Do walk zaprawni, nawykli do chwały,Gdy niéma kogo zwyciężać na lądzie,Na oceanu rzucą się kryształy.Jan będzie pierwszym z królów, co w łódź wsiądzie,Kraj swój porzuci i w Afrykę śmiałyPoniesie oręż, na świadectwo wierze,Jak nad Prorokiem Chrystus górę bierze. —

49. „Jak ptaki wodne przez srebrne odmęty,Trwożąc najazdem gniewną Amfitrytę,Wiatrem wydąwszy żagle, mkną okrętyTam, kędy słupy Herkulowe wbite.Abyli wzgórza, Ceuty fundamenty,Wnet na niewiernych orężem zdobyte,I będą twierdzą Hiszpanji, jak ścianaOd zdrad chociażby drugiego Juljana.

50. „Niedługie szczęście, — pada wyrok z góry,I król, bohater, fortuny wybraniec,Między anielskie powołany chóry,Odszedł do Niebios jako ich mieszkaniec:Lecz nie zostawił Luzów bez podpory,Jest komu rządzić, jest od wroga szaniec,I kraj rozszerzą przez zdobycze noweZacni infanci, potomstwo Janowe.

51. „Król Edward szczęścia nie dostał w udziale,Lecz umiał godnie znieść los opłakany;Ów los kapryśny, co wciąż zmienia szale,Radość, to smutek śląc między ziemiany.Bo i któż z ludzi był szczęśliwy stale?Komu fortuna służyła bez zmiany?Króle, narody — nikt i nic się zgołaZ pod praw przeznaczeń wyłamać nie zdoła.

52. „Brata Fernanda ujrzał król w niewoli,Którego dusza tak wzniosła, tak święta,Że gdy mu wojsko Maur ścisnął — on gwoliZbawienia ludu sam oddał się w pęta;I dla miłości Ojczyzny w niedoliWiek cały strawił nie jako książęta:Za jego wolność wróg chciał Ceuty grodu. —On nie chciał wolnym być kosztem narodu.

53. „Kodrus pragnący swych wrogów przegranéjBiegł śmiercią przyszłe zwycięstwo opłacić;Zacny Regulus ojczyznie kochanéjNie chcąc uszczerbku, wolał wolność stracić;A Fernand wieczne przyjmuje kajdany,Aby Hiszpanją szczęściem ubogacić;Czyn Kurcyusza, Kodrusa, Decjusza.,Choć podziwiany, nie tak silnie wzrusza.

54. „Alfons, jedyny dziedzic praw korony,W całéj Hesperji głośny z powodzenia,Tłum barbarzyńców dumą napuszonyDo ostatniego przywiódł poniżenia,I byłby pewno niezłomnym ochrzczony,Gdyby k’ Iberji nie ściągnął ramienia:Afryka zawsze zwie go niezrównanym,Nieustraszonym i niepokonanym. —

55. „Jemu jedynie dały owoc złotyJak Herkulowi Hesperji jabłonie:Dotąd nie strzęśli Afryki despotyJarzm, w które wprzęgły ich królewskie dłonie;Zielone laury i palmy uplotyPogromcy pogan ozdobiły skronie,Gdy ci w przeważnéj zasłaniali sileAlcacer, ludny Tanger i Arcilę. —

56. „Wszystko zmógł, zwalczył, wszędzie wdarł się śmiało,Jak djament twarde kruszy mury, grody,Jak wojsk luzyjskich wodzowi przystało,Co na swéj drodze nie znosi przeszkody.Byłoby o tém powiadać niemało,Świetnych opisów godne te przygody:Rycerstwo nasze śród téj walki krwawéjDosięgło szczytu zasługi i sławy.

57. „Król aragoński Fernand — dwie koronyZłączywszy, — rządził wielkiemi obszary,Gdy Alfons próżną nadzieją wiedzionyNa kraj Kastylji obrócił zamiary.Wnet Fernand wydał rozkaz na wsze strony,Zwąc mnogie ludy pod swoje sztandary,Ktokolwiek jego koronie podlegaOd Pirenejów do Kadyksu brzega.

58. „Gdy ojciec walczy, syn w domu nie spocznie;Syn Alfonsowy, Juan, śpieszy skoroDumnemu ojcu dać pomoc niezwłocznie,Ach i nielada będzie mu podporą!A gdy się w końcu bój srogi rozpocznieJemu pogody klęski nie odbiorą;Krwi chciwy ojciec uległ losom gniewnym,Syn tryumf wroga uczynił niepewnym.

59. „Ach syn szlachetny, ów bohater młody,Waleczny, pełen rycerskiéj ochoty,Nieprzyjaciołom takie zadał szkody,Że przez dzień cały wstrzymywał wojsk zwroty.Tak Oktawjana wśród ciężkiéj przygodyWsparły zwycięskie Antonjusza roty,Gdy pod Filipy, każdy z nich się staraPomścić morderstwo Juljusza Cezara. —

60. „Kiedy król Alfons doczesne mieszkanie,Noc życia, zmienił na niebios lazury,Księciem, co po nim objął panowanie,Trzynastym z królów został Juan wtóry.Ten, wiecznéj sławy czując pożądanie,Powziął nad siły ludzkie zamiar, któryRóżowéj jutrzni miał mu odkryć bramy,Ów kres, którego my dzisiaj szukamy.

61. „Więc idą posły, mierząc swemi stopyHiszpanję, Francję, Włochy pełne sławy,I w kraju, kędy legł grób Partenopy,W bogatym porcie dosiadają nawy;W tym Neapolu, gdzie licznemi tropyRóżnych zdobywców słał los niełaskawy,Aż znów po latach gród błysnął rozkwitemPod cnéj Hiszpanji berłem znakomitém.

62. „Sykulskie morza przepłynęli żwawo,Pędząc ku Rodos z brzegi piaszczystemi;Już są na brzegu, który śmiercią krwawąPompejusz wsławił między potomnemi,Zwiedzili Memfis, — kraj, gdzie pól uprawąNil kręty rządzi wylewy swojemi;Zdążają w górę, w etjopskie kraje,Gdzie Chrystusowi ludność chwałę daje.

63. „Już łódź ich pruje erytrejskie morza,Przez Izraela bez czółn przekroczone;Już po-za niemi nabatejskie wzgórzaOd Izmaela syna tak ochrzczone.Już wonne brzegów sabejskich odnożaAdonisowéj matce ulubione,Już wkoło nawą opływają zwinnąArabję Szczęsną, Skalistą, Pustynną.

64. „Weszli w cieśninę Perską, kędy zda sięMętne Babelu wspomnienie zostało:Gdzie się w nurt jeden łączą w całéj krasieTygr z Eufratesem dumne źródeł chwałą.Stąd ku Indowi, który w przyszłym czasieDostarczy baśni cudownych niemało,Przez oceany nawa ich poniosła,Kędy sam Trajan nie śmiał popchnąć wiosła.

65. „Ujrzeli ludy nieznane i kraje,Indyj, Karmanji, Gedrozji plemiona,Rozliczne stroje, różne obyczaje,Jakie wydaje każda świata strona.Ciężka to droga, kto się nią udaje,Niełatwo wraca stopa utrudzona:I ci dwaj zmarli i legli w obczyznieTęskne spojrzenia zwracając k’ojczyznie.

66. „Zda się, iż niebo jasne zachowałoTwoim zasługom, cny Emanuelu,Tego trudnego przedsięwzięcia całąSławę — byś stanął u świetnego celu:Tobie po Janie berło się dostałoI razem spadek zacnych myśli wielu,Zaledwoś rządy ujął w ręce swoje,Śnią ci się w morzach szerokie podboje.

67. „O jakże była ci myśl ona lubą,Myśl przekazana przez zacne naddziady!(Których jedyną w życiu było chlubąCiągle powiększać ojczyzny posady).Czy dzień, czy świat się skryje w ciemność grubą,Ta myśl cię ściga. Raz, gdy gwiazd gromadyZaczęły blednąc przy jutrzni promiennéj,Gdy świeżość ranku kłoni k’drzemce sennéj;

68. „Król rozciągniony na swém łożu złotém,W ciszy, co ducha wyzwala z pęt zmysłów,Swe powinności waży, myśli o tém,Jakiéj dziedzicem jest krwi i umysłów?Aż sen mu oczy przesłonił, a potém,Nie przerywając marzeń ni pomysłów,Unużonemu myślami i trudyJął snuć Morfeusz rozmaite cudy.

69. „I zdaje mu się, że płynie w błękity,Że sfer niebieskich dosięga w polocie,Że stamtąd przed nim świat cały odkryty,Kraje i ludów nieznajomych krocie:Tam, gdzie po zajściu dnia znów złote śwityRodzą się, świadcząc o słońca powrocie,Widzi gór łańcuch, a z głębi opokiPłyną głębokie, czyste dwa potoki.

70. „Drapieżne ptastwo i dzikie zwierzętaPuste lesiste zamieszkują stoki:A drzew i różnych traw gąszcz rozrośniętaTamuje przejazd i wstrzymuje kroki.Ta niedostępność gór, stawiąca pętaWszelkim stosunkom — świadczy, iż z epokiDawnéj, gdy Adam przed Panem wykroczył,Tu nigdy człowiek stóp swych nie wytłoczył.

71. „I śni król daléj, że przed jego okiemZ wód rosną starce dwaj — każda osobaK’niemu szerokim przybliża się krokiem,Pozór ich dziki, lecz mu się podobaSwą szanownością: z ich włosów potokiemOcieka woda, kąpiąc ciała oba;Płeć ogorzała ma ciemne kolory,Na brodach długie, splątane kędziory.

72. „Obadwaj noszą na czołach koronyZ traw i gałązek nieznanych w Europie;Jeden z nich zda się bardziéj utrudzony,Jakby oddawna nie dał spocząć stopie:I znać po wodzie jeszcze poruszonéj,Że szedł pośpiesznie i po innym tropie;Jak Alfej, który biegł do SyrakuzySpragniony pieszczot wdzięcznéj Aretuzy.

73. „Ten, co się zdaje zacniejszym z postawy,Tak uroczyście poczyna wezwanie:„„O Ty, którému los wielce łaskawyZnaczną część świata odda we władanie;Dziś ci zwiastujem, my, znani ze sławy,My, cośmy jarzem nie dźwigali, panie,Iż czas już nadszedł, byś wysłał drużynyDo tych państw naszych po wielkie daniny.

74. „„Ja-m jest przesławny Ganges — mnie kołyskąByła nie ziemia, lecz niebios krainy;A to Ind, rzek król, co swoje źródliskoMa w górach, które widzisz w dali sinéj.Drogo okupisz tu twe stanowisko,Wiele walk stoczysz; — lecz trwaj, a wawrzynyZerwiesz prześwietne — i gdy się nie strwożyszNa mnogie ludy wędzidło nałożysz““.

75. „Umilkł duch rzeki świętéj i sławionéjI obaj starce giną, jak cień nikły:A Emanuel ze snu obudzonyW swych myślach zamęt uczuwa niezwykły,Już Feb roztoczył swój płaszcz pozłoconyNad sennym globem, już pomroki znikły,A młoda jutrznia maluje lazuryBarwą wstydliwych róż, złota, purpury.

76. Zaraz zwołana zgromadza się rada,I król jéj mówi o swojém widzeniu;Słowa świętego starca opowiada,Wszyscy słuchają w głębokiém zdumieniu.I wnet się morska wyprawa układa,Postanowiona w wielkiém uniesieniu;Waleczna flota ma płynąć na morza,Pod nowe nieba, na nowe przestworza.

77. „Choć bez nadziei, że los szczęście zdarzy,Ja-m zdawna myśl tę chował w sercu skrycie;Wciąż mi coś wróży i wciąż mi się marzyO przedsięwzięciach na światów podbicie.I czy to z mojéj promieniało twarzy?Czy myśli z oczu czytał król odbicie?Bo nie wiem zgoła dla czego łaskawyW me ręce złożył los wielkiéj wyprawy?

78. „Więc głosem prośby, wyrazy czułemi,Co słów królewskich zdwajają powagę,Rzecze: „„By dzieły zasłynąć wielkiemi,Trza zaznać trudów, wytrwać, miéć odwagę;A nieśmiertelny między potomnemi,Kto w zacnéj sprawie, życie dał na wagę;Kto się nikczemnéj trwodze nie poddawa:Choć krótkiém życie — wieczną jego sława.

79. „„Ciebie śród wszystkich do tak wielkiéj sprawyWybrałem; godne ciebie to zadanieTak pełne trudów, niebezpieczeństw, sławy;Sądzę, iż dla mnie lekkiém ci się stanie““.„Nie mogłem dłużéj milczeć: „„Niech miecz krwawy,Niech lód, niech ogień na mnie! królu, panie!Jednego tylko żałuję w téj dobie,Że dwóch żyć nie mam, by je złożyć tobie.

80. „„Zadaj mi pracę jako Alcydowi.Niegdyś Eurystej: — czy z lwy nemejskiemi,Czy w Erymancie przeciwko dzikowi,Czy walczyć z harpią, czy z hydry strasznemi,Czyli w otchłanie zejść ku Plutonowi?W kraje oblane wody styksowemi?Dla ciebie, królu, wpośród śmierci grotówZ duszą i ciałem ja-m na wszystko gotów””.

81. „Król wychwalając rycerską ochotęRazem dziękczyni za me dobre chęci;A odgłos pochwał ma tę dziwną cnotę,Iż każde serce k’wyższym czynom nęci.Wnet jak towarzysz na mą przyszłą flotęBrat mój rodzony służby swoje święci,Paweł de Gama, wielce mi życzliwy,Żądny zaszczytów i rozgłosu chciwy,

82. „Dzielny Coelho idzie w jego ślady,Mąż to na wszelkie trudy wytrzymały;Obadwaj zdatni do walk czy do rady,Bo z roztropnością łączą umysł śmiały.Za niemi śpieszą młodzieńców gromady,W ich piersiach rosną żądze i zapały;Wszyscy waleczni — godni w równéj mierzeTak zacnéj sprawie oddać się w ofierze.

83. „Król dzieli dary, by przez swą szczodrotęUmocnić dusze w szlachetnym zapale,I zacném słowem podnieca ochotę,By w przeciwnościach walczyli wytrwale.Tak niegdyś chcących zdobyć runo złoteTesalskich mężów oglądały fale,Gdy na wyrocznéj łodzi pierwsi śmieliPo Euksynowéj puścić się topieli.

84. „Gdzie srebrny piasek i płyn fali swojéjLeje Tag słodki w słone morskie łona,Tam, w szlachetnego Ulisa ostoi,Tchnąca radością, zapałem wiedziona,Już na kotwicy lotna flota stoi:A bohaterska młódź nieustraszona —Te dzieci Marsa, ci dzielni żeglarzePójdą w świat za mną, gdzie tylko los wskaże.

85. „Teraz na brzegu w żołnierskiéj odzieży,Różnéj i krojem i swemi kolory,Dla przyszłych odkryć czynią jak należyZ wielkim wysiłkiem ogromne przybory.Po chorągiewkach czasem wiatr przebieży,A statki stoją spokojne do pory,Ufne, iż każdy z nich śród gwiazd w przyszłości,Jak ów Argiwski w Olimpie zagości.

86. „Przysposobieni k’ podróży starannieGotujem dusze w skupieniu głębokiemNa wszelkie losy, boć śmierć nieustannieStaje na morzu przed żeglarza okiem;I Najwyższego, co w wiecznéj hozannieDuchy niebieskie poi swym widokiem,Błagamy, by nas prowadził łaskawieI od początku błogosławił sprawie.

87. „Potém przybytek opuszczamy Pański,Który nad brzegiem morskim zbudowanoW imię narodzin bożych, w czci chrześćjańskiéj,I na pamiątkę Betlejem nazwano.O! wierz mi, królu, gdy ów luzytańskiBrzeg, gdy mi żywo dzisiaj w oczach staną,Ona niepewność, smutki, trwogi moje,Zaledwo mogę powstrzymać łez zdroje.

88. „A ludność miasta, na ten dzień wyległa,Druhowie, krewni i powinowaci,(Część z ciekawości na brzegi wybiegła),Smutek na licach i w każdéj postaci:Nas zaś dokoła tłumami obiegłaPobożna rzesza zakonniczéj braci,I uroczyście, w procesji pochodzie,Przy dźwiękach hymnów zdążamy na łodzie.

89. „Wiedząc jak drogi dalekie, niepewne,Już straconemi każdy nas nazywa;Słychać dokoła niewiast płacze rzewne,Mężom westchnienie z piersi się wyrywa;Matki, małżonki, siostrzyce, pokrewne,Im która czulsza, tém bardziéj trwożliwa,Sądzą przelękłe, przybite rozpaczą,Że nie wrócimy, że nas nie zobaczą.

90. „Nie jedna mówi: „„O! synu, jedynaPociecho moja, podporo starości,Co ja tu pocznę, biedna starowina?Zakończę życie w smutku i żałości;Rzucasz mię nędzną — mów, co za przyczyna?Czemu odjeżdżasz, o moja miłości?!Czy cię tak wabią oceanu tonie?Czy chcesz pogrzebu w ryb żarłocznych łonie?““

91. „A inna we łzach, rozpuściwszy włosy:„„Umrę bez ciebie — woła — o mój luby!A czyliż nie są twojemi me losy?Na gniewnych morzach poco szukasz zguby?I tak niepewnéj drodze, na klęsk ciosy,Czemu poświęcasz nasze słodkie śluby?I naszę miłość i radości zwodneWkrótce wiatr zdmuchnie, połkną głębie wodne““.

92. „Tak jękiem żalu, miłości słowamiMówili do nas i starzy i młodziI drobne dzieci wlekąc się za nami,Choć wielu wiek zgiął i siła zawodzi.A blizkie góry wzruszone jękamiŻałośne echa słały brzegom łodzi;I żwir nadmorski pił deszcze kropliste,Liczne, jak ziarna piasku łzy rzęsiste.

93. „A my w obawie własnego wzruszeniaW początku dzieła — na żony i matkiNie śmiemy nawet obrócić spojrzenia,Pragnąc zachować stałości ostatki:Więc daję rozkaz — na moje skinieniaWszyscy co prędzéj siadają na statkiBez pożegnania, co choć drogie duszy,Lecz przy rozstaniu tylko serce kruszy.

94. „Wtém jeden starzec szanownéj postawy,Który na brzegu stał z innemi społem,Obrócił na nas wzrok chmurny i łzawy,Potém trzy razy gniewnie potrząsł czołem,Głos nieco podniósł — tak, że z naszéj nawyWszystko słyszałem wraz z mych druhów kołemGdy doświadczenie i mądrość życiowaTakie na usta przyniosły mu słowa:

95. „„O żądzo władzy! o ty złudo krucha!Marna chciwości, — sławą cię nazwano,A gdy cię motłoch pochlebstwem rozdmuchaBierzesz honornhonoru uroczyste miano!Jak ciężkie kary gotujesz dla ducha,Jak srodze rządzisz duszą ci oddaną!Mąk, niebezpieczeństw, — zgonu i żałobyJakież straszliwe gotujesz jéj próby!

96. „„Zakłócasz życie, duszy spokój bierzesz!Źródło obłędów, fałszu, oszukaństwa,O niszczycielu, co swe klęski szerzyszNa tyle fortun, na ludy i państwa:Zwą cię wielkością, a ty kroki mierzyszPo ścieżkach hańby, zbrodni i tyraństwa!Narody ślepo ku tobie się garną,Mieniąc cię chwałą, gdyś jest złudą marną!

97. „„Jakież znów czarne zgotowałaś losyDla zaślepieńców tych? dla téj krainy?Jakie zasadzki i śmiertelne ciosyPod ułudnemi ukrywasz wawrzyny?Co obiecują im twe zdradne głosy?Łatwe podboje? czyli złota miny?Tryumfy? palmy? świetną dziejów kartę?Władztwo szeroko w świecie rozpostarte?

98. „„O wy, potomstwo nieszczęsnéj, szalonéj,Co pogwałciwszy boże przykazaniaWas pozbawiła najwyższéj korony,Strącając w smutek, na ziemię wygnania;Co więcéj — łaski stan nadprzyrodzony,Nadziemski spokój, niewinność poznaniaWszystko wydarła — i złoty wiek świataZmieniła władztwem stali i bułata:

99. „„Jeśli tak miłe rzemiosło rycerzaWaszym umysłom płochym, rozbujałym,Jeżeli dzikość, okrucieństwo zwierzaZowiecie męstwem i sercem wspaniałém;Jeśli was takim podziwem uderzaPogarda życia, o które być dbałymJest obowiązkiem — gdy ten, co nas stworzył,W obliczu śmierci sam srodze się strwożył:

100. „„Czyż tu nie macie synów Izmaela,Z któremi bojów nigdy wam nie zbraknie?Oni pohańcy — toż sława czcicielaPraw Chrystusowych w tych walkach nie zblaknie,Czyliż nie mają grodów i ziem wielaDla tych, kto ziemi i bogactwa łaknie?Czy nie dość bitni, aby w boju z MauryMąż żądny pochwał ściągnął dłoń po laury?

101. „„Niech nieprzyjaciel u bram się urągaWy gdzieś daleko płyńcie szukać doli,Niech starożytne państwo się rozprząga,Niech się osłabia, wyludnia powoli,Was żądza przygód nieznanych pociągaGwoli pochlebstwu, rozgłosowi gwoli,Co gotów dzisiaj już w was uznać panówPersji, Arabji, Etjopów, Indjanów.

102. „„Przeklęty stokroć, kto piérwszy w przystaniPrzywiązał żagiel do kruchego drewna!Jeśli jest słuszność — wart, by go w otchłaniWiecznie karała ręka boża gniewna.Niechaj go nigdy gieniusz mędrca, aniCytara piewcy nie wychwala śpiewna;Niech zginie w mroku skryta zapomnieniemPamiątka dzieła wraz z jego imieniem!

103. „„Syn Japetowy, Prometej zuchwały,Dał ludziom ogień niebiosom porwanyI wnet świat bojem rozpłomieniał całyTysiąc klęsk zeszło (błąd niedarowany!)Ileżby światu oszczędził zakały,Od ilu nieszczęść uchronił ziemiany,Od ilu błędów straszliwych ocalił,Gdyby nam w piersiach skry żądz nie rozpalił.

104. „„Ani Faeton ojcowskie rumakiŚmiałby zakładać ręką zaufaną,Ani się Ikar wzbił w powietrzne szlaki,Skąd tamten rzece, ten morzu dał miano:I gdzież jest zamysł, gdzie ciężki trud taki,W którymby ludzkiéj ręki niewidziano?Miecz, ogień, woda, świat — świadczą od wiekaO téj śmiałości i nędzy człowieka!““

1. „Jeszcze brzmiał starca głos, kiedy okrętyOtwarły skrzydła, dmuchnął wiatr łagodnyI z kochanego portu na odmętyJuż wypływamy, w czas cichy, pogodny:Rozpięto żagle, jak zwyczaj przyjęty,Wzywamy bożych łask na czas przygodny,„„Szczęśliwéj drogi!““ — jeszcze łowim uchemI zakołysał się maszt zwykłym ruchem.

2. „Właśnie się wówczas do Lwa nemejskiegoWieczna dnia gwiazda zbliżała swym tokiem:A czas, którego chwile ciągle biegą,Szedł przez „wiek szósty“ słabym, wolnym krokiemkrokiem.Czternaście setek razy wieku tegoObiegło słońce — a z piętnastéj — z rokiemGdy flota nasza odbiła od brzegu, —Był dziewięćdziesiąt siódmy raz obiegu.

3. „Już coraz smutniéj — spochmurniały twarze,Kiedyśmy góry ojczyste żegnali:I Tag, co już się oczom nie ukaże,I szczyty Cintry znikające w dali:Z jakimże smutkiem rzucają żeglarzeKraj ukochany, gdzie sercem zostali:Lecz wszystko znika — i w całym przestworzeNic już nie dojrzysz — nic — niebo i morze...

4. „W dalekie morza pędzi maszt skrzydlaty,Kędy nikt dotąd nie zabiegał wiosły,Koło wysp, które niedawnemi latyKsięcia Henryka odkrył umysł wzniosły:W lewo — gdzie Antej miał tron dawnéj datyGóry i sioła Maurytanji wzrosły;W prawo — czy inny świat morze opływa?Rzecz to niepewna, a jednak możliwa....“

5. „Widzim rozległej Madery wybrzeże,Któréj mieszkańców dały Luzów nawy;Od mnogich lasów, ona imię bierzeI więcéj znana z imienia niż z sławy:Nie że za światy leży — nie! MaderzeBrakło, by Wenus znała jéj dzierżawyA świat-by uznał, iż przed nią Cytera,Pafos, Cypr, Knidos w cieniu się zaciera.

6. „Mijamy dziką Masylji pustynię,Gdzie Azenegi pasą swoje trzody;Trawy tU nędzne, bo nigdy nie spłynieNa spiekłą ziemię strumień świeżéj wody:Tu ani owoc, ni kłos się rozwinie,Tu ptak żelazo przetrawia bez szkody;Z dwóch stron przeciwnych z tym krajem się stykaPaństwo Berberji i Ethjopja dzika.

7. „Już przepływamy ostatnią granicęPółnocną, dokąd wóz swój toczy słońce,Tutejszych ludów ogorzałe liceOblókł Klimeny syn w pomroki ćmiące:Czarny Senegal skrapia ich ziemice,Lejąc obficie strumienie rzeźwiące,Tu cypel, który Arsinario zwanoNim Luz mu nadał „Zielonego“ miano.

8. „Już Kanaryjskie wyspy po za nami,Zwane „Szczęsnemi“, — a po nich tuż blizkoZabłysły inne, którym przed wiekamiCóry Hespera nadały nazwisko;Ziemie bogate mnogiemi cudami,Kędy już nieraz Luz miał przytulisko:Tuśmy w port weszli za dobréj pogodyBy wziąć zapasy żywności i wody.

9. „Ten port i wyspa ochrzczone imieniémJakóba — jasnych niebios wojownika;Nieraz on walczył Hiszpana ramieniemI łamał szyki Maura najezdnikaAle za piérwszém Boreasza tchnieniemNa oceany znowu łódź pomyka,Kraje głąb’ słoną zostawiając w daliBrzeg, gdzieśmy słodycz spoczynku poznali.

10. „Wciąż ku wschodowi flota nasza bieżyAfrykę nawy opływa lotnemi;Gdzie kraj Jalofów zaległ u wybrzeżyGęsto zasiedlon ludy murzyńskiemi;I kędy większy kraj Mandingów leży,Gdzie lśniące złoto lud dobywa z ziemi,I pije wody Gambji rzeki krętéj,Co w Atlantyku rzuca się odmęty.

11. „Migły Dorkady — niegdyś dawnéj pory,Miejsce pobytu i smutne mieszkanieTrzech bliźnich siostrzyc zmienionych w potwory,Co jedno oko w kolejne władanieMiały; o piękna, coś swemi kędziorySiała płomienie aż w morskie otchłanie,Ty, tak zmieniona przez gniewną boginię,Dziś twemi wężmi zaludniasz pustynię!“

12. „W końcu zwracamy w południową stronęW wielką zatokę ostre statków przody:Nikną ryczące Sierra — Leone,Cypel „Palmowy“, wielkiéj rzeki brody,Która w poddanem nam państwie szaloneAż w głębie morskie śle szturmem swe wodyI słynny ostrów — imieniem nazwanyUcznia, co boku Pańskiego tknął rany.

13. „I państwo Kongo nie małéj potęgiPrzez nas do świętéj przywiedzione wiary,Przerżnięte pasem długiéj jasnéj wstęgiZairy, któréj nie widział świat stary.Tak, pod nieznane niebieskie okręgiNa coraz szersze mknąc morskie obszary,Mijamy wrzący ów pas równikowy,Który świat na dwie rozdziela połowy.

14. „Nową tu gwiazdę witamy w zdumieniu,Nowéj półkuli strażnicę nieznaną,Gwiazdę, o któréj na niebie istnieniuDotąd na pewno nigdy nie wiedziano:Śród gwiazd tu w mniejszém będących skupieniuBiegun południa za miejsce jéj dano,Ale nikt nie wié, czyli swe promienieZlewa na lądy, czy na mórz przestrzenie?

15. „Mijamy kraje ze zmiennym klimatem,W których Apollo przebywając dłużéjDwukrotną zimą obdarza i latemW swéj śród biegunów dwukrotnéj podróży.Śród ciszy, to wśród starć wichrów nad światem,Gdy Eol gniewny głębie morskie wzburzy,Widzimy jako wbrew srogiéj JunonieKalisto w fali Neptunowéj tonie.

16. „Mamże wyliczać niebezpieczeństw krocieJakich nie znali inni żeglownicy?Mówić o burzach nagłych, czarnéj słocie,O niebie całém w ogniach błyskawicy?O ciemnych nocach, o straszliwym grzmocie,Co wstrząsał światem? gradach, nawałnicy?Pierś najsilniejsza, ani głos spiżowyNie zdoła klęsk tych wygłosić połowy.

17. „Nieraz prostacza żeglarzy gromada,Co w doświadczeniu jeno ma mistrzynię,O różnych cudach z wiarą opowiadaSądząc o rzeczy z pozoru jedynie:I ja-m je widział, lecz mym sądem władaWiedza — z rozumu tylko prawda płynie,On w tym zawiłym tajni świata tłumiePrawdę od fałszu sam odróżnić umie.

18. „Widziałem ognie, których jasność żywaNagle wybłyska wpośród ciemnéj burzyI którą świętą marynarz nazywa,Bo po łzach smutku ona spokój wróży;I rzecz, co nie mniéj pewna a straszliwa,I co nas trwogą przejęła w podróży,Widziałem chmurę, co w trąbę zmienionaSsała słup wody z oceanu łona.

19. „Widziałem dobrze (jestem przeświadczony,Że wzrok nie mylił mię), jak para wstałaI niby obłok wiatrami niesionyKrążąc nad falą wiła się i chwiała.Z niéj pod niebiosa wyrósł słup wzniesiony,Ale się jeszcze tak przezroczą zdała,Że kształt jéj nie dał się określić okiem,Że się zdawała z treści swéj obłokiem.

20. „Słup rośnie zwolna, rośnie przed oczymaJuż grubość masztów przenosi o wiele;To się zacieśni, to znowu rozdyma,W miarę, jak wodę wciąga w swe gardziele:Słania się z falą, stopy jéj się trzymaNad skronią gęsta chmura mu się ściele,I coraz ciemniéj, coraz szerzéj zwisa,A słup wciąż wodę z głębi mórz wysysa.

21. „I jak krwi chciwa pjawka, co się czepiWargi zwierzęcia (gdy które niebacznieU chłodnéj strugi siły swoje krzepi),Krwią jego gasić swe pragnienie zacznie,I coraz grubsza, im wpija się lepiéj,Wciąż się rozdyma, choć już wzdęta znacznie:Tak ta kolumna wciąż rośnie do góry,Wraz z kapitelem wieńczącéj ją chmury.

22. „Lecz gdy się wody napije do syta,Odrywa stopy od fal, skąd ją ssała,Pędzi do góry, czołem niebios chwytaI w deszcz rzęsisty, rozlewa się cała:Co wzięła, wraca ulewa obfita;Lecz smak swój słony woda postradała.Mędrcy nad księgą spędzający życie,Ten dziw przyrody wy nam objaśnijcie!

23. „Filozofowie dawni, co śród trudówZwiedzali kraje, aby je zbadali,Gdyby widzieli tyle co ja cudówI na tak różne wiatry łódź swą zdali,Ileż dzieł zacnych dla potomnych ludów,Ileżby odkryć wielkich dokonali!I zamiast próżnych mrzonek systematuIleż prawd czystych zabłysłoby światu!

24. „Najwięcéj z planet do ziemi zbliżonyKsiężyc — pięć razy odbył swe obroty,To jak sierp nowiu, to zaokrąglony,Od czasu wyjścia w morze naszéj floty;Gdy — „Ziemia!” — krzyknął strażnik zawieszonyU szczytu masztu między lin uploty;I wnet załoga ku rufie poskoczyKu stronie Wschodu wytężając oczy.

25. „Tam niby chmura coś w dali majaczy,Gór niewyraźne kreślą się kontury;Więc kotwie, które wkrótce się zahaczy,Gotujem, żagle zwijamy i sznury;A iż rzecz ważna, jeśli się oznaczyPunkt, gdzie jesteśmy — mamy przyrząd, któryZwą astrolabem — wynalazek nowyDowcipnéj myśli, wiedzy naukowéj.

26. „Już dopływamy szerokich wybrzeżyI wnet się cała rozpierzchła załoga,Ciekawa dziwów onéj ziemi świeżéj,Gdzie dotąd ludzka nie postała noga.Ja zaś, gdzie wydma piaszczysta się szerzy,Z sternikiem patrzę, kędy wiodła droga,Wymierzam wedle nowego sposobuWysokość słońca, badam mapę globu.

27. „Widzę na pewno, że zwrotnik minąłemZwan „Koziorożcem“, i między nim stoję,A tém południa biegunowém kołem,Co świat nieznany skrywa w lody swoje;Gdy nagle kilku z méj załogi społemMurzyna wiodą przed oblicze moje,Co był na górze gwałtem pochwycony,Kiedy wydzierał pszczołom słodkie plony.

28. „Na twarzy jego trwoga się maluje,Znać nigdy jeszcze nie był w takiéj biedzie;Mówi — my jego, on nas nie pojmuje,Polifem piękny przy jego ohydzie:Ja mu kosztowny metal pokazujęKoloru runa, co lśniło w Kolchidzie,I gładki pieniądz i wonne korzenie,Lecz on na wszystko patrzy niewzruszenie.

29. „A więc cenniejszych rzeczy dobyć każę:Na widok sznurów z ziarnek kryształowych,Przy dźwięku dzwonków i brzękotek gwarzeI czapki barwach żywych purpurowych,Porwał się dziki w radości nadmiarze.Znakami głosi zachwyt z darów owychI szybkim pędem, porwawszy łup chciwie,Ku swéj poblizkiéj wiosce mknie skwapliwie.

30. „Ale nazajutrz ów lud ciemnolicyI nagi — nowe śle ku nam gromady,Schodzi po stromych wzgórzach okolicy,Po takież dary w ziomka swego ślady:A tak się zdają przychylni ci dzicy,Iż jeden z naszych bez podejrzeń zdradyFernand Velloso wchodzi między tłuszczęI zdąża z niemi w ich nieznane puszcze.

31. „Velloso wierzył w siłę swojéj dłoniI bezpieczeństwu zaufał zuchwały;Więc bez puklerza poszedł i bez broni;Lecz gdy napróżno na dobre sygnałyCzekamy — wzrok nasz z troską za nim goni:Wtém się ukazał — i ze stroméj skałySpragniony przygód nasz towarzysz zbiega —Prędzéj niż odszedł — i zdąża do brzega.

32. „Wnet łódź Coelha w pomoc mu przychodzi;Lecz nim zdołano dopłynąć do brzegaJeden z Murzynów śmiało drogę grodzi,By przeciąć odwrót od brzegów zabiega;Już inni gonią; bez pomocy z łodziW niebezpieczeństwie było życie zbiega,Więc majtki robią wiosły z całéj siłyA tłumy Negrów wdali się odkryły.

33. „Leci strzał chmura, leci grad kamieni,Lecą ulewą pociski miotane;I nie napróżno — ja sam na goleniCiężką podówczas otrzymałem ranę;Lecz i my, srodze czując się skrzywdzeni,Taką odpowiedź ślemy im w zamianę,Żeśmy im żywiéj zabarwili skóry,Niż owe czapki szkarłatnéj purpury.

34. „Gdyśmy już druha zbawili w przygodzie,Wracamy wszyscy na nasze okręty,Bez żalu po tym nizkim ludzkim rodzie,Podłym a dzikim równo ze zwierzęty;Nic prócz swych brzegów nie znają ich łodzie;Nigdy na szersze nie wyszli odmęty,O Indji wiedzą tylko, że daleka:Więc pod wiatr żagle! flota w dal ucieka.

35. „Vellos otoczon przez całą załogę,Wszyscy się śmieją, a ktoś z krotochwili —„„Velloso — rzecze — przyznaj, idąc w drogę,Niż piąć się w górę schodzić stokroć miléj?““„„Prawda — odpowié śmiałek — przyznać mogę,Lecz kiedym spostrzegł groźbę dla was, w chwiliWspomniałem, żeście zostali tu samiI pośpieszyłem, by walczyć wraz z wami““.

36. I prawi rycerz, jako tłum wzburzonyZaraz za wzgórzem z krzykiem nań się rzucił,Drogę mu w dalsze przecinając stronyI śmiercią grożąc, gdyby nie zawrócił:I jako tłum ów czyhał zaczajonyNa wyjście nasze, by nam spokój skłócił,Pragnąc nas pojmać, lub w cień wtrącić wieczny,A wziąwszy łupy, ujść z niemi bezpieczny.

37. „Pięć razy ziemię oświeciło słońce,Jak-eśmy wyszli z téj wrogiéj przystani,I przez te morza wiosła nie znające,Pomyślnym wiatrem płynęliśmy gnani,Zeszła noc cicha — straże czuwająceNa przodach statków patrzą w głąb’ otchłani,Gdy ciemna chmura, jak całun grobowyPłaszcz swój nad nasze rozpostarła głowy.

38. „I tak posępnie, tak smutno w przestworze,Że serca nasze od trwogi zdrętwiały:W dali szumiało czarne, groźne morze,Jak jęk bałwanów, bijących o skały.Więc zawołałem: „„O Ty, wielki Boże!Cóż nam tu grozi? Jakich klęsk nawały?Ile tajemnic zewsząd się wynurza?I tu coś więcéj niźli zwykła burza““.

39. „Jeszczem nie skończył, kiedy z głębi wodyWytrysła postać strasznego olbrzyma,Potężnych kształtów a szpetnéj urody,Z ponurą twarzą, z wpadłemi oczyma,Splątane kudły zwisają mu z brody,Lice gliniaste kropelki krwi niéma,Plugawe włosy w piasku, w błocie całe,Zęby pożółkłe, wargi ma zsiniałe.

40. „Z ogromu członków zdał się nam kolosem,Jako ów, słynny swojemi rozmiary,Co gdy królował niegdyś nad RodosemDo siedmiu cudów wliczył go świat stary.A kiedy potwór zagrzmiał strasznym głosem,Rzekłbyś z najgłębszej podmorskiéj pieczary:Na jego ryku oddźwięki złowieszczeWłos nam się zjeżył, ciała wstrząsły dreszcze.

41. „„Zuchwalcy — rzecze — wy, między narodyNajpochopniejsi k’czynom w całym świecie; —Coście walk tyle stoczyli bez szkodyI nigdy w trudach chwili nie spoczniecie:Czyż niema dla was granic ni przeszkody,Że aż w przestwory mych mórz wchodzić śmiecie?Mórz niezoranych wiosłem, kędy strażeDzierżąc od wieku sam wnijść się nie ważę!

42. „„Pragniecie dotrzéć przyrody tajnikówI żywioł płynny zrobić swoim sługą,Czego nie osiągł nikt ze śmiertelnikówDzieł nieśmiertelnych wsławionych zasługą?A więc słuchajcie przyszłości wynikówI klęsk, co na was zwalą się niedługoPo wszystkich krajach, wszystkich mórz zakresie,Gdziekolwiek podbój oręż wasz poniesie.

43. „„Wiedzcie, iż każdą łódź, co tu swe steryZwróci, przykładem waszym ośmielona,Spotkają morza straszliwe chimery,Rozproszą wichry i burza pokona;Na pierwszą flotę, co wejdzie w te sfery,Na nienawykłe do jarzm morskie łona,Ja sam tak srogie przeciwieństwa zwalę,Iż skołataną połkną gniewne fale.

44. „„Tu jeśli zwodne nie łudzą nadzieje,Doścignę pomstą odkrywcę téj strony;Nie na tém koniec — przez cięższe kolejeWasz hardy opór będzie ukrócony;Co rok cios nowy wpiszą wasze dzieje,(Jeżeli wzrok mój błędem nie zaćmiony?)Tak zewsząd zguba, tak wszędzie rozbicie,Iż za najmniejszą z klęsk — śmierć policzycie.

45. „„Najpierwszy z mężów, którego nazwisko.,Fama grzmiąc niosła pod niebios sklepienia,Tutaj wieczyste znajdzie grobowiskoZ tajemnych bożych wyroków zrządzenia:Choć Turków flotę grążył w topielisko,Choć blask trofeów skroń mu opromienia;Choć równie znają moc jego żelazaI gród Quiloi i dumna Mombaza.

46. „„I inny jeszcze, miłości i sławieNiosący służby, mąż głoszon przez famę,Z którego losy połączył łaskawiePrzychylny Amor młodą, piękną damę:Gdy w państwo moje wkroczy na swéj nawie,(Snać czarne losy zagnały go same),Ujdzie rozbicia, ale jeno gwoliStraszniejszéj męce i sroższéj niedoli.

47. „„Ich wielkich uczuć owoc święty, błogi, —Dziatwa — rodzicom w oczach wymrze z głodu;A śliczną matkę Kafr dziki i srogiOdrze z szat: — tutaj pieszczone od młoduWiotkie jéj członki wystawi los wrogiNa zmiany wichrów i skwaru i chłodu,Tu delikatne nóżki pięknéj paniNieraz dotkliwie wrzący piasek zrani.

48. „I o ich doli wieści w świat pobiegąAż ku ojczystéj luzyjskiéj krainie,Jak kochankowie odarci z wszystkiegoKryli się w dzikiéj kolczastéj gęstwinie;Głazy zmiękczając łzami smutku swego,Aż duch swe skrzydła anielskie rozwinieZ ciał w ostateczne zjętych uściśnienieI rzuci śliczne, lecz nędzne więzienie““.

49. „Chciał potwór daléj szerzyć przepowiednieO losach naszych, lecz ja się porwałem:„„Kto jesteś? — wołam — skąd te dzikie brednie?O ty straszliwy, tak poczwarny ciałem?““Spojrzał złowrogo, sina warga blednie,Ryknął okropnie, aż w sercu struchlałem,I, jakby moje ciężyło pytanie,Tak głuchym głosem odrzecze mi na nie:

50. „„Jam jest gieniuszem, któremu w straż zdanyCypel, o którym nie słyszeli w świeciePtolomej, Pliniusz, Greki ni Rzymiany,A który wy dziś „Przylądkiem burz“ zwiecie:Tutaj się kończy wparty w oceanyKraniec Afryki, na tym skalnym grzbiecie,Co w Antarktyku rozciąga się stronę,Któréj tajniki dziś przez was zgwałcone.

51. „„Ja-m jest syn ziemi, Encelad mi bratem,Egej i olbrzym Stu-ręki wiadomy; —Adamastorem zwą mię, — ja-m z bułatemSzedł w bój. To na nas Wulkan kuł swe gromy.Gdy bracia władzę szerzyli nad światem,Piętrząc na góry innych gór ogromy,Ja-m w Neptunowe grążył się topieleI mórz monarchę wyzywałem śmiele.

52. „„Miłość mię gnała k’czynom wojowniczym,Miłość ku zacnéj Peleja małżonce:Gardziłem bogiń Olimpu obliczemKu wód królewnie śląc modły gorące.Raz ją ujrzałem, gdy w kole dziewiczémNereid — naga pląsała na łące;I wnet miłośne owladły mną czary,Że dotąd jeszcze odczuwam ich żary.

53. „Nie„„Nie mogłem łask jéj pozyskać urodą,Mój wzrost olbrzymi był u niéj w ohydzie,Więc myślę: będziesz zdobywcy nagrodą!I z tym zamiarem zwierzam się Dorydzie:A Dorys trwożna o swą panią młodą,Śpieszy ją ostrzedz; — lecz śliczna w swym wstydzieZ uśmiechem rzecze Tetys zagniewana:Możliważ miłość Nimfy i Tytana?

54. „„Że jednak trzeba ocalić świat wodnyOd srogich bojów — i mój wstyd niewieści,Znalazłam sposób pewny, niezawodny. —Taką odpowiedź posłanka mi wieści.Nie mogłem wniknąć w jéj podstęp niegodny,(Tak miłość ślepa złudami nas pieści),I w moje serce spragnione, gorąceWeszło żądz tysiąc, nadziei tysiące.

55. „„Już, głupiec, wszelkie porzuciłem boje,Gdy jednéj nocy, jak Dorys przyrzeka,Bez żadnych osłon cudne bóstwo moje,Białą mą Tetys dostrzegłem zdaleka:Lecę — szaleniec! ramion moich dwojeŚciągam ku pięknéj, która na mnie czeka,Do „piersi cisnę i całuję oczy,I śliczne lica, i zwoje warkoczy.

56. „„O, jakim ból mój wypowiem wyrazem?!Mniemana luba, — któż uwierzyć zdoła?Odłamem skały, martwym była głazem,Lasem i gęstwią obrosłym dokoła.Com uczuł, z głazem tym zostawszy razem,Zamiast utulić w objęciach anioła!Nie byłem sobą już — z bryłą u łonaStałem się niemy i martwy jak ona.

57. „„O najpiękniejsza z Nimf, trudnoż ci było,Gdy już wstręt czułaś ku mojéj osobie,Dać mi choć złudę? zmienić boską siląGłaz, obłok, marę w kształt podobny tobie?Odszedłem gniewny — wstydem mię paliłoWspomnienie krzywd mych w téj bolesnéj próbie,Szukałem światów, gdziebym się nie wstydziłMych łez, gdzie niktby z méj doli nie szydził.

58. „„Wówczas już bracia zakończyli wojnęI pokonani w strasznéj nędzy toną;I — aby bogi mogły spać spokojne —Całe im góry na barki zwalono:A że bezsilne ramiona niezbrojnePrzeciw niebiosom — ja, z duszą zranioną,Poszedłem, płacząc i czując złe losyZa śmiałość moję kruszące mię ciosy.

59. „I w twardą ziemię zmieniono mi ciało,I kości moje stały się skałami;Widzicie członki i postać mą całąTak rozciągnioną nad temi wodami:Olbrzymie kształty, jak bogom się zdało,Zmieniono w cypel, sterczący przed wami;I aby zdwoić bolesne męczarnie,Tetys, lżąc co dzień, w krąg swych wód mię garnie““.

60. „Tak opowiadał lejąc łez potoki,Aż znikł nam z oczu; — pod niebios przestworzemRozwiał się czarnéj chmury płaszcz szeroki,A huk przeciągły rozległ się nad morzem.Podnoszę ręce błagając bez zwłokiPieczy anielskiéj, co nam była stróżemDotąd — i bożéj przyzywam opiekiPrzeciw tym wróżbom w przyszłości dalekiéj.

61. „Już przeciągnęły przed memi oczymaFlegon, Pirois i dwa inne konie.Złoty wóz słońca, gdy z ciała olbrzymaStworzony cypel — błysł nad morskie tonie;Wzdłuż jego brzegów flota ster swój trzyma,Już na mórz Wschodu kołysze się łonie,I po dniach kilku pomyślnéj żeglugiMajtki wychodzą na brzeg po raz drugi.

62. „Pasterskie ludy a władcy téj ziemi,Choć także czarni, byli niezrównanieOd braci swoich bardziéj dostępnemi,Z któremi srogie mieliśmy spotkanie;Ci w żywych pląsach biegli z żony swemiPiaszczystym brzegiem k’nam na powitanie;Przed sobą licznie pędziła gromadaTuczne, spasione, łagodne swe stada.

63. „Jadą małżonki z twarzą ogorzałąOklep na wołach, — wół kroku nie śpieszy,Bo zna on, komu zawdzięcza tę całąPowagę, jaką śród stada się cieszy.W rodzinnéj mowie, jak się komu zdałoW rymach i prozą płyną pieśni rzeszy,Wtórzy fujarka wiejska, słodko-glosa,Jako Kamenom fletnia Tytyrosa.

64. „I nie zawiodła nadzieja życzliwa;Bo nas przyjęto ze szczeréj ochotyI dostarczono ptastwa i mięsiwa,A w zamian inne przyjęto przedmioty;Lecz mimo pytań nic się nie odkrywa,Z ich słów nie znaléść skazówek dla floty;Więc znów do żagli — zrywamy kotwiceI pędzą statki w dalsze okolice.

65. „Mając za sobą biegun antarktycznyWzdłuż afrykańskich zdążamy wybrzeży,Gdzie się Etjopów ciągnie kraj dziedzicznyKu skwarnéj linji równika łódź bieży:Mijamy wyspę, niegdyś kres granicznyDla innéj floty, ciekawéj, gdzie leży„Burz cypel“, która tu stanęła w bieguI zawróciła od téj wyspy brzegu.

66. „Wiele dni płyniem przez morskie rozłogi,Gnani wichrami, to znów mając cisze,I coraz nowe otwierając drogi,Nadzieja tylko wiedzie towarzysze:Jakiś czas przeszedł bez odmiany wrogiéj,Kiedy prąd nagły fale zakołysze,Rosną bałwany i spienione wodyStatkom niezłomne stawiają przeszkody.

67. „Z ogromną siłą ów prąd morze wzrusza,Z niezmiernym trudem płyną nasze nawy;Nieraz pęd wody cofać się przymusza,Choć w nasze żagle dmucha wiatr łaskawy.Aż się nakoniec sam Notus obruszaTak zuchwałemi oceanu sprawyI z gniewnéj piersi takiém tchnieniem bucha,Aż prąd zwycięsko przebyła łódź krucha.

68. „Nadszedł dzień święty, gdy z wschodniéj krainyBiegli trzej mędrce — skłonić się osobieNowo zrodzonéj malutkiéj dziecinyTrójną królewskość mającéj już w sobie,Tegoż dnia wchodzim w port — i tu Murzyny,Jako uprzednio — tu przystanek robięI wielką rzekę dzisiaj napotkanąOdtąd „Trzech króli“ zdobić będzie miano.

69. „Zapasy chętnie znoszą nam krajowce,A z owéj rzeki płyn świeży czerpiemy;Lecz próżno myśléć o jakiéj wskazówcePod względem Indyj. Lud ten dla nas niemy!Zważ więc, o królu, przez jakie manowce,Śród jakich dzikich narodów płyniemy,Zawsze bez wsparcia, bez nici praewodniéjprzewodniéjNa upragnionéj onéj ziemi wschodniéj.

70. „Rozważ, o panie, jak ciężkim uciskiemGnębią nas losy, gdy w bezdroża gnani,Zgłodniali, wichrów będący igrzyskiem,Po obcych morzach błądzim skołatani;Znużeni długim nadziei połyskiem,Gdyśmy tak srodze zawiedli się na niéj,Gdy obcy klimat dla nas nieżyczliwyZaczął nam zdrowie niszczyć swemi wpływy.

71. „Zepsuta żywność nikomu nie służy,Zatruwa jadem wycieńczone ciała;Gdybyż choć jedno mogło wspierać dłużéj,Gdybyż choć w sercach nadzieja została!Czyż sądzisz, panie, że w takiéj podróżyInna prócz naszéj flota-by wytrwała?Że inny żołnierz, w nędzy tak niezmiernéj,Słuchałby wodza, trwał królowi wierny?

72. „Myślisz, że dawno spisku-by nie byłoPrzeciw wodzowi? Że nie szliby raczéj,Jako piraci byt zdobywać siłąZamiast tak ginąć z głodu i rozpaczy?Oto jest dowód, jak nam serce biło:Niech ta niedola świadczy i tłómaczyCałą luzyjskiéj cnoty doskonałość,Uległość wodzom, a monarsze stałość.

73. „Wkrótce rzucamy port rzeki gościnnéjI znów przed nami słonych mórz odmęty,Ale kierunek bierzem nieco inny;Na pełne morze zwracamy okręty;Wieje wiatr świeży, dmie Notus uczynny,By żaden statek nie był dościgniętyPrądem płynącym z zatoki z oddala,Skąd w świat śle złoto bogata Sofala.

74. „Przeszło. Znów sternik lekki rudel chwyta,Święty Mikołaj Bogu nas poleci!I tam, gdzie fala u wybrzeży zgrzyta,Chwiejąc się z wiatrem znowu flota leci.W sercach naprzemian strach z nadzieją świta,Tak długi zawód już zwątpienie nieci,Dzisiejszą wiarę jutro rozpacz tłoczy.Wtém, nowy widok zwrócił na się oczy.

75. „Nad brzegiem morskim widać, jak się ścieląPiękne doliny i łąki kwiecone,Rzeka do morza wlewa się gardzielą,A na niéj statki żaglem uskrzydlone.Wpośród nas radość, którą wszyscy dzielą,Tu może znajdziem wieści upragnioneMoże wskazówek szukanych tak długoUdzieli lud ten obyty z żeglugą.

76. „Mieszkańcy, czarne Etjopji syny,Znajomi zdają się z oświeceńszemiLudy; bo nawet język swéj krainyNieraz z wyrazy plączą arabskiemi:Szal z bawełnianéj leciutkiéj tkaninySkroń im obwija zwojami miękkiemi,A drugi takiż, co lazurem błyska,Wkoło ich bioder jak pas się zaciska.

77. Często arabską Negr kaleczy mowę,Lecz Fernand Martins zna ją doskonale,Mówią, że nieraz tu statki żagloweWielkości naszych — przerzynają fale:Lecz, że od wschodu słońca w południoweStrony pływają, a stamtąd znów staleWracają na wschód, w kraj gdzie zamieszkałyLudy podobne nam — dnia barwy białéj.

78. „I wielkie było na statkach wesele,Cieszyły wieści znękanych biedaków:Rzece, co dobra dała nam tak wiele,Dajemy miano: rzeki „dobrych znaków“:Nad rzeką pomnik budujemy śmieleNa wieczną pamięć naszéj drogi szlaków;A w cześć anioła, co wiódł Tobijasza,Całą krainę chrzci załoga nasza.

79. Tu oczyszczamy statków naszych spody,Od długiéj drogi brudne i plugawe,Z morszczyzn i skorup, zwykłych tworów wody,I z mułu każdą oskrobujem nawę.Lud okoliczny ziemi swojéj płodyDaje nam chętnie i serce łaskawe,Do zdrad niezdolny, z uśmiechem na twarzyZnosi nam żywność i uśmiechem darzy.

80. „Lecz krótko trwały nadzieje tęczoweI radość wkrótce czysty blask swój traci;Sroga Nemezys mierzy ciosy nowe,Za chwilę szczęścia nową klęską płaci.Niebo dziś jasne jutro już surowe,Takie są losy wszystkiéj ludzkiéj braci,Ból przetrwa wieki, gdy piersi przywali,A szczęście błyśnie — i już znika w dali.

81. „Przyszła choroba i śród nas się szerzy,Straszna a bardziéj wstrętna; — wielu zmarłoTu u tych obcych, nieznanych wybrzeży,Wiele się grobów na zawsze zawarło.Kto sam nie widział, pewno nie uwierzy,Jak przeraźliwie usta im rozparło;Na dziąsłach mięso wyrasta i puchnie,I razem gnije i okropnie cuchnie.

82. „Smrodliwy wyziew szerzy się dokołaI zdrowym jeszcze powietrze zatruwa,Biegłych lekarzy nie mieliśmy zgoła,Ledwie przy chorych prosty chirurg czuwa:Stal tylko zbawia — nią więc jak podołaNiewprawna ręka zgniliznę usuwa:Ten tylko środek miał moc śmierć oddalić,Przezeń niektórych zdołano ocalić.

83. „Ale nie wszystkich. Ziemia ta dalekaNiemało druhów na wieki zabrała,Dzielących chętnie wszystko, co nas czeka,Szczęście, czy klęska, zgon smutny, czy chwała,O jakże łatwo o grób dla człowieka!Ruchliwa fala, ziemi garstka mała...Grób jednakowo kościom się otwieraProstego majtka, czy téż bohatera.

84. Z większą otuchą, lecz i z większym smutkiemWychodzim w morze, by opowiadanieWyspiarzy stwierdzić. Po przejeździe krótkimJuż Mozambiku witamy przystanie.Co nas spotkało na tym brzegu — skutkiemZłości i fałszu — wiesz z wieści, o Panie,Wiesz, jak w Mombazie stawiła nam sidłaChytrego ludu nieludzkość obrzydła.

85. „Aż Opatrzności litośne zrządzenieDo twéj bezpiecznéj przyniosło ostoi,Tu twa łaskawość, łagodząc cierpienie,Z martwych nas wskrzesza, w żywych siły dwoi.Tu słodki spokój i błogie wytchnieniePokrzepia serce, myśl znękaną koi,Oto, jak chciałeś, powieść naszéj doliStreszczona w słowa twym rozkazom gwoli.

86. „Osądź-że, królu, ktoby zniósł tak dużoI czy jest w świecie podróżnik nam równy?Cóż w porównaniu z tą naszą podróżąZwiedzili Enej i Ulis wymowny?Znaliż wód tyle? Zwarliż się tak z burzą?Jednak hołd biorą piśmienny i słowny.Ich pracę wielbi pieśń i dziejów karta,Choć ósméj części naszych prac nie warta.

87. „Wieszcz aońskiemi pojony kryształy,Którego sobie Kolofon z Argosem,I Salamina i Jos przywłaszczały,I gród ateński i Smirna z Rodosem;I ten, co okrył wawrzynami chwały,Ziemię auzońską — a swym boskim głosemOjczyste Mincio kołysał marzeniemA Tyber wstrząsał bohaterskim pieniem,

88. „Niech opiewają, niech pismami sławiąSwoich półbogów, niech mnożą zmyślenia,Niech się im Cyrce i Polifem jawią,Niech słyszą Syren sen niosące pienia:Niech w kraj Kikonów Ulisa wyprawią,I do tych ludów, gdzie krzew zapomnienia,Lotos, swym płodem druhów mu odurza;Niech mu się sternik w głąb’ morską zanurza:

89. „Niechaj wyzwolą wiatr z miechów Eola,Niechaj żądz ognie w Kalipsie rozżarzą,Niech każą zwiedzać elizejskie pola,Niech Harpjom pokarm ich plugawić każą,Niech cud za cudem gromadzi ich wola: —Te próżne bajki dzieł naszych nie zmażą,I moja prosta powieść się nie zlękniePism górnolotnych, usnutych tak pięknie!“ —

90. Umilknął Gama, lecz jego słuchaczeJeszcze w podziwie, w upojeniu stali,Wzniosła opowieść do serc ich kołacze,Ku wielkim czynom ich umysł się pali.Sam król wychwala to męstwo wojacze,Z jakiem wawrzyny w tylu bojach rwaliLuzów królowie. Starożytną świetnośćNarodu wielbi, wierność i szlachetność.

91. A lud powtarza, co słyszał niedawnoI co każdego najsilniéj uderza:Nie jeden goni wzrokiem garstkę sławnąZ tak dalekiego przybyłą wybrzeża.Lecz z wozem, który ręką tak niewprawnąWiódł brat Lampecji, już młody Feb zmierzaK’ państwie Tetydy — bo skończona praca,A król Melindy do swych dworców wraca.

92. O! błogo słuchać, gdy ze słodko brzmiącychPień — sprawiedliwa leje się pochwała!Czuć, że się z dzieły przodków w grobach śpiącychNasza zasługa i praca zrównała —Ta żądza sławy ileż serc gorącychDo bohaterskich czynów zachęcała?I jak wielkiemi bywały podnietyHistorji karta i słowo poety!

93. Syn Filipowy nie tak AchilowiZazdrościł w bojach zdobytych wawrzynów,Jak tego piewcy, co w potężném słowiePodał potomkom pamięć jego czynów,Chwała Milcjada TemistoklesowiSen odbierała — on śród Grecji synów,Twierdził, iż dlań są najwyższą rozkosząPienia, co chlubę jego czynów głoszą.

94. Zasłużył Gama, aby mu przyznano,Że stokroć przyćmił swojemi zasługiŻeglarzy, których tyle opiewano,Że świat i niebo zdumił, jak nikt drugi.Tak; lecz Wirgila czczono i kochano,August mu spłacał Eneasza długi,To téż rozbrzmiała mantuańska liraImieniém Rzymu, sławą bohatéra.

95. Ma swych kraj Luza Scypjonów, Cezarów,Ma Aleksandrom i Augustom równych:Lecz z jego mężów brak uczucia darówCzyni żołnierzy grubych choć hartownych:Oktaw śród nieszczęść i domowych swarówUkładał wiersze w słowach polerownych;I nie zaprzeczy Fulwja, jak surowemJéj brzydki bezwstyd umiał skarcić słowém.

96. Cezar do stóp swych całą Galję kłoni,Ale mu oręż nauk nie przerywa;On z piórem w jednéj, z mieczem w drugiéj dłoniCyceronowi w wymowie zrównywa:Szlachetny Scypjon, gdy wroga nie goni,W usługach Talii wawrzyny zdobywa:A Macedończyk w miłości i częściNa swém wezgłowiu pieśń Homera mieści.

97. Zawsze naukę czcili wielcy wodze,Czy starzy Grecy, czy bitni Rzymianie;U barbarzyńców toż samo znachodzę,Wyjątkiem tylko jedni Luzytanie.Ze wstydem wyznam, że gdy na téj drodzeTak wielkie u nas widzim zaniedbanie,Wińmy oziębłość na te iskry boże:Kto nie zna sztuki, czyliż ją czcić może?

98. Nie nieudolność, lecz ten chłód jedynieSprawił, iż brak nam Homera, Wirgila;I gdy to potrwa, — nie miéć téj krainieZbożnych Enejów, dzielnego Achila:Lecz gorzéj jeszcze, że fortuna ninieTak nas ogrubia, tak od ksiąg uchyla,Że zatopieni w bogactw naszych chwaleUmiemy mało a wielu nic wcale.

99. Niech Gama Muzom składa dziękczynienia,Iż te, o sławę ojczyzny swéj dbałe,Przy dźwiękach liry w nieśmiertelne pieniaPrzelały jego dzieł i zasług chwałę;Chociaż i Gamy i jego plemieniaW służbie Kalipsy zasługi zbyt małe,By nimfom Tagu nie zbrakło ochotyDla pieśni o nim rzucać haft swój złoty.

100. I mną kieruje nie nadzieja płacy,Lecz miłość k’ziomkom i ta żądza wzniosła,Abym mój naród uczcił w mojéj pracy,By przez to sława ojczyźnie urosła.Nie zamykajcież dusz, moi rodacy,Dla wielkich myśli szlachetnego posła,Bo te — dziś, jutro — w ten sposób czy innyZnajdą ocenę, odbiorą hołd winny.

1. Nie wié, jak uczcie walecznych żeglarzyPogański książę — och, bo związków życzyZ chrześcijan królem, — o przyjaźni marzyZ władcą, którego lud tak wojowniczy:I z tą Europą, którą los tak darzy,Żal mu, że jego państwo nie graniczy,Z ziemią bogatą, u któréj podnożaHerkul otworzył szlak z morza do morza.

2. Codzień gry, tańce, na ryby wyprawy,Według zwyczajów melindyjskiéj młodzi,Jak Antonjusza witała zabawyPiękna zwodnica na egipskiéj łodzi,Tak król wymyśla najrzadsze potrawy,Ucztami pobyt swych gości obchodzi:Czego zapragnąć, poda dłoń życzliwa,Owoców, ptastwa, czy ryb, czy mięsiwa.

3. Lecz choć tak błogie wypoczynku czasy,Dzielnego Gamy nic w drodze nie wstrzyma:Jest sternik, wzięto żywności zapasy,Powiał wiatr świeży i żagle rozdyma,Wabią te srebrne słonéj wody masy:Już do odwłoki żadnych przyczyn niéma;Więc czas się żegnać — i król się rozrzewnia,Prosi o przyjaźń — o swojéj upewnia.

4. Gorąco prosi, zaklina z zapałem,Aby doń Gama zawitał z powrotem:„Bo nikt nie pragnie bardziéj w świecie całymPrzysłużyć ci się, nie chciej wąpić o tem.I póki tylko dusza włada ciałem,Ja dziś i jutro, i teraz i potemŻycie i państwo poświęcę dla sprawyTak zacnych króli, mężów takiéj sławy“.

5. Gama nie został w odpowiedzi dłużnymI wkrótce żagle na wiatr się rozwiną,I do szukanych długo z trudem próżnymKrain jutrzenki — łodzie Luzów płyną;Z nowym sternikiem bezpieczniéj podróżnym,Poczciwy, szczery i zna się z głębiną,A więc weselsi, niż dotąd bywało,W tę nową drogę puszczają się śmiało.

6. Płynąc wciąż na Wschód wchodzą w Indyj morza,I oglądają to miejsce w weselu,Kędy ogniste słońce wstaje z łoża;I już zdawało się, że są u celu.Lecz Bachus w duszy więcéj się rozsroża,Dostrzegłszy, że dziś, po próbach tak wielu,Dla Luzów zbliża się szezęścia godzina,Więc wre wściekłością, bluźni i przeklina.

7. Znany był wyrok w niebie zapisany,Że nową Romą stanie się Lizbona:A co wszechwładca, co rzekł pan nad pany,Tego nie zmieni nikt ani pokona.Więc Bach porzuca Olimp i niebiany,Na ziemi szuka ulg dla swego łona;Zstępuje w państwa Neptunowi działemPrzypadłe — gdzie on bawi z dworem całym.

8. W otchłaniach jaskiń okrytych wód łonem,W bezdnach, gdzie morze kolebkę swą kryjeI skąd wybucha fal wściekłych miljonem,Kiedy w nie wicher rozszalały bije,Neptun z wesołém swych Nereid gronemI z mnóstwem innych morskich bogów żyje,I rozstępują się kryształy wodne,Dając swym bóstwom schronienie wygodne.

9. Na srebrnych piaskach ów dwór obrał leże;W głębi kryjówek nieznanych nikomuBłyszczą przejrzyste kryształowo wieżeNeptunowego wspaniałego domu:Im bliżéj, większe zwątpienie cię bierze,Czy to jest kryształ? czy z djamentów złomuGmach wyciosano? tak cały się mieniTysiącem blasków, tysiącem promieni.

10. Podwoje złote perłami sadzone,Bogate w konchy, w perłową macicę,Ą tak misterną robotą rzeźbione,Że nawet gniewny Bach wbił w nie źrenice.Najpierw starego Chaosa omgloneŚród barw zamętu, rozpoznaje lice:Tuż zaraz, każdy w zakresie swéj sfery,Jawią się przed nim Elementów cztery.

11. Subtelny Ogień u góry na szczycie,Żyje sam sobą, lecz wszem tworom oto,Cokolwiek dyszy, daje ruch i życie,Odkąd Prometej skradł niebu skrę złotą.Lekkie Powietrze wszędzie wnika skrycieSwą niewidzialną, lotną swą istotą,Czy je chłód ściśnie, czy ciepło rozluźni,Świat napełniając nie dopuszcza próżni.

12. Poniżéj Ziemia. Jéj wzgórza odzianeTrawą — a pierś jéj kwiatami okryta,Wszystkie zwierzęta przez siebie wydaneNa swych pastwiskach wykarmia do syta.Po niéj kunsztowném dłutem wyrzezane,Rzek przezroczystych wiją się koryta,W nich ryby różne kształtem i kolory,A płyn zbawienny krzepi wszystkie twory.

13. Po drugiéj stronie widzi Bach bój świetny,Jaki bogowie stoczyli z olbrzymy;I jęczy Tyfon pod skałami Etny.A góra zionie płomienie i dymy;Tam dzikim ludom, Neptun dar szlachetnyCzyni, — wbił trójząb w ziemię i widzimy,Jak trysł z niéj rumak; tam w chęci życzliwéj,Minerwa szczepi piérwszy gaj oliwy.

14. Krótko spoglądał Bach złością wzburzonyNa one dziwy; lecz prędzéj pomykaWe wnętrze gmachu, kędy przestrzeżonyNeptun nań czekał, i u drzwi spotyka,Jak zawsze groném swych nimf otoczony,Pełnych zdumienia, skąd ten cud wynika,Że takich długich dróg przebył obszaryDo wód mocarza, władca winnéj czary.

15. „Neptunie — rzecze ten — nie trwaj w podziwie,Że mię tu widzisz w twojem państwie wodném,Gdyż nas potężnych los niesprawiedliwieChce uciemiężyć uciskiem niegodnym;Twe morskie bóstwa każ zwołać skwapliwie,Nim więcéj powiem; niech mię kołem zgodnémSłuchają — i niech wezmą na uwagęWspólne nieszczęście, wspólną nam zniewagę“.

16. Osądził Neptun, że snać ważne sprawy;Z jego rozkazu wnet Tryton obieżyWszystkie siedliska i wszystkie dzierżawyRozlicznych wodnych bóstw obu półsferzy.Syn to Neptuna, z czego szuka sławy,Z Salacji niemniéj czcigodnéj macierzy,Poseł i herold ojca — słuszny, młody,Lecz ciemnéj cery i szpetnéj urody.

17. Obfity włos mu spada na ramiona,Zwalany mułem, pełen morskiéj trawyI bujna broda nigdy nie trefiona,Snać nigdy nie miał z grzebieniém zabawy:Na włosach wiszą czarnych muszli gronaW morzach zrodzonych — na głowie plugawéjŚwiecą odbłyski świetnéj konchy dużéjSino-szkarłatnéj, co mu za hełm służy.

18. Nagi, by nie miał w pływaniu przeszkody,Tylko się na nim plotą nakształt pasaDrobne żyjątka, różne morza płody:Raki, krewetki i mięczaków masa,Co z łaski Feba mnożą swoje rody.Są i ostrygi jest i krobów rasaOd mchów podmorskich brudne skorupiakiI z domki swemi na grzbiecie — ślimaki.

19. Ogromną, krzywą muszlę ma on w ręku,Trzyma ją, silnie do ust swych przyciska;Zadął potężnie, głośno, dźwięk po dźwiękuPrzebiegły wszystkie morskie topieliska.A po téj trąby przeraźliwym brzękuWszyscy bogowie śpieszą do siedliskaTego, co niegdyś wzniósł Dardanji wały,Które miał późniéj zniszczyć Grek zuchwały.

20. Ojciec Ocean idzie śród gromadyCór swych i synów, — sam latami zgięty;Nerej — z Dorydą śpieszy w jego ślady,Z którą nimfami zaludnił odmęty:Protej z morskiemi rozstawszy się stady,Których pasieniem jest zwykle zajęty,Płynie, lecz jemu proroctwa naukaOdkryła, czego Bachus w morzach szuka.

21. Z innych stron ślicznaNeptuna małżonka Córa Celusa i Westy tu zmierza,Na ustach uśmiech wesoły się błąka,Przed jéj pięknością morze się uśmierza:Drogiéj koszulki cieniuchna osłonkaKryje jéj postać, lecz przez nią uderzaWdzięk cudnych kształtów przejrzystego ciała,Które nie całkiem w fałdach skryć umiała.

22. Z nią Amfitryta, piękna jak kwiat wiosny,Śpieszy z Delfinem, z którego namowyPrzyjęła niegdyś szał króla miłosny,Skłaniając serce k’woli Neptunowéj;Ich oczom wszyscy oddają hołd głośny,Przy nich przygasa blask słońca ogniowy:Jednakim krokiem, splótłszy się ramiony,Idą jednego męża te dwie żony.

23. I ta, co widząc Atamanta szałyA chcąc ocalić życie swéj dziecinie,Z synem się w morskie rzuciła kryształy,Kędy oboje są bóstwami ninie —Zdąża: po morskich błoniach syn jéj małyZ ślicznemi konchy igra na głębinie,A Panopea widząc wdzięk dziecięciaGoni po piasku, chwyta je w objęcia.

24. I ten, co niegdyś mieszkał w ludzkiém ciele,Lecz czarodziejską raz spożywszy trawęPrzyoblekł rybie i łuski i skrzeleAż zmienion w boga przez bóstwo łaskawe,Idzie — na Cyrcy skarżąc się forteleI po swéj Scylli szerząc żale łzawe.Nie kochał Cyrcy — ta zemsty się chwyta:O! jakże straszna miłość źle użyta.

25. Nakoniec wszyscy w dworcu się zebrali:Drogie wezgłowia zajmie bogiń radaW rozległéj, boskiéj Neptunowéj sali,Krzesła z kryształu ma bogów gromada;Na równy swemu tron, wwiódł władca faliBacha — powitał wszystkich i sam siada:Z kadzielnic bursztyn, mórz płód, ciągle zionieAromat milszy nad arabskie wonie.

26. Kiedy ucichły zgiełki powitaniaI każdy zasiadł na swojém siedzeniu,Bach rzecz zagaił i zwolna odsłania,Co go pogrąża w takiém udręczeniu:Czoło zamroczył chmurą zagniewania,Nie kładzie tamy swemu oburzeniu,Gnan jedną myślą, by na Luzów głowyŚciągnąć gniew innych, temi prawi słowy:

27. „Neptunie, władco, którego potęgaTrzyma pod rządem wszystkich wód dzielniceI od bieguna do bieguna sięga,Dając narodom i krajom granice;Ty, Oceanie, któryś światokręgaWszystkie opasał i objął ziemice,I sprawiedliwy położyłeś kraniec,By w swym obrębie żył ziemi mieszkaniec, —

28. „I wy, mórz bóstwa, zazdrosne bez miaryO cześć swą, władzę i państw swoich całość,Coście ścigały jednakiemi karyKto ich powierzchnię przebiegać miał śmiałość:Gdzie dziś surowość i ów hart wasz stary?Skąd dziś ta słabość i ta zniewieściałośćW piersi tak słusznie srogością okutéjNa grzechy ludzkiéj słabości i buty.

29. „Wszak raz już niegdyś, z uporem zuchwałymChcieli się wedrzéć na Olimp wyniosły:Patrzycie, z jakim szaleńczym zapałemNurt ujarzmiają żaglami i wiosły;Widzicie codzień, jak po świecie całymWzmaga się pycha, zuchwalstwa ich wzrosły;Sądzą, iż wkrótce w mórz i niebios progiJuż nie jak ludzie wkroczą, lecz jak bogi.

30. „Słuchajcież teraz: ród skarłowaciały,Wasala mego zowiący się mianem,Słaby, lecz pyszny i spragniony chwałyChce władać wami, mną i oceanem:Oto już kraje waszych państw kryształy,Gdzie nawet dumny Rzym nie bywał panem:Wkrótce dlań wszelka upadnie przegroda,On prawa nasze w poniewierkę poda.

31. „Patrzyłem przecież na łódź, co przed latyPiérwsza państw waszych otwierała bramy,Borej, Akwilon i inne ich bratyJakie po drodze stawili jéj tamy:A Eolowych synów tłum skrzydlatyWówczas zniewagi nie zniósł takiéj saméj;Wy, co do zemsty większy powód macie,Czém się łudzicie, i czemu zwlekacie?

32. „Nie chcę was, bogi, utrzymywać w błędzie,Żem dla was tylko zszedł z niebios wyżyny,Żem wasze tylko krzywdy miał na względzie,Gdy sam mam równe do gniewu przyczyny;Cześć i zaszczyty, jakie miałem wszędzie,Jako zdobywca indyjskiéj krainy,Ci ludzie zniszczą — ich dzieła, ich męstwoZaćmią me imię i moje zwycięstwo.

33. „Jowisz i Fatum, co ziemskiemi sprawyRządzą, nikomu nie zdając rachunku,Im przeznaczyli szczyt szczęścia i sławyZdobyć na morzach: a łask tych szafunkuSprawcami Wenus i Mars k’nim łaskawy;Wiem, że zły wyrok wypadł z ich kierunku,Wkrótce świat takich wielbić będzie pono,Co najmniéj warci, ażeby ich czczono.

34. „Oto dlaczego dziś z Olimpu zbiegłemDla méj niedoli chcąc znaléźć lekarstwo,Chcąc być uczczonym w państwie wam podległemGdy w niebie inni mają łask szafarstwo.” —Chciał jeszcze daléj mówić słowem biegłem,Lecz łzy mu trysły z ócz — całe mocarstwoBóstw morskich czule na jego cierpieniaTen płacz straszliwym gniewem rozpłomienia.

35. A gniew przez Bacha nagle wywołanyDo tego stopnia ogarnął niebianów,Że już nie zniosą żadnych zwłok ni zmiany,Ni rad, ni mądrze układanych planów.Wnet od Neptuna Eolowi danyRozkaz, by wściekłość podniecił orkanów,I zgraję wichrów puścił nad odmętyI z mórz powierzchni zmiótł wszystkie okręty.

36. Protej najpierwszy próbował przestrogi,Wyrażał zdanie o tych narad treści,A w jego słowach, jak to widzą bogi,Jakieś głębokie proroctwo się mieści:Lecz już śród niebian zawrzał zgiełk złowrogiNawet Tetyda słowem go bezcześci:„Milcz — woła pełna gniewliwéj urazy, —„Neptun wié lepiéj, jakie dać rozkazy.“

37. Już dumny Eol z więzienia wypuszczaI daje wolę wichrom rozszalałym,Jeszcze słowami ich wściekłość poduszczaPrzeciw żeglarzom, tak hardym, tak śmiałym;Chmurzy się niebo, leci wichrów tłuszcza,Szaleje burza z pędem niebywałym,I z własnych szałów nowe siły bierze,Obala domy, gór szczyty i wieże.

38. Kiedy się w morzu toczy ta obrada,Luzyjska flota przy jasnéj pogodziePłynie znużona, dobrym wieściom rada,Po niezmierzonéj, bezgranicznéj wodzie.Była to pora, gdy mrok nocy władaA świt nieprędko ma błysnąć na wschodzie:Część nocy przeszła — i mieli żeglarzeNa posterunkach piérwsze zmieniać straże. —

39. Ledwo zbudzeni, jeszcze sen ich mroczy,Ten o burt wsparł się, ów ledwo się słania,Na prędce wdziana odzież źle obłoczyI od powiewów chłodnych nie osłania;Gwałtem zmrużone przecierają oczy,Prostują członki, trą je dla rozgrzania,I by drzemanie odpędzić natrętne,Gwarzą, przywodzą wypadki pamiętne.

40. „Cóż prędzéj sen nam z oczu zegnać zdoła —Rzekł jeden z majtków — co czas przykry skróci,Jeśli nie powieść zabawna, wesoła,Co od obecnéj chwili myśl odwróci!“— „Powieść miłosna!“ Leonard zawoła,(Co zakochany tęsknotą się smuci),„Czém lepiéj można zabić czas nieznośnyJak nie powieścią o treści miłosnéj?“

41. Na to Velloso: „Nieprawda, druhowie!Zbyt twarda dola przyciska żeglarzeA praca nasza, to trud co się zowie,Miłość i miękkość nie chodzą z nim w parze.Raczéj o bojach niech nam kto opowie,O ciężkich wojnach, o walk wrzących gwarze,Bo mnie się widzi, że jeszcze nie małoI walk i trudów przed nami zostało.“

42. Przystali wszyscy — k’niemu tłum się zwróci:„Mów nam Velloso!“ upraszają żywo.— „Dobrze — odrzecze — i nikt nie zarzuci,Żem snuł opowieść obcą lub fałszywą.Nie! chcąc, by męże dawni w stal zakuciW was chęć zrównania wzbudzili żarliwąZ dziejów ojczystych biorę treść w téj chwiliO tych dwunastu, co w Anglji walczyli.

43. Za owych czasów, kiedy nasze brzegiPo długich wojnach wytchnęły swobodnie,Kiedy zniszczywszy złych sąsiad zabiegiJuan, syn Pedra, mógł rządzić łagodnie;W Anglii, gdzie Borej częste sypie śniegi,Furje niezgody zażegły pochodnieI długie, ciężkie niesnaski zasiały,Które nam Luzom przymnożyły chwały.

44. „Między damami angielskiego dworuI kołem zacnych przydwornych rycerzyPrzyszło w dniu pewnym do ciężkiego sporu,Który wnet Furje rozdmuchały szerzéj.Młódź nieoględna co do słów wyboru,Jak zwykle bywa śród dworskiéj młodzieży.Zelżywą mową grono dam bezcześciZ ujmą godności i cnoty niewieściéj.

45. „Co więcéj — głoszą, że jeśli kto z bronią,Z szablą czy dzidą chce bronić dam sprawy,W polu czy w szrankach chętnie z nim pogonią,Okryją hańbą lub dadzą skon krwawy.Słabe kobiety czémże się zasłonią?A nienawykłe do takiéj niesławy,Widząc bezsilność swą, toną w łzach rzewnychI ślą o pomoc do druhów i krewnych.

46. Lecz tak potężni ich nieprzyjaciele,Że w całém państwie nikt nie miał odwagi,Pokrewni, ani nawet wielbiciele,Jak honor kazał, ująć się zniewagi.Więc z pięknych oczu biegło łez tak wiele,Że ludzi zmiękczyć i niebios powagiZjednaćby winny dla lic z alabastru.Grono dam poszło do księcia Lancastru.

47. „Był to pan możny, co niegdyś ambitnieBił się wraz z Luzy przeciwko Kastylji,Poznał ich dzielność, pamiętał, jak bitnie,Jak obok niego szczęśliwie walczyli:Wiedział, jak miłość na téj ziemi kwitnieW sercach szlachetnych, boć on sam w téj chwiliMiał córę panią na luzyjskim tronieI znał, jak serce małżonka k’niéj płonie.

48. „Nie mógł sam stanąć skrzywdzonym z pomocą,Aby zamieszką kraju nie zakłócić,Lecz rzekł: — „„Gdym niegdyś chciał walcząc przemocąSłuszność praw moich w Iberji przywrócić,Poznałem Luzów, ci z męstwem i mocąŁączą szlachetność — tam radzę się zwrócić.Wierzę, iż tylko oni jedni mogąOgniem i mieczem wasz wstyd pomścić srogo.

49. „„Gdy zgoda — rzeczcie, piękne, ja-m gotowyW téj waszéj sprawie wnet wyprawić posły,Trzeba, by listy układnemi słowyO krzywdzie waszéj ostrożnie doniosły:Do serc rycerzy czułemi namowy,Do ich się duszy odwołajcie wzniosłéj,A wierzę mocno, że za dni niewielePrzyjdą wam w pomoc, obrońcy-mściciele““.

50. „Tak radził paniom książę doświadczony,I wnet wymienia dwunastu rycerzy,Bo i pań tyleż — i aby obronyŻadnéj nie brakło — wnet los jak należyRozstrzygnie, któréj który przeznaczonyI komu każda cześć swoję powierzy;Każda do swego śle z słowy czułemi,Wszystkie do króla, a książę za niemi. —

51. „Przybyły posły — rwą się LuzytanieCały dwór kipi i młodsi i starzy:Sam król najpiérwszy przyjąłby wezwanie,Tylko mu broni majestat monarszy.Spragnieni przygód wrą żądzą dworzanie;Lecz król tym wszystkim chęciom się oparszy,Tych tylko szczęsnych sam wymienić raczyłKtórych mu książę w swym liście oznaczył. —

52. „I w wiernym grodzie, od którego dawnyKraj Luzów nazwę Portugalji bierze —Jak chce podanie, — stanął lekki, spławny,Statek, na którym odpłyną rycerze.Ci w krótkim czasie ku wyprawie sławnéjGotują zbroje, modniejsze odzieże,Dewizy, szaty, pancerze, szyszaki,Godła stubarwne i dzielne rumaki. —

53. „Już króla swego czule pożegnawszyZ słynnéj Duera mieli wyjść przystaniOwi szczęśliwcy przez wyrok łaskawszyDoświadczonego księcia powołani.Żaden z nich nie był silniejszy ni żwawszy,.Jednako zręczni i bojom oddaniTylko Magriço do drużyny bratniéjTak się odezwał w godzinie ostatniéj:

54. „„Mężni druhowie, oddawna z zapałemPragnąłem zwiedzić różne świata kraje,Nic nad Duero i Tag nie widziałem,Niech poznam prawa ludów i zwyczaje:Gdyśmy gotowi już z rynsztunkiem całym(Jak w ważnéj sprawie rycerzom przystaje),Dozwólcie, niech się sam lądem wyprawięA na brzeg Anglji wraz z wami się stawię.

55. „„Lub, gdy mi jakaś straszna ostatecznośćPrzeszkodzi stanąć w oznaczonéj porzeW szrankach bojowych — moja nieobecnośćDla was, druhowie, mało znaczyć może.Dłoń moje wasza zastąpi waleczność;Lecz, jeśli słusznie w sercu sobie wróżę,Góry, ni rzeki, ni Fortuny ciosyMnie nie przeszkodzą dzielić wasze losy.““

56. To powiedziawszy, swych przyjaciół ściskaI śpieszy zwiedzić (przez nich uwolniony)Leon, Kastylję, stare bojowiska,Gdzie Luz, syn Marsa, rwał laur krwią zbroczony:Przebiegł Nawarrę, przebył gór urwiskaDzielące Galją od hiszpańskiéj strony:Podziwia cuda francuskiéj krainyI miast flandryjskich wielkie magazyny.

57. Tu w grodzie słynnym towarów składamiDni kilka spędza wędrowiec ochoczo;A jedenastu owi płyną sami.Już północnego morza fale tłoczą,Już są przed Anglji obcemi brzegami,Już wszyscy razem do Londynu kroczą:Książę ustami wita ich w radości,A dam uprzejmość zdwaja zapał gości.

58. „Nadszedł wybrany dzień pracy i znoju,Walk z angielskimi dwunastu wojaki,Sam król dla mężnych zapewnia plac boju:Męże się zbroją w pancerze, w szyszaki,A damy, widząc blask zbroi i stroju,Ufają męstwu i obronie takiéj:Więc biorą na się strój barwny, bogaty,Złoto, klejnoty i jedwabne szaty.

59. „Ta tylko, któréj przeznaczon był losemMagriço — kirem postać swą osłania,Boć ona jedna tknięta ciężkim ciosem,Jéj tylko rycerz nie przyjął wyzwania:Choć Luzy każą głosić z trąb odgłosem,Że w każdym razie dokończą spotkania,Że brak dwóch, nawet trzech, zastąpi męstwo,Więc damy winny wierzyć w ich zwycięstwo.

60. „Już król angielski zajął z całym dworemW amfiteatrze krużganek wzniesiony:Na miejscach, danych lcsem, nie wyborem,Rycerstwo w szrankach staje na dwie strony.Słońce od Tagu po Oksus swym toremMknąc — nie widziało młodzi tak spragnionéjBojów — ni siły, ni odwagi takiéj,Jaką tu dyszą obu stron junaki.

61. „Rwą się rumaki i żują zawzięcieZłote wędzidła, z pysków piana pryska;Jak na krysztale lub czystym djamencie,Na stali zbroić blask słońca połyska;Lecz szmer niechęci wstrzymał walk zacięcie,Nierówność szansy zbyt w oczy się ciska,Przeciw dwunastu jedenastu stawa;Wtém — tłumy drgnęły, rośnie zgiełk i wrzawa.

62. „Ujrzano postać wyniosłą rycerza,Główną przyczynę zwłoki i szemrania:Zakuty w zbroję konno na plac zmierza,Jadąc królowi i damom się kłania:— To on! Magriço! — okrzyk słuch uderza:On, towarzyszom niosąc powitania,Bratnim uściskiem garnie ich do siebie,On ich nie zawiódł w tak ważnéj potrzebie.

63. „I dama, słysząc o swoim obrońcy,Wdziewa strój świetny niby runo złotePieszczocha Helli — od złota kapiący,Metalu, który tłum ceni nad cnotę.Podano sygnał — już huk trąby brzmiącéjPodnieca w sercach rycerską ochotę:Spiąwszy rumaki męże w szranki lecą,Kopije w toku, podkowy skry niecą. —

64. „Od stuku kopyt drży grunt, tętnią błonia,Męstwo walecznych przeszło w żar szaleńczy:Przed okiem widzów ta straszna pogoniaWzrusza nadzieją, to obawą dręczy:Wysadzon z siodła już jeden padł z konia;Inny przytłoczon pod rumakiem jęczy;Ów zwisł — tył konia smaga hełmu kita,A biała zbroja kraśnieje krwią zmyta.

65. Temu sen wieczny powieki zasłania,Prędko dłoń śmierci dotknęła mu czoła:Tam koń bez jeźdźca po placu ugania,Tu rycerz próżno o rumaka woła:Pycha angielska z swych wyżyn się skłania,Dwóch czy trzech mężów usuwa się z koła:Inni na szpady wszczynają bój długi,Tną mimo pancerz, puklerze, kolczugi.

66. „I jakież słowo wyliczy, wygwarzyTe srogie ciosy, te cięcia okrutne?Chociaż są ludzie, co śladem bajarzyCzas swój na baśnie tracą bałamutne:Dość, że złamało tych dumnych wyśpiarzyRycerstwo nasze tak w bojach obrotne,I chlubnie palmę zwycięstwa zerwałoA damy wyszły zwycięsko i z chwałą.

67. „Na zamku księcia uczta i weseleDla tych dwunastu okrytych w wawrzyny:Strzelcy, kucharze pracy mają wieleA piękne damy ozdobą festyny,One swe dzielne oswobodzicieleZwą téż na uczty co dnia, co godziny,Nim ci stęsknieni po ojczystéj ziemiZ powrotem nawy pomknęli lotnemi.

68. „Lecz powiadają, że nie wrócił z niemiWielki Magriço, że świata ciekawyOsiadł we Flandrji i pani téj ziemiOddał usługę w czasie pewnéj sprawy;Jak obeznany z dzieły wojennemi,Jako twój Marsie wychowaniec prawyFrancuza w polu mieczem swoim płataŚladem Korwina, Manljusza Torkwata.

69. „Drugi z dwunastu w kraj niemiecki zmierza,Kędy wyzywa i na placu kładzieGiermana, który wbrew części rycerzaZgubę w podstępnéj gotował mu zdradzie.” —Takie to dzieje Velloso odświeża,A towarzysze proszą go w gromadzie:„Powiedz nam jeszcze o Magriça czynie,Pogromca Niemca niech w cieniu nie ginie.“

70. Lecz ledwo chwila na gawędce schodzi,Gdy gwiznąłgwizdnął sternik śledzący powietrze,Rozbudza ludzi z obu końców łodzi,Wnet każdy z majtków senne oczy przetrze:A że wiatr coraz wzmaga się i chłodzi,Trza mniejsze żagle zwinąć przy tym wietrze:„Spieszcie się! — woła — rośnie wiatru siłaZ téj czarnéj chmury, co niebo zaćmiła.“

71. Jeszcze się żagle nie całkiem stroczyły,Gdy wiatr wybuchnął z potęgą straszliwą:„Do żagla — wrzasnął sternik z całéj siły —Hej! żagiel wielki zwinąć mi co żywo!“Lecz wściekłe wichry już weń uderzyły,Z rąk odrętwiałych wyrwały przędziwo,I z trzaskiem, jakby świat padał w ruiny,Podarły płótna, potargały liny.

72. Ku niebu wzbił się okrzyk zrozpaczony,Na statku zamęt i trwoga owłada;Rozdarciem żagla statek przechylony,Co chwila przez brzeg fala na dno wpada.„Do morza wszystko!“ — wrzasł sternik wzburzony, —Ciężary w morze niech ciska osada!Do pomp, wy drudzy! niech pompy ocaląInaczéj zginiem zalani tą falą.“

73. Pędzą żołnierze w największym zapale,Pracują pompy, lecz daremna pracaLedwie się chwycą majtki — wściekłe falePrzeważą statek, — wszystko się wywraca:Trzéj najmocniejsi silą się wytrwale,By ująć rudel, którym wiatr obraca;Krzepkiemi liny wiążą drzewce drąga,Lecz z sił i sztuki ludzkiéj wiatr urąga.

74. Nie mógłby wicher bardziéj rozkiełznanyByć — ani sroższy, gdyby miał na celuPodważyć mury i wywrócić ścianyOnéj potężnéj wieżycy Babelu;Między rosnące wciśnięty bałwanyPotężny statek czółnem zda się wielu,I z innych łodzi trwożnie patrzy rzesza,Jak się łódź wodza po szczytach fal miesza.

75. Nie lepsze były Pawła Gamy losy,I maszt i żagle nie uszły zniszczenia,Wszystko zalane: płyną modłów głosy,W których załoga szuka ocalenia.Nie mniejszym krzykiem uderza w niebiosyStatek Coelha — pomimo baczenia,Jakie dał sternik, by żagle zwinięto,Nim przyszło walczyć z burzą tak zaciętą.

76. Raz gniewny Neptun łodzie w górę ciska,Podrzuca statki jakby pod obłoki.To znowu w takie grąży topieliska,Jakby w piekielne zstąpić miały mroki.Z czterech stron świata wzburzono wichrzyskaRzekłbyś przysięgły świat zniszczyć bez zwłoki.Noc czarną gromów opłomienia łuna,Jakby stał w ogniu cały krąg bieguna.

77. Ze skał nadbrzeżnych smutne halcyonyW żałośnych śpiewach głoszą swoje żale,Bo przypomniały czas dawno miniony,Kiedy im samym klęskę niosły fale.I rozkochane delfiny w swe schronyUszły — w jaskinie morskie, lecz wiatr w szaleBurzy — dosięga aż do głębi toniI w ich kryjówkach ściga je i goni.

78. Mniéj były groźne owe straszne groty,Jakie na dumnych olbrzymów kuł głowyPotężny kowal, którego robotyPromienną zbroję miał syn Anchizowy;Mniéj straszliwemi i błyski i grzmotyObwieszczał potop Jowisz, gdy surowyWyniszczał wszystko, krom pary, co wzbudziZnów życie, głazy zamieniając w ludzi.

79. Ileż skał wówczas wściekłem uderzeniemSzalone fale z ich posad wyrwały!Ile drzew starych wywrócił z korzeniemI uniósł z sobą wicher rozszalały!A ich korzenie pewno z podziwieniemObróconemi w niebo się ujrzały;I niemniéj dziwnie a najniespodzianiéjTryskały w górę piaski z dna otchłani.

80. I widzi Gama, jak nań zguba blizkaU celu pragnień czeka niezawodna;Że go raz burza pod obłoki ciska,To jak w otwarte piekło grąży do dna;Niepewność życia i obawa ściska,A znikąd wsparcia, gdy dola przygodna,Więc pod najwyższą ucieka się pieczęCo niepodobieństw nie zna — i tak rzecze:

81. „O Opatrzności, co w aniołów groniePanujesz niebu, i morzu i ziemi;Przez cię Izrael erytrejskie tonieZdołał przekroczyć stopy bezpiecznemi:Ty, coś Pawłowi stała ku obronieŚród mórz, czy między stepy piaszczystemi,Ty, coś Noego zachowała plemię,By znowu pustą zaludniło ziemię: —

82. „Ach czyliż po to znieśliśmy tak wiele,Piaszczyste zaspy i wiry przebyli,I niebezpieczne przebrnęli gardziele,Jak między skały Charybdy i Scylli,By dziś, gdy blizkie dążeń naszych cele,Tyś nas w ostatniéj opuściła chwili?Czy łaski w oczach twych nie znajdzie ninieNasz trud podjęty ku twéj czci jedynie?

83. „O! stokroć szczęśni waleczni rycerzeAfrykańskiemi dzidy doścignięci,Co w Maurytanji na obronę wierzeNieśli dłoń dzielną i żarliwe chęci!Chwała ich czynów w dziejach wciąż dank bierze,Imię ich w ludzkiéj żyć będzie pamięci,Słodko im było z taką myślą ginąć: —Umrzeć za wiarę i przez wieki słynąć“.

84. Gdy wódz tak błagał, — huragan rósł w siły,I jak ryczące, rozkiełznane bykiWzburzone wichry rwały się i wyły,Śród lin huczały ich straszliwe ryki:Śród nieustannych błysków gromy biły,Jakby miał chaos zapanować dzikiI niebo ze swych osi na padołyRunąć — a wojnę wydały żywioły.

85. Lecz już na niebie błysło ranne zorze,Na horyzoncie poprzedniczka słońcaA dnia wysłanka — i ziemię i morzeJasném, pogodném czołem witająca:Wówczas bogini, przed którą w pokorzeUchodzi Orjon, w niebie królującaDostrzegłszy lubéj floty dolę srogą,Zadrżała, zdjęta i gniewem i trwogą.

86. „Twoje to dzieło zaiste, o Bachu! —Woła zgniewana — lecz próżne staranie:Skoro wiem o twym bezecnym zamachuZapobiedz jemu jeszcze będę w stanie“.To mówiąc schodzi z niebieskiego gmachu,W chwilę na wodne spuszcza się otchłanieI otoczona nimf lubemi gronyKaże im czoła wieńczyć w róż korony.

87. Więc każda z dziewic barwny wieniec plecie,W zawody stroją jasne włosy swoje:Rzekłbyś, że kraśne zrodziło się kwiecie,Kryjąc przez miłość snute złote zwoje?Ach, bo przez miłość chce Wenera przecieZmiękczyć zdąsanych gniewnych wichrów roje,Gdy im ukaże nagle na przestworzeSwe cudne nimfy, piękniejsze nad zorze.

88. I tak się stało; na widok dziew błogiSłabną orkanów siły wojownicze,Chętnie niedawne poddają się wrogi,Chętnie ofiary niosą hołdownicze:Ach, bo spętały ich ręce i nogiNad słońce jasne kędziory dziewicze.Nawet Boreasz najzaciętszy z braciNa głos Orytji pięknéj srogość traci.

89. „Boreju — rzecze ona — coć się roi,ZeŻe mogę wierzyć twéj miłości stałéj?Słodka łagodność miłości przystoi,Ale ją gniewne odstraszają szały.Gdy nie powściągniesz dzikiéj złości twojéj,Nie czekaj, bym twe przyjęła zapały.Jakże śród lęku, pokochać cię mogę,Gdy miłość k’tobie zamienia się w trwogę?“

90. Toż kochający piękną GalatejęUsłyszał Notus; ona wié, że czarySwemi go pęta, że Notus gorejeŻądzą wzajemne rozniecić w niéj żary.A w jego sercu już męstwo się chwieje,Choć szczęściu swemu nie wié, czy dać wiary:Rad spełnić rozkaz téj, do któréj wzdycha,Wbrew woli władcy swego wnet ucicha.

91. W podobnyż sposób inne nimfy kojąSwych wielbicieli i gniewy i krzyki;Wnet się przed śliczną Wenerą rozbrojąWichry — ta zamęt ich uśmierza dziki.Staje przymierze — pod opiekę swojąWenus przyjmuje nowe hołdowniki,A oni wzajem obiecują — dłużéjDrogich jéj Luzów nie nękać w podróży.

92. Już jasny ranek zabłysł nad wyżyny,Śród których Gangies szemrząc toczy wody,Gdy z wierzchu masztu, strażnik w dali sinéjUjrzał ląd, kędy biegły statków przody.Ucichły burze, pierzchł strach z serc drużynyI niebo w blaskach jaśniało pogody:Wesoło krzyknął Melindczyk po chwili:„Oto Kalikut! gdy mię wzrok nie myli.

93. „To ta szukana, to ta upragnionaPrawdziwa Indja wychyla się wdali;I jeśli celem waszym tylko ona,Toście trudnego dzieła dokonali“.A Gama wzruszeń swoich nie pokona;Szczęśliw, iż ziemia wychyla się z fali,Podnosi ręce, na kolana padaI Panu niebios wdzięczne dzięki składa.

94. Słusznie dziękczyni — nie za to jedynie,Że mu Pan w końcu ukazał te kraje,Do których długo wpośród zawad płynieI w ciężkich trudach chwilę nie ustaje;Lecz, że się widzi żywym w téj godzinie,Choć śmierć tak często przed żeglarzem staje;Że z burz, z nawałnic wyszedł ocalony,Jak człowiek ze snu ciężkiego zbudzony.

95. Takie to szlaki do chwały krainy,Śród niebezpieczeństw, walk, trudów przygody,Tak po rycerskie sięga się wawrzyny,Po nieśmiertelnych zaszczytów nagrody:Za nic tu świetne poprzedników czyny,Za nic tu zacnych przodków rodowody,I złote łoża — miękkim zbytkom gwoliWysłane puchem moskiewskich soboli.

96. Na nic tu uczty wykwintne, wciąż nowe;Ni miękkie wczasy w gajów wdzięcznych głuszy,Ni te rozliczne rozkosze światowe,Śród których mięknie hart szlachetnéj duszy;Niepokonane na nic żądze owe,Bo gienjusz sławy niemi się nie wzruszyI nie dopuści temu iść w wawrzynie,Kto bohaterskich cnót drogę ominie.

97. Chluby nam szukać w tém, co własne nasze,Zasługę widzieć w dziełach własnéj dłoni,Czuwać i ostre przypasać pałasze,Przenosić burze, na okrutnéj toni,Trwać, czyli chłody, czy skwar nas opasze,Czy ostre wiatry, gdy nic nas nie chroni,I głód zepsutą zaspakajać strawą,Łez i boleści krasząc ją zaprawą.

98. Zmuś do uśmiechu lice, gdy ci bladnie,Obojętności niech je kryje maska,Gdy kula wroga świszcząc obok padnieI towarzyszom nogi, ręce trzaska.Ach kto tak pierś swą umiał zakuć snadnie,Cóż mu zaszczytów i dostojeństw łaska?Nie dba na skarby, godności i złoto,Gdy przez los dane, nie zdobyte cnotą.

99. Tak doświadczenia wiedzą zbogaconyRozjaśnia umysł i spokojny wszędy,Jakby na jakąś wyżynę wzniesiony,Patrzy na ludzkie nędze i obłędy.Aż rząd, nie pochlebstw, lecz zasług spragniony,Z ukrycia swemi wywiedzie go względy,I jak należy — wieńce mu uplotą,Choć ich nie szukał, choć nie prosił o to.

1. Oto nakoniec ona ziemia witaTak pożądana mocarzom od wieka,Ind ją i Gangies objęły w koryta,U których źródeł leżał raj człowieka.Hejże wojacy! tu niech dłoń laur chwyta,Tu chwała zwycięstw na walecznych czeka,Oto przed wami brzeg Indyjskiéj ziemiZdawna słynącéj skarby obfitemi.

2. A ty, o plemię Luza, garstką małąJesteś na świecie — nieliczny narodzie,Lecz ci zrządzenie niebios zgotowałoPoczesne miejsce w świętych Pańskich trzodzie;Tobie nietylko nic-by nie zdołałoDo walk z niewiernym stanąć na przeszkodzie,Niekarność, pycha, nic cię nie odwołaOd twéj niebiańskiéj macierzy-kościoła.

3. Wy, którym liczbę zastępuje męstwo,Co bohaterstwem słabość nagradzacie;Co aby wierze zapewnić zwycięstwo,Na tysiąc śmierci piersi wystawiacie:Słusznie śród mocnych wam słabym pierwszeństwo,Dają niebiosa — gdy zasługi macieWobec chrześćjaństwa, tak wielkie, bezsporne:Tak to, o Chryste, wywyższasz pokorne!

4. Patrzcie na dumne Giermanji syny,Śród pól szerokich rozsiadłe przestworzy,Jak przeciw Piotra bunt wznoszą dziedziny,Nowy im pasterz nową sektę tworzy:Jak świętokradzkie boje ich drużynyToczą — (błąd jeden tysiąc innych tworzy)Zamiast pysznego karcić Ottomana,Im cięży jarzmo Najwyższego Pana.

5. Patrzcie na władcę angielskiéj ziemicy,Króla świętego grodu ma on miano,Grodu, gdzie władną Saraceni dzicyA gdzie tak długo prawdzie cześć składano!Henryk zamknięty w swéj mglistéj dzielnicy,Przekształca wiarę przez Zbawcę nadaną:I sługom bożym śle wyroki zgonuMiast bronić Pańskiéj kolébki — Syonu.

6. Królu fałszywy, obyś nie królował!Nie dla cię w ziemskiéj tron Jerozolimie,Kiedyś niebieskiéj praw nie uszanował.A tobie, Gallu, jakież nadam imię?Arcychrześćjańskim świat cię tytułował,Gdzież twe zasługi, lub prace olbrzymie?Miast ku obronie chrześćjan wznieść sztandary,Przeciw nim idziesz z wrogiem twojéj wiary.

7. Jeśli państw swoich pragniesz rozszerzeniaZamiast się żywić chrześcijan łupami,Czyż nie masz wrogów bożego imieniaPonad Cynifu i Nilu brzegami?Tam twoję szpadę niechaj wsławią pienia,Niech nad pohańców połyska głowami:Karol i Ludwik dali ci dostojneDziedzictwo swoje i niesłuszną wojnę.

8. A cóż rzec o tych, co w rozkoszy toną,W podłém próżniactwie trawią swoje lata,Marnując życie — w których pierś spodlonąPamięć dawnego męstwa nie kołata?Tyran do reszty wyziębia im łono,Zbrojąc morderczo brata, przeciw brata:K’tobie ja wołam, ty z łonem skalanemItaljo — sobie będąca tyranem.

9. Nędzni chrześćjanie, skąd ród wasz pochodzi,Czy go wydały Kadmusa nasiona,Że tak z was każdy, w piersi bratnie godzi,Chociaż z jednego zrodzeniście łona?A w grodzie świętym niewierny przewodzi,Władną psy podłe, bo moc ich złączona:Bo w téj od wieków wam należnéj ziemiOni się sławią czyny rycerskiemi.

10. Patrzcie, pohańce zwyczajem i prawy,Które czcić zwykli, ku swym wspólnym celomŁącząc się w wielkie wojenne wyprawyPrzeciw Chrystusa wiążą się czcicielom:A śród was zawsze krzewić zatarg krwawyBędzie Aleto — biada wichrzycielom!Ginąc — ujrzycie własnemi oczami,Że prócz niewiernych — wasz wróg — to wy sami!

11. Jeżeli chciwość magnatów nie sytaW obce was kraje goni na podboje,Zaliż nie wiecie, że Hermu korytaZeŻe złotem płyną Paktolowe zdroje?W Asyrji, w Lidji odzież złotolita,Afryka złoto kryje w żyły swoje:Niech żądza bogactw będzie wam przynętą,Gdyście niezdolni iść za sprawę świętą!

12. Nowe, wymyślne wojowań sposobyZ śmiercionośnemi artylerji działy,Niech w Turcji złożą dzielności swéj próby,Niechaj Bizancjum rozbijają wały.Do Scytji chłodnéj przyjcie jednéj dobyI w gór Kaspijskich jaskinie i skałyTo plemię Turków — nim zdepcą ich stopyCywilizacją i skarby Europy.

13. Grek, Trak, Armeńczyk, Kolchidy mieszkaniec,Wołają ku wam, że gwałtem ich synyDo Alkoranu nagina pohaniec,Biorąc dań z dzieci (straszliwe daniny)!Szukajcież sławy, kładąc złemu kraniec,Karząc nieludzkie barbarzyńców czynyZamiast po laury walk domowych sięgaćI słabszych braci do jarzem zaprzęgać.

14. Lecz gdy wy chciwi w zaślepienia szaleKrwawym obłędem kroki swe znaczycie,Luz ze swéj ciasnéj ojczyzny — wytrwaleNiesie chrześćjaństwu ramię swe i życie:W portach Afryki już panuje stale;W Azji wpływ jego urósł znakomicie;Już w nowym świecie łan orze ochoczo;Znajdźcie świat inny — Luzy i tam wkroczą!

15. Tymczasem patrzmy — oto żeglownicyJuż coraz bliżéj celu swéj podróży,Odkąd z rozkazu Wenus białolicéjOsłabły wściekłe huragany burzy;Za długą stałość — IndyjskiejIndyjskiéj ziemicyWnet ląd szeroki z wód im się wynurzy,Aby nań wnieśli wraz z Chrystusa prawyNowy rząd, zwyczaj i nowe ustawy.

16. A gdy u brzegów szukają ostoi,Lekkie rybackie łodzie pomkły przodem,I do przystani znaczą drogę swojéj,Do Kalikutu, skąd rybacy rodem:Ich śladem flota kryształ wodny kroi;Boć najcelniejszym w Malabarze grodemJest ów Kalikut — i to go zaszczyca,Iż w nim monarchy mieści się stolica.

17. Między Gangiesu i Indu ramionyZaległ kraj wielki sławy znakomitéj,Morze go kąpie od południa strony,Z północy grodzą Emodyjskie szczyty:Mnodzy tu władcy, więc téż był zmuszonyDo różnych wyznań lud przez nich podbity:Ci Koranowi, ci bożkom cześć dają,Inni zwierzętom, co śród nich mieszkają.

18. Z pod gór wyniosłych, których pas szerokiPrzeżyna Azję od brzega do brzega,(A rożném mianem zwane te opokiWedle ziem, jakie ich łańcuch przebiega),Tryskają źródła — spływają w potokiI w bystre rzeki dwie, których nurt zbiegaW morze Indyjskie i co swemi skrętyCzynią z krainy półwysep odcięty.

19. To między rzeki wciśnione przestworzeKształt wywróconéj piramidy bierzeI ostrym klinem zapędza się w morzeMając naprzeciw Cejlonu wybrzeże.A nie daleko miejsca, gdzie swe łożeRozszerza Gangi es — (jeżeli na wierzePodań polegać) — żył lud, który kwiatówKarmił się wonią, treścią aromatów.

20. Dziś inne tu już miano i zwyczajeI innych plemion widzimy istnienie:Delhy i Patan najludniejsze krajeI najbogatsze posiedli przestrzenie:Dekańczyk, Orjas — którym się wydajeIż nurt Gangiesu niesie im zbawienieW swych szumnych falach, — i ziemia Bengali —Żyzna, jak żaden kraj się nie pochwali.

21. Tu i Cambaja wojownicza leży(Niegdyś mocarza Porusa dzierżawy)I kraj Narsingi, mniéj z męstwa rycerzyZnany niżeli z bogactw swoich sławy:Tu zdala, z morza, dojrzysz, jak się jeżyGór niebotycznych łańcuch; jak podstawyDla Malabaru są jak mur forteczny,By od kanarskich ludów żył bezpieczny.

22. Górami Gates krajowcy je zową,U stóp ich wązki pas ziemi — poddanySrogości morza, co walkę surowąCiągle z nim stacza wściekłemi bałwany —A wszystkich grodów bezsprzecznie tu głowąKalikut z bogactw i piękności znany;Stolica państwa — świat jéj piękność głosiA król jéj tytuł Samorina nosi.

23. Zaledwo flota dotknęła wybrzeży,Wnet jeden z Luzów został wyprawionyDo pogan władcy, by mu jak należyZwiastować przyjazd swój z dalekiéj strony.I poseł łódź swą wraz rzece powierzyZ gardzielą morską korytem złączonéj,A jego postać, pleć, nieznane strojeNa brzeg ściągnęły mnogie ludu roje.

24. Między tym tłumnie skupionym narodem,Co stał na brzegu, jeden się znajdowałMahometanin z Berberji rodem,Kraju, gdzie niegdyś Anteusz panował.Ten, jako sąsiad, pacholęciem młodemZnał niegdyś Luzów i z niemi obcował,Gdy się jak jeniec dostał im przed laty;Dziś los go zagnał w te dalekie światy.

25. Ten Maur z uśmiechem podszedłszy do posła.Pyta w hiszpańskiéj znanéj sobie mowie:„Jaka was dola aż w ten świat zaniosłaWdał od ojczyzny waszéj, o Luzowie!“ —„Nieznane morza krają nasze wiosła,Kędy nie postał człowiek — Luz odpowie —Płyniemy szukać wielkiéj Indu rzeki,By nad nią prawdę zaszczepić na wieki.“

26. I słuchał Maur ów, Monsaidem zwany,Powieści Luza — zdumieniém przejętyNad tą podróżą, jaką LuzytanyŚród burz odbyli przez morskie odmęty;W końcu oświadczył Luz, iż jest wysłany,By król znał, jakie przybyły okręty —A Maur mu na to: „Król nie w swéj stolicy,Lecz niedaleko mieszka w okolicy.

27. „A nim te wieści do niego dolecąO twém przybyciu dziwném — bez obawyDo domu mego zajdź odpocząć niecoI społem spożyć krajowe potrawy;A gdy spoczynkiem siły się podniecą,Razem na wasze udamy się nawy;Boć to jest radość nad wszelkie biesiadyW ziemi wygnania witać swe sąsiady.“

28. I Portugalczyk przyjął z szczeréj chęci,Co Monsaida święcą mu ofiary;Rzekłbyś, iż dawną przyjaźnią sprzęgnięci,Za stołem siedzą i spełniają czary:Potém ku flocie dążą — Maur w pamięciMiał z dawnych czasów luzyjskie galaryA dziś przez wodza i całą drużynęJak najuprzejmiéj przyjęty w gościnę.

29. Sam Gama powstał i rozjaśnił czoło,Gdy piękną mowę usłyszał Kastylji,Przy sobie sadzi, uściska wesołoGościa, i pyta o kraj, gdzie przybyli:Jak się w Rodopie gięły drzewa wkołoKu Eurydyki kochankowi — w chwiliGdy złote struny potrącał swą dłonią,Tak się Luzowie wokół Maura kłonią.

30. On rzecze: „Męże, których przyrodzenieOjczyźnie mojéj za sąsiadów dało,Jaki los wielki i jakie zrządzenieNa tak odległe drogi was zagnało?Boć nie bez przyczyn i nie przywidzenieI Tag i Minho rzucić wam kazało,I przez te morza wiosłem niezbrużdżoneW taką daleką mogło popchnąć stronę?

31. „Bóg was zapewne wybrał za narzędzie,By jakieś wielkie przez was spełnić dzieła:On tylko wieść mógł i chronić was wszędzie,Wróg czy wiatr groził, czyli głąb’ chłonęła.Otoście w Indji, która w swe krawędzieLudy bogate, szczęśliwe objęła,I lśniące złoto i drogie kamienie,Kosztowne wonie, palące korzenie.

32. „Kraj, gdzieście weszli, Malabarem zwie się,A lud, co tutaj buduje ołtarze,Starym zwyczajem ku bałwanom rwie się,Które cześć biorą w całym Malabarze.Niegdyś tu jeden był król (jak wieść niesie),Teraz rozliczni panują mocarze:A ostatniego, co dzierżył kraj cały,Ludy Saramą — Perimalem zwały.

33. „Za jego czasów do Indji przybyliJacyś z zatoki arabskiéj mężowieI Mahometa wiarę rozszerzyli,W jakiéj mnie moi chowali ojcowie.Jakoż niedługo króla nawrócili,Dzięki mądrości swojéj i wymowie,I wnet Perimal żarliwością zdjęty,Chce tron porzucić, by umrzéć, jak święty.

34. „Więc zbroi statki, — rzadkiemi towaryŁadować każe — i sam już gotowyPłynąć do Mekki ze swemi ofiary,Gdzie leży Prorok, co dał zakon nowy.Lecz zanim święte wypełni zamiary,Kraj ulubieńcom dzieli pradziadowy,Bo syna nie miał; tak czyni wybranychZ biednych możnemi, wolnemi z poddanych.

35. „Ten w Kochinchinie, ów siadł w Kananorze,Ten dostał wyspę Pimenty, ów Chale,Inny Kulao, ów pan w Kranganorze,W miarę, jak służył i wiernie i stale.Najpóźniéj stanął na królewskim dworzeMłodzian najmilszy królowi — ten w dzialeObjął Kalikut — to miasto szlachetne,Takie handlowe, bogate i świetne.

36. „I król go w godność najwyższą oblekaImperatora, — by innym rej wodził;Co wypełniwszy z odjazdem nie zwleka,By sam do śmierci ścieżką świętych — chodził.A Samorinów potężne od wiekaImię — ów młodzian wzniósł, królom przewodziłI cne potomstwo jego przez lat wielePo dziś dzień stoi imperjum na czele.

37. „Religja, jaką gmin i możnych klasaWyznają — jest to baśni gmatwanina:Chodzą wpółnago, tylko ich od pasaGwoli wstydowi lekki szal opina:Dwie są tu kasty: cała ludu masaPaleasami zwie się, a drużynaSzlachty Nairów otrzymała miano,Wszelka zaś łączność kast jest zakazaną.

38. „Aby rzemieślnik pozostał w swym stanie,Z innego stanu nie może brać żony;Syn ma ojcowskie przejąć powołanie,Do śmierci jego pracą zatrudniony.Nair tak za grzech uważa spotkanieZ człowiekiem z gminu, że przezeń dotknionyZ mnóstwem obrzędów oczyszcza swe ciałoW kąpieli — jakby skażoném zostało.

39. „Tak w Jeruzalem Jehowy czcicieleSamarytanów niegdyś unikali.Jest tu i innych obyczajów wiele,Co więcéj dziwią, niż je kto pochwali.Nairy tylko na nieprzyjacieleIdą — i tronu bronią ostrzem stali,Zawsze bark lewy puklerz im osłania,W prawicy oręż gotów do działania.

40. „Urząd kapłański pełnią braminowie,Nazwa ta dawną jest i szanowaną:Mistrzem ich mędrzec, który w jedném słowieDał wiedzy ludzkiéj filozofji miano,Mięs im użycie wzbronione surowie,Zabijać żywe twory zakazano:Lecz dla rozkoszy, dla czarów miłościWięcéj swobody, mniéj tu surowości.

41. „Tu i byt niewiast dosyć jest swobodny,Byleby żyły w mężów swych plemieniu.Szczęsne warunki! lud zawiści godny,Tak niedostępny zazdrości cierpieniu!Taki tu ustrój dziwny, różnorodnyW tym Malabarze: — lecz kraj we znaczeniu,Rozległy bardzo — a handel mu składaWszystko, czém ziemia od Chin po Nil włada“.

42. Tak Maur powiadał; tymczasem powoliPo mieście jęły krążyć głuche wieściO cudzoziemcach — i z królewskiéj woliIdą wysłańcy dojść prawdy ich treści;W ulicach tłumy ciekawości gwoliRóżnego wieku, płci męskiéj, niewieściéj —I uroczyście śród téj tłumnéj rzeszyPoselstwo króla spotkać Luzów śpieszy.

43. Gama królewskie słysząc przyzwolenie,By wylądował — zbiera cnych rycerzy;Szybkich przyborów daje im zlecenie,Wnet każdy w drogiéj świetnieje odzieży:Szat różnobarwność, kształt ich i odcienieRadują oczy ludu u wybrzeży:Miarowym ruchem uderzają wiosłaI wnet łódź z morza w rzekę się poniosła.

44. A tu Katual (tak pierwszy indyjskiMinister zwie się) w orszaku swéj śwityZ najpierwszéj szlachty — wyszedł na brzeg blizki,By czynić Gamie niezwykłe zaszczyty.Wychodzącego pochwycił w uściski;Dają palankin jedwabiami krytyWielce kosztowny, — by zwyczajem WschoduNa barkach ludzkich był niesion do grodu.

45. Tak wódz z ministrem swojemi lektykiDążą przed dworca monarchy podwoje;Inni Luzowie zebrali się w szykiWojenne — jako zwykli chodzić w boje:Lud krąży, słychać zmieszane okrzykiNa widok obcych — wnet padłyby rojeZapytań, gdyby nie chybiały celuNiezrozumiałe, jak u ścian Babelu.

46. Minister z wodzem prowadzą rozmowęO wszystkiém, co ich w téj chwili otacza:Monsaid słów ich wykłada osnowę,Obudwu służąc dzisiaj za tłómacza.Tak przez ulice krążyli miastoweDo gmachu, co się wieżami odznacza,Jest to świątnica: — stanąwszy przed bramąKatual powstał i wkroczył doń z Gamą.

47. W świątnicy stały bóstw licznych figury,Rzezane z drzewa, ciosane z kamienia,Różne z oblicza, różnéj malaturyUosobione szatańskie zmyślenia;Straszne, obrzydłe tych figur kontury,Jakby chimery potworne rojenia:Chrześćjanie, zwykli dawać swemu BoguKształt ludzki, tutaj osłupieli w progu.

48. Jedna poczwara łeb jeży rogami,Jak Jowisz Ammon w Libijskiéj pustyni;Tu kadłub jeden, lecz z dwiema twarzami,Jak Janus w rzymskiéj odwiecznéj świątyni:Ten zaś mnogiemi włada ramionami,Co go podobnym do Brjareja czyni;Inny z psią głową — pół człowiek, pół zwierzę,Niby Anubis, co w Memfis cześć bierze.

49. Gdy barbarzyniec złożył hołdy bogomZ zabobonnemi swojémi obrzędy,Nie zwłócząc dłużéj — ku królewskim progomPoszło poselstwo, a lud krąży wszędy.Tłum rośnie, żadnym nie przepuszcza drogom,By ujrzéć Gamę, gdy będzie szedł kędy: —Zajęte okna, zajęte balkonyPrzez starców, młodzież, dziewice i donny.

50. Już się zbliżają, już ujrzeli z blizkaWonne ogrody, w których cieniu leżyKrólewski pałac, co przepychem błyska,Chociaż bez murów wysokich i wieży:Bo tutaj możni wznoszą swe siedliskaWśród pysznych krzewów i zieleni świeżéj:Tak potrafiły te królewskie rodyŁączyć z wsi wdziękiem miastowe wygody.

51. Drzwi pałacowe misternéj robotySztuki Dedala poświadczają szczytność:Przeszłości Indji tu biegłemi dłutyPrastarych wieków utrwalono bytność:A takiém życiem tchną wszystkie przedmioty,Że kto chce poznać oną starożytnośćI w znawstwie dziejów posiąść doskonałość,Tu niech się wpatrzy, a pozna ich całość.

52. Tu widzisz wojsko, co tłoczyło kołemKraj Wschodu falą Hidaspu zroszony;Wiedzie je rycerz z jasném, szczerém czołem,Miast miecza w kwietny tyrsos uzbrojony:Jego to Nysa wzniesiona mozołemNad bystrą rzeką; cudnież on trafiony!Gdyby Semele ujrzała te dziwy,Rzekłaby pewnie: toć jest syn mój żywy.

53. Tam inna armja wypija do suchaRzekę: — to liczne Assyrji woje,Wodza-kobiety cały ten tłum słuchaSłynnéj przez piękność i wybryki swoje.Obok niéj wrzący rumak ogniem bucha,Ona utkwiła weń swych oczu dwoje;Tuż syn młodzieniec, który tę wyrodnąMatkę zapalił chucią kazirodną.

54. Daléj rozwite widać na uboczyWojenne znaki Grecji pełnéj chwały,Trzecia monarchja to, co jarzmem tłoczyKraje oblane Gangiesu kryształy:Wiedzie te szyki młodzieniec ochoczy,Któremu boje palmy zwycięstw dałyI co jest godzien, zwieńczon tak wawrzynem,Zwać nie Filipa, lecz Jowisza synem.

55. Patrzyli Luzy na pamiątki owe,Kiedy Katual ozwał się do Gamy:„Przyjdzie czas wkrótce, że zwycięstwa nowePrzyćmią to wszystko, co tu oglądamy:I wielkich dziejów wysnuje osnowęJakiś lud obcy, co go dziś nie znamy;Tak mądre magi, którym przyszłość jawna,Z księgi przeznaczeń czytają nam zdawna.

56. „I daléj jeszcze ich wiedza powiada,Żeby w przyszłości uniknąć tych oków —Na nic się zręczność ni opór nie nada,Bo człowiek niebios nie zmieni wyroków.Lecz twierdzę, że ten lud, co tu zawłada,W czasie pokoju, czy wojennych krokówTakie okaże cnoty niesłychane,Iż nie wstyd z jego rąk ponieść przegranę“.

57. Tak rozmawiając wkroczyli na salę,Kędy monarcha na łożu spoczywaTakiém kosztowném, rzeźbioném wspaniale,Że mu już chyba żadne nie zrównywa.W obliczu pańskiém świeci okazaleZ wielką powagą pogoda szczęśliwa:Pas ma złocisty — czoło mu promieniOgnisty połysk najdroższych kamieni.

58. Tuż obok łoża, padłszy na kolana,Starzec szanowny, ale kornie zgięty,Podaje wonny betel w ręce pana,By żuł, jak zwyczaj na Wschodzie przyjęty.Bramin — osoba wielce szanowana —Zbliża się; Gama pod ramię ujętyWiedziony przezeń przed monarchą staje,Który — by usiadł — skinieniém znak daje.

59. Więc Gama łoże bogate zasiada,Gdy jego orszak staje w oddaleniu,Tymczasem książę rysy Luzów bada,Ich nieznanemu dziwi się odzieniu;Wódz uroczyście, głosem, co mu nadaWkrótce przewagę w całém otoczeniu,W opinji króla, i we czci ludowéj,Temi przemowę swą zagaił słowy:

60. „Jest za morzami kraina daleka,Gdzie słońce w ruchu swym niepowstrzymaneZda się na drugą półkulę ucieka,Ziemi noc czarną zsyłając na zmianę;Król tych ziem słyszał, jako wieść orzeka,Iż kraje Indji tobie są poddane,Więc śle nas w posły do twoich wybrzeżySzukać przyjaźni z tobą i przymierzy.

61. „I przez swojego wieści wysłannika,Że tyle skarbów w państwie jego leży,Ile ich ziemia i morze zamykaOd brzegów Nilu, do Tagu wybrzeżyI od Zelandji chłodnéj do Równika,Gdzie słońce dzieciom Etjopji mierzyDzień równy nocy zawsze bez różnicy;Wszystkiego zadość jest w Luzów ziemicy.

62. „Gdy między wami przymierze się ziściI jeśli przyjaźń święta was pobrata,Z handlu niezmierne wynikną korzyściI dla państw obu zysk przez długie lata.Dochód twój wzrośnie i najoczywiściéjZa trud ludowi zwiększy się zapłataW twojém mocarstwie — i co idzie za temNowy blask chwały nad twym majestatem.

63. „Jeśli się taki traktat zaprzysięże,I jeśli trwały związek was połączy,Skoro cię jaka przeciwność dosięże,Nasz król ci zastęp przyrzeka ochrończy,Statki i wojsko i dzielne oręże,Jakbyś mu bratem był — tak Gama kończy —Oto jest wola i głos mego pana,Niech mi odpowiedź pewna będzie dana”.

64. Tak wódz poselstwo sprawia uroczyście,A król pogański na to odpowiada:„Miłe mi wielce takich posłów przyjście,Dla méj korony zaszczyt stąd nielada;Lecz na odpowiedź czekać powinniście,Zanim się zbierze przyboczna ma rada,Nim o twym kraju i królu, co władnieNad twym narodem –— dowiem się dokładnie.

65. „Po trudach pora wspomniéć o wywczasieIdźcie więc spocząć, a wkrótce posłowiOdpowiedź słuszna i przyjemna da się,By ją wesoło wiózł swemu królowi“.Właśnie noc zeszła, jak zwykle w tym czasie,By dać po pracy wytchnąć człowiekowi,Strudzone członki ukołysać mile,Znużonym oczom dać spoczynku chwilę.

66. Wnet wiedzie gości minister wspaniały,I w dworcu jego najświetniéj przyjęciGama i orszak portugalski cały;Gospodarz uczty przybycie ich święci,Ale na rozkaz pana swego dbałyKatual pragnie, gwoli jego chęci,Pewną wiadomość miéć w jednéj godzinieO Luzów wierze, zwyczajach, krainie. —

67. Toż ledwie dostrzegł na złotym rydwanieFeba, co wznawia ranny świt na niebie,Chcąc o przybylcach rozpocząć badanieWnet Monsaida przyzywa do siebie.Jedno za drugiém rzuca mu pytanie,Chce pewnych wieści i świadectw w potrzebie,Kto są ci obcy, o których wieść szerzy,Iż kraj ich, blizko jego kraju leży.

68. Chce, by królowi usłużył w téj dobie,Mówiąc o wszystkiém szeroce i szczerze,Bo król niepewien, jak ma począć sobieWzgardzić czy przyjąć to z Luzy przymierze?Monsaid na to: „Cóż rzec twéj osobie,Czegobyś w równéj sam nie wiedział mierze?Wiem tylko, iż to blizcy nam HiszpanieZ stron, gdzie się słońce kąpie w oceanie.

69. „Zakon im nadał Prorok, co poczętyZ bożego tchnienia w żywocie dziewicyI co zszedł na świat — onéj swojéj świętéj,Nie pozbawiwszy dziewictwa Rodzicy.Znają ich męstwo i upór zaciętyRodacy moi, a ich przeciwnicy;Znają oddawna, jak błyska w ich dłoniOręż, co nieraz do stóp ich nas kłoni.

70. „Gdy bohaterstwem wyżsi nad ziemianyNam wydzierali żyzne okolice,Tag złotodajny, brzeg chłodnéj Gwadjany,Wielkiemi dzieły wsławiając prawice:Nie dosyć na tém — brną przez oceany,Burzliwe morza — Afryki dzielnicePrzed ich najazdy dziś nie są bezpieczne;Burzą nam twierdze i mury odwieczne.

71. „Niemniéj ich męstwa i sprytu dowodyStwierdziły innych krwawych walk koleje,Gdy je toczyli z bitnemi narodyOd brzegów morza aż po Pireneje:Nim się za oręż wezmą, znają wprzódy,Że tryumf ziści wszystkie ich nadzieje:I żaden jeszcze, twierdzę to najśmieléj,Tych Annibalów nie złamał Marcelli.

72. A jeśli więcéj wiedziéć ci należy,Jeśli nie możesz poledz na mém słowie,Spytaj ich samych, są to ludzie szczerzy,W ohydzie mają fałsz wszelki Luzowie:Opatrz ich statki, broń, paszcze moździerzyNiezwyciężonych — to ci prawdę powie;Poznasz, jak ze swą dzielnością bezspornąLud ten w pokoju łączy grzeczność dworną.”

73. I zapłonęła żądza w poganinieUjrzenia tego, o czém Maur mu gwarzy:Każe sposobić łódź, w któréj popłynie,Gdzie stoją statki luzyjskich żeglarzy:Odbił od brzegu z Maurem, a drużynieNairów kazał płynąć jako straży:I wnet stawają przy wodza okręcie,Gdzie Paweł Gama czyni im przyjęcie.

74. Lśnią się kobierce, sztandary szkarłatneTkane z kosztownéj przędzy jedwabnika;Na nich malarstwa ułudy udatne,Obraz wojennych dzieł oko spotyka:Bitwy na polu, krwią obficie płatne,Srogie wyzwania, bojów scena dzika.Poganin, zdumion tak dziwnym widokiem,Uważnym wodzi po tém wszystkiém wzrokiem.

75. Wyjaśnień pragnie, lecz wprzódy go społemGama i Luzy do biesiady prosząWielce wykwintnéj — o! za takim stołemEpikurejczyk usiadłby z rozkoszą.Trunek Noego między gości kołemZ waz zapienionych czerpany roznoszą;Katual gardzi onych uczt ofiary,Co mu wzbronione prawem jego wiary.

76. Drgnęło powietrze. Pamięć bitw budząceW czasie pokoju — ryknęły trąb zgrzyty:Piekielnym ogniém zioną spiże brzmiące,Huk o dno morskie szerzy się odbity. —Z ócz poganina znać chęci gorąceDojść tych obrazów treści rozmaitéj,Gdzie farb poezja niema wielkie dziełaW tak ciasne ramy kunsztownie zamknęła.

77. Więc wstał na nogi i wraz z Pawłem kroczy,(Maur i Coelho idą z drugiéj strony),Gdzie bohaterska postać zwraca oczy,Starzec szanowny wiekiem ubielony.O! tego imię w cieniach się nie zmroczy,Póki ród ludzki nie będzie zgładzony!Zwyczajny Grekom ubiór go odziewa,W ręku miast berła gałązka powiewa.

78. Wziął ją w prawicę... Lecz gdzież myśli biegą?O ja szalony, ślepy! Czyliż mogęBez was, o Nimfy Tagu i Mondego,Puszczać się w długą i tak trudną drogę?!Bez waszéj łaski, bez wsparcia waszego,Na wielkich morzach czyż burzę przemogę?Zejdźcie mi w pomoc, bo się srodze trwożę,Iż łódź ma wątła wnet zatonąć może.

79. Wejrzcie, jak długo głos mój się rozlega,Co wasz Tag sławi, waszym Luzom pieje,A los mię goni od brzega do brzegaNa nowe trudy, nowych klęsk koleje:To łódź zatonie, to Maurom ulega.Podobne moim Kanacei dzieje:Ja, z tą skazaną Eolową córą,Miecz w jednéj ręce, w drugiéj dzierżę pióro. —

80. To mię ubóstwo do szpitala wciska,Bym żył z jałmużny bez innego środka:To, gdy nadzieja choć na chwilę błyska,Wnet jeszcze cięższy zawód mię napotka:A gdy, rozbitek, chwytam się urwiskaW rękach zbawienia rwie mi się nić wiotka;Jak ów Ezechjasz, król w Judzkiéj krainie,Jeżeli wskrzesam, — to cudem jedynie.

81. O Nimfy moje, tego jeszcze mało,Że w ciągłéj nędzy dni znękany wiodę:Ci, których w pieśniach okrywałem chwałą,Taką mym rymom sądzili nagrodę:W miejsce spoczynku, jakby należało,W miejsce zaszczytnych laurów — na mą szkodęTyle udręczeń, mąk znaléźć umieli,By mię pogrążyć w téj nieszczęsćnieszczęść topieli.

82. Tacy, o Nimfy, światli tu wielmoże!Wejrzcie na swoich z nad Tagu rycerzy,W takiéj to u nich cenie i faworzeWieszcz, co swém pieniem sławę ich dzieł szerzy!Jakiż stąd przykład potomność brać może,Piewcy lub mędrcy, gdy który zamierzyPodać pamięci przez rymy wspaniałeTo, co na wieczną zasługuje chwałę?

83. Wy mi zostańcie, skarbie mój jedynyW ucisku — Muzy, niechaj przy was stojęZwłaszcza, gdy pragnąc sławić wielkie czynyKu chwale mężnych pieśń moje nastroję.Wam ja przysiągłem, iż nigdy w wawrzyny,Niegodnych ręce nie uwieńczą moje:Gdybym pochlebstem tę klątwę naruszył,Oby mnie gniew wasz złamał i w proch skruszył.

84. Nigdy z mych pieśni chluby miéć nie będzie,Kto gwałcąc boże i ludzkie ustawyWłasny interes ma na równym względzieZe sprawą bożą i monarchy sprawy:Co kiedy wpływy i władzę posiędzieCiemięży naród przez wyzysk nieprawy,I po to pragnie być wśród silnych pierwszyBy swym występkom mógł dać zakres szerszy. —

85. Ni ten co władzę osiągłszy — rozumie,Iż winna służyć nizkim żądzążądzom gwoli,Kto aby zyskać paklaskpoklask w głupim tłumieJak Protej zmienia postać wedle roli:Kto się w powagę, zacność oblec umieA schlebia książąt rozrzutnéj swawoli,Niedoświadczonych do ździerstw wiodąc chytrze,By z krzywd ubóstwa brać zyski obfitsze.

86. Ni ten, co między stróże praw się liczyI pilnie strzeże monarchów zakonyA nie dba o to, by lud wyrobniczyZa znoje ciężkie był słusznie płacony:Ni ten czyj umysł ciasny i zwodniczyPo cudzéj pracy chciwie sięga plony,Łapczywą dłonią zagarnia trud cudzy,Sam nie zaznawszy znoju jako drudzy. —

87. Innym ty służysz, o pieśni natchniona!Kto w sprawie Boga lub króla pozbędzieMiłego życia — ten między imionaSzlachetne wliczon wieczyście żyć będzie!A sam Apolin i Muz jasne grona,Co mię wspierają w śpiewaczym zapędzie,Zdwoją mój zapał, gdy po krótkiéj zwłoceZ rzeźwiejszém sercem do méj pieśni wrócę. —

1. Katual staje przed piérwszym obrazem,Na nim mąż pędzla wydany kolory,Z gałązką w ręku, z szanownym wyrazem,Z dlugiemi brody srebrzystéj kędziory:Kto to jest taki i co znaczy razemTo godło w ręku?” pyta — wnet mu skoryŁagodnym głosem Paweł odpowiada,A Maur uczony tak treść słów wykłada:

2. „Ten orszak — rzecze — co przed tobą stoi,Zacny z oblicza, wojaczéj postawy,To słynne z cnoty i odwagi swojéjPrzodki wielkiemi uwiecznione sprawy.Dawne-ć to czasy, — ale się ostoiBlask taki między najpierwszemi sławy:Ten — jest to Luzus — od którego danoOjczyźnie mojéj Luzytanji miano.

3. „Był-ci on synem czy téż towarzyszemBacha — i szedł z nim w kraj Hiszpanją zwany,(Gdy Bach ziem mnogo podbił swym bardyszem)Nad brzeg Duera oraz GwadyanyZwany Elizjum podówczas, jak słyszym.Tu Luz, w piękności kraju rozkochany,Zapragnął dać mu swe imię, w nim dożyćI na sen“ wieczny tu swe kości złożyć. —

4. „Gałązka w jego ręku związek znaczyZ tyrsem Bachowym oplecionym winem,Ona to przodka naszego tłómaczy,Iż Bacha druhem był czy miłym synem.Tu drugi mąż nad Tagiem — ten tułaczyŻywot wiódł długo na mórz łonie sinem,Budował mury, wiecznotrwałe wałyI na cześć Pallas kościół okazały.

5. To Uliss, który za wymowy daryDziękczynnym uczcił przybytkiem boginię;Tam w Azji, Troi wsławiony pożary,Śród nas Lizbony fundatorem słynie“— „A któż ten oto, co mnogie ofiaryW zapale boju ściele po równinie?Rozbite wojska przed nim w odwrót lecą,Gną się sztandary, z których orły świecą?“ —

6. Pyta poganin — a Paweł odpowie:„To pasterz, który niegdyś pasał stada;Mianem Wirjata zwali go ziomkowieNad kij pastuszy, lepiéj dzidą włada:Niezwyciężonym Rzymianin go zowie,Przed nim w proch stara Rzymu chwała pada:Ci co Pirrusa armje odpierali,Nie mogli złamać Wirjatowéj stali.

7. „Nie mogąc siłą — o hańbo! o wstydzie!Życie wydarto mu przez podstęp krwawy;Tak lud z czci znany do spodlenia idzie,Łamiąc najświętsze ludzkości ustawy.Tu spójrz — wygnaniec, u ziomków w ohydzie,Śród nas się chroni, by bronić swéj sprawy. —O! wiedział, jakie wybrać sprzymierzeńce,By zdobyć lauru nie więdnące wieńce.

8. „Wiedział, z kim będzie brał sztandary wrogaZdobne miłemi Jowiszowi ptaki;Wiedział Sertorjusz, że do zwycięstw droga,Ze zdawna znane nam wojenne szlaki:Zważ, jaki wybieg, myśl mu jaka błogaPrzyszła, — by zwiększyć swój wpływ na prostaki:Wyroczna łania niby mu do uchaSzepce — on wziął ją za godło i słucha. —

9. „Tu na chorągwi innéj, przedstawionySzlachetny praszczur królów naszéj ziemi:Henryk — wywodzon przez nas z Węgier strony,Lotaryńczykiem zwan między obcemi.On muzułmanów odparłszy zagony,Zwalczywszy Leon z hufy kastylskiemi,Do Palestyny biegł w gorącéj chęci,Iż szczep królewski przez ten czyn uświęci.

10. — „A ten, co budzi strach i podziw razem,Kto jest?“ — zapyta Katual zdumiony —„Co tyle pułków zwycięskiem żelazemZ tak drobną garstką goni na wsze strony?Co burzy mury kryte twardym głazem,Tyle bitw stacza nigdy nie znużony,I tyle koron, sztandarów tak wielePod stopy swoje ukorzonych ściele?“

11. „Jest to król Alfons — rzecze Paweł Gama —Który był Luzom od Maurów zbawieniem;Jemu nad Styksem zaprzysięgła Fama,Iż go nikt z Rzymian nie przyćmi imieniem. —Jego Opatrzność znać wybrała sama,By Maurów silnem rozgromił ramieniem,I — by na gruzach ich twierdz, które zwalił,Przyszłą ojczyzny swéj wielkość utrwalił.

12. „Gdyby Cezara lub MacedończykaTak słaba siła, zastęp był tak małyPrzeciw ogromnym tłumom przeciwnika,Jakie bić umiał ten wódz doskonały;Nigdy rozgłosu, co ich dziś spotyka,Ani-by sławy takiéj nie zyskały:Lecz dajmy pokój téj nadludzkiéj chwaleA zważ, co jego zdziałali wasale.

13. „Patrz, jak ten starzec o gniewnem wejrzeniuWładcę, a swego wychowańca karci,Gdy ten o wojsk mu doniósł rozproszeniu:„„Zbierz je, wróć na plac i walcz tém zażarciej!”“I śpieszą oba, ramię przy ramieniu,Wrogowie wyżsi przed chwilą — wnet starci:To Egaz Moniz tak księcia zapala,Prawdziwy obraz prawego wasala. —

14. „On to wraz z syny iść w okup gotowy,Powróz na szyję wdziawszy, w nędznéj szacie,Gdy młody książę nie zdzierżał umowyW zawartym z królem Kastylji traktacie, —Mocą którego zdjął wróg AlfonsowyBlokadę grodu blizkiego k’zatracie:Egaz się z żoną, z syny w okup stawi;Siebie potępi, lecz monarchę zbawi. —

15. „Niegdyś, pomiędzy kaudyńskiemi szczyty,Przez barbarzyńskie osaczony roty,Konsul — przejść musiał pod jarzmem SamnityLecz, by z ojczyzny zmyć piętno sromoty,Sam wrócił w pęta — przykład znakomity —Zaiste, wzór to stałości i cnoty,Lecz on sam cierpiał i za własną winę,Egaz bezwinny poświęcił rodzinę.

16. „Tu — oblężeniem król Maurów gród ściska,Wtém rycerz czyni wycieczkę zuchwałą,wnetI wnet król w pętach, gród wolność odzyska:IzynCzyn ten wart z Marsa porównać się chwałą!CaléjDaléj, na morzu, nowe widowiska:DenTen sam mąż z Maurów ściera się nawałą,TI górą statki, wycięte pogany,ILuzLuz piérwszéj morskiéj zrywa laur wygranéj:

17. „To Don Roupinho — i lądy i morzeSpłomienił blaskiem pożar przezeń wszczęty,Czoła Abyli zrumieniły zorze,Gdy maurytańskie płonęły okręty. —Patrz, jak przyjmuje skon w chętnéj pokorzeOn mąż śród walki tak słusznéj i świętéj;Jak z rąk niewiernych — zasługą bogataDusza po palmę zwycięską ulata.

18. „Tam cudzoziemców poczet okazałyOgromną flotą mknie na nasze wody,I z pierwszym z króli pod Lizbony wałyŚpieszy dać męstwa świętego dowody, —Wpośród nich Henryk — rycerz wielkiéj chwały,Nad jego grobem trysł palmy szczep młody:A cud ten świadczy, iż w męczeńskie gronoSyna Giermanji w niebie zaliczono.

19. „Tu kapłan, przeor, Teotonio zwany,Wstrząsa miecz mściwy i Arranchez bierzeW odwet za Leirję, którą MaurytanyWprzód nam wydarli. Tam znów patrz — żołnierzeWkoło obiegli Santaremu ściany,Wpośród nich łacno oko twe dostrzeżeMęża, co dzielną dłonią wojownikaPiérwszy na murach sztandar swój zatyka.

20. „Śledź go, gdy w stronę Andaluzji dąży,Gdzie książę Sanchez, wojuje w téj dobie,Wróg przezeń zbity, legł trupem chorążyI znak Sewilli upada w żałobie:Jest-to Mem-Moniz, z krwią w nim męstwo krąży,Co z kośćmi ojca nie usnęło w grobie:I na sztandarach kłaść imię ma prawo;Kto cudze kruszył — swoje okrył sławą.

21. „Spojrzyj na męża, co dzidą krok wspiera,Zstępując z baszty z łby pobitéj straży,I gród zaskoczon, bramy mu otwiera,Takiéj śmiałości oprzeć się nie waży:I za herb weźmie postać bohatera,Co wznosi głowy dwie o trupiéj twarzy:A za czyn, jakich dotąd nie widziano,Nieustraszonym Giralda przezwano.

22. „Patrz, mszcząc zniewagi od króla doznanéjI od odwiecznych wrogów z rodu Lary,Kastylczyk śpieszy między Maurytany,Przeciw ojczyźnie podnosi sztandary;Huf jego mnogi i wnet zhołdowanyPrzezeń Abrantes, lecz blizki dzień kary:Inny Luz z garstką śmiało pędzi w pole,Rozbija wroga i bierze w niewolę.

23. „Mąż, który zerwał ten wawrzyn zwycięski,Marcinem Lopez zowie się z imienia.Lecz oto kapłan, rycerz duszy męskiéj,Złoty pastorał na stal ostrą zmienia:On nie zna zwątpień, nie zlęknie się klęski,Waleczność Maura krew w nim rozpłomienia:Niebieskie znaki wieszczą mu zwycięstwoI jego garstki podwajają męstwo.

24. „Patrz, jak na króle dłoń pańska się sroży,W niedługim czasie czterech ich zginęło.Zbitych? Nie, wprzód już martwych. Cud to boży,I wyższéj niźli ludzka ręki dzieło!Już przed biskupem Alcacer się korzy,Mur go nie zakrył, męstwo nie dźwignęło,A Don Mateusz, cny pasterz Lizbony,Tutaj palm chwały dostąpił korony

25. „Patrz, wódz Kastylji Luzytanin rodemA mistrz zakonu Algarbję podbija;Gdy hufy idą pod jego przewodem,Czyjaż potęga, moc je wstrzyma czyja?Szturmuje zamki, bierze gród za grodem,Wspiera go męstwo, dobra gwiazda sprzyja.Gdy mu na łowach zginęli rycerze,On za nich siedmiu gród Tawili bierze.

26. „Zręcznym fortelem otwarł Sylwy wały,Gród, co się Maurom z takim kosztem dostał:Tak Don Correa rozgłosem swéj chwałyObudzą zawiść — bo któżby mu sprostał?A nie pominę trzech imion, co brzmiałyW Hiszpanji, Francji, gdzie ślad po nich zostałW ludzkiéj pamięci. Gdzie walki, turnieje,Oni rwą laury, ich dzielność jaśnieje.

27. „Kędy prawdziwe Bellony igrzyska,Błędni rycerze szukają przygody;Patrz, jak w Kastylji w szrankach bojowiskaZe szkodą innych zyskują nagrody?Z trzech najprzedniejszy, Ribeiro z nazwiska,Najśmielszych zuchów wyzywa w zawodyI trupem ściele — nad jego dzieł sławąLetejska woda utraci swe prawo.

28. „Uważ na męża, co szeroko słynie,Nikt z przeciwników nie przyćmi go cieniem,On nad otchłanią zwieszonéj krainieSilną podporę dał krzepkiém ramieniem.Patrz nań, gdy bratniéj wyrzuca drużynieStrach, niedołęstwo wraz z grzesznem zwątpieniem,Gdy wykazawszy, czém jest obcych władza,Pod słodkie jarzmo ziomka lud sprowadza.

29. „Przez jego tylko rady, rzutność śmiałą,Z pomocą Boga i szczęśliwéj gwiazdy,Spełnione, co się niemożebnem zdało,Odparte straszne kastylskie najazdy.Męstwo, wytrwanie zwycięstwo mu dałoWielkie, zupełne — gdy toczy bój z gniazdyTych mnogich dzikich tłuszcz, co mają łanyMiędzy Tartesem a brzegiem Gwadjany.

30. „Patrz, jak pod jego nieobecność padaLuzów potęga, jak ginie ich siła,Gdy wódz pobożny w ustroni hołd składa,Trójcy Najświętszéj modły swe zasyła.Patrz, jak go szuka, jak wzywa gromada,Co się bez niego, mocy swéj pozbyła;„„Przemoc zagraża, a wrogi nas straszą,O! śpiesz twém męstwem wesprzéć słabość naszą,““

31. „Lecz rycerz — „„Nie czas jeszcze““ — odpowiada.Patrz, jak on święcie w Panu zaufany,Jak ten kto pewność od Boga posiadaBlizkich tryumfów, niechybnéj wygranéj.Tak niegdyś Numa, gdy goniec doń wpadaIż kraj przez wroga został najechany,Na smutne wieści odrzekł pełen wiary:„„Nim biedź na wojnę, dokończę ofiary.””

32. „Męża, co Panu zaufał tak śmiało,Czy chcecie wiedziéć, jak śród ludzi zwano?Scypjonem Luzów zwaćby go przystało,Lecz Nun Alvares chlubniejsze dlań miano.Szczęsny kraj, dumny takich synów chwałą,Co mu ojcami raczéj; — póki danoSłońcu oświecać ziem i mórz krawędzie,Po swym wybawcy kraj ów płakać będzie.

33. „W téj saméj wojnie równie szczęście sprzyjaInnemu z wodzów: tutaj zdobycz całąI trzody z hufem nielicznym odbija,Które wprzód wziął nam wróg ręką zuchwałą,Tam w krwi skąpanym oszczepem wywija,Przyjaźnią k’temu powodowan stałą,Wyzwala druha. — Ta chluba narodu,To Don Rodríguez z Landroalów rodu.

34. „Patrz, co nikczemny fałsz odbiera w zyskuI jak się płaci podstępność zdradliwa,Jak Fernand Elvas na pobojowiskuWroga swojego zdrajcę pokonywa.Jak kraj Xeresu niszczy i w naciskuKrwią jego panów, krwią kastylską zmywa.Patrz, jak Pereira, mąż rycerskiéj cnoty,Własną pierś czyni puklerzem swéj floty.

35. »Tu siedmnastu Luzów — garstka małaNa wzniosłe wzgórze przed wrogiem się chroniI gdy Kastylów moc ją opasała,Przeciw czterystu walecznie się broni.I nie dość na tém, ta garstka zuchwałaJuż sama wroga napada i goni:Czyn tak wspaniały — po wszystkie epokiWart jest pamięci, godzien czci głębokiéj.

36. „Wiadome z dziejów olbrzymie zapasyTrzydziestu Luzów walecznéj drużyny,Z tysiącem Rzymian walczącéj w te czasy,Gdy się tak Wirjat wsławił swemi czyny:Nieustraszoność téj zwycięskiéj rasyDziedzictwem przeszła na méj ziemi syny:Przed chmurą wrogów nigdyśmy nie bledli,Lecz dzieł tysiącem męstwaśmy dowiedli.

37. „Patrz na Infantów Pedra i Henryka,Na to przezacne potomstwo Janowe:Jeden w Giermanji imię wojownikaI laur niezwiędły zyskał na swą głowęgłowę,Drugiego chwała na morzach spotykaZa jego prace i odkrycia nowe:On pysze Maurów stawiąc silną tamę,Pierwszy w zdobytéj Ceuty wchodzi bramę.

38. „Oto Menezes oblężon dwukrotnie,Odpiera hufce Berberji całéj:Widzisz? syn jego, ten obraz istotnieMarsa na ziemi — tak dzielny i śmiały?Bronić się niedość dlań –— więc pędzi lotnieZ wrogów oczyszcza Alcaceru wały;Lecz króla swego chroniąc drogie życie,Ginie — z swéj piersi czyniąc mu przykrycie.

39. „Są inni godni malarskiéj palety,Lecz barw zabrakło i pędzel ustawa;Bo gdzież są u nas twórczości podniety?Kto jéj zaszczyty, nagrody kto dawa?Wina to nędznych potomków, niestety!Którym ojcowska obojętna sława,Co — przodków cnocie zamykając łonoW gnuśnéj rozkoszy zniewieściali toną.

40. „Pewnie sądziły przezacne praszczury,Że ich zasługi, ich cnoty, przykładyWszczepią w potomków podobne naturyI szlachetnemi iść przymuszą ślady. —O zaślepieni! toć ta sława z góry,Ten rozgłos, którym słynęli pradziady,Słabsze potomstwo przed światem przyćmiłyLub je w zepsucie, w rozkosz pogrążyły.

41. „Tymczasem inni u szczytu już stoją,Ci, co nie znają, czém przodków rząd długi.Wina to królów, którzy łaską swojąPrywatny fawor stawią nad zasługi:Tak wyniesieni barw żywych się boją,Cóżby im dały artysty sztalugi?W brewWbrew swym zadaniom artystyczne dziełoMiast mnożyć sławę, tu-by jéj ujęło?

42. Znajdą się jeszcze, nie zaprzeczam temu,Z możniejszych domów gałązki szlachetne,Co z duszą wzniosłą pragną po dawnemuPodtrzymać domu blaski wieloletne:Co — jeśli chluby domowi staremuPrzez nowe czyny nie przysporzą świetne —Nie przyćmią przecież imion wielkich chwałą;Lecz takich pędzel spotyka dziś mało.” —

43. Tak Gama wielkie opowiada dziełaPrzed sztandarami idąc luzyjskiemi,Na których ręka mistrzowska zaklęłaDzieje przeszłości barwami żywemi.Katual słucha, powieść go zajęła,Na wszystko patrzy oczyma chciwemi;Pyta, tysiącznych odpowiedzi żądaO wielkich bitwach, które tu ogląda.

44. Lecz już zmrok zwolna cienie swe rozszerza,Ognista kula z widnokręgu schodzi,Aby nad kraje innego półsferzaWylać swe blaski, z których świt się zrodzi:Więc i poganin do odjazdu zmierzaWraz z Nairami od luzyjskich łodzi —Na wypoczynek po podróży swojéj,Jakim łagodna noc twór wszelki koi.

45. Tymczasem króla inna myśl kłopoce:Z rozkazu jego wsławieni wieszczkowieSwą błędną sztukę i piekielne moceBadają, co im los niepewny powie?Jakie dzisiejszy dzień wyda owoceI co się kryje w przyszłości osnowie,Po co przybyły owe LuzytanyDo ich krainy z Hiszpanji nieznanéj?

46. Tym razem piekło sług swoich nie myli,Bo ukazuje, jak ci nowi woje,Kiedy się Indja w wieczne jarzmo chyliNa gruzach państw jéj szerzą swe podboje.Trwożni, zdumieni — śpieszą w jednéj chwiliWieszczkowie panu odnieść wróżby swoje,Ostrzedz, jak straszne znaki wzrok ich czyta,Które im ofiar odkryły jelita.

47. Trwoga tém większe przybiera rozmiary,Gdy Mahometa kapłan świętobliwy,Wielki chrześćjańskiéj nienawistnik wiary,Nad wszystkie inne wyższéj i prawdziwéj,Ujrzał sen, w którym — jak z rodu AgaryIdący Prorok — sam Mahomet żywy —Jawił się Bachus, co dotąd bez zmianyW swéj nienawiści wytrwał niezachwiany.

48. „Strzeżcie się — rzecze — o druhowie moi,Tych klęsk i wrogów, którzy zdali krocząPrzez płynny kryształ do waszéj ostoi,Strzeżcie się, zanim zgubą was otoczą.“Chwilę zbudzony Maur się niepokoiTego widzenia osnową proroczą,Ale je bierze za zwykłe snu złudyI znów usypia bezpieczny jak wprzódy. —

49. Usnął. Bach wraca. „Nie znasz mię? Jam dziadyNauczał twoje. — Wy moi poddani, —Jam wielki dawca praw, — memi zasadyDotąd żyjecie — wy — chrztem nie oblani?Spisz, barbarzyńco, gdy ja pełnię zwiady —Wiesz, czego obcy chce w waszéj przystani?Oto — by zdeptał wiarę i znieważyłJakąm ja ciemny ród ludzki obdarzył.

50. „O! stawcie opór, zgniećcie tę moc wrogą,Dopóki słaba, zniszczcie należycie;Gdy słońce wschodzi — każde oczy mogąŁagodne światło jego znieść o świcie:Lecz kiedy wyżéj pójdzie swoją drogą,Gdy całym ogniem gore na błękicie,Oślepia oczy: — tak wy oślepieniBędziecie, gdy się obcy tu wkorzeni“.

51. Umilkły słowa, pierzchły sny mamiące:Czciciel Proroka porywa się z łoża,Zwie sługi, każe ogień niecić — w drżąceSerce jad wnikł mu niby ostrze noża.Ledwo ta jasna, co poprzedza słońce,Anielskie lice ukazała zorza,On wzywa dzikiéj sekty swe przywódceI ze snu sprawę zdaje im pokrótce.

52. Tłumnie gwarzono, toczono obrady:Każdy podsuwał, jako mu się zdało,Różne zasadzki i przewrotne zdrady,Tysiąc się chytrych podstępów knowało:Lecz zarzucono zuchwałości rady,Gdy lepszy środek znaléźć się udało,Toćby najłatwiéj wrogów swoich zdusić —Dość jest przedajność rządców króla skusić.

53. Więc, by pozyskać państwa dygnitarze —Sypie się złoto, płyną hojne dary;Przyczém się zręcznie, ostrożnie ukaże,Jak zgubą grożą przybylców zamiary;Jak niebezpieczni są owi korsarze,Co — mórz zachodnich plądrując obszary —Żyją bez króla, tém co zdobycz dawa,Bez ustaw ludzkich, bez bożego prawa.

54. O! monarchowie, — kto z was dobrze rządzi —Jakże ma baczyć, czy w doradców gronieNikt wbrew sumieniu i cnocie nie błądzi?Czy szczerą miłość prawdy noszą w łonie?Boć przez nich właśnie i patrzy i sądziMonarcha na swym wywyższony tronie,Potrzeby kraju, pragnienia miljonówPrzez nich dochodzą do podnoży tronów.

55. Lecz trudny wybór, gdzie zwątpień odmęty —Kto wie, glziegdzie godność kryje się prawdziwa?Nieraz, pokory płaszczem obwinięty,Próżny ambitnik swe zamysły skrywa:A kto we wszystkiém prawy jest i święty,W sprawach światowych rzadko biegłym bywa;Bo jakże pozna, jakże je rozwikłaCicha niewinność w Bogu żyć nawykła?

56. Katual, rządcą stawion od korony,Który tu ludy pogańskiemi włada,Wielce w chciwości swojéj podnieconyOdjazd luzyjskich naw ciągle odkłada.Gdy Gama jedną nadzieją wiedziony,Nieświadom, co nań kryje Maurów zdrada,Marzy, by z wieścią k’swemu panu wróciłO krajach, które odkrył i porzucił.

57. Wié on, że skoro wieść pewną odbierzeKról Emanuel — ten monarcha prawyZgromadzi statki, uzbroi rycerzeI wnet ku Indjom wyśle nowe nawy;By pod swe jarzmo ugiąć to wybrzeżeI w moc swą nowe zagarnąć dzierżawy;I że on, Gama, jest pierwszym jedynieGońcem po wieści o Wschodu krainie.

58. Więc z królem pogan pragnie miéć rozmowę,By ku ojczystéj mógł już wracać ziemi;Już i podstępu przenika osnowę,Co się wciąż zdradza przeszkody nowemi.Król, dla którego przebiegi MauroweAż do téj pory były tajemnemi,Trwożon przez wieszczków, przez Maurów mamiony,Niepewną myślą chwieje się w dwie strony:

59. Raz zimną trwogę czuje w duszy nizkiéj,To znowu chciwość wrodzona przeważa,Która, korzyści kreśląc obraz blizkiéj,Chuć nieśmiertelną w piersi mu rozżarza:Boć widzi dobrze, jakie ściągnie zyski,Gdy luzyjskiego wysłucha mocarza,Gdy z jego państwem uczciwie i szczerzeNa długie lata zawiąże przymierze.

60. Zwołuje radę, ale w rozpraw tokuWnet się niezmiernie podzieliły zdania.I cóż za dziwy, kiedy do wyrokuWielu doradców władza złota skłania?Więc Gamę wzywa król do swego boku,Zbliżyć się każe i czyni pytania:„Prawdę mi — rzecze — nagą wyznaj śmiele,Ja przebaczenia winom twym udzielę.

61. „Wiem już dokładnie, że ta ambasada,O któréj prawisz, jest wymysłem próżnym;Króla, ojczyzny nikt z was nie posiada,Na włóczęgostwie dni trawicie zdrożném:Jeśli w dalekiéj Hesperji król włada,Czyżby szaleńcem był tak nieostrożnym,Aby narażać floty swojéj nawyNa tak niepewne, dalekie wyprawy?

62. „Jeśli potężny iście kraj Luzowy,A król wasz świetny w swoim majestacie,Na potwierdzenie słów waszych osnowy,Jakież kosztowne podarki mi dacie?Przyjaźń królewska wiąże się nie słowy,Lecz wspaniałemi dary. Cóż wy macie?Zakład mi złóżcie — bo jak wierzyć treściJakichś nieznanych żeglarzy powieści?

63. „Jeśliście z kraju na wygnanie pchnięci,Co się zdarzało ludziom wielkiéj chwały,Będziecie u mnie serdecznie przyjęci;Ojczyzną mężnych jest przecie świat cały:Gdyście piraci, jakich tłum się kręciPo morzach, nie drżyj, by was tu spotkałySrom lub śmierć; znaném jest po wszystkie czasy,Jak straszne z nędzą o życie zapasy”.

64. Z takiéj przemowy mógł Gama wnieść snadnie,Jakie zasadzki wróg na niego knuje,W jakie go sidła oplątano zdradnie,Jak podejrzliwość myśl królewską truje.A więc wyniosły — wzruszeniem swém władnie,Jak ten, co pewien, iż wiarę znajduje,Z daru Wenery natchniony wymową,Tak do monarchy mądre zwraca słowo:

65. „Gdyby nie zmaza w przeszłości dalekiéj,I pierworodny grzech, co był przyczyną,Iż z czary kłamstwa nieprawości rzekiNa Adamowe potomstwo wciąż płyną,Gdyby nie wrogi, od których przez wiekiTak srodze biedni chrześcijanie giną,Gdyby nie fałsz ich — nigdybyśni gdybyś, o panie,Takich podejrzeń powziąć nie był w stanie.

66. „Ciężko się życia składają koleje:Któż nie opłacał szczęścia niepokojem?Obawa idzie w ślad, gdzie lśnią nadzieje,Czoło wciąż krwawym oblewa się znojem;Tak i ja dzisiaj serdecznie boleję,Że zaufania nie masz w słowie mojem,Że szczerość moja i zacne zamiaryNależnéj sobie nie znalazły wiary.

67. „Gdybym, jak sądzisz, żył plonem łupieży,Lub był tułaczem z ojczyzny wygnanym,Cóżby mię gnało do twoich wybrzeży,Ku tym krainom ustronnym, nieznanym?Zysk czy nadzieja? — co tu dla mnie leży?Bym stawił czoło morzom zagniewanym?Bym chłód bieguna lub wiecznie żarzącePodzwrotnikowe znosił skwarne słońce?

68. „Żądasz, o panie, bym przez dar bogaty,Stwierdził słów prawdę — nie moje to sprawy:Ja-m tylko płynął, by poznać klimatyStron, gdzie twe stare zaległy dzierżawy:Lecz jeśli w morzach unikniem zatraty,Gdy nas do kraju wróci los łaskawy,Obaczysz wówczas, z jak pyszną daninąOkręty moje znów tutaj zawiną.

69. „Jeśli cię dziwi wola, która posłyZ krańców Hesperji aż tutaj wysłała,Nigdy się królów naszych duszy wzniosłéjSprawa możliwa zbyt wielką nie zdała.Trzebaby poznać kraj, w którym wyrosłyWielkie pomysły — znać, jak lud nasz działa,Aby uwierzyć, jak daleko sięgaJego umysłu i dłoni potęga.

70. „Wiedz, że już lata upłynęły mnogie,Jak władze nasze z uporem się jęłyNiebezpieczeństwa pokonywać srogie,Zawsze z wielkiemi połączone dzieły:Odkryto morza pokojowi wrogie,Z trudem je łodzie nasze przepłynęłyW celu, by poznać do krańców świat cały,W oceanowe skąpany kryształy.

71. „W końcu, latorośl szczęsnego mocarza,Co pierwszy łodzią zorał oceany,(Tego, któremu w Abyli los zdarzaZ gniazd ich ostatnie wyprzeć Maurytany),Henryk myśl wielką, gienjalną rozważaI łódź za łodzią śle swe Luzytany,Aż w one strony, gdzie niebo rozżarzaBlask Argu, Hydry, Zająca, Ołtarza.

72. „To powodzenie budzi żądze nowe,Coraz to dalsze otwierano drogi,Gdzie nikt nie pływał — okręty LuzoweJuż na obszary mórz wbiegły bez trwogi,Kędy Afryki ludy południoweNie widzą, patrząc na niebios rozłogi,Siedmiu północnych gwiazd — już ominiętyPas zwrotnikami skwarnemi objęty.

73. „Z takiémże męstwem, z wytrwaniem jednakiemMyśmy fortuny zwyciężyli ciosy,Aż do twych krain nieznajomym szlakiemDo celu pragnień zaniosły nas losy:Przez nas zwalczone fale z klęsk orszakiem,Z strasznemi burzmi, z gniewnemi niebiosy,Od ciebie chcemy świadectwa jedynieDla króla, żeśmy byli w twéj krainie.

74. „Oto, monarcho, szczere me wyznanie;Zważ — dla tak małéj, tak błahéj nagrody,Czyliżbym podjął tak trudne zadanieAlbo kłamnemi łudził cię wywody?Toż nieznające spoczynku otchłanie,Matki Tetydy wiecznie wrzące wody,Stokroćby prędzéj wybrali piraci,Których toń morska łupami bogaci.

75. „Jeśli szczerości zaufałeś mojéjObcej wybiegom, niezdolnéj do zdrady,Przyśpiesz nasz odjazd z tutejszéj ostoi,Racz wstrzymujące usunąć zawady.A jeśli fałszu twe serce się boi,Własnéj mądrości chciéj zasięgnąć rady;Sąd twój rozproszy pomrokę ułudną,Boć przecie prawdę poznać nie tak trudno“.

76. Bacznie monarcha na tę pewność zważa,Z jaką mu Gama słów swoich dowodzi:Głęboka wiara w opowieść żeglarzaI szczera ufność w sercu mu się rodzi:Słuszność słów Gamy i godność rozważa,Podziwia męstwo — i myśl mu przychodzi,Iż jego rządców pozory uwiodły,Ale nie odgadł przedajności podłéj.

77. Wzniecona chciwość wywiera nań wpływy,Wie, co mu z Luzy może dać przymierze,Więc ku tym ludziom woli być życzliwyNiż ku swym Maurom radzącym nieszczerze.Sam Gamie powrót doradza skwapliwy:Niechaj bezpiecznie śpieszy na wybrzeżeI część towarów na ląd wynieść każe,W zamian korzeni, czy na wyprzedaże.

78. Zaleca handel towary takiemi,Jakich nie daje Gangiesu kraina;Jeśli się znajdą zdatne w onéj ziemi,Gdzie się ląd kończy, a morze zaczyna.Gama pożegnan słowy królewskiemiJuż z przed oblicza schodzi Samorina,Śpieszy o czółno prosić Katuala,Bo Luzów łodzie stały w morzu zdala.

79. Lecz próżno prosi, daremnie nalega:Podły minister nowe sieci motaI przez rozliczne podstępy zabiega,By się zbyt prędko nie wymknęła flota.Niby sam z Gamą zdążając do brzega,Chce tylko zwabić po-za dworca wrotaI zbłąkać pragnie, aby na uboczuZłość swą nań wywarł zdala pańskich oczu.

80. Wywiódłszy w pole, tak nareszcie rzecze:„Dziś już łódź żadna nie puści się w morzeWięc i wasz odjazd do jutra się zwlecze,Dam czółna, skoro błyśnie pierwsze zorze“.Z tych słów wnet Gama zamiarów dociecze,Już odgadł, czego poganin chcieć może,Iż z bezecnemi Maury się sprzymierzył,W co wódz luzyjski aż dotąd nie wierzył.

81. Ze wszystkich rządców i z duszą i z ciałem,Kupionych Maurów podarki hojnemi,Katual w państwie Samorina całemPrym trzymał, rządząc grody potężnemi.Maur się spodziewał, iż z jego udziałemJedynie — oraz środki podstępnemi —Dojdzie do celu. On, spólnik ich spisku,Czyliż się zechce zrzec nadziei zysku?

82. Gama ustawnie prośby swe powtarzaO łodzie, których rządca nie dozwala;Wszak pozwolenie słyszał z ust mocarza,Cnego następcy władcy Perimala?„Przecz więc minister przeczyć się poważaI przewiezienie towarów oddala?Wszak co monarcha wyrzekł swemi słowy,Nikt nie śmie zmienić wyroku osnowy?“

83. Przekupny rządca na takie wyrazyPozostał głuchy. W głowie mu subtelnaFantazja mnogie rozsnuwa obrazy,Zdumiewające podstępy piekielne;To chce się rzucić z ostremi żelazy,W krwi wstrętnéj skąpać, nieść ciosy śmiertelne;To całą flotę wyniszczyć pożogą,By nikt z niéj w kraju swym nie postał nogą.

84. „Żaden ojczyzny nie ujrzy z rycerzy“ —Tak wyrok Maurów opiewa szatański —„Niech się o stronie, gdzie kraj wschodu leżyNigdy nie dowie władca luzytański;Niech Gama próżno krąży u wybrzeży,Niechaj go rządca wstrzymuje pogański;Bez jego woli daremne starania,Zakaz łódź każdą od brzegu odgania“.

85. Katual daje odpowiedź jedynąNa skargi Gamy, na jego wyrzuty:„Każ — rzecze –— swoim niech na brzeg przypłyną,A łatwe będą przyjazdy, powroty.Kto się tak bardzo odgradza głębiną,Znać chowa w duszy zły zamiar uknuty,Ludzie uczciwi i wierni w przyjaźniUfają innym, nie znają bojaźni“.

86. Roztropny Gama odgadł z tych słów wroga,Że dlań naw jego zguba pożądana,Że napad zbrojny, lub ognia pożogaCzekają flotę z ręki muzułmana.Wódz walczy z myślmi — jaka wyjścia drogaDla ocalenia winna być wybrana?On chciałby stanąć przed klęski obliczemNa wszystko baczny, nie zaniedban w niczem.

87. Jako gdy w szybie polerownéj stali,Albo w krysztale pięknego źwierciadłaPromień słoneczny swe światło zapali —Widzisz, jak wkoło jasność jego padła,A gdy z tém światłem igra jeszcze daléjSwawolna ręka, co kryształ posiadła,Wnet na dachówki i na domów ścianyRzuci on odblask niepewny, zbłąkany: —

88. Tak się myśl Gamy chwiała frasobliwa;Gdy nagle wspomniał, że w téjże godzinieWierny Coelho może poń przybywa,Jak się spodziewał? może z ludźmi płynie?Natychmiast skrycie rozkaz odwoływa,Każe ku flocie powracać drużynieI pilnie baczyć, by ustrzedz okrętyOd sieci Maurów dokoła rozpiętéj.

89. Tak to ma działać, kto w Marsowe śladyPodążać życzy i jak on zasłynąć:Myśl ma miéć lotną, usuwać zawady,Niebezpieczeństwo przeczuć i ominąć:Wojenny wybieg i przebiegłe zdradyWrogów odgadnąć i ich w nie owinąć;Słowem wszechwiedzem być. Tak, nie pochwalęWodza, co rzecze: „Tegom nie znał wcale“.

90. Wciąż Malabarczyk Gamę jeńcem trzyma,Ciągle nalega o przyzwanie floty;Lecz serce wodza gniew szlachetny wzdyma,A stałość jego groźb odbija groty:I niéma złości, cierpień takich niéma,Których on z szczeréj nie zniósłby ochotyWprzód — nim narazi dla osoby swojéjKrólewską flotę, co bezpieczna stoi.

91. W ciężkiéj niewoli Gamie noc uchodziI dzień ubiega — więc wódz postanawiaWrócić przed króla, lecz mu drogę grodziLiczna straż rządcy i opór mu stawia.Tymczasem w rządcy myśl nowa się rodzi,On kar od pana swego się obawia,Skoro ten pozna, jak podle mu służyPrzeto się lęka Gamę więzić dłużéj.

92. I tak doń rzecze: „Każ przewieźć niezwłocznieWszystkie do handlu przydatne towary,Niech się zamiana i sprzedaż rozpocznie;Kto handlu nie chce — wojenne zamiaryZnać żywi“. — Z słów tych wyziera widocznie,Jakiéj nikczemnik wymaga ofiary;Gama przystaje: wié już, że wróg złupi,Lecz on tą stratą swą wolność okupi.

93. Wnet staje układ: poganin da łodzieWygodne, które pomkną na głębiny;Bo żadnym zdradom i żadnéj przygodzieGama nie podda swych naw ni drużyny.I mnogie barki już pędzą po wodzie,Po różne płody hiszpańskiéj krainy:Gama do brata pisanie wyprawił,By dał zań okup i z pęt go wybawił.

94. Zaraz ładunek na ląd wyprawionyChętnie Katual przyjmuje go podły:Alwar i Diego płyną z Luzów stronyNa traf jeśliby targi się powiodły.Próżno kołatał do duszy skażonéjRozkaz monarchy, próżne jeńca modły;Niewierny wskazał, do czego był zdolny:Zobaczył korzyść i wnet — Gama wolny.

95. Dzierżąc wysłańców onych i towarySądzi poganin, iż więcéj zdobędzieNiż jeśli wodza tak więzić bez miaryI na swym brzegu zatrzymywać będzie.Gama powraca z stałemi zamiary,Iż po raz drugi na ląd nie wysiędzieZ obawy więzów, — więc ku łodziom śpieszyI błogim wczasem po trudach się cieszy.

96. Odtąd spokojny na statku swym czeka,Co czas odkryje i co los mu zdarzy;Już odeń ufność ku rządcy daleka,Wié, co nikczemny chciwiec w sercu waży.O jakże dziwna natura człowieka!Ciekawy widok, — gdy możnych, nędzarzy,Kiedy nas samych żądza zysku żenie,Czynami rządzi, tłumi w nas sumienie.

97. Przez nią król Tracji zabił Polidora,By stać się panem ogromnéj skarbnicy;Przed złotym deszczem Akryzjusza córaPróżno zamkniona w warownéj wieżycy:Oto Tarpeja ku chciwości skora,Olśniona blaskiem złotéj błyskawicy,Wrogom odkrywa tajne wnijście wieżyI ginie z rąk ich pod stosem puklerzy.

98. Złoto otwiera twierdz obronnych wrota,Fałszywą przyjaźń i zdradę wytwarza:Najhartowniejsza przed niém gnie się cnota,Przezeń wódz zdrajca z wrogiem się skojarza;Przezeń dziew czystość zamienia sromota,Ni grzech, ni hańba już ich nie przeraża:Złoto uczonym — ileż widzim razy —Daje sąd ślepy, ich sumieniu skazy.

99. Złoto statutów treść biegle wykłada,Stanowi prawa i pełnić je wzbrania:Przezeń ród ludzki w przeniewierstwo wpada,Ono monarchów ku tyranji skłania.Słyszałem nieraz, że i temi włada,Co Wszechmocnemu służą z powołaniaI ich czarują te blaski zwodnicze,Aż cnota płonąc zasłania oblicze.

1. Próżno czas tracą dwaj wysłańce Gamy,By zawrzéć pokój próżno dni marnują;Chytrość im pogan wszędzie stawi tamyI ich towary zbytu nie znajdują;Ich ofiar, namów skutek wciąż ten samy,Ale odkrywców Maury zatrzymują,Zanim się zjawi z krainy dalekiéjFlota corocznie płynąca tu z Mekki.

2. Tam, gdzie nad fali Erytrejskiéj łonemPtoloméj dźwignął Arsynoi ściany,Zowiąc imieniem siostry ulubionemGród z biegiem czasu Suezem przezwany,W miejscu od portu niezbyt oddalonem,Dziś leży Mekka, któréj muzułmanyWsławili w świecie kąpiele i imięZ czcią zabobonną śląc tłumy pielgrzymie.

3. Jedda się zowie najbardziéj bogatyZ czerwonomorskich portów, który słynieHandlem — skąd niegdyś niemałe intratyBrali Sudany władce w téj krainie.Stąd handlowemi związana traktaty,Do Malabaru co rok flota płynieI — oceanu przebywszy przestrzenie —Zabiera Indyj wonności, korzenie.

4. Na tę to flotę rachował Maur dziki,Na jéj potęgę i statków rozmiary,Że ona Luzy — swe współzawodnikiW handlu — wyniszczy mieczem lub pożary; —I tak zaufał w one pomocniki,Że już nie zważa na Luzów galary,Pragnąc jedynie przytrzymać żeglarze,Zanim się flota od Mekki ukaże.

5. Lecz Ten, co rządzi ziemią i niebiosy,Który wszechwiedzą swoją niezmierzonąTrzyma w swych ręku śmiertelników losy,Wiodąc do kresu, jak im przeznaczono:Litości w jednym z Maurów zbudził głosy,Natchnął współczuciem Monsaida łono —I Maur z przestrogą pośpieszył do GamyA sobie przez to otwarł raju bramy.

6. Inni nie strzegli przed nim tajemnicy,Mając za swego jednéj z niemi wiary,Słuchał, co knuli owi okrutnicy,Przeniknął podłe, srogie ich zamiary:Nieraz stojące długo na kotwicyZwiedzał on statki — dziś z żalem bez miaryMyśli nad zgubą, jaką bez ich winyGotują Luzom saraceńskie syny.

7. On roztropnego Gamę ustrzedz śpieszy,Że tu Araby co rok płyną z flotą,Że jak narzędziem zemsty Maur się cieszyPrzyjściem tych ludzi, którzy Luzów zgniotą:Że na tych statkach prócz żołnierskiéj rzeszyGromy Wulkana pociskami miotą;Wobec nich statki drogą skołataneMogłyby uledz i ponieść przegrane.

8. Gama uważał, że właśnie pogodaSprzyja podróży i do drogi skłania,Zwątpił już, by się dała zawrzeć zgodaZ królem dzielącym mahometan zdania;Tylko mu Diega i Alwara szkoda,A więc powrotu śle im rozkazania,Lecz — aby wrogi zawad nie stawili —Każe z tém kryć się do ostatniéj chwili.

9. Próżno. Mkną wieści mimo tajemnicyI w krótkim czasie po grodzie rozbrzmiały,Ujęci obaj Gamy wysłannicyWłaśnie gdy miejskie opuszczali wały.Lecz na słuch o tém Gama z błyskawicySzybkością — kupców porywa tłum cały,Co k’niemu zysku nadzieją znęceniPrzybyli z kupią kosztownych kamieni.

10. Byli to ludzie szanowni, bogaci,Z domów odwiecznych znanych w Kalikucie;Wnet poczuł cały gród, jak drogo płaciIch uwięzieniem za Luzów okucie.Tymczasem w łodziach śród żeglarskiéj braciRuch — skrzypią windy i bloki w obrocie,Ą silne barki i dzielne prawiceŚciągają liny, zrywają kotwice.

11. Inni po sznurach wdrapują się żwawoI hałaśliwie żagiel się rozpina;Aż wieść do króla leci z wielką wrzawą,Jak szybko flota zbierać się zaczyna.Żony i córki jeńców jęcząc łzawoZ krzykiem obiegły dworzec Samorina;Cały tłum prośby do pana kołata;Tym grozi ojców, tym małżonków strata.

12. Wnet uwolnieni luzyjscy żeglarze,I z wielkim żalem Maurów zagniewanychWszystkie towary król im wydać każe,Byle mu jego zwrócono poddanych:Nawet z wymówki śle swe dygnitarze.Wódz chętniéj przyjął swych druhów oddanychNiźli wymówki; w części wraca stratę,Gdy z resztą pędzą w dal statki skrzydlate.

13. Płyną żeglarze zdala od wybrzeży,Zrozumiał Gama, że próżno czas trwonił,Szukając z władcą pogańskim przymierzy,Związków handlowych, których wróg mu wzbronił..Lecz wié już teraz kędy Indja leży,Już kraj Jutrzenki przed nim się odsłonił,I z dobrą wieścią ku ojców krainieZ pewnemi odkryć swych dowody płynie.

14. Kilku uwozi téż Malabarczyków,Zabranych gwałtem posłów Samorina,Co odwozili Luzów niewolników.Ma pieprz palący, jest dziwna roślinaZ wysp Bandy — gałka i kwiat — dość gwoździków,Z których Moluckich wysp słynie kraina,Jest i wonnego zapas cynamonuBogactwo, chluba i krasa Cejlonu.

15. Całéj téj sprawy obrót tak szczęśliwyMonsaidowi głównie zawdzięczano,Co poznał, natchnion anielskiemi wpływy,Treść w Ewangielii księgach zapisaną.Synu Afryki, jak Bóg miłościwy K’tobie!Jak z mroku duszę twą wyrwano!Jak bez ojczyzny długo los cię miota,Aby w prawdziwéj w końcu przywieść wrota.

16. Rzuciwszy kraje, gdzie skwarzy żar słońca,Szczęśliwe łodzie kierują swe przody,Gdzie kres południa z natury znacząca„Dobréj Nadziei“ ziemia sterczy z wody;Lecz flota wieści pomyślne wiozącaLizbonie z wschodnich ziem — jeszcze przeszkodyWielkie ponosi od pogody zmiennéj,Dzisiaj burzliwéj, a jutro promiennéj. —

17. Słodkaż to radość wrócić do ojczyzny,Powitać krewnych i drogie penaty,Gwarzyć o ludach dalekiéj obczyzny,Malować różne kraje i klimaty;Zbierać nagrody za trudy i blizny,Plon prac i przygód wysłużony laty,I czuć w słuchaczach śród wątku powieściZachwyt, którego zda się pierś nie zmieści. —

18. Przez długie lata stróżka i mistrzyni,Za życzliwego gienjusza przydana,Przychylna Luzom Cypryjska boginiDzisiaj z natchnienia Wszechmocnego Pana,Chce im dać uczuć, jak słodką się czyniPo długich trudach sława pozyskana,Pragnie im obraz dni szczęścia przedstawićI serca smutnych wędrowców zabawić.

19. Za to iż długo przeciwność zbyt srogaPrzez mórz szerokich goniła ich łona,Za to, co znieśli od gniewnego Boga,Co zrodzon w Tebach, grodzie AmfijonaDawno w jéj sercu powstała chęć błoga,By ich wytrwałość była nagrodzona,By odpoczynek dać im w państwie wodnémNa fal krysztale płynnym i łagodnym.

20. Niech w końcu wytchną, użyją ochłody,Co wycieńczonym dawne siły wraca,Niech dziś żeglarze doświadczą nagrodyZa trud, co życie, i tak krótkie, skraca.Wnet przez boginię przyzwan syn jéj młody,Którego władza byt ludzki ozłacaI bóstwa zmusza zstępować na ziemię,A zaś w niebiosa wznosi ziemian plemię.

21. Już plan gotowy i boska WeneraNa oceanu rozległéj przestrzeniWyspę cudownéj piękności wybiera,Zdobną kobiercem kwieci i zieleni.Jedną z wysp, jakich niemało zawieraKraj wschodu, który jutrzenka rumieni,Ale zdaleka od owych wybrzeży,Gdzie Herkulowych wrót granit się jeży.

22. Tam czekać będą piękne wód dziewice,Nim bohaterów przygonią k‘nim losy,Wszystkie prześliczne, każdéj cudne liceRozkosze oczom — sercu niesie ciosy;Śród tonów, śpiewów, przy słodkiéj muzyceWenera skrycie budzi uczuć głosy,I w sercach dziewic nieci czułą tkliwość,Która podnosi wybrańców szczęśliwość

23. Tak gdy Eneasz, syn Anchizesowy,Na swych okrętach płynących z pod TroiStanął na dworze przebiegłéj królowéj,Co skórą wołu kres dzierżawy swojéjZnaczyła — Wenus władzy KupidowéjRównież przyzwała, którą jéj moc stoi,I chcąc, by przybysz był godnie uczczony,Skrę ognia w serce rzuciła Dydony.

24. Teraz zaprzęga ptaki, z których łonaPrzy skonie pieśń się cudowna wydziera,I one drugie, w których kształt zmienionaRwąca stokrocie młoda Perystera.Gdzie przemknie pani ich skrzydły ciągnionaEchem całunków tętni cała sfera:Gdzie rydwan przejdzie, uciekają chmuryI wiatry cichną i świecą lazury.

25. I już zawisła nad wierzchołkiem Idy,Gdzie syn jéj Łucznik właśnie miał zabawę,Kędy mnogiemi otoczon KupidyPrzeciwko światu gotował wyprawę;By skarcić grzechów światowych ohydy,Przeciw miłości występki nieprawe;On, który miłość dał ludzkości w darze,Pomści skalane czci swojéj ołtarze. —

26. Patrzy — tam młodzian jak Akteon nowyPędzi do dzikich igrzysk tak namiętny,Że byle ścigać zwierza — już gotowyGardzić miłością, rząd ludźmi mu wstrętny:Padnie nań wyrok, słodki lecz surowy,Wdzięk mu Dyany targnie serca tętny:A szczęśliw jeszcze, gdy nie zginie marnieRozszarpan przez swą ukochaną psiarnię.

27. Tam, jak szeroki świat, widzi książętaMało troskliwe ku publicznéj rzeczy;Jak każdy tylko o sobie pamięta,W sobie się kocha, siebie ma na pieczy:Jak mnoga rzesza po dworach przyjętaKala się fałszem, świętéj prawdzie przeczyPochlebstwem, które niby zielsko głuszyLedwo wykwitły kłos monarszéj duszy.

28. Ci, co lud garnąć winni, żyć z biedotąI miłosierdzie pełnić każdéj pory,Sięgają tylko po władzę i złoto,Sprawiedliwości słoniąc się pozory:Obłudą jest ich surowość, nie cnotą,Głos ich praw zawsze do ucisku skory;Milkną nikczemnie w obliczu koronyIch tak niezłomne dla gminu zakony.

29. Słowem, gdzie spojrzéć, nikt cnoty nie strzeże,Niecne jedynie krzewią się zamiary:Ha! więc czas wreszcie, iż ludzkość odbierzeWielce surowe, ale słuszne kary.Amor ministry zwie, zleca rycerzeW bitne zastępy zebrać pod sztandary,Ufny, iż dzielność ich walecznych dłoniNiekarne tłumy znów do stóp mu skłoni.

30. Wielu z téj drobnéj a skrzydlatéj śwityJuż przygotowań jęło się roboty:Jeden stalowe zaostrza dziryty,Inny osadza na drzewcach strzał groty.I chór cudowny wzbija się w błękity,Pieśni przy pracy dodają ochoty;Dźwięczna melodja z słów pięknością równąTworzą harmonją anielską cudowną.

31. Gdzie nieśmiertelna iskrzy się kuźnica,Kują cię ciągle strzał ostrza raniące;Tu się nie drzewem ognisko podsyca,Tu płoną serca żywe i drgające;A ta, gdzie groty hartują, krynica,To łzy kochanków nieszczęsnych ciekące:Tu wre żar ciągły, który swoim skwaremPali nas wiecznie nie niszcząc pożarem!

32. Jedni zawczasu doświadczają ręki,Na sercach grubych, nieczułych jak skały:I wnet w powietrzu rozległy się jękiZ piersi ranionych okrutnemi strzały:Więc biegły cudne nimfy koić mękiAle ich dłonie w serca rannych lały,Wraz z życiodawczym, kojącym balsamemUczucia dotąd nieznane im samym.

33. Jedne z nich piękne, inne szpetne były,W miarę jak różny rodzaj ran wymaga;Cierpki antydot zatryśnięty w żyły,Przeciwdziałaniem nieraz jad przemaga.Wielu kajdany krzepkiemi obwiłySłów czarodziejstwa jak zaklęcia maga:A takich zwłaszcza, którym się dostałyW sok tajemniczych traw nurzane strzały.

34. Te na los szczęścia pociski miotane,Te srogie groty w ręku nazbyt miodem,Pomiędzy nędzny tłum ludzki zbłąkane,Dziwacznych uczuć stają się powodem:W starożytności już przykłady znane,Zdrożnych popędów między ludzkim rodem;Byblis i Myrra świadczą to z kolei,Młodzian w Asyrji i w ziemi Judei.

35. O możni świata! przeciwko pasterceNieraz daremnie pierś zbroją kryć chcecie;Gminny kochanek umié zdobyć sercePań — kiedy Wulkan rzuci na nie siecie.Ci łakną nocy w miłosnéj rozterce,Ci się po murów, po dachów pną grzbiecie;Lecz mojém zdaniem, onych zboczeń wina,Grzechem Wenery jest raczéj niż syna.

36. Już na łąk zieleń spuściły kolasęSrebrne łabędzie ruchy łagodnemi,Z śnieżną lic bielą łączącą róż krasąBogini — szybko zstępuje ku ziemi.Łucznik, co niebian śmie wyzywać rasę,Wita ją wesół z Kupidy swojemi,Którzy gromadnie skupiają się przy niéj,Całując ręce swéj ślicznéj władczyni.

37. Cypryda chwili nie chcąc tracić marnie,Ufne do syna wyciąga ramiona,I tkliwie szepce i w objęcia garnie:„O ty, na którym moc ma utwierdzona,Źródło potęgi méj, ty co się bezkarnie,Najgrawasz z gromu, który zgniótł Tyfona,Dziś się z ufnością uciekam do ciebie,Byś mi był wsparciem w szczególnéj potrzebie.

38. „Znasz ciężkie losy Luzów. Dawno jużby,Musieli zginąć bez mojéj opieki.Strzegłam ich, mając Park niemylne wróżby,Iż mię czcić będą i wielbić na wieki;A przeto jeszcze miłe mi ich służby,Iż Rzymian widzę w nich obraz daleki;Więc ku ich szczęściu złączmy, synu miły,Nasze potęgi, wszystkie nasze siły.

39. „Za to, co w Indjach znieśli przez pogany,I przez ohydne zasadzki Bachowe,Lub kiedy morskie wzburzone bałwany,Im otwierały otchłanie grobowe:Niech ten sam, wiecznie groźny, rozhukany,Ocean — łodzie przytuli Luzowe;On, świadek trudów walecznych żeglarzy,Niech dziś ich szczęściem i chwałą obdarzy.

40. „Dlatego pragnę, byś się ich użalił,I groty twemi w córach NerejowychOgień miłości ku Luzom zapalił,Ku tym odkrywcom mórz i światów nowych;Zwij je ku mężom, których los ocalił,Na wyspę, com ją z wód oceanowychGłębi — dźwignęła wysoko nad fale,A Zefir z Florą odzieli wspaniale.

41. „Niech Nimfy uczty zastawią rozliczne,I wonne wina i kwieci bez miary,I w kryształowych dworcach łoża śliczne,Lecz mniéj ponętne niźli ich lic czary;Niech wynajdują niezwykłe a liczneRozkosze — płonąc miłosnemi żary,Niech w końcu wszystko czynią w szczeréj chęci,Co urok rzuca i źrenice nęci.

42. „Niech kraj Neptuna, ta moja kołyska,Wyda ród dzielny a piękny z oblicza,Niech stąd ma przykład złośliwa i nizka,Ziemia — przeciwko tobie buntownicza;Niech wié, iż nic tu obłuda nie zyska,Iż mur z djamentu tarczy nie użycza:Bo jakież siły oprzéć-by się śmiałyTobie, coś zatlił nawet mórz kryształy?“

43. Gdy tak mówiła — zachęcon jéj słowySyn — już do walki wre pełen ochoty;IKażeKaże podawpodać łuk z kości słoniowéj,swojeI swoje strzały z złoconemi groty.Matka go wzywa na wóz już gotowy,Z rozkosznym giestem, z słodkiemi pieszczoty,I puszcza cugle ptakom, co przed latyPieśnią płakały Faetona straty.

44. Lecz Amor rzecze, iż trzeba koniecznieWprzód zjednać słynne bóstwo dla wyprawy,Farmę, co chociaż nieraz staje sprzecznieLecz nieraz dzielnie wsparła jego sprawy.Jest to olbrzymia postać, w locie wiecznie,Organ kłamstw, prawdy, i hańby i sławy,Stuoczna, skrzydłem o wszystko potrąca,A czego dojrzy — głosi z ust tysiąca.

45. Ledwie przyzwana a już świat obiega.Jéj głos donośny z dźwięcznéj trąby tonyBrzmi sławą Luzów od brzega do brzega,Jak dotąd jeszcze nikt nie był wielbiony.Już po mórz głębiach jéj głos się rozlega,I w ciemnych jaskiń przedziera się schrony:Wraz z prawdą głosi to, co z wieści słyszy,A łatwowierność w ślad jéj towarzyszy.

46. Ten świetny rozgłos, tak wielkie pochwały,Gdy wnikły w morskich mieszkanek siedliska,Niechęć przez Bacha wzniesioną złamały,Już z Nimf niejedna ku miłości blizka.Pierś niewiast łatwo uczuwa zapały,Gdy bohaterstwem kto cześć ich pozyska;Dziś już srogością zwą i okrucieństwem,Uciskać zacność a pogardzać męstwem.

47. Tymczasem z ręki zdradnego chłopczynyLecą strzał grady, że aż jęczą tonie:Ta w lot burzliwe przebija głębiny,Ta krąży, ślizga się, nim w głąb utonie:Bronią westchnień ognistych secinyRanione Nimfy, żar czujące w łonie;Nie znają lubych swych jeno po sławie,Lecz ta maluje ich jakby na jawie.

48. Coraz potężniéj napina łuk białyNiepowstrzymana, silna dłoń łucznika,Bo piękną Tetys chce zranić zuchwały,Zgniewany na nią, iż mu wciąż umyka.Już mu z kołczana wyszły wszystkie strzały,Lecz tylko ranne Nimfy wzrok spotyka,I jeśli w piersiach ich skra życia gości,To — by czuć miłość i konać z miłości!

49. O! dajcie dostęp, wy modre kryształy!Oto z lekami Wenera przybywa,Wskazując w dali wzdęty żagiel biały,Co po Neptuna fal grzbietach nadpływa:A ty miłości, wzmóż wrzące zapały,Przed tobą skromność niewieścia wstydliwa,Niechaj ustąpi — jéj lęk w dziewic duszySłodką namową niech Wenus zagłuszy.

50. Już się zebrały wdzięcznym korowodem,Córy Nereja — i liczną drużyną,W uroczych pląsach za pani przewodem,Ku ukazanéj przez nią wyspie płyną:Piękna udziela rad w tém gronie młodem,Dla niéj tysiące przygód nie nowiną,A w téj zwalczonéj przez miłość gromadceNietrudno posłuch miéć Amora matce.

51. Po oceanu niezmiernéj bezbrzeżyMknie chyża flota do ojczyzny miłéj,Jeszcze zaczerpnąć pragnie wody świeżéj,By jéj zapasy na drogę starczyły:Gdy nagły widok wędrowców uderzy,Cudną źrenicę ich wyspę zoczyły,Nad którą matka Memnona z przestrzeniGórnych — rozkosznym blaskiem się promieni.

52. Jak biały żagiel, który wietrzyk goni,Popycha Wenus po morskiém przezroczu,Ten ostrów pełen zacisznych ustroni.By go żeglarze nie tracili z oczu;By upragniony port dojrzeli oni,I nie rzucili szczęścia na uboczu,Do biegu naw ich po wodnéj otchłani,Kieruje wyspy ruch wszechmocna pani.

53. Lecz gdy żeglarzy wzrok już przykowała,Wnet ją tak stałą, nieruchomą czyni,Jak przed Latoną niegdyś Delos skała,Kolebka Feba i Djany łowczyni.Wnet krając nurty pędzi flota cała,Do portu wyspy, jak życzy bogini,W zatokę wklęsłą, cichą, gdzie zwirżwir białyBarwiste muszle gęsto usypały.

54. Na téj rozkosznéj wyspie i wesołéjTrzy spore wzgórza wystrzelają śmiało,Różnobarwnemi przyodziane zioły,Urocze kształtem, z postawą wspaniałą:Przezrocze strugi spadają na doły,Z ich czół, zielenią strojnych wybujałą:Śród białych głazów z szumem mkną daleko,Aż w końcu wszystkie w jedno miejsce ścieką.

55. W cudną dolinę, kędy się rozlewaWielkie jezioro w skalistym basenie,I w nadzwyczajne wdzięki się odziewaI wszystkie w siebie przyjmuje strumienie:Ponad brzegami gęsto rosną drzewaI chylą czoła nad modre przestrzenie,I zakochane we własnéj urodzie,Pragną się przejrzeć w kryształowéj wodzie.

56. Inne strzelają w górę; tu jabłonieWonnym owocem przynęcają oczy,Tu pomarańczy złota kula plonie,Koloru Dafny złocistych warkoczy,Tu znów cytryna pochyliła skronie,Tak ją do ziemi złoty ciężar tłoczy;Owdzie woń zioną limony nadobne,Okrągłe, piersi dziewiczéj podobne. —

57. Niby kędziory zieleni gęstwinaKryje wzgórz czoła, krzewy leśne, drzewa,Wawrzyn, kochanek boga Apolina,I Alcydowa topola powiewa;Mirty Wenery, Cybeli sośnina,Co Atysowe przygody opiewa:Wreszcie cyprysy smukłe, których szczyty,Rzekłbyś, iż pragną wzbić się aż w błękity.

58. Tu, pod tém niebem, hojna dłoń przyrody,Tutaj Pomona mimo darów wiela,Nie zna, co trudów uprawy zachody,Lecz owoc smakiem wytrawnym obdziela;Tu kraśna wiśnia, tam smutnéj przygodyPamiątka — morwa żałobna wystrzela;Tam znowu jabłka perskie, co tu rodząLepiéj niż w kraju, z którego pochodzą. —

59. Granat odkrywa szkarłat swego łona,Przy którym rubin przygasa zaćmiony;Tam z objęć wiązu winorośl zwieszona,Z szmaragdowemi łub kraśnemi grony. —I ty, o gruszko cienka, wydłużona,Któréj smak wielce ptakom ulubiony;Ich to ukłócia, ich chciwość zażarta,Zdradziły smak twój, wskazały, coś warta.

60. Rzekłbyś, iż w całéj dolinie usłanyKobierzec kwiaty haftowan cudnemi,Stokroć cudniejszy niż miękkie dywany,Utkane w perskiéj oddalonéj ziemi.Tu narcyz w krasie własnéj rozkochanyGłówkę nad wody pochyla jasnemi:Tam syn i wnuczę Cynira rozkwita,Po którym dotąd wzdycha Afrodyta.

61. Jednakie barwy na ziemi i niebie,Że trudno było rozeznać w téj dobie,Czy jutrznia kwiatom daje blaski z siebie,Czyli przeciwnie odbija je w sobie?Przez cię, o Floro, Zefirze, przez ciebie,Barwa miłości gra w fjołka ozdobie,A róża płonie uroczym rumieńcem,Jaki zwykł błyskać na licu dziewczęcem.

62. Wstydliwe lilje, ranną rosą zlane,Waszém są dziełem, i kwiat macierzanek,I ten, na którym żale wypisaneFeba — hijacynt — Febowy kochanek:Tak wyspę w owoc i kwiaty wiośnianeNiby na wyścig stroi dłoń niebianek:W powietrzu ptastwo tnie piosnki w zawody,Po łąkach skaczą rozigrane trzody.

63. Nad brzegiem stawu łabędź pieśń swą roni,Z pod drzew gałęzi słowik wdzięcznie wtórzy:Na widok rogów swych odbitych w toniWodnych zwierciadeł — Akteon nie tchórzy:Trwożna gazela w gąszcze się nie chroniI rączy zając hasa u stóp wzgórzy;Ptaszęta, których tu strzały nie płoszą,Do gniazd wesoło żer pisklętom znoszą.

64. Do tego raju — na swoich galarach —Jak nowe Argonauty Luzy wchodzą,Gdzie po dąbrowach i kwietnych obszarachNiby niedbale piękne bóstwa brodzą:Te przygrywają na słodkich cytarach,Te z harf i fletni wdzięczny ton wywodzą,Owa — na zwierza niby — spina złotyŁuk, chociaż nie ma do łowów ochoty.

65. Przez doświadczoną wprawione mistrzynię,Tak w rozproszeniu po dolinie błądzą,Wiedząc, iż chłód ich na rycerzy wpłynie,Aby tém żywszą zapłonęli żądzą.Są, — co w harmonję form ufne jedynie —I co się na to dość pięknemi sądzą,Aby bez osłon na prześlicznych ciałach,Kąpać się nago w przezroczych kryształach.

66. A marynarze za ziemią stęsknieni,Już się wybrali na wyspy wybrzeże,I polowania nadzieją znęceni,Do leśnych łowów gotują się szczerze;Ach, nie wiedzieli, jak będą zdumieni!Ze na nic arkan, na nic im obierze,Bo inna zdobycz, bo czary i wdzięki,Czekają na nich z Erycyny ręki.

67. Ufni w swe kusze i muszkiety celne,Z których się wkrótce nie jeden strzał pośle,Gotując łaniom pociski śmiertelne,Jedni się śmiało rzucają w zarośle,Innych cień nęci i ścieżki udzielneŚród ciemnych gajów wybujałych wzniośle,I kręte strugi, co cicho, uroczo,Po srebrnych żwirach na łąkę się toczą.

68. Wtém między drzewy mignęły kolory,Wpośród zieleni coś nagle zaświeci;A wzrok rycerzy mógł wydać sąd skory,Iż to nie barwy róż, ni innych kwieci;Lecz miękka wełna, jedwab’ różnowzory,Strój, co podnosi wdzięk i miłość nieci,Więc go przywdziewać zwykły ludzkie róże,Chcąc sztucznym wdziękiem przyjść w pomoc naturze.

69. Velloso zdumion radośnie wykrzyka:„O towarzysze, dziwneż tutaj łowy!Jeśli się bóstwa na ziemi spotyka,Jak w dawne wieki — to im te dąbrowySłużą. — Zaiste, umysł śmiertelnika,Co chwila jakiś dziw odsłania nowy;I tysiąc cudów nieraz zazdrościwaPrzed niebacznemi przyroda ukrywa.

70. Ścigajmy bóstwa! W pogoń, przyjaciele!Złudą czy prawdą są? — dojść nam należy.“Rzekł — i wnet szybszy nad rącze daniele,Skacze przez strugi, po dolinie bieży.Już wszyscy Nimfy śród drzew gonią śmiele;Te umykają niby od rycerzy,Ale nieznacznie ze śmiechy i żarty,Zwalniają biegu przed takiemi charty.

71. Téj wietrzyk rozwiał splot złoty warkoczy,Innym unosi cieniuchne sukienki:Żar pała w sercach, gdy staną przed oczyTe ciał śnieżystych odsłonione wdzięki:Jedna upadła niby, znów poskoczy,Słodycz nie gniewy świeci z ócz panienki,Kiedy ścigana śród piaszczystéj smugi,Przed prześladowcą swym staje raz drugi.

72. Niektórzy trafem zabłądzili w stronę,Gdzie bez szat piękne Nimfy się kąpały:Wnet się rozległy krzyki przerażone,Jakby je zdumił napad tak zuchwały.Jedne, udając przestrach, obnażone,Na wstyd nie bacząc w zarośla leciały,Lecz je ciał białość zdradza przed pogonią,Przed żądném okiem i spragnioną dłonią.

73. Inna z rumieńcem Dyany wstydliwéjGłębiéj pod wodę zanurza swe ciało,Téj znowu pilno schwycić niecierpliwéjOdzienie, które na brzegu zostało.Wtém, jeden junak młody, urodziwy,Jak stał w odzieży, (dużoby zabrałoCzasu zwlec odzież,) śmiało skacze w tonie,Niosąc w nie ogień, którym sam już płonie.

74. Jak wyżeł zmyślny a wrzącéj natury,Co postrzelone ptastwo na jeziorze,Zwykł brać — pogląda bacznie w lufę, z któréjKaczkę lub czaplę łowiec na cel bierze,I nim strzał padnie, pewien łupu z góry,Skacze w głąb’, płynie i szczeka — tak szczerze,Junak po fali goni za dziewicą: —Szczęsny — nie była Febową siostrzycą.

75. Leonard, żołnierz dzielny i waleczny,Zręczny, rycerski, w uczuciach namiętny,Choć mu w miłości los dotąd był sprzeczny,Zawsze jednako przetrwał ku niéj chętny;Wierzył on stale, iż w sprawie serdecznéj,Był nieszczęśliwy, Kupidowi wstrętny,Jednak nie tracił téj nadziei błogiéj,Iż swą stałością przemoże los srogi.

76. I teraz szczęścia chciał probować goniącEfirę, wdzięków jaśniejącą zbiorem,Lecz co najsroższa z dziew, pragnęła stroniąc,Wartość wrodzoną podwyższyć oporem.Rycerz znużony biegiem — skargę roniąc —„O ty — zawoła — coś jest wdzięków wzorem,Srogość niegodna ciebie, czyżbyś chciałaDuszę oddaną tobie wygnać z ciała?

77. „Znużone biegiem na łaskę się zdały,O czysta nimfo, wszystkie drużki twoje:Ty jedna pędzisz — czyjeż usta śmiałyZdradzić ci los mój, iż dręczysz nas dwoje?Jeśli zły gienjusz, co zawsze wytrwały,Gdzie się obrócę, dąży w ślady moje,O! nie wierz, piękna, w kłamliwe wyrazy:On mnie samego zwodził tysiąc razy.

78. „O nie chciej dłużéj mnie ni siebie dręczyć;Jeśliś się bała, że-ć śmiałek uściska,Nie znasz méj doli — mogę ci zaręczyć,Iż los mi nie da dosięgnąć cię zblizka.Gdybyś ty sama pragnęła się zmiękczyć,Los jakieś nowe wymyśli igrzyska,I na ostatku tém się zawsze skończy,Iż mur zazdrośny z szczęściem mię rozłączy.

79. „O nie uciekaj, nie uchodź przedemną!I niech czas za to wiosnę dni twych zdłuży!Wstrzymaj krok lekki — tém jedném moc ciemnąZłamiesz, tę siłę, co me szczęście burzy.Mocarz, przed którym moc wojsk jest daremną,I do złamania przeznaczeń nie służy,Jeśli się zechcesz powstrzymać w zapędzie,On tak potężny — wnet porażon będzie.

80. „Czyż tobie wzmagać srogość jego ciosów?Grzechem jest pomoc silnym udzielona.Wolne me serce z woli wzięłaś losów,Puść je — a szybcej pomkniesz wyzwolona.Czyż ci nie cięży u złotych twych włosów.Ta nędzna dusza moja uwieszona?Czy może szczęścia godzina się zbliża,I ciężar mniejszy, iż pędzisz tak chyża?

81. „Ta mię jedynie nadzieja dziś żenie,Że albo sprzykrzysz tak wielkim ciężarem,Lub smutną gwiazdę, czarne przeznaczenieMoje — lic cudnych zdołasz zmienić czarem?Ty zwalniasz biegu — O! czy nie złudzenie?Czyżby cię Amor dotknął swoim żarem?O dziewo śliczna — ten grot w piersi twojéj,Niżem śmiał marzyć, więcéj mnie upoi.“

82. Wzruszona smutkiem tego, co ją goni,Już coraz wolniéj ucieka dziewica,Chce słuchać pieśni, co tak słodko dzwoni,Skarga miłosna ucho jéj zachwyca.Z lubym uśmiechem, z pogodą na skroni,Jasne, niebiańskie, zwracając doń lica,U stóp się swego zwycięscy zachwiała,Który nadziemską miłością k’niéj pała.

83. O ileż błagań rozniosło się z echy,I pocałunków namiętnych śród cieniaDrzew! ile gniewów skończonych uśmiechy,I niewymownych pieszczot upojenia!Ranek w uciechach i dzień niósł uciechy,Które rozkoszą Wenus rozpłomienia,Lepiéj ich doznać niźli w pieśni świadczyć,Lecz ten opiewa, kto nie mógł doświadczyć.

84. Tak śliczne Nimfy urocze godziny,Spędzały zgodnie z swemi ulubieńce,Włosy im zdobiąc w zielone wawrzyny,W złote korony i kwieciste wieńce;Aż uroczyste czyniąc zaślubiny,Jako małżonkom dały białe ręce,I obie strony zaprzysięgły sobieWieczystą przyjaźń w każdéj życia dobie.

85. Najstarsza z grona, Tetyda, przed którąCała Nimf rzesza korzy się dziewicza,Jako jest Westy i Coelusa córą,Co snadnie poznać z boskiego oblicza;Ta, co ląd, morze, świat z całą naturą,Cudy napełnia, — dziś Gamie użyczaŁask, jak zasłużył — sobie go wybrała,I jako pani przyjmuje wspaniała.

86. Daje mu poznać łagodnym wyrazem,Wdzięk niewymowny łącząc do wymowy,Iż jest zesłana za wyższym rozkazem,Z woli wyroku niezmiennéj osnowy;By ziemi bezmiar odsłonić mu razem,I mórz nieznanych i niebios budowyOdkryć tajniki — i przyszłość wywróżyć,Na co mógł tylko jego lud zasłużyć.

87. I dłoń podaje i wiedzie z ochotąNa szczyt wyniosłéj a cudownéj góry,Gdzie gmach z kryształu przybrany we złoto,Cudnemi kształty wznosi się w lazury.Tu im w zachwytach niebiańską pieszczotą,Większa połowa dnia zbiegła bez chmury,Tetys we dworcu tonie w upojeniu,Gdy inne Nimfy śród łąk i drzew cieniu.

88. Tak bohaterstwo przy boku piękności,Dzień prawie cały w upojeniu spędza,Słodkiéj, rozkosznéj, nieznanéj radości,Którą się długa wynagradza nędza:Tak zawsze w końcu męstwu i zacności,Świat ten wysokich nagród nie oszczędza,Darząc tém, na co zasługa ma prawo,Głośném imieniem i szeroką sławą.

89. Te śliczne Nimfy mórz z Tetydą razem,Anielska wyspa na wodnym błękicie,Nie są czém inném jeno czci obrazem,Co bohaterskie opromienia życie:Sławy zdobytéj zwycięskiém żelazem,Tryumfów, laurów wierne to odbicie,I palm zasługi emblemat wspaniały,I wielkich czynów i promiennéj chwały:

90. Ci nieśmiertelni, którdchktórych StarożytnośćŚród gwiazd Olimpu umieszczać lubiła,Aż tam się wznieśli przez dzieł swoich szczytność,Które po świecie Fama rozgłosiła:Przez męstwo, jakiém znaczyli swą bytność,Przez trudy wielkie — a ścieżka im miła,Był to szlak cnoty, tak twardy dla nogi,Lecz w końcu gładki i łatwy i błogi.

91. Im się to jasne otwarły lazury,Za nieśmiertelnych czynów dokonanie,Za dzieła, kunszta już boskiéj natury,Lecz przez nich w ludzkim dopełnione stanie:Jowisz, Apollo, i Mars i Merkury,Enej, Kwirynus i obaj Tebanie,Juno, Pallada, Ceres, Djana śmiała —Wszyscy nosili wątłe ludzkie ciała.

92. Lecz trąba Famy tysiącznemi głosy,Dziwnemi w świecie ochrzciła ich miany:Bogi, pół-bogi, gienjusze, herosy,I opiekuny krajów i tytany.O wy, co sławy cenicie rozgłosy.Gdy chcecie słynąć pomiędzy ziemiany,Wstańcie, próżniaczy sen strząśnijcie z powiek,Przez który w więzy okuty duch-człowiek!

93. Chciwości waszéj rozłóżcie wędzidło,Uśmierzcie pychę obmierzłą, złowrogą,Co tysiąc razy swą mocą obrzydłąPodłej tyranji popycha was drogą:Czyż złoto, czyliż zaszczytów mamidło,Prawdziwą wartość ludzką podnieść mogą?Wzniośléj jest stokroć miéć u losu długi,Niż wszystko posiąść bez własnéj zasługi.

94. W pokoju słuszne stanówcie statuta,Co przed możnemi ubóstwo osłonią;Lub rzesza w zbroje błyszczące zakuta,Niech Saraceny dzielną gromi dłonią:Utwierdźcie wielkość państwa — a odczutaBędzie przez wszystkich; — losy ku wam skłonią,Wedle zasługi, skarby i oklaski,Co życie w takie oblekają blaski.

Kochacie króla — wzmóżcież blask korony:Czy go wesprzecie roztropnemi rady,Czyli orężem, co w świecie wsławiony,Unieśmiertelni was jak wasze dziady:Nie zna duch wielką wolą umocniony,Co niemożliwość. Tak między gromadyHerosów — własne zapiszecie imię,A na swą wyspę Wenera was przyjmie.

1. Lecz już kochanek Koronisy zmiennéj,Zwrócił ku wodom bystre swoje konie,Gdzie Temistanu ocean bezdenny,Zachodnie krańce objął w swoje tonie:Wietrzyk swém tchnieniem uśmierzał skwar dziennyI zlekka marszczył szafirowe błonie,I rzeźwił kwiaty, lejąc spokój cichy,Na wonny jaśmin i lilij kielichy:

2. Gdy piękne Nimfy z ulubieńcy swemi,Poszły dłoń w dłoni na Tetydy sale,W komnaty lśniące przepychy cudnemi,I ozdobione w kosztowne metale,Gdzie wzywa Tetys z uczty obfitemi,I stoją stoły nakryte wspaniale,Z tysiącem potraw, aby pokrzepiły,Nadmiarem wrażeń wyczerpane siły,

3. W krzesłach z kryształu uroczemi grony,Siedli parami, każdy rycerz z damą;Piérwsze zaś miejsca i złociste trony,Zajęła Tetys z znakomitym Gamą.Niczém przy uczcie tutaj zastawionéj,Uczty egipskie rozsławione Famą;W złocistych misach różnych dań bez liku,W misach dobytych z skarbnic Atlantyku.

4. Włoski falernie, płyn, co się strumieniTu z czar — nie tylko-ć przewyższa odorem,Lecz i ambrozję, którą tyle ceniJowisz wraz ze swym nieśmiertelnym dworem.W czarach z djamentu ten napój się pieni,Z głazu, co stali stawi się oporem,Płyn z wodą zmieszan skrzącą strugą strzela,I serca ludzkie nagle rozwesela.

5. Do apetytu budząc biesiadniki,Pomiędzy jedną, a drugą potrawą,Iskrzył się dowcip, sypano żarciki,Ze śmiechem cięte słówka biegły żwawo:Ani zabrakło narzędzi muzyki,(Która w krainę cieniów schodząc łzawą,Ma moc kojenia mąk), z nią głos swój zlewa,Niby syreny śpiew, urocza dziewa.

6. I śpiewa Nimfa — pod komnat sklepieniem,Dźwięcznie wysokie rozbrzmiewają tony,I harmonijnie łączy się z jéj pieniem,Akord muzyki wdzięcznie dostrojonéj:Milczenie skuło wiatr — lekkiém westchnieniemZaledwie szemrze odmęt uciszony,A w puszczach leśnych, lub skryte w swe nory,Śpią dzikie bestje i morskie potwory.

7. Głos jéj łagodny i razem proroczy,Wznosi pod niebo przyszłe bohateryLuzyjskiéj ziemi, jakich na swe oczyOglądał Protej śród przezroczéj sfery,Którą mu niegdyś, kiedy go sen mroczy,Jowisz darował: a on prorok szczery,W podwodnych głębiach bajał te powieści,A Nimfa wiernie w pamięci je mieści.O! treść to godna greckiego koturna!

8. Niech mówią Jopas, Demodok, powagiPiewców — czy pieśń ich była równie górna,Pośród Feaków i w murach Kartagi?Teraz Kaljope, gdy mię dola chmurnaGnębi — przyzywam — o! dodaj odwagi!W nagrodę trudów spraw niech buchnie jeszcze,Tak już gasnące natchnienie me wieszcze.

9. Uchodzą lata, rok po roku mija,Oto już jesień życia nie daleka;Los myśl mi drętwi i gienjusz zabija,Mniéj dbam na ciosy, serce łask nie czeka:Ciężkie zawody pchną mię, gdzie rozwijaSwe czarne skręty zapomnienia rzeka,I gdzie sen wieczny: lecz wprzód zdarz, królowoMuz, niech uwiecznię chwalę narodową!...

10. I śpiewa piękna — jak z Tagu okręty,Szlakiem przez Gamę otworzonym gonią,Na podbój brzegów, u stóp których wzdętyOcean Indyj szumi swoją tonią:Jak upór władców pogańskich zaciętyNiszczą, do jarzem harde karki kłonią,Jak zbrojne mieczem niesie Luzów ramięSkon lub poddaństwo — zwycięża lub łamie.

11. I śpiewa daléj — jako w MalabarzeMonarcha-kapłan za tę jedne winę,Iż trwał w przymierzu z naszemi żeglarze,Ujrzał nieszczęsny całą swą dziedzinęI wsie i grody we krwi i pożarze;Ogniem i mieczem cały kraj w perzynę,Gniew Samorina obrócił zacięty;Takie ku obcym przybyszom czuł wstręty.

12. Lecz już wypływa z Belemu przystani,Statek, co leki na tę klęskę niesie,Nieświadom, iż cię wiedzie po otchłani,Wielki Pacheco, Luzów Achilesie!Jękła łódź krzywa, kiedyś stanął na niéj,Wrzący ocean pod twą stopą gnie się,Gdy pod ciężarem statek w całym zrębie,Tak nadzwyczajnie wrył się w morskie głębie.

13. I już do Wschodu łódź przybija krańców,Władcę Kochiny wódz darzy opieką,I wnet, z pomocą niewielu mieszkańców,Brzegi nad krętą osadziwszy rzeką,W jarze Kambalo Nairów pohańców,Łamie, rozprasza i pędzi daleko,I Wschód przelękły ostyga w ferworze,Widząc, jak drobna garść tłumy bić może.

14. Samorin coraz nowe hufy zowie;Już z gór Narsingi wiodą mu zebranyLud — Widsapuru, Tanoru królowie,I obiecują tryumfy wygranéj:Po całym kraju wstają Nairowie,Od Kalikutu po Kananor ściany,Dwie wrogie wiary łączą się na wojnę;Maur w morzu w polu — pogan siły zbrojne.

15. I po raz wtóry w polu i u brzega,Wielki Pacheco znosi hufy wroga,Na widok trupów, których tłum zalega,Rośnie po całym Malabarze trwoga:Wkrótce Samorin znów drogę zabiega,I znów się bitwa zawiązuje sroga;On swoich łaje, bogom czyni wota,Lecz bogi jego dotknęła głuchota.

16. Teraz zwycięscy za mało obrony,Pali wsie wroga, grody i świątynie:Na to Samorin jak pies rozwścieklony,Widząc swe miasta w ostatniéj ruinie,Nie szczędząc życia swoich — śle w dwie strony,Hufy przeciwko Pacheca drużynie,By wziąć w dwa ognie, lecz wódz pędząc śmiele,Z miejsca na miejsce wszystko trupem ściele.

17. Więc chcąc udziałem podnieść osobistymWojsk zapał, — król je sam zagrzewa zblizka:Gdy nagle kula lecąca ze świstem,Krwią go w wysokim palankinie spryska.Toż gdy forteli nie pomaga system,Gdy nic z Pachekiem orężem nie zyska,Obmyśla zdrady, jad wlewa do wody,Lecz zawsze, dzięki niebiosom, bez szkody.

18. Toż (śpiewa Nimfa) siódmy raz się zbroi,Z niezwyciężonym Luzem do rozprawy,Z tym niestrudzonym w działalności swojéj;Lecz dziś, jak zawsze, los nań niełaskawy:Do bitwy morskiéj strasznemi w ostoiMaszyny — swoje ubezpiecza nawy,By druzgotały luzyjskie okręty,Tej floty dotąd niczém niedotkniętéj.

19. Po morzu góry suną się płomienne,By całą flotę ogarnąć pożogą:Lecz gienjusz wodza, wybiegi wojenne,Wkrótce ten przybór straszliwy przemogą.W igrzyskach Marsa kto laury tak cenne,Rwał? Dzieje dawne czyjeż wskazać mogą,Czyny Pacheca nie przyćmione imię?Przebacz mi, Grecjo świetna! Przebacz, Rzymie!

20. Tyle bitw, tyle wysiłków statecznych,Garstki z stu ledwie żołnierzy złożonéj,Tyle podstępów, forteli skutecznych,Zbite niewiernych psów mężne szwadrony,Zdadzą się kiedyś snem z czasów bajecznych,Lub świat uwierzy, iż niebian legjonySchodziły z niebios nieść Luzom zwycięstwo,Lać w serca mądrość, moc, zapał i męstwo.

21. Ten, co na błoniu walcząc maratońskiém,Moc Darjuszową skruszył, wojska gonił,Ten, co Termopil z swym lacedemońskimCzterotysięcznym dzielnym hufem bronił;Kokles, co most przed miastem auzońskiem,Broniąc — Tuskulów zdzierżał, gród osłonił.Nie przyćmią Luzów — ani ty, Fabjuszu,Czy to w mądrości, czy téż w animuszu.

22. Tu nagle pieśni przycisza się brzmienie,I Nimfa głosem boleścią zdławionym,Łzami nabrzmiałym, cichym jak westchnienie,Śpiewa o męstwie zbyt źle nagrodzoném.O! Belizarze, którego wspomnienieChóry Muz zawsze wielbią wzniosłym tonem,Jeśli Mars dzielny był w tobie zdeptany,Dolą Pacheca śpiesz koić twe rany.

23. Jednako wzniosłe były wasze drogi,Również niesłuszna waszych dzieł zapłata:Z was wielkich duchów mamy widok srogi,Jak w poniżeniu, w nędzy schodzą z świata:Tym skon w szpitalu i barłog ubogi,Co króla, wiarę murem piersi — lataBronili! Tak chcą królewskie rozkazy,Nad słuszność, prawdę — silniejsze sto razy.

24. Tak czynią króle, kiedy je obrotny,Zręczny potwarca podszeptami poi:Dobił się język Ulisa przewrotny,Męstwu Ajaksa przynależnéj zbroi.Lecz los mści cnotę. — Pozna król rozrzutny,Jako hojności nadużywał swojéj;Czego zasłudze poskąpił prawdziwéj,To wziął pochlebca nikczemny i chciwy.

25. A ty, którego tak nizką zapłatąTak wielki wasal był ciężko skrzywdzony,Coś godném miejscem nie uczcił go za to,Że ci niósł w darze bogate korony,Dopóki będzie Febus swą poświatąZiemię na wszystkie opromieniał strony,Głos mój ci wróży, o królu, iż wszędzieJego zasługa — twa hańba brzmiéć będzie.

26. Lecz już głośniejszém nuci Nimfa pieniem:Pierwszy wicekról, k’ Indjom zwraca stery,Z synem, co w morzach zasłynie imieniem,Jak starożytne Romy bohatery;Wkrótce ich łącznem wojskiem i ramieniemŻyznéj Quiloi skaran król nieszczery,Przewrotny tyran pozbawion korony,Którą wnet inny posiadł pan wsławiony.

27. Mombaza, dumna swojemi budowy,Pyszna z swych domów i gmachów wystawnych,Upadnie w zgliszcza z ręki AlmejdowejAlmejdowéjBiorąc nagrodę swych podłości dawnych:Lorenzo pędzi nad brzeg gangiesowyWśród naw, śród wrogów do podstępów wprawnych,Tu młodzian cudów dokazując męstwa,Zda się gotować na wielkie zwycięstwa.

28. Możny Samorin ledwo statki chyże,Ledwo na morze wywiódł swe okręty,Rzygnęły deszczem kul luzyjskie spiżeI rudle, żagle, maszt strzaskały w szczęty:Wodza mu harpun wnet na wylot niżeZuchwałą ręką Lorenza ciśnięty,A miecz młodzieńca, jego włócznia lśniącaCzterystu Maurów w głębie morskie strąca.

29. Ale Opatrzność w sądach niezbadana,Co sama tylko wie, do czego zmierza,Tam go zapędzi, gdzie życiu młodzianaMądrość ni męstwo nie dadzą puklerza.Pod Choul na fali, co krwią sfarbowana,W potokach ognia zgon czeka rycerza,Który tu padnie porażony grotyStatków egipskich i Kambai floty.

30. Nieprzeliczone nieprzyjaciół mrowie,Co mogło męstwo zmódz tylko nawałem,Wichry, przygody w morzu — wszystko w zmowiePrzeciwko niemu było w świecie całym.O wstańcie, dawnych wieków herosowie,Uczcie się płonąc szlachetnym zapałem —Jako ten drugi Scewa w sztuki ścięty,Co się nie poddał, ani był ugięty,

31. Ślepym postrzałem straszliwie raniony,Gdy mu się udo w kawały strzaskało,Jeszcze dzielnemi broni się ramionyI wielkie serce jeszcze mu zostało.Aż zerwał drugi strzał lepiej mierzonyWięzy, co z duchdm łączą ludzkie ciało,I duch swobodny z więzienia ulataSzczęsny, zwycięski, do jasności świata.

32. Idź, wielka duszo, od wojny zaciętéj;Idź w zasłużonéj spocząć niebios ciszy!Tu za twe ciało poszarpane w szczętyJuż krwawą pomstą rodziciel twój dyszy:Już ucho moje łoskot walki wszczętéjI piorun w piekło strącający słyszyZa wszystkie zdrady, ciosy, miecze, kuszePodłe Kambajów, Mameluków dusze.

33. O! straszny gniew był smutnego rodzica!Ślepy z wściekłości, tak go boleść tłoczy,Miłość ojcowska w sercu mu podsycaOgień a z oczu zdrojem łez się toczy,W szlachetnym gniewie pada obietnica,Iż krwi strugami nawy wroga zbroczy;Głos jego groźny nad Nilem się niesie,Słyszy go Indus, i drżysz ty, Gangiesie!

34. Jak podniecany zazdrością byk srogiPowietrze wstrząsa rykiem, łeb najeża,I sił próbując — potężnemi rogiO buk wyniosły, lub o dąb uderza:Tak nim kambajskiéj dosięgnie odnogiGniewny Franciszek do Dabulu zmierza,I uniżając gród pychą nadętyHartuje ostrze swojéj stali ciętéj.

35. Stąd pod Din pędzi, gród w przyszłej epoce,Wsławion przez tyle bitw, oblężeń tyle,I w lekkie statki Kalikutu grzmoce,Kruszy im wiosła i rozprasza w chwilę:Wtém Melik Jaza spotyka w zatoceZ gromy Wulkana, w wielkiéj wojska sile,I wnet mu nawy grąży w topieliska,W tajemne wodnych żywiołów łożyska.

36. Mir-Hocem statki przyprowadza noweWstrzymać zwycięski pochód Luzytanów,I wnet ogląda płynące bezgłoweCiała i członki swych pobitych panów:Ślepi w zapale jako piorunoweGroty — Luzowie rąbią Egipcjanów:I gdzie wzrok sięgnie, jak ucho dosłyszy,Dym, płomię, broni szczęk, krzyk, zgroza dyszy.

37. Lecz ach! tych laurów szczęsnego zwycięstwaNad Tag ojczysty rycerz nie zaniesie,Los mu wydziera plon zasług i męstwa,Tak świetne życie tak smutne przy kresie!I kości jego i pamięć męczeństwaZachowa cypel, co Burzliwym zwie się,I wyrwie światu duszę, któréj z ciałaNie wygnał Egipt ani Indja cała.

38. Dziki Kafr osiągł to, czego zebraneSiły bieglejszych wrogów nie zdziałały;Kopcony dziryt srogą niesie ranęTemu, co przetrwał i kule i strzały.O sądy boże! o wy niezbadane!Niebaczne ludy, co was nie poznały,Ślepą fortuną, ślepym trafem zową,To, co przejrzeniem twém jest, o Jehowo!

39. Tu Nimfa wznosząc głos do wyższéj skali,Jakiż to — śpiewa — widzę blask jaskrawyNa mórz Melindzkich krwią farbionéj fali,Krwią grodów Lamos, i Oja i Brawy,Które wziął Cunha ostrzem swojéj stali?Że nie zapomną téj prawicy krwawéj —Mianem świętego Wawrzyńca ostrowyZwane — i cały wzdłuż kraj południowy?

40. To skrzy się odbłysk Albuquerqua zbroi,Kiedy na Ormuz wyrusza ambitny,Gdzie Pers zbyt mężny ku niedoli swojéj,Odrzucił pokój łagodny, zaszczytny.Chmura strzał perskich wstecz powietrze kroiPrzeciwko własnych wojów rzeszy bitnéjI śmierć im niesie: tak niebieskie siłyZa tych, co niebios cześć szerzą, walczyły.

41. Całych wzgórz soli nadbrzeżnéj nie stanie,By wstrzymać gnicie onego cielsk tłumu,Co kraj do morza zaległ nieprzerwanieKalajat, Maskat i ziemie Gerumu:Oręż jedynie zmusić lud ten w stanie,Giąć karki w jarzmo, nauczyć rozumuOraz nakazać państwu pohańczemuNieść Luzom świetną dań z pereł Bakremu.

42. Widzę zwycięstwo — jak wieniec zielonySplata — i czoło wodza nim okrywa,Gdy niewstrzymany i nieustraszonyPrześwietną Goę walecznie zdobywa!A choć opuścić ją będzie zmuszony —On wróci, — krótka chwila nieszczęśliwa, —On wróci odbić ją i w téj potrzebiePrzemódz fortunę i przewyższyć siebie.

43. Powraca rycerz, drapie się na mury,Przez płomień, miecze, kule szlak otwiera,Przez niezliczonych wojsk pogańskich chmury,.Przez gęste Maurów hufy się przedziera,Srożéj niż głodne lwy, niż dzikie turyZgniewany żołnierz wściekłość swą wywiera,Bohaterskiemi godnie świecącświęcąc czynyDzień Egipcjanki — świętéj Katarzyny.

44. Córo Jutrzenki, Malakko bogata,Chociaż usiadłaś u matki na łonie,Bohaterskiego nie ujść ci bułataI ukorzone musisz schylić skronie!Zatrute strzały, krysz, co dzielnie płata,Ni Malajczyków zniewieściałych dłonie,Ani cię męstwo ocali Jawanów.Korz się z twym ludem i w Luzach znaj panów.

45. Chciała Syrena daléj pieśni tonyPiać Albuquerqua świetnego pochwały,Lecz przypomniała czyn w gniewie spełniony,Co splamił sławę, głośną na świat cały.Wódz — z woli wyższéj na to przeznaczony,By wiekuistéj dorobił się chwały,Podwładnym swoim winien serce brataNie zaś surowy sąd i topór kata.

46. A zwłaszcza wówczas, gdy głód, niewygody,Niemoce, strzały i gromy moździerzy,Kraj nieznajomy i zmienność pogodyWyczerpią całą cierpliwość żołnierzy;Srogości zwierza ten daje dowody,Nie ludzkie serce ma, kto karę mierzyŚmierci, — za łatwe do wybaczeń błędy,Na słabość ludzką — miłości popędy.

47. I jakiż błąd był? kazirodztwa wina?Czy gwałt na czystéj spełniony dziewicy?Czy cudzołóstwem splamiona rodzina?Nie, szał k’ rozwiązłéj, podléj niewolnicy.Nawyk srogości, zazdrość, dyscyplina —Nic nie tłómaczy sędziego prawicy:Kto nie zna cugli na swą złość namiętną,Na własną sławę rzuca czarne piętno.

48. Apellesowi Aleksander sławnyOddał Kampaspę, cel jego zapału,Choć ten nie walczył, jak żołnierz wytrawny,W niebezpieczeństwach nie brał w nim udziału.Dostrzega Cyrus, iż Arasp — przystawnyStróż Panty — gore od miłości szału,Choć na nim święta obietnica cięży,Iż go zła żadna żądza nie zwycięży: —

49. Miłość go zmogła — uległ po oporze,I Pers mu słynny przebaczył łaskawie,Zyskując sługę, który w innéj porzeWielce mu w ważnéj przysłużył się sprawie.Porwał Judytę na cesarskim dworzeBaldwin żelazny; — lecz ciężkie bezprawieWybaczył Karol, ojciec jéj dostojny,I ziemię Flandrji dał na posag hojny.

50. I znów z ust Nifmy pieśń przeciągła płynieO Soarezie, jako postrach szerzy,Jak swe sztandary zatyka w krainieWschodniéj, wzdłuż żółtych Arabji wybrzeży;Jak groza w Mece, w Jeda i w Medynie,Aż po kres, kędy Abisynja leży;Jak drży Barbara, w trwodze niewymownéjNa odgłos jęków Zeili handlownéj.

51. I zacna wyspa piękna Taprobana,Głośna z imienia już w odległych czasach,I dziś zarówno potężna i znanaZ wonnéj rośliny rosnącéj w jéj lasach;Już składa haracz u stóp Luzytana,Gdy jego sztandar po chlubnych zapasachNa wież Kolomby umocniony szczycieTéj groźnéj twierdzy oznajmił zdobycie.

52. Wód Erytrejskich rozcinając wałyOto Sequeira otwiera szlak nowy,W kraj, co się zowie, z czego szuka chwały,Gniazdem Kandaki i Saby królowéj.Potém Mazuę zwiedzi żeglarz śmiałyZ cysterny wody pełnemi deszczowéjTuż port Ariquo i nieznane wprzódyDalekie wyspy, co świat zdumią cudy.

53. Po nim Menezes, co więcéj wojaczéjOsiągł w Afryce, niźli w Azji sławy,Tu skarze wzięciem podwójnych haraczyPyszne niekarne Ormuzda dzierżawy.Potém, ty Gamo, za twój byt tułaczy,Za twe obecne i przyszłe wyprawy,Z tytułem hrabi, z świetnemi zaszczyty,Wejdziesz do ziemi przez siebie odkrytéj.

54. Lecz wnet cię smutna konieczność natury,Od któréj nie był nikt z ludzi wyjęty,Choćby w królewskie obleczon purpury,Rozdzieli z światem i jego przynęty.Zaraz Menezes zastąpi cię wtóry,Mniéj z lat powagi niż z mądrości wzięty,Imieniém Henryk — szczęsny — tu mu dałoNiebo pozyskać pamięć wiecznotrwałą.

55. Nietylko zwalczy Malabarów roty,Zburzy Pananu i Konletu wały,I — gdzie w powietrzu huczą bomb łoskoty —Przejdzie odkrywszy pierś spokojny, stały;Lecz jeszcze zdoła przez szczególne cnotyWszystkie dusznego wroga odbić strzały:Okiełznać chciwość, ujarzmić krwi szałyTak młodo — może tylko doskonały!

56. Lecz gdy go wezmą gwiazdziste podwoje,Ty go zastąpisz, Mascarenho dzielny;Choć ci nieprawość wydrze władzę twoję,Wróżę ci za to rozgłos nieśmiertelny!Więcéj, przymusisz nawet wrogi swojeOddać hołd twojéj wartości rzetelnéj;Los daje-ć rządy, lecz on téż wyrzeka,Iż więcéj laurów niż szczęścia cię czeka.

57. Nad państwem Bintam moc twoja zaciężyI za Malakkę weźmiesz odwet świetnie,Kiedy w dniu jednym piersi dzielnych mężyZdołają pomścić krzywdy wieloletnie,Śród niebezpieczeństw, zasadzek, oręży,Przesmyków ciasnych — wszystko dłoń twa przetnie:Zburzysz bastjony, skruszysz palisady,Złamiesz dzid drzewca i przetrwasz strzał grady.

58. Tymczasem w Indjach ambicja i chciwośćJuż przeciw tobie przy dniu białym radzą.Idąc wbrew Bogu, depcąc sprawiedliwość,Bezsilne zhańbić w więzach cię osadzą.Lecz ten, kto nizko znieważa uczciwość,Kto tak frymarczy osiągniętą władzą,Jest człekiem podłym; prawdziwy zwycięscaTo czciciel prawdy, praw — nie zaś ciemięsca.

59. Mimo to wszystko nikt przeczyć nie może,Iż i Sampaja wsławia męstwo wrzące;Jak groźny piorun wypadał na morze,Na którym wrogów błyszczały tysiące;On rzeź okropną sprawił w Bakanorze,I taki przykład dał, — iż odtąd drżącePierzchały przed nim całe floty zdala —Tak rozbił mnogie statki Kutyala.

60. Z jego téż ręki, gdy Chaul z przerażeniemDrżał przed Din flotą, która mu zagraża,Hektor Sylveira samém swém zjawieniemRzuca w nią popłoch i strasznie poraża:Ten Hektor tak był straszny swém ramieniemBrzegom Kambai, iż jak wieść powtarza,Był guzarackiéj postrachem krainy,Jak niegdyś mocarz Troi na Greczyny.

61. Walk Sampajowych Cunha spadek bierze.Ten długo stery Indyj dzierży w ręku:W Chale wydźwiga niebotyczne wieże,A Din wyniosłe w ciągłym trzyma lęku.Twierdzę Busaim wziął z swemi żołnierze,Lecz w krwi potokach; nie dziw — toż dość dźwiękuImienia wodza Melika, by snadnieWnieść, iż tą twierdzą tylko miecz zawładnie.

62. Potém, Noronha przed swojém obliczemZ pod Din zastępy mężnych Rumów goni.(Tego Din broniąc z męstwem wojowniczemWsławi się kiedyś Sylveira Antoni.Zmiera Noronha — po nim, w następniczymPorządku, wnuk twój, Gamo, dzierży w dłoniRządy — tak gorliw do rycerskiéj sprawy,Iż kraśne morze poblednie z obawy.

63. Wsławion w Brazylji na morskim obszarzeMąż — bierze cugle z rąk twego Stefana,Mąż, co zgniótł, skarcił francuskie korsarze,Których potęga była w morzach znana:Wicekról Indyj i admirał w parze.Na pyszne mury drze się on DamanaI w bramie — w ogniu, między kul potopyNajpierwszy stawi swe zwycięskie stopy.

64. Z królem Cambai przyjaźnią złączonyZ miasta Din silną czyni mu fortecę,By powstrzymymać mongolskie zagonyI władcę tego zawsze miéć w opiece.Potém, niezmierném męstwem ożywiony,On Samorina zgnębią tak dalece,Przecina drogi, wstrzymuje mu nawy,Iż w końcu zmusza do ucieczki krwawéj.

65. Wnet na Repelin rusza, gród zdobywa,Król, lud wygnany, a miasto w ruinie,Ale najwyższych czynów dokonywa,Walcząc przy znanym cyplu Komorinie,Że główna flota twa groźna, straszliwaŚwiat zniszczyć zdolna — wierzysz, Samorinie!Wtém miecz ją kruszy, ogień Luzów pali:Gry Marsa wrą już w murach Beodali.

66. Tak oczyściwszy Indje z mocy wrogiéjMógł nadal berłem wódz rządzić wspaniale,Bezpieczen, opór wszelki zmiótłszy z drogi;Wszystko drży przed nim — milkną skargi, żale.Raz tylko jeszcze skarcił oręż srogiGród Baticali jak wprzód Beodalę:Kąpie go we krwi, ściele trupów mnogo,Rozbija gromy i pali pożogą.

67. Marcinem zwał się on wódz, a to mianoOd Marsa musiał wziąć rycerz wsławiony;W świecie go równie z dzieł oręża znano,Jak i z mądrości rady doświadczonéj.Po nim w ślad Castro ręką niezachwianąNiósł sztandar Luzów wysoko wzniesiony,I Marcin godnie zastąpion tym mężem:On wzniósł Din — Castro bronił go orężem.

68. Abisyńczycy, Persy, dzikie Rumy,(Mieszkańcom Romy podobni z nazwiska)Różni z oblicza i różni kostiumy —Horda tysiąca ludów Din naciska;Daremną skargę ślą w niebo te tłumy,Iż się garść obcych wdziera w ich siedliska,I rozwścieczone klątw, przysiąg nie skąpią,Iż miotły wąsik w krwi Luzów wykąpią.

69. Kule śmigownic, i groźne armaty,Wybuchy skrytych min, straszliwe kuszeZniósł Mascarenha z rycerskiemi braty,Śmierć pewną w dobréj witając otusze:Lecz gdy już byli najbliżéj zatraty,Zbawczą im pomoc niosą dzielne dusze:Sam Castro synów swych zachęca śmiałoNieść życie Panu i okryć się chwałą.

70. Więc śpieszy Fernand, szczep zacnéj rośliny,Gdy wtém z łoskotem, z ognistemi strzałyMury w powietrze wysadziły minyI ginie młodzian rozszarpan w kawały.Wnet zdąża Alwar — i gdy mórz głębinyOd mrozów zimy dla naw się zdawałyNiedostępnemi — umie odkryć drogi:Zwycięża wichry wprzód, następnie wrogi.

71. Za niemi ojciec, co płynął w téż ślady,Z resztą swych Luzów do przystani wkracza;Miecz i ważniejsza odeń mądrość radyDają mu tryumf, gdy wkrótce bój stacza:Tu łamie bramy, tam huf Luzów — szpadyLukę śród wrogów czyniąc — w nią się wtłacza:A dla zapasów, dla dzieł tych olbrzymówZaciasne dzieje, za słaby dźwięk rymów.

72. Zaledwie wrócił wódz nieustraszony,Wnet potężnego Cambai mocarzaWyzywa, mnogie zbija mu szwadrony.Które sam widok zwycięscy przeraża.Kraj Hydalchana równie źle broniony,Tryumfująca dłoń wnet go poraża,I wnet zarówno podbitemi czyniDabul nadbrzeżny i Pondę w pustyni.

73. I ci i innych bohaterów wielu,Ze wszech miar godnych chwały, jak Mars srogiŻyjących w świecie, tu przyjdą w weseluUżyć rozkoszy naszéj wyspy błogiéj,Sztandary zwycięstw utkwiwszy u celu,Zwiedziwszy nawy wielkie mórz rozłogi;Bo nimf pieszczoty i uczty bogateDla wielkich tylko dzieł niosą zapłatę.

74. Tak piała Nimfa a inne wokołoDźwięcznym oklaskiem pieśni przywtarzały,I świetną ucztę święcono wesołoKu czci tak wielkiéj bohaterów chwały,„Fortuna może odwrócić swe koło“ —Zgodnemi głosy śpiewał chór ten cały —„Lecz żadna siła wam, dzielni rycerzeLaurów i sławy waszéj nie odbierze“.

75. Potrzebom ciała gdy się zadość stało,Kiedy potrawy wykwintne spożyto,Gdy harmonijną, a słodką pochwałąCzyny potomków wędrowcom odkryto;Tetyda z wdziękiem, z postawą wspaniałą,Chcąc zwiększyć uczty świetność znakomitąTém, co dzień jasny w większy blask oblecze,W te do szczęsnego Gamy słowa rzecze:

76. Mądrości boskiéj dziękczyń, bohaterze,Że ci dozwala oczy cielesnemiDojrzéć to, czego nigdy nie dostrzeżeBłędna nauka, marny rozum ziemi!Roztropność, stałość, moc — jako puklerzeWdziawszy — pójdź za mną z towarzyszmi twemi“.To rzekłszy, wkracza w las skalistą drogą,Ostrą i ludzką niedeptaną nogą.

77. Wkrótce dosięgli wierzchołka wyżyny:Szczyt to wyniosły tak kwieciem usłany,Iż depcąc cudne szmaragdy, rubiny,Zdało się, że to bożych sal dywany.Wnet im glob duży błysł w powietrzni sinéjTak cały światłem przejęty, oblany,Że równie wnętrze jego jak powłokaByły dostępne dla każdego oka.

78. Istoty jego oko nie pochwyca,Lecz widać, że się składa kula całaZ wielu kul, którym najwyższa prawica,Tworząc je — wspólny jeden środek dała:Krążą, ta zniża, ta podnosi lica,Lecz to na obwód ogólny nie działa,Ten wciąż niezmienny — w którą spojrzysz stronę,To dzieło boże oglądasz skończone.

79. Tak doskonałe, jednakie, na niczemNie wsparte, — twórcy swojego odbicieGama oglądał z drżenidm tajemniczemI z ciekawością odczuwaną skrycie. —Bogini rzecze: „Tu, przed twém obliczemWszechświat w skróceniu w całym jego bycie,Byś całą ziemię przejrzał i oglądał,Gdzieś jest, gdzie będziesz i gdziebyś być żądał.

80. „Patrz na tę świata niezmierną budowę,Na tę pierwotną jeszcze, eterycznąPrzez rozum wyższy rzuconą osnowę,Przez niezgłębioną myśl i bezgraniczną.To, co ogarnia glob i lśniące oweŚciany — z zamkniętą w nieb kul rzeszą licznąTo Bóg; lecz czém on jest? próżno dociekaPrzez wieki umysł zbyt ciasny człowieka.

81. „Ta pierwsza sfera, która w swojém łonieInnych pomniejszych kul wiele zamyka,I która blaskiem tak promiennym płonie;Że ćmi i umysł i wzrok śmiertelnika,To Empireum; — tu w radośném groniePrzeczyste dusze taki los spotyka,Jakiemu w świecie podobnego niémaI ten go tylko pojmie, kto otrzyma.

82. „Tam istot boskich jest przybytek wieczny,Bo Saturn, Janus, ja, Jowisz, Junona,Tworzymy tylko świat bogów bajeczny;Ślepy błąd ludzki nadał nam imiona:Byt nasz w poezji jedynie konieczny,I cześć najwyższa dla nas wyrządzonaJest to, gdy gienjusz natchnionego wieszczaTe nasze miana w niebiosach umieszcza.

83. „Opatrzność święta, któréj wszechmogąceWpływy — w obrazie świat czcił Jupitera,W mądrości swojéj, przez duchów tysiące,Zarządza światem, trzyma go i wspiera.Są o tém mnogie proroctwa świadczące,Wiele przykładów różnych się otwiera:Są duchy dobre, co ku szczęściu wodzą,Są złe, co skoro mogą, wnet nam szkodzą.

84. „A ku uciesze lub nauce gwoliPoezja w różnéj przechowała szacieSny starych piewców, i przez nich powoliOdziane w godność bóstw naszych postacie.W biblji taż sama dla aniołów kolej,Bo je bóstwami nazywane macie;Nie przeczę nawet, iż to wielkie mianoDuchom ciemności błędnie nadawano.

85. „Dość ci, że jeden jest Bóg, co w prawicęUjął rząd świata i daje rozkazy:Teraz znów wątek powieści pochwycę,Głębokich bożych dzieł wskażę obrazy.Pod nieruchomym kręgiem, gdzie stolicęMają istoty boskie i bez zmazy,Krąży glob drugi, tak lekki, polotny,Iż wzrok nie ścignie go — to Ruch pierwotny.

86. „Ta siła wielka, gwałtownie pędząca,Światy przy sobie leżące porywa:Bieg regularny bierze zeń glob słońcaI przemian nocy ze dniem dokonywa,Następna sfera, kryształem świecąca,Tak wolno krąży, w obrotach leniwa,Że nim jednego dokończy nareszcieFeb, w blask nie skąpy, uczyni ich dwieście.

87. „Spojrzyj poniżéj a ujrzysz firmamentUsiany w gwiazdy blaskami świecące,Biegów ich żaden nie narusza zamęt,Lśniąc na swych osiach krążą lat tysiące:Wpatrz się, jak cudny wdziewa on ornamentSzeroką szarfę złotą, iżby słońce,Śród tych dwunastu zwierząt Zodyaku,Znało swą drogę od znaku do znaku.

88. „Patrz, jak ten obraz ze wszech stron zachwycaGwiazd płomienistych mknących przez rozłogi;Tam ku północy płonie Niedźwiedzica,Tu Andromeda z ojcem i smok srogi;Tu Kasjopea cudownego lica,Orjona gniewna twarz — i Łabędź błogi,Który śpiew cudny roni, gdy śmierć spotka;Zając, Psy, Argos łódź — i Lira słodka.

89. „Pod firmamentu niezmiernemi stropyUjrzysz Saturna, odwiecznego boga;Daléj Jowisza i Marsa w téż tropy,Gienjusza wojny a pokoju wroga.Niebios pochodnia — Feb — śle blasków snopy,Amory lecą, gdzie Wenery droga,Merkury — postać z wymowy swéj znanaI w ślad za niemi trój lica Dyana.

90. „Tak różną drogą, zakreśloną z góry,Wolniéj to szybcej chodzą ciał szeregi;Te daléj środka odchodzą w lazury,Tych krótsza droga i bliższe obiegi;Tak kazał Ojciec wszechmogący, któryStworzył powietrze, wiatr, ogień i śniegi:A śród nich ujrzysz, jako wola bożaZłożyła w środku ziemię i jéj morza.

91. „W tym środku ludzkie mieszczą się siedliska;Istot zuchwałych, którym nie dość na tém,Że je ląd ziemski klęskami uciska,Łamią się jeszcze z niestałym mórz światem.Patrz, jak szalone wody rozlewiskaLąd podzieliły, drąc go szmat za szmatem,A na nich różne ludy, różne kraje,Różni królowie, prawa i zwyczaje.

92. „Tu chrześcijańska Europa, z kulturyI męstwa zdawna w świecie przodkująca:Afryka w dary uboga natury,Brakiem uprawy i dzikością tchnąca,A od Południa wielkim cyplem, któryDla was zakryty, zakres swój kończąca.Jest to przestronny kraj, którego ziemieZajęło liczne, barbarzyńskie plemię.

93. „Monomotapy rozległe dzierżawyMieszczą lud w lasach wzrosły, nagi, czarny.Tutaj Gon zaleś poniesie skon krwawy.I męki — w służbie swéj wiary ofiarny.Ten ląd nieznany rodzi metal skrzawy,O który ludzi tropi zabieg marny:Tu téż zaległo szerokie jezioro,Skąd Nil z Kuamą początek swój biorą.

94. „Sprawiedliwości pewien i obronySwych władców — Murzyn w chacie bez drzwi siedzi,Ufny, że od nich nie będzie skrzywdzony,I że go wierni nie zwiodą sąsiedzi.Patrz na ten czarny tłum gęsto stłoczony,Jak stado szpaków, niech go wzrok twój śledzi,On szturmem będzie brał mury SofaliAle je Nhaia waleczny ocali.

95. „Patrz na źródliska, z których Nil się rodzi,O czém dawniejsi ludzie nie wiedzieli;Jak skrapia ziemie, krokodyle płodziŚród Abisynów, Chrystusa czcicieli:Nowość! — miast lud ten murem nie obwodzi,Lecz dzielnie broni od nieprzyjacieli:Patrz, tu Meroe ze sławą wiekową,Które krajowcy dzisiaj Nobą zową.

96. „W dalekim kraju tym syn twój kochanyW walce z Turkami laur i śmierć otrzyma;Syn twój waleczny, don Krysztofem zwany;Lecz przed nieszczęściem — och! ucieczki niéma.I na Melindę, gdzie król LuzytanyGościnnie przyjął, rzuć także oczyma:Na Raptus wielką rzekę przez mieszkańcePrzezwaną Oby, co zrasza Quilmance.

97. „Cypel, Korzennym zwany w dawnéj porze,Dzisiaj mieszkance Guardafuj przerwali;Odeń Czerwone zaczyna się morze,Biorące nazwę od mnogich korali.Niby granica ciśnięta w przestworzeAzję z Afryką dzieli ten nurt fali,Z miast zaś przedniejszych ma brzeg afrykański —Sanquem, Ariquo i gród Masuański.

98. „Na krańcu Suez — gród to Arsynoi.Lub bohaterów — wedle podań treści;A dzisiaj w jego przestronnéj ostoiPotężna flota egipska się mieści.Spójrz na te wody, gdzie szlak rzeszy swojéjOtworzył Mojżesz, jak biblja nam wieści.Stąd to już Azji przestwory się ścielą,Z wielkiemi ziemie, z państw bogatych wielą.

99. „Patrz, szczyt Synai — świętéj KatarzynyGrobem chlubiący się: — Tor, Jedda grody: —Nigdy nie zrasza téj skwarnéj krainyZdrój kryształowy, źródło słodkiéj wody:Patrz, gdzie się wrota zwierają cieśninyW państwie Adenu suchém od przyrody,Przypatrz się spiekłym Arzyry wyżynom,Co nigdy deszczów nie niosą dolinom.

100. „Arabja wielki kraj (trzy ich się liczy),Mieszkańce ciemni od skwarnego znoju;Rumaki chowa lud ten koczowniczySzlachetne, ostre i lotne do boju.Stąd rzuć wzrok brzegiem aż do pograniczyDrugiéj zatoki Perskiéj, i zakrojuCyplu, co na tym brzeżnym leżąc szlakuNazwę swą bierze od grodu Tartaku.

101. „Dofor ołtarzom ze swych cennych woniDaje kadzidła słynne z aromatu:Uważ w pobliżu kraj nieżyznych błoniI chude łąki państwa Rosalgatu.Stąd się rozciąga brzegiem wodnéj toniKrólestwo Ormuz, co się wsławi światu,Gdy Turków silna flota na téj faliUjrzy błysk nagiéj Castel-Branca stali.

102. „Widzisz ten cypel przez żeglarzy zwanyDzisiaj Moçando, niegdyś — Asaboro:Wchodzi on w wielkie — między żyzne łanyArabji z Persją — wtłoczone jezioro.Wokół Bahremu pod morskiemi pianyDno świeci perły, które blaski biorąI barwy jutrzni; spójrz téż, jak głąb’ słonaTygrys i Eufrat przyjmuje w swe łona.

103. „Spojrzyj na Persję zacną, gdzie lud biednyWiecznie na polu, wiecznie konno goni,I gardząc działy, chlubi się ambitnyZ rąk namulonych od użycia broni.Patrz, wyspa Gerum, któréj starożytnyGród Aramuzy, tonąc w wieków toni,Oddał powoli swe niegdyś wspaniałeRozgłośne imię, a następnie chwałę.

104. „Tutaj Don Filip Menezes swe imięRycerskiéj cnoty okryje laurami,Gdy z garścią Luzów zastępy olbrzymiePersów — pod Lary pokona murami.Resztki tych hufów ostrzem miecza przyjmiePedro de Souza, wprzódy już czynamiMęstwa wsławiony — gdy pod miecza razyPadł przed rycerzem w prochu gród Ampazy.

105. „Ale porzućmy cieśninę i znanyPrzylądek dawniéj Jasąue dziś Carpele,Te ziemie, którym grunt ubogi dany,I zwykłych darów przyrody niewiele:Kraj to imieniem Karmanji nazwany;Lecz spójrz, gdzie śliczny Ind łoże swe ściele,Z gór mając źródło, a w pobliżu jego,Z drugich gór źródła Gangiesowe biegą.

106. „Patrz na Ulcindy urodzajne łany,Patrz, jak w Jaquetu przystani głębokiéjPrzypływ gwałtownie napędza bałwany,A odpływ w morze odpycha bez zwłoki:Patrz na Cambaję możną u wrzezanéj.Głęboko w ziemię przymorskiéj zatoki;Tysiąc tu grodów, których nie nazowę,Wy je poznacie, o dzieci Luzowe!

107. „Tu słynnym brzegiem niech wzrok twój pobieży,Ku południowi aż do Komorina,Naprzeciw niego Taprobana leży,Co dziś Cejlonem zwać się już poczyna.Tém morzem zastęp luzyjskich rycerzy,Dzielna w twe ślady przypłynie drużyna,Podbije ziemię, miast mnogo zdobędzie,I długie wieki władać niemi będzie.

108. „Ten obszar między dwie rzeki wciśnięty,Narody różne mieści niezliczone:Te bałwochwalcze, tym znów koran święty.Ustawy ręką szatana skreślone.Patrz na Narsingi kraj, gdzie błogie szczęty,Zwłoki Tomasza świętego złożone,Onego męża, co został uznanyGodnym, by dotknął Chrystusowéj rany.

109. „Tu się przed wieki wznosił gród bogaty.Zwany Meliapor, gród wielki w rozkwicie:Naród bałwanom starym niósł obiaty,Jakto i dzisiaj śród pogan widzicie:Właśnie po morzach szła wieść owéj daty,O nowéj wierze, i wkrótce przybycieŚwiętego męża oglądał świat stary,Męża, co tysiąc krajów uczył wiary.

110. „Apostoł ucząc czynił cuda boże,Cierpiącym zdrowie, zmarłym życie dawał;Aż dnia pewnego na brzeg gniewne morzeKloc niezmierzony pchnęło — drzewa kawał:Król go miéć życząc ku gmachu podporze,Jaki rozpoczął, — rozkazy wydawał,Pewien, iż łacno wyważy go z ziemi,Maszyny, siłą ludzką, słońmi swemi.

111. „Lecz tak był straszny ciężar sztuki owéj,Że nawet wstrząsnąć nią nic nie zdołało;Gdy poseł świętéj prawdy Chrystusowéj,Zeszedł i pracy zadał sobie mało:Przywiązał tylko sznur — pas swój biodrowy,I lekko dźwignął kloc i ciągnął śmiałoNa plac, gdzie kościół w bogatéj ozdobie,Na przykład wiekom wznieść umyślił sobie.

112. „Góry się ruszą na wiary zaklęcie,Kiedy głos święty da im rozkazanie;Tak uczył Chrystus mistrz a uczeń — święcieWierząc w te słowa — powołał się na nie.I lud się tłoczył wielbiąc przedsięwzięcie,Lecz tłum braminów zdumion niespodzianie,Widząc tę świętość i cud mocy bożéj,Zadrżał — o stratę władzy już się trwoży.

113. „Byli to księża pogańscy — tém skorzéjZnalazła przystęp do nich zawiść dzika;Tysiąc zasadzek, tysiąc zdrad się tworzy,By wpływ lub życie wydrzéć przeciwnika.Aż w końcu jeden, zajadły najsrożéj,Popełnia zbrodnię, co zgrozą przenika —Jakiéj nie widział świat. Tak cnota zawsze,Ma w obłudnikach swe wrogi najkrwawsze.

114. Własnego syna zabiwszy — téj zbrodniWinnym ogłasza świętego człowieka;Stają (rzecz zwykła) świadkowie niegodni;Sąd wyrok śmierci niezwłocznie wyrzeka.Tomasz najlepszą znał obronę od niéj,Do Wszechmocnego Ojca się ucieka,By wobec króla i panów orszaku,Cud mu największy uczynił dla znaku.

115. „Więc każe przynieść ciało zabitego,Aby je wskrzesił i zadał pytanie —Kto jest zabójcą? Słowa, co wybiegaZ ust takich, pewne znajdą zaufanie.— Wstań! każę-ć w imię Ukrzyżowanego!I lud ogląda chłopca zmartwychwstanie,Który świętemu niosąc dziękczynienia,Rzeczywistego zabójcę wymienia.

116. „Ten cud tak wielkie zdumienie wywoła,Że król wraz z wielu wnet się chrztem obmywa;Lud to całuje kraj szat apostoła,To Bogu jego hymny przyśpiewywa.Tém większa wściekłość śród braminów koła,Serca im zawiść przegryza straszliwa,Więc — by świętemu wydrzéć w końcu życie —Najniższy motłoch podburzają skrycie.

117. „Raz, gdy do ludu, żarliwością zdjęty,Kazał, rozruchy wszczęto. Już w téj porzeMiał objawienia od Chrystusa święty,Iż blisko męka i królestwo boże.Gradem kamieni lunął tłum zacięty,Tomasz pociski przyjmuje w pokorze:Gdy jedna ręka bardziéj zapalczywaOkrutną włócznią piersi mu przeszywa.

118. „I Ind i Gangies płakały cię rzewnie,Święty; i ziemię, gdzie przeszły twe nogi;A one dusze stokroć rzewniéj pewnie,Którymś nauką otwarł wiary drogi:Lecz się cieszyły anioły — i śpiewnieWielbiąc twą chwałę — wiodły w niebios progi,O święty Pański, bądź, błagamy Ciebie,Luzów patronem i zastępcą w niebie.

119. „A wy, co sobie przywłaszczacie imię,Posłańców bożych, następców Tomasza,Czemuż serc waszych żądza się nie imie,Iść głosić wiarę? — gdzie jest praca wasza?A jeśli stan wasz bez czci w kraju drzémie,Gdzie nikt prorokiem nie jest — toć zastrasza,Iż wam nie walczyć z herezje możnemi,Tych czasów naszych zwanych bezbożnemi.

120. „Lecz porzuciwszy kwestję tak drażliwą,Do opuszczonych wracajmy wybrzeży,Tam, gdzie Meliapor nad wygiętą krzywo,Wielką zatoką Gangiesową leży;Widzim Narsingę bogatą, szczęśliwą,Oriksę, gdzie się wyrób tkanin szerzy,W głębi zaś golfu znakomita rzeka,Gangies do słonych mórz królestwa ścieka.

121. „Nurt, co udziela przedśmiertnéj kąpieliMieszkańcom wkoło, wierzącym niezbicie,Iż duch przywraca do przeczystéj bieli,A grzech największy gładzi to obmycie.Widzisz Chathigan, gród, który nie dzieli,Z żadnym pierwszeństwa w Bengalu — obficieŻyznym, co po dwu brzegach się sadowiZatoki, biegąc aż ku południowi.

122. „Patrz, gdzie Aracan, gdzie Pegu osiadły,Kraj zaludniony ludzkiemi poczwary,Niegdyś niewiasta w téj pustce zapadłéjZ psem się złączyła: — lud powstał z téj pary,Przeciw rozpuście bronią się brzękadły,Żelazne dzwonki nosząc — zwyczaj stary:Jedna z królowych, by wstrzymać zepsucie,W ten sposób chciała spętać ludzkie chucie.

123. „Patrz na Towai gród, który graniczy,Z wydłużonemi Syamu dzierżawy;Tu Tenasserim, Queda, co się liczy,Piérwszą z rodzących korzenne przyprawy;Daléj Malakka, co z handlu zdobyczyPrzez was rozgłośnéj dojdzie kiedyś sławy,Gdy wszystkie kraje i morskie obszary,Tu swe najdroższe będą słać towary.

124. „Mówią, iż niegdyś rozhukane wodyTutaj napływem swoim oderwałySumatrę, którą prastare narody,Jeszcze złączoną z Malakką widziały.A z mnogich złota min czynią wywody,Jedni — iż kraj ten one wieki znały,Jako Chersonez Złoty w dziejach sławny:Inni zaś sądzą, iż to Ofir dawny.

125. „Na samym krańcu kraj Singapur leży,Tuż przesmyk wielce dla naw zaciśnięty;Stąd wzrok niech brzegiem nierównym pobieży,Co ku Wschodowi coraz mniéj jest kręty.Tu Pam, Patane, i kraj, co należyDo państwa Syamu — przez nie owładnięty,Wraz z wielu ziemie; Menon, rzeka spora,Skrapia je płynąc z Chiamai jeziora.

126. „Patrz, jak się gnieżdżą na téj wielkiéj ziemiNarody różne, z nazw nawet nieznane;Tu Laos ludny z grunty obszernemi,Avas i Broma góry opasane;A w dalszych górach Gueos się plemi:Gromady błędne, dzikości oddane.I ludożercze, co żelazem sobieGorącem ciała kłują ku ozdobie.

127. „Patrz, jak w Kombadżji płynie Majkong rzeka,Którą wód wszelkich tytułują głową;A gdy doń latem tłum strumieni ścieka,Jako Nil wzbiera — i powodzią owąZaraz się przestrzeń zalewa daleka:A lud tam wierzy, iż pozagrobową,Jak każdy człowiek tak i każde zwierze,Po zgonie karę lub nagrodę bierze.

128. „O rzeko zbawcza, twéj łagodnéj faliKiedyś pieśń wieszcza zachować sądzono!Jedno, co nędzny rozbitek ocali,Śród raf i burzy — księgę przemoczoną;Aby śród głodu i przygód strzedz daléj,Gdy nad nim wyrok niesłuszny spełniono;Bo z jego liry dźwięczącéj rozgłośnie,Więcéj mu sławy niż szczęścia urośnie.

129. „Przyjrzyj się Ciampie, jak szatą wspaniałąPachnących gajów swe wybrzeża stroi;I Kochinchinie jeszcze głośnéj mało,I nie odkrytéj Ainonu ostoi.I Chinom pysznym bogactw swoich chwałą,Co wszelkie skarby mieszczą w ziemi swojéj,Państwu, co krańcy swojemi dotyka,Krainy7 lodów i sfery Zwrotnika.

130. „Spójrz na gmach, co dwa państwa rozgranicza,Na mur ogromny wzniesion nakształt ściany,Który dowodów potęgi użycza,I bogactw kraju, kędy zbudowany.Tron się w krainie téj nie odziedzicza,Z ojca na syna następstwem przelany;Lecz każdym razem lud wybiera męża,Co słynie cnotą lub blaskiem oręża.

131. „Wiele tam jeszcze ziem kryje się w mroku,Nim przyjdzie chwila na nie wyjrzeć z cienia,Lecz niech nie ujdą wyspy twego wzroku,Z darów przyrody godne podziwienia:Ta wpół, przyćmiona, lecz z brzegów Chin — okuWidzialna, — jest to Japonja z imienia,Gdzie czyste srebro w łonie ziemia chowa;Tam kiedyś błyśnie wiara Chrystusowa.

132. „Na morzach Wschodu patrz, jak się bez końcaLiczne ostrowy rozsiały w przestrzeni:Tidor i Ternat, na którym płonąca,Góra wciąż rzyga falami płomieni.Tu rośnie gwoździk, roślina paląca,Którą krwią kupi Luz, co woń ich ceni;Tu złote ptaki, co nie tknąwszy ziemi,Gdy spadną na nią, to tylko martwemi.

133. „Patrz — wyspy Banda bogate w owoce,Które im dają barwę różnowzorą;Po nich tłum ptaków skacząc się trzepoce,I z muszkatelu ich dzioby dań biorą:Daléj Borneo, gdzie ma dziwne moceDrzewo lejące łzy zwane kamforą;Sok ten wnet krzepnie, gdy z drzewa wypłynie,A cała wyspa z tych łez w świecie słynie.

134. „W pobliżu Timor, co śle swe okrętyDla handlu wonnym leczniczym sandałem:I wielka Sonda, któréj wysuniętyKu południowi brzeg widzim nie całym.Mieszkańcy puszcz tych mówią, iż przeciętyJest kraj ich rzeki cudownéj kryształem,Bo kiedy z innym płyn jéj się nie zleje,Drewno rzucone weń wnet kamienieje.

135. „Sumatra, w wyspę przez czas zamieniona,Z gór téż drgające płomienie wyziewa,Tu dobroczynny olej ze skał łona,A wonny balsam jak łzy płynie z drzewa;Wonniejszy nad ten, jaki pogrzebionaW Arabji córa Cynira rozlewa,Wyspa ta innym zrównana w powabie,Ma nad nie złoto i cienkie jedwabie.

136. „Tam widzisz Cejlon z górą, co obłokiCzołem przenosi, aż szczyt z oczu ginie:Krajówce mają go we czci wysokiéj,Bo głaz ten śladem ludzkiéj stopy słynie.Maldywy mają drzewa, których soki,Biorące zasób w podmorskiéj głębinie,Przeciw truciznom wielu niebezpiecznymSą antydotem, jak mówią, skutecznym.

137. „Tam u zatoki Arabskiéj — wsławiona,Z swych aloesów Sokotora leży;Stąd wzdiuż piaszczystéj Afryki — przez gronaWysp wam poddanych — niech oko pobieży,Gdzie tajemnicza a drogo ceniona,Pachnąca ambra pływa u wybrzeży:Tam San Lorenzo leży wyspa znana,Madagaskarem przez innych nazwana.

138. „Oto są nowe Wschodu okolice,A przez was światu przyniesione dary,Wyście mórz nowych otwarli dzielnice,Mężnie zwiedzając nieznane obszary.Lecz słuszna stawić przed wasze źreniceInnego Luza czyn niezwykłéj miary,Co przez monarchę swego skrzywdzon srogo,Nieznaną dotąd świat obdarzył drogą.

139. „Spójrz na ląd wielki, co się rozpościeraOd Niedźwiedzicy aż po biegun drugi:Tam lśniący metal w minach się zawiera,Złoty jak włosów Apolina smugi,Ujarzmić twardy kark, co się opiera,Tych ziem — to godne Kastylji zasługi:Mnogie są ludy w krajach, co tu leżą,Zarówno różne wiarą jak odzieżą.

140. „Lecz i wy dział swój w tym kraju weźmiecie!Tam, gdzie ląd szerszy, gdzie drzew szkarłat słynie:Znamię zaś krzyża utwierdzi w tym świecie,Flota, co najpierw tu po was zawinie.Tu, zdala brzegów, u których jedziecie,Odkrywać dalsze krainy popłynieWielki Magielan, z genjuszu Luz godny,Lecz względem kraju swego syn wyrodny.

141. „Przebywszy drogi już więcéj połowy,Od Antarktytu ku linji równika,Spotka on ludy olbrzymiéj budowy:A kiedy daléj łódź rącza pomyka,Wnijdzie w cieśninę, co Magielanowéj,Przybierze miano — i która już wnika,W przestwory nowych mórz i nowych ziemi,Skrywanych Austra skrzydły chłodzącemi.

142. „Oto, Luzowie, ile dozwolono —Waszych następców odkryłem wam czyny,Jak na tych przez was zwiedzonych mórz łono,Bohaterskiemi przybędą drużyny.Teraz, gdy wiecie, komu przeznaczonoZ nieśmiertelnemi zawrzeć zaślubiny,Jaką zasługą pozyskać niebianki,I uplecione przez nie z lauru wianki, —

143. „Możecie płynąć z łagodnym podmuchemPo cichém morzu ku lubej krainie.“ —Rzekła: wnet wszyscy śpieszą szybkim ruchem,Z wyspy miłości ku morskiéj głębinie.Statki żywnością napełniają duchém,I wkrótce flota wraz z nimfami płynie,Które przyrzekły iść z mężami wszędzie.Dłużéj niż słońce ziemię zgrzewać będzie.

144. Więc bez burz płyną pogodną płaszczyzną,Wiatr wciąż łagodny, pomyślny dla floty,Aż się spotkali z kolebką — ojczyzną,Celem swych myśli i wiecznéj tęsknoty.Już się śród kwietnych brzegów Tagu ślizną;Król i ojczyzna, te dwa czci przedmioty,Biorą plon chwały i nowe wawrzyny,W jakie ich godne ozdobiły syny. —

145. Lecz dosyć, Muzo, lira rozstrojonaI głos mój ochrypł, już mię dziś nie słucha;I pocóż śpiewać z natchnionego łona,Gdy wokół piewcy rzesza twarda, głucha?Ojczyzna moja żałością przyćmionaNie da poklasku, co tak wzmacnia ducha!Ziomkowie moi od sztuk pięknych stroniąChciwi, zajęci za zyskiem pogonią.

146. Co za przeznaczeń wzięły nam wyrokiPogodną dumę i ten umysł męski,Z jakiemi lud nasz w najcięższe epokiUmiał nieść trudy i zwyciężać klęski?A ty, o królu, na ten tron wysokiWzniesion przez Niebo, spójrz, gdzie tak zwycięskiDzielny lud znajdziesz? Złóż wszystkie na szali,Gdzież równych swoim zobaczysz wasali?

147. Skiń, a różnemi drogi pomkną skorzyNa lwy drapieżne i odważne tury,Chociaż bezsenność i głód ciała morzy,Śród strzał, szpad, ognia, kul — pójdą na mury:W krainy skwarne, śród mroźnych przestwory,Na ciosy Maurów, strzał pogańskich chmury;Śród morskich bestyj, burz, co nawy kruszą,Niebezpieczeństwa znoszą wielką duszą.

148. Byle ci służyć — na wszystko gotowi,Choć tyś daleki — zawsze pod twą władząNajostrzejszemu twemu wyrokowiWnet bez szemrania chętnie się poddadzą:Wiedząc, że patrzysz na nich, szatanowiI czarnym mocom piekieł bój wydadzą,I niezachwianie wierzę, iż ich męstwoNigdy porażki — zawsze-ć da zwycięstwo.

149. Więc ich nagradzaj, więc im twój łaskawyUkaż majestat; — niechaj miłościwaDobroć twa srogie łagodzi ustawy,Wszak ku świętości dobroć szlak odkrywa:Mężów obytych z krajowemi sprawy(Gdy doświadczeniu cnota w nich zrównywa)Radź się; a poznasz od tych weteranówCzas, miejsce, sposób spełnienia twych planów.

150. Wspieraj zasługi wszelkie i talenta,Lecz niech je każdy pełni w swoim stanie;Rzesza zakonna w klasztorach zamkniętaNiech za twe państwo śle w niebo błaganie;Za grzechy wszystkich post, pokuta świętaIch rzecz — a reszta dla nich wiatru wianie;Prawy zakonnik prócz służby ołtarzaNie chce dostojeństw, na chwałę nie zważa.

151. Miéj we czci klasę twych zacnych rycerzy,Co dzielną piersią i kosztem krwi swojéjWraz z wiarą świętą twoje władzę szerzy —Wielkość państw twoich na ich mieczu stoi:Huf ten w najdalsze sfery świata bieżyI w twych usługach dzielność swoje dwoi,Dwóch wrogów zwalcza — żywe obce ludyI sroższe nad nie znużenie i trudy.

152. Spraw, niech wielbiący nas Niemcy, Gallowie,Włosi, Anglicy — nie mogą nas sądzić;Niech żaden naród o Luzach nie powie,Iż dzielni w boju nie umiemy rządzić,Niech w radzie siedzą jedynie mężowie,Którym wiek długi nie dozwoli błądzić;Bo chociaż wielkie nauki znaczenie,Większą ma w życiu wagę doświadczenie.

153. Przed Anibalem układnemi słowyO wojskowości gdy filozof gadał,Bohater wyśmiał zuchwałe te mowy,Wszystko, co mędrzec szeroce wykładał.Sztuki wojennéj, karności wojskowéjNikt jeszcze, panie, z księgi nie posiadał,Ani ich myślą, ni sztuką zdobędzie;Jeśli nie walczył — rycerzem nie będzie.

154. Lecz com rzekł, nędzny? Jak się k’tobie zwrócę,Nie zauważan przez cię, ani znany?Przecież, choć nędzarz, z ust mych kornych rzucęNa głowę twoję błysk sławy świetlanéj:Ani mi zbywa na zacnéj nauce,A doświadczeniem długich lat wspieranéj,Ni na gienjuszu, jak ta księga wskaże —Zaletach, które rzadko chodzą w parze.

155. Na twe usługi dłoń dzielną w potrzebie,Ku chwale twojéj Muzy głos mi dały;Braknie mi tylko dostępu do ciebie,Coś winien zacne ocenić zapały:O zdarz mi, panie, niech wymodlę w niebie,Bym twych przedsięwzięć wzniosłych piał pochwały,Jak to proroczo nieraz sobie tuszę,Kiedy rozważam szlachetną twą duszę.

156. Jako na widok potwornéj MeduzyNiech drżą przed tobą gór Atlasu skały,Zbijaj zastępy w polach Ampeluzy,Krusz w Tarudancie i w Marokko wały;A głos szczęśliwéj z twych względów méj MuzyHymnem twéj sławy zabrzmi na świat cały:Nad Macedonów szczęsny bohateraAchilesowi nie zajrzysz Homera.

Comments

Loading comments…